Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 488

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka W ukryciu - Lisa Gardner

Bobby Dodge, niegdyś snajper w Stanowym Wydziale do Zadań Specjalnych Policji w Massachusetts, dziś świeżo upieczony detektyw zostaje poproszony przez sierżant policji bostońskiej, D.D Warren, o pomoc w rozwikłaniu tajemniczej zbrodni sprzed lat. W ruinach dawnego szpitala psychiatrycznego grupa dzieciaków dokonała przypadkiem przerażającego odkrycia. W podziemnej kryjówce bezwzględny morderca pozostawił przed laty swoje trofea. Wszystkie były drobne. Wszystkie były nagie. Wszystkie płci żeńskiej. Zmumifikowane ciała sześciu małych dziewczynek.Śladów jest niewiele, zaledwie kilka dowodów zebranych na miejscu zbrodni, w tym medalion przywieszony do jednego z worków, na którym wygrawerowano imię „Annabelle M.Granger”. Bobby nie przypuszcza nawet, jak skomplikuje się sprawa, gdy okaże się, że prawdziwa Annabelle żyje, a ktoś w dalszym ciągu czyha na jej życie.Kolejny doskonały thriller bestsellerowej amerykańskiej autorki. Dla wielbicieli zagadek, suspensu i zaskakujących zwrotów akcji.

Opinie o ebooku W ukryciu - Lisa Gardner

Fragment ebooka W ukryciu - Lisa Gardner

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

HIDE

Copyright © 2007 by Lisa Gardner, Inc.

Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia Draga

Zdjęcie na okładce: © iStockphoto/ Orlando Rosu

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Magdalena Bargłowska, Anna Rzędowska

ISBN: 978-83-7508-562-4

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax. 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2012.

Konwersja do formatu EPUB: iFormat

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 1

KIEDY MIAŁAM SIEDEM LAT, ojciec wytłumaczył mi, że świat to tylko rządzący się pewnymi prawami system, nic więcej. Systemem jest też szkoła. I sąsiedztwo. Miasta, rządy, każda większa grupa ludzi. Idąc dalej, systemem jest też ludzkie ciało, napędzane do życia mniejszymi biologicznymi podsystemami.

Sądownictwo karne — system, nawet nie ma co gadać. Kościół katolicki. Zawody sportowe, Organizacja Narodów Zjednoczonych i oczywiście konkurs Miss America.

— Nie wszystkie systemy muszą ci się podobać — tłumaczył — nie musisz w nie wierzyć ani się z nimi zgadzać, ale musisz je zrozumieć. A jeśli poznasz prawa, którymi się rządzą, na pewno przetrwasz.

Rodzina to też system.

TAMTEGO DNIA, gdy wróciłam ze szkoły, zastałam oboje rodziców w salonie. Tata, profesor matematyki na MIT, rzadko wracał do domu przed dziewiętnastą, dziś czekał jednak przy ukochanej kwiecistej kanapie mamy, z pięcioma walizkami u stóp. Mama płakała. Kiedy otwarłam drzwi, próbowała się odwrócić, zasłaniając twarz, ale trudno było nie zauważyć, jak drżą jej od płaczu ramiona.

Oboje mieli na sobie grube wełniane płaszcze, co wydawało się dziwne, zważywszy, że październikowe popołudnie było dosyć ciepłe.

Pierwszy odezwał się ojciec:

— Musisz iść do swojego pokoju. Weź tylko dwie rzeczy. Jakiekolwiek chcesz. Ale pospiesz się, Annabelle; nie mamy zbyt wiele czasu.

Mamie coraz bardziej drżały dłonie. Położyłam tornister. Poszłam do swojego pokoju i stałam tam przez chwilę, starając się ogarnąć wzrokiem swoje różowo-zielone królestwo.

Ze wszystkich chwil swojego dzieciństwa to właśnie do tej najchętniej cofnęłabym się w czasie. Do tych trzech minut, które spędziłam w dziecięcym pokoju, delikatnie gładząc wyklejone nalepkami biurko, omijając oprawione zdjęcia dziadków, przeskakując nad grawerowaną posrebrzaną szczotką do włosów i dużym podręcznym lusterkiem. Ominęłam książki. Kolekcja szklanych kulek odpadła na wstępie, podobnie jak stos przedszkolnych prac plastycznych. Pamiętam bolesny wybór pomiędzy moim ulubionym pluszowym psem a najnowszym skarbem, wystrojoną w strój weselny Barbie. W końcu wzięłam psa, Boomera, a potem chwyciłam ukochany kocyk z ciemnoróżowej flaneli wykończony jasnoróżową satyną.

Nie pamiętnik. Nie pakiet śmiesznych pogryzdanych liścików od najlepszej przyjaciółki, Dori Petracelli. Nawet nie album, dzięki któremu miałabym jakieś zdjęcia mamy na wszystkie te czekające mnie lata.

Byłam małą, przerażoną dziewczynką i zachowałam się dziecinnie.

Myślę, że tata wiedział, co wybiorę. I chyba też wiedział, co nas czeka. Już wtedy wiedział.

Wróciłam do salonu. Tata na zewnątrz pakował rzeczy do samochodu. Mama stała przytulona do kolumny oddzielającej salon od jadalni. Przez moment wydawało mi się, że nie będzie w stanie jej puścić, że postawi się ojcu, zażąda, by skończył z tą błazenadą.

Ale ona zbliżyła się do mnie i delikatnie odgarnęła kosmyk moich długich ciemnych włosów.

— Tak bardzo cię kocham. — Objęła mnie i mocno przytuliła, przyciskając czubek mojej głowy do swych mokrych od łez policzków. Po chwili odepchnęła mnie, pospiesznie wycierając twarz. — A teraz szybko przed dom, kochanie. Tata ma rację, musimy się pospieszyć.

Ściskając obiema rękami kocyk, z Boomerem pod pachą, podążyłam za nią do samochodu.

Każdy zajął swoje miejsce: tata na siedzeniu kierowcy, mama jako pilot na siedzeniu pasażera i ja z tyłu.

Tata wycofał naszą niewielką hondę z podjazdu. Za szybami samochodu tańczyły unoszone na wietrze żółto-pomarańczowe bukowe liście. Przytknęłam palce do szyby, jakbym próbowała je złapać.

— Pomachaj sąsiadom — nakazał ojciec. — Udawaj, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego.

Wtedy po raz ostatni widzieliśmy otoczoną dębami ślepą uliczkę, przy której stał nasz dom.

Rodzina to system.

Pojechaliśmy do Tampy, bo — jak twierdził ojciec — mama zawsze chciała zobaczyć Florydę. Czyż po tylu zimach w Nowej Anglii nie byłoby wspaniale zamieszkać wśród palm i piaszczystych plaż?

Skoro mama wybrała lokalizację, tata wybrał nasze nowe imiona. Teraz nazywałam się Sally. Tata miał na imię Anthony, a mama Claire. Ale zabawa! Nowe miasto, nowe imię. To dopiero przygoda!

Na początku miewałam koszmary. Straszne, okropne sny, po których budziłam się z krzykiem: Widziałam coś! Widziałam coś!

— To tylko zły sen — uspokajał mnie tata, głaszcząc po plecach.

— Ale ja się boję!

— Ciiii. Jesteś jeszcze za mała, żeby wiedzieć, czym jest strach. Od tego są tatusiowie.

Nie mieszkaliśmy wśród palm i piaszczystych plaż. Rodzice nigdy o tym nie mówili, ale patrząc na to teraz, z perspektywy dorosłej osoby, wiem, że doktor matematyki, zwłaszcza pod przybranym nazwiskiem, nie mógł liczyć na posadę równie dobrą, jak ta, którą zostawił. Tata został więc taksówkarzem. Polubiłam jego nową pracę. On mógł większą część dnia spędzać w domu, a ja wracać codziennie ze szkoły osobistą taksówką.

Moja nowa szkoła była większa. Nauczyciele więcej wymagali. Pewnie nawiązałam jakieś przyjaźnie, ale z czasów, kiedy mieszkaliśmy na Florydzie, tak naprawdę niewiele pamiętam. Mam raczej ogólne niewyraźne wspomnienia miejsca i czasu, który upływał mi, jak każdemu pierwszoklasiście, na przyswajaniu szkolnych technik przetrwania. Czasu, kiedy nawet rodzice wydawali się być z innej planety.

Ojciec nic tylko snuł się po niewielkim mieszkaniu, nieustannie nas zamęczając.

— Co ty na to, Sally? A może byśmy udekorowali palmę na Boże Narodzenie? O tak, doskonała zabawa!

Mama nuciła sobie pod nosem zamyślona malując salon w koralowych odcieniach, chichotała, kupując strój kąpielowy w listopadzie, i wydawała się szczerze zaskoczona, ilekroć odkrywała kolejny przepis na przyrządzenie filetów z białej ryby.

Wydaje mi się, że rodzice byli szczęśliwi na Florydzie. A przynajmniej bardzo się starali. Mama urządziła nasze mieszkanie. Tata powrócił do dawnego hobby i znów rysował. W te wieczory, kiedy nie pracował, mama siadywała przy oknie, żeby mu pozować. Leżąc na kanapie, czerpałam prawdziwą przyjemność z obserwowania zręcznych dłoni ojca, które kilkoma zwinnymi pociągnięciami węgla drzewnego potrafiły uwiecznić zalotny uśmiech mamy.

Aż do dnia, w którym po przyjściu ze szkoły ujrzałam spakowane walizki i ponure miny rodziców. Tym razem nie musiałam pytać. Sama pomaszerowałam do swojego pokoju. Zabrałam Boomera. Chwyciłam kocyk. Wróciłam do samochodu i zajęłam miejsce z tyłu.

Jeszcze długo jechaliśmy w kompletnej ciszy.

Rodzina to system.

DZIŚ CIĘŻKO BY BYŁO zliczyć wszystkie miasta, w których mieszkaliśmy. I wszystkie nazwiska, które przybraliśmy. Moje dzieciństwo przypomina kolaż nowych twarzy, nowych miejsc i tych samych starych walizek. Przyjeżdżaliśmy na miejsce, szukaliśmy najtańszego lokum. Tata wychodził kolejnego dnia wcześnie rano i wracał, oznajmiając, że znalazł pracę jako kierownik w McDonaldzie, sprzedawca albo że zahaczył się w punkcie wywoływania zdjęć. Mama rozpakowywała nasz skromny dobytek. Mnie posyłali do kolejnej szkoły.

Przestałam być taką gadułą jak kiedyś. Mama też jakoś zmarkotniała.

Tylko tata był konsekwentnie, na przekór wszystkiemu, pogodny.

— Phoenix! Zawsze chciałem przekonać się, jak to jest mieszkać na pustyni. Cincinnati! Wreszcie miasto dla mnie. St. Louis! Wprost idealne miejsce dla naszej trójki!

Nie przypominam sobie, żebym miewała koszmary. Albo przestały mnie nawiedzać ot tak, albo zostały zepchnięte gdzieś na bok przez bieżące problemy, z którymi przyszło mi się borykać. Kiedy wracałam ze szkoły, mama coraz częściej leżała kompletnie zamroczona na kanapie. Musiałam przejść przyspieszony kurs gotowania, bo nie była już w stanie wstawać. Zaparzałam kawę i usiłowałam wmusić w nią choć odrobinę. Szperałam po jej torebce w poszukiwaniu portfela, żeby zrobić jakieś zakupy, zanim ojciec wróci z pracy.

Tak naprawdę po dziś dzień nie mam pewności, ale wolę wierzyć, że on musiał wiedzieć, że dla mnie i dla mamy każda zmiana nazwiska wiązała się z oddaniem kawałka samych siebie. I tak stawałyśmy się coraz bardziej małomówne, z dnia na dzień upodabniając się do eterycznych cieni, którym przyszło podążać za porywistym nurtem wyznaczanym przez ojca.

Zrobiła to, kiedy miałam czternaście lat. W Kansas City. Mieszkaliśmy tam dziewięć miesięcy. Tata awansował na dyrektora oddziału motoryzacyjnego Sears. Ja szykowałam się do pierwszej potańcówki.

Wróciłam do domu. Mama — wtedy nazywała się Stella — leżała na sofie twarzą w dół. Tym razem żadne szturchnięcia jej nie obudziły. Jak przez mgłę pamiętam bieg przez korytarz. Dobijanie się do drzwi sąsiadów.

— Moja mama, moja mama, moja mama! — krzyczałam. A biedna pani Torres, której nikt z nas nigdy nie uraczył uśmiechem ani kiwnięciem ręką, otwarła drzwi, popędziła korytarzem, by za chwilę ze łzami w oczach stwierdzić, że mama nie żyje.

Przyjechała policja. I karetka. Patrzyłam, jak wynoszą jej ciało i jak z kieszeni wyślizguje się pomarańczowa fiolka po tabletkach na receptę. Jeden z policjantów podniósł ją z podłogi. Popatrzył na mnie pełen współczucia.

— Czy powinniśmy kogoś zawiadomić?

— Tata będzie niedługo w domu.

Zostałam u pani Torres. Siedziałyśmy w jej salonie wśród unoszącego się zapachu papryki jalapeño i tamale. Podziwiałam jej krzykliwe kwieciste poduszki na zniszczonej brązowej kanapie i zasłony w jaskrawe pasy. Zastanawiałam się, jak by to było mieć znowu prawdziwy dom.

W końcu wrócił tata. Gorąco podziękował pani Torres i pospiesznie wyprowadził mnie z jej mieszkania.

— Rozumiesz, że nie możemy im nic powiedzieć? — powtarzał w kółko, dopóki nie znaleźliśmy się w naszym mieszkaniu. — Zdajesz sobie sprawę, że musimy być ostrożni. Nie możesz pisnąć ani słówka, Cindy. Ani słówka. Stąpamy po cienkim lodzie.

Kiedy wrócili policjanci, to on z nimi rozmawiał. Ja podgrzewałam w tym czasie rosół w naszej maleńkiej kuchni, bo choć nie byłam głodna, bardzo chciałam, żeby w naszym mieszkaniu zapachniało jak u pani Torres. Strasznie chciałam też, żeby była znów z nami mama.

Zastałam później ojca skulonego na kanapie, jak tulił postrzępiony różowy szlafrok mamy i nie mogąc się dłużej powstrzymać, szlochał, szlochał i szlochał.

Wtedy po raz pierwszy spał w moim łóżku. Wiem, co myślicie, ale zapewniam, że nie chodziło o żadną z tych rzeczy.

Rodzina to system.

NA WYDANIE CIAŁA mamy czekaliśmy trzy miesiące, gdyż śledczy domagali się przeprowadzenia sekcji zwłok. Nigdy nie dowiedziałam się, dlaczego. W końcu nam ją wydano. Towarzyszyliśmy jej w drodze z kostnicy do domu pogrzebowego. Ciało ułożono w pudle podpisanym obcym nazwiskiem i wsunięto do pieca.

Tata kupił wcześniej dwie małe fiolki na łańcuszku. Jedną dla siebie. Jedną dla mnie.

W ten sposób — wytłumaczył mi — mama zawsze miała być blisko naszych serc.

Leslie Ann Granger. Tak się naprawdę nazywała. Tata napełnił fiolki popiołem I zawiesiliśmy je sobie na szyi. Resztę rozrzuciliśmy na wietrze.

Po co kupować grobowiec, który tylko scementowałby kłamstwo?

Wróciliśmy do mieszkania i tym razem ojciec nie musiał nawet nic mówić, walizki spakowałam już trzy miesiące wcześniej. Nie musiałam się też już martwić o Boomera i kocyk. Włożyłam je do drewnianego pudła ze zwłokami mamy, aby razem z nią poszły do ognia.

Kiedy umiera ci matka, czas najwyższy wydorośleć.

WYBRAŁAM DLA SIEBIE imię Sienna, a dla taty Billy Bob, choć pozwoliłam mu używać skrótu B.B. Przewrócił tylko oczami i jakoś to przebolał. Skoro tym razem to ja wybrałam imiona, jemu pozostawiłam wybór miasta, a ponieważ zawsze chciał pojechać na zachodnie wybrzeże, udaliśmy się do Seattle.

Radziliśmy tam sobie całkiem nieźle, każde na swój sposób. Tata ponownie zatrudnił się w Spears i nawet nie ujawniając faktu, że kiedyś już dla nich pracował, piął się po szczeblach kariery, awansując na coraz to wyższe stanowiska. Mnie przyjęto do kolejnej przepełnionej, niedofinansowanej szkoły, gdzie zniknęłam w bezimiennym tłumie przeciętniaków.

Zaliczyłam też swój pierwszy bunt młodzieńczy: wstąpiłam do kościoła. Niewielki Kościół Kongregacjonalny miał siedzibę przecznicę dalej. Przechodziłam tamtędy codziennie w drodze do szkoły i z powrotem. Któregoś dnia z ciekawości wsunęłam głowę do środka. Kolejnego dnia usiadłam. Trzeciego dnia ucięłam sobie pogawędkę z wielebnym.

Bardzo chciałam wiedzieć, czy Bóg wpuści do nieba kogoś, kogo pochowano pod innym nazwiskiem.

Tego popołudnia długo z nim rozmawiałam. Miał okulary grubości denek od słoika, rzadkie siwe włosy i miły uśmiech. Kiedy wróciłam do domu, było już po szóstej, tata czekał na mnie, na stole zaś nie było żadnego jedzenia.

— Gdzie byłaś? — zapytał.

— Trochę się spóźniłam, bo...

— Nawet nie wiesz, jak się martwiłem.

— Nie zdążyłam na autobus. Zagadałam się z nauczycielką o pracy domowej. I... musiałam wracać na piechotę do domu. Nie chciałam cię niepokoić w pracy — paplałam bez ładu i składu. Policzki mi płonęły i sama słyszałam, że moje wykręty nie brzmią przekonująco.

Tata długo marszczył brwi.

— Zawsze możesz po mnie zadzwonić — powiedział nagle. — Tkwimy w tym razem, maleńka.

Zmierzwił mi włosy, a ja poczułam ogromną tęsknotę za mamą.

Przygotowując w kuchni zapiekankę z tuńczyka, odkryłam, że od kłamstwa, tak jak od każdej innej rzeczy, można się uzależnić. Wiedziałam już, że powiem ojcu, że zapisałam się do jakiejś grupy dyskusyjnej, a dzięki temu będę mogła spędzać popołudnia w kościele, słuchając prób chóru, rozmawiając z wielebnym i zwyczajnie chłonąc atmosferę tego miejsca.

Zawsze miałam długie włosy. Kiedy byłam mała, mama zaplatała mi je w warkocz. Jako nastolatka zaczęłam ich używać jako zasłony, pod którą starałam się ukryć jak największą część twarzy. Któregoś dnia doszłam jednak do wniosku, że nie ma sensu zasłaniać tego, co mam najładniejsze, wstąpiłam więc do fryzjera i ścięłam je.

Tata nie odzywał się do mnie przez tydzień.

Potem, siedząc w kościele i obserwując przewijających się tam ludzi, odkryłam, że moje za duże bluzy są bez wyrazu, a powypychane spodnie niedopasowane. Podobali mi się ludzie, których ubrania były w żywych kolorach. Podobał mi się sposób, w jaki ich twarze wzbudzały zainteresowanie i sprawiały, że każdy zwracał uwagę na ich uśmiech. Ci ludzie wyglądali na szczęśliwych. Normalnych. Kochających. Założę się, że kiedy ktoś pytał ich o imię, nie musieli się najpierw ładnych kilka sekund zastanawiać nad odpowiedzią.

Tak więc kupiłam nowe ciuchy. Niby na potrzeby grupy dyskusyjnej. Zaczęłam też spędzać każdy poniedziałkowy wieczór w jadłodajni dla bezdomnych — szkolny wymóg, wyjaśniłam ojcu. Każdy musiał odpracować pewną liczbę godzin na rzecz społeczności. Był tam taki jeden chłopak, też pracował jako wolontariusz. Szatyn. Brązowe oczy. Matt Fisher.

Matt zabrał mnie pewnego razu do kina, nie pamiętam już, co to był za film, ale pamiętam, jak poczułam jego rękę na swoim ramieniu, potem swój własny przyspieszony oddech i pocące się dłonie. Po kinie poszliśmy na lody. Padało, a on przytrzymywał swój płaszcz nad moją głową.

A potem, gdy stałam opatulona w jego skropiony wodą kolońską płaszcz, po raz pierwszy mnie pocałował.

Do domu wracałam jak na skrzydłach. Rękami obejmowałam się w talii, na twarzy miałam rozmarzony uśmiech.

Tata powitał mnie przy drzwiach wejściowych. Z głębi domu majaczyło pięć walizek.

— Wiem, co robiłaś — oznajmił.

— Ciiii — powiedziałam i przytknęłam palec do ust. — Ciii...

Tańcząc, minęłam osłupiałego ojca i udałam się do swojego małego pokoiku bez okien. I przez osiem godzin po prostu leżałam, pozwalając sobie na bycie szczęśliwą.

Do dzisiaj myślę czasem o Matcie Fisherze. Czy jest żonaty? Czy doczekał się trójki dorodnych dzieciaków? Czy czasem wspomina dziewczynę, którą raz pocałował i której nie spotkał już nigdy więcej.

Kiedy wstałam rano, ojca nie było. Wrócił koło południa z kolejnymi fałszywymi dokumentami.

— I nie chcę słyszeć żadnych narzekań na imiona — zaznaczył, widząc, jak krzywię się na widok danych Tanyi Nelson, córki Michaela. — I tak kosztowało mnie to dwa patyki.

— Ale to ty wybrałeś imiona.

— Tylko takie mogli mi zaoferować.

— Tak czy siak, to ty załatwiłeś imiona — upierałam się.

— W porządku, w porządku, niech będzie.

W obu rękach trzymał już walizki. Wyprostowałam się, ręce skrzyżowałam na piersi. Starałam się być stanowcza.

— Ty wybrałeś imiona, ja wybieram miasto.

— W porządku, jak tylko wsiądziemy do samochodu.

— Boston — oznajmiłam.

Zauważyłam jak lekko rozszerzyły mu się źrenice. Byłam niemal pewna, że walczy ze sobą, że bardzo chciałby się sprzeciwić. Ale zasady to zasady.

Rodzina to system.

KIEDY CAŁE ŻYCIE UCIEKASZ przed Czymś Strasznym, musisz się czasem zastanawiać, jak to będzie, kiedy To cię wreszcie dopadnie. Tata nigdy się o tym jednak nie przekonał.

Policja poinformowała mnie, że nieostrożnie zszedł odrobinę z krawężnika, czekając na przejściu dla pieszych. Pędząca taksówka nie dała mu szans. Zginął na miejscu. Jego ciało zostało odrzucone na 6 metrów, a latarnia, na której się zatrzymał, wygięła się od ogromnej siły uderzenia.

Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata. Wreszcie przebrnęłam przez z pozoru nieskończoną ścieżkę edukacyjną. Pracowałam w Starbucks. Dużo spacerowałam. Odkładałam pieniądze na maszynę do szycia. Założyłam własny interes: zajmowałam się dekoracją okien oraz projektowaniem ozdobnych poduszek.

Polubiłam Boston. Wróciłam do miasta swojego dzieciństwa i wcale nie paraliżował mnie strach. Wręcz przeciwnie. Czułam się całkiem bezpiecznie wśród ciągle przemieszczających się tłumów. Uwielbiałam przechadzać się po Public Garden, oglądać wystawy sklepowe na Newbury Street. Polubiłam nawet powroty jesieni, kiedy to w powietrzu czuło się zapach dębów, a noce stawały się rześkie i coraz chłodniejsze. Znalazłam niewyobrażalnie małe mieszkanko, w pobliżu Mike’s, tak by móc wpadać na ulubione cannoli, kiedy tylko miałam ochotę. Powiesiłam zasłony. Kupiłam psa. Nauczyłam się nawet przyrządzać tamale. Wieczorami, wyglądając przez zakratowane okno na piątym piętrze, obserwowałam anonimowych przechodniów, ściskając w ręku fiolkę z prochami mamy.

Powiedziałam sobie, że jestem już dorosła, że nie mam się czego bać. Przeszłością kierował mój ojciec. Ale przyszłość należała do mnie i nie zamierzałam jej spędzić na ucieczce. Nie przez przypadek wybrałam Boston i to tu chciałam zapuścić korzenie.

I nagle pewnego dnia wszystko wróciło. Spojrzałam na pierwszą stronę „Boston Herald”. Po dwudziestu pięciu latach obwieszczono światu, że nie żyję.

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 2

DZWONIŁ TELEFON.

Bobby przewrócił się na bok. Chwycił poduszkę. Przycisnął ją do ucha.

Telefon dzwonił.

Cisnął poduszkę w kąt. Naciągnął kołdrę.

Telefon dzwonił.

Jęk. Niechętnie uniósł jedną powiekę. 2.32 w nocy.

Cholerny świat... Wyciągnął rękę, wymacał słuchawkę i przyłożył ją do ucha.

— Czego?

— Przyjemniaczek jak zawsze....

— Bobby Dodge, detektyw policji Massachusetts — wymamrotał głośniej. — To mój drugi dzień. Nie mówcie mi, proszę, że wzywacie mnie w drugim dniu. Bez przesady!

Komórki mózgowe z opóźnieniem wracały do pracy.

— Poczekaj!

— Wiesz, jak dojechać do dawnego szpitala psychiatrycznego w Mattapan? — zapytała na drugim końcu linii detektyw D. D. Warren z bostońskiej policji.

— A czemu?

— Mamy tu miejsce zbrodni.

— Wy, czyli bostońska policja. Powodzenia. Ja wracam spać.

— Masz trzydzieści minut.

— D. D... — Bobby usiadł, teraz już zupełnie obudzony i w nastroju ani trochę żartobliwym. Niejedno razem przeszli ale 2.30 w nocy to 2.30 w nocy.

— Ty i twoi kumple chcecie podręczyć trochę nowicjusza, postawić się w jak najlepszym świetle. Jestem za stary na tego typu numery.

— Musisz to zobaczyć — stwierdziła krótko.

— Zobaczyć co?

— Trzydzieści minut, Bobby. Nie włączaj radia. Nie słuchaj żadnych komunikatów. Chcę, żebyś to zobaczył na świeżo.

Na chwilę przerwała. A potem cicho dodała:

— Bobby, przygotuj się, że tym razem będzie naprawdę paskudnie.

I rozłączyła się.

WYCIĄGANIE Z ŁÓŻKA w środku nocy nie było dla Bobby’ego Dodge’a niczym nadzwyczajnym. Prawie osiem lat służył jako snajper w Stanowym Wydziale do Zadań Specjalnych Policji w Massachusetts, gotowy na wezwanie 24 godziny na dobę i ganiany do pracy w większość weekendów i dni wolnych. Wtedy mu to nie przeszkadzało. Traktował to jak wyzwanie, czuł dumę, że jest członkiem tak elitarnej drużyny.

Ale dwa lata temu jego kariera stanęła pod znakiem zapytania. Bobby zastrzelił człowieka. Władze uznały oczywiście użycie broni za uzasadnione, ale od tej pory wszystko się zmieniło. Kiedy sześć miesięcy temu złożył rezygnację, nikt nie próbował odwieść go od tej decyzji. Ale od niedawna, odkąd pomyślnie zdał egzamin na detektywa, wszyscy się zgadzali, że to może być dla niego nowy początek.

I tak oto dwa dni temu znalazł się w wydziale zabójstw. Przydzielono mu kilka spraw, z których żadna nie była priorytetowa, i czekano, aż powinie mu się noga. Jeśli tylko udowodni, że nie jest skończonym idiotą, to może pozwolą mu poprowadzić śledztwo. A jeśli nie, to może będzie tym szczęśliwcem, którego wyrwą z łóżka w środku nocy do naprawdę wielkiej sprawy. Detektywi lubili żartować, że wszystkich zabójstw dokonuje się między 3.05 rano a 4.50 po południu. Tak aby musieli zaczynać pracę wcześnie rano, a kończyć późną nocą.

Telefony o północy stanowiły niezmienny element scenariusza. Z jednym wyjątkiem, były to telefony od współpracowników wydziału, a nie od detektywów z bostońskiej policji.

Bobby znów zmarszczył brwi, próbując to sobie jakoś wszystko poukładać. Z reguły bostońscy policjanci nie palili się do wpuszczania władz stanowych na swoje podwórko. Co więcej, gdyby naprawdę potrzebowali konsultacji, zwróciliby się do swojego przełożonego, który z kolei skontaktowałby się z przełożonym Bobby’ego i cała procedura odbyłaby się z odpowiednią dozą jawności i zaufania.

Ale D. D. zadzwoniła bezpośrednio do niego. Dlatego wciągając pospiesznie spodnie, usiłując naciągnąć koszulę z długim rękawem i ochlapując twarz strumieniami zimnej wody, coraz mocniej się upewniał, że D. D. nie potrzebowała pomocy policji stanowej, tylko potrzebowała jego pomocy.

I to wzbudziło jego niepokój.

Zatrzymał się jeszcze na chwilę przy oświetlonej jedynie nocną lampką garderobie. Znalazł odznakę, pager, swojego glocka 40 i niezastąpiony sprzęt każdego detektywa, minidyktafon Sony. Zerknął na zegarek.

D. D. chciała, żeby był na miejscu za pół godziny. Powinno mu się udać w dwadzieścia pięć minut. A to dawało mu dodatkowe pięć minut na wykombinowanie, co tak naprawdę jest grane.

Z MIESZKANIA BOBBY’EGO można się było dostać do Mattapan drogą I-93. Tylko w godzinach między 3 a 5 nad ranem nie przypominała ona wijącego się i stale pęczniejącego węża samochodów, Bobby miał więc niezły czas.

Zjechał na Granite Avenue, kierując się w lewo, w stronę Gallivan Boulevard, a następnie w Morton Street. Na światłach zatrzymał się obok starego chevroleta, którego dwóch czarnoskórych pasażerów wymownie spojrzało na jego forda crown victoria. Gapili się przez chwilę na niego z niezdradzającymi najmniejszych emocji minami. Bobby odpowiedział im radosnym kiwnięciem ręki. Gdy tylko zapaliło się zielone światło, ruszyli z piskiem opon, oddalając się z minami pełnymi pogardy.

To tyle, jeśli chodzi o współpracę policji ze społecznością lokalną.

Ciągi sklepów zmieniły się teraz w budynki mieszkalne. Bobby minął boczne uliczki, przy których tłoczyły się rzędy trzypiętrowych domów, a każdy kolejny był bardziej zaniedbany i zniszczony od poprzedniego. Dużą część Bostonu odnowiono w ciągu ostatnich lat, nad wodą wybudowano nowoczesne budynki mieszkalne. Nieczynne nabrzeża przekształcono w centra konferencyjne. Całe miasto poddano strategicznym i kosmetycznym przeróbkom na potrzeby wielkiej przebudowy tranzytowego układu komunikacyjnego.

Niektóre dzielnice wiele na tym zyskały. Mattapan najwidoczniej się do nich nie zaliczał.

Kolejne światła. Bobby zwolnił i zerknął na zegarek. Zostało mu osiem minut. Skręcił w lewo i postanowił objechać cmentarz Mt. Hope. Ten manewr pozwolił mu obserwować przez boczną szybę powoli wyłaniającą się zapomnianą ziemię, na której znajdowały się pozostałości Państwowego Szpitala Psychiatrycznego. Te sto siedemdziesiąt akrów bujnie zalesionego terenu w samym środku metropolii stanowiło smakowity kąsek dla licznych inwestorów budowlanych. W miejscu, które przez długi czas dawało schronienie obłąkanym i szaleńcom, do dziś pozostało coś upiornego.

Na szczycie wzgórza stały dwa rozpadające się budynki, mrugając do przechodniów roztrzaskanymi szybami swoich okien. Olbrzymie przerośnięte dęby i buki zdawały się sięgać nocnego nieba, a ich nagie konary przypominały zdeformowane ludzkie dłonie.

Podobno szpital zbudowano w środku lasu, aby zapewnić pacjentom „pogodne” otoczenie. Po kilkadziesięciu latach przepełnienia oddziałów, przerażających krzyków w środku nocy i dwóch brutalnych morderstw okoliczni mieszkańcy ciągle opowiadali historie o światłach wydobywających się czasem z ruin, o upiornych jękach, które zdawały się dochodzić z piętrzących się zwałów cegieł, i o niewyraźnych sylwetkach przemykających niczym cienie w gęstwinie drzew.

Na razie żadna z tych historii nie odstraszyła potencjalnych deweloperów. Towarzystwo Przyrodnicze Aubudon przejęło część terenu, przemieniając go w rezerwat przyrody. Rozpoczęto już przygotowania do olbrzymiej inwestycji, jaką była budowa nowoczesnych laboratoriów Uniwersytetu Massachusetts, ale cała dzielnica huczała od plotek, że mają tam być budynki komunalne albo nowy gmach szkoły.

Postęp wdzierał się wszędzie. Nawet do nawiedzonych szpitali psychiatrycznych.

Bobby dojechał do odległego końca cmentarza i wreszcie wypatrzył ekipę policyjną. W lewym rogu po szkieletach buków wtapiających się w gęstą, bezgwiezdną noc ślizgały się ostre strumienie światła. W miarę przybywania radiowozów świateł było coraz więcej, małe niebieskie i czerwone punkciki tańczyły po konarach drzew. Chciał jeszcze stąd spojrzeć na sylwetkę dawnego szpitala, niewielką trzypiętrową ruinę, ale radiowozy skręcały, kierując się w głąb lasu.

D. D. nie kłamała. Bostońska policja miała tu miejsce zbrodni, a patrząc na rozmiary akcji, nie była to pierwsza lepsza zbrodnia. Bobby przerwał okrążanie cmentarza. Została mu minuta, wjechał w zionącą ciemnością bramę i ruszył w stronę ruin na szczycie.

JUŻ PO CHWILI natknął się na stojącego na straży policjanta w pomarańczowej kamizelce odblaskowej, uzbrojonego w potężną latarkę. Wyglądał jak wyrośnięty dzieciak. Niemniej jednak, dokładnie przyglądając się odznace Bobby’ego, popatrzył na niego spode łba, starając się przybrać groźną minę. Kiedy zorientował się, że Bobby jest z policji stanowej, odchrząknął podejrzliwie.

— Jest pan pewien, że to właściwy adres? — zapytał.

— Nie mam pojęcia. Tak sobie wstukałem adres w GPS i oto gdzie mnie przywiało.

Gołowąs tępo się w niego wpatrywał. Bobby westchnął:

— Osobiście zaprosiła mnie detektyw Warren. Jeśli masz jakiś problem, załatwiaj to sobie z nią.

— Chodzi panu o sierżant Warren?

— Sierżant. No proszę, proszę.

Gołowąs oddał Bobby’emu odznakę, a ten skierował się w stronę wzgórza.

Pierwszy opuszczony budynek ukazał się po lewej stronie, każda z drobnych szyb migotała odbijającym się światłem reflektorów jego samochodu. Ceglany szkielet zapadł się, drzwi wejściowe były zamknięte na kłódkę, między dachem a resztą budynku widać było ogromne szpary.

Bobby skręcił w prawo, minąwszy kolejny budynek w jeszcze bardziej opłakanym stanie niż poprzedni. Dalej na poboczu stały ciasno zaparkowane samochody, jeden za drugim, niemal stykając się zderzakami. Radiowozy, furgonetki koronera i techników walczyły o przestrzeń.

Światła reflektorów wciąż było widać z oddali. Odległa łuna tonęła w spowitym w ciemności lesie. Bobby słyszał dochodzący z furgonetki techników szum generatora, ściągniętego do oświetlenia miejsca zbrodni. Wszystko wskazywało na to, że czeka go piesza wędrówka.

Zaparkował na zarośniętym polu obok trzech radiowozów. Chwycił latarkę, papier, długopis, a po chwili zastanowienia również ciepłą kurtkę.

Listopadowa noc była chłodna, kilka stopni na plusie, i spowita rzadką mgłą. W pobliżu nie było nikogo, ale światło latarki wystarczało, żeby podążać ścieżką wydeptaną przez śledczych, którzy przybyli tu przed nim. Jego buty przy każdym kroku powodowały głośne szuranie.

W dalszym ciągu słyszał szum generatora, ale nie docierały do niego jeszcze żadne głosy. Schylił się, przedzierając się przez krzaki. Nim na powrót się wyprostował, ziemia pod stopami zaczęła się robić grząska. Mijając niewielką polanę, zauważył stertę odpadów — gnijące drewno, cegły, plastikowe wiadra. Nielegalny wywóz śmieci był w tym rejonie problemem od lat, ale dotyczył zazwyczaj terenów w pobliżu ogrodzenia. Nikt by się raczej nie zapuścił tak głęboko. Musiały to być śmieci jeszcze z czasów szpitala, albo może pozostałości po którymś z projektów budowlanych. Przy słabym świetle latarki nie dało się określić, jak długo tu leżały. Szum stawał się coraz głośniejszy, stopniowo przechodząc w głuche wycie. Bobby wtulił głowę w kołnierz kurtki, starając się osłonić uszy. Mając za sobą dziesięcioletni staż, widział już niejedno miejsce zbrodni. Doskonale znał te odgłosy, ten zapach.

Ale tym razem był na miejscu zbrodni w roli detektywa. I może dlatego wszystko wydawało się odrobinę inne. Minął jeszcze kilka drzew i nagle się zatrzymał.

Ludzie. Wszędzie. Większość w garniturach, około piętnastu, może osiemnastu detektywów, do tego tuzin mundurowych i siwiejący dostojni mężczyźni ubrani w grube wełniane płaszcze. Wyżsi rangą oficerowie, Bobby kojarzył ich z okolicznościowych imprez pożegnalnych, które organizowano odchodzącym na emeryturę szychom. Dojrzał też policyjnego fotografa i w końcu zauważył samotnie stojącą kobietę — jeśli go pamięć nie myliła, asystentkę prokuratora okręgowego.

Mnóstwo ludzi, zważywszy na fakt, że według dawno wprowadzonych w życie przepisów, każda z osób, która wkraczała na teren miejsca zbrodni, była zobowiązana złożyć pisemny raport.

To zazwyczaj wystarczało, aby odstraszyć niższych rangą policjantów, a co ważniejsze — żeby odstraszyć grube ryby.

Ale dziś byli tu wszyscy, przemieszczali się w niewielkich grupkach w świetle policyjnych reflektorów, przytupując, aby się trochę rozgrzać. Strefa zero musiała się znajdować przy końcu polany, gdyż nad tą częścią rozciągnięto niebieski dach płócienny. Stąd jednak Bobby w dalszym ciągu nie mógł dojrzeć niczego, co by sugerowało, że jest to miejsce zbrodni, nawet pod osłoną brezentu.

W zasięgu wzroku miał jedynie polanę, rozciągający się nad jej częścią namiot i mnóstwo bardzo cichych śledczych.

To wystarczyło, by ciarki przebiegały po plecach.

Z lewej strony doszedł go szelest. Odwrócił się i ujrzał dwoje ludzi nadchodzących drugą ścieżką. Na przedzie szła kobieta w kombinezonie ochronnym, tuż za nią młody mężczyzna, jej asystent. Bobby od razu ją poznał. Christie Callaham z biura okręgowego koronera. Callahan pełniła funkcję antropologa sądowego.

O cholera.

Znowu jakiś ruch. Nagle spod niebieskiego zadaszenia wyłoniła się D. D. Spojrzenie Bobby’ego omiotło jej bladą twarz o regularnych rysach i kombinezon ochronny, a następnie powędrowało w stronę nieprzeniknionych ciemności, z których się wyłoniła.

— O cholera — mruknął raz jeszcze, ale było już za późno.

D. D. już zmierzała w jego kierunku.

— Dzięki, że przyjechałeś — powiedziała.

Stali tak przez chwilę, nie bardzo wiedząc, czy uścisnąć sobie dłonie na przywitanie, czy może cmoknąć się w policzki. W końcu D. D. dała mu wyraźny sygnał, splatając z tyłu ręce. Ostatecznie byli tu służbowo.

— Nie wystawiłbym do wiatru sierżanta — powiedział Bobby, kładąc nacisk na słowo „sierżant”.

D. D. lekko się uśmiechnęła na dźwięk swojego nowego stopnia, ale powstrzymała się od komentarza. To nie był ani odpowiedni czas, ani miejsce.

— Fotograf zrobił już pierwsze zdjęcia — powiedziała szybko. — Czekamy, aż uwinie się operator kamery i będziesz mógł zejść.

— Zejść?

— Miejsce zbrodni znajduje się w podziemiach, zejście osłania daszek. Nie martw się, jest tam drabinka. Zresztą nietrudno tam się dostać.

Bobby trawił przez chwilę te informacje.

— Jak duże są te podziemia?

— Pomieszczenie ma jakieś metr osiemdziesiąt na trzy metry. Tak mi się wydaje. Pilnujemy, żeby nie przebywały tam więcej niż trzy osoby jednocześnie, bo wtedy ciężko się poruszać.

— Kto to odkrył?

— Dzieciaki. Zeszłej nocy. Pewnie urządzili sobie popijawę albo oddawali się innym przyjemnościom. Wydawało im się, że to świetna meta, dlatego wrócili tu dzisiejszej nocy. Już więcej tego nie zrobią.

— Są ciągle gdzieś w pobliżu?

— Nie, ekipa medyczna podała im środki uspokajające i zabrała ich. Tak będzie lepiej. Dla nas i tak są bezużyteczni.

— Mnóstwo tu detektywów.

— Owszem.

— Kto dowodzi?

Jej podbródek uniósł się nieznacznie do góry.

— Padło na mnie.

— Przykro mi, D. D.

Wykrzywiła usta. Teraz, kiedy stali tylko we dwoje, jej przygnębienie stało się bardziej widoczne.

— Tak, szkoda gadać.

Usłyszeli za sobą chrząknięcie.

— Pani sierżant?

Z namiotu wyłonił się operator kamery i czekał na dalsze wskazówki.

— Będziemy filmować poklatkowo — powiedziała D. D. do operatora, wracając do zgromadzonych mas. — Mniej więcej co godzinę, żeby mieć wszystko na bieżąco. Napij się gorącej kawy, jeśli masz ochotę, jest w furgonetce. Ale nie oddalaj się, Gino, tak na wszelki wypadek.

Operator skinął głową i udał się do furgonetki, gdzie na pełnych obrotach pracował generator.

— W porządku, Bobby. Idziemy.

Ruszyła, nie upewniając się, czy Bobby podąża za nią.

Pod daszkiem Bobby znalazł kombinezon i buty ochronne oraz specjalną siatkę na włosy. Włożył kombinezon, a D. D. wymieniła ubłocone obuwie ochronne na nowe. Obok leżały też maski z wyciętymi otworami na oczy i usta, ale skoro D. D. je zignorowała, Bobby postanowił zrobić tak samo.

— Pójdę pierwsza — powiedziała D. D. — Krzyknę „droga wolna”, kiedy dotrę na sam dół. Wtedy ty zaczniesz schodzić.

Wskazała w głąb. Z niewielkiego otworu, o wymiarach mniej więcej sześćdziesiąt na sześćdziesiąt centymetrów, sączyło się światło. Wystawał z niego koniec metalowej drabinki. Bobby miał dziwne uczucie déjà vu, jakby gdzieś już to widział, ale nie umiał dokładnie określić, gdzie.

A wtedy nagle dotarło do niego. Wiedział, czemu D. D. po niego zadzwoniła. I wiedział już, co zobaczy na dole.

D. D. delikatnie dotknęła dłonią jego ramienia, przeszedł go dreszcz, a ona natychmiast cofnęła rękę. Jej niebieskie oczy patrzyły posępnie, a na tle bladej twarzy wydawały się nienaturalnie duże.

— No to widzimy się za chwilę — powiedziała cicho.

Ruszyła w dół drabinki i zniknęła.

Dwie sekundy później usłyszał jej głos:

— Droga wolna.

Bobby zszedł w otchłań.

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 3

W ŚRODKU BYŁO DOŚĆ JASNO. W rogu ustawiono reflektory, z sufitu zwisały dodatkowo przenośne świetlówki. Ekipa techniczna potrzebowała dużo światła do zebrania próbek.

Bobby starał się skupić wzrok tylko na tym, co miał tuż przed sobą, oddychając płytko przez usta i ogarniając pomieszczenie wzrokiem stopniowo, kawałek po kawałku.

Było wysokie przynajmniej na metr osiemdziesiąt. Spokojnie mógł się wyprostować, nie dotykając głową sufitu. Wystarczająco szerokie, by stanęły w nim ramię w ramię trzy osoby, i długie co najmniej na trzy i pół metra. Od razu uznał, że nie jest to żaden lej kresowy, lecz pomieszczenie wykonane celowo i z mozołem.

Było chłodno, ale nie zimno. Przypomniały mu się jaskinie, które zwiedzał w Virginii. Panowała w nich stała temperatura, około dwunastu stopni, więc człowiek czuł się, jakby wchodził do lodówki.

Zapach nie był tak nieznośny, jak się spodziewał. Ziemisty, z odrobiną odoru rozkładu. Cokolwiek się tu wydarzyło, już dawno było po wszystkim, stąd obecność antropologa sądowego.

Dłonią w rękawiczce dotknął ziemnej ściany. Była mocno ubita i nierówna, ale nie aż tak, żeby można ją było wykopać łopatą. Zresztą tak dużego pomieszczenia i tak pewnie nie dałoby się wykopać łopatą. Podejrzewał, że jaskinię najpierw wykopano koparką. Może był to jakiś przepust, który następnie pomysłowo dostosowano do innych celów.

Przesunął się do przodu o jakieś pół metra, podchodząc do pierwszej belki nośnej, wykonanej ze starego, rozłupującego się bala. Tworzyła część prymitywnej konstrukcji przyporowej. Kolejna przypora znajdowała się mniej więcej w odległości około metra.

Palcami dotknął sufitu. Tylko sklejka, żadnej ziemi.

D. D. zauważyła jego ruch.

— Cały sufit jest z drewna — powiedziała. — Na zewnątrz przykrywają go śmieci i gruz, z wyjątkiem wyjścia, przykrytego drewnianą płytą, którą można było podnosić i opuszczać. Kiedy tu dotarliśmy, myśleliśmy, że to po prostu kupa gruzu na środku zarośniętego pola. W życiu bym nie wpadła... Nie przyszłoby mi do głowy... — westchnęła, spojrzała w dół i chyba próbowała się z tego otrząsnąć.

Bobby tylko przytaknął. W pomieszczeniu panował jako taki porządek, urządzono je raczej spartańsko. Stare plastikowe dwudziestolitrowe wiadro stojące obok drabiny (napisy na nim wyblakły ze starości, pozostały po nich ledwie widoczne ślady); składane metalowe krzesło nadgryzione rdzą, oparte o ścianę po lewej, i metalowy regał na całej długości ściany w głębi, zasłonięty ledwo trzymającymi się bambusowymi roletami.

— Jaka tu była drabina? — zapytał.

— Łańcuchowa — opowiedziała D. D. — Już ją zapakowaliśmy jako dowód rzeczowy.

— Mówiłaś, że wejście było przykrywane płytą ze sklejki? Znaleźliście jakie dobre patyki?

— Jeden długości mniej więcej metra, grubości czterech centymetrów. Ze zdartą korą. Można uznać, że używano go do podpierania pokrywy.

— A półki? — Zrobił krok w ich kierunku.

— Jeszcze nie — ostro podniosła głos.

Zaskoczony wzruszył jedynie ramionami, obracając się w jej stronę. W końcu to ona tu dowodzi.

— Nie widzę zbyt wiele tabliczek dowodowych — powiedział w końcu.

— To dlatego, że jest tu tak czysto. Jakby to miejsce zostało zamknięte. Używał go, mogę się założyć, dosyć krótko, a potem pewnego dnia po prostu się wyniósł.

Bobby przyglądał jej się wyczekująco, ale nie rozwinęła myśli.

— Wygląda na dosyć stare — stwierdził.

— Porzucone — uściśliła.

— Wiesz już kiedy?

— Nic potwierdzonego. Musimy poczekać na raport Christie.

Znów czekał, aż powie coś jeszcze, ale i tym razem nie podała żadnych dodatkowych informacji.

— No dobra — powiedział po chwili — wygląda mi to na jego robotę. Ale my znamy szczegóły z drugiej ręki. Skontaktowałaś się już z detektywami, którzy byli na tamtym miejscu zbrodni?

Pokręciła głową.

— Jestem tu od północy. Nie miałam kiedy zerknąć do tamtych akt. To było tak dawno temu. Detektywi, którzy nad tym pracowali, są już pewnie na emeryturach.

— Osiemnasty listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku — powiedział cicho Bobby.

D. D. zacisnęła usta.

— Wiedziałam, że będziesz pamiętał — uśmiechnęła się smutno. Wyprostowała ramiona.

— Coś jeszcze?

— Dół był mniejszy, metr dwadzieścia na metr osiemdziesiąt. Nie przypominam sobie, żeby w raporcie z oględzin miejsca zbrodni była jakaś wzmianka o belkach nośnych. Myślę, że spokojnie możemy stwierdzić, ta kryjówka jest bardziej wyszukana. Boże, co innego przeczytać o tym w raporcie, a co innego zobaczyć to na własne oczy. Boże.

Raz jeszcze dotknął ściany, czując pod palcami ubitą ziemię. Dwunastoletnia Catherine Gagnon spędziła w takim więzieniu prawie miesiąc. Żyła w nieprzeniknionych ciemnościach, straciwszy zupełnie poczucie czasu. Jej wegetację przerywały jedynie wizyty oprawcy, Richarda Umbrio, który uczynił z niej swoją seksniewolnicę. Na krótko przed Świętem Dziękczynienia znaleźli ją myśliwi, którzy zaczęli stukać w płytę zakrywającą otwór i usłyszeli wydobywające się z głębi ciche łkanie. Caherine uratowano, a Umbrio wylądował w więzieniu.

Na tym historia powinna się zakończyć, ale się nie zakończyła.

— Nie pamiętam, żeby podczas procesu Umbria była mowa o jakichś innych ofiarach — mówiła teraz D. D.

— Nie było.

— To nie znaczy, że to był jego pierwszy raz.

— Nie znaczy.

Mogła być jego siódmą ofiarą, ósmą, dziewiątą, dziesiątą. Nie należał do gadatliwych, więc wszystko możliwe.

— Zgadzam się. Wszystko możliwe. — Zrozumiał, co D. D. miała na myśli. „Przecież nie mogli go zapytać”. Umbrio nie żył od dwóch lat, zastrzelony przez Catherine Gagnon, w okolicznościach, które zwiastowały też koniec kariery Bobby’ego. Zabawne, jak niektóre zbrodnie powracają echem nawet wiele lat później.

Bobby ponownie spojrzał na zasłonięte półki, których widoku D. D. konsekwentnie unikała. Nie zadzwoniła po niego o drugiej w nocy, żeby mu pokazać podziemną kryjówkę. Bostońska policja nie postawiła w stan gotowości całego oddziału z powodu jakiejś pustej jamy.

— D. D.? — zapytał cicho.

W końcu skinęła głową.

— Możesz równie dobrze sam to zobaczyć. To są te, Bobby, których nie zdołano uratować. Te, które na zawsze zostały w tych ciemnościach.

Bobby bardzo delikatnie obchodził się z roletami. Wyglądały na bardzo stare i prawie rozlatywały mu się w dłoniach. Niektóre pędy plecionego bambusa rozszczepiały się na cieńsze, zahaczając o sznurek, co utrudniało podciągnięcie ich w górę. Zapach przybierał na sile. Słodki, niemal cierpki. Choć bardzo starał się nad sobą panować, ręce mu drżały, a serce łomotało w piersiach.

Zdystansuj się. Nie myśl o tym, gdzie jesteś ani co robisz. Skup się tylko na tym, żeby zrobić to dobrze.

Zwinął pierwszą z rolet. Potem drugą.

Uratowało go kompletne niezrozumienie.

Worki. Niebieskie plastikowe worki na śmieci. Sześć worków. Trzy na górnej półce, trzy na dolnej, jeden przy drugim, zawiązane starannie u wylotu.

Worki. Sześć worków. Przezroczysta folia.

Zatoczył się w tył.

Brakowało mu słów. Zdawał sobie sprawę, że ma otwarte usta, ale nie potrafił wydobyć z nich żadnego dźwięku. Po prostu patrzył. Patrzył i patrzył, bo nie mógł uwierzyć, że to, co ma przed oczami, rzeczywiście istnieje. Jego umysł w kółko rejestrował obraz, a następnie odrzucał go. Przecież on nie mógł... To nie mogły być....

Uderzył plecami o drabinę. Chwycił zimny metalowy szczebel i ścisnął tak mocno, by ostre krawędzie wbiły mu się w dłonie. Skupił się na tym odczuciu, na przeszywającym ostrym bólu. Uchwycił się go niczym ostatniej deski ratunku. Tylko w ten sposób mógł powstrzymać się od krzyku.

D. D. wskazała palcem na sufit, w miejsce, z którego zwisały świetlówki.

— To nie my przytwierdziliśmy tamte dwa haki — powiedziała cicho. — One już tu były. Nie znaleźliśmy żadnych latarni, więc zakładam, że...

— Wiem — przerwał jej szybko Bobby, wciąż oddychając przez usta.

— No i krzesło, rzecz jasna.

— Jasne. Pierdolone krzesło.

— To jedna z metod mumifikacji, zwana mokrą — wyjaśniła D. D. drżącym głosem, z trudem nad nim panując. — Tak twierdzi Christie. Wiązał ciała, wkładał je w worki na śmieci, górę związywał. Kiedy zaczynał się proces rozkładu... płyny nie miały żadnego ujścia. Zasadniczo, ciała kisiły się we własnych płynach.

— Skurwysyn.

— Nienawidzę swojej pracy, Bobby — wyszeptała D. D.

— O Boże, nigdy nie chciałam oglądać takich rzeczy.

Zasłoniła usta dłonią. Przez moment wydawało mu się, że D. D. za chwilę się rozklei, ale ona zebrała się w sobie. Odwróciła się jednak od półek. Nawet dla doświadczonego policjanta niektóre sprawy są zbyt dużym wyzwaniem.

— Musimy wracać na górę — stwierdziła D. D. krótko.

— Christie już tam pewnie czeka. Musi zabrać worki z ciałami.

— Dobra — odpowiedział, ale nie zrobił ani kroku w kierunku drabiny. Podszedł natomiast z powrotem do półek, rejestrując obraz, który jego mózg nieustannie odrzucał, a który miał zostać w jego pamięci już zawsze.

Ciała z czasem przybrały kolor mahoniowy. Nie wyglądały jak wysuszone łupiny, które widywał na wystawach mumii egipskich. Wyglądały solidnie, jak wykonane z wyprawionej skóry, każda rysa twarzy była doskonale rozpoznawalna. Bobby widział nieprawdopodobnie chude ramiona obejmujące lekko zaokrąglone nogi. Widział po dziesięć palców zaciśniętych wokół kostek. Rozpoznawał rysy twarzy kolejnych ofiar, zapadnięte policzki i oparte o kolana wystające kości podbródka. Ich oczy były zamknięte. Usta zasznurowane. Włosy zmierzwione, w długich, prostych pasmach opadające na ramiona.

Wszystkie były drobne. Wszystkie były nagie. Wszystkie płci żeńskiej. Dzieci, po prostu dzieci, skulone wewnątrz przezroczystych worków na śmieci, z których nigdy nie było im dane się uwolnić.

Teraz już wiedział, czemu wszyscy na górze zachowywali się tak cicho.

Wyciągnął dłoń w stronę jednego z worków i dotknął go delikatnie. Sam nie wiedział, po co. Nic już nie mógł powiedzieć, nic zrobić.

Dotknął cienkiego metalowego łańcuszka. Wyszarpnął go ze ściśniętego wylotu foliowego worka i zobaczył niewielki srebrny medalion. Widniał na nim napis Annabelle M. Granger.

— Przywieszał im identyfiktory? — spytał i zaklął siarczyście.

— Bardziej mi to wygląda na trofea. — D. D. stanęła za nim. Sięgnęła za drugi worek i ostrożnie wyciagnęła maleńkiego, zniszczonego niedźwiadka wiszącego na sznurku. — Wydaje mi się... Cholera, nie wiem, ale do każdej z toreb jest coś przyczepione. Coś, co miało dla niego jakieś znaczenie. Albo coś, co miało jakieś znaczenie dla dziewczynek.

— O Boże.

Poczuł dłoń D. D. na ramieniu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak mocno miał zaciśniętą szczękę.

— Musimy wracać na górę, Bobby.

— Tak...

— Christie musi dokończyć swoją robotę.

— Wiem..

— Bobby...

Gwałtownie cofnął dłoń. Popatrzył na nie po raz ostatni, czując potrzebę, wręcz obowiązek uwiecznienia ich w swojej pamięci. Tak jakby świadomość, że nie zostaną zapomniane, mogła im przynieść jakieś pocieszenie. Tak jakby miało to jakieś znaczenie, że nie są już same w tych ciemnościach.

Skierował się w stronę drabinki. Gardło go paliło. Nie mógł mówić.

Wziął trzy głębokie wdechy i wydostał się przez otwór pod niebieskim daszkiem.

Znalazł się na powrót w ciemnościach chłodnej mglistej nocy. Na powrót w świetle reflektorów, wśród hałasu helikopterów łowców sensacji, którzy już zdążyli zwąchać dobry temat.

BOBBY NIE WRÓCIŁ DO DOMU. Nie potrafił. Przyjechał na prośbę D. D. Potwierdził to, co podejrzewała. Nikt nie miałby mu za złe, gdyby opuścił już to miejsce.

Nalał sobie kubek gorącej kawy w furgonetce ekipy technicznej. Postał chwilę, opierając się o bok samochodu, otulony szumem wyjącego generatora. Kawy nawet nie wypił, bawił się tylko kubkiem, obracając go w drżących palcach.

Zrobiła się godzina szósta, słońce zaczęło wstawać nad horyzontem. Christie i jej asystent wynieśli ciała, teraz w czarnych workach. Na noszach mieściły się po trzy, trzeba więc było odbyć dwa kursy do karetki. Ta miała najpierw pojechać do policyjnego laboratorium, żeby zdjąć odciski palców z worków na śmieci. Następnie miała przewieźć szczątki do Biura Głównego Koronera, gdzie można będzie zrobić sekcję.

Po odjeździe Christie rozjechała się też większość detektywów. W takich miejscach zbrodni działał głównie antropolog sądowy, skoro ona nie miała tu już nic do roboty, oni tym bardziej.

Bobby wylał swoją zimną już kawę, a kubek wyrzucił do śmieci.

Czekał na siedzeniu pasażera w samochodzie D. D., kiedy ona sama w końcu wyłoniła się spomiędzy drzew. A potem, ponieważ kiedyś łączyła ich miłość, a potem przyjaźń, przytulił jej głowę do swojego ramienia i pozwolił jej się wypłakać.

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 4

MÓJ TATA UWIELBIAŁ POWIEDZONKA. „Przypadek sprzyja przygotowanym” należało do jego ulubionych. Gotowość, zdaniem mojego taty, znaczyła wszystko. I zaczął mnie przygotowywać w chwili, kiedy uciekliśmy z Massachusetts.

Lekcje rozpoczął od prostych zakazów i nakazów dla siedmiolatki. Nigdy nie przyjmować słodyczy od obcych. Nigdy z nikim nie wychodzić ze szkoły, nawet ze znajomą osobą, chyba że ta będzie znała wcześniej ustalone hasło. Nie podchodzić do jadących w moim kierunku samochodów. Jeśli kierowca zapyta o drogę, odesłać go do dorosłej osoby. Jeśli będzie szukał zgubionego psa, odesłać go na posterunek policji.

A jeśli w środku nocy pojawi się w moim pokoju ktoś obcy? Krzyczeć, wrzeszczeć, walić w ściany. Tata tłumaczył mi, że czasem ciężko wystraszonemu dziecku wydobyć z siebie głos, wówczas kazał kopać w meble, zrzucić na ziemię lampkę nocną, stłuc jakieś drobne przedmioty, zagwizdać w czerwony gwizdek, który dostałam na wypadek sytuacji awaryjnych, zrobić cokolwiek, byle narobić jak najwięcej hałasu. Obiecywał, że nawet jak przewrócę cały dom do góry nogami, ani on, ani mama nigdy nie będą się na mnie złościć.

Walcz, mówił tata. Kop w rzepkę kolanową, wbijaj palce w oczy, gryź w gardło. Walcz, walcz, walcz.

Z wiekiem wtajemniczał mnie w bardziej wyszukane metody. Lekcje karate dla wyrobienia zręczności. Treningi biegania, aby poprawić prędkość. Cały wachlarz wskazówek i dobrych rad. Nauczyłam się zawsze zamykać drzwi wejściowe, nawet w środku dnia. Jeśli usłyszałam pukanie, najpierw spoglądałam przez judasza i nigdy nie wpuszczałam obcych.

Mówił też, żeby głowę trzymać wysoko podniesioną i chodzić pewnym krokiem. Nie unikać kontaktu wzrokowego z przechodniami, ale też nie przedłużać go. To miało wystarczyć, żebym sprawiała wrażenie osoby, która czuje się pewnie w swoim otoczeniu, ale nie ściąga na siebie niepotrzebnej uwagi. Jeśli kiedykolwiek poczułabym się nieswojo, miałam dołączyć do najbliższej grupy ludzi i trzymać się blisko nich.

Gdyby ktoś zaatakował mnie w toalecie, miałam krzyknąć „pożar”, ludzie szybciej reagują na zagrożenie ogniem aniżeli na wołanie o pomoc gwałconych. W awaryjnych sytuacjach w centrum handlowym miałam podejść do pierwszej lepszej kobiety. Kobiety reagują chętniej, mężczyźni angażują się z oporami. A gdyby ktoś celował do mnie z broni, miałam uciekać. Nawet najlepiej wyszkolonemu snajperowi dużo trudniej trafić w ruchomy cel.

Wychodząc z domu czy z pracy, zawsze trzymaj kluczyki od samochodu w taki sposób, aby choć jeden wystawał z zaciśniętych palców niczym improwizowany nóż. Nie otwieraj drzwi, jeśli stoi za tobą nieznajomy. Nie wsiadaj do środka, dopóki nie sprawdzisz tylnych siedzeń. Zawsze zamykaj drzwi od środka, a jeśli ci duszno, uchyl okno na centymetr.

Tata nie miał zaufania do broni, wyczytał gdzieś, że kobiety bardzo łatwo dają ją sobie odebrać, a w efekcie jest użyta przeciwko nim. Dlatego dopóki nie skończyłam czternastu lat, nosiłam zawsze na wypadek awaryjnej sytuacji gaz łzawiący i zawieszony na szyi gwizdek.

Wtedy jednak podczas szkolnego sparringu znokautowałam przeciwnika. Zrezygnowałam z karate na rzecz kickboxingu i okazało się, że byłam w tym naprawdę niezła. Tłum na widowni był przerażony. Matka chłopaka, któremu spuściłam lanie, nazwała mnie potworem.

Tata zabrał mnie na lody i pochwalił, że świetnie się spisałam.

— Nie myśl, że toleruję przemoc. Ale jeśli kiedykolwiek coś ci będzie zagrażać, Cindy, nie wahaj się. Jesteś silna, jesteś szybka, masz instynkt wojownika. Najpierw atakuj, potem zadawaj pytania. Musisz być przygotowana na każdą ewentualność.

Tata pozwolił mi walczyć w jeszcze kilku pojedynkach. Udoskonaliłam dzięki temu technikę i nauczyłam się kontrolować agresję. Jestem szybka. Jestem silna. Rzeczywiście mam instynkt wojownika. Wszystko układało się świetnie, dopóki nie zaczęłam zbyt często wygrywać. To wzbudziło niepotrzebne zainteresowanie moją osobą.

Koniec pojedynków. Koniec życia.

Skończyło się na tym, że rzuciłam ojcu w twarz jego własne słowa:

— Przygotowanie? Tylko jaki sens się przygotowywać, jeżeli my tylko ciągle uciekamy?

— Tak, kochanie — powtarzał niestrudzenie tata. — Ale możemy bez przeszkód uciekać tylko dzięki temu, że zawsze jesteśmy przygotowani.

UDAŁAM SIĘ NA POSTERUNEK policji w Bostonie prosto po rannej zmianie w Starbucksie. Musiałam przejść kawałek piechotą, żeby dotrzeć na stację metra, stamtąd zaś pomarańczową linią mogłam się dostać na Ruggles Street. Dobrze się przygotowałam do tej wizyty, co odzwierciedlał mój strój: stare, nisko opuszczone dżinsy, których przydługie postrzępione nogawki ciągnęły się po ziemi. Czekoladowy cienki bezrękawnik zarzucony na czarną obcisłą bawełnianą koszulkę z długim rękawem. Wielobarwny, czarno-czekoladowo-biało-różowo-niebieski szalik przewiązany w talii. Na ramieniu zaś olbrzymia niebieska torba w kwiaty od April Cornell.

Włosy zostawiłam rozpuszczone, ciemne pasma opadały do połowy pleców. Założyłam też olbrzymie srebrne kolczyki w kształcie kół. Mogłam z powodzeniem uchodzić za Latynoskę, zresztą niejednokrotnie brano mnie za takową. Zdecydowałam, że takie przebranie będzie najbezpieczniejsze, biorąc pod uwagę moje popołudniowe plany.

Ulica State Street jak zawsze tętniła życiem. Wrzuciłam żeton i ruszyłam schodami w dół, wtapiając się w intensywny zapach moczu, który był nieodłącznym elementem każdej stacji metra. Wokół mnie kłębił się typowo bostoński tłum: czarni, Azjaci, Latynosi, biali, bogaci, biedni, biznesmeni, robotnicy, członkowie gangów. Barwny wielkomiejski obrazek. Liberałowie uwielbiali takie pierdoły. Niemal każdy z nas marzył o wygranej na loterii i kupnie własnego samochodu.

Wypatrzyłam starszą panią, która ciągnęła za sobą nastoletnią wnuczkę i stanęłam obok nich. Wystarczająco daleko, żeby nie przeszkadzać, ale wystarczając blisko, żeby można było pomyśleć, że podróżujemy razem. Wszyscy wpatrywaliśmy się w ścianę, żeby nie patrzeć na siebie nawzajem.

Kiedy nadjechał skład, jedną gęstą masą ruszyliśmy w kierunku drzwi, szczelnie wypełniając stalową tubę. Drzwi zamknęły się ze świstem i wagon wjechał w ciemności tunelu.

Na tym odcinku trasy zawsze brakowało miejsc siedzących. Stałam, przytrzymując się metalowej rury. Czarnoskóry dzieciak ubrany w za dużą bluzę, luźno wiszące spodnie i czerwoną chustę na głowie ustąpił miejsca starszej pani. Podziękowała mu. Nie odpowiedział.

Kołysałam się lekko ze wzrokiem utkwionym w przyklejoną nad drzwiami mapkę, próbując kątem oka ogarnąć wszystkich podróżnych.

Po prawej stronie siedział starszy mężczyzna. Azjata, klasa robotnicza, głowa zwieszona, przygarbiony. Ktoś, kto chce tylko przeżyć kolejny dzień. Starsza pani na siedzeniu obok, tuż przy niej wnuczka. Obok pięciu czarnoskórych młodzieniaszków ubranych w charakterystyczne stroje gangowe. Ich ramiona poruszały się w rytm pędzącego pociągu, siedzieli w milczeniu, wbijając wzrok w podłogę.

Za mną stała kobieta z dwójką małych dzieci. Była Latynoską, a dzieci, sześcio- i ośmioletnie, były białe. Musiała więc być opiekunką, która zabierała swoich podopiecznych do parku.

Obok niej stały dwie odpicowane nastolatki. Włosy splecione w dziesiątki drobnych warkoczyków, gigantyczne diamentowe kolczyki w uszach. Zdecydowałam, że lepiej mieć je na oku. Dziewczyny, jako bardziej nieprzewidywalne od chłopaków, są bardziej niebezpieczne. Po chłopcach zazwyczaj widać, że coś się święci, dziewczyny atakują znienacka, nim się obejrzysz, wymachują ci nożem przed nosem.

Ze strony tych dwóch nie spodziewałam się jednak większego zagrożenia. Zdążyłam je rozpracować, a niebezpieczeństwo czaiło się przecież tam, gdzie trudno je dostrzec.

Pociąg spokojnie dojechał do Ruggles Street. Drzwi się otwarły. Wyszłam. Nikt nie zaszczycił mnie dłuższym spojrzeniem.

Poprawiłam torbę na ramieniu i ruszyłam w stronę schodów.

Nigdy nie byłam w nowym komisariacie w Roxbury. Słyszałam jedynie opowieści o nocnych strzelaninach na parkingu i ludziach, których obrabowano przed głównym wejściem. Zmiana siedziby była najwidoczniej decyzją polityczną i miała na celu podniesienie statusu Roxbury albo przynajmniej poprawę bezpieczeństwa mieszkańców. Z tego co czytałam w internecie, żadnego z tych celów strategicznych nie udało się jednak osiągnąć.

Szłam, ściskając pod pachą torebkę i stawiając stopy na samych kłębach palucha, gotowa działać, gdyby zaistniała taka potrzeba. Stacja na Ruggles Street była olbrzymia, zatłoczona i zatęchła. Energicznie torowałam sobie drogę przez tłum, starając się wyglądać na zdecydowaną i skupioną. Przecież nie chciałam, żeby ktoś pomyślał, że czuję się zagubiona, choć właśnie tak się czułam.

Kiedy pokonałam strome schody prowadzące do wyjścia, zauważyłam po prawej antenę radiową i postanowiłam tam się skierować. Kiedy maszerowałam chodnikiem, usłyszałam za sobą szyderczy głos:

— Niezła jesteś, meksykówo! Co byś powiedziała na burrito z prawdziwą parówą?

Odwróciłam się i zauważyłam trójkę czarnoskórych dzieciaków. Pokazałam im środkowy palec. Wybuchnęli śmiechem. Najstarszy, który miał jakieś trzynaście lat i wyglądał na przywódcę, chwycił się za krocze. Teraz to ja się uśmiałam.

To odebrało im trochę pewności siebie. Odwróciłam się i pomaszerowałam dalej spokojnym równym krokiem. Zacisnęłam dłonie w pięści, żeby ukryć ich drżenie.

Kwaterę główną bostońskiej policji ciężko byłoby przeoczyć. Po pierwsze, była to olbrzymia budowla ze szkła i metalu wyróżniająca się na tle sąsiednich brązowych, rozpadających się budynków mieszkalnych. Po drugie, betonowe barykady ustawione wokół całego wejścia głównego sprawiały wrażenie, że oto jesteśmy w samym centrum Bagdadu. Ideę bezpieczeństwa narodowego potraktowano tu bardzo poważnie.

Moje kroki nie były już takie pewne. Odkąd zdecydowałam się dzień wcześniej na tę wyprawę, starałam się zbyt dużo o tym nie myśleć. Wszystko zaplanowałam. Przeszłam do działania. I oto znalazłam się na posterunku w Roxbury.

Położyłam na ziemi torebkę. Wyciągnęłam z niej sportową sztruksową marynarkę w kolorze kawy z mlekiem. Włożyłam ją, próbując ukryć wcześniejsze przebranie. Nie żeby miało to jakieś znaczenie. Nie miałam przecież dowodów. Detektywi albo mi uwierzą, albo nie, krótka piłka.

W środku stanęłam w kolejce do bramki. Strażnik najpierw chciał zobaczyć moje prawo jazdy. Potem przeszukał moją pokaźnych rozmiarów torbę. W końcu zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, jakby oczekiwał, że za chwilę sama się przyznam, że chcę przemycić na posterunek policji broń/bombę/narkotyki. Ponieważ nic takiego nie nastąpiło, przepuścił mnie w końcu.

Podchodząc do głównego stanowiska, wyciągnęłam artykuł z gazety, żeby sprawdzić raz jeszcze nazwisko detektywa, choć szczerze mówiąc, znałam je na pamięć.

— Czy jest pani umówiona? — zapytał umundurowany policjant z surowym spojrzeniem. Był tęgi i miał gęste wąsy, dlatego od razu skojarzył mi się z Dennisem Franzem.

— Nie.

Po raz kolejny zmierzono mnie od stóp do głów.

— Zdaje sobie pani sprawę, że pani sierżant jest teraz bardzo zajęta?

— Proszę jej tylko powiedzieć, że przyszła Annabelle Granger. Powinno ją to zainteresować.

Policjant chyba nie był na bieżąco ze śledztwem. Wzruszył ramionami, podniósł słuchawkę telefonu i przekazał moją wiadomość. Ponownie wzruszył ramionami, odłożył słuchawkę i kazał mi czekać.

Za mną ustawiła się już sporych rozmiarów kolejka, wzięłam więc torbę i przeniosłam się na środek długiego, sklepionego korytarza. Ktoś urządził tam wystawę dokumentującą historię posterunku. Przyglądałam się każdemu ze zdjęć, czytałam podpisy, przechadzając się w tę i z powrotem.

Mijały kolejne minuty. Drżenie rąk się nasilało. Przeszło mi przez myśl, że jeszcze mogę uciec. Potem ogarnęły mnie nudności.

W końcu usłyszałam kroki.

W moją stronę zmierzała pewnym krokiem kobieta. Miała na sobie obcisłe dżinsy, wysokie kozaki na szpilce, obcisłą koszulę z białym kołnierzykiem i naprawdę wielką spluwę w kaburze w talii. Jej twarz okalała burza blond loków. Można ją było wziąć za modelkę z okładki kolorowego magazynu, dopóki nie spojrzało się jej w oczy. Skupione, bez wyrazu, bez najmniejszego śladu rozbawienia.

Spojrzała na mnie i przez krótką chwilę wydawało mi się, że jakiś cień przemknął po jej twarzy. Wyglądała, jakby zobaczyła ducha. Stanęła przy mnie, odcinając mi drogę ucieczki.

Wzięłam głęboki oddech.

Tata nie miał racji. Są takie sytuacje w życiu, na które nie można się przygotować. Takie jak śmierć matki, kiedy masz zaledwie kilka lat. Albo jak strata ojca, jeszcze zanim przestaniesz go nienawidzić.

— O co, do cholery, chodzi? — zapytała sierżant D.D. Warren.

— Nazywam się Annabelle Mary Granger — powiedziałam. — Chyba mnie pani szuka.

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 5

BIURA WYDZIAŁU ZABÓJSTW przypominały gabinety w ubezpieczalni. Ogromne jasne okna, podwieszone na ponad trzech metrach sufity, ładny niebiesko-szary dywan. Ścianki działowe, beżowe i eleganckie, dzieliły zalaną słońcem przestrzeń na boksy, w których czarne segregatory, szafki na akta i szare szafki wiszące przyozdobione były kwiatami, zdjęciami rodziny i najświeższymi pracami plastycznymi dzieci.

Całość ogromnie mnie rozczarowała. Tyle, jeśli chodzi o moich ukochanych Nowojorskich gliniarzy.

Kiedy weszłyśmy, recepcjonistka uśmiechnęła się ciepło do sierżant Warren. Potem zerknęła na mnie, otwarcie, nienachalnie. Odwróciłam wzrok, nerwowo bawiąc się torebką. Ciekawe, czy wyglądałam na przestępcę? Informatora? A może członka rodziny którejś z ofiar? Starałam się spojrzeć na samą siebie oczami recepcjonistki, ale nie zdołałam dojść do żadnych sensownych wniosków.

Sierżant Warren zaprowadziła mnie do małego pokoju bez okien. Prostokątny stół zajmował prawie całą przestrzeń, ledwie zostawiając miejsce na krzesła. Rozglądałam się wokół, zastanawiając się, czy mają tu lustro weneckie. Starałam się znaleźć cokolwiek, co pasowałoby do wyobrażeń, które zbudowałam sobie na podstawie seriali telewizyjnych. Ściany w kolorze ecru, nagie. Ciągle nie mogłam się odprężyć.

— Kawy? — spytała.

— Nie, dziękuję.

— Wody, mineralnej, herbaty?

— Nie, dziękuję.

— Proszę się rozgościć, zaraz wracam.

Zostawiła mnie samą w pokoju. To musiało oznaczać, że jednak nie wyglądam na przestępcę. Położyłam torbę, w dalszym ciągu lustrując wzrokiem wnętrze. Nie było na czym zatrzymać wzroku. Nic, czym można by się zająć.

Pokój był zbyt mały, umeblowanie zajmowało zdecydowanie za dużo miejsca. Od razu poczułam niechęć do tego pomieszczenia.

Drzwi ponownie się otwarły. Wróciła Warren, niosąc dyktafon. Natychmiast pokręciłam głową.

— Nie.

Obrzuciła mnie chłodnym spojrzeniem.

— Myślałam, że przyszła tu pani złożyć zeznania.

— Żadnego nagrywania.

— Dlaczego?

— Bo już ogłosiła pani, że nie żyję, a ja chciałabym, żeby tak pozostało.

Ustawiła dyktafon, nie włączając go. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się we mnie. Wytrzymałam jej spojrzenie.

Byłyśmy równego wzrostu, około metra sześćdziesiąt pięć. Ważyłyśmy też chyba tyle samo. Patrząc na jej szerokie ramiona i wyraźne bicepsy, wiedziałam, że podobnie jak ja ćwiczyła z ciężarkami. Miała co prawda broń, ale broń ma to do siebie, że trzeba ją wyjąć, wymierzyć, nacisnąć spust. Mnie nie ograniczały podobne szczegóły.

Ta myśl pozwoliła mi się po raz pierwszy rozluźnić. Opuściłam swobodnie ręce. Usiadłam. Po chwili ona też usiadła.

Drzwi znów się otwarły. Wszedł mężczyzna ubrany w jasnobrązowe spodnie i granatową koszulę z długim rękawem, z identyfilkatorem przypiętym do paska. Też musiał być z wydziału zabójstw. Nie był wysoki, miał trochę ponad metr siedemdziesiąt, ale jego szczupła, muskularna sylwetka świetle współgrała z pociągłą twarzą o surowych rysach. Na mój widok trochę się zawahał, ale szybko się opamiętał i starł z twarzy wszelki wyraz.

Wyciągnął dłoń w moim kierunku.

— Detektyw Robert Dodge z policji w Massachusetts.

Niepewnie podałam rękę. Skóra na jego palcach była zgrubiała, uścisk mocny. Przytrzymał moją dłoń odrobinę dłużej, mierząc mnie spojrzeniem i starając się wyrobić sobie wstępną opinię na mój temat. Miał chłodne szare oczy, takie, które w mig potrafią ocenić każdą sytuację.

— Napije się pani czegoś? Wody?

— Detektyw Warren już odegrała Marthę Stewart. — Kiwnęłam głową w jej kierunku. — Z całym szacunkiem, chciałabym mieć to jak najszybciej za sobą.

Detektywi wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Dodge zajął krzesło stojące najbliżej drzwi. Nagle odniosłam wrażenie, że w pomieszczeniu panuje tłok i ścisk. Położyłam dłonie na kolanach, starając się nie bawić palcami.

— Nazywam się Annabelle Mary Granger — zaczęłam. Dodge sięgnął po dyktafon, Warren powstrzymała go delikatnym dotknięciem ramienia.

— Nie będziemy rejestrować — wyjaśniła mu. — Przynajmniej na razie.

Dodge skinął głową, a ja wzięłam kolejny głęboki oddech, starając się pozbierać rozbiegane myśli. Ostatnie czterdzieści osiem godzin powtarzałam tę historię w głowie raz po raz, obsesyjnie czytając wszystkie pierwszostronicowe artykuły o „grobie” znalezionym w Mattapan i o ukrytych tam szczątkach sześciu osób. Informacje były skąpe: policyjny antropolog potwierdził jedynie, że były to zwłoki dziewczynek, rzecznik policji dodał, że grób istnieje zapewne od dziesięcioleci. Ujawnili tylko jedno nazwisko, moje, reszta pozostawała tajemnicą.

Telewizja musiała czymś zapełnić dwudziestoczterogodzinne relacje, a że nowych faktów brakowało, ograniczono się do gorączkowych spekulacji. Teren ten mógł przecież należeć niegdyś do mafii, stanowić spuściznę Whiteya Bulgera, gangstera, którego ofiary do dziś odkopywano w różnych częściach stanu. A może to dawny cmentarz szpitala psychiatrycznego. A może kryjówka, w której dawał upust swojemu niezdrowemu hobby któryś z jego morderczych pacjentów. Mattapan mogło być miejscem kultów satanistycznych. Szczątki mogły też należeć do ofiar procesu czarownic z Salem.

Każdy miał jakąś teorię, każdy oprócz mnie. Ja nie miałam pojęcia, co tak naprawdę wydarzyło się w Mattapan. I nie przyszłam tu, żeby pomóc policji, tylko żeby to policja pomogła mnie.

— Moja rodzina uciekła po raz pierwszy, kiedy miałam siedem lat — zaczęłam, a potem szybko streściłam swoją historię. Ciągłe ucieczki, nieustannie zmieniana tożsamość. Śmierć mamy. Później śmierć taty. Nie wdawałam się w szczegóły.

Detektyw Dodge zanotował kilka faktów. Detektyw Warren przez większość czasu po prostu mnie obserwowała.