Wacław - Juliusz Słowacki - ebook

Wacław ebook

Juliusz Słowacki

0,0
12,49 zł

lub
Opis

Wacław” to poemat autorstwa Juliusza Słowackiego, obok Adama Mickiewicza uznawanego powszechnie za największego przedstawiciela polskiego romantyzmu.

Tytułowy bohater Wacław ginie otruty przez wiarołomną żonę popiołami antenatów (w tradycji ludowej kara za zdradę kraju), dostarczonymi przez wiedźmę. Wraz z nim ginie jego syn.

Piekielne męczarnie bohatera, ukazane w poemacie, utrzymane są w stylu bajronicznym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 33




Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-66362-83-3
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Wstęp

Są przedmioty którychby się pióro poety tknąć nie powinno;

takim zapewne jest śmierć Wacława, którego nam Antoni

Malczewski tak cudownemi kolorami w poemacie Marja,

odmalował. Jakiś jednak mimowolny pociąg, chciałbym go nazwać

natchnieniem, zmusił mnie do napisania następnego poematu; a od

prawdziwych nie odstępując podań, starałem się ile możności

zidealizować rzecz pełną czarnych mętów i okropności. Może

kilka strof spowiedzi Wacława wyjednają mi u czytelnika nieco

pobłażającego sądu dla reszty i ogólnego układu pisma, którego

już ani poprawić, ani przemienić nie jestem zdolny; a dwa

poprzedzające poemata [W Szwajcarji i Ojciec zadżumionych]

przybiegną w pomoc broniącemu się od zupełnego potępienia

poecie.

Wacław

I.

Witaj mi ziemio stepów gładka, cicha,

Gdzie kwiat dla Boga kwitnie i usycha;

Gdzie dwa kurhany na błękitném niebie

Przez całe stepy patrzą się na siebie;

Gdzie przerywają trupy sen grobowy,

Orłami z sobą prowadząc rozmowy:

Lub gdy je przyjaźń w mogiłach nie zbliża,

To krzyż się groźnie pogląda na krzyża,

I oba drewna niby grożą sobie

Przez całe stepy, zemstą śpiącą w grobie.

Krzyżowe groźby, i poselstwa ptaków

Lecą przez krwawe doliny bodiaków;

I czuć w powietrzu że tu myśli wojna,

Choć słońce złote, choć ziemia spokojna.

Bo choć się skończą rycerstwa i waśnie,

To ziemia mogił tak prędko nie zaśnie;

Ale w jéj sercu wolność się odzywa,

Kiedy się orzeł gdzie z mogiły zrywa,

Kiedy zatętni jaki wicher głuchy,

Gdy zaszeleszczą powojów łańcuchy;

Albo gdy śmignie jaki złoty sumak,

Myśli że biały Puławskiego rumak;

Albo gdy kosa o kamień zadzwoni,

Myśli że Sawa jedzie w tysiąc koni:

Ale już w grobach są ci sławo-kraśni.

Ziemio kurhanów nie marz o nich — zaśnij!

II.

Znasz ty tęczowe Rusałek upiory?

Czy znasz prorocką dumę Wernyhory?

Czy wiész co będzie w jarze Janczarychy,

Gdzie teraz gołąb, lub jelonek cichy,

Ze łzą przeczystą w szafirowém oku,

Gdzieś w xiężycowym się przegląda stoku.

Czy wiész że wszystkie te się sprawdzą śnicia

W jednéj godzinie rycerskiego życia?

Że zemścisz syna, ojca, matkę, brata,

W téj błyskawicy co na szabli lata.

Niech tylko serce rycerza, o Chryste!

Jako lilija będzie we krwi czyste,

Niech tylko wprzódy nie splami zgryzota

Duszy, co jako ptak się w sidłach miota;

Niechaj się tylko każdy dumnie waży

Złotym aniołem, w ojczyźnie na straży:

To, chyba w końcu na takich Aniołów,

Wróg będzie piorun miał w ręku — nie ołów.

III.

Jeśli pod tobą wolny koń stepowy,

Omijaj zamek ten i te parowy;

Niech cię nie wabi ten na zamku czole

Napis, co błyska od słońca na pole:

Bo to jest kłamstwo marmurów ohydne,

Złotem pisane i zdaleka widne.

Uciekaj stepem przez burzanu fale,

Nie wierz napisom, nie zazieraj w sale,

Bo tam owionie i męstwo ci zetrze

Gorsze niż w grobach — zdradziectwa powietrze!

Gorsze niż dżuma co zabija ciało!

Gorsze! — Choć pałac ten wygląda biało,

Choć za nim widać lipy starożytne,

Białe kościołki, jeziora błękitne;

Chociaż łabędzie śpią na tych jeziorach;

Choć róże stoją w jutrzenki kolorach;

Chociaż słowiki mieszkają w topolach,

A daléj błekit i kłosy na polach:

Nie wierz zdradzieckiéj natury obłudzie,

Ten zamek pełny — w tym zamku są ludzie!

IV.

Od czasu jeszcze dawnych Pelopidów,

Od wygaśnienia rodziny Atrydów,

Nigdzie krwi tyle na gmachu kamieniach,

Nigdzie plam tyle od zbrodni w sumnieniach,

Nigdzie rodziny tak czarnéj nie było,

Tak czarnych prochów pod żadna mogiłą...

Chciałbym powiedzieć — W Imię Ojca Ducha!

Kto tak okropnéj powieści wysłucha?

V.

Choć w zamku gości częstują wspaniale,

Gospodarz dawno nie schodzi na sale

Niegdyś widziano go w gromadném kole,

Jak trup śród ludzi, jak upior przy stole.

Zimne po sercach przechodziło mrowie

Kiedy co mówił, gdy pił jakie zdrowie;

A gdy wziął kielich w rękę trupią, siną,

W kielichu krew się zdawała, nie wino.

Każdy co z gości do stołu zasiadał

Nie znał go prawie, nigdy z nim nie gadał;

Gdy wszedł — nie wstawał nikt przed tym

człowiekiem

Choć orderami był srebrny i wiekiem;

Ani posłane z poselstwem od matki

Kiedy go w rękę całowały dziatki,

Jakby przed marą piekielną, szkaradną,

Stają przed ojcem zalęknione; bladną,

I uciekają nie wyrzekłszy słowa,

Lub kamienieją. Nie twarz to surowa —

Bo miłą miał twarz ten człowiek z natury;

Ani wzrok jego dziki i ponury —

Bo na swe dziatki patrząc łzy miał w oku;

Lecz