Wada - Robert Małecki - ebook + audiobook

40 osób właśnie czyta

Opis

Są sprawy pogrzebane dawno temu

i świeże ślady świadczące o zbrodni.

Tylko ciała brak.

 

Groźne burze nad Chełmżą i nieznośne sierpniowe upały. Na leśnej polanie w pobliżu jeziora komisarz Bernard Gross trafia na pusty, zakrwawiony namiot. Stopniowo odkrywa wokół niego znacznie więcej śladów krwi.

 

Wszystko wskazuje na brutalną zbrodnię, której ofiarą mogła paść młoda kobieta. Kłopot w tym, że Gross nie ma żadnego punktu zaczepienia. Brak ciała ofiary, narzędzia zbrodni i sprawcy. Zbyt wiele niewiadomych i zbyt wiele mylnych tropów, którymi musi podążyć, by w gęstniejącym mroku odnaleźć przerażającą prawdę.

 

Prawdę, która odsłoni rodzinną tajemnicę sprzed wielu lat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 528

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 53 min

Lektor: Piotr Grabowski

Popularność


Copyright © Robert Małecki, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Korekta: Kacper Kaczmarczyk, Monika Paduch / Słowne Babki

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Projekt okładki i stron tytułowych: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Fotografie na okładce:

Kornev Andrii / Shutterstock

Sebastian Jakob / Shutterstock

Fotografia autora na skrzydełku: Mikołaj Starzyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN978-83-66278-53-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Pamięci Krystyny i Konstantego Poszepczyńskich,

najwspanialszych Dziadków na świecie

dzień pierwszy

Komisarz Bernard Gross kucnął, żeby zajrzeć do namiotu, z którego dochodziło donośne basowe bzyczenie.

Płachta, przez którą wchodziło się do środka, poddawała się lekkim podmuchom gorącego sierpniowego wiatru. W wieczornym półmroku przez wąskie szpary niewiele mógł zobaczyć. Właściwie zauważał jedynie głęboką czerń i słyszał wciąż ten sam dźwięk. Urywany odgłos co rusz podrywającej się do lotu, zapewne dużej, tłustej muchy.

Wszedłszy do lasu, podniósł i ułamał kawałek suchej świerkowej gałęzi, których pełno leżało na ściółce po niedawnej burzy. Teraz odsunął patykiem zwisający swobodnie materiał na bok.

Nawet nie zdawał sobie sprawy, że przez jakiś czas wstrzymywał oddech. Powietrze uszło z jego płuc z głośnym świstem.

Czy nie tego się właśnie spodziewał?

Uruchomił w komórce latarkę i spokojnie przesuwał owal światła po wnętrzu.

Na tę niewielką polanę, odciętą pasmem drzew od znajdującej się na cyplu chełmżyńskiej plaży i położoną nieco dalej od centrum, trafił kilka minut temu. Mężczyźnie, który poinformował policję o znalezisku, a następnie wskazał Grossowi drogę, kazał się trzymać z daleka. Zostawił go na leśnej ścieżce, w cieniu wysokich drzew i wśród niemal poziomo padających promieni zachodzącego słońca. Zieleń przybrała głęboki, ciemny odcień, a woda jeziora zdawała się czarna i gęsta jak smoła.

– I co pan tam znalazł, panie władzo? – odezwał się drżący męski głos. Dochodził z bliska.

Wyjrzawszy ponad dach namiotowego igloo, Gross dostrzegł Michała Bąka. Pojawił się na skraju polany.

– Niech się pan cofnie! – warknął policjant.

– No ale co tam jest? Znalazł pan coś?

– Do tyłu! – odparł ostro Gross.

Znęcona jasnością mucha ponownie poderwała się do lotu.

– Matko Boska! Trup? – jęknął Bąk, po czym złapał się za głowę. – Wiedziałem, cholera jasna, wiedziałem! – Cofnął się na zacienioną ścieżkę. Z grubej nerki wyjął komórkę i przyłożył ją do ucha.

Gross z powrotem przyjrzał się wnętrzu namiotu. Przez dłuższy czas obserwował ruch owada i jego włochaty, połyskujący zielenią odwłok. W końcu mucha na krótko znieruchomiała. Wyglądała na otumanioną. Nie miała siły ani iść, ani wznieść się na dłużej niż kilka chwil. Wiedział dlaczego.

Raz jeszcze skierował światło na ściany, a następnie przyjrzał się uważnie podłodze. Dostrzegł na niej ciemne plamy, nic więcej. Ale to wystarczyło.

Zostawił muchę i wyprostował się.

Spojrzał w kierunku Michała Bąka, na oko dwudziestokilkuletniego faceta w adidasach i sportowych spodenkach. Wcześniej, kiedy mężczyzna prowadził go na polanę, komisarz przyjrzał się tatuażom na jego łydkach i odsłoniętych ramionach. Czaszki, trumny, dziwne owady i elementy odrażającej biomechaniki. Bąk rozmawiał przez telefon, odwrócony tyłem do Grossa. Stał za daleko, by policjant mógł zrozumieć, co mówi.

Komisarz rozejrzał się dookoła. W leśnej ściółce na pierwszy rzut oka nie odnalazł żadnych śladów traseologicznych ani plam krwi. Na skraju polany walały się śmieci: kartoniki po papierosach, puste butelki, połyskujące torebki po chipsach i opakowania po prezerwatywach. Ale, co dziwne, wokół namiotu było czysto. Gross postanowił to zapamiętać. Potem, odwróciwszy się, spojrzał na drogę biegnącą w stronę lasu i znajdującej się tam drugiej przecinki między drzewami.

– Panie władzo, czy mogę już iść? Bo jestem umówiony, dziewczyna czeka. – Bąk ruszył w kierunku namiotu.

– Artykuł dwieście trzydziesty dziewiąty, paragraf pierwszy Kodeksu karnego!

– Słucham? – Mężczyzna szedł dalej.

– Jeśli jeszcze raz wejdzie pan na tę polanę, to oskarżę pana o utrudnianie działań policji! I zamknę na czterdzieści osiem. Czy to jasne?

– Ale…

– Czy wyraziłem się jasno? – spytał Gross. – Ma pan zaczekać na mnie na skraju lasu. I każdego, kto będzie chciał się tu dostać, proszę stanowczo zatrzymać. Czy się rozumiemy?

Mężczyzna kiwnął głową i odszedł.

Gross odprowadził go wzrokiem, a potem ruszył drogą, którą wyznaczała linia od wejścia do namiotu do drugiej ścieżki.

Dwa kroki dalej przystanął po raz pierwszy.

Zastanowił się, dlaczego nie zauważył tego wcześniej. Czy oślepiło go zachodzące słońce? A może miejsce było zasłonięte kępą trawy? Krążące wokół muchy sygnalizowały, że znajdzie tu coś zupełnie innego.

Kucnąwszy, pochylił się, żeby z bliska popatrzeć na sporą, nieregularną ciemnobrunatną plamę na wysuszonej słońcem trawie i spękanej, niemal spalonej ziemi. Owady z głośnym bzyczeniem zerwały się do lotu, ale prawie natychmiast wróciły w to samo miejsce. Plama mogła mieć około dwudziestu centymetrów średnicy. Dopiero z tej perspektywy Gross zauważył nieco dalej złamane źdźbła traw i jakby rozszarpany fragment mchu. Wstał i znowu się rozejrzał. Plama znajdowała się dokładnie na linii biegnącej od namiotu do schowanej między drzewami przecinki. Zarówno jedna, jak i druga dróżka, prowadząca przez las, stanowiły dla spacerowiczów dobry skrót. W ten sposób nie musieli obchodzić cypla na około i omijali głośną o tej porze roku plażę na jego wierzchołku. Polana była idealnym, zacisznym miejscem, nadającym się tak do wypicia w spokoju piwa, jak i uprawiania seksu przez spragnionych natury kochanków.

Policjant obszedł znalezisko, zachowując odpowiednią odległość i stale wpatrując się w ziemię. Nie spieszył się, szedł powoli, krok za krokiem, w stronę ściany lasu. Kiedy znalazł się już w półmroku, otoczony drzewami, oświetlił sobie drogę latarką. Zdecydował się obserwować najpierw prawą stronę ścieżki. Przyglądał się liściom niskich krzewów i korze drzew. Rozpraszały go rozrzucone tu śmieci, ale przy każdym zatrzymywał się na chwilę. Niczego jednak nie znalazł. Wtedy zdecydował się na inne rozwiązanie i przyspieszył. Postanowił przejść ścieżką od drogi prowadzącej do wsi Kuchnia w kierunku polany. Tym razem skupił się na obserwowaniu drugiej strony leśnego duktu. Trzy metry dalej dostrzegł nowy ślad. Liczne drobne i niemal czarne plamki na liściach paproci.

Rozpryski.

Chwilę później spojrzał na młody klon. Szerokie liście poznaczone były zaschniętymi ciemnymi strużkami. Na ich końcach, tam, skąd krople skapywały na trawę, widniały skrzepy. Obok, na innych roślinach, odnalazł kolejne rozpryski. Im bliżej był namiotu, tym znajdował ich więcej. Zaschnięte bordowe rozmazy na ściółce między drzewami. Ślady na korze, okrągławe brunatne skapnięcia na wystających sękatych korzeniach, widoczne w blasku światła jego komórki. Wreszcie tuż przed polaną zauważył kolejną ciemną plamę, podobną do tej przy namiocie, ale mniejszą. Przy niej także kręciły się muchy.

Gross nie miał już wątpliwości. Musiał zadzwonić. Przyłożył aparat do ucha. Snop światła z latarki zatańczył w wysokiej trawie i coś czerwonego za pniem drzewa zwróciło jego uwagę.

Początkowo sądził, że to kolejny śmieć, zmięta w kulkę torebka po chipsach albo wafelku. Jednak to musiało być coś innego. Folia odbiłaby światło, a w tym przypadku o żadnym refleksie nie było mowy. Przyjrzał się miejscu w wysokiej trawie za pniem drzewa.

Tym razem już wiedział, na co patrzył.

Wrócił szybkim krokiem na polanę, obszedł namiot łukiem i dotarł drugą ścieżką do Bąka. Mężczyzna siedział oparty o pień i wpatrywał się w plażę, z której mieszkańcy zabierali leżaki i duże kolorowe ręczniki. Słońce oślepiało ich, odbijając się od gładkiej tafli czarnej wody.

Gross dopiero teraz zauważył zbliżającą się od północy granatową zasłonę skłębionych chmur.

– Mogę już…? – spytał Bąk, ale Gross nie odpowiedział.

Dał mu tylko znak, by siedział na miejscu i się nie ruszał. Stanął nad samą wodą, w pobliżu sięgających mu do klatki piersiowej szuwarów. Rozejrzał się po jeziorze, ale nic nie zwróciło jego uwagi.

Dopiero teraz wybrał numer do dyżurnego. Kiedy ten odebrał, komisarz przekazał mu informację o znalezisku i kazał wezwać grupę operacyjno-procesową na plażę płatną.

– Idzie wieczór – powiedział oficer, którego Gross rozpoznał po głosie. – Rozumiem, że szykuje się dłuższa robota, więc namioty i oświetlenie z generatorami też załatwię.

– Bez tego się nie obejdzie, szczególnie że deszcz może nam pokrzyżować plany. – Gross ponownie spojrzał na niebo nad chełmżyńską konkatedrą. Obawiał się, że lunie, zanim podjedzie pierwszy radiowóz. – Działaj, a ja zadzwonię do szefowej. Prokuraturę też biorę na siebie.

– Jasne, ale powiedz, masz jednego czy dwa trupy?

Gross nabrał powietrza.

– Nie.

– Więcej? – zdziwił się dyżurny.

– Nie.

W słuchawce zapadła cisza.

– Nie? No to co tam masz? – spytał wreszcie zaniepokojony policjant.

Zanim Gross odpowiedział na pytanie, przed oczami stanął mu niedawny obraz z lasu.

– Obawiam się, że doszło do zbrodni, ale nie mam ciała.

– Żartujesz?

– Mam pełno śladów krwi, które znaczą drogę od plaży w stronę pustego namiotu na polanie – odparł. – I jeszcze zakrwawione czerwone stringi.

– Stringi?

– Damska bielizna.

– Przecież wiem, co to są stringi – żachnął się dyżurny. – Jasna cholera.

– Zerknij na raporty i sprawdź, czy nie zgłoszono nam ostatnio zaginięcia.

– Kiedy?

– A jaki dziś mamy dzień?

– Poniedziałek.

– To cofnij się do piątku – poprosił Gross.

– Poczekaj chwilę.

Komisarz w tym czasie rozglądał się dalej. Obszedł cypel i dotarł mniej więcej w to miejsce, gdzie znajdowała się druga ścieżka prowadząca do polany. Tam również przyjrzał się tafli wody. Gdyby nie marszczyły jej powiewy wiatru z północy, byłaby gładka i błyszcząca jak czarny marmur nagrobka.

– Nic nie ma. – Gross usłyszał w słuchawce.

– Żadnych zaginięć kobiet? – upewnił się.

– Do tej pory nie.

– Ani u nas, ani w okolicy?

– Zero.

– Rozumiem, ale bądź czujny, dobrze? Ta noc może się okazać decydująca.

– Jasne. Coś jeszcze?

– Nie – powiedział komisarz. Szybko się jednak poprawił: – Tak! Kiedy ostatni raz padało?

– Poczekaj, rzucę okiem na komunikaty z kryzysowego.

Komisarz bezwiednie dłubał butem w wydeptanej ścieżce.

– W sobotę rano. – Usłyszał i podziękował.

Fakt. Obudziły go wtedy dalekie odgłosy burzy, ciche jak pomrukiwanie lwa, i zapamiętał krople deszczu rzucane na okno przez porywisty wiatr. Część z nich spływała szybko po szybie, a reszta osiadła na niej i drgała, niczym chmara wystraszonych owadów.

Wrócił do Bąka, który wyglądał nie tyle na przejętego, ile na znudzonego.

– Muszę już iść – oświadczył wytatuowany mężczyzna, oganiając się od komarów.

– Jeszcze chwila. Spiszemy zeznania.

– Zeznania? – przestraszył się. – Przecież ja nic…

– Wiem – przerwał mu Gross. – Ale to nie potrwa długo.

– Cholera, mogłem nic nie mówić.

– Problem w tym, że już pan to zrobił. I bardzo dobrze. Być może dzięki panu uda się naprawić jakiś fragment tego świata – rzucił Gross i odszedł w kierunku plaży.

Buty zapadały mu się w piasku, gdy zmierzał w stronę gładkiego brzegu, obmywanego z wolna łagodnymi falami. Był to mały kawałek lądu wysunięty najdalej w stronę przeciwległego brzegu jeziora.

Gross rozejrzał się, szukając czegoś charakterystycznego, pobliskich zabudowań, wysokich nadbrzeżnych krzewów, krótko mówiąc: jakiegokolwiek miejsca, do którego można by było przybić łódką i dobrze się ukryć.

Czy właśnie tą drogą uciekł sprawca? Czy wrzucił dociążone czymś ciało na dno akwenu?

Nawet nie wiedział, kiedy jego wzrok przyciągnęła znajdująca się na drugim brzegu nieruchoma postać. Sylwetka mężczyzny na tle płonących światłem zachodzącego słońca pól, które łagodnym łukiem opadały ku tafli czarnej wody. Stał samotnie, z rękoma w kieszeniach, niczym lustrzane odbicie Grossa.

Wytężywszy wzrok, z tej odległości i przy gęstniejącym mroku, komisarz niewiele więcej mógł zobaczyć.

Po chwili człowiek oddalił się od brzegu i skierował na nieduże wzniesienie. Zanim zniknął za polem zboża, Gross usłyszał policyjną syrenę. Odwrócił się i ruszył w kierunku radiowozu. Wyjął komórkę i połączył się z młodszą inspektorką Lucyną Wojtasik, komendantką komisariatu chełmżyńskiej policji.

– Co się stało, Bernardzie? – odezwała się spokojnym, nieco zaspanym głosem.

W tle słyszał poszum morza albo wiatru.

– Obawiam się, że doszło do zabójstwa.

– Gdzie?

– Na płatnej.

– Kto jest ofiarą?

– Nie wiem – stwierdził.

– Rozumiem, że nie wiesz, ale pytałam o płeć.

– Przypuszczam, że kobieta.

– Chryste, aż tak źle?

– Nie – odezwał się szybko, rozumiejąc, co szefowa miała na myśli. – Po prostu chodzi o to, że nie ma ciała. Sądzę, że to kobieta. Mamy zakrwawioną koronkową czerwoną bieliznę i pełno śladów krwi. Dam znać, gdy będę wiedział więcej. Na razie dzwonię po prokuratora.

– O Jezu – wyszeptała. – Jestem w Kołobrzegu. Mamy okrągłą rocznicę…

– Nie widzę powodu, żebyś się stamtąd zbierała. – Gross nie pozwolił jej dokończyć. – Zabezpieczymy miejsce zdarzenia, a na wnioski przyjdzie jeszcze czas. Odezwę się rano.

– Dobrze, ale gdyby jednak się coś zmieniło, gdybyście znaleźli ciało…

– Zadzwonię – uciął komisarz. – Będziesz wiedziała pierwsza.

– Dziękuję, Bernardzie. – Kobieta się rozłączyła.

dzień drugi

Po piątej nad ranem pogasły rozstawione na polanie i ścieżce reflektory halogenowe. Gross usłyszał ostatni trzask ściąganych lateksowych rękawiczek. Chwilę później Marian Chęciński, nieco zgarbiony, ale słusznej postury facet, wrzucił je do wypchanego worka na śmieci. Tego samego, do którego wkładał wszystkie poprzednie pary, zużyte podczas zabezpieczania śladów. Technik kryminalistyki zabrał się teraz do zdejmowania białej odzieży ochronnej. Jarek Bloch, jego współpracownik z Komendy Miejskiej Policji w Toruniu, zrobił to samo.

Gross spojrzał w stronę drewnianych ław i stołów ustawionych na trawie przy plaży, gdzie prokurator Artur Legner, młody karierowicz, podpisywał protokół z oględzin miejsca zdarzenia. Grubasek otrzepał ręce i sięgnął po kawę, którą przywiózł sobie z orlenu. Zabrał kubek i ruszył w kierunku policjanta, cierpliwie czekającego, aż technicy zabezpieczą ślady.

– No, co jest, panowie? Nie mam tyle czasu, żeby sterczeć tu godzinami – rzucił. – Konkrety! Tylko konkrety! Żadnego mi tam bajdurzenia.

Gross dopiero teraz zwrócił uwagę, że prokurator jest w pomarańczowych adidasach i obszernych szarych dresowych spodniach zakończonych ściągaczami, które odsłaniały gołe, niemal białe kostki.

Chęciński otarł pot z czoła, na którym odbił się ślad kaptura bluzy ochronnej. Wyglądało to jak długa, pozioma szrama opadająca przy skroniach.

– No! Panowie, do kurwy nędzy, noc stygnie!

– Dzień już prawie – odparł Chęciński i dostrzegł, jak Bloch się odwraca, żeby ukryć śmiech. – Prawda jest taka, że na razie nie wiemy nic więcej. Zabezpieczyliśmy ślady brunatnej substancji na ścieżce i liściach, do tego jedną sztukę odzieży damskiej.

– Niech pan nie pieprzy komunałów – zganił go Legner, wolną ręką podciągając spodnie. – Macie przecież testy krwi.

– Testery…

– Wynik! – ponaglił go Legner.

– To krew ludzka. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

– Tak poszło w protokole? – zapytał śledczy.

– Poza protokołem. W protokole jest wynik z hemophanu, który potwierdza tylko, że to krew, bez rozróżnienia jednak na zwierzęcą czy ludzką.

– No to co mi pan tu pier…

– Ale – przerwał prokuratorowi Chęciński – poza protokołem zrobiliśmy test FOB, który wykazał, że mamy do czynienia z krwią ludzką.

– No i dobrze, i świetnie. Co jeszcze?

– Niewielkie milimetrowe ślady krwi przenoszone przez muchy na odnóżach lub ekskrementy ze śladami krwi na ścianach i podłodze namiotu.

– Doskonale. Co jeszcze w namiocie?

– Pojedyncze długie jasne włosy. I jeszcze kilka nieregularnych małych plam na podłodze – dodał Chęciński.

– Czyli? – Legner ponaglił go gestem.

– Lampa UV nie pozostawia złudzeń. To nasienie.

– Skąd pan to wie?

Chęciński wstrzymał powietrze i popatrzył najpierw na Blocha, potem na Grossa. Ten ostatni widział, jak technik przygryza policzek, jak napinają się mięśnie na jego twarzy. W końcu Marian spojrzał na prokuratora.

– Bo się, kurwa, na tym znam – stwierdził.

– Dobra już, dobra. – Zawstydzony prokurator skinął głową i milczał przez dłuższą chwilę. Dopiero potem zwrócił się do Grossa: – Panie Gross?

Policjant wpatrywał się w ścianę lasu.

– Gross, do cholery, potrzebuje pan porannego kopa? Może kawki panu zaparzyć? – zarechotał Legner.

– Po pierwsze, komisarzu Gross. Po drugie, nie pijam kawy – odpowiedział spokojnie policjant i przeszedł do sedna. – Niewykluczone, że mamy do czynienia z gwałtem i brutalnym zabójstwem.

– Pańskim zdaniem, komisarzu. Wyłącznie pańskim zdaniem. – Legnera ponosiła złość. – Ale przyjmijmy na chwilę ten tok rozumowania. Gnój zaprosił dziewczynę pod namiot, zerżnął, a potem jeb ją raz i dwa w łeb, tak? Pizgnął ją na tej ścieżce, bo może laska zaczęła uciekać, drzeć się. Więc ją uciszył. Tak to wyglądało? Tak to widzicie? – Rozejrzał się po zebranych prokurator. – Lubicie, panowie, takie bajeczki, co?

Chęciński spojrzał na niskiego mężczyznę z góry. Gross dostrzegał w jego wzroku odrazę.

– No to ja wam coś teraz powiem. W dupę sobie je wsadźcie, bo chuja macie, panowie. Chuja! Ani ciała, ani narzędzia zbrodni, ani sprawcy – wyliczał na palcach prokurator.

Chęciński nic nie powiedział, a Jarek Bloch odszedł nieco dalej i palił w spokoju papierosa, przyglądając się czubkom sosen, które muskane pierwszymi promieniami słońca, wyglądały niczym zapalone na wietrze zapałki.

Jeszcze kilka godzin temu Gross snuł podobne przypuszczenia, jak śledczy z Prokuratury Rejonowej Toruń-Wschód. Kiedy jednak odnalazł ślady krwi na liściach krzewów przy ścieżce, był przekonany, że przebieg wydarzeń mógł wyglądać nieco inaczej.

– A co, jeśli było odwrotnie? – powiedział i spojrzał na prokuratora.

– Czyli jak? – Legner sapnął i upił łyk kawy.

Jego cień w porannym słońcu był długi i szeroki, koślawił się na nierównościach piasku, po czym znikał gdzieś dalej w wysokiej, przybrzeżnej trawie.

Cały cypel odcięto od osób postronnych. Lekkie powiewy huśtały policyjną taśmą, przy której jeden z funkcjonariuszy wyjaśniał coś mężczyźnie z zarzuconym na plecy pokrowcem na wędki.

Stali na pustej plaży we czwórkę. Pozostali policjanci krzątali się przy składaniu sprzętu i pakowaniu go do policyjnego ducato. Kijanka techników kryminalistyki wciąż pozostawała w półcieniu pod lasem.

– Rzecz w tym, że szedł za nią w stronę polany. Weszli tamtędy, czyli od ścieżki do wsi. – Gross wskazał brodą na prawo. – A w sprawach plam i rozprysków krwi wypowie się biegły, ale moim zdaniem tak to właśnie wyglądało.

– Wypowie się biegły, tak? Otóż nie jest pan żółtodziobem, żeby wiedzieć, że biegły zrobi to, jeśli dobrze pójdzie, za trzy miesiące, a do tego skasuje ze trzy pańskie pensje. A my przez ten czas przed opinią publiczną będziemy stali ze spuszczonymi gaciami. I powiem to jasno: nie mamy tyle czasu, drogi panie Gross. – Legner pokręcił głową.

– Komisarzu Gross – zwrócił mu ponownie uwagę policjant. Nie zamierzał dać się sprowokować. – W pewnej chwili uderzył ją jakimś tępym narzędziem w głowę. Potem raz jeszcze, kiedy w szoku uciekła między drzewa. Tam znajdujemy pierwszą większą plamę i ścieki na liściach klonu.

– No i co dalej? Niechże pan przejdzie do sedna, komisarzu. – Legner wyglądał na wyczerpanego, patrzył na Grossa podkrążonymi oczami.

Dopiero teraz policjant zauważył krwawą pajęczynę oplatającą białka jego oczu.

– Zabrał ją stamtąd i zostawił przy namiocie.

– I tam ją zerżnął? – zapytał prokurator. – Przecież ślady spermy są w namiocie, do cholery.

– Ale karimata najpierw musiała leżeć na zewnątrz, to pewne. Przyczepiły się do niej trawy i grudki ziemi, które zabezpieczyliśmy – wyjaśnił Chęciński.

– A krew też na niej jest? – Legner odwrócił się do niego.

– Nie, ale to jeszcze nie przeczy tej teorii. Mogli ją wyjąć później. A może kobieta krwawiła bezpośrednio na ściółkę… – bronił się technik.

– E tam. Kurwa, mocno to naciągane. I żadnej kropelki krwi by nie było? Nic? Po uderzeniach młotkiem? – zakpił prokurator. – Chyba sam pan w to nie wierzy.

Gross musiał przyznać mu rację. Coś się tu nie zgadzało. Być może wcale nie doszło do gwałtu. A jeśli najpierw uprawiali seks w namiocie, a do zabójstwa doszło później?

– Na podłodze są same rozmazy – dodał komisarz, nie zdradzając tego, o czym przed chwilą pomyślał.

– Wycierał je? – Legner spojrzał na Grossa, a ten na Chęcińskiego.

– Tak to wygląda. Koliste i proste ruchy z lewej na prawą – potwierdził technik.

– No i mamy jeszcze te majtki – przypomniał komisarz.

– Właśnie! – powiedział Legner, celując palcem w Grossa. – Jeszcze te cholerne majtki. Są na nich włosy łonowe?

– Nie patrzyliśmy – stwierdził Chęciński.

– No to dawaj je pan tu, obejrzymy razem i jeszcze sprawdzimy, czy są na nich plamy nasienia. Dawaj pan tą lampę.

Chęciński się nie ruszył.

– Tę lampę – poprawił go, ale Legner nawet nie zareagował. – Bielizna została zabezpieczona w pakiecie papierowym i opisana procesowo. W takim stanie ma trafić do biegłego.

– Bo co? – warknął śledczy.

– Bo, kurwa, ja tak mówię i ja za to odpowiadam. Niech mi się pan nie wpierdala w moje poletko. A jeśli tylko pan spróbuje, to zrobię odpowiednią notatkę, drogi panie prokuratorze.

Legner machnął ręką.

– Przewrażliwione pipy jesteście i tyle. Ale dobra, wrzućcie te gacie do laboratorium, niech oni tam się nad nimi pochylą i wyłuskają co nieco. Może chociaż tu znajdziemy jakiś punkt zaczepienia, śluz z pochwy albo jakiś włosek. No chyba że kobitka goliła cipkę, nie? – Uśmiechnął się, ale ponieważ ten tekst nikogo prócz niego nie rozbawił, prokurator szybko zmienił ton. – No i koniecznie niech pan sprawdzi ten harcerski ślad, komisarzu. – Legner ponownie skierował wzrok na Grossa.

Prokurator nawiązał w ten sposób do srebrnej przypinki w kształcie lilijki, symbolu organizacji harcerskich, którą znaleziono wdeptaną w ziemię w pobliżu namiotu. Przedmiot pobudził Grossa do myślenia, bo przypomniał mu lipcowe wydarzenia i to, co się stało na obozie harcerskim w pobliskim Zalesiu, tuż po nawałnicy.

– A teraz panowie – Legner podniósł kubek jakby w toaście – ja spierdalam i czekam na wasze ustalenia.

Odszedł kilka kroków, po czym odwrócił się i kluczykiem od samochodu wskazał na Grossa.

– Panie komisarzu, jest pan w dupie i szczerze panu współczuję. – Uśmiechnął się. – Ale zna pan procedury, więc nie muszę mówić, ile ma pan czasu. Przypomnę tylko, że ja – postukał się energicznie pięścią w klatkę piersiową – ja, kurwa, potrzebuję konkretów! Inaczej może pan sobie z tych wszystkich śladów zrobić laurkę na zakończenie służby.

Gross odprowadził prokuratora wzrokiem do granatowej mazdy zaparkowanej na trawie w pobliżu solidnych drewnianych ław i stołów piknikowych. Usłyszał szum zapuszczanego silnika i zgrzyt wrzucanego biegu. Wycofawszy pojazd, Legner wjechał na wąską drogę wyłożoną szlaką, a funkcjonariusz pilnujący terenu uniósł policyjną taśmę, żeby wóz mógł pod nią przejechać. Koła zazgrzytały i już po chwili SUV zniknął za gęstą ścianą drzew rosnących przy brzegu jeziora.

Z każdą chwilą cichły też chrzęst opon i szum silnika. Gross oddychał powietrzem przesyconym smrodem samochodowych spalin. Bloch zapalił kolejnego papierosa, po czym dołączył do kolegów.

Cisza nad jeziorem była dojmująca.

– Na działkę zajebiste miejsce, nie? – odezwał się Bloch.

Gross wsunął ręce w kieszenie.

– Ja pierdolę, naprawdę tu pięknie – dodał technik, zatrzymując wzrok na drugim brzegu jeziora. Zaciągnął się raz, a potem drugi, po czym wolno wydmuchał siwy kłąb dymu. – Bernard, znasz tu kogoś, kto sprzedaje działki?

Dwie godziny później Gross został sam na miejscu zdarzenia. Słońce wzeszło wyżej i z bezchmurnego, niemal białego nieba spłynął żar.

Na polanie po namiocie pozostał jedynie kwadrat lekko przegniłej i ubitej trawy, co oznaczało, że namiot stał tu co najmniej dwa dni. Obok, w rozkopanej glebie, gdzie wcześniej znajdowała się plama krwi, wiły się białe korzonki traw. Wyglądały jak wygłodniałe larwy much szukające padliny.

Przypomniał sobie wszystkie miejsca odnalezienia śladów, a także przedmiotów: stringów i przypinki. Próbował z tych danych ustalić przebieg wypadków, rozważał wiele możliwości, ale każda z nich wydawała mu się obarczona wadą, wyłomem w logicznym rozumowaniu, jak zerwane ogniwo w ciągu przyczynowo-skutkowym. W którymś momencie coś na wirtualnej osi czasu tego tragicznego zdarzenia po prostu wykoślawiało obraz całości.

Gross obawiał się, że musieli przeoczyć jakiś szczegół. Że nie było tak, jak się im wydawało na pierwszy rzut oka.

Przeczesali lasek w poszukiwaniu młotka lub tłuczka do mięsa, więc teraz pozostało jeszcze sprawdzić dno jeziora. Nie wiązał z tym jednak żadnej nadziei.

Wrócił na plażę, na której koce rozkładały babcie z wnukami i rodzice z dziećmi. Przychodzili tu spacerkiem ze wszystkich chełmżyńskich osiedli, ale najbliżej, bo nieco ponad kilometr, mieli ci z Maja. Gross patrzył, jak rudowłosy kilkulatek tapla się w płytkim w tym miejscu jeziorze. Podrygiwał kilka metrów od brzegu, a woda sięgała mu ledwie po kolana.

– Tylko nie idź dalej, kochanie, tam jest już bardzo głęboko, słyszysz? – zwróciła się do niego tęgawa kobieta w jednoczęściowym stroju kąpielowym.

Chłopiec pokiwał głową i odkrzyknął coś niezrozumiale.

Gross wiedział, że na plaży płatnej w pobliżu cypla jest płytko. Strome urwisko wraz z głębiną znajdowało się dobrych kilka metrów od brzegu, o czym informowały znaki na słupach po obu stronach niewielkiego półwyspu.

Jeszcze w nocy ustalił z dyżurnym, żeby ten zgłosił zapotrzebowanie w komendzie wojewódzkiej na nurków, którzy mieli zbadać dno zbiornika. Wątpił, aby znaleźli tam narzędzie zbrodni. Szczerze mówiąc, nie wierzył też w to, by zabójca próbował utopić ciało kobiety. Cypel był na widoku, co znacznie utrudniałoby pozbycie się zwłok. Latem nocą można było trafić na kąpiące się lub uprawiające seks na plaży pary. Nie brakowało eksperymentującej z alkoholem i używkami młodzieży, dla której miejsca takie jak to zapewniały niekiedy jedyną możliwość letnich rozrywek z dala od ciasnych mieszkań i rodziców oglądających telewizor za zamkniętymi drzwiami. Tak czy siak, wiedział, że sprawdzenie akwenu jest konieczne.

Przed kilkoma minutami oficer dyżurny z komendy w Toruniu oddzwonił do Grossa i poinformował go, że nurkowie są stale zajęci.

– Sam wiesz, lato – usprawiedliwiał się. – Taki czas, że nic nie zrobisz. Ale gdy tylko skończą robotę w Grudziądzu, przyjadą do Chełmży.

Komisarz podziękował i zadzwonił do Moniki Skalskiej, aspirantki sztabowej, z którą współpracował.

– Co jest? – odebrała.

Przywitawszy się, Gross zrelacjonował jej wydarzenia z nocy, po czym zawiesił na chwilę głos.

– Chcesz powiedzieć, że mamy do czynienia z zabójstwem, ale nie mamy ciała? – spytała Skalska.

– Na to wygląda.

– To żart?

– Czy bywam skłonny do żartów? – Czuł, jak zmęczenie i głód, a co za tym idzie także nieznośne zniecierpliwienie, siedzą tuż pod skórą i go drażnią.

– Do tej pory nie mieliśmy takiego przypadku.

– Kiedyś musiał być ten pierwszy raz. Dlatego chciałbym, żebyś tu wpadła, a potem towarzyszyła nurkom – poprosił.

– Serio? – powiedziała znudzonym głosem. – Muszą mieć niańkę?

– Nie, nie muszą, ale przy okazji pokazałbym ci teren i wysłuchał twojej wersji.

– Dlaczego?

– Bo mam wrażenie, że wszystkie moje przypuszczenia są obarczone błędem.

– Czyli że jest coś jeszcze, prawda? Coś, co…

Gross westchnął.

– Tak – przyznał. – Chodzi o przypinkę harcerską.

– Czekaj, czekaj.

Komisarz ponownie popatrzył na drugi brzeg i dostrzegł tam mężczyznę. Zdziwiło go to. Odruchowo podniósł rękę, jakby na powitanie, ale człowiek znajdujący się naprzeciwko niego nawet nie drgnął. Dzieliło ich spokojne jezioro.

– Bernardzie, jesteś tam?

– Tak – potwierdził. Zastanawiał się, co zrobi mężczyzna, ale ten się nie ruszał. Po prostu stał i patrzył w jego stronę. – Znaleźliśmy tu przypinkę harcerską. Możliwe, że należy do ofiary lub mordercy.

– I połączyłeś to ze sprawą z lipca? Z obozem w Zalesiu?

– Nie tyle połączyłem, ile raczej nie wykluczyłem.

Tym razem cisza zapadła po drugiej stronie słuchawki.

– Okej, zaraz będę – rzuciła Skałka.

Gross nie schował aparatu. Zamierzał zrobić zdjęcie człowiekowi na drugim brzegu, ale kiedy tylko skierował na niego telefon, mężczyzna odwrócił się i odszedł. Sprzęt długo łapał ostrość. Po kilku sekundach wyświetliło się gotowe zdjęcie.

Człowiek na fotografii był rozmazaną plamką złożoną z kilku kolorów na tle złotego pola i wiszącego nad nim rozpalonego, białego nieba.

Monika Skalska wyszła z domu przy Depczyńskiego tuż po dziewiątej. Lubiła upał, dokładnie ten moment, kiedy czuła, jak żar rozgrzewa jej ramiona. Włożyła bojówkowe szorty i luźny T-shirt z tą słynną okładką płyty Nirvany, na której bobas wrzucony do basenu zauważa dolara.

Na głowie miała bejsbolówkę, a na nosie lustrzanki. Długie czarne włosy związała jak zawsze w koński ogon. Jej białe superstary zostawiały odcisk w miękkim asfalcie, kiedy szła w stronę płatnej plaży. Nieraz jej krokom towarzyszyły pogwizdywania chłopaków. Śmiała się z tego razem z Grzegorzem Otrembą, jeszcze zanim ten odebrał sobie życie strzałem w skroń na placu za komisariatem. Od tych zdarzeń minęło niemal pięć miesięcy, a Skalska czuła się tak, jakby się to stało dziś. Grzegorz zdradzał żonę, a Skałka chyba była cholerną egoistką, skoro wcale jej to nie przeszkadzało. Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Nie chodziła już na jego grób, bo wdowa po Otrembie kilkukrotnie na nią nawrzeszczała, wyzwała przy obcych ludziach od kurew, dziwek i suk. Skalska mogłaby jej to wybaczyć, ale dowiedziała się później, że to Ewelina pierwsza zdradziła Grzegorza z osiłkiem z bloków z Frelicha. Tym samym, który parę razy próbował zastraszyć Skałkę. Nie wiedział jednak, z kim ma do czynienia. Nie zadziera się z policjantką.

– Na płatnej sporo psów – powiedział mężczyzna w samych szortach i kroksach, który wracał z dziećmi żużlową drogą między brzegiem jeziora a zalesioną skarpą.

– Raczej policji – stwierdziła i pomaszerowała dalej.

– Psy to psy – mruknął spacerowicz, zły, że dziewczyna nie zwróciła na niego uwagi.

Po prawej, tuż nad brzegiem, mijała pary, które organizowały sobie pikniki przy stołach. Podpływały tu rowerami wodnymi, a czasami przychodziły piechotą, tą samą drogą co ona.

Kiedy dotarła na cypel, nigdzie nie widziała Grossa. Sięgnęła po komórkę.

– Gdzie jesteś? – spytała, kiedy komisarz odebrał.

– Na polanie pośrodku cypla. Wejdź w las.

Odnalazła ścieżkę, a na niej zadumanego Grossa, przyglądającego się ściółce w miejscu, w którym prawdopodobnie stał namiot, teraz zapewne pocięty i zabrany przez techników do dalszych badań nad śladami biologicznymi.

– Jestem – powiedziała, żeby zwrócić jego uwagę.

Gross nie podniósł głowy, tylko wskazał ręką na dziurę w ziemi nieopodal.

– Tam była największa plama krwi, a tu stał namiot, wyjściem skierowany ku ścieżce na wschód. – Zarysował ręką niewielkie pole. – Nieco dalej odnaleźliśmy harcerską przypinkę. Pozostałe ślady krwi znajdowały się właśnie tam. – Tym razem wskazał na wąską dróżkę znikającą w lesie.

Stali tak, wystawieni na niemal parzące promienie słońca, osłonięci lasem od jakiegokolwiek podmuchu wiatru, który zapewniłby im chociaż chwilową ulgę.

Ściągnąwszy czapkę, Skalska przetarła wilgotne czoło.

Gross dał jej znak, by poszła za nim. Udali się ścieżką w stronę jeziora, komisarz wskazywał miejsca odnalezienia pozostałych śladów. Niczego nie sugerował, czuła się tak, jakby Gross czytał jej na głos protokół z oględzin miejsca zdarzenia. Zdawał suchą, bezosobową relację, przedstawiał pozbawione interpretacji fakty. Kiedy wreszcie skończył, podszedł do brzegu, kucnął i kilkukrotnie zamoczył rękę w jeziorze, po czym przetarł głowę i twarz oraz zmęczony, napięty kark.

– Od dawna tu jesteś? – spytała.

Gross milczał, co tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że spędził tutaj najpierw wieczór, a potem noc z technikami.

Przeszli na wypełnioną już miłośnikami kąpieli płatną plażę, znajdującą się na samym czubie cypla. Panował gwar. Mimo to stanęli na uboczu i wpatrywali się w gładką taflę, na której kładły się miękko promienie słońca. W oddali widzieli rower wodny. Oboje mrużyli oczy, choć dzięki okularom przeciwsłonecznym po Skalskiej nie było tego widać.

W pewnej chwili Gross wskazał brodą na przeciwległy brzeg.

– Tam jest ta wioska na S?

– Strużal. Tak, chyba tam się zaczyna teren gminy – odparła. – Czemu pytasz?

Za sobą mieli plażowiczów, w wodzie kąpało się kilkoro dzieci. Hałasowały nieznośnie.

– Wczoraj wieczorem i dziś rano stał tam człowiek, który przyglądał się temu, co robiliśmy.

– Dziwi cię to?

– Nie powiedziałem, że mnie dziwi, tylko że się przyglądał.

– Oni zawsze się przyglądają – westchnęła. – Gapią się. Tak samo jak my gapimy się na rozbite wraki na drodze, kiedy koło nich przejeżdżamy, no nie? Też tak robisz?

Może miała rację.

– Każdy tak robi. Nawet my, gliniarze. – Po chwili dodała: – To chore, nie?

– Co takiego?

– Że zawsze chcemy zobaczyć coś szokującego, tylko po to, by odwrócić wzrok. By za żadne skarby już dłużej na to nie patrzeć.

– A on stał tam i właśnie patrzył – rzucił Gross.

– Było w nim cokolwiek charakterystycznego?

– Nie zauważyłem.

– To czemu zaprzątasz sobie tym głowę?

– Bo nie mamy ani ciała, ani sprawcy.

– I uważasz, że ten facet mógł coś widzieć?

Komisarz pokiwał głową.

– A zawołałeś go?

Gross sięgnął po komórkę i wyświetlił galerię zdjęć, po czym odwrócił ekran w stronę Skalskiej.

Wzięła aparat i osłoniła go przed słońcem, żeby cokolwiek dostrzec na małym ekranie.

– I to mnie właśnie dziwi – dodał komisarz. – Kiedy próbowałem zrobić mu zdjęcie, odwrócił się i odszedł.

Skałka oddała mu telefon.

– Kto z prokuratorów prowadzi sprawę? – Zmieniła temat.

– Legner.

– Chryste, nie mogliśmy lepiej trafić. – Skrzywiła się. – I co powiedział?

– Krótko mówiąc, chce konkretów. – Komisarz cały czas obserwował przeciwległy brzeg. – A co ty mi powiesz?

Dostrzegała zmęczenie na jego twarzy. Zmarszczki wokół oczu i fałdy skóry poniżej dolnych powiek wydawały się jakby zarysowane grubszą kreską. Nie ogolił się, nie odświeżył.

– Chodź, wrócimy do firmy i tam pogadamy – zaproponowała.

Na obłożonych drewnem schodach w komisariacie przy Sądowej, położonym w pobliżu linii brzegowej, Gross natknął się na podkomisarza Brandola, który choć niższy stopniem, pełnił funkcję kierownika wydziału kryminalnego. Wychudzony policjant, nazywany Mumią, odezwał się pierwszy.

– Wejdź do mnie, wrócę za chwilę – polecił.

Gross skinął głową.

Przyszedł do komisariatu sam, bo Skalska zatrzymała się w sklepie po drugie śniadanie. Komisarz powiedział, że będzie czekał u siebie. Chciał najpierw usiąść przy biurku i sprawdzić pocztę, a przede wszystkim raporty o zaginionych w ostatnich dniach kobietach z kujawsko-pomorskiego.

Wszedł do swojego gabinetu i wziął czajnik, z którym poszedł do pokoju socjalnego, żeby nalać świeżej wody. Potem nastawił go i wsłuchał się w jego narastający szum. Uchylił okno wychodzące na Sądową, skąd dobiegały go odgłos pracującego silnika i trzaskanie samochodowych drzwi. Zasunął żaluzje, żeby promienie słońca nie odbijały się od monitora.

Włączył komputer i usiadł w fotelu obrotowym. Z szuflady wyjął dokumenty dotyczące dwóch rozbojów, które musiał dziś uzupełnić i przesłać do prokuratury. Ale to mogło jeszcze zaczekać.

Zalogował się do Krajowego Systemu Informacji Policji i przeszukiwał zbiory danych osób zaginionych, interesowały go głównie te najświeższe. Od dyżurnego dowiedział się, że ani w nocy, ani nad ranem nikt w Chełmży nie zgłosił zaginięcia żony, siostry, matki czy córki. Ale wciąż było jeszcze wcześnie. Poza tym trwały wakacje, wyjazdy i urlopy. Gdyby poznał tożsamość ofiary, jego robota nabrałaby rozpędu. Na razie pozostawało mu do rozwiązania równanie z dwiema niewiadomymi. Przynajmniej do czasu wyizolowania DNA z zabezpieczonych na cyplu śladów biologicznych. Wiedział, że nie nastąpi to szybko. Musiałby mieć szczęście, żeby trafić na kogoś, kto już wcześniej podpadł policji i czyj profil genetyczny został oznaczony w bazie. „To jak trafić w totolotka”, pomyślał.

Zagotowała się woda, więc Gross zalał sobie herbatę. W tej chwili weszła Skalska, okulary przeciwsłoneczne tkwiły nad daszkiem bejsbolówki. Podała mu drożdżówkę. Podziękował i odłożył ją na biurko.

– Chcesz herbaty? – spytał, ale kiedy się zorientował, że starsza aspirantka trzyma w ręku kolorowy napój dla sportowców, machnął tylko ręką.

– Słyszałeś? Podobno Mumia dostanie trzecią gwiazdkę. – Usadowiła się za stołem do odpraw.

Gross stężał na moment.

– Skąd wiesz?

– Jojczyk mi mówiła. A! I podobno ma do ciebie jakąś sprawę.

– Wiem, minąłem się z nim na schodach.

– Ona! Mówię, że ona ma do ciebie jakąś sprawę.

– Ona? A powiedziała, co konkretnie?

Skałka ugryzła drożdżówkę.

– Nie mam bladego pojęcia – wymamrotała z pełnymi ustami.

Kruszonka rozsypała się po blacie. Policjantka szybko pozbierała okruchy i włożyła je do ust.

Komisarz zabrał herbatę i usiadł naprzeciwko Skalskiej.

Oparł łokcie na blacie, splótł dłonie i podparł podbródek.

– A teraz mów, jak to widzisz.

Kwadrans później Gross wszedł do gabinetu Brandola, szefa kryminalnych, z którym sąsiadował przez ścianę.

Brandol siedział za biurkiem, osunięty w wysokim i wygodnym fotelu, w którym wyglądał jak wychudzone dziecko. Na udach postawił sobie otwartą teczkę, która grzbietem opierała się o blat.

– O! Jesteś wreszcie. – Dał znak, żeby Gross zamknął za sobą drzwi.

Komisarz nie wiedział, czy zabrzmiało to jak przygana za zbyt późne stawienie się u szefa. Postanowił poczekać. Brandol często mówił, co mu leży na wątrobie, ale w obecności Grossa, policjanta wyższego stopniem, a do tego utalentowanego śledczego, starał się zachowywać rezerwę.

Spełniwszy jego prośbę, komisarz stanął przy stole.

– Usiądź, proszę. – Brandol wciąż nie zmienił pozycji, jakby nie miał siły się podnieść.

– Słyszałem o awansie – rzucił Gross.

Mumia machnął chudą jak patyk ręką.

– Nie oszukujmy się. To awans przed pożegnaniem.

– Nie rozumiem.

– Odchodzę. Dlatego porządkuję stare sprawy – stwierdził, wpatrując się w teczkę. – Masz zająć moje miejsce.

Gross się skrzywił, chociaż starał się nie okazywać emocji przy szefie. Na szczęście ten wcale na niego nie patrzył.

Nigdy nie pałali do siebie sympatią, ale nie było też tak, żeby się nienawidzili. Po prostu trudno im było nawiązać dobre relacje, jak psom, z których każdy skwapliwie obsikiwał własne podwórko.

– Nie cieszysz się? – spytał Mumia.

– Dlaczego odchodzisz? Mógłbyś jeszcze popracować. – Gross natychmiast pożałował swoich słów. Po co to powiedział? Nie znał ani Brandola, ani powodów jego decyzji. Właściwie w ogóle go to nie obchodziło.

Mumia podniósł na niego wzrok. Niemal od razu komisarz zdał sobie sprawę, że linia włosów kolegi coraz szybciej ucieka ku czubkowi głowy i odsłania skórę czaszki pokrytą plamami wątrobowymi.

– Nie udźwignę wszystkiego. – Podkomisarz złożył teczkę i poprawił się na krześle. – Wkrótce zaczynam chemioterapię.

Gross przygryzł wargę.

– Nie wiedziałem. – Komisarz nie chciał powiedzieć niczego więcej, nie czuł się na siłach zapewniać Mumii, że wszystko będzie dobrze.

– Ja do niedawna też nie. – Brandol ponownie wskazał ręką na miejsce przy stole konferencyjnym ustawionym prostopadle do jego biurka.

Tym razem Gross nie odmówił. Usiadł, wyprostował plecy i złożył ręce na udach.

Przez chwilę Brandol uważnie przyglądał się komisarzowi.

– Jesteś człowiekiem sukcesu, prawda? – Przełożony się uśmiechnął.

Gross przełknął ślinę i zaczął wyłamywać sobie palce, co wywołało falę bólu w dłoniach. Czuł się dzieckiem porażki i wnukiem niedoli. Przynajmniej w życiu prywatnym.

– Oczywiście, mówię o pracy zawodowej – zreflektował się Brandol, jakby czytał komisarzowi w myślach.

– O co ci chodzi? – warknął Gross. – Po co to wszystko?

– Nie złość się, nie mam złych zamiarów. – Twarz Brandola wykrzywił krótkotrwały grymas. Mężczyzna wstrzymał oddech, po czym odezwał się ponownie: – Wbrew temu, co o mnie sądzisz…

– Nic nie sądzę – wszedł mu w słowo Gross.

– …to jednak przez całe moje życie starałem się być dobrym funkcjonariuszem. Sumiennym – podkreślił. – Ale przyznaję, że czasami brakowało mi wiedzy albo większego zaparcia w dotarciu do prawdy. Brakowało mi pewnie tej iskry, którą ty masz w sobie. To tak jak z lekarzami, nie? Jest wielu dobrych, ale tylko nieliczni mają wiedzę i zmysł. Rodzaj intuicji, dzięki której bezbłędnie diagnozują nawet najcięższe przypadki.

Gross obserwował Brandola, który ponownie otworzył teczkę. Podkomisarz siedział pochylony nad papierami i wodził po nich wzrokiem. Dłonie miał schowane pod biurkiem. Gross dopiero teraz dostrzegł częściowo wypełnione kartony, stojące na podłodze za Brandolem. Zerknął na przeszkloną witrynę, w której przez lata Mumia gromadził policyjne opracowania i statystyki, a także statuetki z nagrodami i pamiątki. Kilka półek było już pustych.

– Chciałbym cię prosić, żebyś przyjrzał się trzem, może czterem sprawom, które spędzają mi sen z powiek. – Brandol spojrzał na Grossa. – Pokryła je gruba warstwa kurzu, a ci z Archiwum X nieprędko się za nie wezmą. Nie są to tematy z pierwszych stron gazet.

– Przyjdzie twój następca, może on się im przyjrzy?

– To właśnie ty masz być moim następcą. Wojtasik jeszcze z tobą nie rozmawiała? – Brandol zmrużył oczy, a Gross zaprzeczył.

Siedzieli przez chwilę w ciszy, która ciążyła im obu. Komisarz zaczął się wiercić, chciał opuścić ten gabinet jak najprędzej i tylko czekał na pretekst.

– Zrobisz to dla mnie? – Usłyszał.

– Mam teraz na głowie zabójstwo. Szukam ciała ofiary i sprawcy. Obawiam się, że mogę nie dać…

– Proszę tylko o to, byś po prostu przejrzał te przeklęte teczki! – Brandol trzasnął otwartą dłonią w blat.

W kącikach jego ust zebrała się ślina, poczerwieniał na twarzy. Oddech miał krótki i urywany, sapał.

Gross podniósł się i zasunął krzesło.

Mógł stąd uciec, ale w gruncie rzeczy nie chodziło przecież o Brandola, tylko o ludzkie tragedie, których opisy znajdowały się właśnie w tych pożółkłych, wymiętych, starych teczkach śmierdzących kurzem. Chodziło o niepokój bliskich, niepewność i brak poczucia sprawiedliwości. A także o bezkarność zła i zadośćuczynienie wyrządzonym krzywdom. Może brzmiało to banalnie, ale rzeczywiście rodzinom ofiar rozwiązanie sprawy przywracało wewnętrzny spokój. Zbyt dobrze o tym wiedział. Sam też był po tej stronie co oni. Już dziesięć lat czekał na złapanie tych dwóch, którzy wdarli się do jego domu. I być może również odnalazłby spokój, gdyby chociaż jeden z nich, ten, który niemal udusił jego żonę, odpokutował za swój czyn.

– Zostaw mi je na biurku – poprosił komisarz, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Kiedy Gross stanął na korytarzu w pobliżu otwartych drzwi do sekretariatu komendantki i jej zastępcy, Beata Różycka, słusznej budowy kobieta w średnim wieku, kiwnęła na niego zza swojego biurka.

Wszedł tam niechętnie.

– Będzie się chciał z tobą spotkać – wyszeptała konspiracyjnie, wskazując głową drzwi gabinetu zastępcy komendanta.

– Powiedz mu, że jestem zajęty. Że siedzę w terenie – poprosił Gross równie cicho.

– Ej! – oburzyła się sekretarka. – Jeszcze nie wiesz, co dla ciebie ma.

– Obawiam się, że już wiem.

Pokiwała głową ze zrozumieniem, ale jej mina świadczyła o czymś zupełnie przeciwnym. Nie zdecydowała się jednak na kontynuowanie tego wątku.

– No to spadaj, Bernardzie, spadaj, bo przecież w ogóle cię tu nie było.

Gross z sekretariatu poszedł prosto do siebie.

Wyłączył komputer i zbiegł po schodach do dyżurnego.

– Jakieś nowe zgłoszenia? – spytał, uchylając drzwi, ale nie przekraczając progu dyżurki.

– Cisza, Bernardzie. Jakby co, zadzwonię – odpowiedział ciemnowłosy policjant o wysportowanych, muskularnych ramionach.

Gross cofnął się do gabinetu szefowej prewencji.

Jojczyk siedziała sama. W pomieszczeniu pachniało świeżo zaparzoną kawą.

– Chodź, chodź, Bernardzie – zaprosiła go i natychmiast wróciła do wyświetlanych na monitorze materiałów. – Tylko daj mi sekundkę, dobrze?

Z filiżanki wypełnionej czarnym napojem unosiła się para, rozwiewana co rusz przez podmuchy wentylatora ustawionego w pobliżu biurka. Szumiał delikatnie, jedynie podczas obracania czaszy obudowa wpadała w chwilowy, nieprzyjemny rezonans. Gross usiadł tam, gdzie chłodne powietrze głaskało go po twarzy.

Wsłuchiwał się w tę pozorną ciszę, kiedy podkomisarz Aleksandra Jojczyk odezwała się do niego.

– Gratuluję awansu. – Uśmiechnęła się.

Funkcjonariusz podziwiał jej klasyczne rysy twarzy i prosty nos. Nosiła krótką fryzurę: farbowane na blond włosy miała ułożone na jeża i podgolone po bokach. W letnim mundurze wyglądała jak przebrana do sesji fotograficznej modelka.

– Będziemy teraz częściej współpracować, co bardzo mnie cieszy – dodała, nachylając się i ściszając głos. – Bo z Brandolem chyba nikomu nie było po drodze.

Mrugnęła do niego, a Gross nadal milczał.

– Chciałam z tobą porozmawiać o czymś jeszcze. – Jojczyk sięgnęła po kawę, by zamoczyć w niej pomalowane szminką na różowo usta.

– Wiedziałaś o nowotworze? – zapytał, jakby to miało jakieś znaczenie.

Jojczyk trzymała filiżankę w dłoniach. Wypielęgnowane paznokcie błyszczały na granatowo.

– Chyba wszyscy wiedzieli.

– Nie. Ja nie – zaprzeczył. – Nie miałem o tym pojęcia.

– Przecież siedzicie niemal drzwi w drzwi. Widujesz go codziennie.

– Być może dlatego. – Zasępił się. – Owszem, czasami miałem wrażenie, że coś jest nie tak, że coś go gryzie, ale nie łączyłem tego z chorobą.

Jojczyk machnęła ręką.

– Wszyscy umrzemy na to samo. – Wzruszyła ramionami, po czym odchyliła się na oparcie fotela. – To tylko kwestia czasu, kiedy postawią nam taką samą diagnozę.

Policjant przypatrzył się młodej i atrakcyjnej kobiecie. Wydawało mu się, że akurat ona mogła być okazem zdrowia w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. Chociaż wiedział, że pozory mylą.

– A co mu dolega? – spytał.

– Lucy powiedziała mi w sekrecie...

– Lucy? – Zmarszczył brwi.

– No, Lucyna Wojtasik! Przed urlopem wyznała mi w tajemnicy, że to trzustka w zaawansowanym stadium. Ale rozsiało się już po całym organizmie i nie wiadomo, czy ten awans uda się załatwić, no wiesz, jeszcze przed śmiercią. – Przekrzywiła głowę. – Ale może pogadalibyśmy w końcu o czymś innym?

Gross zgodził się, a Jojczyk znowu upiła łyk kawy i sięgnęła po kartkę z teczki leżącej na skraju biurka.

– Aspirant Janusz Stefański – odczytała nazwisko.

– Co z nim?

– Napisał raport o przeniesienie do kryminalnego, pod twoje skrzydła.

Gross miał wrażenie, że wbrew jego woli ktoś wykupił mu bilet na karuzelę łańcuchową i posadził go na krzesełku. Sprawy nabierały tempa, a on nie miał na nie żadnego wpływu. Wymykały mu się z rąk. Gratulowano mu posady, chociaż ani nie chciał jej przyjąć, ani nie otrzymał oficjalnej propozycji. A teraz jeszcze to.

– Mam do ciebie żal, Bernardzie. Lubimy się przecież, mogłeś mi o tym powiedzieć. Wystarczyłoby kilka słów na schodach – stwierdziła Jojczyk, spoglądając na niego znad kartki.

– O co ci chodzi? – Kolejny raz tego dnia jego serce zaczęło szybciej tłoczyć krew.

– O to uzgadnianie przeniesienia Stefańskiego za moimi plecami.

– Niczego nie uzgadniałem – zaprzeczył.

– Nie mówię, że ze Stefańskim, tylko z Lucy.

– Z nikim! – wycedził i wstał. – Niczego z nikim nie uzgadniałem. Przestańcie wplątywać mnie w te wszystkie cholerne sytuacje.

Ruszył do drzwi.

– Bernardzie – poprosiła.

Położywszy rękę na klamce, odwrócił się do Jojczyk.

– Jeśli nie masz z tym nic wspólnego, to przepraszam. – Zmieniła ton.

– Nie mam.

– A chcesz tego Stefańskiego?

– Chcę spokoju – rzekł twardo i wyszedł.

Późnym popołudniem komisarz wszedł na teren przed blokiem przy Kościuszki, w którym mieszkał. W tej samej chwili z garażu wyjechała jego sąsiadka. Nie znał jej nazwiska, ale mijali się na schodach. Mieszkała na trzecim piętrze i zimą tego roku zalazła Grossowi za skórę, ale puścił to w niepamięć. Gdy suzuki vitara zbliżyło się do automatycznie otwieranej bramy, komisarz dał kobiecie znak, by opuściła szybę. Miała skwaszoną minę.

– Dzień dobry. Przepaliła się pani żarówka w prawym reflektorze – poinformował ją.

– Wiem – odburknęła.

– Niech ją pani wymieni.

Machnęła ręką, jakby odganiała muchę, i zasunęła szybę. Samochód wytoczył się wolno na drogę gruntową.

Bernard Gross wszedł do pustego, cichego mieszkania na poddaszu. Rozciągał się z niego widok na panoramę miasta i leżące w dole jezioro, skąpane teraz w świetle uciekającego na zachód słońca. Uderzyły go duchota, ciepło, które oddawał nagrzany dach. Zimą na poddaszu było chłodno, a latem łatwiej oddychało się nawet w saunie.

Podszedł po kolei do każdego okna i otworzył je, wpuszczając do pokoju pokrzykiwania dzieci, szczekanie psów, dźwięki codziennego gwaru miasta, które nad wodą niosły się ze zdwojoną siłą. Dlatego niespecjalnie lubił lato. Wolał szelest jesieni i ciszę ukrytą w zimowych mgłach.

Wrócił pod drzwi wyjściowe i zdjął buty, skarpety i spodnie, a wilgotny na plecach T-shirt rozwiesił w kuchni na krześle. Zaparzył liptona i zabrał parujący kubek do pokoju. Odstawił go i wziął zimny prysznic. Długo polewał chłodną wodą spocone i zmęczone ciało.

Herbata zdążyła ostygnąć, kiedy usiadł przy szerokim stole, a właściwie tej jego części, gdzie zorganizował sobie warsztat modelarski z dwiema lampami kreślarskimi po obu stronach. Nie włączył ich. Nie zamierzał dziś pracować.

Usiadł tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy wciąż ma w sobie głód modelarskiej roboty. Po tym, co się wydarzyło miesiąc temu, po nagłym zniknięciu syna z mieszkania, nie znajdował w sobie ochoty na realizację własnej pasji. A wręcz było gorzej. Kiedy wrócił tamtego lipcowego dnia, po nawałnicy, która sponiewierała obóz harcerski w Zalesiu, miał ochotę zgarnąć cały ten modelarski bajzel do kosza na śmieci. A razem z nim pudełka z niesklejonymi modelami. Ale potem przyszło mu do głowy, że jeśli już ma to wyrzucić, to lepiej by było zawieźć wszystko do modelarni, którą prowadził jego uzdolniony kolega. Modelarskie akcesoria przydałyby się dzieciakom odkrywającym tam swoje hobby. Coś go jednak powstrzymywało.

Pamiętał ten widok, jakby to było dziś. Otworzywszy drzwi do mieszkania, zobaczył rozsypane w proch, zdeptane trzy motocykle i pękniętą dioramę, fragment wiejskiej zagrody z drzewami i murowanym płotem. Kilka miesięcy jego pracy, nie licząc pieniędzy, które wydał na same modele, chemię modelarską i farby. Wszystko to przygotowywał na miejscowy festiwal modelarski. Była to jego pierwsza diorama, którą zrobił po tym, co spotkało jego żonę Agnieszkę.

Zanim odjechał do Zalesia, pokłócił się z Bartkiem. Chciał z nim porozmawiać po powrocie, ale każde ich spotkanie, każda próba porozumienia stawały się zarzewiem nowej kłótni. Nie pamiętał już, co powiedział synowi tamtego parnego dnia, pewnie kolejny raz namawiał go do odwiedzin u matki. Zazwyczaj od tego wszystko się zaczynało.

Tak, tragedia, która się wydarzyła dziesięć lat temu, pokiereszowała ich obydwu. Nosili w sobie niezabliźnione rany i rozdrapywali je wciąż na nowo, chociaż w gruncie rzeczy wcale tego nie chcieli. Poddawali się jednak podskórnemu lękowi, fali niepewności dotyczącej tego, co będzie z nimi dalej. Co będzie z jego żoną, a matką Bartka, która od dziesięciu lat leżała w śpiączce po tym, jak bandyta niemal ją udusił, przyciskając jej do twarzy poduszkę.

Wszystkie te sceny Gross odtwarzał wciąż na nowo. Ilekroć zamykał oczy, widział bezwładnie zwisającą z łóżka rękę żony i ubranego na czarno napastnika, który siedział okrakiem na Agnieszce i atakował ją zapamiętale, brutalnie, wkładając w to wszystkie siły rosłego mężczyzny przeciwko siłom kruchej, filigranowej kobiety. Gross wpadł wtedy do sypialni.

Dźwięk telefonu wyrwał go ze wspomnień.

Gross spojrzał na stół z przyborami modelarskimi. Widocznie to wciąż nie był ten dzień albo on nie był gotowy na powrót do pasji. Podniósł się z krzesła i odszukał komórkę. Leżała w kuchni.

Fundacja „Światło”.

Zadrżał i chwycił aparat.

– Halo – rzucił do słuchawki.

– Dobry wieczór. Pan Bernard? – Usłyszał kobiecy głos, ale nie wiedział, która z pielęgniarek do niego dzwoni, chociaż większość z nich znał. Próbował wyczuć w jej głosie cokolwiek: smutek, napięcie, a może żal. Jednak niczego takiego nie wychwycił.

– Stało się coś? – zapytał.

– Może pan przyjechać do zakładu?

– Będę za pół godziny – odparł i już miał się rozłączyć.

– Pana żona trafiła do izolatki.

– Dlaczego do izolatki? Co się stało?

– Zachorowała. Obawiamy się, że to zapalenie płuc.

Ostatnie dwa słowa odbijały się echem w jego głowie.

– Zapalenie płuc? – Próbował ukryć niepokój, ale głos mu zadrżał.

– Niech pan przyjedzie.

Gross odłożył aparat i się ubrał. Wychodząc na klatkę, czuł ukłucia bólu w okolicy mostka. Zszedł do garażu i dopiero kiedy usiadł w samochodzie, jego oddech się wyrównał, jakby nagle zapadnięte żebra wróciły na swoje miejsce. Ucisk zelżał.

Zapalenie płuc. Wiedział, czym to grozi zdrowemu człowiekowi i czym może się okazać dla wychudzonej kobiety z zespołem apalicznym.

Wyjechawszy na drogę do Torunia, jeszcze przed Grzywną, zadzwonił do Bartka. Szybko się jednak zorientował, że w tej sprawie nic się nie zmieniło. Tamtego lipcowego dnia Bartek zniknął. A każda próba skontaktowania się z nim kończyła się informacją o tym, że abonent jest poza zasięgiem.

Gross odłożył telefon na siedzenie pasażera. Nie miał nawet jak zostawić synowi wiadomości. Od czterech tygodni nie zamienił z nim słowa, nie wiedział, gdzie jest Bartek i co robi, nie wiedział też, dokąd pojechał tuż po tym, jak zniszczył modele i opuścił jego mieszkanie.

Czy tak to właśnie miało wyglądać?

Tak po prostu straci i żonę, i syna?

Komisarz wbiegł po schodach na pierwsze piętro i rozejrzał się po opustoszałym o tej porze holu. Drzwi do pomieszczeń administracyjnych były pozamykane. Wszedł na oddział, na którym unosił się mdławy zapach ciał zmieszany z ostrym smrodem środków dezynfekcyjnych.

W trzeciej sali po lewej, tam, gdzie leżała Agnieszka, pozostało tylko łóżko z pięćdziesięcioletnią kobietą, która nie odzyskała przytomności po wielonarządowej operacji przeprowadzonej po wypadku samochodowym. Agnieszkę, przypomniał sobie, przeniesiono do izolatki, a ta znajdowała się na parterze.

Zbiegł na pierwszą kondygnację. Z ostatniego pomieszczenia po prawej wyszedł młody, rosły mężczyzna w zielonym fizelinowym fartuchu.

– O, pan Bernard! – Podniósł rękę na widok policjanta. – Żona leży tutaj.

Gross się z nim przywitał i spojrzał przez świetlik w drzwiach. Z tej perspektywy widział jedynie fragment łóżka i koc okrywający ciało nieprzytomnej od lat kobiety.

– Co z nią?

– Zawołam naszą oddziałową, dobrze? – powiedział opiekun i odszedł, ściągając z siebie jednorazowe okrycie.

Dodał coś jeszcze, co brzmiało jak „czekamy na karetkę”, ale tego Gross nie był do końca pewien. Zbliżył się do drzwi, których nie odważył się otworzyć. Po prostu nie chciał wnosić do środka nowych bakterii. Przez świetlik wpatrywał się w umęczoną i wychudłą twarz Agnieszki, matową skórę naciągniętą na małą czaszkę. Wystająca kość policzkowa rzucała nieregularny cień, jakby w zapadniętym policzku wykwitła czarna plama, cmentarna róża. Widział jej półprzymknięte powieki i pojawiający się na twarzy krótkotrwały grymas, niczym echo walki o każdy oddech.

Leżała na boku. Przetłuszczone krótkie włosy lepiły się jej do głowy.

Nie pamiętał rozmowy z oddziałową, zupełnie się wtedy wyłączył. Docierały do niego, jakby przez grubą szybę, wyłącznie pojedyncze słowa. Zagrożenie, coś o potrzebie nadziei i bycia silnym. W tym czasie sanitariusze przełożyli Agnieszkę na nosze i zabrali do szpitala. Słyszał przytłumiony sygnał odjeżdżającej karetki i widział błyskające niebieskie światło, które prześlizgiwało się po ścianach i podłodze korytarza. Wszystko wydawało się nierealne, jakby za mgłą, jakby w tym w ogóle nie uczestniczył.

Ocknął się dopiero we własnym samochodzie. Szarpnął za klamkę, żeby wpuścić chłodne powietrze, opuścił też szybę w drzwiach pasażera, bo nie miał siły wyjść.

Pot spływał mu po plecach i klatce piersiowej, twarz miał mokrą, ciuchy – wilgotne. Oddychał szybko.

I wtedy właśnie zadzwonił telefon. Dokładnie dwa takty melodii, która nagle się urwała.

Gross nie zdołał sięgnąć po aparat.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że była to melodia, którą specjalnie ustawił tylko dla jednego kontaktu. Właśnie po to, żeby od razu wiedzieć, kto dzwoni.

Dotarło do niego, że dzwonił syn.

Po dwóch godzinach spędzonych w szpitalu i po rozmowie z dyżurującą na oddziale chorób wewnętrznych starszą lekarką wreszcie się uspokoił. „Antybiotykoterapia powinna zadziałać”, brzmiały w jego głowie słowa zmęczonej życiem internistki, której Gross chciał ufać, jak kilkuletnie dziecko ufa matce.

W drodze powrotnej do Chełmży próbował oddzwonić do Bartka, ale abonent znowu był poza zasięgiem. Nie wiedział, co to wszystko ma znaczyć.

Myślał o żonie, o Bartku, o tym, że stracili ze sobą kontakt. Właściwie, stwierdził ze zgrozą, zaczęło się to niemal od razu, tuż po tym, jak Agnieszka wylądowała w „Świetle”. Próbował odszukać w pamięci moment, kiedy odsunął się od syna, chciał odnaleźć na mapie późniejszych zdarzeń ten punkt, w którym runęły wszystkie mosty, ale nie umiał, nie potrafił go namierzyć. Po prostu musiał się pogodzić z tym, że takie zmiany zachodzą powoli, wręcz niezauważalnie. Aż wreszcie jest już za późno na jakąkolwiek reakcję.

Dojechał do Kościuszki i przy „leżących wieżowcach” na Ameryce, przez niektórych zwaną też Cegelają, skręcił w prawo. Potem chciał odbić w lewo, w Plażową, żeby schować wóz do garażu, ale ostatecznie tego nie zrobił. Pojechał prosto drogą prowadzącą do wsi Strużal.

Minął zieloną tablicę z nazwą miejscowości i zatrzymał auto na poboczu. Włączył światła awaryjne. Zanim wysiadł, spojrzał w lewo, w kierunku połyskującej światłem tafli jeziora, które przebijało się przez zasłonę licznych w tym miejscu nadbrzeżnych drzew i krzewów, a potem w prawo i zrozumiał, że cały ten znajdujący się na niewielkim wzniesieniu teren otoczony był wodą.

Sporo nowych domów rozrzucono tu na działkach, poprzedzielanych polami uprawnymi.

Nie potrafił ocenić, czy stanął w dobrym miejscu. Mimo to zdecydował się wysiąść i przejść przez wąską jezdnię z dosztukowanymi pasami asfaltu z jednej i drugiej strony. Ruszył drogą między polami. Szedł po suchej jak pieprz ziemi, a każdy jego krok wzniecał obłok pyłu. Po lewej ludzie zginali plecy w polu. Ich brązowa, spocona skóra błyszczała w zachodzącym słońcu. Gdzieś dalej sunął traktor, a terkot jego silnika niósł się głośno w otwartej przestrzeni.

Gross minął nowoczesne domy z solarami na dachach, za którymi wznosiły się wieże kościoła Świętego Mikołaja i konkatedry, a potem dotarł wreszcie do wysokiej roślinności nad brzegiem jeziora. Stanął w cieniu nad samą wodą, na wydeptanej czarnej ziemi. Na drugim brzegu, na czubku cypla wżynającego się w wodę, jakieś dwieście metrów stąd, widział bawiące się dzieci i dorosłych na ręcznikach, ułożonych w kierunku zachodzącego słońca. Z daleka dobiegały gwar i piski.

Komisarz zastanawiał się, co jeszcze mógłby stąd zobaczyć. Co zobaczyłby z tej perspektywy w nocy, kiedy doszło do zabójstwa. W ciągu dnia kręciło się tam zbyt wiele osób. Tylko ciemność dawała zabójcy szansę. Nie bez przyczyny wybrał drugą ścieżkę prowadzącą na polanę, tę rzadko uczęszczaną, od wschodniej strony cypla. I właśnie na niej zaatakował ofiarę. Weszli w las, bo prowadził ją do namiotu, ale także dlatego, że ewentualny krzyk kobiety nie niósłby się tak, jak nad brzegiem spokojnej wody.

Rano, tuż po rozmowie ze Skałką, Gross wydał dyspozycje, by kilku funkcjonariuszy przeprowadziło rozpytanie wśród plażowiczów, głównie młodzieży, która na piasku bawiła się do późna. Nie chodziło tylko o to, czy słyszeli krzyki. Bardziej zależało mu na sprawdzeniu, czy nie zwrócili uwagi na mężczyznę ubranego niestosownie do temperatury, na przykład w długie spodnie, a może także w koszulę z długimi rękawami. Takie ciuchy umożliwiały ukrycie narzędzia zbrodni. Gross raczej wątpił w to, by zabójca zostawił młotek, kawałek ciężkiej rury lub inną broń w lesie. Ciemność i adrenalina mogły sprawić, że pomyliłby miejsca. Zbyt duże ryzyko.

Komisarz stał tak i rozważał różne opcje, które przedyskutowali rano ze Skalską, kiedy do jego uszu dobiegło cykanie. Nie zwrócił na nie wcześniej uwagi, a przecież było intensywne. Takie samo jak nad ranem, kiedy stał z policjantką w pobliżu plaży.

– To wioślaki, takie pluskwiaki wodne. Skubane pocierają penisem o brzuch – wyjaśniła mu wówczas z nieznacznym uśmiechem aspirantka sztabowa. – I stąd ten dźwięk. Podobno są najgłośniejszymi zwierzętami na świecie, biorąc pod uwagę niewielki rozmiar.

– Penisów? – Gross nie zrozumiał.

– Nie. – Zarechotała. – Chociaż penisów też. Bo te robale to takie małe grzdyle. Coś jak niewielkie chrząszcze.

Komisarz wsłuchiwał się w ten pulsujący, intensywny dźwięk. Raz niósł się głośno, a raz przycichał.

– Wioślaki fajnie brzmią nocą – stwierdziła Skałka.

Fakt.

Nocą musiały brzmieć jeszcze donośniej.

dzień trzeci

Grossa obudziły pierwsze promienie słońca. Był zgrzany, pot rosił mu klatkę piersiową, pościel wydawała się wilgotna.

Wstał i poszedł pod prysznic. Długo polewał się chłodną wodą. Potem ogolił się, przy kuchennym stole zjadł proste śniadanie i wypił herbatę, wodząc wzrokiem po nieboskłonie pełnym delikatnych, jakby rozciągniętych przez wiatr chmur.

W komendzie na biurku odnalazł cztery opasłe teczki spraw, które musiał zostawić wczoraj Brandol.

Sięgnął po słuchawkę telefonu stacjonarnego i przedzwonił do tutejszego hufca. Miał kilka pytań, na które szybko uzyskał odpowiedzi, a potem zapukał do drzwi gabinetu szefa kryminalnych, jednak pomieszczenie było puste. Część kartonów stała jeszcze na podłodze. Zapytał o podkomisarza w sekretariacie, ale dowiedział się od Różyckiej, że ten wziął dwa dni wolnego.

– Ma jakieś badania. – Sekretarka zrobiła smutną minę.

– Wiesz, do kiedy będzie z nami?

Różycka kiwnęła głową w stronę gabinetu komendantki Lucyny Wojtasik.

– Mówiła – zaczęła szeptem – że niby do końca tygodnia.

– A szefowa już wróciła? – zdziwił się. – Miała być dopiero w czwartek.

– Siedzi od rana. Pytała o ciebie.

– Wpadnę później.

Gross wycofał się po cichu do swojego gabinetu. Nie zdążył jednak usiąść, kiedy rozdzwonił się telefon.

– Wejdź do mnie, proszę. – Usłyszał głos szefowej komisariatu.

– Co w sprawie zabójstwa bez ciała? – zapytała Wojtasik, kiedy tylko przekroczył próg.

Niska, korpulentna kobieta o spiętych w kok rudych włosach siedziała za biurkiem i wpatrywała się w księgę raportów.

Gross się przywitał, ale komendantka nie zareagowała.

– To nie jest priorytetowa sprawa. Nikt w laboratorium nie rwie się do oznaczania profilu genetycznego w trybie pilnym, skoro nie mamy żadnych materiałów referencyjnych. Ani ciała, ani nawet potencjalnej ofiary, nie mówiąc już o narzędziu zbrodni. No i w zgłoszeniach kompletna pustka. Żadnych zaginionych kobiet.

– Może to wcale nie jest kobieta?

Gross myślał już o tym wcześniej. Skalska zadała to samo pytanie.

– Tak, ale to nie rozwiązuje problemu, bo akurat zaginięć mężczyzn też nie zgłaszano.

– Co w takim razie robisz? – spytała, podnosząc głowę.

– Dziś będę miał materiał z rozpytania plażowiczów. Może ktoś coś widział albo słyszał.

– A jeśli nie?

Z ociąganiem wzruszył ramionami.

– To będziemy czekali na oznaczenie DNA, być może sprawca lub ofiara znajdują się w naszej bazie.

– To by ułatwiło zadanie.

– Nie spodziewam się tego, więc normalnie robimy swoje. Materiały i przedmioty znalezione na miejscu poleciały do biegłych.

– Przecież to będzie trwało, do cholery.

– Vis maior – powiedział. – To zawsze trwa.

– Potrzebujemy sukcesów. Szczególnie teraz.

– Sukcesy powstają z pracy nad porażkami. Powinniśmy to sobie wypisać na sztandarach. I to właśnie wymaga czasu.

– Nie wygłupiaj się – odrzekła zniechęcona. – Mówię poważnie.

– Ja też mówię poważnie. Statystki to…

– Nie pieprz mi o statystkach. Od tego to ja akurat jestem!

Gross obserwował nerwowe, nieskoordynowane ruchy dłoni szefowej.

– To co masz na myśli? – zagadnął, gdy cisza po jej wybuchu przedłużała się nieznośnie.

– To mam na myśli. – Postukała energicznie palcem w leżącą na biurku gazetę. – Wybory samorządowe.

Powstrzymał się od przewrócenia oczami.

– Robimy wszystko zgodnie z procedurą – zapewnił policjant.

– Nie karm mnie frazesami. – Po chwili spytała: – A co na to prokurator Legner?

Gross westchnął.

– Sądzę, że nie uważa tej sprawy za rokującą i niespecjalnie się nią interesuje. Przynajmniej do czasu, kiedy nie złapiemy wiatru w żagle.

– Ale wskazał jakieś kierunki?

Gross opowiedział o znalezionej na polanie przypince harcerskiej.

– Poszedłeś tym tropem?