W Trójkącie Beskidzkim. Wilcze kobiety - Hanna Greń - ebook
Opis

W TRÓJKĄCIE BESKIDZKIM

Mroczne powieści pełne zbrodni i tajemnic wywodzących się z ciemnej strony ludzkiej natury.

Wilki zniknęły tak nagle, jakby rozwiały się w powietrzu, i gdyby nie ślady łap, wyraźnie widoczne na gładkiej powierzchni śniegu, gotowa by uznać ich widok za halucynację.

Komisarz Daniel Laszczak i komisarz Roman Then pracują nad zdekonspirowaniem przestępczej grupy działającej w Bielsku-Białej. Jej szef czeka już w areszcie na rozprawę, jednak dowody, które policjanci zebrali przeciwko niemu, mogą się okazać niewystarczające. Tym bardziej teraz, kiedy jeden z ich głównych świadków został brutalnie zamordowany, a drugi – Una, była kochanka gangstera – zniknął. Co więcej, wszystkie ślady wskazują, że to właśnie Una zamieszana jest w morderstwo – miała motyw oraz okazję do zemsty, kto by z niej nie skorzystał? W dodatku w Wiśle policjanci trafiają na ciało kolejnej ofiary, która przed śmiercią była bestialsko torturowana. Czy zimna, ukrywająca emocje Una naprawdę jest aż tak bezwzględna, aby jeden po drugim pozbywać się tych, którzy jej zagrażają?

Kolejny tom kryminalnego cyklu W Trójkącie Beskidzkim!

Hanna Greń po raz kolejny serwuje czytelnikom ogromną dawkę adrenaliny. Od tej powieści nie sposób się oderwać, zwłaszcza że pełna jest zaskakujących zwrotów akcji. Serdecznie polecam!

Edyta Świętek, pisarka

Górskie miasteczko, surowa zima, krwawe gangsterskie porachunki, dziewczyna w opałach i… wilki. Czujecie ten dreszcz? Czy to nie dość, by rozbudzić Waszą ciekawość?

Anna Klejzerowicz, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 476

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Hanna Greń, 2018

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Korekta

Ewelina Chodakowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Wydanie elektroniczne 2018

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-767-5

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62‒070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

[email protected]ika.eu

www.replika.eu

Dla Ryśka,

który nigdy we mnie nie zwątpił

Dziękuję całej ekipie Wydawnictwa Replika za trud włożony w wydanie tej książki. Przede wszystkim dziękuję Katarzynie i Aleksandrowi Szablińskim za zaufanie, którym kolejny raz mnie obdarzyli, oraz mojej wspaniałej redaktorce Joannie Pawłowskiej. Praca z Panią to sama przyjemność.

Dziękuję także wszystkim, którzy mieli udział w powstawaniu, a później doskonaleniu tekstu.

Mojemu mężowi – za cierpliwe objaśnianie skomplikowanych policyjnych procedur i za pierwszą ocenę tekstu.

Annie Piotrowskiej, Esterze Sytniewskiej, Magdzie Zimnej i Bartkowi Durajowi – za użyczenie moim bohaterom swoich „twarzy”.

Joannie Krystynie Radosz i Agnieszce Sonenberg – za ocenę tekstu i cenne uwagi.

Bogdanowi Sikorze, budowniczemu secret roomów − za pomysły na tajemne schowki i przejścia.

Prolog

Wrzesień 2014, Bielsko-Biała

Dyżurny oficer nie przejawiał specjalnego zainteresowania. Widziała po wyrazie twarzy, że traktuje jej słowa jako próbę odegrania się na kochanku, a ją samą postrzega jako żądną zemsty harpię. Wszak sama przyznała, że Adrian Sieradzki nie użył wobec niej przemocy. Ani teraz, ani nigdy wcześniej. Przeczucia? Przewidywanie zagrożenia? Z przeczuciami to raczej do wróżki, nie na policję!

Jak miała w kilku słowach przedstawić swoją skomplikowaną sytuację, wytłumaczyć, dlaczego się boi? Stała bezradna, gorączkowo szukając jakichś argumentów mogących przekonać policjanta, że sprawa jest poważna. Na próżno, w głowie miała pustkę.

– Niech pani wraca do domu – poradził znużonym głosem funkcjonariusz. –Ukochany już tam pewnie czeka z kwiatami na przeprosiny…

– Sieradzki nie jest moim ukochanym!

Jeszcze nie przebrzmiało echo jej krzyku, gdy ktoś podszedł i chwycił ją za ramię. Była całkiem pewna, że to z powodu niezbyt stosownego zachowania. Odwróciła się, żeby przeprosić, i tuż obok ujrzała wysokiego mężczyznę w cywilnym ubraniu. Ze smagłej, przystojnej twarzy spoglądały na nią uważnie czarne oczy. Już chciała się odezwać, gdy nieznajomy zrobił to pierwszy, skłaniając lekko głowę.

– Podkomisarz Daniel Laszczak. Idziemy. – I poprowadził ją w głąb budynku.

Szła za nim bezwolnie, nie zastanawiając się, po co właściwie czarnowłosy policjant ją gdzieś zabiera. Ważne było tylko to, że wreszcie ktoś się zainteresował, że będzie mogła opowiedzieć…

Weszli do pustego, niezbyt dużego pokoju, mieszczącego szafę, regał wypełniony segregatorami i trzy biurka. Pierwsze, wsunięte w kąt pokoju, było tak zawalone papierami, że wyglądało na składowisko makulatury i kontrastowało z drugim, sprawiającym wrażenie nieużywanego, stał na nim bowiem jedynie wyłączony monitor. Na trzecim leżały jakieś dokumenty, a w rogu ustawiono monitor migoczący obrazami wygaszacza ekranu. Szklanka do połowy wypełniona kawą, stojąca częściowo na długopisie i mocno pochylona, swoją pozycją zaprzeczała istnieniu praw grawitacji.

Laszczak przestawił szklankę, usiadł i zwrócił spojrzenie czarnych oczu na stojącą przy drzwiach dziewczynę.

– Proszę usiąść. – Wskazał krzesło przy pustym biurku. –Na początek chciałbym się upewnić. Czy mówiąc o Sieradzkim, miała pani na myśli Adriana Sieradzkiego, znanego też jako Pastor?

Potwierdziła, a wtedy zadał pytanie, którego się nie spodziewała:

– Dlaczego zgodziła się pani grać rolę przykrywki?

Tak ją zaskoczył, że nie zdążyła przywołać na twarz maski, za którą przez ostatnie trzy lata skutecznie ukrywała wszelkie emocje. Już samo to świadczyło o kresie wytrzymałości. Miała nerwy w strzępach.

Podkomisarz uśmiechnął się przyjaźnie.

– Może pani śmiało odpowiedzieć, na razie rozmawiamy nieoficjalnie. Nie nagrywam tej rozmowy, a pani nie jest moim więźniem. Może pani w każdej chwili wyjść, choć wolałbym, żeby tak się nie stało. Zacznijmy od tego, jak dostała się pani w łapy Sieradzkiego, dobrze?

W miarę jak opowiadała, twarz policjanta pochmurniała coraz bardziej. W pewnej chwili przeprosił i wyszedł z pokoju. Widocznie chciał z kimś porozmawiać przez telefon bez świadków, gdyż wchodząc z powrotem, chował do kieszeni komórkę.

Zamiast znów usiąść przy biurku, włączył czajnik, po czym przygotował trzy szklanki. Do dwóch wsypał kawę, przy trzeciej się zawahał.

– Woli pani sypaną czy rozpuszczalną? A może herbatę?

Poprosiła o sypaną, a potem obserwowała krzątającego się podkomisarza. Odniosła wrażenie, że na coś lub kogoś czeka, i wkrótce okazało się, iż miała rację. Do pokoju wszedł mężczyzna w cywilnym ubraniu, nieco niższy od Laszczaka, o trochę zbyt długich włosach w kolorze ciemnej miedzi.

– Podkomisarz Roman Then – przedstawił go Laszczak. –Myślę, że także powinien usłyszeć, co ma pani do powiedzenia.

Wskazał koledze stojące w rogu krzesło. Then dosunął je do biurka, usiadł, upił łyk kawy, potem cicho zaklął.

– Gorące, niech to cholera. O co chodzi? Streszczaj się, Wolverine, bo czasu nie mam.

– Radzę ci go znaleźć. To jest pani Unisława Sarat, o której niedawno opowiadałem podczas spotkania z tą policjantką z Cieszyna. Dziewczyna Pastora – wyjaśnił, widząc, że kolega dalej nie rozumie.

Then przyjrzał się Unie uważnie.

– Mówiłeś, że nie ma co liczyć na jej pomoc – wytknął z pretensją w głosie.

Una miała już serdecznie dość traktowania jej jak elementu wyposażenia pokoju. Siedzenia na komendzie również, nic bowiem nie wskazywało, by policjanci zajęli się jej sprawą jeszcze w tym stuleciu.

– Postanowiłam dokonać pewnych zmian w moim życiu i zaczęłam od przyjścia tutaj. Rozumiem jednak, że nie zamierza mi pan pomóc? – zwróciła się do Laszczaka.

– Wręcz przeciwnie. Mam zamiar zrobić dla pani naprawdę wiele, ale niestety musi to być transakcja wiązana. Pomogę… pomożemy – poprawił się natychmiast –a w zamian za to pani pomoże nam. To co, umowa stoi?

Laszczak znów uśmiechnął się przyjaźnie, lecz tym razem nie odpowiedziała tym samym. Dopiero co wyplątała się z jednej umowy, a nawet nie to, że wyplątała. Po prostu zerwała ją, nie bacząc na konsekwencje. W czym ta kolejna miałaby być lepsza?

– Do czego jestem wam potrzebna?

– Do udupienia Sieradzkiego! To znaczy… – Zmieszał się lekko i przeprosił za niezbyt parlamentarne wyrażenie.

Spojrzała najpierw na jednego, potem na drugiego podkomisarza. Obaj mieli jednakowo zawzięte miny, a w oczach wyraz niezłomnego postanowienia. To pomogło jej w podjęciu własnej decyzji.

Opowiadała długo. Przerywali jej często, dopominając się o szczegóły, żądając konkretów. Głośne burczenie w brzuchu zawstydziło Unę, lecz dzięki niemu policjanci uświadomili sobie upływ czasu oraz to, że sami też są głodni. Żeby nie tracić cennych minut na wyjście do restauracji, Laszczak zamówił pizzę, a gdy zostały z niej tylko okruszki, wrócił do zadawania pytań. Dla ułatwienia nagrywali zamiast protokołować i Una musiała często powtarzać jakiś fragment, ich zdaniem za cicho wypowiedziany.

Nastał wieczór. Była już zmęczona siedzeniem na niewygodnym krześle, w ustach miała niesmak od zbyt wielu wypalonych papierosów, a w głowie pojawił się zamęt. Chronologia zdarzeń zaczęła się mieszać, coraz częściej dziewczyna musiała wprowadzać poprawki do poprzednich zeznań.

Laszczak wreszcie to dostrzegł i przerwał w połowie następnego pytania.

– Na dzisiaj wystarczy. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, a pani Sarat za chwilę uśnie na siedząco. Wrócimy do rozmowy jutro.

Then wstał, przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy, i z aprobatą pokiwał głową.

– Czekaliśmy tyle czasu, żeby udupić tego skurwysyna, to możemy poczekać jeszcze trochę. – Spojrzał na Unę ze skruchą. –Przepraszam najmocniej, tak mi się wymsknęło.

Nie miała siły nawet się uśmiechnąć. Wstając, musiała przytrzymać się biurka, bo nagle zawirowało jej w głowie. Laszczak spojrzał na nią z niepokojem.

– Źle się pani czuje?

– Nie, nie… To tylko zawrót głowy, za długo siedziałam bez ruchu – zlekceważyła problem. –Mogę już sobie pójść?

– A gdzie chce pani iść? Myślałem, że mamy umowę!

Zanim zdążyła odpowiedzieć, Then cofnął się od drzwi.

– Masz zamiar umieścić ją na dołku? Nie podoba mi się ten pomysł, lepiej, żeby nikt nie wiedział, gdzie jest.

– Zabieram ją do siebie. Tam będzie bezpieczna. Nie zgodziła się na ochronę policyjną – wyjaśnił koledze Daniel.

Mężczyźni znowu rozmawiali o niej, jakby była nieobecna, potem wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Widząc to, Una poczuła ogarniający ją chłód i niewiele myśląc, ruszyła ku wyjściu. Byle dalej od nich! Zrobiła zaledwie parę kroków, gdy Then zastawił jej drogę.

– Niech się pani nie wygłupia – powiedział cicho, nie próbując jej dotknąć. –Chce pani znowu wpaść w łapy tego gnoja? Myśli pani, że on to daruje?

– Nie musi się pani niczego obawiać. Mieszkam z narzeczoną – tłumaczył Laszczak z telefonem przy uchu. Chwilę później jego zmęczona, posępna twarz rozjaśniła się w uśmiechu. –Cześć, włamywaczko. Jesteś w domu? – Słuchał uważnie, wreszcie ponownie się odezwał, tym razem z lekką pretensją: –Tamaro, przecież już o tym rozmawialiśmy. Nie powinnaś tyle czasu spędzać w warsztacie. Niepotrzebnie tak harujesz. Lepiej idź do domu i przygotuj pokój na górze. Przez jakiś czas będziemy mieli gościa.

Słuchając tych słów, Una pozbyła się strachu. Pojechała z Laszczakiem również dlatego, że nie miała dokąd pójść; nie pomyślała wcześniej o żadnej kryjówce.

Po przyjeździe na miejsce podkomisarz beztrosko oddał ją w ręce narzeczonej, wysokiej dziewczyny o pięknych ciemnobrązowych włosach i wesołych orzechowych oczach, sam zaś zamknął się w drugim pokoju, żeby w spokoju uzgodnić z Thenem strategię.

Wyglądało na to, że Tamara w ogóle nie przejęła się ani tą niespodziewaną wizytą, ani pozostawieniem Uny pod jej opieką. Stwierdziwszy, że gość potrzebuje chwili relaksu, natychmiast zarządziła gorącą kąpiel. Nalała wodę do wanny, wrzuciwszy najpierw sól kąpielową i pięć aspiryn, a zanim dziewczyna wyszła z łazienki, zdążyła przygotować kolację. I wszystko to bez zadawania pytań, bez pretensji o zdezorganizowanie wieczoru, bez fochów i gniewnych spojrzeń.

– Czemu miałabym się złościć? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Uny, która w końcu nie wytrzymała, zbyt ciekawa przyczyn takiego zachowania. –Skoro Daniel uważa, że tak trzeba, to trzeba. Jest policjantem, więc na takich sprawach zna się lepiej ode mnie. Zresztą ja też niedawno potrzebowałam schronienia i udzielono mi go bez wahania. Teraz mam okazję się odwdzięczyć.

– Przecież to nie ja pani pomogłam! – zawołała zdumiona tym stwierdzeniem dziewczyna. Nie przywykła do bezinteresownej życzliwości; w jej dotychczasowym świecie za wszystko trzeba było płacić.

– Przy okazji pomożesz komuś innemu i w ten sposób wyrównasz dług. – Tamara beztrosko machnęła ręką. –I nie mów do mnie pani, jesteśmy chyba w tym samym wieku. Siadaj i jedz, a potem do spania, bo, jak znam życie, Daniel zwlecze cię z łóżka bladym świtem. Strasznie się napalił na tę twoją historię, najchętniej nie pozwoliłby ci spać, tylko kazał mówić przez całą noc. No i czego masz smutną minę?

Una poczuła dłoń gładzącą ją po włosach, posłyszała zapewnienie Tamary, że na pewno wszystko się ułoży, skoro Daniel wziął sprawy w swoje ręce, i rozpłakała się po raz pierwszy od trzech lat.

Rozdział 1

Śmierć w kamieniołomie

20 grudnia 2014, Bielsko-Biała

Oględziny dobiegały końca. Komisarz Daniel Laszczak zrobił z dłoni daszek, by choć trochę osłonić twarz przed padającym bez ustanku deszczem, i jeszcze raz spojrzał na leżącego mężczyznę. Chciał utrwalić sobie ten obraz w pamięci. Oczywiście będzie mieć do dyspozycji zdjęcia, ale nic nie zastąpi własnego oglądu. Fotografie nie są w stanie oddać tej specyficznej atmosfery miejsca zbrodni, sprawiającej, że zmysły wyczulają się, pozwalając na wychwycenie najmniejszych szczegółów.

Tym razem było mu trudniej, nie odczuwał bowiem nawet cienia żalu. Za życia Artur Sieradzki nie należał do grona praworządnych obywateli i chociaż organa ścigania nigdy nie zdołały mu niczego udowodnić, wszyscy wiedzieli, że niejedno miał na sumieniu.

Daniel rozmawiał z nim wielokrotnie, ostatni raz nie dalej jak kilka dni wcześniej. Śliski jak węgorz Sieradzki bardzo przypominał swojego starszego brata, przeciwko któremu toczyło się śledztwo. Miał w oczach taki sam wyraz okrucieństwa i tak samo uważał się za kogoś, komu inni nie dorastają do pięt. Wykrzywione pogardliwym grymasem usta chętnie obciążyły wszelkimi winami człowieka, który po nagłej śmierci rodziców zaopiekował się sześcioletnim wówczas Arturem.

Laszczak nie darzył Adriana Sieradzkiego sympatią. Wręcz przeciwnie, dużo czasu poświęcił, żeby go dopaść, mimo to słuchając jego brata, nie miał wątpliwości, który z nich jest gorszy. Powiedział nawet potem do kolegi, że firma Adriana wpadła w ręce jeszcze większego psychopaty. A teraz nowy boss nie żył.

Zabójcy nie wystarczyło zadanie wielu ciosów w pierś i brzuch. Krzyżujące się rany na twarzy denata wyraźnie wskazywały na chęć zemsty. Artur Sieradzki za życia uchodził za przystojnego mężczyznę, teraz zaś z trudnością można go było rozpoznać.

Prokurator już odjechał, a ciało właśnie ładowano do ambulansu Zieleni Miejskiej. Komisarz wiedział, że jego słowa nie wpłyną na przyspieszenie sekcji, mimo to spojrzał prosząco na patologa, który szczęśliwym trafem znalazł się na miejscu zbrodni. Na ogół do stwierdzenia zgonu przyjeżdżał lekarz z pogotowia.

– Zróbcie go szybko, dobrze?

Odpowiedziało mu wzruszenie ramion. Ustalenie, kto jest odpowiedzialny za śmierć nowego szefa gangu Pastora, dla nikogo nie było priorytetem.

– Zbieraj zabawki i jedziemy – zwrócił się do technika wypisującego metryczkę.

– Jeszcze moment, już kończę.

W krzakach opodal ciała znaleziono duży, czarno oksydowany nóż. Zabójca nie zadał sobie trudu ukrycia go, tak jak nie wytarł krwi, która zbroczyła nawet rękojeść. Padający bez przerwy deszcz również nie zmył jej całkowicie, pewnie dlatego, że nóż utkwił pod wystającym z ziemi korzeniem. Widocznie zabójca wyrzucił narzędzie zbrodni, nie troszcząc się o to, gdzie upadnie. Wbrew obawom Laszczaka, że ewentualne ślady zostały całkiem zniszczone, technik bez trudu znalazł odcisk palca. Tylko jeden, w dodatku bardzo dziwny.

– Jak myślisz, dlaczego zostawił tylko ten jeden? – zapytał Daniel, któremu nie dawało to spokoju.

– Może niedokładnie wytarł? Skąd mogę wiedzieć? – Technik wzruszył ramionami, lecz komisarz drążył dalej.

– Jarek, czemu tylko jeden? – powtórzył z uporem. –Czy można w ogóle tak chwycić nóż, żeby nie zostawić więcej odcisków? No! – Ponaglił zwlekającego z odpowiedzią mężczyznę.

– Daj mi trochę czasu, dobra? Muszę to przemyśleć, przeprowadzić parę testów. Teraz ci nic nie powiem, bo się napalisz, a potem będziesz mieć do mnie pretensje. Najpierw i tak trzeba ten odcisk zidentyfikować, o ile mamy z czym porównać.

Jarek Wójcicki zajął się pakowaniem swoich rzeczy, dając tym do zrozumienia, że uważa temat za zamknięty. Laszczak postał przy nim jeszcze chwilę, a widząc, że nie usłyszy nic więcej, rozejrzał się wkoło, chcąc się upewnić, że nic nie zostało przeoczone. Zauważywszy, że technik jest gotowy do drogi, wziął w ręce jedną z walizek.

– Trzeba być kompletnym idiotą, żeby porzucać narzędzie zbrodni koło trupa – stwierdził, gdy z pochylonymi głowami, osłaniając twarze przed zacinającym nieprzerwanie deszczem, szli w stronę samochodu.

Przytrzymał mocno drzwi, żeby nie wyrwał ich nagły podmuch niesłabnącego wiatru, wsiadł, włączył silnik i nie czekając, aż pasażer zapnie pas, wcisnął pedał gazu. Ruszył zbyt ostro, spod kół wyprysnęły drobinki żwiru i strugi błota. Technik na wszelki wypadek przytrzymał się uchwytu i odpowiedział dopiero wówczas, gdy, opuściwszy wyboistą drogę, wjechali na ulicę Małej Straconki.

– Do zabójstwa w kamieniołomie bardziej pasowałby kilof – zauważył, a potem pomyślał, że na szczęście sprawca na to nie wpadł. Daniel doszedł do tego samego wniosku i parsknął urywanym śmiechem.

– Wtedy do rana zbierałbyś ślady! Zrób ten nóż jak najszybciej – poprosił, nie robiąc sobie wielkich nadziei.

– Porządne badanie wymaga czasu – odparł mężczyzna, na którym błagalny ton jak zwykle nie zrobił żadnego wrażenia. –Spieszyć to się mogę na piwo.

Komisarz nie próbował dalej naciskać − wiedział, że nic nie wskóra. Technik znany był z dokładności, co było bardzo dobrą cechą, gdyż dzięki niej można było w pełni zaufać wynikom. Niestety Jarek łączył tę dokładność z powolnością, a to już mniej się podobało policjantom niecierpliwie czekającym na efekty jego pracy.

Na komendzie Daniel zastał w pokoju Romana Thena. Mimo że obaj całe życie mieszkali w Bielsku-Białej, ich znajomość zaczęła się dopiero w szkole oficerskiej, wcześniej jakoś nie mieli okazji się spotkać. Po skończeniu szkoły pracowali w dwóch różnych jednostkach. Widywali się sporadycznie i nie wyszli poza luźne koleżeńskie stosunki do czasu, gdy połączyła ich prowadzona sprawa. Te kilka miesięcy wspólnego polowania na seryjnego zabójcę zbliżyło ich, pozwoliło na zadzierzgnięcie więzów przyjaźni, a także zaowocowało niedawnym awansem do stopnia komisarza.

Obaj swego czasu zajmowali się tak zwaną sprawą Pastora. Daniel usiłował dopaść Tadeusza Borkowskiego, podejrzewanego o wiele przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, Roman zaś jego szefa, Adriana Sieradzkiego, oficjalnie właściciela kilku obiektów gastronomiczno-hotelarskich.

Daniel sam wówczas nie wiedział, czy powinien się cieszyć, że dostał tę sprawę, czy raczej złościć. Z jednej strony miał szansę dorwania gangstera od lat wymykającego się organom ścigania, z drugiej zaś przeczuwał, że w starciu z organizacją Pastora jest bez szans. Porozumiał się z Thenem, a potem zaproponowali przełożonym, żeby te dwie sprawy połączyć w jedną. W pierwszej chwili komendanci zgodnie odmówili. Daniel potrafił to zrozumieć. Nikt nie oczekiwał innego wyniku jak umorzenie, nic więc dziwnego, że żaden z komendantów nie kwapił się do wzięcia całości i dobrowolnego pogorszenia statystyk. Po jakimś czasie komendanci doszli do porozumienia, w którego efekcie Roman został oddelegowany do komisariatu Daniela. Mieli wspólnie doprowadzić do rozbicia gangu Pastora, lecz nie zdołali tego uczynić, sprawę bowiem przejęło CBŚ, policjantom zaś polecono, by zapomnieli, że kiedykolwiek mieli z nią do czynienia.

Nieraz zastanawiali się, o co w tym wszystkim chodzi, bo efektów działań CBŚ jakoś nie było widać i chwilami odnosili nawet wrażenie, że to, co miało być działaniem mającym na celu rozbicie gangu, jest w istocie niesieniem przestępcom pomocy.

Trzy miesiące temu nastąpiła nagła zmiana. Niespodziewanie początkiem września Laszczak i Then zostali wezwani do komendanta, który zdradził im kulisy sprawy. Otóż funkcjonariuszom CBŚ udało się umieścić swojego agenta w strukturach Adriana Sieradzkiego vel Pastora, chcąc zlikwidować całą grupę, i dlatego obawiano się interwencji policji. Niestety i bez tego człowiek ten został zdekonspirowany; odnaleziono go martwego, leżącego między kontenerami na śmieci na tyłach dworca kolejowego. Przed śmiercią zdołał jeszcze zadzwonić do swojego prowadzącego policjanta i wyszeptać kilka nieskładnych słów, informujących, że zdradził go któryś z policjantów i że za chwilę zginie.

W tej sytuacji zaniechano dalszych prób infiltracji organizacji Pastora, a w trakcie burzliwej narady na szczycie uznano, że wobec podejrzenia, iż w szeregach CBŚ pracuje człowiek Sieradzkiego, najlepszym rozwiązaniem będzie włączenie do śledztwa policjantów, którzy przez wiele miesięcy zajmowali się sprawą.

Laszczak i Then przyjęli decyzję o oddelegowaniu do CBŚ z mieszanymi uczuciami. Ucieszyło ich, że ponownie dostali szansę rozprawienia się z przestępcą, lecz trochę się obawiali zmiany jednostki. Nie mieli dotąd do czynienia z naczelnikiem CBŚ i nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać po nowym szefie. Pocieszali się, że trzymiesięczne oddelegowanie to nie wieczność i jakoś to zniosą.

Inspektor Maciej Trębacz okazał się mężczyzną nielubiącym czczej gadaniny. Zaraz na wstępie przekazał im wszystkie akta z poleceniem natychmiastowego przystąpienia do śledztwa. W obliczu ostatnich zdarzeń nie wiedział, komu ze swoich ludzi może ufać, stąd wezwanie posiłków z zewnątrz. Raporty policjanci mieli składać wprost na biurko Trębacza, gdyż to jemu bezpośrednio podlegali. Jedyną osobą, która oprócz nich miała prawo poznać wszystkie informacje, był zastępca naczelnika.

Ucieszeni takim obrotem sprawy, Daniel i Roman z zapałem zabrali się do pracy, niestety dni mijały, a oni dalej nie mieli żadnych dowodów przestępczej działalności Sieradzkiego. Chmurna twarz Trębacza mówiła, że inspektor żałuje decyzji o ściągnięciu ich do CBŚ, a docinki kolegów nie poprawiały humoru.

Niespodziewanie w ostatnich dniach września nastąpił przełom. Na policję zgłosił się świadek, i to świadek nie byle jaki, lecz znający większość sekretów Sieradzkiego. Policjanci niemal rzucili się na niego, chcąc uzyskać jak najwięcej informacji, nawet jeśli miałyby to być pozornie niewiele znaczące szczegóły. Dzięki tym zeznaniom Pastor znalazł się w celi, a jego firma w rozsypce. Przejął ją Artur, młodszy o blisko dwadzieścia lat brat Adriana. A teraz Artur również wypadł z gry.

– Jak tam twój trup? Wskazał sprawcę? – odezwał się Then, widząc wchodzącego Daniela.

Laszczak zdjął przemoczoną kurtkę, potrząsnął głową, strzepując z włosów wilgoć, i włączył czajnik. Spędzenie czterech godzin na deszczu i wietrze wiejącym w porywach do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę nie należało do przyjemności, toteż nie przejawiał specjalnego poczucia humoru.

Roman również podszedł do stolika, ochrzczonego przez nich mocno na wyrost aneksem kuchennym.

– Siadaj, ja zrobię – mruknął, domyślając się, że kolega jest wykończony. –Aż tak źle?

– Wyobraź sobie pełno hashtagów zachodzących jeden na drugi, a potem nałóż tę mozaikę na twarz.

Daniel wyjął z kieszeni rozmiękły kartonik, jeszcze rano będący pudełkiem papierosów, zaklął ze złością i odłożył go do szuflady. Potem z wdzięcznością spojrzał na kolegę, podsuwającego mu swoją paczkę.

– Mówiłeś, że chcesz rzucić – zauważył, wysupłując papierosa z na wpół opróżnionego pudełka.

– Mówiłem też, że chcę pojechać do Japonii, a nadal tu jestem. – Then również zapalił. –Co z tą mozaiką?

– Tak mniej więcej wygląda teraz gęba Sieradzkiego. Ktoś zadał sobie dużo trudu, żeby go poszatkować i podziabać. Dodatkowo na piersiach i brzuchu naliczyliśmy wstępnie piętnaście ran.

Roman zalał kawę wrzątkiem i postawił przed kolegą. Zgasiwszy niedopałek, otworzył okno, żeby wypuścić dym, i prawie natychmiast zamknął z powrotem, gdy gwałtowny podmuch zwiał z biurek kartki papieru.

– Pierdolca idzie dostać! Podobno w trakcie halnego niektórzy ludzie robią się agresywni. Może nasz sprawca do nich należy?

– Może… Sieradzki się nie bronił – mruknął Laszczak pozornie bez związku. Then drgnął i popatrzył z nagłą ciekawością.

– Brak ran obronnych?

– To też. Ale lekarz uważa, że prawdopodobnie zginął od razu, od pierwszego ciosu w pierś, a resztę zadano mu już po śmierci. Sekcja wykaże, czy się nie omylił, lecz był dosyć pewny swego. No i obaj z Jarkiem są zdania, że Sieradzki nie został zabity w kamieniołomie, tylko go tam podrzucono.

– No to, kurwa, pięknie! – Roman dopiero teraz zdał sobie sprawę z konsekwencji śmierci Sieradzkiego. –Wiesz, Wolverine, tak sobie myślę, że może trzeba było mimo wszystko dać mu ochronę.

Daniel, od kilku godzin analizujący ten sam problem, potrząsnął głową. Artur nie zginął wskutek ich zaniedbania. Gdy tylko zgodził się zeznawać przeciwko bratu, policjanci zasugerowali możliwość zadbania o jego bezpieczeństwo. Wyśmiał ich. Stwierdził, że ma własną ochronę składającą się z oddanych mu ludzi, a poza tym nie wierzy, by Adrian próbował jakichś wrogich działań. Za bardzo kocha swojego małego braciszka.

– Pastor siedzi w pojedynce. Jak miałby zlecić zabójstwo brata?

– Nawet sędziowskie togi mają kieszenie, a co dopiero mundur klawisza – zauważył Then. –I co my teraz zrobimy bez świadka?

– Mamy drugiego. – Laszczak zbagatelizował problem. –Rzuciliśmy się na braciszka i jego informacje, bo tak było łatwiej, za nim nie snuły się te pieprzone pismaki. Trzeba wrócić do dziewczyny.

Naraz zerwał się z krzesła, tknięty nieprzyjemną myślą, a po minie kolegi poznał, iż Romanowi przyszło do głowy to samo. Jeżeli rzeczywiście Pastor zza krat sterował którymś z byłych podwładnych i zlecił mu zabicie Artura, to drugi świadek także jest w niebezpieczeństwie.

Nie oglądając się na Thena, ruszył do drzwi i szybko wybiegł. Kolega dogonił go dopiero na parkingu, na wszelki wypadek bowiem postanowił zabrać broń, od rana leżącą w szafie. Gdy mijali Osiedle Beskidzkie, Roman nie wytrzymał:

– Przedtem nie pytałem, bo nie było mi to do niczego potrzebne. Gdzie ją umieściłeś?

– U mnie – odparł Daniel zwięźle. Widząc zagubienie Romana, rozwinął wyjaśnienie: –W moim mieszkaniu. Jeszcze go nie sprzedałem, stało puste, więc pomyślałem sobie, że tam będzie bezpieczna.

– Nie bałeś się, że te śledzące ją hieny coś zwietrzą?

– Od dawna jest chłodno, więc nosi czapkę, a wiesz, jak to potrafi odmienić wygląd. Poza tym to rozsądna dziewczyna i rzadko wychodzi z domu. Przed sąsiadami robi za moją kuzynkę. Gdyby ktoś ją rozpoznał, już ukazałyby się smakowite artykuły, nie uważasz?

Then skinął głową. Laszczak miał rację, dziennikarze nie przepuściliby takiej okazji, tymczasem nigdzie nie było o dziewczynie nawet najmniejszej wzmianki. Ostatni raz wymieniono jej nazwisko miesiąc temu.

Gdy zatrzymano Adriana Sieradzkiego, nie wiadomo jakim sposobem do mediów wyciekła informacja, że ten sukces CBŚ zawdzięcza zeznaniom długoletniej kochanki Pastora. Co najdziwniejsze, o Sieradzkim wspominano w mediach zaledwie marginalnie, całą uwagę poświęciwszy jego kobiecie. Zaczepiano ją na ulicy i pytano, jak to jest zdradzić najbliższą osobę. Zamieszczano zdjęcia dziewczyny z nieprzyjaznymi komentarzami, doszło nawet do tego, że ktoś umieścił w Internecie informację o miejscu jej pobytu, a wówczas zaczęło się czatowanie pod domem, w którym znalazła tymczasowe schronienie.

Policjanci mieli całkowitą pewność, że akcją steruje ktoś pragnący za wszelką cenę zdyskredytować ich świadka, i postanowili przenieść ją gdzie indziej, a że zbiegło się to w czasie z deklaracją Artura Sieradzkiego o chęci współpracy, zrezygnowali chwilowo z przepytywania dziewczyny, skupiając swą uwagę na bracie Adriana. Po pewnym czasie zainteresowanie nią przycichło, co było kolejnym znakiem, że któryś z policjantów nie potrafił lub nie chciał zachować dyskrecji.

Inspektor Trębacz podczas afery z mediami zachował kamienny spokój, jakkolwiek widzieli, ile go to kosztowało. Cichym, lecz nabrzmiałym furią głosem poinformował ich o zamiarze oddelegowania na dalsze trzy miesiące, wysłuchał sprawozdania z najnowszych działań i zalecił jeszcze większą ostrożność w rozmowach z kolegami.

Za to dzisiaj, usłyszawszy o śmierci Artura Sieradzkiego, już się nie hamował i klął tak siarczyście, że aż ich zadziwił. Oczekiwali, że to ich obarczy odpowiedzialnością, lecz tylko machnął ręką na usprawiedliwienia i odesłał ich do pracy. Teraz obawiali się, że jeśli drugi świadek także nie żyje, Trębacz zachowa się zupełnie inaczej.

Na osiedlu Wojska Polskiego wiatr szalał z jeszcze większą mocą. Daniel zręcznie uchylił się przed zmierzającym mu prosto w twarz kawałkiem dykty, potem parsknął śmiechem na widok chudego młodzieńca, który musiał przytrzymać się latarni, żeby podmuch go nie przewrócił. Laszczak przez chwilę walczył z drzwiami samochodu, które przejawiały zamiar pofrunięcia śladem dykty, a z drugiej strony auta Roman zmagał się z tym samym problemem. Po dość długiej chwili obaj wygrali te zapasy z nieożywionymi przedmiotami, lecz zanim dobiegli do wejścia prowadzącego do klatki schodowej, obaj mieli przemoczone spodnie, a woda skapująca z włosów spływała im za koszule.

– Zaraz po pracy kupię parasol – oświadczył Then uroczyście.

– Dużo ci to pomoże przy takim wietrzysku. – Daniel wzruszył ramionami. –Lepiej kup kurtkę z kapturem.

– Mam kaptur! – oburzył się Roman. –Tylko że go odpiąłem i schowałem, i za cholerę nie mogę znaleźć.

– Zadzwoń na policję i zgłoś zaginięcie – doradził Daniel z poważną miną.

Mijając drzwi oznaczone trójką, obaj jednocześnie pomyśleli o tym samym. W ubiegłym roku za tymi właśnie drzwiami zginął ich kolega.

– Cholewik by się ucieszył, nienawidził Pastora jak zarazy – mruknął Roman.

– Nie on jeden. Rzadko się trafia podobna kanalia. A z braciszka był jeszcze większy parszywiec. Popieprzona rodzinka.

Weszli na drugie piętro. Daniel z przyzwyczajenia sięgnął do kieszeni po klucze, a gdy ich nie znalazł, uświadomił sobie, że tym razem jest tutaj tylko gościem. Wyciągnął rękę w stronę dzwonka, potem wolno ją opuścił.

Then z niedowierzaniem obserwował kolegę cofającego się powoli od drzwi i sięgającego po broń. W kilku krokach pokonał dzielący ich dystans, stanął obok i spojrzał. Drzwi były uchylone, a pęknięta framuga i ślady licznych wgnieceń na skrzydle nie pozostawiały żadnych wątpliwości.

Porozumieli się bez słów. Dobywszy broni, Roman nogą pchnął drzwi, a gdy rozwarły się na całą szerokość, wycelował pistolet w głąb mieszkania. W tym czasie Laszczak przemknął do przedpokoju. Nic się nie wydarzyło. W mieszkaniu panowała cisza. Powoli obeszli je całe, lecz nigdzie nie natrafili na ślad czyjejkolwiek obecności. Świadek zniknął.

Nie musieli już troszczyć się o to, że ktoś ich zauważy, toteż Then włączył światło. Była siedemnasta, a o tej porze roku, w dodatku przy takiej pogodzie, zmierzch przychodzi wcześnie.

Nic nie wskazywało na to, że doszło tu do walki. Wszędzie panował idealny porządek, wszystkie sprzęty stały na swoim miejscu, a przecież gdyby dziewczyna stawiła minimalny bodaj opór, coś przy tej okazji musiałoby się przewrócić, rozbić, zniszczyć…

– Chyba poszła z nim dobrowolnie – stwierdził Roman, po raz kolejny omiatając wzrokiem pokój. Zauważył sceptyczne spojrzenie kolegi i wzruszył ramionami. –Przecież to nie dziecko, które można złapać pod pachę i zwyczajnie wynieść z mieszkania. Gdyby nie chciała z nim pójść, to na pewno by się broniła, a wtedy nie byłoby tu takiego porządku.

– Można stracić ochotę do sprzeciwu, gdy widzi się przed sobą lufę pistoletu – odparł Daniel w zamyśleniu.

W przeciwieństwie do Thena nie wierzył, że dziewczyna poszła z napastnikiem z własnej i nieprzymuszonej woli. Jej niechęć do ludzi Pastora nie mogła być udawana.

Naraz coś przyszło mu do głowy. Przeszedł do przedpokoju i uważnie obejrzał wieszak na ubrania. Za każdym razem, gdy odwiedzał świadka, wisiały tam kluczyki od samochodu. Teraz ich nie było.

Nie chciał sam przeszukiwać mieszkania; wpadając tu wraz z Thenem, wystarczająco zanieczyścili miejsce zdarzenia i teraz technik będzie musiał oddzielić pozostawione przez nich ślady od innych. Pocieszał się, że przecież już dawno naznaczyli sobą to miejsce. Wszak mieszkał tutaj, a Roman parę razy był jego gościem, a więc ich ślady znajdowały się tu już wcześniej.

W oczekiwaniu na technika wyszli przed dom. Zapalili, potem Daniel poszedł rzucić okiem na parkingi przy sąsiednich blokach. Dziewczyna wspomniała kiedyś, że na wszelki wypadek stawia samochód trochę dalej, żeby nikt się nie domyślił, w którym budynku mieszka. Zawędrował dość daleko, nigdzie jednak nie znalazł jej auta. Kremowy jimny zniknął wraz z właścicielką.

Przed swoim blokiem nie zastał już Thena. Znak, że technik dojechał. Wchodząc po schodach, Daniel posłyszał szmer prowadzonej rozmowy i wkrótce dojrzał Jarka, dokonującego oględzin uszkodzonych drzwi. Obok stał Then, zaglądając technikowi przez ramię.

– Cześć, Wolverine, znowu się spotykamy – odezwał się Jarek na widok Laszczaka. –Zakochałeś się we mnie, że musisz mnie oglądać dwa razy w ciągu dnia? Klamka dla ubogich – stwierdził, wskazując wgniecenia na skrzydle drzwiowym. –Zwykła partanina, zero finezji. Są tu jakieś paluszki, ale równie dobrze mogą należeć do ciebie lub tego dziewczęcia. Masz jej kartę?

– Czemu miałbym mieć? – odpowiedział pytaniem. –Nie jest podejrzaną.

– A dlaczego schowałeś ją we własnym mieszkaniu? Coś mi nie pasuje…

– Ona nie popełniła żadnego przestępstwa, tylko sypiała z przestępcą… – przerwał technikowi Roman i nie dokończył, bo teraz jemu przerwał Daniel, rzucając jednocześnie ostrzegawcze spojrzenie. Then posłusznie umilkł, pozwalając, by to kolega odpowiedział.

– Spanie z facetem nie jest czynem zabronionym, choćby gość był nie wiem jak obrzydliwy. Gdyby było inaczej, twoją żonę też musiałbym zamknąć.

– Znalazł się ładniutki! Nic dziwnego, że musiałeś wziąć sobie dziewczynę z łapanki! – odgryzł się technik, a Laszczak wybuchnął śmiechem.

To właśnie do tego mieszkania włamała się Tamara, a Daniel ją na tym przyłapał. Potem mu uciekła, a on ją odszukał i od tamtej chwili byli praktycznie nierozłączni. W sierpniu się zaręczyli, a potem zamieszkali razem w jej domu. Mieszkanie Laszczaka postanowili sprzedać i z uzyskanych w ten sposób pieniędzy przeprowadzić remont budynku, w którym prócz części mieszkalnej znajdował się też warsztat ślusarski.

– Gdyby Tamara była z nimi, nie musieliby używać łomu. Ona takie zamki otwiera w kilka sekund – stwierdził nie bez dumy.

– Wiem, wiem. – Jarek machnął ręką. –Nigdy nie zapomnę miny starego, kiedy otwarła mu szafę!

Jakiś czas temu naczelnikowi zawieruszyły się gdzieś klucze od szafy pancernej. Próbowano ją otworzyć, używając do tego wszelkich dostępnych i w miarę pasujących kluczy, lecz bez skutku. Potem zabrał się do dzieła Jarek z pękiem wytrychów, lecz po godzinie, zziajany i spocony, musiał uznać swą porażkę. Usłyszawszy o problemie, Daniel zadzwonił po Tamarę. Gdy przyjechała, przedstawił ją jako zaprzyjaźnionego ślusarza, co właściwie nie było kłamstwem. Dziewczyna prowadziła warsztat ślusarski i sama w nim pracowała, a co do przyjaźni, to przecież z narzeczoną można się przyjaźnić!

Tamara uważnie przyjrzała się szafie. Po chwili wyjęła swoje narzędzia i zaczęła przymierzać do zamków, coś tam mrucząc pod nosem. Zgromadzeni najpierw obserwowali ją z uwagą, a gdy nic się nie działo, stracili zainteresowanie spektaklem. Jakiś czas jeszcze stali, przerzucając się uwagami o kobietach próbujących dorównać mężczyznom, potem zaczęli się rozchodzić. Wtedy Tamara wstała z kolan i, pozbierawszy swe narzędzia, podeszła do Daniela z nieodgadnioną miną. Pożałował, że kazał jej przyjechać i tym samym naraził na upokorzenie.

– Nie przejmuj się, każdy kiedyś przegrywa – mruknął pocieszająco.

– Powiedz to szafie!

Uśmiechnęła się do naczelnika, robiąc dłonią zapraszający gest. Mężczyzna podszedł, szarpnął za uchwyt i pociągnął, a drzwi otwarły się na całą szerokość…

Wewnątrz mieszkania znaleziono całą masę odcisków palców, a także stare ślady krwi w okolicach zlewozmywaka. Laszczak przypomniał sobie, że kiedyś skaleczył się w rękę, myjąc szklankę.

– Ciekawe, co jeszcze bym tu znalazł – wyzłośliwiał się technik, zerkając kpiąco na właściciela.

– Wal się!

– Właśnie o tym mówię. – Mężczyzna wykonał gwałtowny unik i ręka Daniela zamiast w kark, klepnęła go w ramię. –Szczerze mówiąc, oprócz tych drzwi nie widzę tu niczego świadczącego o przemocy. Na półkach z odzieżą idealny porządek, chociaż według mnie trochę tego mało. Podobnie z bielizną. Nie ma tutaj żadnych osobistych papierów, a przecież każdy ma coś takiego.

– Ona chyba nie miała tego zbyt wiele, nie przypominam sobie żadnych skoroszytów, a najczęściej w czymś takim przechowuje się dokumenty. – Laszczak wysilił pamięć, lecz na darmo. Albo nie zwrócił uwagi, albo dziewczyna rzeczywiście niczego takiego nie posiadała.

– Kto to w ogóle jest? Cały czas mówicie „ona”. Nie chcesz, to nie gadaj! – Obraził się Jarek. –Ale łatwiej by mi było, gdybym coś o niej wiedział. Bo tak… mam zgadywać, co jest ważne i czego szukać?

Daniel porozumiał się wzrokiem z Romanem, który skinął głową.

– To świadek. Ukryłem ją tutaj dla bezpieczeństwa.

– Zajumali wam świadka? Ja pierdolę! Podawała wam kogoś ważnego? – Technik spojrzał najpierw na jednego, potem drugiego komisarza i zrozumiał. –Pastor? Nie wiedziałem, że mieliście dwóch świadków.

– Dobrze to ująłeś. Mieliśmy. – Then wykrzywił twarz w ponurym grymasie. –Teraz jeden gryzie ziemię, a drugi… Pewnie wkrótce ją znajdziemy. Martwą – dokończył z goryczą.

– Czekaj, daj się zastanowić. Zapalcie sobie na balkonie albo co. Potrzebuję ciszy.

Mężczyzna usiadł w fotelu, lekceważąc fakt, że jeszcze go nie sprawdził. Widząc jego nieobecne spojrzenie, Daniel sięgnął po papierosy i zgodnie z poleceniem wyszedł na balkon. Gwałtowny podmuch wiejącego prosto w twarz wiatru na chwilę odebrał mu oddech, wtłaczając powietrze z powrotem do płuc. Laszczak cofnął się gwałtownie i wpadł na podążającego za nim Romana.

– Co jest? Odbiło ci?

– Chodźmy na korytarz. Jak tutaj zapalisz, to wiatr ci wepchnie papierosa do gardła.

Przemknęli obok zamyślonego Jarka i na klatce schodowej oddali się nałogowi. Do czasu, ponieważ idąca w dół kobieta zwyzywała ich od imbecyli zatruwających środowisko, a gdy nie zareagowali, zagroziła wezwaniem policji. Krztusząc się ze śmiechu, wrócili do mieszkania.

Technik znowu stał przed szafą z ubraniami. Przesuwał wzrokiem po półkach, mrucząc coś niewyraźnie. Podszedł do wersalki, otworzył schowek na pościel, zajrzał i zamknął, po czym przyniósł z kuchni krzesło i stanąwszy na nim, po raz kolejny zajrzał do szafy. Tym razem do nadstawki.

– Coś nie tak? – nie wytrzymał Daniel. Cierpliwość nie zaliczała się do jego wiodących cech, a teraz zaczynało go już nosić. Nienawidził bezradnej bezczynności.

– Nie pasuje mi to wszystko. Za mało ubrań.

– Już to mówiłeś. Do czego zmierzasz?

– Nie uważasz, że jeżeli chcieli ją wyeliminować, to najprościej było zrobić to tutaj?

Daniel skinął głową, cały czas bowiem zastanawiał się, dlaczego włamywacz tego nie uczynił, i w końcu doszedł do wniosku, że ich świadek był Pastorowi do czegoś potrzebny.

Przedstawił Jarkowi swój tok rozumowania, lecz ten spojrzał z powątpiewaniem.

– Myślisz o uprowadzeniu? Mogłoby tak być, ale nie słyszałem jeszcze o porywaczu, który by zadbał o bieliznę na zmianę dla swojej ofiary. A tu brakuje ciuchów. Żadna kobieta nie zadowoli się dwiema bluzkami, jednym swetrem i jednymi zapasowymi majtkami! Zobacz sam.

Daniel zerknął do wskazanej szuflady. Rzeczywiście leżała tam tylko jedna para majtek i jeden biustonosz. Na półki nie spojrzał, oglądał je już wcześniej i wiedział, że Jarek ma rację. To, co mieli przed sobą, zmieściłoby się w większej reklamówce, a dziewczyna miała wielką walizę na kółkach. Mocno wypchaną i ciężką. Pamiętał to dobrze, bo osobiście taszczył ją po schodach, podczas gdy Una niosła dużo mniejszą i lżejszą torbę podróżną.

– Walizka! – wykrzyknął, uświadomiwszy sobie wreszcie, co cały czas nie dawało mu spokoju. –Nie widziałem tu nigdzie walizki, a na pewno ją miała. Granatowa, duża waliza na kółkach. I jeszcze torba, nieduża, taka, żeby spakować się na dwa, trzy dni.

– Dlatego zaglądałem do pawlacza i wersalki – odparł technik z uśmiechem. –Pobawiłem się w śledczego i wyszło mi, że porywacze raczej by jej nie użyli, bo po co? Ale ani walizy, ani torby nie ma w mieszkaniu, a to trochę zmienia postać rzeczy.

– Bo oznacza, że panienka dała nogę – rzucił Roman ze złością. –Najpierw naobiecywała cudów, a potem w długą!

– Czekaj! – zmitygował go Laszczak. –Jeśli uciekła, to znaczy, że się czegoś przestraszyła. Mogła się zorientować, że ludzie Pastora ją śledzą, i postanowiła zniknąć.

– Albo uciekła dopiero po włamaniu, bo jej tak kazali – stwierdził Then. Złość już mu przeszła i zaczął myśleć logicznie. –Mogli dać jej do wyboru ucieczkę lub śmierć. Mogli też sami ją gdzieś wywieźć.

– Samochód także zniknął. Nie stoi pod żadnym z bloków i nigdzie nie ma kluczyków. Myślę, że odjechała sama.

W głosie Daniela brzmiała pewność i Roman spojrzał z zaciekawieniem. Wyglądało na to, że kolega wie coś, czego dotąd nie ujawnił.

– Powiedziała ci coś? Wtedy, gdy z wami mieszkała?

– Nic nie mówiła, a ja nie pytałem. W domu była naszym gościem – odparł Wolverine ostro. –Wystarczająco dużo stresu miała w trakcie przesłuchań. Chodzi mi o coś innego. Co robisz po przyjściu do domu?

– Najpierw żrę, a potem leżę.

– Wcześniej. Podchodzisz do drzwi, wyjmujesz klucze. Otwierasz, wchodzisz i…?

– A, o to pytasz! – Then zamyślił się, próbując odtworzyć w myślach wykonywane czynności. –Kładę klucze na półce, potem zdejmuję kurtkę i buty.

– Wystarczy – przerwał Daniel. –A gdy wychodzisz?

– To samo, tylko w odwrotnej kolejności. Wkładam buty, kurtkę, potem biorę klucze i zamykam drzwi. Dowiem się wreszcie, do czego zmierzasz?

– Do tego, że nie widzę sensu w zabieraniu kluczy, którymi nie ma czego zamknąć. Wiem, że ona kładła je na półeczce przy wieszaku. Byłem tu parę razy i widziałem. Teraz ich nie ma, a uszkodzonych drzwi nie da się zamknąć. Wniosek?

– Że wyszła, gdy jeszcze były całe. Albo nie były, a klucze wzięła automatycznie i schowała do kieszeni – włączył się technik, słuchający z zainteresowaniem.

– Większość kobiet nosi klucze w torebce – zaoponował Daniel. –Twierdzą, że od wpychania ich do kieszeni rwie się podszewka – dodał z cierpiętniczą miną, gdyż nie dalej jak w ubiegłym tygodniu z takiego właśnie powodu Tamara zrobiła mu awanturę.

– Więc jesteś pewien, że uciekła. – Roman szybko poszukał dziury w tej hipotezie. Nie znalazł. –Domyślamy się dlaczego, pozostaje pytanie dokąd. Skąd ona pochodzi?

– Z jakiegoś miasta w pobliżu Bielska. Nie pamiętam. Trzeba sprawdzić w dokumentach. Zrób to, a ja pojadę do Pastora. Ale najpierw dowiedz się, czy Artur Sieradzki miał jeszcze jakichś krewnych prócz Pastora. I zajrzyj do ich domu, pogadaj z ludźmi. Mogą wiedzieć, czy był jeszcze ktoś, kto go bardzo nie lubił.

Laszczak skrzywił się na myśl, że będzie musiał poinformować Sieradzkiego o śmierci brata. Potem uzmysłowił sobie, że jeśli ich założenia nie są błędne, Pastor od dawna o tym wie, bo sam tę śmierć zlecił.

Uważnie obserwował twarz gangstera, szukając oznak mówiących, że rozpacz jest udawana. Niczego takiego nie dostrzegł. Oczy Sieradzkiego wypełniły się łzami, głos drżał, gdy mężczyzna przemówił:

– Mój mały braciszek nie żyje! Kto mógł zrobić coś takiego? I dlaczego? Przecież on niczemu nie zawinił, to ja byłem tym złym!

– Na razie ustaliliśmy, że byłeś jedyną osobą mającą motyw – stwierdził Laszczak sucho.

Pastor zrobił ruch, jakby chciał zerwać się z krzesła, lecz zaraz oklapł i zwiesił głowę. Mówił cicho, na granicy słyszalności.

– Miał zaledwie sześć lat, kiedy zginęli nasi rodzice. Mały, przerażony chłopczyk, nieodstępujący mnie nawet na krok. Tak bardzo się bał, że także zniknę. Miałem wtedy zupełnie inne plany, zamierzałem zawojować świat, ale nie mogłem go zostawić. Nie utrzymywaliśmy z rodziną żadnych stosunków i wiedziałem, że jeśli zajęliby się Artkiem, to wyłącznie z obowiązku. Nie miałem wyjścia, wystąpiłem o opiekę nad bratem. Wychowałem go i kochałem jak własne dziecko. Nie potrafiłbym go skrzywdzić.

– Zdradził cię, wystawił jak zwierzynę łowną. To chyba wystarczający motyw.

Sieradzki podniósł głowę i spojrzał policjantowi prosto w oczy.

– To za mało. Wiem, że Artek jest… był słaby. Źle go wychowałem. Dawałem wszystko, czego tylko zapragnął, likwidowałem jego problemy, płaciłem za niego i myślałem za niego. Przez to wyrósł na zarozumiałego, zakochanego w sobie gnojka. Ale to w dalszym ciągu był mój brat i tylko to się liczyło! Wiedziałem, że zżerają go zazdrość i ambicja, i że jest kwestią czasu, kiedy wystąpi przeciwko mnie.

– I nie próbowałeś przeciwdziałać? – Wbrew sobie Daniel poczuł odrobinę współczucia dla załamanego człowieka, w niczym nieprzypominającego tamtego butnego bossa sprzed kilku miesięcy.

– Jestem zmęczony. Przez ponad dwadzieścia lat napędzała mnie walka o władzę, bo niczego innego nie miałem. Jako dwudziestoczterolatek dla dobra brata zrezygnowałem z uczucia, bo ukochana osoba kazała mi wybierać. Wybrałem Artka i nigdy nie żałowałem, chociaż nieraz nie było łatwo. Jakiś czas temu wszedłem w nowy związek i postanowiłem nie trzymać tego w tajemnicy. Nietrudno zgadnąć, jak przyjęli to moi ludzie.

– Doszły mnie słuchy, jak to przyjęli – przerwał mu Laszczak. –Zaczęły się problemy, bo większość nie potrafiła zaakceptować geja jako szefa. Zaczęli się stawiać.

– Zatem pan wie. – Sieradzki uśmiechnął się niewesoło. –Straciłbym pozycję szefa tak czy tak, i zdrada Artka niewiele tu zmieniła. Dziwię się, że to zrobił, bo rozmawialiśmy o przyszłości i wiedział, że za kilka miesięcy dam mu pełnię władzy.

– Dałeś mu także dziewczynę – zauważył Daniel sucho.

– To nie tak – oburzył się Pastor. –Po tym, jak się ujawniłem, przestała mi być potrzebna. Miałem ją wyrzucić na ulicę? Artek obiecał, że się nią zaopiekuje, to wszystko.

– Jasne! A ona na wieść o tym tak się ucieszyła, że wolała przyjść do nas, chociaż była pewna, że trafi do więzienia, bo właśnie to jej wmawiałeś przez trzy lata.

– Musiałem ją jakoś przekonać, żeby została ze mną, inaczej od razu by uciekła. No i się udało!

Pastor uśmiechnął się z triumfem i Daniel momentalnie stracił tę odrobinę sympatii, którą poczuł, słuchając wcześniejszych zwierzeń. Gnój zawsze pozostanie gnojem. Śmierć rodziców i konieczność zajęcia się bratem były tylko pretekstem do wejścia na drogę przestępstwa. Jak każdy człowiek, Sieradzki miał wybór. Mógł zostać handlowcem, księgowym, a nawet policjantem. Tylko że wówczas nie udałoby mu się bezkarnie folgować swojemu okrucieństwu.

– Wiesz, gdzie ona jest teraz? – Musiał o to zapytać, choć domyślał się, jaka będzie odpowiedź. Sieradzki nie zlecił zabójstwa brata, wątpliwe więc było, żeby przedsięwziął jakieś działanie wobec dziewczyny. Przede wszystkim dlatego, że nie miał już władzy.

– Nie mam pojęcia. Pewnie wróciła do Skoczowa – odparł gangster obojętnie, zapominając, że jeszcze niedawno twierdził, iż dziewczyna nie ma dokąd wrócić. –Słyszałem, że nazywają pana Wolverine, bo jest pan zawzięty i nieustępliwy – dorzucił niespodziewanie. –To dobrze. Chcę pójść na układ. Będę współpracować. Powiem wszystko, co chcecie wiedzieć, żeby nie tracił pan czasu na mnie i mógł zająć się szukaniem zabójcy mojego brata.

Daniel tylko spojrzał, wsadził dokumenty pod pachę i wyszedł. Czuł niesmak na samą myśl o zawieraniu jakiegoś paktu z tym człowiekiem, a nieudzielenie odpowiedzi pozwalało jakoś łatwiej to przełknąć.

Wyszedł przed budynek i od razu zadygotał. Deszcz już jakiś czas temu musiał przemienić się w śnieg, bo na chodniku leżała kilkucentymetrowa warstwa, lecz wiatr ani trochę nie przycichł. Do wigilii zostały cztery dni. Może jednak święta będą białe?

Po jego wyjściu siedzący w celi mężczyzna zapatrzył się w wirujące za zakratowanym oknem płatki i przeniósł się myślami w odległe czasy. Trzydzieści lat temu, a jemu wydawało się, że minęło zaledwie kilka dni! To wtedy wszystko się zaczęło.

W 1984 roku miał zaledwie dziewiętnaście lat, ale za to wielkie plany. Nie to co ojciec, który ograniczył się do posiadania jednego nędznego lokalu, mocno na wyrost zwanego restauracją. On chciał więcej. Więcej pieniędzy i przede wszystkim więcej władzy. W głębi duszy gardził Andrzejem Sieradzkim za jego ustępstwa wobec pracowników, przy lada okazji grożących strajkiem, za strach przed milicją i wreszcie za to, że nigdy nie ośmielił się sprzeciwić matce. Co to za mężczyzna?!

Tamtego dnia matka zrobiła ojcu awanturę, że nie pomyślał o wspomożeniu kobiety, której mąż przez kilka lat pracował w ich restauracji. Jakiś czas temu zmarł na tętniaka, a wdowa została sama z dzieckiem. Podobno kiepsko im się powodziło, bo Anna zaszła w ciążę w rok po skończeniu szkoły podstawowej i nigdy już nie uzupełniła wykształcenia.

Andrzej Sieradzki jak zwykle usłuchał i przygotował kopertę z pieniędzmi, a potem wręczył ją synowi z poleceniem dostarczenia Annie Piotrowskiej. Adrian nie odważył się jawnie sprzeciwić, ale aż zatrzęsło nim z wściekłości, że własny ojciec sprowadził go do roli posłańca, i gdy dzwonił do drzwi, był już tylko o krok od wybuchu. Usłyszawszy szczęk zamka, otworzył usta, by powiedzieć dosadnie, co myśli o takich żebraczkach, lecz na widok kobiety zaniemówił. Jeszcze nigdy nie widział kogoś równie cudownego.

Adrian nie przyznałby się do tego nawet za cenę własnego życia, lecz prawda wyglądała tak, że ciągle jeszcze był prawiczkiem. Do tej pory się nie zdarzyło, by poczuł podniecenie na widok dziewczyny, i nieraz rozmyślał z lękiem, że coś z nim jest nie w porządku. Owszem, dawniej zdarzały mu się mokre sny, lecz po przebudzeniu nie potrafił przypomnieć sobie, co je wywołało. Kilka razy podczas oglądania filmów podniecił się do tego stopnia, że musiał sam sobie ulżyć, ale tego stanu nie wywołał obraz nagich piersi czy ud, lecz sceny przemocy. A teraz stał naprzeciwko młodej kobiety o burzy rudych loków, ubranej w obcisły sweterek podkreślający bujne piersi, i miał wrażenie, że za chwilę cienki materiał spodni nie wytrzyma naporu nabrzmiałego członka.

Wyjąkał coś bezładnie, wcisnął jej do ręki kopertę i chciał odejść, lecz Anna przytrzymała go za rękę i zaprosiła na kawę. Potem dowiedział się, że to z powodu zachwytu i żądzy, które dojrzała w jego oczach. Spodobała jej się przystojna twarz i muskularna sylwetka przybysza, a widoczne oznaki podniecenia kazały jej sądzić, że on także jest nią zainteresowany. Nie przewidziała tylko, że młody chłopak nie zamierza tracić czasu na zbędne zaloty. Ledwo zdążyła przekręcić klucz, już przycisnął ją do ściany i jedną ręką sięgnął pod spódnicę, a drugą gmerał przy zamku swoich sztruksów. Krzyknęła zaskoczona, lecz rozgniótł jej wargi w brutalnym pocałunku i zdarł z niej majtki. Później sama przyznała, że poszło mu tak łatwo tylko dlatego, że chciała, żeby wziął ją na tej ścianie.

Adrian jeszcze drżał na całym ciele, gdy zobaczył wpatrzone w siebie oczy stojącego w drzwiach pokoju chłopca, a to spojrzenie sprawiło, że znów się podniecił. Naparł na Annę, lecz zamiast w jej twarz, patrzył w niebieskie oczy Leszka Piotrowskiego.

Ciąg dalszy w wersji pełnej