W Trójkącie Beskidzkim. Cynamonowe dziewczyny - Hanna Greń - ebook
Opis

W TRÓJKĄCIE BESKIDZKIM

Mroczne powieści pełne zbrodni i tajemnic wywodzących się z ciemnej strony ludzkiej natury.

Gdy tak leżała rozciągnięta w literę X, ze złotobrązowymi włosami rozsypanymi na poduszce, stanowiła kwintesencję jego pragnień. Należała do niego. Mógł z nią zrobić wszystko.

W Bielsku-Białej w dziwnych okolicznościach ginie policjant, który zajmował się sprawą morderstwa młodej dziewczyny. Ktoś chciał zostawić obok ciała tajemniczą wiadomość – różę bez kolców – lecz pomylił mieszkania. Czy na pewno był to morderca? Dlaczego wybrał inne drzwi? W śledztwie pojawia się coraz więcej pytań bez jasnych odpowiedzi. Morderca jest bardzo pewny siebie i czuje się bezkarny – mimo że policja odnajduje kolejne ciała jego ofiar, ciągle pozostaje poza kręgiem podejrzeń. Młode dziewczyny o podobnym wyglądzie są bezlitośnie kaleczone i wykorzystywane, a ich napastnik coraz częściej wyrusza na kolejne polowania. Dwóch młodych policjantów łączy siły, by z pomocą przyjaciół schwytać psychopatę, zanim ten skrzywdzi następną dziewczynę. By choć na krok zbliżyć się do sprawcy, uczynić go realnym, nadają mu imię, Yellowknifer. Czas pokaże kto ukrył się pod tym imieniem, czy jeszcze człowiek czy tylko sadystyczny potwór?

Wartka akcja, wciągająca fabuła, dosadny język, krwawe zbrodnie. Myślę, że jeszcze nie raz usłyszymy o tej autorce.

Anna Klejzerowicz, pisarka

„Cynamonowe dziewczyny” to powieść, która pochłania czytelnika nie tylko ciekawą intrygą i świetnie nakreślonymi postaciami bohaterów, ale i opisem relacji międzyludzkich. Hanna Greń stworzyła fascynującą kompilację kryminału z powieścią obyczajową, a całość doprawiła szczyptą bardzo ostrego pieprzu. Polecam.

Augusta Docher, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 456

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PODZIĘKOWANIA

Dziękuję wszystkim, którzy zadali sobie sporo trudu, by ta powieść zyskała obecny kształt.

Mojemu mężowi, o każdej porze dnia i nocy cierpliwie odpowiadającemu na pytania, czy dane działanie jest możliwe w polskich realiach.

Mirkowi Kusakowi, który po przeczytaniu całego tekstu ocenił prawdopodobieństwo zdarzeń i polecił zmienić zakończenie.

Iwonie Kusak – za pierwszą ocenę i skuteczne powstrzymanie moich melodramatycznych zapędów.

Joannie Krystynie Radosz – za zwrócenie uwagi na kilka niezbyt fortunnych sformułowań i walkę z moją szalejącą interpunkcją.

Wszystkim pozostałym czytelnikom testowym, nieszczędzącym mi krytycznych uwag. Każda z nich została wykorzystana.

Wydawnictwu Replika – za udzielenie kredytu zaufania, a także za wspaniałą współpracę podczas nadawania powieści ostatecznego szlifu.

Copyright © Hanna Greń

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowski

Zdjęcie na okładce

Copyright © depositphotos.com/heckmannoleg 

Skład, łamanie, przygotowanie wersji elektronicznej

Maciej Martin

Wydanie I

ISBN 978-83-7674-768-2

Wydawnictwo Replika

Rozdział 1

2013, wrzesień, Bielsko-Biała

„Mimozami jesień się zaczyna” – śpiewała głośno, zagłuszając warkot wiertarki. Jesień była chłodna, lecz słoneczna, i można by się nią zachwycać, gdyby nie góra problemów. Głównie finansowych.

W niewesołe myśli wdarł się sygnał telefonu. Wytarła ubrudzone smarem dłonie w bawełnianą szmatę, odebrała połączenie i ze zdziwieniem rozpoznała zdenerwowany głos kuzyna.

– Przyjedź do mnie! Pośpiesz się.

– Za dwie godziny powinnam się wyrobić – odparła, usiłując pojąć, co skłoniło stroniącego od kontaktów z rodziną Witka do wykonania tego telefonu. Czyżby znów miał kłopoty? Nagle uprzytomniła sobie, że jego okres odbywania kary jeszcze nie minął. Chyba nie uciekł z więzienia? Na samą tę myśl zadrżała z obawy. – Już wyszedłeś?

– Teraz! – warknął, ignorując jej pytanie, i zaniósł się gwałtownym kaszlem. – Przyjedź zaraz. Proszę.

No, jeżeli Witek wymówił magiczne słowo, sprawa musiała być naprawdę poważna.

– Jestem w warsztacie. Muszę brać prysznic czy mam przyjechać tak, jak stoję?

– Rany boskie, nie zapraszam cię na bal! Przyjedź nawet utytłana w błocie, ale przyjedź!

Nie próbowała już o nic pytać. W głosie kuzyna brzmiała panika, a on naprawdę nie zwykł łatwo poddawać się emocjom. Zaciągnęła suwak kombinezonu wysoko pod szyję i wyszła, zamykając dokładnie warsztat. Przekręciła kluczyk w stacyjce swojego leciwego pojazdu, modląc się w duchu, by silnik zaskoczył.

Widocznie była dobrym człowiekiem, bo Pan Bóg wysłuchał modlitwy. Odetchnąwszy z ulgą, ruszyła w stronę ulicy Komorowickiej, gdzie w obskurnej kamienicy kuzyn wynajmował kawalerkę.

Na szczęście, największe natężenie ruchu już się przewaliło i nie musiała czekać w korku przez kilka zmian świateł, jak to nieraz bywało na bielskich ulicach. Gdy, dojechawszy na miejsce, wspięła się na drugie piętro, Witek już czekał w drzwiach. Był blady, na czole wystąpiły mu krople potu.

– Co się stało? Jesteś chory? – zaniepokoiła się, gdyż kuzyn wyglądał fatalnie. Widać było, że trawi go gorączka.

– Złapało mnie jakieś francowate przeziębienie, ledwo chodzę.

Gestem zaprosił ją do środka, odsuwając się od drzwi. Weszła zaciekawiona. Zauważyła, że od ostatnich odwiedzin nic się tu nie zmieniło, mieszkanie było tak samo ponure i zaniedbane. A właściwie wyglądało jeszcze gorzej niż wówczas, wszędzie bowiem zalegał gromadzący się przez ponad dwa lata kurz, gruba zaś warstwa brudu na szybach prawie całkiem zasłaniała widoczność.

– Jak możesz mieszkać w takim syfie? – wykrztusiła. Czyżby więzienie aż tak go znieczuliło, że przestał przywiązywać wagę do czystości i porządku?

– A gdzie miałem pójść? Rodzice nie chcą mnie widzieć, koledzy zniknęli, pieniędzy też nie mam. Gdybyś nie opłacała za mnie czynszu, musiałbym spać na ulicy! – Oparł dłoń o ścianę i skrzywił się, gdy pod wpływem tego dotyku odpadł wielki płat tapety i z cichym szelestem upadł mu u stóp.

Przysiadła na rozchwianym taborecie, który, oprócz zamykanej za pomocą zagiętego gwoździa szafy i wąskiego tapczanu, pamiętającego chyba czasy Gomułki, stanowił całe umeblowanie pokoju. Trudno by było zresztą zmieścić w nim coś więcej.

– Co to za sprawa? – Wróciła do powodów rozpaczliwego wezwania. – Nawet nie wiedziałam, że wyszedłeś.

– Wypuszczono mnie na warunkowe zwolnienie. Wróciłem trzy dni temu i już mnie, psia mać, dopadli!

Witek podszedł do tapczanu, odgarnął na bok pościel i ciężko usiadł. Cała jego poprzednia energia i nadmierne rozgorączkowanie gdzieś zniknęły, teraz emanowała z niego apatia. Gdzie się podział ten zawsze wesoły, niefrasobliwy chłopak?

– Przez trzy dni nie znalazłeś chwili na posprzątanie tego burdelu? – warknęła, nie mogąc się powstrzymać. – Kto cię dopadł? Gliny?

– Żeby to gliny! Nie byłoby problemu. Odsiedziałem swoje, co mogliby mi zrobić? Nie, to taki jeden… Słuchaj, musisz mi pomóc. Tylko ty możesz sobie z tym poradzić.

– Co miałabym zrobić? – spytała, czując podświadomie, co usłyszy.

Nie miała ochoty słuchać, wolałaby wyjść, uciec natychmiast z tego tchnącego beznadzieją mieszkania, zapomnieć o Witku i jego problemach, lecz jedno spojrzenie na wychudłą, ściągniętą strachem twarz sprawiło, że pozostała na miejscu. Dalsze słowa potwierdziły jej podejrzenia.

– Musisz wejść do pewnego mieszkania.

– Co znaczy „wejść”? Zadzwonić do drzwi i się przedstawić? – spróbowała zażartować.

– Nie udawaj idiotki! – Znowu się zdenerwował, zbyt przejęty problemami, by jej słowa mogły go rozbawić. – Wiesz, o co mi chodzi.

– Mam się włamać?! Czyś ty zgłupiał do reszty? Może ty lubisz siedzieć w więziennej celi, ale ja wolę swój dom. Dopóki go jeszcze mam – dokończyła ponuro.

– Masz kłopoty?

– Finansowe. Nie stać mnie dłużej na utrzymanie domu.

– To się świetnie składa! – wykrzyknął i znów dopadł go atak kaszlu, tak gwałtowny, że spojrzała na niego z przerażeniem. Jeszcze większą obawą napawały ją ciągłe zmiany nastroju, tak zaskakujące u zazwyczaj beztroskiego kuzyna.

– Witek, to coś więcej niż zwykłe przeziębienie. Musisz iść do lekarza!

– Potem o tym pomyślę. Teraz powinienem załatwić tę sprawę, inaczej lekarz nie będzie mi już potrzebny. Nie żartuję i nie przesadzam. Słuchaj, kuzyneczko, wiesz, że nie jestem kryształowy, wiele zamków zostawiłem za sobą. Tylko że zawsze były to czyste sprawy. Szybki włam, fanty do plecaka i w długą. Działałem sam, bez pomocników, bez zleceniodawców. Poza jednym wyjątkiem. Na krótko przed wpadką zaczepił mnie pewien facet i zaproponowałdeal, robotę na zlecenie.

– I co, zgodziłeś się?

– Wiem, że powinienem był posłać go w diabły, ale skusiła mnie zapłata. Proponował dużo. Naprawdę dużo, a robota nie wyglądała na skomplikowaną. Rozkminić dwa zamki, zabrać wskazane przedmioty, dostarczyć mu i po sprawie. Zgodziłem się. Nadał mi nawet dzień, w którym wieczorem nikogo nie będzie w domu. Zrobiłem wszystko jak trzeba, zaniosłem w umówione miejsce fanty, odebrałem kasę. Proste, nie?

Podniósł stojącą obok tapczanu colę i pił chciwie. Po chwili przypomniał sobie o gościnności i wskazał kuzynce drugą butelkę. Odmówiła ruchem głowy.

– Niby proste. – Musiała się z nim zgodzić. – Gdzie był haczyk?

– Myślałem, że nie ma. Zaraz potem mnie zwinęli i przez dwa lata nawet nie pomyślałem o tamtym zdarzeniu. Dzisiaj on do mnie zadzwonił i podał namiary na mieszkanie. Odmówiłem, bo nie chcę już się w to bawić.

– To w czym problem? Ma coś na ciebie?

– Niestety! – Ciężko westchnął i sięgnął po telefon. – Popatrz na to zdjęcie. Podobno jest tego więcej.

Na fotografii uwieczniony był Witek gmerający w zamku drzwi wejściowych. Nad drzwiami widniała tabliczka z numerem domu.

– Niedobrze – stwierdziła.

– Jest gorzej, niż myślisz. Tam znaleziono martwą dziewczynę. – Głos mu drżał, w oczach malował się lęk.

– Co?! Kiedy?! – krzyknęła, nie mogąc opanować zaskoczenia.

– Ja włamałem się po siódmej wieczorem. Właściciele wrócili o drugiej w nocy i znaleźli zmasakrowane ciało córki.

Przełknął głośno ślinę i pochylił głowę, z taką uwagą spoglądając na ekran telefonu, jakby pierwszy raz widział feralne zdjęcie.

Przestała się dziwić jego przestrachowi i rozpaczy, sama również zaczęła się o niego bać. Jak z tego wybrnąć?

– Skąd to wiesz? Od niego? Ty, a może to ściema?

– Masz mnie za głupiego? Podzwoniłem po kumplach, pogadałem o pierdołach i przy okazji popytałem o tamten dom. Mówili, że rzeczywiście zamordowano tam dziewczynę i że podobno do tej pory nie wiadomo, kto to zrobił. Umorzono z powodu niemożności wykrycia sprawcy czy jak tam gliniarze nazywają taką sytuację. A ten mój zleceniodawca powiedział, że jeśli się zgodzę, dostanę kasę, a jeżeli nie, policja dostanie zdjęcia. Nie mam wyjścia. Ja naprawdę chciałem z tym skończyć!

Witek miał łzy w oczach i to przemówiło do niej dobitniej niż wszystkie słowa. Ostatni raz widziała go płaczącego, gdy byli jeszcze dziećmi. Musiała mu pomóc!

– Nie lepiej iść na policję i opowiedzieć im całą tę historię? – spytała, bo takie postępowanie wydało jej się najrozsądniejsze.

– Zwariowałaś? Myślisz, że gliniarze mi uwierzą? Od razu wsadzą mnie za to włamanie, w dodatku jako recydywistę, i pewnie jeszcze dopasują do kompletu zabójstwo. Nigdy, wolę zdechnąć! W pierdlu przysiągłem sobie, że kończę z tym interesem. Pomyślałem, że może znajdziesz mi robotę u siebie… Zrozum, nie chcę tam wracać! Ja nie jestem taki twardy jak tamci. Nie dam rady.

– Chcesz żyć uczciwie i zaczynasz od przestępstwa? Zastanów się, czy to na pewno dobre wyjście.

– Nie mogę wrócić do więzienia. Proszę cię, zrób to! Włamanie musi nastąpić dzisiaj, o pierwszej w nocy. Takie jest polecenie. Żadnej kradzieży, rozumiesz? Wchodzisz, zostawiasz w mieszkaniu różę i wychodzisz. Gdyby co, pomyliłaś adres. Nie ma kradzieży, więc nie ma przestępstwa.

Ze wszystkich słów, które padły tego popołudnia, ostatnia wypowiedź kuzyna zaskoczyła ją najbardziej.

– Nie rozumiem. Masz się włamać tylko po to, by podrzucić różę? Przecież to kompletnie bez sensu!

– Też tego nie rozumiem. Pytałem, ale powiedział, że to nie moja sprawa. Powinno mi wystarczyć, że za robotę dostanę tysiaka.

– Dziwne…

– Poprzednio też było dziwnie. W tamtym domu leżało pełno drogich gadżetów, a on kazał mi zabrać tylko takie gówna.

– Czyli co? – Przechyliła głowę, by nie pominąć żadnego z wypowiadanych cichym głosem słów. Sprawa stawała się coraz bardziej zagmatwana.

– Srebrny łańcuszek z Matką Boską, etui na wizytówki i klucze. Z ciekawości sprawdziłem, czy klucze pasują do drzwi. Nie pasowały.

– Do etui zajrzałeś?

– A jak myślisz? – Witek błysnął zębami w uśmiechu, na moment stając się dawnym, niefrasobliwym urwisem. – Nic tam nie było, tylko zdjęcie jakiejś laski. To co, pomożesz? Nie dam rady sam tam iść, ledwo mam siłę wstać z łóżka. Proszę cię. Tylko ty możesz mnie zastąpić. Niejednokrotnie myślałem o tym, że marnujesz te swoje cudowne rączki. Odwdzięczę się.

– Niby jak? – Zaśmiała się, słysząc tę obietnicę, bo, wnioskując z jego wcześniejszych słów, był w jeszcze większym dołku finansowym niż ona.

– Zacznę ci pomagać w warsztacie. Przyjmiesz więcej zleceń, będzie kasa. Możesz mi płacić tylko tyle, żebym miał na żarcie i czynsz za tę norę, resztę przeznaczysz na utrzymanie domu.

Podeszła do okna i, bezmyślnie kreśląc jakieś linie na zabrudzonej szybie, próbowała zebrać myśli. Błagalne spojrzenie Witka wywoływało w niej współczucie, a jednocześnie czuła złość, że kuzyn manipuluje jej uczuciami, chcąc w ten sposób przerzucić na nią swoje problemy. Co ją to wszystko obchodzi?!

Potem wspomniała nie tak znów odległe czasy, gdy sama potrzebowała pomocy. Mimo że chodziło wyłącznie o wsparcie psychiczne, nie pomógł jej nikt z rodziny. Nikt prócz Witka. Nie pytał wówczas o nic, nie próbował jej pouczać ani pocieszać, po prostu był przy niej i to znaczyło więcej niż zbędne słowa.

Zrozumiała, że przyszła pora na spłatę długu. Chcąc nie chcąc, musiała mu pomóc wyjść z tej opresji.

– W porządku, zrobię to, ale tylko ten jeden jedyny raz. Odbierzesz od niego pieniądze i poinformujesz o zakończeniu współpracy.

– Myślisz, że on na to pójdzie?

– Pewnie nie będzie zachwycony. Uprzedź, że jeśli spróbuje ponownie cię do czegoś zmuszać, sam zgłosisz się na policję. Potem zniszcz ten telefon.

– Czemu? Jest całkiem niezły. Tu masz adres. – Podał jej kartkę papieru.

– Idiota – powiedziała bez złości. – Zniszczysz, żeby nie mógł się z tobą skontaktować. Albo nie! Zmień numer, ale tę kartę zatrzymaj. Warto zachować ten ślad.

Zerknęła na kartkę, lokalizując nazwę ulicy na Osiedlu Wojska Polskiego, i bez słowa schowała ją do kieszeni.

– Wie, gdzie mieszkam – zauważył Witek. – Położył mi tę różę na wycieraczce i zadzwonił do drzwi, więc jest świetnie zorientowany.

Znowu zaniósł się gwałtownym kaszlem, z oczu pociekły mu łzy. Otarł je niecierpliwym gestem, zadygotał. Sięgnął po koc i zarzucił go na ramiona.

– Nie będziesz tu mieszkać – odparła zdecydowanym tonem. – Dzisiaj załatw lekarza i czekaj na telefon od tego gnoja. Przyjadę rano, pomogę ci pakować rzeczy. Przeprowadzisz się do mnie.

– Żartujesz?! Przecież pamiętam, że powiedziałaś ciotce, że chcesz mieszkać sama.

– Nie rozumiesz. - Ta harpia zamierzała wprowadzić się do mnie ze swoim kochasiem, córunią, zięciem i całym stadem bachorów, a mieszkanie na Śródmiejskim wynająć i trzepać kasę. Skończyłoby się na tym, że ja płaciłabym za wszystko, a oni panoszyliby się w całym domu. Nie znasz ciotki? Ty to co innego. Za warsztatem jest samodzielne mieszkanie – pokój z kuchnią i łazienka. Za dawnych, dobrych czasów zajmował je pomocnik ojca. Możesz wprowadzić się tam albo do pokoju na górze.

– Wolę tam. Dziękuję. Dlaczego to robisz? – Nie potrafił ukryć pełnego radości zdziwienia.

– Bo ty jeden jesteś normalny w całej tej popieprzonej rodzinie.

– Ja? Kryminalista?

– Przecież wiem, że nie robiłeś tego dla kasy, tylko po to, by popisać się przed kumplami, bo imponował ci ich podziw. Tym właśnie się różnisz od reszty moich sympatycznych krewnych – masz w dupie pieniądze, bardziej obchodzą cię ludzie. Powiedz mi teraz dokładnie, co i jak. Gdzie masz tę różę?

– Tutaj, w wazonie. Nie chciałem, żeby się męczyła i więdła bez wody. – Witek wyglądał na lekko zażenowanego okazaną słabością, lecz kuzynka tylko uśmiechnęła się z aprobatą.

– Zawiń ją w coś – poleciła. – Tak, żeby nie było wiadomo, co wynoszę.

– Myślisz, że obserwuje dom? – Spojrzał na nią z zaskoczeniem, taka możliwość nie przyszła mu do głowy.

– Kto to wie? – Wprawdzie nie sądziła, by tajemniczy ktoś dniem i nocą pilnował domu, lecz wolała się zabezpieczyć. Strach Witka był zaraźliwy, czuła, że jej również się udzielił. – Jest tu jakieś inne wyjście?

– Na podwórze, ale ja nie mam kluczy. Zgubiłem. – Bezradnie wzruszył ramionami, czując, iż znowu swoją beztroską skomplikował sytuację.

– Ojej, a to dopiero problem! – zawołała z udawaną rozpaczą, a w jej orzechowych oczach zabłysły iskierki wesołości. – Powtórz mi teraz wszystko, co mówił. Dokładnie, słowo w słowo.

Daniel Laszczak wrócił do domu tuż przed pierwszą w nocy. Był potwornie zmęczony i marzył o gorącym prysznicu. Nie zapalając światła, wszedł do pokoju. Zaczął się rozbierać, lecz zdążył jedynie zdjąć marynarkę i koszulę, gdy usłyszał cichutki chrobot. Znieruchomiał z ręką na guziku spodni. Chrobot się powtórzył. To był dźwięk zamka w drzwiach. Daniel bezszelestnie przeszedł do przedpokoju i wtopił się między wiszące na wieszaku okrycia. Odpiął kajdanki od paska i rozpiął kaburę. Czekał.

Przez uchylone leciutko drzwi weszła ciemno odziana postać. Na chwilę zastygła w zupełnym bezruchu, jakby próbując rozeznać się w topografii mieszkania, potem zaczęła powoli przemykać w stronę pokoju. Jeszcze dwa kroki, jeden… i znalazła się tuż koło Daniela. Nie czekał dłużej. Błyskawicznym ruchem dopadł intruza, ciężarem ciała przycisnął do ściany. Włamywacz uniósł rękę, chcąc go odepchnąć, a wtedy Laszczak z cichym szczękiem zatrzasnął na niej kajdanki. Szarpnął spętaną dłoń i nie zważając na jęk bólu, który wyrwał się z ust przeciwnika, przypiął kajdanki do metalowej ramy wieszaka.

Wiedząc, że intruz jedną rękę ma wolną, wyjął broń i sięgnął do kontaktu. Zmrużył oczy, nie chcąc zostać oślepionym. Spojrzawszy spod na wpół przymkniętych powiek, omal nie otworzył ust ze zdziwienia. Włamywaczem była kobieta. Ubrana w ciasno przylegający do ciała czarny, skórzany kombinezon i buty z sięgającymi kolan cholewkami była niesamowicie zgrabna. Wysoka i szczupła, lecz w odpowiednich miejscach przyjemnie zaokrąglona. Miała wielkie, bardzo teraz przerażone orzechowe oczy i gładko sczesane do tyłu brązowe włosy z jasnym, prawie białym pasemkiem.

Na podłodze leżał opakowany w gazetę podłużny przedmiot. Nie odrywając wzroku od dziewczyny, Daniel przeszedł nad nim i zbliżył się do swojego jeńca. Długą chwilę przyglądał się w milczeniu. Panującą ciszę zakłócał tylko jej przyśpieszony oddech. Opuściła głowę, wpatrując się w czubki swoich butów.

– Kim jesteś? – spytał wreszcie.

Nie odpowiedziała, jedyną reakcją było jeszcze niższe pochylenie głowy. Daniel zrobił kolejny krok i końcem lufy uniósł jej brodę. Szarpnęła się w bok, lecz przytrzymały ją kajdanki. Jęknęła i nerwowo oblizała usta. Ten gest wywołał w mężczyźnie gwałtowny przypływ pożądania. Podszedł jeszcze bliżej i przyciągnął do siebie tak, by nie mogła mieć wątpliwości co do jego reakcji na jej obecność. Zbliżył twarz do jej twarzy tak blisko, że czuła na wargach tchnienie jego oddechu, gdy zaczął mówić:

– Sama do mnie przyszłaś. Wiesz, co mógłbym, co chciałbym z tobą zrobić? Co miałaś zamiar ukraść?

Miotała się, usiłując go odepchnąć, lecz on w odpowiedzi przytulił ją jeszcze mocniej. Odkrył, że ma włosy splecione w gruby warkocz. Sięgnął do niego, zsunął gumkę, rozplótł, a ciemnobrązowy, migotliwy gąszcz okrył jej plecy jak płaszcz. Na ten widok wciągnął gwałtownie powietrze w płuca. Podniósł do oczu kontrastujące z resztą włosów jasne, wyrastające nad czołem pasmo. W świetle lampy zalśniło srebrem. Nie było białe, lecz siwe.

– Dlaczego? – zapytał.

W odpowiedzi wzruszyła ramionami.

– Taka moda.

– Jesteś uzbrojona? Pytam o narzędzie, nie o twój wygląd – dokończył z nieukrywanym zachwytem.

Pokręciła głową.

– Nie będę cię upokarzać obmacywaniem. Zresztą nie bardzo wiem, jak w tym ubraniu mogłabyś cokolwiek ukryć.

Daniel odsunął się i ponownie zlustrował jej postać. Oprócz kilku srebrnych ćwieków na skraju kołnierza kombinezonu cała była ubrana w czerń. Zauważył, że na nadgarstku, gdzie pomiędzy skrajem rękawa i rękawiczki widniał pasek gołej skóry, zaczyna pojawiać się czerwona obwódka. To kajdanki zostawiły swój ślad.

– Nie chcesz chyba tak stać całą noc? Nie wierć się, bo otrzesz nadgarstek do krwi. Musisz mi odpowiedzieć na kilka pytań, a wtedy zastanowię się, co z tobą zrobić. Jak masz na imię?

– Tamara – odpowiedziała ledwo słyszalnym szeptem.

– To twoje prawdziwe imię? Masz jakiś dokument?

Ponownie pokręciła głową.

– Odpowiedz.

– Nie – znów zaszeptała.

– Nie jest czy nie masz? Sprecyzuj. Możesz mówić głośno, tu wszystkie ściany są wyłożone korkową płytą. Maksymalne wyciszenie, my nie usłyszymy nikogo i nikt nie usłyszy nas. Więc?

– Nie mam dokumentów i to jest moje prawdziwe imię.

– Powiedzmy, że ci wierzę. Co chciałaś ukraść?

– Nic.

– Moja wiara nie jest nieograniczona, Tamaro. Włamałaś się do mojego mieszkania, ale nie chciałaś kraść? W takim razie po co? Spodobałem ci się i chciałaś zawrzeć ze mną znajomość?

W jej oczach przez moment rozbłysła wesołość.

– Nie chciałam niczego ukraść, wręcz przeciwnie! – Spojrzała na leżący na podłodze pakunek.

Pobiegł wzrokiem za jej spojrzeniem, schylił się i podniósł paczkę. Była tak lekka, jakby niczego nie zawierała, lecz gdy zacisnął dłoń na gazecie, wyczuł coś cienkiego i podłużnego. Przypominało giętki pręt.

– Co to jest i po co to przyniosłaś?

Nie czekając na odpowiedź, rozwinął paczkę i ujrzał czerwoną różę na długiej, pozbawionej kolców łodydze.

– Po co? – spytał krótko.

– Nie wiem – odparła, a widząc jego powątpiewanie, dodała szybko: – Naprawdę nie wiem. Poproszono mnie, żebym ją podłożyła, to wszystko.

– To ma coś znaczyć?

– Tego też nie wiem! Nie męcz mnie. Chcesz, to zadzwoń na policję, już mi wszystko jedno!

Ze słów Tamary wywnioskował, że dziewczyna nie orientuje się, kim on jest.

– Ktoś ci zlecił to zadanie? Podał moje nazwisko?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, zadzwonił telefon. Laszczak wydobył aparat z kieszeni, spojrzał na wyświetlacz i cicho zaklął. Telefon umilkł.

– Muszę oddzwonić, potem sobie pogadamy. Uwolnię cię wtedy z kajdanek, ale na razie muszą zostać tam, gdzie są. Gdy będę rozmawiać, przemyśl sobie coś.

– Co?

– Będziesz moja! – oznajmił zdecydowanym, niedopuszczającym możliwości odmowy tonem i musnął wargami jej usta. Potem odwrócił się i wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Dotknięcie warg tego niedającego się wpasować w żadne ramy mężczyzny wstrząsnęło nią do tego stopnia, że przez chwilę stała całkowicie zdezorientowana. Wreszcie, ocknąwszy się ze stanu dziwnego bezwładu, wolną ręką sięgnęła do kołnierza kombinezonu. To, co Daniel wziął za ćwieki, było w istocie zakończonymi ozdobnymi główkami szpilkami ze stalowych prętów. Wyjęła jedną i, pomagając sobie zębami, podgięła lekko jej koniec. Sięgnęła do zapięcia kajdanek. Kilka prawie niewidocznych ruchów i była wolna. Spojrzała na drzwi do pokoju. Sylwetka stojącego nieruchomo mężczyzny rysowała się cieniem w grubym szkle szyby.

Rozejrzała się wkoło i dostrzegła na półce koło wieszaka bloczek kartek. Sięgnąwszy po leżący obok długopis, pochyliła się nad półką. Potem wyszła z mieszkania.

Daniel zakończył rozmowę tak szybko, jak tylko to było możliwe, wrócił do przedpokoju i zaklął. Dziewczyna zniknęła. Gdyby nie wiszące smętnie na wieszaku kajdanki i leżąca na podłodze czerwona róża, można by pomyśleć, że wszystko to mu się przyśniło. Z westchnieniem odpiął kajdanki. Gdy chciał odłożyć je na półkę, zauważył na niej wyrwaną z bloczka kartkę. Na kartce widniały tylko dwa słowa. „Znajdź mnie”.

Uśmiechnął się. Więc jednak nie pozostała obojętna. Stał w przedpokoju i rozmyślał, jak to się mogło stać, iż widok zwykłej włamywaczki wytrącił go z równowagi do tego stopnia, że pocałował ją, wykorzystując fakt, iż była skuta i nie mogła go odepchnąć. To było podłe i całkowicie sprzeczne z jego zasadami. A co najdziwniejsze, wcale nie żałował…

Tknięty nagłą myślą, podszedł do drzwi, chwycił za klamkę i ponownie się uśmiechnął. Drzwi były zamknięte na klucz, jednakże klucz spoczywał cały czas w jego kieszeni. Tamara nie była zwykłą włamywaczką. Była mistrzem.

Podszedł do okna, skąd miał doskonały widok na osiedlową ulicę i ze zdziwieniem dostrzegł przed blokiem radiowozy. Czyżby Tamara włamała się nie tylko do niego? Tylko że wówczas nie przyjechałoby tyle policyjnych pojazdów! Musiało się stać coś innego.

Już miał odejść od okna, gdy kątem oka zauważył w oddali jakiś ruch. Ubrana w czerń postać zbliżała się do zaparkowanego pod drzewem motocykla. Zobaczył powiewające na wietrze długie, ciemne włosy. Jak się tam przedostała, unikając zatrzymania przez policję? Z pewnością przez piwnicę, tak zwanym wyjściem ewakuacyjnym. Wprawdzie to wyjście, wbrew swej nazwie, było stale zamknięte na klucz, lecz zdążył już poznać próbkę jej możliwości.

Niespodziewanie poczuł ssanie w żołądku i usiłował sobie przypomnieć, kiedy właściwie ostatni raz coś jadł. Wyszło mu, że poprzedniego dnia, koło południa. Nic więc dziwnego, że zgłodniał.

Rezygnując chwilowo z kąpieli, poszedł do kuchni. Włączył czajnik, wyjął z lodówki wędlinę i, obwąchawszy wpierw nieufnie, wgryzł się w lekko podeschnięte pęto. Czekając na zagotowanie wody, położył na talerzyku nieco czerstwą bułkę, pomidor i nadgryzioną kiełbasę. Zaparzywszy herbatę, przeniósł się z tym wszystkim do pokoju.

Wygodny fotel, posiłek i gorąca herbata zrobiły swoje. Nagle poczuł taką senność, że postanowił przełożyć prysznic na rano. Teraz pragnął tylko przytulić głowę do poduszki.

Przechodząc koło okna, bezwiednie spojrzał i z zaskoczeniem skonstatował, że nie wszystkie radiowozy odjechały. Dwa nadal stały pod blokiem.

To nie mogła być zwykła interwencja, tylko o wiele poważniejsze zdarzenie.

Westchnąwszy z rezygnacją, na powrót włożył koszulę. Jeżeli coś się stało w jego domu, musiał tam pójść.

Drzwi do mieszkania numer trzy stały otworem; pilnował ich umundurowany policjant.

– Cześć – powitał go Daniel. – Co się tu dzieje?

– Proszę wracać do swojego mieszkania. – Policjant zastąpił mu drogę. – Proszę nie przeszkadzać.

Laszczak wyjął legitymację służbową. Tamten studiował ją uważnie, wreszcie oddał dokument. W tej samej chwili z głębi mieszkania spojrzał na nich mężczyzna ubrany w cywilne ubranie. Podkomisarz Roman Then.

– Cześć, Daniel! Co tutaj robisz? – zawołał tamten ze zdziwieniem. Znali się dość dobrze, razem ukończyli szkołę oficerską, lecz pracowali w innych jednostkach.

– Mieszkam na drugim piętrze. Zobaczyłem was, to zszedłem. Co się stało?

– Zabójstwo, niech to cholera! Dziwna jakaś sprawa. – Then potrząsnął głową, a w tym geście i wyrazie twarzy widać było niepewność połączoną z zaskoczeniem.

– Co może być dziwnego w zabójstwie?

– Zobacz sam!

Laszczak wszedł do mieszkania, rozglądając się uważnie. Wszędzie panował zadziwiający porządek; można było odnieść wrażenie, iż nikt tu nigdy nie mieszkał. W otwartych drzwiach łazienki zauważył technika pobierającego próbki krwi ze ścianki kabiny prysznicowej i powitał go skinieniem głowy. Następne drzwi prowadziły do pokoju, gdzie dostrzegł lekarza pochylonego nad mężczyzną leżącym w wielkiej kałuży krwi. Denat miał poderżnięte gardło i najpierw ta okropna rana przyciągnęła wzrok Daniela. Dopiero później spojrzał na twarz i głośno wciągnął powietrze.

– Ożeż, kurwa! To Cholewik!

– No właśnie. Dobrze go znałeś? – spytał Then.

– Tak sobie. Mówiliśmy sobie „cześć”. Czasem pogadaliśmy i tyle. Mieszkał tu?

– Od lat. Nie wiedziałeś?

– Wprowadziłem się dopiero miesiąc temu, nie znam nawet najbliższych sąsiadów – wyjaśnił Laszczak. – Kto zgłosił zabójstwo?

– Był telefon. Anonimowy oczywiście. Niezidentyfikowany mężczyzna doniósł, że do tego mieszkania dopiero co ktoś się włamał, a sprawca właśnie morduje właściciela. Dyżurny wiedział, że pod tym adresem mieszka Cholewik, więc wezwał, kogo się dało. Pierwszy radiowóz był tu w siedem minut od zgłoszenia. Za późno.

Daniel zacisnął usta. Nieprzyjemne podejrzenie zaczęło kiełkować i rozrastać się w niepokojącym tempie.

– Konkretnie o której godzinie był ten telefon?

– Za pięć pierwsza – odparł Then, przysiadając na parapecie i dając koledze znak, by do niego dołączył. – Bez obaw, już jest zrobiony – wyjaśnił, widząc, iż ten się waha.

– Mniej więcej o tej porze wchodziłem do domu i nie widziałem żywego ducha. To mieszkanie jest wygłuszone? – Daniel usadowił się obok, odwracając głowę tak, by nie musieć spoglądać na ciało.

– Nie sądzę, przynajmniej nic na to nie wskazuje. Dlaczego?

– Tuż przed tymi drzwiami przystanąłem, bo upadła mi gazeta. Nie było słychać żadnych odgłosów. Kompletna cisza wszędzie. A gdzie prokurator? Nie raczy się pojawić?

– Już się pojawił. Przyjechał, rzucił okiem i wybył. Nie znasz Jurzaka i jego słynnego: „Róbcie swoje”? – Then wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu, potem wrócił do interesującej go sprawy. – Więc mówisz, że nikt obcy się tu nie kręcił?

Laszczak zawahał się na moment, potem odparł zdecydowanie:

– Nikogo nie widziałem. Wszedłem do swojego mieszkania, które akurat jest wyciszone na maksa, więc tam nie miałem prawa niczego usłyszeć. Nie słyszałem nawet waszych sygnałów. Gdybym nie wyjrzał przez okno, nie miałbym o niczym pojęcia.

– To by się zgadzało z moim podejrzeniem, że ten telefon to lipa. Nie jestem fachowcem od miejsc zbrodni, ale po mojemu ta krew jest za bardzo skrzepnięta jak na tak krótki okres. Coś mi się widzi, że on zginął wcześniej. Tylko po co ktoś miałby nas informować o zabójstwie? Przecież im później, tym większa szansa na uniknięcie kary.

– Czy to włamanie rzeczywiście miało miejsce? – Daniel zadał pytanie pozornie lekkim tonem i z niepokojem oczekiwał odpowiedzi.

– Na pierwszy rzut oka nic na to nie wskazuje. Na pewno nie było to włamanie siłowe. Jeżeli już, musiał to być jakiś fachura od zamków. Znam tylko jednego, który potrafiłby poradzić sobie z takimi jak te tutaj. To nie są zwykłe łuczniki czy yale, tylko porządne antywłamaniowe zamki. Chłopaki przyjrzą się dokładnie, ale wątpię, czy coś znajdą. Z tym byle partacz by sobie nie poradził.

Roman machnął ręką w stronę drzwi. Laszczak podszedł i przyjrzał się z uwagą zamontowanym zamkom. Kolega miał rację, były porządne, z najwyższej półki.

– A ten włamywacz, o którym wspomniałeś?

– Aktualnie siedzi, więc ma doskonałe alibi.

– No to chyba nie taki dobry, skoro siedzi?

Then roześmiał się, najwyraźniej z osobą genialnego włamywacza nie wiązały się jakieś niemiłe historie.

– Wituś to rzadki talent, można powiedzieć, że zamki ma we krwi. Terminował jako ślusarz u swojego wujka i rzekłbym, że uczeń przerósł mistrza. Po pewnym czasie poczuł się niepokonany i zboczył z uczciwych ścieżek.

– Pieniądze?

– Nie, nigdy o to nie chodziło. Był nieuchwytny, a my dziwiliśmy się, dlaczego ktoś, włamując się do cudzego domu, zabiera tylko jakiś nic niewarty bibelot.

– Dlaczego? – Daniel był zaintrygowany, o takim złodzieju jeszcze nigdy nie słyszał.

– Adrenalina. Dla niego to był sport. Włamywał się, bo cieszyło go, że może to zrobić. Dlatego wpadł. Po pewnym czasie przestało mu wystarczać, że może wejść, gdzie chce, i zaczął z nami pogrywać. Zrobił z tego mecz i przedobrzył.

Roman przerwał i zeskoczywszy z parapetu, podszedł do okna.

– Co robił? – nie wytrzymał Daniel. Nie znosił, kiedy rozmówca robił przerwę, chcąc podnieść napięcie.

– Po każdym skoku wysyłał nam jeden przedmiot – kontynuował Then. Mówił wolno, przeciągając słowa, udając przy tym, że nie zauważa irytacji kolegi. – Jako nadawca pisał na kopertach: „Niewidzialny”. Na jednej z kopert na wewnętrznej stronie zostawił odcisk kciuka, na innej palca wskazującego i środkowego. Mieliśmy go na oku, bo ludzie na ulicy coś tam o nim przebąkiwali, zawód też pasował. No i trafiliśmy. Nie próbował się wypierać, był dumny z siebie.

– Czyli nie przestępca, tylko jajcarz?

– Właściwie tak. Zwrócił wszystkie skradzione przedmioty, współpracował, okazał też skruchę. Dostał trzy lata i nie sądzę, by do tego wrócił po zakończeniu kary.

– Dziwne, że o nim nie słyszałem. Jak się nazywa?

– Witold Stec.

Laszczak zamyślił się, wspominając licznych przesłuchiwanych przez siebie osobników. Nie, nazwisko Steca nic mu nie mówiło, ale nie było w tym nic niezwykłego. Przecież Then pracował w innej jednostce, obejmującej swym zasięgiem zachodnio-północny rejon, on zaś działał w południowo-wschodniej części miasta.

– A ten wujek, który go uczył?

– Bronisław Stec. Nic z tego, co myślisz. Facet zmarł na zawał z sześć lat temu. Synów nie miał, tylko córkę, jedynaczkę. Przejęła po nim warsztat, pewnie zatrudniła sobie fachowców.

– Może pracuje sama? – Daniel wyraził tę supozycję obojętnym tonem, udając lekkie znudzenie. Zaskoczony Then spojrzał na niego z niesmakiem.

– Przecież to jest warsztat ślusarski! Czy spotkałeś kiedyś dziewczynę ślusarza? Za chwilę powiesz, że to ona się włamała i poderżnęła gardło silnemu mężczyźnie, w dodatku policjantowi!

– Faktycznie bez sensu, tym bardziej, że istnieją też inne możliwości. Przecież Cholewik mógł komuś pożyczyć klucze lub dać zapasowe komuś z rodziny czy jakiejś kobiecie. To, że nie był żonaty, nie oznacza, że żył samotnie. A może ktoś z gości kiedyś na wszelki wypadek odcisnął sobie wzór na mydle? Ale dzięki Bogu to już nie mój problem. Gdybym mógł się jeszcze przydać, dzwoń pod ósemkę. Cześć, idę spać.

Nawet nie próbował się kłaść do łóżka, wiedział, że i tak nie zaśnie. Zbyt był podekscytowany zdarzeniami tej szalonej nocy. Rozmyślał o Tamarze. Czyżby pożądanie rzuciło mu się na mózg? Nie, wcale nie to chodziło. Było w niej coś, jakaś dziwna bezbronność. To sprawiło, że miał ochotę otoczyć dziewczynę opieką, pilnować, by nic złego jej się nie przytrafiło… Romantyczny glina, szlag by to! Skłamał koledze, zataiwszy obecność włamywaczki w pobliżu miejsca zdarzenia w czasie, w którym doszło do zabójstwa, a ten fakt sytuował ją jako potencjalną sprawczynię. Tylko że nie umiał sobie wyobrazić, by mogła komuś podciąć gardło, poza tym, po co włamywałaby się później do kolejnego mieszkania? Prócz tego nie istniała możliwość, by dokonując w ten sposób zabójstwa, sprawca nie został pochlapany krwią ofiary. Tymczasem ubranie Tamary pozostało suche i czyste.

Denat był kompletnie ubrany, leżał na środku pokoju. Co to oznaczało? Że nie spał w chwili, gdy zadawano mu śmiertelną ranę. Może zobaczył sprawcę, podszedł… W pokoju nie stwierdzono śladów walki, a przecież stary policyjny wyga nie czekałby spokojnie na poderżnięcie gardła. Chyba że znał sprawcę. W takim przypadku nie miał powodów do obaw, mógł nawet odwrócić się tyłem do swojego zabójcy.

A gdzie w tym wszystkim miejsce na różę? Po co Tamara ją przyniosła? Za dużo pytań, za mało odpowiedzi. Właściwie tych drugich nie było wcale. Zdecydował, że musi jak najszybciej odnaleźć dziewczynę, bo tylko ona mogła tych odpowiedzi udzielić. Daniel zdawał sobie sprawę, iż wchodzi bez pozwolenia na cudzy teren i Then z pewnością nie będzie zachwycony jego mieszaniem się do sprawy, ale nie widział innego wyjścia. Nie cierpiał takich zagadek i wiedział, że nie zazna spokoju, dopóki się nie dowie, czemu miało służyć wysłanie Tamary do jego mieszkania. W dodatku czuł wewnętrzny przymus, by chronić dziewczynę. To było idiotyczne, przecież zupełnie nic go z nią nie łączyło i łączyć nie mogło. On był policjantem, ona włamywaczką. Mimo to postanowił dotrzeć do niej, zanim ktoś inny ją znajdzie.

ROZDZIAŁ II

2014, maj, Szopienice

Siedząc w zaparkowanym na przykościelnym parkingu samochodzie, rozczarowany i wściekły, Milan rozpamiętywał swoją klęskę. Nie zwracał uwagi na otoczenie, nie radował się pięknem majowego dnia. Odebrano mu jego najnowszą zabawkę, a jeszcze w pełni się nią nie nacieszył. Nie nasycił. Nie tak miało się to zakończyć.

Znalazł idealne miejsce – zapuszczony domek na terenie ogródków działkowych, stojący na samym ich skraju, ukryty wśród zdziczałych krzewów derenia i krzaków porzeczek. Za płotem była już tylko Rawa. Odkrył to miejsce przypadkiem i zapisał w pamięci ponad dwa lata temu. Któregoś razu poszedł tam w nocy. Rozciąwszy siatkę w płocie, przez powstałą dziurę przedostał się na posesję. Niespokojnie zerkając na boki, przy nikłym świetle latarki odpiłował lichą kłódkę na drzwiach i wszedł do zaniedbanego wnętrza. Rozglądał się uważnie, notując spostrzeżenia na kartce. Wychodząc, założył nową kłódkę, a przeciętą siatkę połączył stalowymi spinkami. Przez kilka następnych nocy wracał i doprowadzał pomieszczenie do porządku. Posprzątał z grubsza, naprawił zdezelowany tapczan i zaścielił kocem, drugi koc wraz z poduszką ułożył na wezgłowiu. W oknach zawiesił grube zasłony, na szafce ustawił świecę. Lokal był gotowy na przyjęcie specjalnego gościa.

Gdy poznał Klaudię, od razu zdecydował, że ją tam zawiezie. Przechodząc przypadkiem koło sklepu spożywczego, wstąpił tam, by kupić mentosy i batoniki, i za ladą zobaczył swój ideał. Miała złotobrązowe, wijące się włosy i niebieskie oczy, a wygięte w łuk ciemne brwi nadawały jej twarzy wyraz zdziwienia. Tak bardzo przypominała Klarę, że poczuł gwałtowną erekcję. Szybko pociągnął w dół kurtkę, by ukryć swój stan, i podszedł do kasy. Był przystojny, potrafił też być czarujący, gdy tego chciał, więc po krótkich namowach przystała na spotkanie po pracy. Już na tej pierwszej randce dowiedział się o niej wszystkiego, co mogło mu się przydać do zaplanowania udanej akcji.

Zabrał ją do kawiarni i umiejętnie skłonił do zwierzeń. Musiała być jego. Już samo imię… Gdy, przedstawiając się, powiedziała: „Jestem Kla…”, podświadomie oczekiwał końcówki „ra”. Klaudia też było dobrze. W końcu nie był jakimś psycholem wmawiającym sobie, że każda z jego wybranek jest Klarą, tylko zupełnie normalnym mężczyzną. Po prostu nienawidził podobnych do niej dziewczyn. Nienawidził i pragnął jednocześnie. A dzięki swej mądrości i sprytowi odkrył dawno temu, jak łatwo można zaspokoić oba te pragnienia naraz.

Klaudia skończyła studia i poszukiwała pracy, a z braku czegoś lepszego zatrudniła się jako ekspedientka. Mieszkała z rodzicami, od kilku lat to schodząc się, to rozchodząc z tym samym mężczyzną.

Były to dla Milana cenne informacje i natychmiast ułożył w myślach plan. Roztoczył przed dziewczyną cały swój urok, olśnił uśmiechem i szerokim gestem. Mimochodem wspomniał, że jego ojciec jest właścicielem dużego zakładu, a on niedawno został mianowany dyrektorem jednego z działów.

– Wiem, że dyrektorzy na ogół nie są tacy młodzi. - Roześmiał się, widząc jej niedowierzanie. – Ale jestem jedynakiem. W przyszłości to wszystko będzie moje i ojciec chce, żebym się wprawiał. Zresztą zaczynałem od samego dołu.

Po dwóch godzinach odwiózł ją do domu. Zatrzymał samochód w miejscu, gdzie przydrożne drzewa rzucały głęboki cień i delikatnie pocałował na pożegnanie. Potem, wróciwszy do pensjonatu, przedłużył pobyt o dwa tygodnie.

W ciągu następnych dni coraz mocniej oplątywał ją siecią, kusząc obietnicami i wyznaniami. Piątego dnia wylądowała w jego łóżku. Kochał się z nią najpierw delikatnie, potem ostrzej, lecz cały czas pilnował się, by nie przekroczyć granicy. Taki seks nie dawał mu zadowolenia, jednak w fazie wstępnej nie mógł inaczej.

Dwa tygodnie pobytu minęły pod znakiem codziennych spotkań. W przeddzień wyjazdu namówił ją na wspólny wypad do Szopienic, do rodziców, tłumacząc, że chce im przedstawić swoją ukochaną. Uwierzyła i zgodziła się bez większych oporów, a on wyliczył czas wyjazdu tak, by przybyć na miejsce grubo po zmierzchu.

Zaparkowawszy na osiedlu czteropiętrowych bloków przy ulicy Zamenhofa, skręcił w stronę jednego z nich. Przed wejściem zawahał się i spojrzał cokolwiek niepewnie.

– Poczekaj tu chwilkę, dobrze? Planowałem wrócić dopiero za trzy dni. Na czas nieobecności dałem klucze od mieszkania przyjacielowi, nie chciałbym go zaskoczyć w jakiejś intymnej sytuacji.

– Mówiłeś przecież, że rodzice mają dom.

– Tak, ale ja z nimi nie mieszkam. Do nich pójdziemy jutro, dzisiaj już za późno na składanie wizyt. Poczekasz?

– Dobrze, tylko się pospiesz.

Wchodził wolno po schodach, myśląc o tym, iż powinien był zostać aktorem. Odgrywanie roli statecznego młodzieńca z dobrego domu, o nienagannych manierach, nie sprawiało mu najmniejszych trudności, za to ogromną satysfakcję dawał fakt, że ten wizerunek przyjmowano bez zastrzeżeń. Zawsze wtedy czuł się tak, jakby zdał celująco bardzo ważny egzamin.

Po osiągnięciu trzeciego piętra spojrzał na zegarek. Minęły trzy minuty. Poczeka jeszcze pięć i to powinno wystarczyć. Stał, wpatrzony w ciemność za oknem, a wszystko aż się w nim skręcało z niecierpliwości. Musiał ją mieć jak najszybciej! Poznał już jej ciało, ale nie tak, jak tego pragnął. Potrzebował czegoś zupełnie innego. Czas na fazę pierwszą.

Schodził na parter, zmuszając się do spowolnienia kroków. Wreszcie dotarł do drzwi, a gdy wyszedł z budynku, Klaudia natychmiast doń podbiegła.

– Możemy wejść?

Ze smutkiem pokręcił głową.

– Jest z dziewczyną. To dla niego ważne, nie chcę mu zepsuć spotkania. Tu obok mamy domek na działce. Jest w nie najlepszym stanie, ale na jedną noc się nada. Zabrałem klucze.

– Teraz to już przegiąłeś! – warknęła, robiąc krok w tył, jakby chciała odejść. – Cały ten wyjazd to jakaś ściema! Najpierw mówiłeś, że jedziemy do twoich rodziców, potem, że do mieszkania, a w końcu mamy wylądować w jakiejś zapyziałej altance? Nie ma mowy!

Znów postąpiła krok do tyłu, a on przeraził się, że rzeczywiście gotowa mu umknąć, i to teraz, gdy był tak blisko celu.

– Nie wkurzaj się – poprosił, biorąc ją za rękę. – Strasznie mi głupio, że tak wyszło, wiem, że byłaś przygotowana na coś zupełnie innego. Jak chcesz, to możemy pojechać do hotelu, tylko że to już nie będzie to samo.

– A to dlaczego? – Wbrew sobie poczuła zaciekawienie.

– Bo to obce miejsce, a ja chciałbym, żebyśmy poczuli się jak u siebie, w naszym wspólnym domu.

Udobruchana tymi słowami, już nie protestowała, gdy, chwyciwszy ją za rękę, poprowadził w stronę ogródków działkowych.

Przy płocie znów ją zaskoczył, gdy zaczął usuwać zapinki z siatki, lecz zadowoliła się wyjaśnieniem, że furtka jest strasznie daleko.

– Za bardzo cię pragnę, żeby tracić czas na spacery – zamruczał jej do ucha. – Przechodź! – Odchylił siatkę.

Do domku dostali się bez przeszkód, o tej porze działkowicze nie krzątali się już w ogródkach. Milan zapalił świecę i zaciągnął zasłony, potem wyszedł na zewnątrz, niby to po pozostawioną przy płocie torbę z wiktuałami. Specjalnie ją tam położył, udając, że przeszkadza mu przy łączeniu siatki spinkami. W rzeczywistości chciał mieć pretekst do wyjścia. Musiał dokładnie sprawdzić, czy zasłony są szczelne, nie mógł dopuścić, by na zewnątrz przebijał się nawet najsłabszy poblask światła.

Po powrocie wyciągnął z torby wino i sięgnął po korkociąg. Chwilę mocował się z opornym korkiem, nim otworzył butelkę. Napełniwszy szklanki, jedną z nich podsunął Klaudii.

– Wypijmy za nas. Za naszą wspólną przyszłość.

Widząc niepewność dziewczyny, przytulił ją mocno i pocałował. Potem szeptał do ucha wyznania miłości, a jej twarz rozjaśniła się szczęściem.

– Naprawdę tak myślisz? Chcesz, żebyśmy byli razem?

– Naprawdę! – potwierdził z zapałem. – Będziesz moja na zawsze.

Wypili po kilka łyków, potem Milan sięgnął po chipsy, rozerwał opakowanie i bezradnie rozejrzał się dokoła.

– Powinny tu być jakieś talerzyki.

– Pewnie są schowane. Mogę zobaczyć?

– Proszę.

Kiedy odwróciła się i zaczęła przeszukiwać szafki, szybko wrzucił małą pigułkę do jej wina, potrząsając, by szybciej się rozpuściła.

– Są! – Zawołała, wyjmując naczynia. Usiadła i przesypała chipsy na talerz.

Znów podniósł szklankę i zachęcił ją gestem, by uczyniła to samo. Gdy wypili, nalał ponownie.

– Chcesz mnie upić?

– Owszem, żebyś była łatwiejsza – rzucił oklepany żart, a widząc, że jej to nie rozbawiło, dodał szybko: – Nie upijemy się jednym winem, kochanie. Po prostu cieszę się, że mam cię u siebie i chcę to uczcić.

Wziął Klaudię za rękę i podprowadził do tapczanu.

– Rozbierz się i połóż – poprosił, przytulając ją lekko. Próbowała mocniej do niego przylgnąć, lecz natychmiast się odsunął.

– Za chwilę, skarbie, tylko na moment wyjdę w wiadomej sprawie.

Pokiwała głową ze zrozumieniem. Widząc, że zaczęła rozpinać bluzkę, wyszedł i stanął koło domku. Musiał poczekać, aż zaśnie. Nie był w stanie uprawiać z nią seksu w normalny sposób, nie dzisiaj. Za bardzo był nakręcony.

Gdy wrócił, spała już. Odchylił koc, przez chwilę napawając się widokiem pięknego, nagiego ciała. Potem sięgnął do szafki i wyjął potrzebne przedmioty. Mocnym sznurem przywiązał jej ręce do wkręconych wcześniej w ramę tapczanu haczyków. Tak samo postąpił z nogami, na koniec zalepił usta taśmą. Spała głęboko, nic, co robił, nie było w stanie jej obudzić. Na razie.

Długo stał i podziwiał swoje dzieło. Gdy tak leżała rozciągnięta w literę X, ze złotobrązowymi włosami rozsypanymi na poduszce, stanowiła kwintesencję jego pragnień. Należała do niego. Mógł z nią zrobić wszystko. Wielokrotnie.

Rozebrał się i ukląkł obok dziewczyny. Wyjąwszy z kieszeni świeżo naostrzony nóż, leciutko przejechał ostrzem po kształtnej piersi. Na widok krwi podbiegającej ranę, szarpnął nim znajomy dreszcz. Przeniósł ostrze na drugą pierś. Potem, odłożywszy nóż, delikatnymi, niemal pieszczotliwymi ruchami zaczął rozsmarowywać krew po jej ciele. Rany były płytkie i krew wkrótce skrzepła. Przesunął się w tył, przecinając w kilku miejscach skórę na brzuchu. Znowu roztarł krew. Plan przewidywał, iż w fazie pierwszej zrobi więcej nacięć, lecz Klaudia była tak doskonała, że zbyt się podniecił, by czekać.

– Jak słodko, jak strasznie słodko – jęczał, masturbując się dłonią czerwoną od krwi. Potem wdarł się w nią, a gdy poczuł śliskie od krwi ciało pod swoim, ogarnęło go szaleństwo.

Kiedy oprzytomniał, dziewczyna już nie spała. Patrzyła na niego z wyrazem nieopisanego bólu w oczach, z zalepionych taśmą ust wydobywało się żałosne kwilenie. Nadgarstki i nogi w kostkach miała poranione od wpijającego się w nie sznurka, piersi i brzuch stanowiły jedną wielką ranę.

Spojrzał na siebie, na pokryte krwią tors i dłonie. Pod paznokciami miał jej skórę. To było cudowne, przepiękne!

– Jestem z ciebie zadowolony – oznajmił gawędziarskim tonem, nalewając sobie wina. – Bardzo zadowolony. Jak na razie okazałaś się z nich najlepsza. Kto wie, może dorównasz Klarze? Ona mnie nie chciała, wiesz? Tak bardzo ją kochałem, a ta podła suka mnie odrzuciła. Zawsze się ze mnie wyśmiewała, nazywała Super Milkiem, że niby jestem najbardziej milutkim, grzecznym chłopczykiem ze wszystkich maminsynków świata. A potem zobaczyła mnie z kotem i już się nie śmiała. Udawała, że mnie lubi, chciała zostać moją dziewczyną. Jakbym nie wiedział, że kłamie! Nie mogłem pozwolić jej odejść, nie po tym, co zobaczyła, więc została moją pierwszą. To z nią odkryłem, jak może być słodko. Przychodziłem do niej wiele razy. Dała mi dużo szczęścia, ale w końcu musiałem ją zakopać. Wiesz, nie wyglądała już ładnie i, szczerze mówiąc, zaczęła brzydko pachnieć. Myślę, że chyba umarła. No, pora na fazę drugą. Pewnie nie chcesz dłużej słuchać o Klarze. Rozumiem, zazdrość… Niepotrzebnie, już się tobą zajmę.

Nad ranem Klaudia przestała reagować na ból. Milan przesuwał dłonią przed jej szeroko otwartymi, zapatrzonymi w jeden punkt oczami, ale nie wywołało to żadnego efektu. Ułożył się przy niej, objął ciasno ramionami i zasnął.

Obudził się po południu. Był głodny i spragniony, czuł też parcie na pęcherz. Nie chciał wychodzić z domku, dopóki nie zrobi się ciemno, dopił więc resztę wina i nasikał do butelki. Zjadłszy trochę chipsów, wrócił do Klaudii. Leżała tak, jak ją zostawił, nawet oczy patrzyły w ten sam punkt. Siadając na niej okrakiem, zauważył, że jest całkiem zimna i sztywna. To go zdziwiło – inne tak szybko nie odchodziły. Nacinał nożem skórę, lecz krew prawie wcale nie płynęła, musiał zadać głębsze rany, by pokazało się jej trochę więcej. Niespecjalnie się tym przejął. Uwielbiał mieć na sobie ich krew, lecz jeszcze bardziej podniecało go posiadanie władzy absolutnej. Nie miało znaczenia, czy żyją. Był panem sytuacji i mógł robić z nimi, czego tylko zapragnął. On, którego Klara nazywała lalusiem i syneczkiem mamusi.

Nie był maminsynkiem! To go obrażało. Jego matka była może trochę zbyt zaborcza i nadopiekuńcza, ale to nie czyniło z niego kogoś takiego. Rodzice dysponowali sporym majątkiem, obracali się w kręgach wysoko postawionych osób i nie życzyli sobie, by ich jedyny syn zadawał się z dziećmi ludzi, których uważali za gorszych od siebie. Akceptował to, tym bardziej że wcale nie garnął się do towarzystwa rówieśników i ich głupawych zainteresowań. Dopiero Klara…

Wrócił wtedy do domu zły i przygnębiony. Ni z tego, ni z owego Klara okazała mu zainteresowanie, proponując wspólny spacer. Pozwoliła się pocałować i niedwuznacznie dała do zrozumienia, iż jest gotowa posunąć się dalej. To sprawiło, że omal nie uniósł się w powietrze z euforii. Zaczął bezładnie mówić o tym, jak bardzo jest szczęśliwy, od dawna bowiem ją kocha i niczego tak nie pragnie jak być z nią.

Słowa padały szybko, chaotycznie, niemal się nimi dławił, chcąc jak najszybciej je wypowiedzieć. Klara nie przerywała mu, słuchała z uśmiechem zadowolenia, a on był przekonany, że jego uczucie jest odwzajemnione. Chciał pocałować ją po raz drugi, lecz niespodziewanie odepchnęła go i obrzuciła okrutnymi uwagami. Wtedy dopiero ich dostrzegł. Tych, z którymi się przyjaźniła, tych, którzy z niego kpili. Wyśmiewali go, a Klara im wtórowała! Wskazała palcem na mały przedmiot przypięty do wyłogu żakietu i dopiero wtedy pojął, iż to, co wcześniej uznał za broszkę, jest w istocie mikrofonem. Podła dziwka! Podpuściła go, a on dał się nabrać jak ostatni kretyn!

Miał ochotę uderzyć pięścią w tę śmiejącą się twarz i zrobiłby to, gdyby Klara była sama. Nie mógł dłużej znieść jej śmiechu, upokorzenie było zbyt wielkie. Uciekł do domu.

Chciał od razu udać się do siebie i tam, w samotności, przeżywać gorycz porażki, niestety zaraz po wejściu natknął się na matkę.

– Wróciłeś, syneczku? Co się stało, dlaczego jesteś taki przygnębiony?

– Nie mów tak do mnie! – Poczuł nagłą złość, słysząc pieszczotliwe określenie i ton głosu. – Nie jestem małym dzieckiem!

– Nie bądź taki drażliwy. Można by pomyśleć, że się zakochałeś.

– Może tak właśnie jest?! Skończyłem już szesnaście lat, inni od dawna mają dziewczyny. Chcesz, żebym czekał do sześćdziesiątki?

Roześmiała się i to rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Nie będąc w stanie znieść kolejnych drwin, uciekł na podwórze, płacząc z bezsilnej złości. Jakim prawem Klara potraktowała go w ten sposób?! Dlaczego nie chciała być z nim, dlaczego wybrała tamtych bezmyślnych idiotów?

Nie umiał poradzić sobie z jej odmową; nigdy do tej pory się nie zdarzyło, by nie dostał tego, czego zapragnął. Rodziców stać było na drogie gadżety i ubrania, nie widzieli powodu, dla którego nie mieliby kupować ich jedynakowi, skoro tak bardzo chciał je mieć. Milan czuł, że eksploduje, jeżeli zaraz nie wyładuje na czymś swojego gniewu. Miał ochotę coś rozwalić, zniszczyć, unicestwić…

Rozejrzał się wokół. Na ogrodowym krześle ujrzał wygrzewającego się w słońcu kota matki i nagle poczuł TO. Niedające się opanować pragnienie, by pociąć zwierzę na kawałki i patrzeć, jak wraz z krwią uchodzą z niego siły. Posiadać władzę absolutną, być panem życia i śmierci.

Nie myśląc już o Klarze, złapał kota i pobiegł do swojej kryjówki z lat dzieciństwa. Dawno temu na skraju lasu odkrył starą, zapuszczoną piwnicę – jedyną pozostałość po stojącym tu niegdyś budynku. To było idealne miejsce, odludne, osłonięte zewsząd bujnymi krzewami. Fundamenty domu już dawno zdążyły zarosnąć pokrzywami i młodymi brzózkami, a wejście do piwnicy można było dostrzec dopiero po pokonaniu zapory z jeżyn i gęstych świerczków i wejściu w głęboki dół.

Dźganie kota nożem podnieciło go do tego stopnia, iż zapomniał o ostrożności. Krzyczał głośno, nie bacząc, że ktoś może go usłyszeć, i długą chwilę trwało, zanim uprzytomnił sobie, iż nie jest już w kryjówce sam. Przed nim, w półmroku, zasłaniając sobą wejście do piwnicy, stała Klara i przyglądała mu się z politowaniem. Wtedy oprzytomniał.

– Jesteś żałosny. Ależ będą mieli w klasie ubaw, gdy im opowiem, że cię znalazłam z opuszczonymi spodniami i tą nędzną namiastką członka w ręce!

Gdy postąpiła krok naprzód, przez wejście wdarły się promienie słoneczne, rozpraszając mrok. Wówczas to ujrzała. Sponiewierane strzępy czegoś, co wcześniej było zwierzęciem.

– Co ty zrobiłeś?! Jesteś nienormalny, trzeba cię zamknąć!

Nie miał wyboru. Zresztą, pragnąc być uczciwym wobec siebie, musiał przyznać, iż nie chciał mieć. Nie po jej groźbie, że wszystko opowie. Nie po tym, jak spojrzała na niego ze wzgardą. Przede wszystkim jednak dlatego, że zapragnął, by zastąpiła kota.

Musiała dojrzeć w jego oczach, jaką decyzję podjął, bo zbladła, na próżno próbując przywołać na twarz uśmiech.

– Nie złość się o to, co mówiłam na spacerze. To były tylko żarty. Tak naprawdę bardzo mi się podobasz. Możemy być razem, chcesz?

Bardzo chciał. Tyle że już nie tak jak przedtem. Teraz pragnął jej w zupełnie inny sposób.

Po uderzeniu kamieniem w głowę upadła nieprzytomna. Wtedy rozebrał ją i pociął jej piękną, żółtą bluzkę w wąskie paski. Posłużyły do związania Klary i zakneblowania jej ust. Dopiero wtedy sam się rozebrał, odłożywszy ubranie w najdalszy kąt piwnicy. Żałował, że nie zrobił tego przed zabawą z kotem, wiedział, że będzie musiał jakoś zmyć krew zwierzęcia, zanim ktokolwiek ją zauważy.

Zajmował się nią długo, aż do zmroku. Nacinał jej skórę delikatnie, delektując się stłumionymi jękami i drżeniem ciała. Była całkowicie w jego władzy, mógł z nią zrobić wszystko i świadomość tego podniecała go do szaleństwa. Nie była dziewicą. Stwierdził to, gdy wziął ją po raz pierwszy i to był kolejny powód, by nie mieć dla niej litości. Jemu odmówiła!

Gdy Milan wreszcie się nią nasycił, odkrył, iż na zewnątrz szaleje burza. Wyszedł nago z piwnicy i stał nieruchomo, pozwalając, by gwałtowna ulewa zmywała z niego krew Klary. Kiedy uznał, że nie ma już na ciele żadnych śladów, ubrał się i poszedł do domu. Szedł wolno, by deszcz zdążył oczyścić zbryzgane krwią kota ubranie.

Tak, jak przewidział, nikt nie zwrócił uwagi na jego długą nieobecność. Rodzice znali zamiłowanie syna do leśnych wędrówek i aprobowali to hobby jako niestwarzające zagrożenia. W lesie nie mógł wpaść w złe towarzystwo, a tego obawiali się najbardziej. Tym razem pewnie również uznali, że spacerował swoją ulubioną trasą wiodącą od Leśnej do amfiteatru przy Polnej, i do głowy im nawet nie przyszło, iż mógł zajmować się czymś innym. Klara powinna była nazwać go Szczęściarz, nie Super Milek!

To właśnie Super Milek, który w jej zamyśle miał stanowić obelżywe przezwisko, stał się podstawą jego nowego miana. Tam, w piwnicy, przestawał być zwykłym, przeciętnym nastolatkiem o zwykłym, przeciętnym imieniu. Tam stawał się Milanem, a imię to było czymś w rodzaju hołdu dla wielkiego człowieka, obiektu jego fascynacji.

Nazajutrz z trudnością wytrzymał do końca lekcji. Po szkole wrócił prosto do domu i po zjedzeniu obiadu natychmiast ruszył w stronę ulicy Leśnej. Miał przecież randkę, a to niegrzecznie kazać dziewczynie czekać. Zabrał ze sobą plecak wypełniony starymi ręcznikami i kilkoma butelkami wody. Nie mógł przecież oczekiwać, że los zawsze będzie mu sprzyjać, zsyłając deszcz.

Poświęcił jej dużo czasu. Kilkakrotnie już zamierzał zakończyć spotkanie, sięgał nawet po butelkę z wodą, lecz rzut oka na pokryte krwią ciało powodował gwałtowny nawrót żądzy. Koniec końców wrócił do domu grubo po ustalonej przez ojca godzinie policyjnej i musiał wysłuchać wielu niezbyt przyjemnych słów. Zniósł to ze stoickim spokojem. Liczyła się tylko zamknięta w piwnicy dziewczyna i to, co jej robił.

Trzeciego dnia Klara była półprzytomna. Błagalnym wzrokiem wpatrywała się w jego twarz, później skierowała wzrok na butelkę z wodą. Nie zamierzał jej dogadzać, wszak była jego niewolnicą. Cuchnęła krwią i ekskrementami, lecz to, zamiast go zniechęcić, jeszcze wzmogło jego żądzę. Niestety, nie mógł jej w pełni zaspokoić. Kołacząca się w nim reszta rozsądku nakazywała powrót przed oznaczoną godziną. Nie zamierzał pozwolić, by ojciec w ramach kary zakazał mu wychodzenia z domu. Nie teraz!

Następnego dnia coś się zmieniło. Zauważył to od razu po wejściu do piwnicy. Klara odeszła, wymknęła się, lecz czy na pewno? Żywa czy martwa, dalej pozostawała Klarą – znienawidzoną i pożądaną. Pastwiąc się nad jej martwym ciałem, czuł, iż jest z nią związany na zawsze, że cokolwiek zdarzy się w jego życiu, ona pozostanie w jego myślach.

Wreszcie nadszedł dzień, gdy musiał się z nią rozstać. To była konieczność. Niemiły zapach mógł przyciągnąć kogoś do piwnicy, a do tego nie mógł dopuścić. Przemyciwszy w plecaku saperkę, w rogu piwnicy wykopał dół. Płakał, gdy zasypywał ziemią swoją miłość.

Potem nastąpiły dni pełne z trudem skrywanego przerażenia. Policja szukała Klary i przepytywała wszystkich jej znajomych. Panicznie się bał, iż ktoś z klasy opowie o ich konflikcie, o tym, że dziewczyna go wyśmiewała. Policjanci mogli to uznać za motyw. Pewnego dnia przyszli do domu i dopytywali się, co Milan robił przez ostatnie dni.

– Po szkole zawsze wraca prosto do domu – powiedział ojciec głosem niezachęcającym do dalszych pytań. – Ostatnio niezbyt dobrze się czuł i nigdzie nie wychodził.

Po ich wyjściu spojrzał na syna z wyrzutem.

– Nie wiem, gdzie i z kim się włóczysz, nie życzę sobie, żeby jakiś tępy gliniarz wtrącał się w nasze sprawy. Jeżeli będą cię jeszcze o coś pytać, nic nie mów. Ja to załatwię. Wystarczy, że napomknę słówko moim znajomym, a policja pożałuje, że ośmieliła się nas nękać.

Po pewnym czasie sprawa ucichła, ale Milan nie miał odwagi nawet pomyśleć o piwnicy i Klarze. Wtedy też zdecydował, kim chce zostać po skończeniu szkoły. Nie mógł dopuścić do tego, by jego życie zależało od czynów innych ludzi. Nie chciał nigdy więcej się bać.

Siedząc koło ciała Klaudii, postanowił wymknąć się po zapadnięciu zmroku. Zdecydował, że odwiedzi kolegę w Katowicach, niby tak przypadkiem. Dzięki temu będzie mógł się wykąpać i najeść, a w drodze powrotnej zrobić zakupy. Był zły na siebie, że nie pomyślał o zgromadzeniu w domku jakichś zapasów. Przecież nie da się żyć samą miłością… Dręczyło go pragnienie, w brzuchu burczało coraz głośniej i nie widział innego wyjścia jak rozstać sięz Klaudią na jakiś czas.

Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Ucieszony z wizyty kolega serdecznie zaprosił Milana, od razu też zaproponował nocleg. Zjedli zamówioną pizzę, potem wypili butelkę wódki, leniwie pogadując o dawnych czasach. Nad ranem poszli spać i wstali dopiero w południe. Znów rozmawiali, głównie wspominając zabawne zdarzenia z przeszłości, posilając się przy tym przyrządzonym wspólnie obiadem.

Pod wieczór wrócił do Szopienic. Zaparkował koło kościoła, zabrał torby z zakupami i szybkim krokiem ruszył w stronę ogródków działkowych. Już z daleka dostrzegł zbiegowisko.

– Co się stało? Wypadek? – zagadnął jednego z gapiów.

– Gdzie tam wypadek?! Morderstwo! – Przygodny rozmówca miał w oczach ciekawość zmieszaną z niezdrową fascynacją. – Podobno jakiś świr zgwałcił i zabił dziewczynę w jednym z domków! Pełno tam gliniarzy i nikomu nie pozwalają podejść, ale facet, który to odkrył, mówił, że ten zboczeniec pokroił ją na kawałki!

– Dlaczego świr? – Milana uraziła opinia mężczyzny i już chciał dać temu wyraz, lecz zaraz przyszło opamiętanie. Takie zachowanie mogło wydać się podejrzane, a on nie życzył sobie nadmiernego zainteresowania swoją osobą. – Wielu z nich jest zupełnie normalnych. Wie pan, zabijają, bo sprawia im to przyjemność. Biedna dziewczyna, co za okropna śmierć! – dodał z udawanym współczuciem. – Mam nadzieję, że szybko go złapią, bo tacy bardzo często powtarzają swoje wyczyny. Jeśli raz zdoła zabić bezkarnie, może zechcieć znowu to zrobić.

Odszedł bez pośpiechu, nie wzbudzając żadnych podejrzeń w policjantach uważnie obserwujących zgromadzonych ludzi. Wyglądał jak zwykły, śpieszący po pracy do domu przechodzień. Był pełny podziwu dla samego siebie za zachowanie spokoju, ukrycie rozczarowania i przerażenia. Uważał domek za całkiem bezpieczne schronienie, tymczasem tylko przypadek zrządził, iż nie został złapany na gorącym uczynku. Gdyby nie głód i pragnienie… Aż się wzdrygnął na tę myśl.

Dopiero w samochodzie pozwolił sobie na niekontrolowany wybuch złości. Klął, krzyczał i płakał, w bezsilnej wściekłości uderzając rękami w kierownicę. Nie tak wyobrażał sobie pożegnanie z Klaudią.