W walce z życiem - Bolesław Prus - ebook

W walce z życiem ebook

Bolesław Prus

3,0
12,49 zł

lub
Opis

W walce z życiem” to utwór autorstwa Bolesława Prusa, jednego z najwybitniejszych przedstawicieli polskiej literatury pozytywizmu i współtwórcy realizmu.

“Pan Adam był magnatem z magnatów, ale takich, że nawet zwierzętom w ich psiarniach i stajniach działo się nierównie lepiej niż innemu człowiekowi na świecie. Z baszty pałacu nie objąłeś okiem przestrzeni zasianej ich walącemi się coprawda wioskami, nie policzyłeś też pługów, które orały ich wyjałowione pola, aniś wypatrzył końca puszczy, hodowanej poto jedynie, aby mnożył się w niej gruby zwierz ku uciesze jaśnie pana i jego łaskawych sąsiadów.

I było tej puszczy, tych obszarów i wiosek zgórą przez kilka wieków. Wkońcu jednak, gdy tęgość rodu osłabła, — Żydki, koloniści, dorobkiewicze i im podobne robactwo poczęło toczyć majątek. Wszyscy oni kłaniali się do samej ziemi, pieniądze znosili chętnie, ale każdy za to coś z dziedzictwa urywał. Ten wziął ogłodzoną wioskę, inny — zamulony staw, trzeci rozwaloną gorzelnią, czwarty kawałek lasu, aż wreszcie, za czasów ojca pana Adama, wykłaniali i wyskubali prawie cały majątek.”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 46




Bolesław Prus

Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-055-7
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

I

Pan Adam był magnatem z magnatów, ale takich, że nawet zwierzętom w ich psiarniach i stajniach działo się nierównie lepiej niż innemu człowiekowi na świecie. Z baszty pałacu nie objąłeś okiem przestrzeni zasianej ich walącemi się coprawda wioskami, nie policzyłeś też pługów, które orały ich wyjałowione pola, aniś wypatrzył końca puszczy, hodowanej poto jedynie, aby mnożył się w niej gruby zwierz ku uciesze jaśnie pana i jego łaskawych sąsiadów.

 I było tej puszczy, tych obszarów i wiosek zgórą przez kilka wieków. Wkońcu jednak, gdy tęgość rodu osłabła, — Żydki, koloniści, dorobkiewicze i im podobne robactwo poczęło toczyć majątek. Wszyscy oni kłaniali się do samej ziemi, pieniądze znosili chętnie, ale każdy za to coś z dziedzictwa urywał. Ten wziął ogłodzoną wioskę, inny — zamulony staw, trzeci rozwaloną gorzelnią, czwarty kawałek lasu, aż wreszcie, za czasów ojca pana Adama, wykłaniali i wyskubali prawie cały majątek. Nieboszczykowi chodziło o to najwięcej, aby piwnica zawsze była pełna, a w kuchni paru zdatnych kucharzy, z odpowiednią liczbą kuchtów. O resztę nie dbał wiele i patrząc z zamkowych okien na okolicę, wciąż powtarzał: moja puszcza, moje wsie, mój browar, — choć tytuł owej własności zapisany był tylko w księgach imaginacji dziedzica.  W czasie tej powolnej i stopniowej ruiny pan Adam podrastał. Widział on, że za każdą wioską sprzedaną, ubywa jeden przyjaciel i krewny, jeden sługa i jeden gość z liczby tych, którzy zjeżdżali się na polowania albo imieniny rodziców. Widział, że z każdym dniem niszczeją ściany pałacu, na pachołkach blaknie liberja, sadzawka zielskiem zarasta, Żydzi i koloniści kłaniają się nie tak nisko jak dawniej, a wszelkie dorobkiewiczostwo coraz hardziej kark podnosi. Z tych powodów w duszy jego wyrodził się nieopisany choć naturalny wstręt do ubóstwa i ruiny, a nienawiść do wszelkich ludzi niższych kondycyj, którzy, ile razy mogli, zatruwali życie potężnym niegdyś możnowładcom.  Na grunt tych nienawiści i wstrętów, siano w duszę Adama tęsknotę do przeszłej świetności rodu. Znał on na palcach wszystkich książąt i hrabiów, z którymi był spowinowacony, a którzy w epoce upadku usuwali się od niego. Rozpamiętywał świetne łowy, bale, ciągnące się po całych tygodniach, klejnoty, które zdobiły suknie jego prababek, służbę i cugi, po których dziś tylko puste miejsce zostało. „Żeby też te dobra i te czasy wróciły kiedy!“ — myślał Adam, a jego babka, sędziwa matrona, powtarzała mu codzień:  — Patrz, co się dzieje, i bierz do serca, co ci mówię, Adasiu!... Ród wasz mocny był i sławny, pokąd pilnował całości swego gniazda, ale dziadowie i ojciec twój nie dbali o to, a my dziś robimy się pośmiewiskiem dla ludzi. Pamiętaj więc, abyś ty i dzieci twoje odzyskał co stracone... Pamiętaj, że z grobu powstanę przekląć cię, gdybyś zawiódł moje nadzieje!...  Zmarła babka i matka, poszedł za nią i ojciec Adama, rozbiegli się kucharze, ale on nauki pamiętał i myślał o tem, aby znowu rozniecić dogorywający blask starego rodu. Los sprzyjał mu, niedługo bowiem, wbrew popędowi serca, ożenił się z kobietą chorowitą wprawdzie i brzydką, która mu jednak ogromny posag wniosła.  Była chwila, że Adam mógł cały majątek przodków odzyskać, lecz wówczas właśnie inne rzeczy odwróciły jego uwagę. W bogatym, młodym i przystojnym nowożeńcu ocknęła się żyłka ojcowska. Trzebaż było mieć przecie powozy i konie, psy i służbę, przyjaciół i kochanki; trzeba było hulać, w karty grać, zagranicę jeździć, — bo inaczej czemżeby się jasny pan od ciemnego pospólstwa wyróżnił? Paryż, Rzym, Wiedeń, podziwiały świetność i hojność magnata, a posag tymczasem topniał...  Gdy pan Adam wrócił z żoną do domu, poczuł, że już z jej fortuny resztki tylko zostały. Że zaś w owej epoce przemysł w kraju popłacał, Adam więc, dla odbicia strat, rzucił się na drogę przemysłową. Widział, że jedni robią interesa na gorzelniach, inni na młynach i tartakach; dalejże więc budować i tartaki, i młyny, i gorzelnie. Ta ochota trwała lat kilka i w rezultacie zjadła to, co od uciech zagranicznych ocalało.  Tymczasem przyszło na świat dwoje dzieci: syn Mieczysław i córka Helena. Piękne to były stworzenia, a syn zadziwiająco zdolny, lecz oboje nad wszelki wyraz wątli. Ponieważ pan Adam zajęty był przemysłem i dumaniami o podźwignięciu rodu, na matkę więc spadł ciężar wychowania. Prowadziła je starannie, ale w arcyszczególny sposób. Dzieci jej nie widziały nigdy śniegu pod nogami, bo ich przez zimę trzymano w obszernych, ale zamkniętych komnatach. Nie znały żadnych rozrywek, żadnych ćwiczeń fizycznych, bo to chłopska rzecz, ale zato mówiły trzema językami obcemi, umiały historją i literaturę powszechną, a rozmawiały tak, jak profesorowie albo księża.  Dziwny był widok tych chorowitych i pięknych, z oczami rozumnemi i poważnemi obliczami dzieci, które w kłopot wpędzały ludzi oświeconych i dojrzałych. Ciż sami ludzie nieraz do Adama mówili:  — Nie męczyłbyś tak dziecin, bo strasznie wątłe, i tak już mądre, że wkońcu może wam ich Pan Bóg pozazdrościć.  Ale Adam uśmiechał się na te uwagi. Dzieci wychować się muszą, bo przecież Pan Bóg, zabierając je, zniszczyłby na ziemi ród znakomity, a więc sobie samemu wyrządziłby krzywdę. Że zaś są nad wiek rozwinięte, cudowne prawie — tem lepiej, bo podniosą świetność rodu do nieznanej przedtem potęgi.  I znowu nadeszły złe czasy, znowu różni ludzie poczęli wyszarpywać po kawałku ziemi, ale Adam już nie dbał o to. Miał przecież syna, który spełni — niezawodnie spełni nadzieje swojej prababki. Oczekując na to, pan Adam chodził sobie tymczasem po obszernych salonach i myślał: to o rozrywkach w europejskich stolicach, to o tem, że ktoś z krewnych, umierając, zapisze mu majątek, to znowu — że gdzieś w piwnicach zamku leżą skarby, które synowi pomogą dziedzictwo odzyskać, to znowu, że córka wyjdzie za jakiegoś księcia, hrabiego, lub w najgorszym razie za członka zwykłej rodziny szlacheckiej, ale tak starej, żeby pochodziła przynajmniej od tych szczurów, które Popiela zjadły.  Tak myślał i wciąż chodził, a marmurowa posadzka i wysokie sklepienia obszernych komnat za każdym jego krokiem szeptały jękliwie:  — Pan!... pan!... pan!...  A jeżeli niekiedy przystanął i wsłuchiwał się w ciszę, zardzewiałe chorągiewki na dachach zdawały się skrzypieć głosem starej gospodyni:  — Jaśnie pan!... jaśnie pan!...  I nie miałże uwierzyć w dostojność swojej krwi człowiek, któremu nawet martwe przedmioty hołd składały?  Wkrótce żona umarła, dzieci