12 osób interesuje się tą książką

Opis

W ukryciu łączy w sobie narastające napięcie, barwne postaci i wnikliwe psychologiczne obserwacje, które składają się na wspaniałą, pasjonującą lekturę.

To był zwyczajny wieczór w centrum handlowym na obrzeżach Portland w stanie Maine. Trzy nastoletnie przyjaciółki czekały na rozpoczęcie filmu. Chłopak flirtował z dziewczyną sprzedającą okulary przeciwsłoneczne. Matki z dziećmi robiły zakupy, a kierownik sklepu z grami komputerowymi zajmował się klientami. Wtedy pojawili się zamachowcy.

Chaos i rzeź trwały zaledwie osiem minut, zanim napastnicy zostali zabici. Jednak ci, którzy przeżyli, już zawsze będą odczuwać skutki traumy. W kolejnych latach jedna z tych osób zostanie stróżem prawa. Inna zamknie się w sobie, próbując pogrzebać wspomnienie chwil, gdy kuliła się w damskiej toalecie, bezradnie ściskając w ręce telefon komórkowy – aż w końcu znajdzie sposób, aby emocje tamtego wieczoru przelać w sztukę.

Jednak był ktoś, kogo nie zadowoliła szokująco wysoka liczba ofiar śmiertelnych w centrum handlowym DownEast. I kiedy tym, którzy ocaleli, powoli udaje się zaleczyć rany, znaleźć swój azyl i podźwignąć, odkryją, że na ich życie nastaje jeszcze jeden spiskowiec – i że tym razem może nie być gdzie się ukryć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 605

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ PIERWSZA

UTRACONA NIEWINNOŚĆ

Żadne zdobycze okupione winą nie wynagrodzą utraty owego wewnętrznego spokoju, który jest nieodłącznym towarzyszem niewinności i cnoty; ani też nie mogą zrównoważyć w najmniejszym nawet stopniu zła, niepokoju i trwogi, które poczucie winy zaszczepia w naszej piersi1.

Henry Fielding

ROZDZIAŁ 1

W piątek 22 lipca 2005 roku Simone Knox kupiła dużą pomarańczową fantę, popcorn i żelki Swedish Fish. Ten wybór, tradycyjny zestaw na wieczór w kinie, zmienił jej życie i prawdopodobnie je uratował. Mimo to nigdy więcej nie sięgnęła po fantę.

Tymczasem teraz chciała jedynie usiąść w kinowej sali z dwiema najbliższymi przyjaciółkami i pogrążyć się w ciemności. Ponieważ jej życie – obecnie oraz absolutnie do końca lata, a może na zawsze – było bezgranicznie beznadziejne. Chłopak, którego kochała, jedyny, z którym chodziła przez siedem miesięcy, dwa tygodnie i cztery dni, wyobrażając sobie, że razem spędzą zbliżający się ostatni rok szkoły – dłoń w dłoni, serce przy sercu – rzucił ją.

Esemesem.

Nie tracę więcej czasu, bo muszę być z kimś, kto jest gotowy być ze mną całkowicie, a to nie jesteś ty, więc z nami koniec. Cześć.

Przekonana, że nie mógł napisać tego serio, próbowała do niego zadzwonić, ale nie odbierał. Upokarzając się, wysłała mu trzy esemesy. Potem weszła na jego stronę w MySpace. Upokorzenie to zbyt słabe słowo na opisanie jej cierpienia.

Wymieniłem stary WYBRAKOWANY model na seksowny nowy. Precz z Simone! Czas na Tiffany! Pozbyłem się FRAJERKI i lato oraz ostatni rok spędzę z najseksowniejszą w klasie dziewczyną z rocznika 2006.

Jego post, uzupełniony zdjęciami, zdążył już wywołać komentarze. Simone była wystarczająco bystra, aby się domyślić, że każe kumplom napisać o niej coś złośliwego i podłego, ale to nie zmniejszało jej bólu ani zażenowania.

Rozpaczała przez wiele dni. Pocieszała się słowami otuchy i słusznym gniewem dwóch najbliższych przyjaciółek. Wściekała się na docinki młodszej siostry i wlokła do swojej wakacyjnej pracy oraz na cotygodniowe lekcje w klubie tenisowym, na które nalegała matka.

Czytając esemes od babci, pociągnęła nosem. CiCi mogła medytować z dalajlamą w Tybecie, szaleć ze Stonesami w Londynie albo malować obrazy w swojej pracowni na Tranquility Island, ale w jakiś sposób zawsze potrafiła wszystkiego się dowiedzieć.

Teraz to bardzo boli, a więc ściskam cię mocno, mój skarbie. Poczekaj jednak parę tygodni, a zrozumiesz, że to tylko kolejny dupek. Skop im tyłki. Namaste.

Simone nie uważała, że Trent to dupek (chociaż Tish i Mi zgadzały się z CiCi). Może i ją rzucił, i to w bardzo wredny sposób, ponieważ tego z nim nie robiła. Po prostu nie była gotowa. Nawiasem mówiąc, Tish zrobiła to ze swoim byłym chłopakiem po balu na zakończenie roku szkolnego, a potem jeszcze dwa razy, a ten i tak ją rzucił.

Najgorsze było to, że wciąż kochała Trenta i w swoim zdesperowanym szesnastoletnim sercu wiedziała, że nie pokocha nikogo innego. Już nigdy. Mimo że porwała strony pamiętnika, na których wypisała swoje przyszłe nazwiska: pani Trentowa Woolworth, Simone Knox-Woolworth, S.K. Woolworth – podarła je na strzępy, a potem spaliła, razem ze wszystkimi jego zdjęciami, w palenisku na tarasie podczas ceremonii girl-power z przyjaciółkami – nadal go kochała.

Chociaż część niej chciała umrzeć, musiała dalej żyć, jak zauważyła Mi, dlatego pozwoliła dziewczynom zaciągnąć się do kina.

Tak czy inaczej, zmęczyło ją siedzenie w domu w posępnym nastroju i nie miała najmniejszej ochoty snuć się po centrum handlowym z matką i młodszą siostrą, więc kino wygrało.

Mi też wygrała, bo teraz przyszła jej kolej, żeby wybrać film, więc Simone była skazana na jakieś dzieło science fiction pod tytułem Wyspa, które Mi szalenie chciała zobaczyć. Tish było wszystko jedno. Jako przyszła aktorka uważała, że oglądanie filmów i przedstawień teatralnych jest dla niej zarówno obowiązkiem, jak i przygotowaniem do rozpoczęcia kariery. Poza tym Ewan McGregor był w pierwszej piątce jej ulubionych filmowych chłopaków.

– Usiądźmy. Chcę zająć dobre miejsca. – Mi, drobna, sprężysta, z ciemnymi, wyrazistymi oczami i gęstą grzywą czarnych włosów, wzięła popcorn – bez dodatku masła – napój i ulubione m&m’sy z orzeszkami ziemnymi.

W maju Mi skończyła siedemnaście lat. Rzadko umawiała się na randki, przedkładając naukę nad chłopców, i uniknęła zaliczenia do kujonów wyłącznie ze względu na swoją gimnastyczną sprawność i mocną pozycję w drużynie cheerleaderek. Niestety kapitanem drużyny była Tiffany Bryce, złodziejka cudzych chłopaków i zdzira.

– Muszę iść do toalety. – Tish podała przyjaciółkom swoje przekąski – podwójny popcorn maślany, colę i czekoladowo-miętowe Junior Mints. – Potem was znajdę.

– Nic nie kombinuj z twarzą i włosami – ostrzegła ją Mi. – I tak nikt ich nie zobaczy, kiedy zacznie się film.

I bez tego wygląda idealnie, pomyślała Simone, ostrożnie niosąc popcorn przyjaciółki do jednej z sal multikina w centrum handlowym DownEast. Tish miała długie, gładkie, jedwabiste kasztanowe włosy z profesjonalnie zrobionymi złotymi pasemkami, ponieważ jej matka nie utknęła gdzieś w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku. Klasycznemu owalowi jej twarzy – Simone uwielbiała przyglądać się twarzom – zalotnego uroku dodawały dołeczki. Te dołeczki ciągle flirtowały, jako że Tish zawsze znajdowała powód do uśmiechu. Simone wyobrażała sobie, że ona też często by się uśmiechała, gdyby stała się wysoka i zgrabna, miała jasne niebieskie oczy i dołeczki.

Jakby tego było mało, rodzice Tish całkowicie wspierali jej ambicję zostania aktorką. Według Simone, przyjaciółka zgarnęła całą pulę. Wygląd, osobowość, inteligencję oraz rodziców, z którymi można się dogadać.

Mimo to Simone uwielbiała Tish.

Wszystkie trzy miały już plan – na razie trzymany w tajemnicy, ponieważ z rodzicami Simone kompletnie nie można się było dogadać – że po ukończeniu szkoły spędzą lato w Nowym Jorku.

Może nawet tam zamieszkają, bo z pewnością jest bardziej ekscytujący niż Rockpoint w stanie Maine.

Simone uważała, że piaszczyste wydmy na Saharze są bardziej ekscytujące niż Rockpoint w stanie Maine.

Ale Nowy Jork? Blask świateł, tłumy ludzi.

Wolność!

Mi studiowałaby medycynę na Columbii, Tish mogłaby uczyć się aktorstwa i chodzić na przesłuchania. A ona… mogłaby studiować cokolwiek.

Cokolwiek, byle nie prawo, jak pragnęli jej ograniczeni rodzice. Co było zrozumiałe, a przy tym takie obciachowe i banalne, skoro jej ojciec to osobistość wśród prawników.

Ward Knox przeżyje rozczarowanie, ale tak już musi być.

Może studiowałaby sztukę i została słynną artystką, jak CiCi. To by nieźle przeraziło rodziców. I tak jak CiCi brałaby sobie i porzucała kochanków wedle kaprysu (kiedy już będzie gotowa „to” robić).

Trent Woolworth dopiero by zobaczył!

– Wróć stamtąd – nakazała Mi, trącając ją łokciem.

– O co chodzi? Przecież jestem tutaj.

– Nie, jesteś w Strefie Dumania Simone. Wyjdź stamtąd i dołącz do świata.

Podobało jej się w SDS, ale…

– Muszę otworzyć drzwi mocą swojego umysłu, bo ręce mam zajęte. Okej, zrobione. Wróciłam.

– Umysł Simone Knox jest godny podziwu.

– Muszę używać go w dobrym celu, a nie po to, żeby myśleć, jak utopić tę zdzirę Tiffany w kałuży orgazmicznego śluzu.

– Nie musisz. Jej mózg to orgazmiczny śluz.

Simone pomyślała, że jej przyjaciółki zawsze wiedzą, co powiedzieć. Porzuciła SDS, dołączając do świata z Mi oraz Tish, gdy tylko ta wróciła, skończywszy zajmować się swoją już przedtem doskonałą twarzą i włosami.

To była piątkowa premiera filmu, więc sala kinowa okazała się już w połowie wypełniona. Mi zajęła trzy miejsca w centralnym rzędzie. Sama usiadła bliżej środka, aby Simone – wciąż ze złamanym sercem – mogła usiąść między nią a Tish, której długim nogom należał się fotel przy przejściu.

Mi odwróciła się na swoim miejscu. Obliczyła, że miały jeszcze sześć minut, zanim światła przygasną.

– Musisz iść jutro na imprezę do Allie – powiedziała.

SDS znów zaczęła wabić Simone.

– Nie jestem gotowa imprezować, poza tym wiesz, że będzie tam Trent z tą zdzirą Tiffany, mającą śluz zamiast mózgu.

– Właśnie o to chodzi, Sim. Jeśli nie pójdziesz, wszyscy pomyślą, że się ukrywasz, że nie przestałaś o nim myśleć.

– Przestałam i nie przestałam.

– W tym rzecz – podkreśliła Mi. – Nie dasz mu satysfakcji. Pójdziesz z nami – Tish idzie ze Scottem, ale on jest świetny – ubierzesz się w coś ekstra i pozwolisz, żeby Tish zrobiła ci makijaż, bo ona to potrafi. I będziesz zachowywać się w stylu: Kto? Niby on? No wiesz, dasz do zrozumienia, że już ci kompletnie przeszło. Złożysz oświadczenie.

Simone poczuła, jak SDS przyciąga ją ku sobie.

– Nie sądzę, żebym potrafiła stawić temu czoło. To Tish jest aktorką, nie ja.

– Zagrałaś Rizzo w wiosennym przedstawieniu Grease. Tish była rewelacyjną Sandy, ale ty jako Rizzo wypadłaś równie fantastycznie.

– Ponieważ brałam lekcje tańca i trochę potrafię śpiewać.

– Śpiewasz wspaniale i byłaś świetna. Stań się Rizzo na imprezie Allie. No wiesz, pewną siebie, seksowną, i dawaj do zrozumienia, że masz ich gdzieś.

– No nie wiem, Mi.

Jednak potrafiła to sobie jakoś wyobrazić. Jak i to, że Trent, widząc ją pewną siebie, seksowną i mającą ich gdzieś, znów ją zechce.

Nagle Tish im przerwała i pochyliwszy się, chwyciła Simone za rękę.

– Nie panikuj.

– Dlaczego miałabym… O nie. Błagam!

– Zdzira poprawia sobie błyszczyk na ustach, a ta kreatura czeka pod drzwiami damskiej łazienki jak grzeczny piesek.

– O cholera. – Mi zacisnęła palce na ramieniu Simone. – Może wybierają się na inny film.

– Nie, idą tutaj, bo takie już mam szczęście w życiu.

Mi ścisnęła ją mocniej.

– Nawet nie myśl o tym, żeby stąd uciekać. On cię zobaczy i wyjdziesz na ofiarę. Nie jesteś ofiarą. To jest twoja próba generalna przed imprezą u Allie.

– Pójdzie? – W policzkach Tish ukazały się dołeczki. – Namówiłaś ją?

– Pracujemy nad tym. Siedź spokojnie. – Mi odwróciła się lekko. – Masz rację, wchodzą. Zostań na miejscu – syknęła, kiedy ramię Simone zadrżało pod jej dłonią. – Masz ich nawet nie zauważać. Jesteśmy przy tobie.

– Jesteśmy przy tobie teraz i na zawsze – powtórzyła Tish, ściskając rękę Simone. – Jesteśmy… murem pogardy. Kapujesz?

Przeszli obok nich, blondynka z kaskadą loków i w obcisłych, przyciętych dżinsach oraz złoty chłopiec – wysoki, przystojny rozgrywający mistrzowskiej drużyny Wildcats.

Trent posłał Simone leniwy uśmiech, od którego kiedyś miękło jej serce, i z rozmysłem przeciągnął ręką po plecach Tiffany, pozostawiając dłoń na jej pupie.

Tiffany odwróciła głowę, kiedy szepnął jej coś do ucha, i spojrzała przez ramię. Jej doskonałe, świeżo pokryte błyszczykiem wargi wykrzywił lekceważący uśmieszek.

Ze złamanym sercem, w poczuciu, że jej życie bez Trenta straciło wszelką wartość, Simone wciąż miała zbyt wiele ze swojej babki, by przyjąć tego rodzaju zniewagę.

Odwzajemniła uśmieszek i pokazała środkowy palec.

Mi zachichotała.

– Tak trzymaj, Rizzo!

Chociaż złamane serce Simone mocno biło, zmusiła się do patrzenia, jak Trent i Tiffany siadają trzy rzędy przed nimi i natychmiast zaczynają się obściskiwać.

– Wszyscy mężczyźni chcą seksu – stwierdziła rozsądnie Tish. – Niby czemu mieliby nie chcieć? Ale kiedy tylko o to im chodzi, nie są tego warci.

– Jesteśmy lepsze od niej. – Mi oddała Tish jej Junior Mints i colę. – Bo ona ma tylko to.

– Masz rację – odparła Simone. Być może oczy trochę szczypały, ale w sercu płonął ogień, który zdawał się uzdrawiający. Podała Tish jej popcorn. – Pójdę na imprezę do Allie.

Tish się roześmiała – z premedytacją drwiąco i na tyle głośno, by Tiffany drgnęła. Tish posłała Simone szeroki uśmiech.

– Ta impreza będzie należała do nas – oznajmiła z przekonaniem.

Simone przytrzymała popcorn między udami, aby wolne ręce podać przyjaciółkom.

– Kocham was, dziewczyny.

Zanim skończyły się reklamy i trailery, przestała obserwować sylwetki trzy rzędy niżej. Prawie. Spodziewała się, że będzie rozmyślać przez cały film – właściwie miała taki zamiar – ale złapała się na tym, że ją wciągnął. Ewan McGregor był bajeczny, a silna i odważna Scarlett zrobiła na niej wrażenie.

Jednak po kwadransie uświadomiła sobie, że należało pójść z Tish do toalety – chociaż byłaby to katastrofa, gdyby zastały tam Tiffany z błyszczykiem – albo nie przesadzać z fantą.

Po dwudziestu minutach się poddała.

– Muszę iść się wysiusiać – szepnęła.

– Daj spokój! – odszepnęła Mi.

– Wrócę szybciutko.

– Chcesz, żebym poszła z tobą? – zapytała Tish.

Simone pokręciła głową, podając przyjaciółce do potrzymania resztki popcornu i fanty.

Przecisnęła się przed nią i szybko ruszyła w górę przejścia. Skręciła w prawo, w pośpiechu dopadła do toalety i otworzyła drzwi.

Pusto, nikt nie czeka. Z ulgą weszła do kabiny i opróżniając pęcherz, zaczęła się zastanawiać.

Wybrnęła z sytuacji. Może CiCi miała rację. Może już wkrótce zrozumie, że Trent to dupek.

Jednak był taki przystojny i miał ten uśmiech, i…

– Nieważne – mruknęła. – Dupki też bywają przystojni.

Mimo wszystko nie przestała o tym myśleć, myjąc ręce i przyglądając się sobie w lustrze nad umywalką.

Nie miała długich jasnych loków ani błękitnych oczu i fantastycznego ciała Tiffany. Wyglądała, o ile mogła stwierdzić, po prostu zwyczajnie.

Zwyczajne były jej brązowe włosy, których matka nie pozwoliła rozjaśnić. Miała poczekać, aż skończy osiemnaście lat, a wtedy będzie mogła zrobić z nimi, co tylko zechce. Żałowała, że dziś związała je w koński ogon, bo nagle poczuła, że przez to wygląda dziecinnie. Może je obetnie. Postawi w sztywne kolce. Może.

Miała zbyt szerokie usta, nawet jeśli Tish twierdziła, że są seksowne, jak u Julii Roberts.

Oczy brązowe, jednak nie tak głębokie i wyraziste jak u Mi. Po prostu brązowe, jak jej głupie włosy. Oczywiście Tish, jak to ona, twierdziła, że są bursztynowe, ale to tylko wyszukane określenie dla brązowego koloru.

Nieważne. Może i była zwyczajna, ale nie sztuczna jak Tiffany, która też miała brązowe włosy, ale je rozjaśniała.

– Nie jestem sztuczna – powiedziała do lustra. – A Trent Woolworth to dupek. Tiffany Bryce to wstrętna zdzira. Oboje mogą iść do diabła.

Kiwnąwszy stanowczo głową, uniosła ją wysoko i wymaszerowała z łazienki.

Pomyślała, że głośne strzały – petardy? – i krzyki to odgłosy filmu. Zła na siebie, że zwlekała z wyjściem i ominęła ją ważna scena, przyspieszyła kroku.

Kiedy zbliżała się do kinowej sali, drzwi otworzyły się gwałtownie. Mężczyzna z dzikim wzrokiem zatoczył się i upadł w przód.

Krew… czy to krew? Jego dłonie zacisnęły się na zielonej wykładzinie – która pokrywała się teraz czerwienią – po czym znieruchomiały.

Błyski. Przez drzwi uchylone na kilkanaście centymetrów i zablokowane nogami mężczyzny dostrzegła błyski. Huk wystrzałów, jeden po drugim, krzyki. Cienie i sylwetki ludzi, którzy padali, biegli, padali.

I postać, ciemną w mroku sali, idącą miarowym krokiem wzdłuż rzędów.

Zastygła z przerażenia, Simone patrzyła, jak postać odwraca się i strzela w plecy uciekającej kobiecie.

Nie mogła oddychać. Gdyby była w stanie zaczerpnąć powietrza, wypuściłaby je z krzykiem.

Część jej umysłu nie przyjmowała do wiadomości tego, na co patrzyła. To nie mogło dziać się naprawdę. Musiało być jak film. Po prostu udawanie. Odezwał się jednak instynkt, każąc jej uciekać z powrotem do łazienki i przykucnąć za drzwiami.

Dłonie odmawiały Simone posłuszeństwa, kiedy grzebała w torebce w poszukiwaniu komórki.

Ojciec nalegał, żeby numer dziewięćset jedenaście zapisała na pierwszym miejscu w pamięci telefonu.

Wzrok jej się zamglił, a oddech stał się szybki i urywany.

– Tu numer alarmowy. Jak mogę pomóc?

– On ich zabija. Zabija ich. Pomocy! Moje przyjaciółki. O Boże, Boże! On strzela do ludzi.

Reed Quartermaine nie cierpiał pracować w weekendy. Nie przepadał również za pracą w centrum handlowym, ale chciał jesienią wrócić na studia. A studia wiązały się z drobnym szczegółem zwanym czesnym. Po dodaniu do tego podręczników, kwatery i jedzenia okazywało się, że trzeba pracować w weekendy w centrum handlowym.

Jego rodzice pokrywali większość wydatków, ale nie dawali rady zapłacić za wszystko. Nie w sytuacji, gdy siostra Reeda rozpoczynała kolejny rok nauki, a brat już od trzech lat studiował na American University w Waszyngtonie.

Jasne, że za nic nie chciał kelnerować przez resztę życia. A zatem college. I zanim włoży biret i togę, być może zrozumie, co do diabła chce robić przez resztę życia.

Jednak latem pracował jako kelner i starał się dostrzegać jasną stronę swego położenia. Znajdująca się w centrum handlowym restauracja Mangia funkcjonowała z powodzeniem, a na napiwki nie narzekał. Być może kelnerowanie tu przez pięć wieczorów w tygodniu z podwójną zmianą w soboty pozbawiało go życia towarzyskiego, ale przynajmniej jadał dobrze.

Jeśli dzięki miseczkom makaronu, pizzom z licznymi dodatkami, porcjom słynnego tiramisu z Mangii jego długa, koścista sylwetka nie nabrała ciała, to nie dlatego, że się nie starał.

Ojciec Reeda liczył kiedyś na to, że drugie w kolejności dziecko pójdzie w jego ślady i zostanie gwiazdą futbolu, tak jak uczynił starszy syn, ale kompletny brak umiejętności na boisku i smukła postura chłopaka rozwiały te nadzieje. Jednak nogi, które bardzo mu się wydłużyły, zanim zdążył skończyć szesnaście lat, oraz chęć do biegania całymi dniami uczyniły z niego średniej wielkości gwiazdę uniwersyteckiej bieżni, co trochę zrekompensowało ojcu rozczarowanie.

Potem siostra Reeda zdjęła z niego presję, objawiając wybitny talent do gry w piłkę nożną.

Podawał teraz do stołu cztery przystawki – insalata mista dla matki, gnocchi dla taty, panierowane paluszki sera mozzarella dla chłopaka i smażone ravioli dla dziewczyny. Flirtował niewinnie z dziewczyną, która posyłała mu długie, nieśmiałe uśmiechy. Niewinnie, bo domyślił się, że miała najwyżej czternaście lat, więc nie była zauważalna dla studenta wkrótce drugiego już roku college’u.

Reed wiedział, jak flirtować niewinnie z młodszymi dziewczynami, starszymi kobietami i prawie wszystkimi pomiędzy. Liczyły się napiwki, a po czterech latach wakacyjnego kelnerowania roztaczanie uroku przed klientami doprowadził do perfekcji.

Objął spojrzeniem swój rewir – rodziny, kilka starszych par, tu i ówdzie randkowicze około trzydziestki. Prawdopodobnie przyszli na kolację, a potem wybiorą się do kina, co mu podsunęło myśl, by zapytać Chaza – zastępcę kierownika w sklepie GameStop – czy chciałby pójść na ostatni seans Wyspy, kiedy obaj skończą pracę.

Przeciągnął karty kredytowe przez czytnik, ucinając pogawędkę z trojgiem gości, którzy dali mu solidny, dwudziestoprocentowy napiwek, ruszył do kolejnego stolika, wpadł na moment do kuchni, gdzie panował obłęd, i tak dotrwał do swojej przerwy.

– Dory, robię sobie dziesięć minut wolnego.

Kierowniczka sali przebiegła wzrokiem jego rewir i przyzwalająco skinęła głową.

Kiedy przekroczył podwójne szklane drzwi, otoczył go zwykły dla piątkowych wieczorów zgiełk i zamęt. Reed pomyślał, czy nie wysłać Chazowi esemesa i swoje dziesięć minut spędzić w kuchni, ale miał ochotę wyjść na zewnątrz. Poza tym wiedział, że w piątki Angie pracuje w sklepiku Fun In The Sun, więc cztery czy pięć minut przerwy mógł przeznaczyć na trochę mniej niewinny flirt.

Angie miała chłopaka, z którym spotykała się nieregularnie, ale Reed słyszał, że ostatnio jest wolna. Mógł spróbować szczęścia i umówić się na randkę z kimś, kto miał równie opłakane godziny pracy.

Przemieszczał się szybko na długich nogach pomiędzy robiącymi zakupy ludźmi, grupkami nastoletnich dziewczyn i chłopaków, którzy im się przypatrywali, matkami pchającymi dziecięce wózki albo prowadzącymi maluchy, wśród bezustannej, otępiającej muzyki, którą już przestał słyszeć.

Reed miał gęstwę czarnych włosów, które zawdzięczał włoskiemu pochodzeniu matki. Dory nie wywierała presji, żeby się ostrzygł, a jego ojciec w końcu się poddał. Oczy Reeda, głęboko osadzone, jasnozielone przy oliwkowej cerze, rozjaśniły się na widok Angie w sklepiku. Zwolnił kroku, niedbale włożył ręce do kieszeni spodni i podszedł do niej.

– Hej, jak leci?

Posłała mu uśmiech, przewracając ładnymi brązowymi oczami.

– Dużo pracy. Wszyscy chodzą na plażę oprócz mnie.

– I mnie. – Oparł się o gablotę z wystawionymi okularami przeciwsłonecznymi, mając nadzieję, że wygląda przystojnie w służbowym stroju – białej koszuli, czarnej kamizelce i czarnych spodniach. – Zastanawiam się, czy nie pójść na Wyspę. Ostatni seans jest o dziesiątej czterdzieści pięć. To prawie tak jak wycieczka na plażę, nie sądzisz? Masz ochotę się przyłączyć?

– Och… nie wiem. – Angie bawiła się włosami w odcieniu słonecznego blondu, który współgrał ze złocistą opalenizną nabytą, jak podejrzewał, po zastosowaniu samoopalacza z sąsiedniej witryny. – Rzeczywiście chciałabym to zobaczyć.

Nadzieja gwałtownie wzrosła, a Chaz został wypchnięty z listy Reeda.

– Trzeba się trochę rozerwać, nie?

– Tak, ale… Powiedziałam Misty, że spotkamy się po zamknięciu sklepów.

Chaz znów wskoczył na listę.

– To super. Właśnie szedłem, żeby się dowiedzieć, czy Chaz chce się wybrać. Moglibyśmy pójść razem.

– Możliwe. – Znów posłała mu uśmiech. – Tak, możliwe. Zapytam ją.

– Świetnie. Idę zobaczyć się z Chazem. – Przesunął się, żeby zrobić miejsce kobiecie, która cierpliwie czekała, podczas gdy jej córka – na oko czternastoletnia – mierzyła pół miliona par okularów. – Tak czy inaczej możesz mi wysłać esemes.

– Gdybym mogła kupić dwie pary – zaczęła dziewczyna, sprawdzając, jak wygląda w niebieskich szkłach – miałabym jedną na zapas.

– Jedną, Natalie. To ta jest zapasowa.

– Napiszę ci esemes – mruknęła Angie, po czym przyjęła profesjonalny ton. – Te wspaniale na tobie wyglądają – zwróciła się do dziewczyny.

– Naprawdę?

– Absolutnie – odpowiedź Angie dobiegła Reeda, kiedy opuszczał sklepik. Ruszył szybko, bo musiał nadrobić czas.

GameStop był pełen zwykłych komputerowych maniaków oraz towarzyszących młodszym komputerowym maniakom rodziców o szklistym wzroku, którzy próbowali popędzać ich naprzód.

Na monitorach wyświetlano reklamy gier. Na ściennych ekranach rozmaitość tych ogólnie dostępnych, na laptopach mniej przyjazne, do użytku osób pełnoletnich albo pod nadzorem rodziców.

Reed dostrzegł Chaza, króla komputerowych maniaków, który objaśniał jakąś grę kobiecie wyglądającej na zdezorientowaną.

– Jeśli interesują go gry militarne, strategiczne i o tematyce „budowanie”, ta mu się spodoba. – Chaz podsunął na nosie okulary przypominające denka butelek coli. – Ukazała się przed paroma tygodniami.

– Wydaje się taka… brutalna. Czy jest odpowiednia?

– Powiedziała pani, że to na szesnaste urodziny. – Skinął szybko głową Reedowi. – I lubi serię Splinter Cell. Jeśli tamte są dla niego dobre, ta też będzie.

Kobieta westchnęła.

– Chłopcy chyba zawsze lubią grać w wojnę. Wezmę ją, dzięki.

– Zapłaci pani przy kasie. Dziękujemy za zakupy w GameStop. Nie mam czasu, stary – zwrócił się do Reeda, kiedy klientka odeszła. – Jestem zawalony pracą.

– Pół minuty. Ostatni seans, Wyspa.

– Jestem cały za. To o klonach, kochany.

– Super. Mam Angie na celowniku, ale ona chce zabrać Misty.

– Och, ja…

– Nie zawiedź mnie, stary. Ze wszystkich spotkań, na które ją dotąd namówiłem, to jest najbardziej zbliżone do randki.

– Tak, ale Misty jest trochę przerażająca. I… Będę musiał za nią zapłacić?

– To nie jest randka. Pracuję nad tym, żeby się w nią zmieniło. Dla siebie, nie dla ciebie. Masz mi towarzyszyć i pomóc ją poderwać, a Misty ma towarzyszyć Angie. Klony! – przypomniał Chazowi.

– Okej. Chyba. Jezu. Nie spodziewałem się…

– Świetnie – uciął Reed, zanim Chaz zdążył zmienić zdanie. – Zarezerwuję bilety. Spotkamy się na miejscu.

Reed wyszedł szybko ze sklepu. A więc to się działo! Wspólna nierandka mogła utorować drogę spotkaniu sam na sam, a to stworzyłoby możliwość, żeby się z Angie trochę podotykali.

Przydałaby mu się odrobina dotyku. Teraz jednak miał trzy minuty na powrót do Mangii, inaczej Dory da mu popalić.

Puścił się biegiem i nagle usłyszał coś, co brzmiało jak wybuchy petard albo serie strzałów gaźnika. Pomyślał o strzelankach z GameStop. Bardziej zaciekawiony niż zaniepokojony zerknął za siebie.

Wtedy zaczęły się krzyki. I huk.

Nie z tyłu, uświadomił sobie, ale z przodu. Ten huk wywoływały dziesiątki uciekających ludzi. Uskoczył w bok na widok kobiety, która pędziła w jego stronę, pchając przed sobą wózek z płaczącym dzieckiem.

Czy to, co miała na twarzy, to była krew?

– Co…

Kobieta biegła dalej z ustami otwartymi w niemym krzyku.

Za nią toczyła się lawina. Ludzie uciekali w popłochu, depcząc porzucone torby z zakupami, potykając się o nie oraz o tych, którzy upadli.

Jakiś mężczyzna poślizgnął się i zgubił okulary, które odbijały się na podłodze, aż zmiażdżyła je czyjaś stopa. Reed chwycił go za ramię.

– Co się dzieje?

– On ma broń. Zastrzelił… zastrzelił…

Mężczyzna podniósł się na nogi i pobiegł, kulejąc. Dwie nastolatki, łkając i krzycząc, wpadły do sklepu po lewej stronie.

Reed zdał sobie sprawę, że hałas – odgłos strzałów – dochodził nie tylko z przodu, ale i z tyłu. Pomyślał o Chazie znajdującym się trzydzieści sekund sprintem za nim i o przyjaciołach w restauracji, których miał w dwukrotnie większej odległości przed sobą.

– Ukryj się, stary – mruknął do Chaza. – Znajdź jakieś miejsce, żeby się ukryć.

A potem pobiegł w stronę restauracji.

Odgłosy wystrzałów nie ustawały, wydawało się, że teraz dochodzą zewsząd. Szkło pękało i roztrzaskiwało się, kobieta z zakrwawioną nogą jęcząc, skuliła się pod ławką. Reed słyszał coraz więcej krzyków, ale gorzej było, kiedy cichły nagle, niczym przecięta taśma.

Wtem zobaczył małego chłopca w czerwonych spodenkach i koszulce z Elmo, który jak pijany chwiejnym krokiem mijał salon Abercrombie & Fitch.

Okno wystawowe eksplodowało. Ludzie rozproszyli się, zanurkowali, szukając osłony, a chłopczyk upadł z płaczem, wołając matkę.

Po drugiej stronie centrum handlowego Reed dostrzegł uzbrojonego bandytę – chłopaka? – który śmiał się i strzelał, strzelał, strzelał. Ciało leżącego na podłodze mężczyzny szarpnęło się, kiedy przeszyły je pociski.

Reed w biegu pochwycił chłopczyka w koszulce z Elmo, przytrzymując go pod ramieniem jak piłkę futbolową, z którą nigdy nie potrafił sobie poradzić.

Odgłosy strzałów – nigdy, przenigdy nie zapomni tego dźwięku – docierały coraz bliżej. Z przodu i z tyłu. Zewsząd.

Nie da rady przedostać się do Mangii, nie z dzieciakiem. Skręcił i instynktownie zanurkował do sklepiku.

Angie, dziewczyna, z którą flirtował pięć minut wcześniej, całą wieczność wcześniej, leżała w kałuży krwi. Jej ładne brązowe oczy wpatrywały się w Reeda, podczas gdy zwisający mu spod ramienia chłopczyk zanosił się płaczem.

– O Boże, Jezu… Jezu… Boże.

Strzelanina wciąż trwała, nieustanie.

– Okej, okej, nic ci nie jest. Jak masz na imię? Ja jestem Reed, a ty?

– Brady! Chcę do mamusi!

– Okej, Brady, za chwilę ją znajdziemy, ale teraz musimy być bardzo cicho. Brady! Ile masz lat?

– Tyle. – Maluch podniósł cztery paluszki, a wielkie łzy kapały mu na policzki.

– To jesteś dużym chłopcem, prawda? Musimy być cicho. Tam są źli ludzie. Wiesz, kto to są źli ludzie?

Ze łzami i smarkami spływającymi mu po buzi, oczami szeroko otwartymi pod wpływem szoku, Brady kiwnął głową.

– Będziemy cicho, żeby źli ludzie nas nie znaleźli. A ja zadzwonię po tych dobrych. Po policję. – Robił, co w jego mocy, żeby zasłonić przed chłopcem widok Angie. Ze wszystkich sił starał się o niej nie myśleć, o niej i o śmierci.

Otworzył jedne z przesuwanych drzwi do magazynu i wypchnął z niego towar.

– Wejdź tam, okej? Jakbyśmy bawili się w chowanego. Ja zostanę tutaj, ale ty tam siedź, kiedy będę dzwonił do dobrych ludzi.

Popchnął chłopca do środka, wyjął telefon i dopiero teraz zauważył, jak bardzo trzęsą mu się ręce.

– Tu numer alarmowy, jak mogę pomóc?

– Centrum handlowe DownEast – zaczął.

– Policja już jedzie. Jest pan na terenie centrum?

– Tak. Mam przy sobie małego chłopca. Umieściłem go w magazynie sklepiku Fun In The Sun. Angie… dziewczyna, która tu pracowała. Ona nie żyje. Boże. Jest co najmniej dwóch, którzy strzelają do ludzi.

– Może pan podać swoje nazwisko?

– Reed Quartermaine.

– Okej, Reed, czujesz się bezpieczny tam, gdzie jesteś?

– Chyba, kurwa, żartujesz?

– Przepraszam. Jesteś w sklepiku, a więc masz jakąś osłonę. Radzę ci tam zostać, ukryć się i nie ruszać z miejsca. Jest z tobą dziecko?

– Powiedział, że nazywa się Brady i ma cztery lata. Został rozdzielony z matką. Nie wiem, czy ona… – Rozejrzał się, zobaczył, że Brady skulił się i z oczami pełnymi łez ssie kciuk. – Chłopiec prawdopodobnie jest w szoku czy czymś takim.

– Postaraj się zachować spokój, Reed, i bądź cicho. Policja jest na miejscu.

– Oni nadal strzelają. Bez przerwy strzelają. Śmieją się. Słyszałem, jak on się śmieje.

– Kto się śmiał, Reed?

– Strzelał, szyba eksplodowała, facet leżał na podłodze, a on wciąż do niego strzelał i się śmiał. Jezu Chryste.

Reed usłyszał krzyki – nie wrzaski, ale jakby okrzyki bojowe. Coś plemiennego i triumfalnego. I kolejne strzały, a potem…

– Ustały. Strzały ustały.

– Zostań tam, gdzie jesteś, Reed. Pomoc już do ciebie idzie. Zostań na miejscu.

Reed znów spojrzał na dziecko. Szkliste oczy spotkały jego wzrok. Chłopiec odezwał się:

– Mamusia.

– Za chwilę ją znajdziemy. Dobrzy panowie już idą. Już idą.

Później pomyśli, że to było najgorsze. Czekanie… wśród wiszącego w powietrzu zapachu prochu, wołania o pomoc, jęków i szlochów. I widok na własnych butach krwi dziewczyny, której nigdy nie zabierze do kina.

ROZDZIAŁ 2

O dziewiętnastej dwadzieścia pięć 22 lipca funkcjonariuszka policji Essie McVee dokończyła raport na temat stłuczki na parkingu centrum handlowego DownEast.

Nikt nie doznał obrażeń, uszkodzenie było minimalne, ale kierowca lexusa zachowywał się bardzo agresywnie w stosunku do trzech studentek w mustangu convertible.

Mimo że wina wyraźnie leżała po stronie mustanga – co łkająca dwudziestolatka przyznała – bo cofała bez sprawdzenia, czy ma wolną przestrzeń z tyłu, nadęty ważniak i jego zażenowana towarzyszka w lexusie byli, również wyraźnie, po kilku drinkach.

Essie pozwoliła swemu partnerowi zająć się lexusem, mając świadomość, że Barry wygłosi oklepaną gadkę o kobietach kierowcach. Zamierzała to zignorować, bo wiedziała również, że Barry postawi facetowi zarzut prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu.

Uspokoiła dziewczyny, wzięła od nich oświadczenie i informacje, wypisała mandat. Lexus nie przyjął zbyt uprzejmie zarzutu jazdy pod wpływem alkoholu ani taksówki, którą Barry zamówił, ale policjant poradził sobie z tym w swój zwykły, żartobliwy sposób, udając, że mu przykro.

Kiedy radio na jej ramieniu zaskrzeczało, Essie nadstawiła ku niemu ucho. Nawet po czterech latach służby w takich chwilach serce zaczynało jej bić mocniej.

Odwróciła się szybko do Barry’ego i po wyrazie jego twarzy poznała, że on też słucha komunikatu. Pochyliła głowę do mikrofonu.

– Zespół czterdziesty piąty jest na miejscu. Znajdujemy się dokładnie przed kinem.

Barry otworzył bagażnik i rzucił jej kamizelkę kuloodporną.

Czując suchość w ustach, Essie zapięła ją i sprawdziła broń. Nigdy dotąd nie użyła jej poza strzelnicą.

– Wsparcie już jedzie, będą za trzy minuty. SWAT się zbiera. Jezu, Barry.

– Nie możemy czekać.

Znała procedurę, przeszła szkolenie, ale nie spodziewała się, że kiedykolwiek będzie musiała ją zastosować. Hasło strzelec zamachowiec oznaczało, że liczy się każda sekunda.

Essie pobiegła z Barrym w stronę szerokich szklanych drzwi.

Często bywała w tym centrum handlowym i teraz myślała, jakim zrządzeniem losu znalazła się ze swoim partnerem tuż przed wejściem do multikina.

Nie zastanawiała się, czy wróci do domu, żeby nakarmić starego kota, ani czy dokończy książkę, którą zaczęła czytać. Nie mogła.

Zlokalizować, powstrzymać, odciągnąć uwagę, unieszkodliwić.

Wyobraziła sobie tę sytuację, zanim dopadli do drzwi.

Foyer multikina otwierające się na główną część galerii handlowej, z prawej strony kasa biletowa, dalej sklepik z przekąskami i napojami, z lewej korytarz z trzema salami kinowymi. Operator w centrali podał informację, że strzelec jest w tej z numerem jeden – największej.

Essie zajrzała do środka przez szklane drzwi, weszła i oboje zaczęli posuwać się zakosami, ona z lewej strony, a Barry z prawej. Słyszała muzykę płynącą z głośników w galerii i gwar tłumu kupujących.

Dwóch facetów w sklepiku otworzyło usta na widok gliniarzy z wyciągniętą bronią. Obaj podnieśli ręce do góry. Duża butelka gazowanego napoju wypadła z dłoni temu z lewej i grzmotnęła w ladę, rozpryskując płyn.

– Jest tu ktoś jeszcze? – rzucił Barry.

– T-t-tylko Julie, przy schowkach w szatni.

– Zabierzcie ją i wyprowadźcie na zewnątrz. Już! Szybko, idźcie!

Jeden z nich skoczył do drzwi za ladą. Drugi stał z rękami w górze, jąkając się:

– O co? O co chodzi? O co chodzi?

– Ruszaj się!

Posłuchał.

Essie skręciła w lewo, ostrożnie wyjrzała za róg i zobaczyła ciało leżące twarzą w dół przed drzwiami do sali numer jeden, a za nim smugę krwi.

– Mamy ciało – zameldowała i zaczęła iść dalej, powoli, ostrożnie, mijając z prawej strony salę kinową, z której dobiegał śmiech, w kierunku odgłosów za drzwiami jedynki. Odgłosów strzałów i krzyków.

Wymieniła spojrzenia z Barrym i przestąpiła leżące ciało. Na jego kiwnięcie głową pomyślała: ruszamy.

Gdy otworzyli drzwi sali, popłynęła z niej fala odgłosów przemocy i strachu, a przyćmione światło z korytarza wślizgnęło się do środka.

Essie zobaczyła strzelca – mężczyznę w kevlarowej kamizelce, hełmie, noktowizyjnych goglach, z karabinem automatycznym w jednej ręce i pistoletem w drugiej.

W chwili gdy go dostrzegła, strzelił w plecy mężczyźnie, który uciekał do bocznego wyjścia.

Następnie skierował karabin w stronę drzwi i otworzył ogień.

Szukając osłony, Essie zanurkowała za ściankę za ostatnim rzędem foteli i zobaczyła, jak Barry zostaje trafiony w kamizelkę, a strzał odrzuca go w tył.

Nie w środek ciała, powtarzała sobie, gdy adrenalina tętniła jej w żyłach, nie w środek ciała, bo, tak jak Barry, strzelec miał na sobie kamizelkę. Wzięła trzy szybkie wdechy, przetoczyła się po podłodze i zaszokowana ujrzała, że rusza na nią pochyłym przejściem.

Strzelała nisko – w biodra, krocze, nogi, kostki – i nie przestawała strzelać nawet wtedy, gdy padł.

Pokonała odruch, który nakazywał jej ruszyć na pomoc partnerowi, i podeszła do zabójcy.

– Zamachowiec unieszkodliwiony. – Z bronią wciąż wycelowaną w mężczyznę, wyjęła mu z dłoni pistolet i postawiła stopę na karabinie, który upuścił. – Funkcjonariusz jest ranny. Mój partner został trafiony. Potrzebujemy lekarza. Boże, tu jest mnóstwo ofiar. Potrzebujemy pomocy. Powtarzam: potrzebna pomoc.

– Mamy doniesienia o innym zamachowcu, być może dwóch lub więcej, na terenie galerii handlowej. Potwierdzasz, że jeden strzelec został trafiony?

– Tak. – Przyjrzała się dolnej części jego ciała, która była masą krwi. – Nie wstaje. – W chwili, gdy to powiedziała, z jego piersi wydobył się szybki, chrapliwy oddech.

Miał krostę na podbródku. Wpatrywała się w nią do czasu, gdy zdolna była podnieść głowę, by spojrzeć na to, co zrobił.

Ciała bezwładnie leżące w przejściu, osunięte na fotelach, wciśnięte w wąskie przestrzenie między rzędami, gdzie ludzie upadli albo próbowali się ukryć.

Essie nigdy tego nie zapomni.

Gdy oddział SWAT wpadł przez drzwi sali kinowej, podniosła ręce do góry.

– Funkcjonariuszka McVee. Strzelec jest zneutralizowany. Mój partner…

Gdy to mówiła, Barry zakasłał i jęknął. Essie zaczęła podnosić się z przysiadu i, poczuwszy zawrót głowy, się zachwiała.

– Jesteś ranna, McVee?

– Nie. Nie, tylko… Nie. – Z wysiłkiem podeszła do Barry’ego.

– Następnym razem, kiedy będę narzekał, jak gorąco jest w tych kamizelkach i jakie są ciężkie, walnij mnie. – Wciągnął powietrze w płuca. – Boli jak skurwysyn.

Przełknąwszy gulę w gardle, Essie wzięła Barry’ego za rękę.

– Bez niej bolałoby bardziej.

– Dopadłaś go, Essie. Dopadłaś sukinsyna.

– Tak. – Znów musiała mocno przełknąć gulę, ale kiwnęła głową. – Myślę, że to dzieciak. Barry, on nie jest sam.

Zjawiło się więcej gliniarzy i służby medyczne. Podczas gdy inne jednostki policji rzuciły się do galerii handlowej w poszukiwaniu drugiego zamachowca albo zamachowców, Essie z Barrym sprawdzali w kinie toalety, magazyn, szafki.

– Potrzebujesz lekarza – powiedziała, kiedy zbliżyli się do damskiej toalety.

– Później. To ona dzwoniła pod dziewięćset jedenaście. – Ruchem głowy wskazał drzwi.

Essie popchnęła je, wymierzyła do środka broń i w lustrze nad umywalką dostrzegła własną twarz. Chorobliwą bladość, ale to lepsze niż szary odcień ciemnobrązowej skóry Barry’ego.

– Tu policja – zawołała Essie. – Simone Knox? Tu policja.

Odpowiedziała jej cisza.

– Może stąd wyszła.

Drzwi kabin były otwarte, ale tylko jedne z nich lekko uchylone.

– Simone – powtórzyła Essie, podchodząc tam. – Jestem funkcjonariuszka McVee z policji Rockpoint. Jesteś już bezpieczna.

Otworzyła drzwi i ujrzała dziewczynę skuloną na sedesie, z rękami przyciśniętymi do uszu.

– Simone. – Pochyliwszy się, położyła dłoń na kolanie Simone. – Już wszystko w porządku.

– Oni krzyczą. On ich zabija. Tish, Mi, moja mama, moja siostra.

– Pomoc już tu jest. Znajdziemy je. Wyprowadźmy cię stąd, dobrze? Byłaś bardzo mądra. Dzwoniąc dziś po pomoc, uratowałaś życie ludziom, Simone.

Wtedy Simone podniosła głowę. Jej wielkie brązowe oczy były zalane łzami i przerażone.

– Komórka mi padła. Zapomniałam ją naładować i padła, więc ukryłam się tutaj.

– To dobrze, doskonale. Teraz chodź ze mną. Jestem funkcjonariuszka McVee. A to funkcjonariusz Simpson.

– Ten mężczyzna, mężczyzna wybiegł i upadł. Krew. Zobaczyłam… Zobaczyłam… Tish i Mi są w kinie. Mama i siostra na zakupach.

– Znajdziemy je. – Objęła ramieniem Simone, pomogła jej wstać, a potem wyjść. – Pójdziesz z funkcjonariuszem Simpsonem. A ja pójdę poszukać twojej mamy, siostry i przyjaciółek.

– Essie.

– Jesteś ranny, Barry. Weź dziecko. Niech ją zbadają.

Poprowadziła dziewczynę korytarzem obok sal kinowych. Raport sytuacyjny w radiu stwierdzał, że jeszcze dwaj zamachowcy zostali zastrzeleni. Miała nadzieję, że to już wszyscy, ale musiała się upewnić.

Jednak kiedy Barry przejął Simone, kierując do szklanych drzwi i błyskających świateł policyjnych aut i ambulansów, dziewczyna zatrzymała się i spojrzała prosto w oczy Essie.

– Tulip i Natalie Knox. Mi-Hi Jung i Tish Olsen. Musisz je znaleźć. Proszę. Proszę, znajdź je.

– Rozumiem. Już się tym zajmuję.

Essie ruszyła w drugą stronę. Nie słyszała już odgłosu strzałów i ktoś, dzięki Bogu, wyłączył muzykę. Jej radio skrzeczało meldunki na temat sprawdzonych miejsc i wezwania pomocy medycznej.

Przystanęła i spojrzała na galerię handlową. Odkąd sięgała pamięcią, robiła tu zakupy, przechadzała się, jadała posiłki.

Potrzeba czasu, pomyślała, niemal sparaliżowana, żeby usunąć zwłoki, opatrzyć i wywieźć rannych, odebrać oświadczenia od tych, którzy uniknęli obrażeń – fizycznych obrażeń, poprawiła się. Wątpiła, by ktokolwiek, kto przeżył ten wieczór, przetrwał go bez szwanku.

Pojawili się już ratownicy medyczni, ale tak wielu ludziom nie byli w stanie pomóc.

Kobieta z ramieniem zalanym krwią tuliła na kolanach mężczyznę, dla którego nie było już ratunku. Człowiek w koszulce Red Sox leżał twarzą do podłogi. Essie widziała substancję szarą mózgu wyzierającą z otworu w czaszce. Kobieta, nieco ponaddwudziestoletnia, łkając, siedziała przed Starbucksem w fartuszku zbryzganym krwią.

Essie dostrzegła malutki różowy sportowy bucik i chociaż miała nadzieję, że dziewczynka, która go zgubiła, znalazła bezpieczne miejsce, serce jej się ścisnęło na ten widok.

Zobaczyła mężczyznę, mniej więcej dwudziestoletniego, który chwiejnym krokiem opuszczał sklep GameStop. Jego oczy za przekrzywionymi okularami o grubych szkłach spoglądały nieprzytomnie, jakby był odurzony.

– To koniec? – zapytał ją. – Już po wszystkim?

– Jesteś ranny?

– Nie. Uderzyłem się w łokieć. Ja… – Te nieprzytomne oczy prześlizgnęły się po niej, a potem po krwawiących i martwych. – Jezu, o Jezu. Na… na zapleczu. Mam ludzi na zapleczu. Tak jak mówili, żeby zrobić, gdyby… Są na zapleczu.

– Poczekaj chwilę. – Odwróciła się i przez radio zapytała, czy może wyprowadzić grupę na zewnątrz i do którego punktu kontrolnego.

– Jak się nazywasz? – zapytała.

– Chaz Bergman. Jestem dziś kierownikiem zmiany.

– Okej, Chaz, dobrze się spisałeś. Wyprowadźmy teraz twoich ludzi. Funkcjonariusze przyjmą wasze zeznania, ale najpierw wszystkich wyprowadźmy.

– Mam przyjaciela. Nazywa się Reed, Reed Quartermaine. Pracuje w Mangii, to restauracja. Może go pani znaleźć?

– Znajdę. – Essie dodała go do swojej listy.

– Czy to już koniec? – powtórzył pytanie Chaz.

– Tak – potwierdziła, mając świadomość, że kłamie. Dla nikogo, kto tego dnia doświadczył przemocy, to nigdy się nie skończy.

Reed trzymał na ręku Brady’ego, kiedy dostrzegł kilkoro spośród pracowników Mangii. Niektórzy siedzieli na krawężniku, obejmując się nawzajem. Rosie, nadal w kucharskim fartuchu, zakrywała dłońmi twarz.

Zawsze mu mówiła: „Zjedz ten makaron. Podtucz się, chudzielcu”.

– Już wszystko dobrze, już dobrze. – Reed zamknął oczy i pochylił się, by przysiąść obok niej.

Poderwała się i objęła go.

– Nie jesteś ranny. – Ujęła w dłonie jego twarz.

Pokręcił głową i zapytał:

– Nikomu nic się nie stało?

Rosie wydała z siebie płaczliwy dźwięk.

– Wszedł i… – Urwała, zauważywszy chłopca, którego Reed trzymał. – Później o tym porozmawiamy. Kim jest ten przystojniak?

– To Brady. – Nie wszyscy się uratowali, pomyślał. – My, hm, spędzaliśmy razem czas. Muszę mu pomóc znaleźć mamę.

I zatelefonować do własnej, stwierdził. Wysłał jej esemes, napisał, że nic mu nie jest, niech się nie martwi. Ale musiał zadzwonić do domu.

– Dobrzy chłopcy przyjechali na ratunek – powiedział Reed.

– To prawda. – Rosie uśmiechnęła się przed łzy.

– Chcę do mamusi.

– Poproszę o pomoc któregoś z gliniarzy.

Reed wstał i podszedł do policjantki – wybrał dziewczynę, bo sądził, że Brady będzie wolał pójść z kobietą.

– Czy może mi pani pomóc? To jest Brady, nie może znaleźć mamy.

– Cześć, Brady. Jak nazywa się twoja mama?

– Mamusia.

– Jak tatuś się do niej zwraca?

– Skarbie.

Essie się uśmiechnęła.

– Jestem pewna, że ma jeszcze inne imię.

– Lisa Skarbie.

– Dobrze, a jak brzmi twoje pełne imię?

– Jestem Brady Michael Foster. Mam cztery lata. Mój tatuś jest strażakiem i mam psa o imieniu Mac.

– Strażak. A jak się dokładnie nazywa?

– Michael Skarbie.

– Okej. Poczekaj chwilę.

Strażacy byli wśród służb ratunkowych, więc Essie znalazła jednego z nich.

– Szukam Michaela Fostera. Mam jego syna.

– Foster jest jednym z moich ludzi. Masz Brady’ego? Jest ranny?

– Nie.

– Jego matkę wiozą do szpitala. Dostała dwa strzały w plecy, cholera. Foster szuka teraz chłopca. Nie wiedział, że tu są, dopóki ratownicy nie znaleźli Lisy. – Przetarł twarz dłońmi. – Trudno powiedzieć, czy przeżyje. O, tam jest!

Essie zobaczyła mężczyznę, który spieszył przez tłum wstrząśniętych ludzi. Mocno zbudowany, ciemnoskóry, o krótko ostrzyżonych włosach. Drgnął, opuścił ramiona, a potem biegiem ruszył w stronę syna.

– Tatuś! – pisnął Brady w ramionach Reeda.

Michael wziął syna z jego rąk, objął mocno i zaczął całować główkę i buzię.

– Brady, Bogu dzięki, Bogu dzięki. Jesteś ranny? Czy ktoś cię skrzywdził?

– Mamusia upadła i nie mogłem jej znaleźć. Reed mnie znalazł i powiedział, że musimy być bardzo cicho i czekać na dobrych panów. Byłem bardzo cicho, tak jak mi kazał, nawet kiedy wsadził mnie do schowka.

W oczach Michaela zakręciły się łzy, kiedy spojrzał na Reeda.

– Ty jesteś Reed?

– Tak, proszę pana.

Michael wyciągnął rękę i chwycił jego dłoń.

– Nigdy nie będę w stanie dostatecznie ci podziękować. Mam ci tyle do powiedzenia, ale… – Przerwał, kiedy jego umysł rozjaśnił się na tyle, by zauważyć krew na spodniach i butach Reeda. – Jesteś ranny.

– Nie, nie sądzę… To nie moja krew. Nie jest… – Słowa zamarły mu w ustach.

– Okej. Dobrze, Reed. Posłuchaj, muszę zabrać stąd Brady’ego. Potrzebujesz pomocy?

– Muszę znaleźć Chaza. Nie wiem, czy wszystko z nim w porządku. Muszę go znaleźć.

– Poczekaj.

Michael oparł sobie Brady’ego wygodniej na ręce i wyciągnął radio.

– Chcę do mamusi.

– Okej, kolego, ale teraz musimy pomóc Reedowi.

Podczas gdy Michael rozmawiał przez radio, Reed rozejrzał się wokół. Tyle świateł, wszystko takie jaskrawe i niewyraźne. Tak wielki hałas. Rozmowy, krzyki, płacz. Zobaczył, jak jakiś mężczyzna na noszach, jęczący i zakrwawiony, jest wkładany do karetki. Kobieta w jednym bucie, z cienką strużką krwi spływającą z boku twarzy, kulejąc, krążyła w kółko i wołała Judy dopóty, dopóki ktoś w mundurze jej stamtąd nie zabrał.

Dziewczyna z długim, ciemnym końskim ogonem siedziała na krawężniku i rozmawiała z policjantem. Cały czas kręciła głową, a jej oczy, jasnobrązowe jak u tygrysa, błyszczały w kłębowisku wirujących świateł.

Reed dostrzegł telewizyjne vany i jeszcze więcej jasnych świateł za żółtą policyjną taśmą. Ludzie tłoczyli się za nią, niektórzy wykrzykując czyjeś imiona.

Uderzyła go nagła myśl: niektóre z wołanych osób nigdy nie odpowiedzą.

Zaczął się cały trząść od środka: żołądek, jelita, serce. W uszach miał szum, wzrok mu się zamglił.

– Hej, Reed, może usiądziesz na chwilę? Dowiem się, co z twoim przyjacielem.

– Nie, muszę… – Zobaczył Chaza, który wychodził z grupą ludzi prowadzoną przez policjantów. – Jezu. Jezu, Chaz!

Wykrzyknął to tak, jak ci ludzie za policyjną taśmą, i pobiegł sprintem.

Siedząca na krawężniku Simone czekała, by odzyskać czucie w nogach. Ciało miała zdrętwiałe, jakby ktoś znieczulił ją całą nowokainą.

– Z twoją mamą i siostrą wszystko jest w porządku. – Usłyszała głos policjantki McVee i starała się zrozumieć jej słowa.

– Gdzie one są? Gdzie są?

– Wkrótce je stamtąd wyprowadzą. Twoja mama ma trochę drobnych obrażeń. Drobnych, Simone. Nic jej nie jest. Dostały się do jednego ze sklepów i tam schroniły. Mama ma kilka ran ciętych od lecącego szkła i uderzyła się w głowę. Ale to nic poważnego, rozumiesz?

Simone była w stanie jedynie kręcić głową.

– Mama uderzyła się w głowę.

– Nic jej nie będzie. Były w bezpiecznym miejscu i zaraz wyjdą.

– Mi i Tish.

Wiedziała. Zrozumiała ze sposobu, w jaki funkcjonariuszka McVee objęła ją ramieniem. Właściwie nie była tego świadoma, czuła tylko ciężar.

Ciężar.

– Mi jest w drodze do szpitala. Zajmą się tam nią, zrobią wszystko, co w ich mocy.

– Mi… Postrzelił ją? – Głos Simone zabrzmiał tak ostro, że zranił jej własne uszy. – Postrzelił ją?

– Jedzie do szpitala, czekają już, żeby się nią zająć.

– Musiałam się wysiusiać. Nie było mnie tam. Musiałam się wysiusiać. Tish tam była. Gdzie jest Tish?

– Trzeba poczekać, aż wszyscy wyjdą i zostaną policzeni.

Simone nie przestawała kręcić głową.

– Nie, nie, nie. Siedziały razem. Ja musiałam iść się wysiusiać. Postrzelił Mi. Strzelił do niej. Tish. Siedziały razem.

Spojrzała na Essie i zrozumiała. A zrozumienie sprawiło, że znów zaczęła czuć. Czuła wszystko.

Reed zamknął Chaza w niedźwiedzim uścisku. Poczuł, że przynajmniej niektóre sprawy wróciły do normy. Obejmując się, stali naprzeciwko dziewczyny z długim, brązowym końskim ogonem i tygrysimi oczami.

Kiedy wydała z siebie przenikliwy lament, Reed oparł głowę na ramieniu Chaza.

Wiedział, że w tym lamencie bez słów kryło się imię osoby, która już nigdy nie odpowie.

Nie mogli jej zmusić do powrotu do domu. Wszystko jej się mieszało i plątało, ale miała świadomość, że siedzi na twardym plastikowych krześle w szpitalnej poczekalni i trzyma w ręce colę.

Siostra i ojciec siedzieli z nią. Natalie wtuliła się w tatę, ale Simone nie chciała być obejmowana ani dotykana.

Nie wiedziała, jak długo czekali. Bardzo długo? Pięć minut?

Inni ludzie też czekali.

Słyszała, jak podawano liczby. Różne.

Trzej zamachowcy. Osiemdziesiąt sześć osób rannych. Czasem liczba rannych zwiększała się, czasem zmniejszała.

Trzydzieści sześć osób nie żyje. Pięćdziesiąt osiem.

Liczby wciąż były nowe, wciąż się zmieniały.

Tish nie żyła. To się nie zmieni.

Musieli czekać na tych twardych krzesłach, podczas gdy ktoś wyjmował odłamki szkła z głowy jej matki i opatrywał rozcięcia na twarzy.

Simone wyobrażała sobie tę twarz, wszystkie te skaleczenia i bladość, głęboką bladość pod makijażem. Jasne włosy matki, zawsze perfekcyjnie ułożone, teraz splątane i zakrwawione.

Wywieźli ją na jednych z tych noszy na kółkach, a płacząca Natalie kurczowo trzymała ją za rękę.

Natalie nie została ranna, bo mama popchnęła ją do sklepu, a sama upadła. Natalie wciągnęła ją do środka i za gablotę z wystawionymi letnimi koszulkami.

Natalie była dzielna. Simone jej to powie, kiedy znów będzie w stanie mówić.

Teraz jednak musieli usunąć szkło z głowy matki i zbadać ją, bo uderzyła się w głowę i na kilka minut straciła przytomność. Wstrząśnienie mózgu.

Simone wiedziała, że Natalie chce wrócić do domu, bo tata powtarzał jej, że mamie nic nie będzie, że zaraz wyjdzie ze szpitala i będą mogli jechać.

Simone nie zamierzała wracać, a oni nie mogli jej zmusić. Tish nie żyła, Mi przechodziła operację. Nie mogli jej zmusić.

Trzymała puszkę coli w obu dłoniach, żeby ojciec nie wziął jej znów za rękę. Nie chciała, żeby ktokolwiek trzymał ją za rękę czy przytulał. Jeszcze nie teraz. Może już nigdy. Musiała tylko czekać na tym twardym plastikowym krześle.

Pojawił się lekarz i ojciec zerwał się na równe nogi.

Tata jest taki wysoki, pomyślała Simone z roztargnieniem, taki wysoki i przystojny. Nadal miał na sobie garnitur i krawat, bo wrócił do domu z firmowej kolacji i włączył wiadomości. Po czym pojechał prosto do centrum handlowego.

Lekarz przekazał ojcu informacje: lekkie wstrząśnienie mózgu i kilka szwów.

Kiedy matka wyszła z gabinetu zabiegowego, Simone z drżeniem podniosła się z krzesła. Aż do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo bała się, że z matką nie jest dobrze. Że będzie z nią jak z Mi albo gorzej – jak z Tish.

Ale matka wyszła do poczekalni. W kilku miejscach na twarzy miała dziwaczne opatrunki, ale nie była blada, tak bardzo blada jak przedtem. Tak, jak Simone wyobrażała sobie, że wyglądają martwi ludzie.

Natalie skoczyła i objęła matkę.

– Moja dzielna dziewczynka – szepnęła Tulip. – Moje dzielne dziewczynki – powiedziała, wyciągając rękę do Simone.

I w końcu Simone zapragnęła być dotykana, chciała przytulić i być przytulaną. Objęła ramionami matkę razem z Natalie stojącą pomiędzy nimi.

– Wszystko w porządku, mam guz na głowie. Zabierzmy nasze córki do domu, Ward.

Simone usłyszała łzy w głosie matki i przytuliła się do niej mocniej na jeszcze jedną chwilę. I zamknęła oczy, kiedy ojciec objął je wszystkie trzy.

– Pójdę po samochód – powiedział.

Simone się odsunęła.

– Ja nie jadę. Nie wracam teraz do domu.

– Kochanie…

Jednak Simone gwałtownie potrząsnęła głową i o kolejny krok odsunęła się od zmęczonej, pokaleczonej i pokrytej opatrunkami twarzy matki.

– Nie jadę. Mi… Operują ją. Nie jadę.

– Kochanie. – Tulip znów spróbowała. – Nie możesz tu nic zrobić i…

– Mogę tu być.

– Nat, pamiętasz, gdzie stoi nasz samochód?

– Tak, tato, ale…

– Zabierz mamę. – Podał Natalie kluczyki. – Wy dwie idźcie do samochodu. Dajcie chwilę mnie i Simone.

– Ward, dziewczynki muszą wrócić w domu. Muszą być z dala od tego.

– Idź do samochodu – powtórzył, nawet gdy Simone znów usiadła, obejmując się ramionami w wyrazie pełnego przygnębienia buntu. Pocałował żonę w policzek, szepnął coś, po czym usiadł obok córki. – Wiem, że jesteś przerażona. Wszyscy jesteśmy.

– Nie byłeś tam.

– To też wiem. – Teraz usłyszała ból w jego głosie, ale otrząsnęła się. Odepchnęła to. – Simone, jest mi strasznie przykro z powodu Tish. Z powodu Mi. Obiecuję, że kiedy będziemy w domu, dowiemy się, co z Mi, i że jutro cię do niej zawiozę. Ale mama musi wracać, Natalie też.

– Zabierz je.

– Nie mogę cię tu zostawić.

– Muszę zostać. Ja je opuściłam. Opuściłam je.

Przyciągnął ją do siebie. Opierała się, próbowała mu się wyrwać, ale był silniejszy i trzymał ją, aż wreszcie się poddała.

– Jest mi bardzo przykro z powodu Tish i Mi – powtórzył. – I przez resztę życia będę wdzięczny za to, że nie było cię w kinie. Teraz muszę zaopiekować się twoją mamą i siostrą. Muszę zaopiekować się tobą.

– Nie mogę zostawić Mi. Nie mogę. Proszę, nie próbuj mnie zmuszać.

Mógłby i Simone obawiała się, że to zrobi, ale gdy się od niego odsunęła, pojawiła się CiCi.

Długie, powiewające rude włosy, pół tuzina rzędów koralików i kryształków na szyi, szeroka niebieska spódnica i sandały Dr. Martens.

Podniosła Simone z krzesła, zamykając ją w wyćwiczonych jogą ramionach i obłoku brzoskwiniowo pachnących perfum z leciutką nutą marihuany.

– Bogu dzięki! Och, maleńka! Dzięki niech będą wszystkim bogom i boginiom. Tulip? – zapytała Warda. – Natalie?

– Właśnie poszły do auta. Tulip ma parę guzów i zadrapań, to wszystko. Nat nic się nie stało.

– CiCi zostanie ze mną. – Simone zbliżyła usta do ucha babki. – Proszę cię, proszę.

– Oczywiście, że zostanę. Jesteś ranna? Jesteś…

– On zabił Tish. Mi… Operują ją.

– Och, nie. – CiCi zaczęła kołysać Simone i szlochać razem z nią. – Te słodkie dziewczyny, takie młode, słodkie dziewczyny.

– Tata musi zabrać mamę i Natalie do domu. Ja muszę czekać tutaj. Czekać na Mi. Proszę.

– Oczywiście, że musisz. Zajmę się nią, Ward. Zostanę przy niej. Przywiozę ją do domu, kiedy skończą operować Mi. Zajmę się nią.

Słysząc ostry ton słów CiCi, Simone wiedziała, że ojciec był gotów zaprotestować.

– W porządku. – Ujął twarz córki w dłonie i pocałował ją w czoło. – Simone, zadzwoń, jeśli poczujesz, że jestem ci potrzebny. Będziemy się modlić za Mi.

Patrząc, jak ojciec się oddala, wsunęła rękę w dłoń CiCi.

– Nie wiem, gdzie ona jest. Mogłabyś się dowiedzieć?

CiCi Lennon potrafiła sprawić, że ludzie mówili jej wszystko, co chciała wiedzieć, i robili to, co uważała, że powinni robić. Nie trzeba było długo czekać, aby zaprowadziła Simone do innej poczekalni.

W tej były krzesła z poduszkami, sofy i ławki, a nawet automaty z przekąskami.

Simone dostrzegła rodziców Mi, jej starszą siostrę, młodszego brata i dziadków. Ojciec Mi pierwszy ją zauważył. Wyglądał tysiąc lat starzej niż wtedy, gdy zabierały Mi w drodze do kina.

Pamiętała, że pracował wtedy w ogrodzie przed domem i pomachał im na pożegnanie.

Wstał i ze łzami w oczach podszedł, by ją objąć.

– Tak się cieszę, że nie jesteś ranna. – Mówił perfekcyjnym, precyzyjnym angielskim i pachniał świeżo skoszoną trawą.

– Opuściłam je. Musiałam skorzystać z toalety i zostawiłam je. Wtedy…

– Och, cieszę się z tego powodu. Panno Lennon, to miło, że pani przyszła.

– CiCi – poprawiła go. – Teraz wszyscy jesteśmy rodziną. Chciałybyśmy poczekać z wami, przesłać Mi nasze uzdrawiające myśli i światła.

Podbródek mu drżał, gdy ojciec Mi próbował się opanować.

– Simone, mój skarbie, może usiądziesz z mamą Mi? – Objęła ramieniem pana Jung. – Przejdźmy się trochę.

Simone podeszła i usiadła przy pani Jung. Kiedy ta ścisnęła jej dłoń, trzymała ją mocno.

Wiedziała, że CiCi wierzy we fluidy, światła, okadzanie i medytację. I wszelkiego rodzaju rzeczy, na których myśl jej córka przewracała oczami. Wiedziała również, że jeśli ktokolwiek czystą siłą woli mógłby sprawić, żeby Mi z tego wyszła, była to CiCi.

Dlatego trzymała się tej myśli tak kurczowo, jak ściskała rękę matki Mi.

ROZDZIAŁ 3

Kiedy CiCi wróciła, Simone wstała, żeby pan Jung mógł usiąść przy żonie. Zanim zdążyła zająć inne krzesło, Nari, siostra Mi, wzięła ją pod ramię.

– Pomóż mi przynieść herbatę.

Przeszły razem przez rozległą poczekalnię do lady, na której były pojemniki z gorącą wodą, kawą, torebki herbaty i jednorazowe kubeczki.

Nari, smukła, pilna studentka drugiego roku MIT, zręcznie ustawiła herbatę na tekturowej tacy.

– Nie powiedzą ci. – Mówiła cicho, posyłając Simone długie spojrzenie ciemnych oczu zza szkieł okularów w ciemnych oprawkach. – Jest źle. Mi została trafiona trzy razy.

Simone otworzyła usta, ale nie wydobyła z nich słowa. Nie było słów.

– Słyszałam, jak jeden z policjantów rozmawiał z pielęgniarką, kiedy zabrano ją na salę operacyjną. Straciła mnóstwo krwi. Jest taka drobna i straciła tak wiele krwi. Pójdziesz ze mną, żeby oddać dla niej krew? Może nie będzie dla niej, ale…

– Tak. Co mamy zrobić? Dokąd pójść?

Ponieważ była niepełnoletnia, Simone potrzebowała zgody CiCi. Stanęły w kolejce, bo tak dużo osób postanowiło zrobić to samo.

Simone odwróciła głowę, kiedy igła wbiła się w jej ciało, bo na widok igieł robiło jej się lekko niedobrze. Później, zgodnie z zaleceniem, wypiła kubeczek soku pomarańczowego. Wracając, powiedziała CiCi, że musi skorzystać z toalety.

– Pójdę z tobą.

– Dzięki, nie trzeba. Zaraz wrócę.

Chciała iść sama, głównie dlatego, że musiała zwymiotować sok pomarańczowy.

Kiedy jednak weszła do środka, przy jednej z umywalek ujrzała płaczącą kobietę.

Matka Tiffany. W siódmej klasie pani Bryce była jej nauczycielką angielskiego. W tym samym roku – o czym wszyscy wiedzieli – pan Bryce rozwiódł się z nią i ożenił z o wiele młodszą kobietą, z którą miał romans i która była w ciąży.

Simone zdała sobie sprawę, że zupełnie nie myślała o Tiffany ani o Trencie, chłopaku, którego, jak jej się wydawało, kochała.

– Pani Bryce – odezwała się.

Wciąż łkając, kobieta odwróciła się.

– Bardzo mi przykro. Jestem Simone Knox. Uczyła mnie pani w szkole średniej. Znam Tiffany. Widziałam ją dziś wieczorem, zanim… Przedtem.

– Byłaś tam?

– Z Mi-Hi Jung i Tish Olsen. W kinie. Mi jest teraz operowana. Została postrzelona. Postrzelił ją. I zabił Tish.

– Boże.

Stały tak, obie płacząc.

– Tish? Tish Olsen? O Boże. – Pani Bryce objęła Simone, a ta przywarła do niej. – Tiffany jest na bloku operacyjnym. Ona… Nie potrafią mi powiedzieć.

– A Trent? Była z Trentem.

Pani Bryce odstąpiła krok w tył i przycisnąwszy do oczu kłęby kciuków, pokręciła głową.

– Pomodlę się za Mi. – Odwróciła się znów do umywalki, odkręciła wodę i zaczęła opłukiwać twarz. – A ty pomódl się za Tiffany.

– Zrobię to – obiecała szczerze Simone.

Już nie miała potrzeby wymiotować. Czuła się pusta.

W poczekalni zasnęła z głową na kolanach CiCi. Obudziwszy się, pozostała zwinięta na nich i tak otumaniona, że sala wydawała jej się zasnuta cienką warstwą dymu.

Przez ten dym dostrzegła mężczyznę z siwymi włosami i w niebieskim stroju chirurga, który rozmawiał z panią Bryce, a także z panem Bryce’em, jak się zorientowała, oraz kobietą, która zaszła z nim w ciążę i została jego żoną.

Pani Bryce znów płakała, ale nie tak, jak wcześniej w toalecie. Dłonie kurczowo splotła na kolanach, miała mocno zaciśnięte usta, ale nie przestawała kiwać głową. I nawet poprzez warstwę mgły Simone widziała wdzięczność.

Tiffany nie umarła, nie tak jak Tish. Jak Trent.

Mi też nie umrze. Nie może.

Czekali. Simone znów zapadła w sen, ale tym razem płytki, więc poczuła, kiedy CiCi się poruszyła.

Lekarka z kruczoczarnymi włosami zaczesanymi do tyłu mówiła z akcentem – być może indyjskim. Znikł, kiedy Simone się podniosła i poprzez mgłę dotarły do niej słowa kobiety.

Mi przeżyła operację.

Rana postrzałowa w prawym ramieniu, ale mięśnie nienaruszone. Pocisk drasnął prawą nerkę. Zoperowana, prawdopodobnie nie ma trwałych uszkodzeń. Rana w klatce piersiowej. Płuca pełne krwi. Drenaż, operowanie, transfuzja. Następne dwadzieścia cztery godziny będą decydujące. Mi jest młoda i silna.

– Kiedy z sali pooperacyjnej zostanie przeniesiona na OIOM, będą państwo mogli ją zobaczyć. Krótko, tylko po dwie osoby naraz. Jest pod wpływem środków uspokajających – kontynuowała lekarka. – Będzie spała kilka godzin. A państwo powinni spróbować trochę odpocząć.

Pani Jung płakała, ale tak jak pani Bryce.

– Dziękuję, bardzo dziękuję. Poczekamy, a potem do niej pójdziemy. – Pan Jung objął żonę ramieniem.

– Zaprowadzę państwa na OIOM. Ale tylko rodzinę – dodała, zerkając na Simone i CiCi.

– Ta dziewczyna należy do rodziny – odparł pan Jung.

Ustępując, lekarka obejrzała się na Simone.

– Muszę umieścić twoje nazwisko na zatwierdzonej liście odwiedzających.

– Simone Knox.

– Simone Knox? Pierwsza osoba, która zadzwoniła pod dziewięćset jedenaście?

– Nie wiem. Zadzwoniłam do nich.

– Simone, powinnaś to wiedzieć. Zawiadamiając ich tak szybko, dałaś Mi szansę na przeżycie. Umieszczę cię na liście.

Po tym, jak Simone pojechała do domu i poszła do łóżka, do mrocznych, urywanych snów, Michael Foster usiadł przy szpitalnym łóżku śpiącej żony.

Ocknęła się i znów zapytała o Brady’ego. Jej pamięć krótkotrwała była zakłócona, ale powiedziano mu, że powróci. Tymczasem za każdym razem, kiedy się budziła, musiał ją przekonywać, że ich synowi nic się nie stało.

Reed Quartermaine. Zawdzięczali to Reedowi Quartermaine’owi.

Obudzi się, pomyślał. Będzie żyła. I z powodu kuli w kręgosłupie już nigdy nie będzie chodzić. Jeden pocisk trafił ją tuż pod łopatką, ale drugi uszkodził dolny rdzeń kręgowy.

Michael próbował uwierzyć, że mieli szczęście, bo musiał w to wierzyć, żeby ją przekonać. Gdyby pocisk trafił wyżej, straciłaby czucie w tułowiu i rękach. Potrzebowałaby respiratora, nie byłaby w stanie odwrócić głowy.

Jednak mieli szczęście. Została jej oszczędzona trauma utraty kontroli nad pęcherzem i jelitami. Z upływem czasu i dzięki terapii będzie mogła używać zmotoryzowanego wózka inwalidzkiego, a nawet prowadzić samochód.

Ale jego piękna żona, która uwielbiała tańczyć, już nie będzie chodzić. Już nigdy nie będzie ścigać się po plaży z Bradym, wędrować pieszo, biegać w górę i w dół po schodach w domu, na który zaoszczędzili, odmawiając sobie wszystkiego. Wszystko dlatego, że trzech chorych, samolubnych drani urządziło sobie bezsensowne mordercze szaleństwo.

Nie wiedział nawet, który z tych trzech postrzelił jego żonę, matkę jego dziecka, miłość jego cholernego życia. To bez znaczenia który, pomyślał. Oni wszyscy to zrobili.

John Jefferson Hobart, znany jako JJ, lat siedemnaście.

Kent Francis Whitehall, lat szesnaście.

Devon Lawrence Paulson, lat szesnaście.

Nastolatki. Socjopaci, psychopaci. Nie obchodziło go, jaką etykietkę przypną im psychiatrzy.

Znał liczbę ofiar, przynajmniej na godzinę czwartą rano, kiedy ją ostatnio sprawdzał. Osiemdziesiąt dziewięć. A jego Lisa była jedną z dwustu czterdziestu dwóch osób rannych. Bo trzej pokręceni chłopcy, uzbrojeni po zęby, weszli w piątkowy wieczór do centrum handlowego z zadaniem, żeby zabijać i ranić. Zadanie zostało wykonane.

Nie potrafił zaliczyć ich do ofiar – nie zasługiwali na to. Był jednak wdzięczny policjantce, która zastrzeliła Hobarta, i zadowolony, że dwaj pozostali zabili siebie – albo jeden drugiego. O czwartej rano ten szczegół pozostawał niewyjaśniony.

Michael był zadowolony, że nie czeka ich proces. Zadowolony, że on, człowiek, który poświęcił się ratowaniu życia, nie musi spędzać bezsennych nocy, wyobrażając sobie, że sam ich zabija.

Lisa poruszyła się, więc usiadł bliżej. Kiedy otworzyła oczy, ucałował jej dłoń.

– Brady?

– Nic mu nie jest, kochanie. Twoi rodzice się nim zajęli. Nic mu nie jest.

– Trzymałam go za rękę. Podnosiłam go, żeby uciec, ale wtedy…

– Liso, skarbie, nic mu się nie stało.

– Jestem taka zmęczona.

Kiedy zamknęła oczy, znów zaczął przyglądać się, jak śpi.

Reed obudził się o świcie. W głowie mu łupało, oczy piekły i czuł suchość w gardle. Najgorszy na świecie kac bez jednej kropli alkoholu.

Wziął prysznic – już trzeci, odkąd wrócił do domu do wyczerpanych, wdzięcznych rodziców i tulącej się do niego, łkającej siostry. Po prostu nie mógł dojść do siebie po tym, jak krew Angie poprzez spodnie przesiąknęła na jego skórę.

Wziął ibuprofen, popijając go wodą prosto z kranu.

Potem włączył komputer. Bez problemu znalazł relacje na temat strzelaniny.

Przyjrzał się trzem nazwiskom, potem zdjęciom. Pomyślał, że chyba zna Whitehalla, ale nie potrafił stwierdzić skąd.

Był pewien, że rozpoznaje Paulsona. Widział, jak ten ze śmiechem dziurawi kulami ciało mężczyzny.

Jeden z tych dwóch zabił Angie, ponieważ, jak donoszono, trzeci z nich, Hobart, nie opuszczał kina.

Jeden z nich zabił Justina, pomocnika kelnera z Mangii, dla którego to była pierwsza wakacyjna praca. I Lucy, kelnerkę, która pod koniec roku planowała odejść na emeryturę, żeby wsiąść z mężem do kampera i zwiedzać kraj.

Klientów też. Reed nie wiedział, jak wielu.

Dory była w szpitalu. Bobby, Jack i Mary również.

Rosie powiedziała mu, że chłopak z bronią wszedł przez szklane drzwi, zasypał kulami główną salę, po czym wyszedł. Trwało to dziesięć sekund, może dwadzieścia. Nie więcej.

Przeglądając relacje świadków, zatrzymał się i dwa razy przeczytał tę z GameStop.

Usłyszeliśmy strzały, ale tak naprawdę nie wiedzieliśmy, co to było. W tym sklepie panuje hałas. Wtedy jakiś człowiek wbiegł, krzycząc, że ktoś strzela do ludzi. Krwawił, ale chyba nawet nie wiedział, że został postrzelony.

Właśnie wtedy kierownik sklepu – nie znam jego nazwiska – zaczął mówić, żeby wszyscy poszli na zaplecze. Kilka osób próbowało wybiec na zewnątrz, ale strzelanina się zbliżała. Była słyszalna i kierownik powtarzał ludziom, żeby ukryli się na zapleczu. Brakowało tam miejsca, bo sklep był zatłoczony. Nigdy w życiu tak się nie bałem jak wtedy, ściśnięty w tym pokoju. Ludzie krzyczeli i modlili się, a on powiedział, że musimy być cicho.

Wtedy to usłyszeliśmy, te strzały, bardzo głośne. W samym sklepie. Szkło pękało. Myślałem, że wszyscy umrzemy, ale wtedy to się skończyło. A może przeniosło dalej. On chciał, żebyśmy tam zostali do przyjazdu policji, ale ktoś chyba wpadł w panikę i popchnął drzwi. Część ludzi wybiegła. Przyszła policja i wyprowadziła nas na zewnątrz. Ten chłopak uratował nam życie, ten młody kierownik w okularach z grubymi szkłami. Jestem przekonany, że uratował nam życie.

– Brawo, Chaz – mruknął Reed.

W małej kuchni swojego niewielkiego mieszkania Essie zaparzyła cały dzbanek kawy. Miała mnóstwo czasu, żeby ją wypić, ponieważ została tymczasowo zawieszona. Szef zapewnił ją, że wróci, i prawdopodobnie dostanie medal, ale trzeba przestrzegać procedury. Nie tylko użyła broni, ale zabiła.

Wierzyła szefowi i wiedziała, że zrobiła, co do niej należało, ale stwierdziła, że dopóki nie przywrócą jej do służby, będzie miała napięte nerwy. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo pragnie być policjantką, zanim nie pojawił się cień wątpliwości, że może zostać zwolniona.

Podczas gdy stary kot spał na poduszce, Essie przygotowała sobie bajgla i wzięła ostatniego banana. Ponieważ rozmiar i rozkład mieszkania pozwalały jej widzieć ekran znad służącego zarówno do jedzenia, jak i do pracy kuchennego stołu, usiadła przy nim i włączyła telewizor.

Wiedziała, że prasa zna jej nazwisko, a zerknąwszy wcześniej przez okno, przekonała się, że dziennikarze wytropili jej adres. Nie zamierzała wychodzić z domu, przed którym czekał ją grad pytań, aparaty fotograficzne i kamery. Ktoś zdradził numer jej stacjonarnego telefonu, więc odłączyła aparat. Nieustanne dzwonienie wkurzało ją jak diabli.

Jak dotąd komórka pozostawała bezpieczna. Jeśli jej partner lub szef zechcą się z nią skontaktować, uda im się. Poza tym miała e-mail.

Jedząc, otworzyła laptop i zaczęła oglądać poranne programy informacyjne, szukając wszelkich nowych dla niej informacji.

Używając laptopa, sporządziła listę nazwisk, które miała w głowie.

Simone Knox, jej matka i siostra. Reed Quartermaine. Chaz Bergman. Michael, Lisa i Brady Foster. Mi-Hi Jung.

Sprawdzi, co dzieje się z nimi wszystkimi, nawet jeśli będzie musiała poświęcić na to prywatny czas.

Zanotowała nazwiska zamachowców. Zamierzała dowiedzieć się o nich wszystkiego, co się da, o ich rodzinach, nauczycielach, przyjaciołach i pracodawcach, jeśli tacy byli. Chciała ich poznać.

Wpisała liczby – aktualne – zabitych i rannych. Dodała nazwiska, kiedy je podano. Resztę zdobędzie.

Robiła, co do niej należy, pomyślała, oglądając wiadomości, jedząc i pracując. To jednak nie znaczyło, że sprawa nie była osobista.

CiCi Lennon żyła wedle własnych zasad. Dwie najważniejsze – „Staraj się nikogo nie skrzywdzić” oraz „Miej jaja, żeby mówić, co myślisz” – często się ze sobą kłóciły, ale pozostawały w harmonii z zasadą „Bądź wredna, kiedy to konieczne”, więc dobrze na tym wychodziła.

Wychowała się w Rockpoint, zamieszkanym przez klasę wyższą przedmieściu Portland w stanie Maine. Jej rodzice byli statecznymi metodystami i republikanami o tradycyjnych poglądach. Ojciec, dyrektor finansowy, i matka – pani domu, jak z dumą o sobie mówiła – należeli do country clubu, w każdą niedzielę chodzili do kościoła i urządzali przyjęcia. Co trzy lata ojciec kupował nowego cadillaca, w sobotnie poranki grywał w golfa, a w niedzielne popołudnia w tenisa (w parze z żoną), i kolekcjonował znaczki.

Matka co poniedziałek bywała u fryzjera, w środy grała w brydża i należała do klubu ogrodniczego. Deborah (nigdy Deb ani Debbie) Lennon pieniądze na drobne wydatki trzymała w białej rękawiczce w górnej szufladzie komody, nigdy w życiu nie wypisała czeku ani w inny sposób nie zapłaciła rachunku, a wracającego z pracy męża witała z odświeżonym makijażem. Przygotowywała mu wieczorne drinki – wytrawne martini z jedną oliwką, z wyjątkiem lata, kiedy przerzucał się na gin z tonikiem i plasterkiem limonki – żeby mógł się odprężyć przed kolacją.