W szpilkach od Manolo - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook

92 osoby właśnie czytają

Opis

Śmiesznie, strasznie, zagadkowo – W szpilkach od Manolo to książka petarda!

Liliana ma ustabilizowane życie: własne mieszkanie, dobry samochód, pracę w korporacji i towarzystwo ukochanych kotów. Są też pewne braki: nie ma faceta, a obowiązki zawodowe ją nudzą i frustrują. Czuje, że powinna coś zmienić w swoim życiu, ale dokoła wieje nudą i pomysłów brak. Do czasu, gdy los przygotuje jej pokaźną paczkę z życiowymi zawirowaniami…

Miłość okaże się siłą, która popycha do zbrodni i ratuje z rąk przestępców.

Poznaje niemożliwie przystojnego mężczyznę, Michała, któremu najpierw robi awanturę o zajęte miejsce parkingowe, a potem się okazuje, że to jej nowy szef, a niebawem – nowy facet. A jeszcze chwilę później się dowiaduje, że Michał nie jest tym, za kogo się podaje. Musi zdecydować, czy mu zaufać – a przecież tak się zawiodła na poprzednim narzeczonym, który ją zdradzał. Dodatkowo w pracy zaczynają się roszady kadrowe i zwolnienia, w skrzynce na listy pojawiają się dziwne kartki z numerami, a w mieście giną kolejne dziewczyny. No i matka wciąż pyta, kiedy Liliana wyjdzie za mąż.

W szpilkach od Manolo to kryminał, który bywa śmieszny, komedia, która czasem jeży włos na głowie, i pełnokrwisty romans. Jest tu wszystko – prócz nudy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 240

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkim, którzy zrealizowali swoje najskrytsze marzenia i nie bali się stawić czoła przeciwnościom losu

Miłość to: jedno Twoje spojrzenie – gdy oczy me smutne, jeden dotyk Twej ręki na mym czole – gdy głowa boli, jedno dobre słowo – gdy wokół mnóstwo nienawiści, jeden uśmiech – w żałobie myśli, jeden kawałek chleba – gdy głód się odzywa, jedna kropla wody – gdy gorączka dopada, jedna miłość – na wszystko…

Jolanta Mach, Miłość

Imię: Liliana.

Wiek: czy to istotne? Ech, dobra, dwadzieścia pięć. Nieustająco.

Stan cywilny: panna. Jakie to idiotyczne, „panną” dawno już nie jestem, niech będzie: singielka.

Zawód: zawodów miałam wiele, ostatni miał metr osiemdziesiąt, niebieskie oczy i kłamliwy jęzor.

Zwierzaki: kocham, mam, pieszczę.

Plan na najbliższy rok: nie zabić jednej takiej, znaleźć inną pracę, może… zakochać się?

Jechałam do pracy. Znowu. W sumie zastanawiałam się, po co to robię. Wstaję rano, karmię koty, myję zęby, biorę prysznic, wyciskam pryszcz, czeszę się, ubieram, maluję, przełykam w pośpiechu kawę, skaczę na jednej nodze, szukając drugiego buta, kluczyków, apaszki, czego tam jeszcze? Ciągle czegoś szukam. Notorycznie coś gubię. Nie, inaczej. Te uparte i złośliwe rzeczy gubią mnie. Uciekają przede mną. I to z krzykiem. Hm. Raczej w milczeniu, perfidnie ciesząc się, że ja, znowu, z rozwianym włosem i malującą się na twarzy paniką będę miotała się po mieszkaniu jak tancerz electric boogie. Ha! Znam ten styl, w końcu oglądałam wszystkie sezony You Can Dance. Swoją drogą, to, co ludzie czasem robią ze swoim ciałem, jest niesamowite. A inni są żenujący. Jak niektórzy w mojej firmie, nie będę wymieniać nazwisk, tak, dokładnie ci niektórzy. Właśnie… Dojechałam. Parkuję. Dostrzegłam zielonego passata, który notorycznie zajmuje część mojego miejsca. Koleś z księgowości. Pewnie wydaje mu się, że jeździ hummerem i nie zmieści się na jednym miejscu parkingowym. Jak znam życie, wyobraża sobie, że wszystko ma duże. I nie, nie myślałam o ilorazie inteligencji. Ale on zapewne tak. Albo też. Okej. Jestem. Poprawiłam makijaż, wzięłam torbę z laptopem i wysiadłam. Fabryka czeka. Zaraz zacznie się szychta. A szczury już przebierają swoimi brudnymi łapkami.

W windzie spotkałam Bożenkę z kadr. Bożenka ma około pięćdziesiątki, wygląda całkiem nieźle, lata pracy w korporacji pomogły jej wyzbyć się targowych przyzwyczajeń. Bo kiedyś dama ta była właścicielką straganu, na którym sprzedawała mydło i powidło. W sumie do dzisiaj została jej ta maniera kramarki: kiedy powiesz jej coś, z czym się nie zgadza, zachowuje się jak stara przekupa, która targuje się o każde jajo w swym ręcznie plecionym koszyku. Innym razem przypomina sobie, że czasy straganiarki już minęły, to se ne vrati i trzeba zachowywać się na poziomie. Wówczas przybiera minę obrażonej primadonny, co trochę kłóci się z jej chłopskimi rysami, które stara się tuszować makijażem i fryzurą, ale ten kamuflaż nic nie daje. Lecz nie można zapominać, że Bożenka jest mistrzynią przesmykiwania się pomiędzy korporacyjnymi pułapkami, w które większość wpada i zostaje wyeliminowana z tego szlachetnego wyścigu. Prezesów już było wielu, dyrektorzy zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale Bożenka tkwi twardo na swym stanowisku, jakby przyspawała sobie stołek do grubego tyłka. Wykazuje się niezwykłą wrażliwością i gdy zaczyna całować kogoś w miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, wiadomo, że wkrótce ta właśnie osoba będzie na szczycie. Właściwie Bożenka to najlepsza wyrocznia, jaką moglibyśmy sobie wymarzyć. Nadal nie wiem, jak ona to robi, czy ma jakiś tajny patent, czy może jej wewnętrzna chorągiewka ustawia się zawsze tak, żeby się jej stołek od dupy nie odczepił. Przynajmniej przed emeryturą.

Dotarłam na swoje piętro, Bożenka jedzie dalej. Życzę jej miłego dnia, uśmiechając się fałszywie. Fałszywy uśmiech to coś, co wszyscy tutaj mają opanowane do perfekcji. Wchodzę do swojego pokoju. Moje dziewczyny już są, kawa na mnie czeka. Moje dziewczyny to jedyne osoby w tej firmie, którym mogę zaufać i przy których mogę być sobą.

Baśka jest po trzydziestce, ma świra na punkcie zwierzaków, cięty język i śliczne rude loki. Przyjaźnię się z nią od lat, jest moim lekiem na całe zło i chyba jedyną prawdziwą przyjaciółką, jaką miałam. Nieczęsto się zdarza, żeby przyjaźnić się z kimś, z kim się pracuje, i to w krwiożerczej korporacji.

– Co masz taką minę? Lejdi już dzwoniła. – Baśka przewróciła oczami.

– A co, znowu czegoś nie rozumie? – Pokręciłam głową i włączyłam komputer.

– Dzień jak co dzień – parsknęła Lidka, druga z dziewczyn, z którą pracuję już dosyć długo. – W dniu, w którym ona coś zrozumie, dam na mszę.

– Przecież ty nie chodzisz do kościoła.

– No właśnie. Wiesz, jakie to będzie cholerne poświęcenie?

Piję kawę i uruchamiam komputer. Lejdi. Wrzód na dupie w szpilkach od Manolo. Mistrzyni własnego PR-u, świetnie utrzymana, z niezłą gadką, za to z wiedzą praktyczną równą zeru. Na moje nieszczęście nie tylko była naszą szefową, lecz także usilnie chciała udowodnić, że zna się na tym, co robi. Jasne, dzięki naszej pracy jakoś utrzymywała się na fali. Mnie jednak męczyło ciągłe tłumaczenie wszystkiego po dziesięć razy, jakbym miała do czynienia ze stażystką po liceum. Albo i bez. Takie życie. Jak w tym kawale. Urodziło się dziecko bez rączek, bez nóżek, tylko same plecy. Lekarz pociesza zrozpaczoną matkę: „Niech się pani nie martwi. Ma plecy, poradzi sobie”. Dokładnie! Plecy to podstawa. Przynajmniej tutaj, gdzie jestem od czterech lat. Już po roku zdałam sobie sprawę, że bez adorowania tylnej części ciała odpowiednich ludzi daleko nie zajdę. Ale wówczas musiałabym nosić krawat, aby wiedzieć, gdzie mam twarz. Dziękuję, postoję. W sumie głupio nakładać makijaż i unikać własnego wzroku w lustrze. Ciekawe, czy Lejdi dostaje od tego zeza. Nie. Ona pewnie z lubością wpatruje się we własne odbicie i podziwia talent do włazidupstwa, dzięki któremu zaszła tak daleko. No cóż. Każdy lubi to, co lubi.

– Wiecie co? Kupuję nową ławę do salonu – odezwała się milcząca do tej pory Marta, moja trzecia koleżanka.

– Jaką?

– Taką z drewna afrykańskiego.

– Ile kosztuje?

– Pięć stówek.

– Razem z telewizorem jest? – parsknęłam, otwierając plik w Excelu.

– Głupia, to afrykańskie drewno!

– Czyli?

Marta wzniosła oczy ku niebu, modląc się teatralnie o zmiłowanie nad moją ignorancją.

– Nie będę ci tego tłumaczyć. Przyjedziesz, to sama zobaczysz. Jutro ją odbieram ze sklepu.

– Dobrze, już dobrze – mruknęłam, wpatrując się w skrzynkę mailową, która zapełniała się mailami z poprzedniego dnia i z nocy. Żeby kasa tak wpływała do mojego portfela, jak wiadomości do Outlooka. Marzenie…

– No, to jutro podjedziemy do sklepu, około czternastej.

Zorientowałam się, że ominęła mnie spora część rozmowy. Oderwałam wzrok od lawiny maili i utkwiłam go w siedzącej naprzeciwko blondynce.

– Jak to podjedziemy?

– No bo wiesz, ta ława jest duża i nie zmieści się do mojego samochodu, a ty masz spory bagażnik…

– A ty sobie wszystko świetnie zaplanowałaś. No dobrze – zgodziłam się łaskawie, chociaż wiedziałam, że i tak bym z nią pojechała.

Nagle Baśka wyrzuciła z siebie serię słów powszechnie uważanych za obraźliwe.

– Co jest? – spytałam.

– Odbierz maila. – Zdecydowanie osiągnęła mistrzostwo w mówieniu z zaciśniętymi zębami.

– Właśnie próbuję to zrobić. Od co najmniej dziesięciu minut – mruknęłam. Wreszcie skrzynka się zapełniła i znalazłam wiadomość, która doprowadziła moją koleżankę do szczękościsku.

No tak. Lejdi po raz kolejny prosiła o przesłanie zakresu działań jednej z naszych sekcji, której dalsze istnienie stanowiło jeden wielki znak zapytania. Dla nas było oczywiste, że sekcja jest niezbędna, ale nie wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jak skomplikowanym tworem jest korporacja, jak funkcjonuje ten system i co jest potrzebne do zapewnienia ciągłości jego działania. To tak, jakby na trasie Wrocław–Warszawa wyrzucić odcinek torów, kiedy nie wie się, przez jakie konkretne stacje będzie przejeżdżał pociąg. Temat był wałkowany od dłuższego czasu, co wprawiało mnie i Baśkę w stan chronicznego wkurwienia. Miałyśmy już przygotowany ten cholerny dokument z zakresem działań, który regularnie wysyłałyśmy tej irytująco niefrasobliwej kobiecie. Która, gdy jej kiedyś powiedziałam, że wysłałam ten plik już kilka razy i na pewno jest w jej skrzynce odbiorczej, odpowiedziała z uśmiechem: „Coś mi się stało z pocztą i nie mam skrzynki odbiorczej”. Jasne. Nie ma skrzynki odbiorczej. Kurwa, to jakby mieć samochód bez silnika, książkę bez tekstu, samolot bez pilota, seks bez orgazmu, mózg bez rozumu. To ostatnie porównanie najbardziej przypadło mi do gustu. Aby więc nie dać się bezsilności spowodowanej nadzwyczajnie płaską krzywą przyswajania wiedzy rozlewającą się w naszej firmie, wszystkie cztery wiedziałyśmy, że albo znajdziemy sobie jakieś hobby, albo kolejna konwersacja z Lejdi skończy się krwawą jatką. Lidka zaczęła się intensywnie uczyć hiszpańskiego i dobijała wszystkich wokół, popisując się radośnie swoimi lingwistycznymi umiejętnościami. Baśka namiętnie fotografowała, miała nawet bloga i wrzucała tam swoje ujęcia natury, zwierząt, ludzi. Marta dostała świra na punkcie urządzania wnętrz, czytała wszystko na ten temat, śledziła najnowsze trendy i upiększała swoje mieszkanie, które nabrało prawdziwie stylowego charakteru. Ja… no cóż, zawsze kochałam czytać, więc założyłam bloga i zajmowałam się recenzowaniem książek, które dostawałam bezpośrednio od wydawców. Blog stał się bardzo popularny i był moim ukochanym „dzieckiem”. Własnych, osobistych potomków nie miałam.

I tak właśnie wchodzimy na temat dla niektórych bardzo drażliwy. Na pewno dla mojej matki, która na każdym kroku, przy każdym naszym spotkaniu, a raz nawet dzwoniąc z toalety w centrum handlowym, opowiadała mi o moich koleżankach z podstawówki i liceum, które na liście życiowych osiągnięć miały męża i co najmniej jedno dziecko.

– Pamiętasz Anitę? To wyobraź sobie, że właśnie się wprowadzili do nowo wybudowanego domu. Ma pięknego synka, a ten jej mąż! Ach, co za mężczyzna! A przecież ledwo co przez szkołę przebrnęła. O studiach nawet nie marzyła.

– Małgosię wczoraj widziałam. Wiesz, tę z pierwszego piętra. Jej najstarsza córka już chodzi do liceum. Podobno bardzo dobrze się uczy. A Gośka rok temu urodziła synka. Dziwiłam się nawet, że tak późno zdecydowali się na trzecie dziecko, no ale to trzecie, a nie pierwsze, więc nie ma strachu.

– Rozmawiałam z matką Ewy. Tak, twojej przyjaciółki z ławki. Jej mąż otworzył kolejną restaurację. Ma chłop łeb do interesów, a przecież Ewa taka przeciętna, nie wiem, co on w niej dostrzegł. Zawsze myślałam… No nic, nieważne. Ewa ma dwójkę – parkę. Śliczne dzieciaki.

Tak. To stały repertuar mojej matki, monolog powtarzany przy każdej nadarzającej się okazji. Wszystkim koleżankom powiodło się w życiu lepiej niż mnie, bo mają koło siebie faceta. Moje studia, jedne, drugie, podyplomówka, własne mieszkanie, samochód, awans, przyjaciele, pasja – to wszystko nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że wciąż nie założyłam rodziny. W przeciwieństwie do mnie moja matka nadal nie potrafiła się z tym pogodzić. Oczywiście, że próbowałam. Naprawdę. Przecież nie będę udawać, że nie zależało mi na tym, aby stworzyć własny świat. Z kochającymi mnie i kochanymi przeze mnie ludźmi. Ale się nie udało, chociaż z Markiem było naprawdę blisko. Nawet zamieszkaliśmy razem, to znaczy on zamieszkał u mnie. Poznaliśmy ze sobą naszych rodziców, a moja matka krzątała się po domu, nucąc pod nosem marsz Mendelssohna. Jedynie mój ojciec podchodził do tego związku sceptycznie. Od początku coś mu się w Marku nie podobało, ale ja, oczywiście, byłam zakochana, więc nie dostrzegłam symptomów i to, co powinnam była zrobić następnego dnia po poznaniu Marka, zrobiłam pół roku później. Wrzuciłam jego ciuchy do niebieskiego worka na śmieci i wystawiłam na korytarz. Dopiero wtedy, kiedy się okazało, że mój ukochany podczas moich częstych nieobecności zapraszał do mojego mieszkania swoją… narzeczoną, wmawiając jej, że apartament należy do niego. Na co dzień miał mnie, od święta – tamtą. Żyć nie umierać. Dowiedziałam się o tym dzięki uprzejmości sąsiadów. Nie było żadnego spektakularnego wejścia, spowodowanego wcześniejszym powrotem z delegacji, o nie. Nie było in flagrante delicto ani zimnych słów i powstrzymywanych łez. Nie. Po prostu jedna z sąsiadek zauważyła, że ta siostra mojego narzeczonego to w ogóle do niego niepodobna. I że w sumie miło z jej strony, że opiekuje się i bratem, i mieszkaniem podczas moich nieobecności. To wystarczyło. Marek nie zaprzeczał, choć próbował coś nieudolnie tłumaczyć, że „to nie tak, jak myślisz”, a na koniec usłyszałam, że przynajmniej Marlenka nie ma wygórowanych ambicji i kariera nie jest jej celem w życiu. Jasne, gdy efektem moich wygórowanych ambicji były premie, dzięki którym wyjeżdżaliśmy na weekendy, urlopy, do spa czy na narty, to wcale mu nie przeszkadzało. No cóż. Nie zamierzałam stać na drodze do szczęścia moich M&M’s, więc usłużnie spakowałam niedoszłego-byłego narzeczonego i wystawiłam jego rzeczy na korytarz.

Tak się zakończył mój półroczny związek. A ten gorzki finał sprawił, że odechciało mi się budowania własnej komórki społecznej, poprzestałam na niezobowiązujących randkach, kawkach, wyjściach do kina i flircie na WhatsAppie. Uznałam, że chyba nie jest mi pisane żyć w stadle i pogodziłam się z tym. W przeciwieństwie do mej rodzicielki, która, nie zaprzestawszy wyrzutów, rozszerzyła działalność i swoją życiową misją uczyniła zeswatanie mnie z kimkolwiek, byleby tylko nosił spodnie i chlubił się nieparzystością przedostatniej cyfry pesel-u.

– Lilianko, pamiętasz panią Janeczkę? Moją krawcową? Wyobraź sobie, że jej najstarszy syn Jerzyk jest znowu wolny.

– A co? Więzili go terroryści?

– Nie opowiadaj głupot. Jerzyk ma dobrą pracę, mieszkanie, samochód, rozwiódł się i szuka żony. Może poszłabyś z nim do kina, na kawkę?

Z tego, co pamiętałam, Jerzyk miał metr pięćdziesiąt wzrostu i do pięćdziesiątki w metryce też się szybko zbliżał. Moja matka zamierzała mnie zabić, to pewne. Postanowiła, że nie chce mieć już córki. Nie widziałam innego wytłumaczenia.

– Mamo, a może ty się z nim umówisz? Jesteście prawie w tym samym wieku. Tato na pewno się zgodzi.

– Jesteś okropna! Waldek, powiedz coś!

A mój szacowny ojciec, Waldemar Arciszewski, mruknął coś niezrozumiałego, zamknął knigę, której lekturze z lubością się oddawał, powstał z fotela i oddalił się w stronę tarasu. Waldek był mistrzem rejterady, a może mistrzem strategii i mediacji, gdyż to, że wytrzymał ze swoją małżonką czterdzieści lat, świadczyło o jego nieprawdopodobnych zdolnościach. A może i o wielkiej miłości? Nie wiem, ostatnio jakoś nam nie po drodze. To znaczy mnie i tej wielkiej miłości.

Westchnęłam. Nie wiedziałam jeszcze, że to przeklęte M właśnie znowu zaczyna mnie prześladować.

Kolejny dzień zaczął się zupełnie zwyczajnie. Znowu jechałam do kołchozu, słuchając głośno radia i bezskutecznie starając się uniknąć korków. Byłam pewna, że nikt nie zajmie mojego miejsca na parkingu, bo koleżka z księgowości poszedł na całkowicie niezasłużony urlop. Wjeżdżam więc chilloutowo na parking, razem z Beyoncé głośno rządząc światem, gdy nagle z naprzeciwka, totalnie pod prąd, nadjeżdża czarna beemka, świecąc mi ksenonami prosto w oczy. No to ja błyskam „długimi”, ale facet (bo to facet, a podobno to kobiety nie potrafią prowadzić), nic sobie z tego nie robi, tylko ścina zakręt i wjeżdża na moje miejsce. Na MOJE! Miejsce! Wrrr… Czuję, że zaczyna się we mnie gotować, poluźniam apaszkę, parkuję po drugiej stronie i wściekła wysiadam z samochodu. Wyciągam torebkę, laptop, papiery, nad którymi pracowałam w domu. Kątem oka widzę, jak facet z beemki przygląda mi się ukradkiem. Idę w stronę biurowca, wściekle stukając obcasami.

– Niektórym przydałby się kurs poruszania się po parkingu. I nie tylko – mówię głośno, nie patrząc na faceta. A szkoda. Jest dużo do patrzenia. Gość jest wysoki, tak z metr dziewięćdziesiąt, dziewięćdziesiąt pięć? Cień zarostu jest niemal granatowy w sztucznym świetle przepalonych jarzeniówek. Podobnie jak profesjonalnie wymodelowane ciemne włosy. Kiedy zdążyłam się przyjrzeć? Błagam. Co to w ogóle za pytanie? Mam to opanowane do perfekcji. „Obcinam” i oceniam. Tylko cholera… teraz mam problem. Facet mi się w skali nie mieści. Co nie znaczy, że nie jestem na niego wkurzona. Zerkam na rejestrację – warszawska. Pewnie przyjechał w interesach, ciekawe, do kogo, w biurowcu mieści się całkiem sporo firm. Chcę go wyminąć, ale facet nie zamierza puścić mojej uwagi mimo uszu.

– A gdzie jeszcze?

Spoglądam wprost w jego niebieskie oczy i czuję lekki zawrót głowy. Dlatego reaguję wolniej niż zwykle i ten moment wahania od razu zostaje przez niego wykorzystany. Uśmiecha się lekko, a ja zaciskam dłonie na rączce torby, i wyjaśnia jak pięciolatce:

– Ten kurs poruszania się? Co poza parkingiem powinien obejmować?

Patrzę na niego z niedowierzaniem. Czy ten facet naprawdę próbuje ze mną flirtować? Chyba wyszłam z wprawy, bo nie rozpoznaję symptomów. Biorę głęboki wdech i odzyskuję równowagę.

– Wszystko. Głównie drogi. Poza tym zaparkował pan na moim miejscu.

Facet patrzy na mnie, na moje auto, a potem na swoje. Zaczyna się rozglądać, wreszcie, ku mojemu zdumieniu, kuca i zagląda pod własny samochód.

– Co pan robi? – nie wytrzymuję. Powinnam odejść, ale coś mnie powstrzymuje.

– Jak pani ma na imię? – Jego fiołkowe gały wwiercają się we mnie.

– Co to ma do rzeczy?

– Szukam jakichś oznaczeń, imienia wymalowanego na tym miejscu parkingowym, może słupka, znaku, krzewu gorejącego, ale nic nie widzę.

Prycham, wzruszam ramionami, odwracam się i chcę odejść z godnością, ale nie jest mi to dane. Teczka z papierami wyślizguje mi się z rąk i ląduje na betonowej podłodze. Upadek rozrzuca okładki, a lekka bryza unosi dokumenty, które szybują zwiewnie niczym falujące chmurki. Moja reakcja jest mniej romantyczna niż ten widok.

– Kurwa!

Rzucam się i próbuję dogonić cholerne papiery, które wybrały wolność. Facet zaś spokojnie zaczyna zbierać kartki opatrzone logo firmy, w której pracuję. A także moim imieniem i nazwiskiem. I nazwą stanowiska. I widzę, że czyta to, co jest tam napisane.

Wreszcie zbiera wszystko w ładną kupkę, odbiera mi teczkę, chowa wszystko do środka i wręcza niczym bukiet.

– Proszę, pani Liliano.

Mruczę coś niezrozumiałego, bo mój mózg zdecydował się na urlop. Nie oglądając się na faceta, zmierzam w kierunku biurowca. Słyszę, czuję, wiem, że idzie tuż za mną, i jestem pewna, że gapi się na moje nogi. Wchodzę do biurowca. Przed windami zgromadził się już niezły tłum. Rozdaję uśmiechy i powitania i czekam. Nie muszę się rozglądać, wiem, że facet stoi tuż za mną. Zastanawiam się, dokąd on zmierza; biurowiec ma dziesięć pięter, na każdym kilka firm, moja zajmuje piąte i szóste. Ja urzęduję na piątym. Wreszcie przyjeżdża winda i wchodzimy do środka. O tej porze zawsze jest przepełnienie. Jedziemy ściśnięci jak szprotki w konserwie, mój parkingowy prześladowca stoi przede mną, bez skrępowania gapię się na jego szerokie plecy i lśniące w świetle jarzeniówki włosy. Jest naprawdę wysoki, cholera, podoba mi się, trochę żal, bo prawdopodobnie już nigdy więcej go nie zobaczę. Dojeżdżamy do piątego piętra, otwierają się drzwi i przeciskam się do wyjścia. Ocieram się o rękę „mojego” faceta, ten patrzy na mnie i się uśmiecha. I gdy go mijam, mówi cicho: „Do zobaczenia”. Wysiadam i nie wiem, czy naprawdę coś powiedział, czy mi się wydawało. Wchodzę do swojego pokoju, czuję się dziwnie, nie do końca pewna, co się właściwie stało, i chcę to przegadać, opowiedzieć moim dziewczynom, ale te są podekscytowane czymś innym.

– Lilka, dobrze, że jesteś, dzwonili z biura zarządu. Dzisiaj o dwunastej zebranie całej kadry zarządzającej. Podobno jakieś zmiany się szykują.

– Zmiany? – spytałam bez zainteresowania, bo zmiany w korporacjach są zaskakujące niczym piegi u rudzielca.

– No, może wywalą Parówkarza – dodała Lidka z nadzieją. Parówkarz pracował w IT i zasmradzał cały korytarz gotowanymi niemal non stop parówkami.

– Na to bym nie liczyła. Parówkarz pisze oprogramowanie do tego nowego syyysteeemuu. – Marta malowała usta. – Lepiej, gdyby wywalili Śmierdziela.

– Ha, ha. Zapomnij. Śmierdziel ma plecy. – Pokręciłam głową. – A poza tym skąd ten pomysł, że w ogóle kogoś wywalą?

– Zawsze kogoś wywalają, co nie? – Baśka obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem. – Wyglądasz jakoś inaczej.

Wzruszyłam ramionami.

– Czyli?

– Nie wiem. Ładnie.

– No dzięki. To miał być komplement?

– Nie masz bitch face.

– Odwal się.

– No, teraz już lepiej.

Tak zwykle wyglądały nasze rozmowy. Pozostałe dziewczyny już się przyzwyczaiły, a ktoś, kto nas nie znał, mógł odnieść wrażenie, że się nie znosimy. Przyjaźniłyśmy się, dzieliłyśmy wszelkie troski i zmartwienia. Teraz też chciałam powiedzieć Baśce o spotkaniu na parkingu. Lidka i Marta od razu nastawiły uszu.

– Dzisiaj zdarzyło mi się coś… – Nie dokończyłam, bo Jarek, kumpel z działu obok, zajrzał i oznajmił z uśmiechem:

– Królestwo wzywa.

Ruszyliśmy niczym pochód pierwszomajowy w stronę schodów, przekrzykując się, wymyślając możliwe i całkowicie nieprawdopodobne scenariusze, a ja czułam się jak w szkole, kiedy odwoływali jakąś lekcję, bo nie było nauczyciela i klasa miała trochę luzu. W sali konferencyjnej wszystkie miejsca siedzące były już zajęte, reszta nieszczęśników stanęła pod ścianami, szepcząc i mierząc się nawzajem wzrokiem. Przybrałam korporacyjny wyraz twarzy i pozwoliłam myślom błądzić. Dawno temu wymyśliłam sobie grę w tłumaczenie z korpobełkotu na polski.

– Jolu, śliczna bluzeczka! – „Jolu, co za marna szmatka! To z lumpeksu?”

– Kamila, ale zeszczuplałaś! – „Kamila, nie wiedziałam, że można przytyć dziesięć kilo w jeden dzień”.

– Lilka, twoja prezentacja była wspaniała! – „Ty suko, znowu miałaś lepszą prezentację!”

– Dziękuję, kosztowała nas sporo pracy, ale mam taki zespół, że poszło błyskawicznie – odpowiedziałam, bo naprawdę każdemu życzę takich współpracowników. Przyzwyczaiłam się do odgrywania ról, udawania, ale męczyło mnie to bardzo, a ostatnimi czasy nawet za bardzo. Ale teraz nie miałam już dłużej czasu na rozważania, bo oto pojawił się prezes, za nim jacyś faceci i, oczywiście, wszędobylska Lejdi. Boss poprosił wszystkich o ciszę, a ja odwróciłam się do Baśki z jadowitym komentarzem na temat żakiecika Lejdi na ustach.

Zamarłam, gdy usłyszałam jęk Baśki.

– Ja pierdzielę, ale ciacho.

– Że co?

Z grupki gości wysunął się mężczyzna, którego przedstawiał nasz boss.

– To Michał Maliszewski. Członek zarządu, a także nowy dyrektor działu IT. Będzie ściśle współpracował z departamentem Hanny – Lejdi wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu – czyli z marketingiem, z Anią i jej działem współpracy z mediami, z Rafałem oraz Lilianą, czyli z działem analiz. .

Na dźwięk mojego imienia stojący obok prezesa mężczyzna drgnął i spojrzał wprost na mnie. Nagle zrobiło się cholernie gorąco, a na policzki wypłynął mi rumieniec. Rumieniec. Teraz. Normalnie pensjonarka w korpo.

– Ja pierdolę – szepnęłam, a Baśka popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.

Oczywiście. Oczywiście, że mój pech postanowił uderzyć właśnie teraz. Zawsze miałam pecha do facetów, których imiona zaczynały się na literę M. W podstawówce Marcin podpalił mi włosy. Maciek był po prostu dupkiem i doniósł mamie o wagarach, na które mnie wyciągnął. Mirek wylał na mnie kubeł zimnej wody, a to wcale nie był śmigus-dyngus. Marek – wiadomo. A teraz… stał przede mną facet z parkingu, który, jak się okazało, był nie tylko moim nowym szefem, lecz także nowym dyrektorem działu, z którym miałam blisko współpracować. Michał. Nawet imię miał ładne.

– Lilka. – Przyjaciółka szturchnęła mnie łokciem. Chyba ktoś coś do mnie mówił.

– Liliano, jeszcze nie wiosna, a ty już zakochana.

No patrzcie, państwo, jaki z tego prezesa żartowniś. Koń by się uśmiał.

– Mówiłem, że Michał będzie się teraz spotykał ze wszystkimi szefami działów, ty idziesz na pierwszy ogień. To wszystko, dziękuję.

Kiwnęłam głową i wbrew sobie spojrzałam na tego Maliszewskiego. Uśmiechał się uprzejmie, rozmawiał z prezesem i Lejdi. Zerknął na mnie i wówczas ujrzałam w jego oczach cień rozbawienia i coś jeszcze, coś, czego nie umiałam zinterpretować. Nagle poczułam się niekomfortowo. Zwyzywałam faceta, a on teraz będzie miał cudowną okazję, żeby się odegrać. Trudno. Jedno było pewne. Życie bardzo szybko pokazało mi, jak bardzo się myliłam, myśląc, że już nigdy nie zobaczę przystojniaka z beemki.

– Co jest? Znasz gościa? – Baśka w końcu zauważyła, że coś jest nie tak.

– Tak jakby. Mam przesrane – mruknęłam, uśmiechając się sztucznie. – Później ci powiem – dodałam przez zęby, bo oto nowy dyrektor wskazywał mi gabinet obok pokoju prezesa, w którym od dzisiaj miał zapewne urzędować. Weszłam do środka pewnie i z podniesioną głową. Tak już miałam. Nawet gdyby miała zależeć od tego moja kariera, nie zamierzałam udawać skruchy. Pewnie jakaś wada genotypu.

– Proszę usiąść. Przepraszam za bałagan, jeszcze się nie rozpakowałem. – Maliszewski usiadł po drugiej stronie biurka, a ja spojrzałam na niego, jakby miał trzecie oko. Gdzie on, do diabła, widział bałagan? Chyba muszę zaprosić go do mojego pokoju, moje „stanowisko pracy” przysporzy mu wielu bezsennych nocy. Gorzej, gdy je zacznie porządkować i zepsuje mi mój starannie zaplanowany chaos.

– Nic nie szkodzi, to znaczy… hm… właściwie co chciałby pan wiedzieć? – Starałam się mówić normalnie, ale wbrew temu, co o mnie mówiono, nie byłam zimną rybą i trochę się jednak denerwowałam. Bardzo trochę.

– Michał jestem. Chciałem wiedzieć, jak masz na imię, ale to już wiem. – Błysnął zębami w szerokim uśmiechu. Cholera, rozglądałam się za karafką z wodą, ale dostrzegłam tylko wazon z kwiatami. Głupio byłoby wychlać wodę z wazonu. Chociaż, z drugiej strony, może facet szybciej podjąłby decyzję o wywaleniu mnie na zbity pysk? A swoją drogą, skąd się wzięły tutaj te wiechcie?

– No tak. Zawsze łamiesz przepisy? – brnęłam dalej, a jakiś głos w mojej głowie wrzeszczał rozpaczliwie, żebym się zamknęła.

– Zawsze. Takie hobby.

No dobra. Nie dość, że był niesamowicie przystojny, to jeszcze miał poczucie humoru. Idealny facet. Gdyby tylko nie pracował w kołchozie i nie zarządzał moją działką. Byłoby ekstra, naprawdę.

– Do mojego hobby możemy wrócić kiedy indziej, teraz chcę, żebyś przygotowała dla mnie te dane. – Podał mi trzy gęsto zapisane kartki A4. Byłam ciekawa, czy miał to już wcześniej, czy przygotował po akcji na parkingu, kiedy przeczytał moje dokumenty i już wiedział, kim jestem. Nieee, mało prawdopodobne, ale moja głupia wyobraźnia podsuwała różne scenariusze. Sorry, Lilka, po prostu czekało cię sporo roboty!

– Oczywiście, na kiedy? – Uśmiechnęłam się szeroko. Znowu dostrzegłam ten dziwny błysk w jego niebieskich oczach, ale nie potrafiłam go rozszyfrować.

– Na jutro, na dwunastą. Za mało czasu? – Uniósł brew i wydawało mu się, że jest mistrzem podstępu. Na pewno miał przygotowaną jakąś uszczypliwą uwagę. Choćbym miała ślęczeć nad tym do rana, nie dam mu tej satysfakcji.

– Na dziewiątą będzie gotowe. – Cholera, chyba wieczorem w piątek. Racjonalna część mojego umysłu chciała zaprotestować, ale zdusiłam upierdliwca i zmusiłam do milczenia.

– Dwunasta wystarczy. Do zobaczenia, Liliano. – Dlaczego moje imię w jego ustach brzmiało tak, że miałam ochotę podać mu się na talerzu? Ciężkie czasy nadeszły, kryzys, pani kochana, kryzys.

Gdy wychodziłam, on, oczywiście, bezczelnie gapił się na moje nogi.

Na schodach na chwilę przystanęłam. Musiałam ochłonąć i pomyśleć. Wpakowałam się w niezłą kabałę. Nie pierwszy raz mój niewyparzony jęzor ściągał na mnie kłopoty. Facet wyraźnie zagiął na mnie parol, ale kompletnie nie wiedziałam, co właściwie o mnie myśli. W pracy uchodziłam za profesjonalistkę, nieco aspołeczną, ale prezes był ze mnie zadowolony. A teraz… pan Michał. Nic to, Michale, nic to. Idiotka, nie hajduczek, koleś szuka pewnie sposobu, żeby się zemścić za awanturę na parkingu, a tobie się wesele śni. Chociaż te niemalże fiołkowe ślepia przywodziły na myśl rzeczy zdecydowanie ciekawsze niż ślubna biel. Musiałam wziąć się w garść i przestać marzyć, jeśli miałam zdążyć z zadaniem, które zlecił mi Przystojniak z Parkingu. Miazga! Gdyby wiedział, jak go nazywam… W sumie mogę mówić o nim „kolo z beemy” albo „ciacho z banditen motor wagen”. Boże, kompletnie mi odbiło.

Mamrocząc, weszłam do pokoju. Moje trzy koleżanki natychmiast zamilkły i gapiły się na mnie.

– No, dawaj. O co chodziło? Baśka mówiła, że go znasz?

– Kogo znam? – Zamrugałam, nie rozumiejąc.

– No Michała. Tego nowego. – Zachichotała Lidka, a Marta przewróciła oczami.

– Ale czujecie? Takie ciacho w naszej firmie? Lejdi dostanie zajoba.

– Harpia już się na niego szykuje, jestem pewna.

Usiadłam ciężko przy swoim biurku. Pozwoliłam im się powystrzelać z jadu. Trochę sobie na to zasłużyła. Lejdi miała koło trzydziestki i samotnie wychowywała ośmioletnią córkę. Ale usilnie pragnęła to zmienić, więc biada facetowi, który wpadł jej w oko. Przypuszczała frontalny atak, a że do brzydkich i ułomnych nie należała, koleś wpadał szybciej niż śliwka w kompot. No i wtedy się zaczynało…

– W związku z tym, że widzimy się w weekendy, wyliczyłam, że w tym czasie zużywasz prąd na kwotę trzydziestu złotych, a wody za dwadzieścia pięć. Proszę więc o wrzucanie odpowiedniej kwoty do puzderka kosztów.

– W związku z tym, że prosiłeś mnie o wypożyczenie filmów z wypożyczalni, co kosztowało sto złotych, proszę cię o wrzucenie połowy tej sumy do puzderka kosztów.

– W związku z tym, że przywiozłeś do mnie swoje pranie, wyliczyłam, że…

– W związku z obiadem dla twoich znajomych…

– W związku z zakupami świątecznymi…

W związku z powyższym koleś uciekał z krzykiem po maksymalnie półrocznym okresie umieszczania znacznych sum w puzderku kosztów. Skąd o tym wiedziałam? Świat jest mały, żyjemy w końcu w globalnej wiosce. Przyjaciółka mojej matki miała syna, on miał dziewczynę, a ta miała siostrę, która obracała się w tym samych kręgach co Lejdi. Ta ostatnia z jakichś dziwnych powodów lubiła opowiadać o swoich życiowych zmaganiach związanych z poszukiwaniem odpowiedniego mężczyzny. Dzieliła się troskami, chwilami szczęścia i metodami postępowania z potencjalnymi przyszłymi małżonkami. A że rzeczona siostra niezbyt przepadała za tą operatywną kobietą, przekazywała jej rewelacje dalej. A było co przekazywać. Tak więc miałam pełen obraz Hanny Ból, która nawet nazwisko miała odpowiednie. Bo znajomość z nią bolała, czy to na gruncie zawodowym, czy też prywatnym. Poza tym Lejdi uwielbiała biurowe romanse i gdy tylko pojawił się jakiś nieszczęśnik, zbyt słaby, by uniknąć wpadnięcia w jej misterne sieci, potem uciekał z krzykiem i zmieniał nie tylko obiekt zainteresowań, lecz także miejsce pracy. Tak więc mogłam jedynie przypuszczać, jak Bolesna Hania zajmie się panem Michałem Blue Eyes. I nie ukrywam, trochę mnie to, powiedzmy, wkurwiało.

– Lilka! Pobudka! – Zniecierpliwiony głos mojej przyjaciółki wreszcie do mnie dotarł.

Skupiłam wzrok na Baśce, wiedząc doskonale, że Marta i Lidka też patrzą na mnie z niecierpliwością.

– Zwyzywałam go na parkingu. Bo zajął moje miejsce. Potem zgubiłam papiery i on pomógł mi je pozbierać. Byłam złośliwa, on też, potem jechaliśmy tą samą windą, myślałam, że już nigdy go nie zobaczę. Ale, jak widać, próżne nadzieje. A teraz dostałam zadanie, nad którym będę siedzieć pół nocy. Koleś się uwziął. Będzie się mścił. To tyle.

Baśka pokręciła głową.

– Ty masz zwyczajnego pierdolca na punkcie tego miejsca parkingowego. Kto ci powiedział, że należy do ciebie?

– Ja.

– Dobra, bez komentarza. Ale może przesadzasz, może koleś nie będzie wredny?

– Nie wiem, zrobię wszystko, o co prosił, ale wiecie, trochę dałam ciała.

– Bo ty zawsze musisz postawić na swoim.

– Oj dobra, dajcie spokój. Koleś jest zarozumiały, to widać. Myśli, że skoro jeździ beemką, to…

– Lilka. – Marta spojrzała na mnie z politowaniem. – Ty też jeździsz beemką.

– Ale ja nie zajmuję cudzego miejsca parkingowego!!! – wydarłam się. W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł prezes w towarzystwie złodzieja miejsc parkingowych, Michała Maliszewskiego.

– Co tu takie hałasy? Liliano, przyszedłem przedstawić nowego dyrektora. Oprowadzam go po firmie. Michał – zwrócił się do wysokiego mężczyzny – panie były na spotkaniu, Lilianę już znasz. To dział analiz, będziecie bardzo blisko współpracować.

– Mam taką nadzieję – odparł facet z parkingu ciepłym i niskim głosem, patrząc wprost na mnie. Od tego wibrującego barytonu mi też co nieco zawibrowało, ale na twarzy miałam jedynie uprzejme zainteresowanie. W końcu profesjonalistka to moje emploi.

–Liliana jest nieco… ekscentryczna, ale to świetny fachowiec. Na pewno przekona cię do wielu ciekawych rozwiązań.

– Nie mogę się doczekać – zamruczał niski baryton, a ja chętnie zamruczałabym wraz z nim. Maliszewski się uśmiechnął, kiwnął głową na znak pożegnania, a wychodząc, odwrócił się i spojrzał na mnie znowu tym zagadkowym wzrokiem, pełnym rozbawienia, ale czegoś jeszcze.

Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, dziewczyny, jak jedna żona, odwróciły się i spojrzały na mnie. Marta uśmiechnęła się znacząco, Baśka szczerzyła zęby, a Lidka patrzyła rozmarzonym wzrokiem. Nie wytrzymałam.

– Mam coś na twarzy?

– Oczywiście. Wszystko masz wypisane na twarzy.

– Odwal się, Baśka. To nie ja się śliniłam.

– Za miesiąc wychodzę za mąż. Ślinienie to jedyne, co mi pozostało.

– Ja mam męża – zastrzegła Lidka, usuwając z twarzy rozmarzenie.

– Ja mam faceta. – Marta wzruszyła ramionami.

– No i? – warknęłam.

– Ale ty nie masz…

– A on gapi się na ciebie…

– Jak na coś pysznego…

Moje przyjaciółki otoczyły mnie i wyszczerzyły się w uśmiechach.

– Spadajcie. Złudzenia. A tak w ogóle, nie macie nic do roboty? Bo się spotkamy na małym łan tu łan…

– Nie, podziękuję – odparła Baśka z godnością. – Ale uważam, że wpadłaś mu w oko, a sądząc po twojej reakcji, on tobie też.

Gdy po pracy szłam na parking, miałam cichą nadzieję, że go spotkam, ale czarnego bmw już nie było. Pojechałam do domu i pierwszy raz od lat nie myślałam o kolejnym dniu w pracy ze wstrętem. Najgorsze, że domyślałam się, kto jest tego powodem. A to zaczęło mnie bardzo, ale to naprawdę bardzo martwić.

Poranek przywitał mnie brakiem prądu, a potem było jeszcze gorzej. Chciałam jeszcze dokończyć raport dla pana MM, ale bateria w laptopie, pomimo całej nocy ładowania, mi zdechła, a wtyczka leżała obok ładowarki wyraźnie z siebie zadowolona. Postanowiłam więc wcześniej pojechać do firmy, szybko weszłam pod prysznic, namydliłam się, wtarłam szampon we włosy i wtedy coś zabulgotało w rurach, a z prysznica poleciał smętny strumyczek, którym spłukałam pianę z dużego palca.

– Noż kurwa