W tych ramionach - Camille Laurens - ebook
Opis

To ma być książka o mężczyznach, o umiłowaniu mężczyzn: te ukochane przedmioty, kochające podmioty, będą przedmiotem i podmiotem książki. Mężczyźni w ogóle, wszyscy – ci, co po prostu są i nic poza ich płcią o nich nie wiadomo: mężczyźni i to wszystko, co da się o nich powiedzieć – a także mężczyźni w szczególe, niektórzy mężczyźni. Ma to być książka o wszystkich mężczyznach pewnej kobiety, od pierwszego do ostatniego – ojciec, dziadek, syn, brat, przyjaciel, kochanek, mąż, szef, kolega… – w porządku lub nieporządku, w jakim pojawiali się w jej życiu, w tym tajemniczym ruchu obecności i zapomnienia, który sprawia, że zmieniają się w jej oczach, że odchodzą, wracają, trwają, stają się.

Camille Laurens

 

Zmysłowa, emocjonalnie gęsta, literacko porywająca. Odważna, pełna błyskotliwych skojarzeń i trafnych życiowo obserwacji. To poetycka wersja spełnionych namiętności, ale i  brutalnie szczery, odarty z obyczajowo–kulturowych złudzeń portret kobiety z mężczyzną w tle. Mężczyzny, który już z samej definicji zdradza, bywa okrutny i nieuważny. Mężczyzny, który  inspiruje, podnieca i kocha. Bywa udręką i nieustannym wyzwaniem. Dla kobiety, która w tych wzajemnych relacjach nigdy nie da za wygraną. W tych ramionach to świetnie napisana opowieść o odwiecznych tułaczach życia – kobiecie i mężczyźnie. O tej książce myśli się jeszcze długo po jej przeczytaniu…

Małgorzata Domagalik 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 192

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


•••

Odpowiedzieć na pożądanie,

spełnić oczekiwanie,

być przedmiotem wszystkich pragnień:

dzieckiem, kobietą, książką –

być przedmiotem miłości.

•••

tytuł oryginału

Dans ces bras-là

koncepcja graficzna

Michał Batory

zdjęcie Autorki

Catherine Helie © Gallimard

redakcja i korekta

Bogna Piotrowska

przygotowanie wersji elektronicznej

Katarzyna Marzec

© Camille Laurens 2001

© 2016 for the Polish edition by Drzewo Babel

All rights reserved

DRZEWO BABEL

UL. LITEWSKA 1o/12 • oo-581WARSZAWA

[email protected]

www.drzewobabel.pl

ISBN 978-83-64488-33-7

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl

Mam przyjemne ręce.

Wiesz bardzo dobrze, że nigdzie,

że tylko ze mną znajdziesz

Tę siłę, której ci trzeba, i że jestem mężczyzną.

PAUL CLAUDEL

To był on. Bicie serca nie mogło mnie zmylić.

Wiem, trudno uwierzyć w tę nagłą pewność, ale tak właśnie było.

Wstałam, zostawiłam pełny kieliszek na stole, zapłaciłam i wyszłam za nim. Szedł szybko, tak szybko jak ja, podobało mi się, jak był ubrany, podobały mi się jego szczupłe biodra, szerokie ramiona, nie chciałam go stracić z oczu. Dwie lub trzy ulice dalej wszedł do jakiejś bramy, zniknął. Zanim tam dotarłam i sama z kolei pchnęłam ciężkie drzwi, był już w którymś z mieszkań. W którym? Na schodach nie było nic słychać, winda stała na parterze. Jak się dowiedzieć?

Szłam powoli w górę, schody pokrywał chodnik. Była to mieszczańska, trzypiętrowa kamienica, z dwojgiem drzwi na każdym piętrze. Większość zdobiły mosiężne tabliczki, za niektórymi było cicho, zza innych dochodził jakiś głos, dzwonek telefonu. Bałam się, że ktoś mnie tu zaskoczy, znieruchomiałą na słomiance, rozglądającą się, nasłuchującą. Zeszłam na dół.

Skrzynki na listy powiedziały mi niewiele: nazwiska, czasem nawet ich nie było. Były to skrzynki starego typu, z otworem, przez który można wsunąć dłoń. Błyszczące tabliczki na zewnątrz domu, w których widziałam zniekształcone odbicie mojej twarzy, podawały więcej wiadomości, ale nie ułatwiały wcale poszukiwań: wszyscy mieszkańcy wykonywali jakieś zawody związane z medycyną, tylko jeden był adwokatem.

Jak dojść, kto to jest, kim jest ten mężczyzna? Tak, może być adwokatem, wygląda na to, chociaż prawdę mówiąc, spotkałam w życiu tylko jednego adwokata, kilka tygodni wcześniej, i przypominał handlarza bronią – powiedzmy raczej, że jest idealnym obrazem adwokata, takim, jakiego narysowałyby spontanicznie wdowa i sierota.

Ale równie dobrze mógł być lekarzem. Było ich tu kilku, odczytywałam po kolei nazwiska. Nagle przestawały być obojętne, stawały się znakami i próbowałam coś z nich wyczytać, jak z nieznajomej twarzy.

W tym budynku w stylu III Republiki tajemnicza odpowiedniość miejsca i osób sprawiła, że wszyscy nosili osobliwe, niegdysiejsze imiona, imiona trącące myszką: Raymond Lecointre, Raoul Dulac, Paulette Mézières, Armand Dhomb – nie, nie, pomyliłam się: nie Armand – Amand, Amand Dhombre, pediatra, były stażysta kliniki uniwersyteckiej w Paryżu. Amand, tak, nic nie zmyślam, jest coś takiego, można to znaleźć w słownikach imion, jest to męska forma Amandyny, z łacińskiego amandus, „wybrany do miłości”, najsłynniejszym był zakonnik, który ewangelizował Galię około 680 roku, jak się dowiedziałam z odpowiedniego dziełka, do którego zajrzałam tego samego wieczoru. „Wybrany do miłości”, to mógł być on, mógł, jak najbardziej: bywają zbiegi okoliczności, które w powieści by raziły, ale w życiu odpowiadają jakiejś konieczności, nikogo nie dziwią. Amand Dhombre: to musi być on, wybrany do miłości i obrany przeze mnie pod pieczęcią najgłębszej tajemnicy, Amand Dhombre, to brzmi jak amant d’ombre, cienisty kochanek, cień kochanka, śpieszno mi było przekształcić go w łup, w światło, w słońce.

Dla czystego sumienia przyjrzałam się również innym: był tam jeszcze Roger Bose, masażysta-kinezyterapeuta, rehabilitacja pourazowa, i – na tym samym, ostatnim piętrze – Abel Weil, psychoanalityk, terapia małżeńska, czyli właściwie ta sama specjalność. Nie zastanawiałam się nad nimi dłużej, bo wydawało mi się, że skoro dotarłam do hallu tuż za nim, to gdyby wszedł aż na trzecie piętro, słyszałabym zgrzyt klucza w zamku, odgłos otwieranych lub zamykanych drzwi. Trzymałam się więc mojej pierwotnej intuicji (pierwsze piętro, drzwi po lewej) i zanotowałam numer telefonu (moja starsza córka miała ostatnio przewlekły katar).

Właśnie w tej chwili otworzyły się drzwi, buchnęło kamforą, a zza tej chmury zapachu wyłoniła się stara kobieta i przyjrzała mi się nieufnie: co ja tu robię? Wlepiłam wzrok w notesik – dozorczyni? – a potem patrzyłam, jak się oddala, jak sunie po chodniku posuwistym krokiem osoby, która w domu chodzi zawsze na suknach, jak znika za rogiem – czy ja też będę kiedyś taka powolna? – zanim zrozumiałam, też wcale nie szybko, że on także jest może tylko klientem, pacjentem, i gapiłam się w notes z głupią miną – co ja tu właściwie robię?

Czekałam. Czekałam, aż wróci, pojawi się znów; nie potrafiłam odejść, bałam się, że wszystko się zawali, że widziane z dala będzie do niczego niepodobne, będzie niczym. Chciałam zobaczyć go znowu, chciałam, żeby to była prawda, żeby cień nabrał ciała. A że na ulicy nie było ani kawiarni, by zabić oczekiwanie, ani wystawy sklepowej, by je skrócić, ani przystanku, by je usprawiedliwić, ucieleśniło się ono w mojej skromnej postaci, stojącej pod domem, jakby wyniesiono na chwilę na chodnik jedną z tych nimf, co często zdobią podwórka, wypłakując wodę swych fontann... Ktoś inny postąpiłby inaczej, obszedłby wszystkie poczekalnie, wypytał sekretarki, pozorując jakąś pilną potrzebę. Nie potrafiłam. Nie mogłam ani zrezygnować, ani działać, tylko czekać – ale przecież czekać na kogoś to sposób, żeby z nim być!

Nie pojawił się. Czekałam prawie godzinę, wstrząśnięta, przejęta. Brakowało mi go. Wyszło parę osób, ale żadna nie była nim. Wywnioskowałam z tego, że nie jest klientem, że tu pracuje, że potrafię go znaleźć. Poszłam w końcu, bo już dochodziła czwarta, a byłam umówiona z moim wydawcą. A jeśli jest ktoś, kto nienawidzi przychodzić spóźniony, zasapany, z bijącym sercem i szaleństwem w oczach, to właśnie ja.

To ma być książka o mężczyznach, o umiłowaniu mężczyzn: te ukochane przedmioty, kochające podmioty, będą przedmiotem i podmiotem książki. Mężczyźni w ogóle, wszyscy – ci, co po prostu są i nic poza ich płcią o nich nie wiadomo: mężczyźni i to wszystko, co da się o nich powiedzieć – a także mężczyźni w szczególe, niektórzy mężczyźni. Ma to być książka o wszystkich mężczyznach pewnej kobiety, od pierwszego do ostatniego – ojciec, dziadek, syn, brat, przyjaciel, kochanek, mąż, szef, kolega... – w porządku lub nieporządku, w jakim pojawiali się w jej życiu, w tym tajemniczym ruchu obecności i zapomnienia, który sprawia, że zmieniają się w jej oczach, że odchodzą, wracają, trwają, stają się. Książka będzie miała zatem kształt nieciągły, żeby odwracane stronice naśladowały tę grę przyjść i odejść, te zbliżenia i zerwania, które to splatają, to rozplatają więź między nią a nimi: mężczyźni będą mieli wejścia i wyjścia, jak w teatrze, niektórym przypadnie tylko jedna scena, innym kilka, będą znaczyli raz mniej, raz więcej, jak w życiu, będą zajmowali więcej lub mniej miejsca, jak we wspomnieniu.

Ja nie będę tą kobietą z książki. To ma być powieść, to ma być postać, nabierająca wyrazistości tylko w świetle napotykanych mężczyzn; jej kontury będą uwyraźniały się stopniowo, jak na diapozytywie, na którym obraz można rozpoznać tylko pod światło. Mężczyźni będą właśnie tym światłem wokół niej, tym, co czyni ją widzialną, co może ją tworzy.

Wiem, co pan powie: a kobiety? Inne kobiety? Matka, siostra, przyjaciółka... Czy nie ważą w życiu tyle samo, czasem więcej? Czy się nie liczą?

Nie będą się liczyły. Nie w tej opowieści. Albo bardzo mało. Dam bohaterce tę właśnie cechę mojego charakteru (mam ją po matce): przez te wszystkie lata będzie się interesowała – będzie w stanie zainteresować się – tylko mężczyznami.

Taka jest. Może to jakiś niedostatek. Niedostatek uwagi, skaza umysłu. Ona od zawsze widzi tylko mężczyzn, nic innego. Ani pejzaży, ani zwierząt, ani przedmiotów.

Dzieci – kiedy kocha ich ojca. Kobiety – kiedy mówią o mężczyznach. Każda inna rozmowa ją nudzi, to dla niej strata czasu. Może zwiedzać najpiękniejsze zakątki świata, oglądać pampasy, pustynie, muzea, kościoły – wszystkie podróże wydają jej się czcze dopóty, dopóki nie pojawi się choćby w odbiciu, choćby jako miraż, jako chiński cień ślad mężczyzny: faceta w kombinezonie, jakiegoś gaucho, Chrystusa. Jej geografia jest męska, wyłącznie. Nigdy nie zrobi nawet kilometra, by samotnie podziwiać wschód słońca, skaliste wybrzeże, daleki zarys Mont Blanc – to jej nie ciekawi, patrząc na to, ma wrażenie, że jest martwa. Wyszła półprzytomna z filmu Cukora Kobiety, w którym występują same kobiety i tylko od czasu do czasu któraś woła, odwracając głowę w kierunku drzwi: „O, jest John” (albo Mark, albo Filip), ale ten nigdy nie pojawia się w polu widzenia: ani jednego męskiego ciała, choćby głosu – nie do zniesienia. Ale nie cierpi również filmów wojennych, samczych historii o łodziach podwodnych i męskich przyjaźniach, gdzie kobiety pojawiają się tylko jako fotografie w portfelu albo wzruszające wspomnienie na chwilę przed śmiercią. Mężczyźni muszą odwzajemniać tę namiętną ciekawość, jaką ona żywi dla nich. Kocha mężczyzn, którzy myślą o kobietach. Gdziekolwiek się pojawia, dokądkolwiek idzie – patrzy, czy są mężczyźni. To jest odruch, automatyzm, jak dla innych słuchanie prognozy pogody: sposób, by przewidzieć najbliższą przyszłość, dowiedzieć się, jaka będzie pogoda. Z początku to nie jest pociąg fizyczny, w każdym razie niekoniecznie, nawet jeśli często staje się nim. Ona nie ma jakiegoś swojego szczególnego typu, specjalnej fascynacji – blondyni, bruneci, wysocy, szczupli, barczyści, delikatni – ma skłonności, rzecz jasna, ale nie ma systemu. W pierwszej chwili mężczyzna liczy się mniej jako konkretna osoba niż jako obecność, jest pewnym zjawiskiem syntetycznym, którego sam widok natychmiast przynosi ulgę sercu: są mężczyźni.

Nie wychodzi im naprzeciw, w każdym razie nie tak, jak można by się było spodziewać. Nie rzuca się na nich, żeby ich schwytać, złapać, żeby do nich mówić. Przygląda im się. Wypełnia się ich obrazem, jak jezioro odbiciem nieba. Utrzymuje ich najpierw na taką odległość, by mogli się w niej odbić. Mężczyźni zostają więc długo tam, naprzeciw niej. Patrzy na nich, obserwuje ich, kontempluje. Widzi ich zawsze tak jak podróżnych, siedzących naprzeciw niej w rzadko już dziś spotykanych pociągach, gdzie fotele są tak ustawione: są nie obok niej, zwróceni w tym samym kierunku, ale naprzeciw, po drugiej stronie stolika, na którym leży książka, którą właśnie pisze. Są tam.

To przeciwna płeć. No więc ja też będę tą postacią z książki. Tak, oczywiście, wolno tak sądzić, bo to ja piszę, to ja rozrzucam między nami te arkusiki, na których o nich mówię. Trudno tego tak całkiem uniknąć. Ale nie ma co pytać, czy to wszystko prawda. To nie będzie rzecz ani o moim ojcu, ani o moim mężu, o nikim takim. Trzeba to zrozumieć. To będzie coś w rodzaju podwójnej konstrukcji urojonej, twór dwustronny: ja napiszę, co z nich widzę, a wy przeczytacie, co oni robią ze mnie – jaką kobietą się staję, zmyślając na piśmie ten spis mężczyzn mego życia. Ten wytarty zwrot trzeba rozumieć dosłownie: mężczyźni mego życia. Tak jakbym powiedziała: bicie mego serca.

Tak, no więc to jest ten mój projekt, najzwięźlej mówiąc. To będzie jak po wielkim balu: przechodziłam z objęć w objęcia, ale szczęśliwa, oszołomiona, prowadziłam swój karnecik pilnie do końca i zachowałam go, a teraz mogę w nim odnaleźć, odwracając kartkę po kartce, tańce, imiona, chaotyczną paradę tancerzy, i – oczywiście – ich styl, sylwetkę każdego z nich, ale zwłaszcza, narysowaną samym ruchem tanecznego wiru, przechodzącą z rąk do rąk, wybieraną, porzucaną, znów wybieraną, całowaną, z bijącym sercem, zwiewną, rozkołysaną postać tancerki w ramionach tancerza.

Karnecik balowy. To by się nadawało na tytuł.

Mówiąc szczerze, właśnie to chciałam powiedzieć mojemu wydawcy. Oczywiście, nic z tego nie wyszło: pisanie – tylko na to mogę liczyć. Miał na sobie białą koszulę bez krawata, był opalony. Zapytał, jak się czuję – czułam się dobrze – co widziałam ostatnio w kinie, co czytałam. Wymieniłam kilka tytułów, zwłaszcza jeden, który mnie zachwycił, spytał dlaczego, co mi się w tym filmie podobało, powiedziałam, że to był dobry film, nawet doskonały, a że przyglądał mi się z wyrazem głębokiego zainteresowania, dodałam, że bardzo mi się podobał, naprawdę, że powinien go zobaczyć, że to dobre. Powiedział, że go widział, ale woli ten poprzedni, że w tym cytaty z Hitchcocka są trochę zbyt natrętne, że systematyczne stosowanie elipsy odbiera część przyjemności, którą mogłaby dać formuła czarno-biała, którą zresztą od dziesięciu lat podają we wszystkich sosach, i że Kadoshki na ten sam temat zrobił coś bez porównania lepszego w 1965, prawda? Tak, może, nie wiem, odpowiedziałam, dolewając sobie herbaty – imbryk był pusty, moja filiżanka też, piłam mimo wszystko, rozcierając cukier między kciukiem a wskazującym, ma rację, oczywiście, ale jednak – trzymałam filiżankę przy ustach – jednak to się daje oglądać. Spytał mnie, czy chcę jeszcze, powiedziałam nie, proszę się nie fatygować. Czy piszę, czy już coś zaczęłam, czy mogłabym mu opowiedzieć? Tak, właściwie nie, ja... Kelner przyszedł z rachunkiem, on sięgnął po portmonetkę, ja też, ależ nie, nie ma powodu, no cóż, dziękuję.

Logicznie biorąc, książka powinna się zaczynać od ojca. Każdy z nas ma dużo do powiedzenia o człowieku, który nas począł, to od niego zaczyna się cała historia. Mimo wszystko kusiło mnie, żeby najpierw wprowadzić wydawcę, bo nie pisałam życiorysu, tylko powieść (moje życie pisało się samo, wiedziałam o tym, nawet jeśli byłam zdecydowana narzucić mu własny ruch, nadać rytm, bo bez tego umarłabym unieruchomiona). Toteż ledwie wróciłam do domu – nie omieszkałam przedtem zamówić wizyty u pediatry – zaczęłam spisywać mój karnecik balowy. Pierwszy taniec: walc na dwa pas.

WYDAWCA

Kiedy dzwoni do niej po raz pierwszy, jest niedziela. Na jej zegarku jest dziesiąta, u niego – południe. Właśnie przeczytał jej powieść, ona śpi jak zabita, całkiem naga, bo upał straszny. Słyszy trzeci lub czwarty dzwonek, zbiega galopem ze schodów, podnosi słuchawkę.

A właśnie, on przypuszczał, że jest kobietą, mówi od razu, był pewien, choć z imienia to nie wynika.

Dzwoni, żeby powiedzieć, że się zakochał. Ma tę odwagę. Czy to jest o wiele łatwiejsze dlatego, że mowa o książce? Ona nie wie, nie jest pewna: trzeba dobrać słowa, zdobyć się na to wyznanie – miłość.

Nie dzwoni z powodów zawodowych, dziś nie pracuje, niedziela.

Dzwoni z miłości, nagle zachciało mu się to powiedzieć: kocha jej słowa, jej głos, to, co chciała mu dać, co chciała mu przekazać, kocha ją.

Ona nie ma o nim żadnego pojęcia, nie może go sobie wyobrazić. Ale podoba jej się jego głos, a poza tym – to mężczyzna. Wydawca jest mężczyzną, rozumie się samo przez się, trudno sobie wyobrazić coś innego. Po co by się pisało, jaki sens miałby ten gest, gdyby to nie mężczyzna miał przyjmować książkę, dziękować za nią?

Dzwoni zza mórz, proponuje spotkać się kiedyś, latem, kiedy ona zechce, będzie czekał na jej przyjazd.

Zostaje długo na słońcu naga, wykonując baletowe skoki. Jak dobrze być kochaną.

Ta scena bardzo szybko nabiera wymiaru założycielskiego. W opowieści mitologicznej, w którą przemienia się życie, kiedy się je opowiada, jest znana pod swoją datą: to wezwanie z 17 czerwca.

OJCIEC

Ojciec, kiedy po raz pierwszy bierze ją w ramiona, jest już ojcem, wie, jak to jest. No i co to jest? – pyta matka zza maski, przez którą wdycha jeszcze trochę powietrza. To córka.

Kiedy pierwszy raz odzywa się do niej, ma chwilę wahania. Miał być Jan, jak jego ojciec, i Piotr, jak on sam: Jan Piotr. Trzeba przechrzcić martwą ideę, nazwać ciało.

Nazywa ją Camille, Kamila. Matka ma lekkie osłabienie poporodowe, niezbyt poważne. Nic poważnego, mówi akuszerka.

Ojciec układa ją w kołysce. Wychodzi na ulicę, jest 10 listopada. I oto jest dwukrotnym ojcem. Ojcem dwóch dziewcząt.

Starsza ma na imię Claude, Klaudia.

Rok później ojciec dzwoni. Jest córka. Ma trzy córki. Dzwoni z drugiej strony marzenia, z dalekiego brzegu swojego pożądania. Nie jedzie jej zobaczyć, wie, jak to jest.

To córka: oddycha z trudem, urodziła się z sinicą. Umiera nazajutrz, ojciec zobaczy ją martwą.

Nazywają ją Pierrette, Piotrusia. Od Piotra, ojca. To córka ojca, który jest ojcem potrójnym.

Klaudia i Kamila są u dziadków. Ojciec przychodzi po nie – Klaudia? Kamila? – one przybiegają. Kamila macha rączkami w słońcu: tata! Tak dobrze jest kochać.

– Ma pan dzieci?

– Nie – odpowiada ojciec – mam dwie córki.

Amand Dhombre to mężczyzna uroczy, przyjazny, łatwy w obejściu, moja córka pęka ze śmiechu, kiedy mówi jej, że może ją zamienić w jeża za pomocą maleńkich sterylnych igiełek – ma dyplom akupunkturzysty – jednym słowem, fantastyczny facet. Starszy Dhombre bił się w Korei czy Wietnamie i uratował od napalmu swoje przyszłe potomstwo, przynajmniej tak opowiedziałam sama sobie tę historię miłosną, która niespodzianie zastąpiła moją, a jednocześnie, skulona w kącie na krześle, poddawałam się władzy faktów: był Azjatą wzrostu około 1,63 m i wagi 45 kg. Jego uśmiech w żadnym razie nie mógł zastąpić chmurnej twarzy nieznajomego, spotkanego dzień przedtem, o którym będę musiała zapomnieć, myślałam, jak o całej reszcie, tak jak się zapomina, że się oddycha albo że ma się niebo nad głową. Ale kiedy wychodziłam stamtąd, smutna i zgnębiona, to właśnie podnosząc machinalnie oczy ku górze na dźwięk klucza przekręcanego na trzecim piętrze, rozpoznałam tweedową marynarkę, której nieskazitelny krój zauważam teraz we framudze obitych skórą drzwi, kiedy przychodzę na pierwszy seans psychoterapeutyczny, na który musiałam się zamówić u Abla Weila, bo on to był.

To był może szalony pomysł, ale też okazja zmierzenia się z takim oto zadaniem: uwieść mężczyznę nie, jak zazwyczaj, wszystko przed nim ukrywając, a przynajmniej maskując to, co najważniejsze, tylko przeciwnie, mówiąc mu wszystko, a przynajmniej mówiąc mu najważniejsze, to, co o każdym powinno się wiedzieć, co wystarczy, by być kochanym albo nie. Oczywiście z pewnym wysiłkiem mogłabym tak się urządzić, by go spotkać nie w jego gabinecie, tylko gdzie indziej, by zbliżyć się do jego znajomych, przyjaciół, rodziny, by wejść w jego krąg towarzyski, co pozwoliłoby mi kiedyś usiąść koło niego przy stole i spytać, jaki ma zawód i czy zechciałby mi trochę o nim opowiedzieć, psychoanaliza, meandry ludzkiej duszy to takie pasjonujące, to musi być też trudne, i czy nie kusi pana czasem, by zająć się czymś innym?

Ale nie miałam żadnej ochoty na podstępy, nie miałam też potrzebnej do nich cierpliwości. To że był psychoanalitykiem, nie wydawało mi się zresztą tylko okazją, by go szybko zobaczyć, umawiając się na wizytę, ale czymś więcej: sposobem, by dowiedzieć się wreszcie, czym jest miłość, czego oczekuję po miłości mężczyzn, na co czekam. Właściwie dobrze się składało. Ten piorun, co we mnie strzelił na tarasie kawiarni, był znakiem nieba, ta strzała, która wbiła się we mnie jak krzyk na sam jego widok, ta rana, rozrywająca dwa brzegi milczenia, ten cios zadany w nieme serce, w milczące ciało, przez mężczyznę, który właśnie mógł wszystkiego wysłuchać. Wydało mi się, że głupio byłoby postępować z nim tak jak zawsze, że z nim trzeba postępować tak jak nigdy.

Nie mówię, że nie było w tym z mojej strony żadnej strategii. Gdybym zaczęła, jak w zwykłej, tradycyjnej terapii, opowiadać mu o moim mężu, o moim małżeństwie, obawiałabym się, że mnie szybko przeniknie i odeśle, i już nic nie będzie możliwe. Później używałam także zwykłej broni – zazdrości, kokieterii, uwodzenia. Ale w gruncie rzeczy – niewiele. Chciałam, to oczywiste, być dla niego piękna i robiłam się na bóstwo, idąc do niego na wizytę. Ale to nie był mój główny cel: chciałam przede wszystkim, żeby mnie znał, żeby wiedział, kim jestem, i wiedząc – pokochał mnie. Chciałam wiedzieć, czy można mnie kochać inaczej niż otoczoną tajemnicą – w nagości mego bólu, w mojej nędzy. Długo, z pustą ręką czekającą obola, żebrałam o miłość u każdego, kto tylko chciał mnie wysłuchać. A teraz znalazłam kogoś, do kogo mogę mówić. To był on.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie zakochałam się w swoim psychoanalityku – taki banał po tylu innych byłby dla mnie wtedy nie do zniesienia, nie zniosłabym tego. Nie, zakochałam się w nieznajomym, który, przez zdumiewający zbieg okoliczności, okazał się psychoanalitykiem: to nie to samo, nawet jeśli dopatrzyłam się w tym przypadku pewnej szansy, obietnicy przyszłości, tego, co się nazywa szczęśliwym trafem.

Tym bardziej że zabrałam się jednocześnie do rozwodu i do książki; myślałam, że słowo, tak długi czas bezsilne, w najodpowiedniejszej chwili ułatwi mi jedno i drugie. Rzeczywiście, była jakaś ironia w tym, że specjalizował się akurat w terapii małżeńskiej, ponieważ byłam stanowczo zdecydowana pozostawić mojego męża poza całą tą sprawą – i nie bez powodu – ale z drugiej strony mogłam od razu przejść do sedna: do miłości. Abel Weil był zatem mężczyzną idealnym, idealnym z każdego punktu widzenia. Kiedy więc usiadł naprzeciwko mnie przy kanapce obitej szarym aksamitem, skrzyżował elegancko swe długie nogi i powiedział „słucham panią”, pewność, którą poczułam tydzień wcześniej w kawiarni, tam gdzie go zobaczyłam, wróciła silniejsza niż kiedykolwiek, i było to dokładnie, w znaczeniu tego słowa zarazem trywialnym i namiętnym, pragmatycznym i władczym, było zupełnie tak, jakby mi powiedział, z tą samą miłosną powagą i tą samą rubaszną werwą – gdy tymczasem strzępy piosenki wracały mi na pamięć – jakby mi powiedział: „Jestem twoim mężczyzną”.

I odtąd, przez całe miesiące miałam wśród upływającego czasu tylko dwie kotwice: moją książkę i nasze spotkania, pismo w samotności pamięci i słowo w monologu naszych spotkań. Były też tylko dwa rodzaje mężczyzn: ci, o których mówiłam, których historię ożywiałam poprzez siebie, i ten, do którego mówiłam, od którego oczekiwałam, że nada historii dalszy ciąg lub może – że przywróci mi życie. Tak, odtąd były już na świecie tylko dwa rodzaje mężczyzn: ci inni i on...

SAMA Z NIM

Doprawdy, nie wiem, jak to powiedzieć, nie spodziewałam się, że będę o tym mówiła tak szybko, że będę tu leżała przed panem, umówiłam się na wizytę bez zastanowienia, właściwie chciałam, żeby nikt o tym nie wiedział, żeby moje dzieci nie wiedziały, żeby moi rodzice nie wiedzieli, zresztą, czy ich to obchodzi – czy to ciebie obchodzi, popatrz na mnie, odpowiedz, czy to cię interesuje, czy ja cię interesuję? Z początku było dobrze, tak, oczywiście, z początku... Będę mówiła rzeczy oczywiste, rzeczy, które słyszy pan codziennie, które pan zna, odwieczne banały, opowieści rozsiane wszędzie, po książkach, magazynach, piosenkach, romansach, gazetach, jestem dokumentalistką, czytam wszystko, czytam bez przerwy, a resztę czasu piszę, a więc sam pan widzi, że wiem, że wiem, jakie to głupie, jak bardzo odwieczne i głupie. Mąż, kochanek, były, byli, ojciec, kolega, przyjaciel, znam wszystkie kategorie, wszystko, co się o tym pisze, różne style, typy, typologię: ostrożny, domator, powściągliwy, nieśmiały, zalatany, nieufny, gwałtowny, czuły, depresyjny, namiętny, niewierny, nie jestem pierwsza, to pewne, nie jestem jedyna, i już to samo jest nieznośne, ta powtarzalność, ten język, zwielokrotniona trywialność tych słów, tysiące razy wypowiedzianych, tysiące razy wysłuchanych: kocham go, kochałam go, już go nie kocham, tego faceta, tego gościa, czy go jeszcze kocham, tego mężczyznę, tego faceta, mojego chłopa, dobrze z nim było, z początku było dobrze, było niesamowicie – tak mówi się też o książkach, o ludziach, o chwilach, o podróżach: niesamowita książka, niesamowity ojciec, niesamowite wakacje, to już nie ma sensu, takiego sensu jak kiedyś, kiedy oznaczało coś, co budzi wielki strach, zdumione przerażenie, zadziwienie, przypływ przerażenia – a przecież to jest właśnie to, można tak powiedzieć: miałam niesamowitą przeszłość. Właśnie dlatego jestem tutaj i mówię do pana – słuchasz mnie, rozumiesz mnie? – czy to nie jest zawsze to samo, zawsze okropnie tak samo, niepokój zmieszany z czasem, strach przed zniknięciem, zniszczeniem, zatarciem, czy jest coś innego, po chwili, niż ten lęk, który mnie sprowadza: upiorne zużycie, niesamowita erozja? – czy ty to wiesz, czy możesz odpowiedzieć, czy jesteś specjalistą, co z ciebie za człowiek: zawodowiec, opętaniec, dyletant, Don Juan, ekspert, superkogut, wzorowy ojciec, pantoflarz, karierowicz, aferowicz, popapraniec, przyzwoity facet, niesamowity mężczyzna?

Nie wiem, już nie wiem, chcę o tym mówić, tak, chcę próbować słowa w ustach, a nie na pustej kartce, raz wreszcie – piszę, zazwyczaj piszę o mężczyznach, piszę książkę o facetach, „no i jak ta pani książka o facetach? posuwa się?”. Jaki inny temat jest wart zachodu, pytam, co do mnie, to jest wszystko, co widzę, wszystko, co mnie obchodzi – ach! pierwsze spojrzenie, to najpierwsze, pamiętam je wciąż, jakby to było wczoraj, a to było piętnaście lat temu, jestem zamężna od piętnastu lat, niedługo będzie piętnaście lat – ruiny, ruiny, z których można wyczytać dawny kształt budowli, pomnik miłości, z którego pozostanie tylko zarys na ziemi, nic w powietrzu, żadnej bryły, nic tylko na ziemi ślad pięknych fundamentów – na ziemi, na samej ziemi, może do zagrzebania, może do pogrzebania w milczeniu – ależ tak, tak, z początku – czy trzeba o tym teraz mówić, czy warto? – z początku było dobrze i to nasze spotkanie... – to było niesamowite.