Opis

Naszym obozem rządzi ekonomia socjalistyczna. Coraz większa ilość stali przypada na głowę obywatela. Mój ojciec narzeka, że łeb mu pęka od tego ciężaru. Brakuje za to podstawowych rzeczy. Symbolem Peerelu staje się „spust surówki”. A także puste półki, nagie haki, naszyjniki z papieru toaletowego. Kolejki ustawiają się po mięso, ale też po książki. Jest biednie, ale książkowo.

Żeby zdobyć pieniądze na studia pracuję w Fabryce Pomocy Naukowych, potem w Zjednoczeniu Przemysłu Okuć, gdzie projektuję klucze i kłódki. Wychodzę za mąż na pierwszym roku studiów. Piszę pracę magisterską, rodzę dziecko, przez cztery lata siedzę w domu - tak głupio określa się darmową kobiecą harówkę. Dorabiam, sprzedając swoje rysunki. Pozuję jako model fryzjerski. Pensja męża, który robi karierę naukową, nie wystarcza. Zaczynam pisać powieść.

„Pracuję tylko w szczelinach czasu, gdy obiad gotowy, pranie się suszy, mieszkanie wysprzątane a dziecko śpi, wtedy siadam do pisania”. Taką notatkę znalazłam w dzienniku z tamtego czasu. To stąd wziął się tytuł.

Krystyna Kofta

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 631

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki i projekt graficzny całości: Ula Pągowska

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka, Mariola Hajnus

Zdjęcie wykorzystane na okładce pochodzi z prywatnego archiwum autorki

Zdjęcia na stronach: 10, 24, 68, 86, 128, 150, 184, 212, 292, 326, 362, 396, 428, 448, 500, 544, 576 pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego

© by Krystyna Kofta

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1026-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

PROLOGDżdżownice polskie

Dżdżu krople padają, i tłuką w me okno, jęk szklany, płacz szklany, i szyby w mgle mokną, zupełnie jak w wierszu Staffa. Dżdżu krople padają też u Mickiewicza, z chmury, na przykład jesiennej, jak żółw leniwej, ulewą brzemiennej, co z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi, jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi.

Krople spulchniają i zmiękczają naszą ziemię, „tę ziemię”. Wkrótce po deszczu nie ma śladu, wilgotna ziemia pachnie, ptaki śpiewają. Na niebie pojawiają się białe obłoki, zza których wyziera słońce.

Nagle spod ziemi wychynęły na powierzchnię dwie dżdżownice. Duża dżdżownica to matka. Mała dżdżowniczka – jej córka. Oddychają głęboko świeżym po dżdżystym dniu powietrzem.

– Jakżeż tu pięknie, mateczko! Słonko świeci, ptaszki śpiewają, jest tak jasno! – zachwyca się dżdżowniczka. – Powiedz, ach powiedz, mamusiu, dlaczego my wciąż siedzimy pod ziemią i ryjemy w zupełnych ciemnościach?

– Bo to jest nasza Ojczyzna, córeczko!

Dziadek Franciszek wielkim patriotą był i basta. Po pierwszej wojnie wrócił do kraju z Berlina, choć rodzina się do tego nie paliła.

– Powstała Niepodległa, nasza Ojczyzna, nie ma się nad czym zastanawiać – zarządził.

Fabrykę zwinął, do Ojczyzny wrócił. I splajtował.

Mój ojciec przejął firmę, na nogi ją postawił. Wtedy wybuchła druga wojna. Stracił wszystko. Jako urodzony w Berlinie dostał propozycję zostania „rajsdojczem”.

– Nie po to mój ojciec do Ojczyzny wrócił, kiedy Polska powstała, żebym ja teraz Niemcem został – stwierdził.

Po kategorycznej odmowie zostaje odesłany do kopania rowów. Nadwerężył zdrowie, życie ocalił.

– Przecież mogli mnie zabić albo do obozu wysłać – mówi.

Nie żałuje utraconego majątku. Fabryka się spaliła, ocalało kilka nadpalonych maszyn Singera i dwa worki guzików.

Nowy układ geopolityczny zmienia układ sił. Przedwojenny burżuj staje się znów ofiarą. Nasza Ojczyzna w kleszczach geografii. Położenia nie przeskoczysz.

– Nie upadnie ten system ani za mojego życia, ani za twojego, ani też za życia waszych dzieci i wnuków. Trudno, to jest nasz kraj, innego nie mamy, to jest nasza Ojczyzna, córeczko – wieszczy ponuro.

Mylił się ojciec, choć sam tego nie doczekał. W 1989 roku Peerel jednak się skończył, odzyskaliśmy wolność i niepodległość.

Czy myślicie, że my, dżdżownice polskie, pozwolimy ją sobie znów zabrać? To jest nasza Ojczyzna Polszczyzna. Odwalcie się od niej!

DOMIAR

Wieczór. W dużym pokoju, którego okno wychodzi na ulicę Asnyka, w kręgu światła lampy wiszącej nad stołem, krawiec damski Mieczysław Gałdyński, mój ojciec, pije zimną wódkę z panem Abramowiczem, krawcem męskim z ulicy Wawrzyniaka.

– Za duszę powieszonego! – mówi ojciec, wznosząc pierwszy toast.

– Tam będzie mu lepiej niż nam tu! – Pan Abramowicz opróżnia swój kieliszek.

– Ale jego rodzinie to niekoniecznie.

– Chyba domiar im umorzą?

– To zależy od ich widzimisię. – Ojciec nalewa do pełna. – Za umorzenie!

Wódka schłodzona pod zimną wodą w zlewie kuchennym. W domu nie ma lodówki.

– Monopol państwowy działa dobrze, wódka czysta jest naprawdę czysta, spirytus i czystą można pić bez obawy, dodatki smakowe to chemia – chwali ojciec.

Stoję w korytarzu, drzwi do pokoju są uchylone. Matka sprząta w kuchni, w piwniczce, jak mówimy, bo schodzi się tam po dwunastu kamiennych stopniach. Wysłała mnie do ojca z pytaniem, czy zrobić im trochę kanapek. Podsłuchuję i słyszę ten toast. Jestem przerażona, muszę odczekać chwilę, żeby wejść i spytać o kanapki. Na podwórku mówi się o tym, że nie żyje tata naszego kolegi, dokładnie jednak nikt nic nie wie. Samobójstwo nie mieści się w dziecięcym pojęciu śmierci. To, co słyszę, potwierdza okrutną prawdę. Ocieram oczy, wchodzę do pokoju…

Tak, zjedzą kilka małych kanapek, jakie zwykle matka podaje do wódki, na jeden chaps. Ze śledziem z beczki, wymoczonym, obranym, posypanym cebulą.

Napięcie opada. Zapalają skręty z żółtobrązowego tytoniu. Tata robi je bardzo zręcznie. W jednym pudełku trzyma bibułki, w drugim pięknie pachnący tytoń nie wiadomo jak zdobyty, uprawy przecież są państwowe. Pewnie przyniosła go któraś ze starych klientek. Ojciec nie pali byle czego. Ma także „charaszo maszynkę”, jak nazywa urządzenie do kręcenia papierosów. Jednak rzadko z niej korzysta. Woli zwijać w palcach. Gdy czuje się gorzej, po ostrym ataku duszności, po bólu i kołataniu serca lub stanie przedzawałowym, wówczas pozwala mi przygotować skręta. W tajemnicy; przed matką musi udawać, że nie pali, gdy czuje się gorzej.

Leków ojciec nie bierze, twierdzi, że sznaps wieczorny to najlepsze lekarstwo. Pomaga mu, rozluźnia napięte mięśnie. W szpitalu nigdy nie leżał. Wszystkie zapaści i zawały przechodzi w domu. Matka siedzi wtedy przy nim dzień i noc. Jak to się odbywa? Mój brat biegnie po pogotowie. Nie mamy przecież telefonu. Chyba nikt w kamienicy nie ma. Ojciec po uzyskaniu pierwszej pomocy odmawia wyjazdu do szpitala, mówi, że chce umrzeć w domu. Podpisuje papiery, że robi to na własną odpowiedzialność. Przychodzi doktor Smolarkiewicz (mieszka przy ulicy Reja), ratuje mu życie. Trzy razy się udaje. Za czwartym już nie. Takie zdarzenia jak domiar i śmierć krawca źle wpływają na serce ojca. Z trudnością oddycha. Gdyby nie sznaps z panem Abramowiczem, czułby się jeszcze gorzej.

Dwaj krawcy piją więc za duszę powieszonego, podobno za późno go odcięto. Lekarz pewnie wypisał akt zgonu z przyczyn naturalnych i litościwie nie doniósł o „wypadku” na milicję, co powinien był zrobić. Mimo dużej skali donosicielstwa i restrykcji, wśród przyzwoitych ludzi istnieje rodzaj prawdziwego frontu jedności narodu, w opozycji do władzy, ubeków, szpicli oraz zwykłych zawistników.

Żona krawca nie zgłasza samobójstwa w urzędzie. Dostaje akt zgonu męża od lekarza. Wszystkim to odpowiada. Władzom, bo nie muszą prowadzić śledztwa, choć i tak nie ponoszą za nic odpowiedzialności. Są bezkarne. Niezgłoszenie samobójstwa powoduje, że sumienie urzędnika jest czyste. Nie ma poczucia winy, nikt przecież nie odpowiada za śmierć naturalną. Rodzinie, bo może urządzić katolicki pogrzeb, taki jak trzeba, z księdzem i krucyfiksem, zwłoki złożyć w grobie rodzinnym, a nie zakopać pod płotem. Kościół w tamtych czasach jest blisko ludzi, swoich parafian. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek, a przecież zdarzają się w rodzinach samobójstwa, został pochowany jak człowiek przeklęty, który targnął się na własne życie.

Wmawia się nam na katechizmie, że samobójstwo to grzech śmiertelny, nieodpuszczalny. Jednym słowem – piekło. A kto chciałby zostać skazany na wieczne potępienie i męki? Datek na kościół też pewnie ma znaczenie, jednak nie spotyka się wśród księży aż takiej pazerności na pieniądze i obnoszenia się z bogactwem, jak to się dzieje później. Wybaczenie grzechów jest potrzebne zmarłemu, czyli nieboszczykowi, o ile był wierzący. Pewnie nieszczęsny krawiec dostaje szybkie ostatnie namaszczenie od wezwanego w panice księdza. Spowiedź nie jest warunkiem koniecznym, trudno się wyspowiadać, będąc martwym. Księża udzielają ostatniego namaszczenia chorym bez przytomności, więc w czym problem? Dzięki temu krawiec spod dziesiątki będzie mógł czekać na Sąd Ostateczny w areszcie czyśćcowym, nie zaś w piekle, gdzie z wyrokiem na całą nieskończoną wieczność lądują przeklęci. Nikt o targnięciu się na życie nie wie nic pewnego. Nikt nie czyta Pisma. Wiara katolika opiera się na wierze w to, co głosi ksiądz z ambony. Ewangelie są słabo rozumiane.

Władze nie mają poczucia winy za domiar. Stosunek do „prywatnych” jest w sferach urzędników z awansu społecznego mściwy, nienawiść wielka. Na szczęście nie wszyscy są tacy. Matka twierdzi, że nawet niektórzy partyjni „chcą dobrze”, a czasem, gdy zajdzie potrzeba, to pomogą. Ludzie znają się między sobą, dzieciaki chodzą do tych samych szkół. Tylko niektóre do TPD, tam uczą się dzieci upartyjnionych rodziców. Nawet jeśli tak jest, bawią się na tym samym podwórku. Żony kupują na targu, spotykają się w tych samych sklepikach spożywczych, te „za żółtymi firankami” są dla wybranych wyższego szczebla, nie dla szeregowych członków partii.

To nie jest przyjemne, gdy sąsiedzi spuszczają głowy i przechodzą na drugą stronę ulicy, żeby się nie ukłonić i zagadać. Zaczęło się dzielenie ludzi, którzy razem cierpieli okupację, po wojnie wspólnie odgruzowywali, odbudowywali miasta. To, co się dało odbudować. Budowali nowe domy, nie zwracając uwagi na to, skąd kto przyszedł.

Bardzo szybko po zakończeniu wojny objawia się czerwony pysk nowej władzy. Kończy się kokietowanie równością i powszechną dostępnością dóbr. Był taki moment, jak ze śmiechem opowiadał ojciec, że propaganda bolszewicka lansowała równość i przywileje „dla ludu procującego miast i wsi”. Ta zbitka była wówczas popularna, u nas w domu przyjęła się jako kpina. Otóż mówiono, że będzie tak dobrze jak w Związku Radzieckim, będziemy za darmo jeździć pociągiem. Podobno ojciec raz się nawet przejechał bez biletu. Bonanza komunikacyjna skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. Ojciec twierdzi, że w ZSRR człowiek nie może się w ogóle przemieszczać bez zgody władzy. Zaczął się „normalny Peerel”, o darmowych ideach można zapomnieć. Potrzebne są pieniądze na zarządzanie państwem, szuka się ich wszędzie. Najłatwiej łupić prywatną inicjatywę. Robiono „oko” do ludu, wszelkie braki towaru oraz niepopularne decyzje zwalając na „ruskich”.

Potem, gdy władza jest już rzekomo „nasza”, „ludowa”, wielu się do niej pcha. Ktoś na najwyższym szczeblu przygotowuje ustawę, ktoś inny podejmuje decyzje o dowaleniu domiaru, pracownicy niższego szczebla po prostu wykonują polecenia. „Niestety, nic nie dało się zrobić”, mówią, nie ma możliwości sprzeciwu.

Bohaterów ruchu oporu antykomunistycznego wówczas było niewielu, przynajmniej przed wybuchem protestów w 1956 roku nie ujawniali się. Niektórzy urzędnicy po cichu pomagają, przełożą dokumenty na spód, na dno urzędniczej szafy. Za drobną przysługą, opłatą, bombonierą, gdzieś mogą „zagubić” trefne papiery. Domiary nie pochodzą z obliczeń urzędu skarbowego, często biorą się donosów.

Rynek Jeżycki już wie

Wieść o tym, że krawiec z naszej kamienicy targnął się na życie, rozchodzi się szybko, choć nie lotem błyskawicy. Bolesna wiedza rozlewa się po domach cicho, jak zdradziecka woda podczas nocnej powodzi. Zdarzenie komentuje się w kamienicach i na podwórkach. Informacja dociera też na Rynek Jeżycki.

Idę z matką, najpierw obchodzimy cały rynek. Matka robi tak, żeby porównać ceny i zobaczyć, co jest najświeższe. Wracamy do straganu z drobiem. Przekupka, „nasza drobiarka” ma stałe miejsce. Odgania muchy, żeby nie siadały na kurach rosołowych. Te leżą na drewnianym, wyszorowanym do szarości stole, jak panienki, ze skromnie złożonymi nóżkami, związanymi kawałkiem własnej skóry. Są już oskubane. „Nasza drobiarka” niestrudzenie macha granatowym, połyskującym skrzydłem, wcześniej musiało należeć do jakiegoś wielkiego ptaka. Wygląda, jakby miała odlecieć, a przy ziemi trzyma ją jedynie ciężki, gruby tyłek.

– To prawda, co mówią o krawcu spod dziesiątki? – pyta.

– Zależy, co mówią. – Matka to mistrzyni krótkiej formy.

„Nasza drobiarka” ma najlepszy towar. „U mnie jajeczka najwyżej trzydniowe”. Ręczy za to honorem. „Kogut jest trochę żylasty, ale na rosół idealny, lepszego pani nie znajdzie! Dodać szponder i wszystko zmielić…” Poucza młode mężatki, daje przepisy.

Kaczki ze świeżą krwią, która skapuje teraz przez lejek do butelki po spirytusie, kupuje się na czerninę. Butelki po wódce i spirytusie ceni się szczególnie, są odkażone, „wyjałowione”, a to po epidemii heinemediny jest ważne. Kobiety zwracają uwagę na „zarazki”. „Czernina to najzdrowsza zupa na krew dla anemicznych dzieci, krwi od tego przyrośnie”.

Zupa z krwi, dla wampirów, mówią dzieciaki na podwórku: „pij zupkę, bo ci skrzepnie”. Lubią ją, ma wyrazisty smak kwaśnosłodki. Gotuje się rosół z włoszczyzną na podrobach, żołądek, serce, do tego ewentualnie szyjka i skrzydełka. Potem dodaje się owoce suszone, gruszki i śliwki, wreszcie wlewa się krew i zakwasza octem, żeby się nie ścięła. Jadamy czerninę z domowym makaronem. Zwykle w święta, gdy kupuje się kaczkę. Robi się do niej pyzy drożdżowe, gotowane na parze.

Matka boi się o zdrowie ojca. Dba, żeby jadł to, co dobre na serce. Ma dużą wiedzę w tym zakresie. Być może niezgodną z nowymi odkryciami medycznymi, ale jej dieta jest skuteczna, mało który mężczyzna przeżywa wówczas trzy zawały. Lekki rosół z domowym makaronem zawsze pomaga, na każdą chorobę.

– Jak to tak można? Wziął się i powiesił? Rodzinę zostawił. – Drobiarka odłożyła skrzydło, żeby załamać ręce. Bierze wybraną przez matkę kurę i wielkimi nożycami przecina grzbiet, wyjmuje wnętrzności, wkłada szyjkę, wątróbkę i żołądek do środka. Waży, pakuje w pergamin. Sześć jajek wkłada do tytki zrobionej z gazety.

– Świeżutkie, można pić na surowo! Przecież ludzie by pomogli – dodaje cicho po chwili, z nikłym przekonaniem. Nabiera garścią śliskie, połyskujące kurze żołądki, wrzuca je do papierowej torebki po cukrze. Wykorzystuje się każdy skrawek papieru.

– Nawet jakby nie spłacił, toby odsiedział i wyszedł, ale nie, taki chłop od razu musi się wieszać! – stwierdza po chwili namysłu.

Matka patrzy na mnie z uwagą. Robię się blada, myślę, co będzie, jak ojciec dostanie domiar i go wsadzą. Ma bardzo słabe serce, w małej celi na pewno jest duszno, mało powietrza… Ogarnia mnie strach. I znów gniew. Robię się czerwona.

– Nie przy dziecku, widzi pani, co się dzieje? – Matka daje mi siatkę i parę złotych do ręki.

– Idź do Bułgara, kup funt zielonego szablu – mówi.

Rodzina Bułgarów ma wielki stragan, słynie z warzyw. Szabel to fasolka szparagowa. Z zielonej fasolki szparagowej, która jest bardziej krucha i bez łyka, matka gotuje eintopf na dwa dni. To obiad jednogarnkowy. Zupa z włoszczyzny, fasolki, ziemniaków, na gęsto. Jak jest trochę więcej grosza, to matka gotuje na kurczaku albo wołowinie. Jak nie, to dodaje śmietany. W tamtym czasie jadamy także „dla urozmaicenia” szabel na kwaśnosłodko. Z łyżką octu i cukru. A dla mnie już na talerzu, łyżeczka masła, żebym jako „wojenne dziecko” anemii nie dostała. To danie chyba pochodzi z niemieckiej kuchni, bo nikt na podwórku tego eintopfu nie zna.

Biorę siatkę, ociągam się. Słucham. Wściekłość miesza się we mnie z bólem i lękiem o tatę. Bezradność, bezsilność i niemoc uchodzi zwykle w nocy, z tłumionym płaczem, bo nawet płakać nie mogę głośno, żeby rodziców nie zbudzić. Śpimy w jednym pokoju. Nie chcę budzić ojca, wsłuchuję się w jego urywany oddech, myśląc z całych sił „śpij spokojnie, śpij spokojnie, oddychaj równo”. Pragnę mieć siłę nadludzką, baśniową moc, żeby moja myśl pomagała dobrym, a zabijała złych ludzi.

– Może weźmie pani trochę wątróbki? Dam taniej dla małej.

Oskubane gołąbki wiszą głowami w dół, po trzy sztuki, mają związane pazurki. Najdelikatniejszy rosołek dla chorego dziecka. Znajoma kobieta z ulicy Kraszewskiego wybiera gołąbki, synek zachorował, coś przywlókł ze szkoły, w klasie panuje jakaś zaraza, mówi, trzeba uważać, ale i tak się nie upilnuje. Matka prosi, żeby „nasza drobiarka” ją obsłużyła, my zaczekamy, rozumie, że śpieszy się do chorego dziecka. Tamta płaci, wyjmuje z portmonetki papierowy banknot, odlicza końcówkę monetami, co do grosza. Nikomu się nie przelewa, ale też nikt z podwórka nie chodzi głodny.

Ojciec codziennie wydziela matce pieniądze na zakupy. Gdy choruje, mniej zarabia. Matka często wyręcza go w szyciu. Gdyby kogoś zatrudnił, musiałby mu płacić, myślę, że to nie jest w porządku, że matka musi czekać, aż wyda jej kasę. Wiem, jakie to trudne. Nigdy nie proszę.

– Powiedz, na co potrzebujesz, to dostaniesz – mówi ojciec.

Matka powinna dostawać pensję. Wiele kobiet pracuje, większość jednak wciąż jeszcze „siedzi w domu”, harując od rana do nocy przy dzieciakach, gotowaniu, sprzątaniu i trzymaniu wydatków w ryzach.

Przy gospodarce socjalistycznej kolorowy targ, bazar pełen warzyw, owoców, olejów i drobiu jest oazą na rynkowej pustyni. W sezonie pojawiają się grzyby, owoce leśne. Trafiają się też dzikie stoiska, gdzie różni objazdowi cwaniacy polecają łapki na muchy, bo jak wołają „Już dwa wagony «muchów» są w drodze ze Związku Radzieckiego”. Albo wiedzą, jak ulżyć cierpieniom, gdy ktoś ma odciski, jak „kolejarz jeden zbolały, któremu czterdzieści lat odcisk w nogę się wgryzał i dopiero nasz środek radykalnie boleść tę mu usunął”. Cwaniak sprzedaje specjalny plaster, pokazując odcięty odcisk. Część gapiów kupuje ową maść. Matka odciąga mnie od tej grupy, śmieje się. Nie wierzy w ten rodzaj leczenia.

Chłopcy do bicia

Mało kto wie, skąd się wzięło to pojęcie. W Anglii w rodzinach arystokratycznych znana jest „instytucja” chłopca do bicia. Zatrudniano ubogich chłopaczków, którzy ponosili kary cielesne, na jakie zasłużył mały arystokrata. To miało być działanie wychowawcze. Jeśli dzieciak był dobry, nie chciał, żeby ktoś dostawał w skórę za niego, starał się być grzeczny. Jeśli był małym sadystą, broił dużo, żeby napawać się cierpieniem chłopca do bicia.

W nowym, socjalistycznym ładzie chłopcami do bicia są prywaciarze, kułacy, akowcy, ludzie podejrzewani o szpiegostwo tylko dlatego, że mają krewnych za granicą. Nowe władze składają ojcu propozycję objęcia niewielkiej fabryki konfekcji we Wrocławiu. Czasami rządzący tak robią, brakuje im kadr. Wuj Franek Zimny, który był przed wojną zarządcą u jakiegoś hrabiego, zajmował się uprawą szparagów, został oddelegowany na kierownika szparagarni w Strzelcach Krajeńskich. Ojciec nie wierzy władzy ludowej, boi się, że go wkręcą w partię, albo gorzej. Wykręca się chorobą, przedkłada zaświadczenia lekarskie mówiące o licznych dolegliwościach, serce, płuca, wszystko zgodne z prawdą. Ani ojciec, ani matka nie wyobrażają sobie, że mogliby się przeprowadzić. Chociaż dostaliby wtedy mieszkanie we Wrocławiu. Ojciec pisze też, że stracił zdrowie w czasach niemieckiej okupacji, kiedy został odesłany do kopania rowów za odmowę stania się „rajsdojczem”. Sądzi, że nowi władcy wezmą to pod uwagę, nie będą go niszczyli. Pomylił się, traktują go jak „wroga ludu”.

Na wsiach chłopcami do bicia są „kułacy”, którym odbiera się zboże, zabiera maszyny, bydło, konie, świnie. Wiemy o tym, bo przyjeżdża do nas Elegantka z Gondek, przywozi ze wsi świeżutkie jajka dla mnie. Opowiada rzeczy, od których tacie siwieją włosy, tak mówi.

– Chcą zrobić z was wszystkich kołchoźników! Milion ludzi umarło tam z głodu, jak zlikwidowali prywatne rolnictwo – mówi do Elegantki z Gondek, a ona żegna się trzy razy znakiem krzyża.

– Uchowaj nas Panie!

Żona rzeźnika z Mosiny, który też dostał domiar, szyje u taty palto. To zapłata za mięso, wędliny po świniobiciu. Ojciec specjalnie używa zbitki „rzeźnik z Mosiny”, śmieje się i mówi, że to brzmi, jakby ten łagodny gruby człowiek był seryjnym mordercą. Nie rozumiemy na podwórku, co dokładnie to oznacza, nie czytamy kryminałów, nie chodzimy na filmy kryminalne. Tata tłumaczy, że seryjnym mordercą jest ktoś, kto lubi i musi mordować. Pytam, czy to są ci Niemcy, którzy w czasie wojny mordowali setki i tysiące ludzi. Byłam w Oświęcimiu na wycieczce, widziałam. Ojciec mi tłumaczy, że nie wszyscy Niemcy byli mordercami, jednak ja wiem swoje. Niemcy to seryjni mordercy.

Rzeźnik z Mosiny muchy by nie skrzywdził. Mógł wylądować w więzieniu. Ktoś doniósł, że nielegalnie zabija świnie. Dorabia, sprzedając mięso „pod ręką”. Udało się wykręcić, różni pomogli za kawał mięsa karkowego czy od szynki. Rodzice wysyłają mnie na wakacje do państwa z Mosiny. Mają córkę w moim wieku, chcą, żeby nabrała przy mnie „ogłady”, bo „jest dzika”. Tak naprawdę chodzi o to, żebym ją douczyła z polskiego. Mam wprawę, bo douczam osłów z naszej klasy.

Widzę tam świniobicie. Mimo całego oszczędzania zwierzęciu cierpień jest traumą. Przecież nie kazali mi tego oglądać. Miałam pójść z ich córką do lasu. Chcę to zobaczyć, zawsze ciekawska. Elżunia mnie ostrzega, widziała i słyszała wiele razy. Nie zapomina się takich widoków i odgłosów.

W mieście po głowie dostaje wszelka prywatna inicjatywa. Właściciele prywatnych zakładów, nawet tak małych jak jednoosobowa firma „Krawiectwo damskie” mojego ojca. Przecież nie zatrudnia nikogo z zewnątrz. Matka pracuje u niego za darmo. Ze strachu drżą właściciele prywatnych cukierni, piekarni czy szklarni, później nazywani „badylarzami”. Robią wszystko, żeby nie podpaść władzy.

Prześladowania dzieją się na oczach sąsiadów. Większość bardzo współczuje, pomaga po cichu. Jednak głośno o tym nie mówią, są zastraszeni. Zwykle nękania są wybiórcze, losowe, przypadkowe. Czasami celowane. Mają głębokie uzasadnienie. Socjotechnika strachu nie jest wymysłem peerelowskich władz, jest stara jak życie plemienne, społeczne. Władze mogą zawsze liczyć na takich, którzy się cieszą, że ktoś bogatszy albo mądrzejszy od nich dostaje po głowie, że stał się chłopcem do bicia. Inni po prostu oddychają z ulgą, że to nie oni zostali wybrani na ofiarę.

Stonka, czyli żuk z Kolorado

Przez pewien czas karmią nas w szkole wizerunkiem grubych i białych imperialistów amerykańskich, którzy zrzucają stonkę na pola polskich ziemniaków. Na podwórku i w domach naśmiewamy się z tego zrzutu.

Szukanie stonki w czynie społecznym kończy się niekiedy tak jak w przypadku wycieczki Izby Rzemieślniczej na wieś. Zebrali się członkowie Izby rano, podstawiono autokar i ruszyli na wieś. Tam usadzono panów rzemieślników, szewców, krawców, fryzjerów, zegarmistrzów na wolnym powietrzu, przy długim drewnianym stole, na którym stały misy ziemniaków i kwaśne mleko. Pod stołem krąży wódka albo bimber.

– Jeśli to bimber, to wysokiej jakości, nikomu nie zaszkodził – zeznał tata, gdy wytrzeźwiał.

Pito szklaneczkami. Organizatorzy zbierania żółto-czarnego owada poprosili:

– Panowie, nie chodźcie za dużo po zagonach, żebyście nie zadeptali roślin.

Dwóch kolegów przyprowadziło ojca do domu. Nigdy nie widziałam go tak pijanego. Posadzili go na schodach. Matka z bratem przeprowadzili bezwładnego na łóżko. Natychmiast zasnął, spał dwanaście godzin. Obudził się „jak nowo narodzony”. Twierdzi, że na wsi jest dobre powietrze. Stonki nie zbierał. Chłopi mieli już wcześniej przygotowane zbiory w słoikach.

Nas, starsze dzieciaki, zabierano na różne tego rodzaju prace społeczne. Jako licealistki żeńskiego liceum sprzątamy jesienią liście w parku im. Kasprzaka. Studenci z Wydziału Sztuk Pięknych w Toruniu jadą na wykopki do „majątku” uniwersytetu, tam też hodowano króliki, które potem serwowano na obiad razem z ukopanymi ziemniakami.

O zrzutach stonki szybko przestaje się gadać. Komuna uznała, że to ośmiesza, a „nie chwyta”. Ojciec twierdzi, że takie zrzuty są niezgodne z logiką, to by znaczyło, że amerykańskie samoloty mogą latać nad polskimi polami. Na to Sowiety nie mogły pozwolić. Jednym słowem, ktoś się wygłupił.

NIEŚMIERTELNY UMARŁ

Stoję na kamiennych schodach prowadzących do drzwi wejściowych oraz do piwniczki, jak nazywamy kuchenkę. Podsłuchuję, co mówią, popijając wódkę, mój ojciec i pan Abramowicz. Rozwiązują się im języki, wizje zagłady są coraz śmielsze. Bomba atomowa lata pod sufitem. Przejmuję przez skórę strach dorosłych. Może nawet zwielokrotniony przez brak dystansu, jaki oni mają. Inne dzieci też się boją, jednak nie aż tak, ponieważ ich rodzice nie interesują się polityką w takim stopniu jak mój ojciec.

Dzieciństwo z jednej strony jest szczęśliwe, oboje rodzice żyją, zawsze są blisko. Co prawda jest biednie, jednak to nam aż tak nie doskwiera.

Wszyscy klepią biedę. Równo rozdzielona bieda mniej boli.

Gdy siedzę za parawanem, odrabiając lekcje, wytężam słuch, chcę wiedzieć, co się dzieje. Zagrożenie wisi w powietrzu. Zdaniem ojca tylko zimna wojna chroni nas przed prawdziwą wojną. Tłumaczy mi, co oznacza „zimna wojna”. To ostre słowa w stosunku do imperialistów, wygrażanie pięścią. Na razie tylko tyle. Napięcie co jakiś czas się kumuluje, potem rozchodzi się po kościach. Takie są ramy naszego świata.

– Ciężkie czasy, mówi Rusek, niosąc na plecach nasz stojący zegar – kpi tata. Powtarza to często, gdy widzi, że się boję. Wie, że humor rozładowuje atmosferę lęku. Śmieję się do łez z tego prostego żartu, choć w tamtym czasie nasz obozowy barak nie jest zbyt wesoły. Komuna jeszcze gryzie, jeszcze nie stępiła zębów. Strach przed wojną wciąż wisi w powietrzu nad naszym podwórkiem przy placu Asnyka, tak jak nad całym krajem.

Chodzę do szkoły podstawowej nr 36 przy ulicy Słowackiego w Poznaniu. Pewnego dnia, na początku marca, słyszymy charakterystyczny trzask, to włącza się radiowęzeł. Ktoś ponurym głosem mówi, że wydarzyła się największa w dziejach światowa tragedia. Wszystkie dzieci myślą, że wybuchła wojna.

Niedługo po tym komunikacie do klasy wchodzi osobiście pan kierownik Ciuła wraz z wychowawczynią. Każe nam wstać, a wtedy, blady jak śmierć na urlopie, ogłasza tę straszną wiadomość: 5 marca o godzinie 9.50 wieczorem, po ciężkiej chorobie, umarł Józef Wissarionowicz Stalin, przestało bić serce Wodza Narodu i Sekretarza Komitetu Centralnego. Powtarza oficjalny komunikat, jaki nadszedł z Moskwy. Mówi o ciężkiej chorobie największego stratega naszych czasów. Nikt na podwórku nie wiedział, dorośli też nie wiedzieli, nawet mój ojciec, Wolna Europa nic o tym nie mówiła. Głos drży panu kierownikowi, nauczycielka łka głośno. Ktoś krzyczy rozpaczliwie. Wszystkie dziewczynki zaczęły płakać. Ja też płaczę.

Kierownik mówi, że w związku z tą sytuacją dalsze lekcje się nie odbędą i rozpuszcza nas do domu. Matka nie przyszła po mnie, jak to ma codziennie we zwyczaju, nie wie, że kończymy wcześniej. Wychodzimy ze szkoły całą grupą. Zbite zalęknione stadko. W innych okolicznościach dzieciaki skaczą z radości, że nie ma lekcji. Teraz dominuje strach. Spotykamy księdza z naszej parafii idącego z ostatnim namaszczeniem do chorego. Przed nim ministrant dzwoneczkiem anonsuje, śmierć to sprawa wielkiej wagi. Ktoś inny, zwykły człowiek umiera. Ksiądz mówi spokojnie, że Józef Stalin umarł jak każdy, jak ten, do którego teraz zmierza. Nieśmiertelny i wieczny jest tylko Pan Bóg, kończy. Śpieszy do wypełnienia swojego obowiązku. Nikt się tej śmierci nie spodziewał, jakby wszyscy sądzili, że taka ważna dla świata osobistość jest nieśmiertelna.

Idziemy dalej, cała trzódka zmierza do naszej spółdzielni. Ktoś ma parę groszy, ktoś inny dokłada monetę, kładziemy na ladzie, co kto ma. Choć to za mało, kierownik sklepu daje każdemu cukierka „majowego”, słodką poduszeczkę w opalizującym, zielonym kolorze. Z zapłakanymi oczami, ze słodkim smakiem w ustach zaprawionym słonymi łzami, wracam do domu.

– Umarł Józef Stalin. Był podobno bardzo chory – mówię od drzwi, chlipiąc przez cały czas.

– No i czego płaczesz? – pyta ojciec, który już wie o wszystkim z radia.

– Bo wszyscy płaczą – odpowiadam.

– Zdechł pies! – woła tata z pasją. Zaraz jednak się opamiętuje. – Wytrzyj nos, obetrzyj oczy, to nie twój ojciec umarł, ja jeszcze żyję – mówi łagodniej.

Kolejne dni upływają pod znakiem śmierci nieśmiertelnego, jak mówi ojciec. Wieczorem przychodzi pan Abramowicz, przynosi ćwiartkę. Tata ma drugą. To zdarza się bardzo rzadko. Tylko z wyjątkowej okazji. Matka zwykle sarka, gdy widzi dwie ćwiartki. Tym razem milczy. Tata wspólnie z panem Abramowiczem przegląda gazety. Ojciec mówi, że cudem dostał z odłożonych dla kogoś, miał szczęście, wykupili co do jednej! Był w naszym kiosku, na placu Asnyka, udało mu się dostać nawet „Trybunę Ludu”, której nigdy dotąd nie kupił. Na pierwszej stronie wielki portret Stalina w ramce i wiadomości o chorobie, ostatnich godzinach, potem jakieś wspomnienia. Porównują, co w której gazecie.

– Wsio rawno – kwituje ojciec. – Ale, ale, piszą, że to się stało wczoraj, a informują dopiero dzisiaj. To samo w „Gazecie Poznańskiej”, to samo w „Głosie Wielkopolskim”. Wszędzie czarno!

– A kto ich tam wie, kiedy to się stało, kto to sprawdzi? Może od dawna nie żyje? – oświadcza pan Seweryn.

– To możliwe. Bali się o tym powiedzieć. Ludzie mówią, że sobowtóra pokazywali – dodaje ojciec.

Do pokoju wchodzi zapłakana ciotka Perzowa. Pan Abramowicz rycersko podsuwa jej krzesło. Ona siada, płacze głośno.

– Co będzie z moim Andrzejem? Co oni mu teraz zrobią? Jest taki marny. Ostatni raz z łaski wpuścili mnie na pięć minut. Biedak wygląda jak z krzyża zdjęty. Chyba go bili, miał siną twarz. – Szlocha.

– Twarz sinieje też z braku świeżego powietrza – pociesza ją matka. Podaje szklankę wody.

– Musi być lepiej, gorzej być nie może – wyraża nadzieję pan Abramowicz.

– Nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej. – Ojciec jest pesymistą.

– Wreszcie zdechł pies! Nie obrażając psa – woła ojciec po chwili milczenia. Drugi raz tego dnia używa brzydkiego słowa: zdechł. Unosi kieliszek. Nigdy dotąd tak o nikim nie mówił. A już zwłaszcza po śmierci. U nas w domu, jak ktoś umrze, mówi się o nim albo dobrze, albo wcale. Jednak dzisiejsza śmierć to szczególny przypadek.

– Dziś wyjątkowy dzień w skali naszej kamienicy, miasta, kraju i świata – twierdzi ojciec.

– Nasze zdrowie! Dożyliśmy tej chwili! Nie zdążyli nas wykończyć! Do dna! – odpowiada toastem pan Seweryn.

– Nieśmiertelny umarł! – Ojciec śmieje się, kaszląc astmatycznie.

– Może zacząć się wojna – odzywa się ciotka.

– Tylko nie to, tylko nie to! – zaklina matka, żegnając się znakiem krzyża.

– Po trzeciej wojnie świata już nie będzie. Nie zostanie nawet popiół – mówi ojciec.

– Bez swojego generalissimusa są za słabi – kontruje pan Seweryn Abramowicz.

– I to jest groźne. Słabość niesie niebezpieczeństwo. Mogą uderzyć.

Otwierają butelkę, są dodatkowe kieliszki. Nalewają dla ciotki Perzowej. Matka zeszła na dół do kuchni. Wraca z półmiskiem kanapek z jajkiem i ze śledziem.

– Nie straszcie mi dziecka – prosi, wchodząc do pokoju.

– Przecież wiem, o kim mówią! – odzywam się z dumą do matki, przykucnęłam pod stołem i słucham.

– Zapomnij o tym, jesteś za mała, żeby zrozumieć.

– Nigdy nie zapomnę! Nigdy.

– Pani Marysiu, musi pani wypić z nami, jest wyjątkowa okazja! – głośno mówi pan Abramowicz do matki.

– Taka okazja zdarza się tylko raz! Drugi raz nie umrze! – Ojciec zakaszlał znowu, astma daje znać o sobie.

Stało się to, czego nigdy dotąd nie widziałam. Niepijąca matka wypija do dna, po kobiecemu, małymi łyczkami.

– Niech nas Bóg chroni przed wojną. – Matka mówi cicho, pilnując, by łzy zostały w oczach, nie spłynęły po policzkach.

Po śmierci Nieśmiertelnego

Zapanowało pomieszanie z poplątaniem. Tak ojciec określa stan umysłów. Radość miesza się z lękiem. O tej śmierci mówi się na rynku, w sklepikach, w domach. Wszędzie słychać szepty: umarł sam czy mu pomogli? Może go otruli? Kto by śmiał? Był chroniony, ale co my tam wiemy… na każdego przyjdzie pora.

Wiadomo, że nastąpią zmiany. Nikt nie wie, w jakim pójdą kierunku. Ojciec z panem Abramowiczem spekulują, nasłuchują radia, żeby wyciągnąć wnioski. Młodzi porywczy z Ceglorza chcą od razu kuć żelazo, już natychmiast. Brat przynosi wieści. Ojciec mówi: Jeszcze chwilę zaczekajcie. Zobaczymy, co będzie. Odwilż czy zamrożenie. Nawet jak „tam” coś się ruszy, to nie wiadomo, czy tu też. Ubowcy nie dadzą sobie tak łatwo odebrać władzy.

Boją się dwaj krawcy, szykują się kłopoty. Kobiety z kamienicy robią zapasy. Przystają na podwórku. Z siatami w rękach. Matka kilka razy „obraca” w kolejce. Wszystkie dzieciaki stoją. Nawet najmłodsze. Każdy kupuje mąkę, sól, cukier, kaszę, dają po kilogramie. Ocet, musztardę. Wreszcie zaczyna brakować towaru. Kierownik spółdzielni rozkłada ręce, to ode mnie nie zależy, ja zamawiam, ale nie dowożą.

Tamtego ranka, w dniu śmierci nieśmiertelnego, ciemna wojenna chmura zawisła nad podwórkiem. Kamienice z Sienkiewicza, Asnyka i placu Asnyka zamarły w oczekiwaniu. Jest zupełnie cicho, nie ma zwykłego hałasu. Z otwartych okien dochodzi pełen autentycznego bólu, aksamitny, dobrze znany nam z radia głos Andrzeja Łapickiego: „Wczoraj wieczorem, piątego marca o godzinie dziewiątej minut pięćdziesiąt… Przestało bić serce współbojownika…

W całym kraju po paru dniach odbywają się wielkie manifestacje pogrzebowe.

Jako dzieci czasów stalinowskich wiemy, kim jest Stalin. To ojciec wszystkich dzieci w Związku Radzieckim, zwłaszcza pionierów. Wielki strateg. Największy strateg naszych czasów, woła z balkonu, w przypływie ataku swej dziwnej choroby, ojciec Uli. Ubowiec, jak go wszyscy nazywają. Dorośli uznają go za wariata. Pokazuje się na balkonie „przy orderach”. Ula mówi, że całymi nocami siedzi nad mapą i zapisuje coś w zeszytach.

Gdy zaczynam chodzić do szkoły, rozszyfrowuję skrót UB. Od tych dwóch liter wieje grozą. A kiedy na podwórku pojawia się „ubowiec w cywilu”, człowiek związany z tym urzędem, ludzie dostają dreszczy. W Poznaniu nazywa się go ubowcem. Wkracza taki typ „we flaku”, czyli czarnym, przezroczystym płaszczu przeciwdeszczowym. Noszą także prochowce z popeliny. Ojciec twierdzi, że to płotki. Rekin się nie pojawi, żeby węszyć. Siedzi w gabinecie i decyduje, kogo zamknąć. Zadaniem niższego szczebla jest straszyć. Ubierają się tak właśnie dlatego, że mają zostać rozpoznani, uważa tata. Ubowiec zaczepia mieszkańców, czasami dzwoni do domu, wypytuje o kogoś innego. Ludzie pierzchają. Odwracają głowy, udają, że patrzą na coś z zainteresowaniem. Ubowiec szkodzi ludziom, starsze dzieciaki tłumaczą młodszym. Straszą nim jak wampirem. Może bić, torturować, nawet zabić. Trzeba się przed nim schować. Uciec jak w zabawie w chowanego.

Zelżało, zaczynają wypuszczać politycznych. Nie dzieje się tak od razu. Musi upłynąć sporo wody. Polityczni siedzą jeszcze rok, dwa. Brat przynosi wiadomości z Cegielskiego, oficjalnie ZiSPO, czyli Zakładów im. Józefa Stalina, rozmawiamy o tym w domu. Podobno nawet wykonano wyroki śmierci na oficerach. Jedna z klientek ojca straciła brata akowca. Ojciec mówi, że ten pośpiech, to z jednej strony ofiara złożona na ołtarzu dla Stalina, z drugiej ludzie rządzący krajem chcą się szybko pozbyć wrogów ideologicznych. Partia dostaje rozkazy stamtąd.

Wuj Perz wraca w końcu z więzienia z odbitymi nerkami, uszkodzoną wątrobą. Ciotka opowiada, słyszę wszystko, trudno nie słyszeć w ciasnocie. Bili go tak, żeby nie zostawiać śladów. – Nie może tak być, że człowiek boi się własnego cienia.

To prawda, nawet na naszym podwórku są osoby, do których nie można mieć zaufania. Przeciwko nim tworzy się front. To jest nieoficjalny, strachliwy, ale jednak ruch oporu przed szpiclami. Listonoszka przynosi list urzędowy, matka obawia się, czy to nie „stamtąd”.

– Może chcą syna zabrać, bo pyskuje? Co to jest? – zastanawia się matka, oglądając kopertę pod światło.

– Może lepiej nie odbierać? Mogę zwrócić – doradza nasza listonoszka i dodaje ze śmiechem: – Na wypadek wszelki elektryczne szelki!

Rodzice boją się Blokowej i pani Doni z wysokiego parteru spod dziesiątki, z którą mają wspólną piwnicę. Tata chciał uniezależnić się od ciotki Perzowej, żeby jej nie blokować miejsca na beczki z kapustą i ogórkami. Urząd przyznał mu miejsce na węgiel w komórce od ulicy, na spółkę z panią Donią, uważaną w kamienicy za wariatkę. Po pewnym czasie zarzuciła ojcu, że podbiera jej węgiel, dlatego ona posypuje węgiel mąką, żeby został ślad złodziejstwa. Tata poczuł się urażony do żywego. Drugi zarzut dotyczy przesunięcia ściany w piwnicy po to, by zmniejszyć powierzchnię należącą do niej. Przychodzi zawsze „ze świadkiem”, ma jakieś znajomości „tam”, w tym urzędzie. Stąd te strachy. Przyszła komisja, zbadała sprawę, stwierdziła: to absurd. Cała sprawa kosztuje ojca wiele zdrowia. Ciągłe nękanie, dzwonki, wizyty w tej piwnicy. Strach, że w końcu doniesie na UB. Zeznawanie.

Podejrzenia lokatorów budzi Blokowa. Niby staje po ich stronie, jednak za dużo chce wiedzieć, za wiele pytań zadaje. Przyjmuje się ogólnie, że jedno pytanie można zadać, dwa ujdą, trzy budzą podejrzliwość. Tak się wówczas uważa.

Po wielu latach, poeta opozycjonista Ryszard Krynicki mówi to samo: człowiek, który zadaje trzy pytania jedno po drugim, jest podejrzany. Blokowa ciągle pyta, coś sugeruje, insynuuje. Cieszy się władzą. Obok nas mieszka Cholewkarz, jego żona nosi białą nylonową bluzkę. Matka mówi do ojca, że czegoś takiego by nie założyła, kiepski materiał i nie przepuszcza powietrza, do tego widać stanik. Blokowa docieka i monologuje:

– Ciekawe, skąd u niej ten nylon? Dwóch go znalazło, podzielili na pół i jedna żona w nylonowej sukni, druga w nylonowej sukni, dziewczynki do komunii też w nylonie, to ludziom coś podpadło, bo skąd tyle nylonu, no i za jakiś czas przyjechała milicja i przepytała wszystkich ich, co i jak, skąd ten nylon, i musieli się gęsto tłumaczyć, i o mały włos poszliby siedzieć, bo co się okazało, że był to spadochron amerykańskiego szpiega, którego tu zrzucili, żeby wywęszył, co i jak u nas w wojsku, mówili o tym na zebraniu Komitetu Blokowego, no i milicja nie wiedziała, czy oni czasem tego szpiega nie przechowywali i czy nie dostali za to tego spadochronu.

– Patrz pani, to jakaś gnida musiała wygadać, a przecież mówili, że znaleźli na polu.

– Mówić to mogą dużo, ale trzeba bardzo uważać, jak się coś takiego kupuje, bo można źle trafić, a oni – Blokowa wskazuje drzwi mieszkania Szprychy – kupili swojej dziewusze lalkę amerykańską, podobno z paczki, pytanie, kto może u nas dostać paczkę z Ameryki…

Ten dialog z Blokową umieściłam w Wiórach. Gdy pisałam tę powieść, dobrze pamiętałam, co się wydarzyło. Mówiło się o tym długo. Z powodu chudości i ostrości miałam na podwórku ksywę Szprycha. Ojciec kupił dla mnie tę lalkę od swojej klientki, uszył jej za to palto. Dialog jest prawdziwy, tak jak osoby, które się pojawiają. Oddają strach wczesnego Peerelu.

Nasz strach powszedni

Chcę myślami pomóc ojcu, gdy z nerwów traci oddech i musi brać pastylkę pod język. Matce, którą strach przyprawia o boleści wątrobowe. Zwykła leczyć je korzeniem rabarbaru. Zjada kotleta, popija wywarem z korzenia. Pomaga. Wszyscy jesteśmy leczeni ziołami oraz lekką dietą. Do doktora idzie się w ostateczności, jak jest bardzo źle. Matka nie leczy się w ogóle, oszczędza na sobie. Boję się o siostrę, ma skórę białą aż do przezroczystości, każdy, nawet drobny uraz pęcznieje. Gdy ma problem z zębem, prawie umiera z upływu krwi, wyrwanie go to operacja. Wtedy myślę intensywnie o tym, jak wyjmują jej ten ząb z wielkim korzeniem, jak dentyści się zbiegli, by go obejrzeć. Matka słyszy, jak się dziwią: taka delikatna, piękna dziewczyna, a ma taki koński ząb!

Nie przewidzieli, że jest problem z tamowaniem krwi. „Żeby udało się zatamować krew! Żeby się udało!” Ćwiczymy się na podwórku w białej magii, wierzymy w jej skuteczność. Nie udaje się z moją przyjaciółką, Ewą Trojanowską, mieszkającą blisko nas, przy placu Asnyka. Bladą, chudziutką dziewczynką z mojej klasy. Jej piękne rude włosy przypominają rdzę. Piegi rozsypane gęsto po twarzy i ciele też mają rdzawy, złotawy kolor. Wiele wysiłku wkładam w jej uzdrawianie. Bezlitosna medycyna mnie nie wspomaga. Nie wiem, jaka to choroba, rodzice rozmawiają o tym po niemiecku. Po latach, gdy przyjeżdżam do Poznania, spotykam na ulicy tęgą kobietę. Okazuje się moją koleżanką z podstawówki. Wspominając szkołę, mówi, że ta chuda jak kościotrup Ewa umarła na białaczkę. Pamiętasz ją? Czy pamiętam? Aż nazbyt. Zabrała ze sobą tę magiczną klęskę, porażkę białej magii.

Religijna matka potępia takie praktyki. Szybko odkrywa, że siedzę zanurzona w jakiejś niedostępnej dla niej przestrzeni, mam zaciśnięte usta, powieki i pięści. Ona wierzy w Boga, modli się codziennie i to jej wystarcza. Moja wiara nie jest tak silna. Codziennie odmawiam pacierz złożony z trzech modlitw, aniele stróżu mój, ojczenasz, zdrowaśka. Czasem dochodzi: „Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego”. Za wyznaniem wiary nie przepadam. Mam do Boga pretensje. Jeśli jest wszechmogący i wszystko może, a do tego jeszcze miłosierny, to dlaczego dzieją się na świecie takie wstrętne rzeczy? Wycieczka do Oświęcimia jasno pokazała, że Bóg nic nie zrobił, by ratować ofiary. Inne dzieciaki też mają z tym problem. Mira, najbliższa koleżanka, uważa tak jak moja matka, że Bóg wie, co robi, nie wolno stawiać się w jego roli. To ciężki grzech.

– A Ewka? Dlaczego ją zabrał? – pytam Mirę.

– Będzie tam w gronie aniołków – odpowiada.

– Nie wolno ci rozliczać Boga, zapamiętaj to sobie. To zło wyrządzili sobie ludzie. Nie Bóg – mówi matka.

Dzieciaki z podwórka są podzielone. Ksiądz, gdy go pytam w zawoalowany sposób o życzenia dla kogoś, mówi, że jeśli intensywnie myślę, żeby mój tata wyzdrowiał, to jest to modlitwa, nie grzech, a jeżeli życzę komuś źle, to wtedy grzeszę, muszę się z tego wyspowiadać.

Trzymamy się nauk katechetycznych, jednak wbijamy szpilki w fotografie znienawidzonych osób. Szyjemy lalki ze szmatek i wbijamy w nie igły. To czarna magia. Wyobrażam sobie, jak znów wczesnym rankiem przychodzi rewizja, matka każe mi wstać z łóżka, a trzej mężczyźni o poważnych, bladych twarzach zaglądają pod mój materac, kłują go szpikulcami, szukając złota. Wtedy uruchamiam swoje moce, ostrza sztyletów wyskakują z moich oczu i wbijają się w ich ciała. Wszyscy trzej padają na podłogę… Och nie! No bo co dalej? Krew, ciała, co robić? Tata mówi, że mają podłą pracę, wykonują rozkazy. Lepiej, żeby w ogóle nie mogli wyjść ze swoich domów. Dostali paraliżu, takiego jak córka dentystki ze Słowackiego. Taka dobra dziewczyna, mądra, miła, nikomu nie robi krzywdy, a po heinemedinie męczy się na wózku, a źli ludzie są zdrowi, przychodzą i nas dręczą. Niech ona wstanie z wózka. Oni niech poczują, jak to jest cierpieć, nie móc wstać! Dlaczego heinemedina takich nie bierze?

Wiem od księży i od matki, że wyroki boskie są niepodważalne, że my ich nie rozumiemy. Tak mówi ksiądz Czajka. Nie wolno prosić Boga, żeby komuś zrobił krzywdę. Nawet komuś takiemu, kto przywalił domiar krawcowi spod dziesiątki? To kogo mam prosić? Diabła? Wałkujemy te tematy na dużych przerwach, na podwórku, kiedy leje równo, nie można latać, robić wyścigów od startu do mety ani bawić się w dom. Siedzimy na klatce schodowej, na parapecie okna, i gadamy. Wiara obecna jest w naszej codzienności, nie tylko w kościele. Dzieci wierzą w Pana Jezusa i Matkę Boską. To do nich modlimy się najczęściej, a dodatkowo do Anioła Stróża. Każde dziecko ma swojego osobistego ochroniarza. Pan Bóg oraz Duch Święty to bardziej abstrakcyjne pojęcia. Z Trójcy Świętej najbliższy jest nam ludzki syn boży.

Dorośli, gdy spotyka ich wielka krzywda, odczuwają ból. Czasami gniew, gdy nie mogą pogodzić się ze stratą. Tak dzieje się po stracie jedynego syna albo córeczki, takiej jak Ewa. Jeżeli nieszczęście dotyka znajomego, sąsiada, a zadali je ubowcy, górę bierze gniew. Milcząca większość, gdy dowiaduje się, że znów kogoś wykończyli, czuje cichy gniew i paniczny strach. Lęk zabija odwagę sprzeciwu. Słoje gniewu odkładają się w ludziach warstwami. Pragnienie zemsty się kumuluje. Wytrzymałość jest duża, jednak ma granice.

Dzieci z podwórka są szczere, łatwo objawiają uczucia. Chcemy od razu się mścić, chęć zemsty jest jak wybuch. W tajemnicy przed rodzicami wbijam igły w głowy, serca i przyrodzenie państwowych dostojników, sztywno pozujących do fotografii w gazecie. Syn tego krawca, który podobno się powiesił, jest naszym kolegą. Nie mówi nic i przy nim o tym nie rozmawiamy. Dziewczynkom chce się płakać, gdy patrzą na jego chudą twarz. Trzeba się powstrzymać. Tak ustalamy. Chłopaki tak zażarcie kopią piłkę, jakby to skórzana piłka była winna śmierci krawca.

Jesteśmy ciekawi, jak to się stało, na czym się powiesił. Na klamce, na lampie? Zastanawiamy się, czy lampa utrzymałaby dorosłego mężczyznę. Choć ostatnio z miesiąca na miesiąc stawał się chudszy. Matka prorokowała, że jak nie zacznie jeść, będzie nieszczęście, umrze z wycieńczenia. Źle się skończyło, choć finał jest inny.

Dorośli na temat techniki wieszania nie puszczają pary z ust. Nawet przy wódce dwaj krawcy, damski i męski, o tym nie rozmawiają.

– Dla bolszewików to o jednego prywaciarza mniej – tak mówi i myśli ojciec, a pan Abramowicz kiwa głową, zaciągając się papierosem.

Mówią o donosicielach, o tym, jak trzeba uważać, co komu się mówi w Izbie Rzemieślniczej na zebraniach, i potem, gdy idą na sznapsa i język się rozwiązuje. Wiedzą, że ci, co bardzo naciskają, żeby iść się napić, chcą fundować zakąskę i kolejkę, mają w tym interes. Chcą wyciągnąć z pijanych kolegów, ile się da. Zadają dużo pytań.

– Ciekawe, ilu jest wśród nas takich, co chcą donosić? – rzuca pytanie pan Seweryn.

– Chcą albo muszą, jedno z dwojga – zauważa ojciec, bo nic nie jest całkiem jednoznaczne.

– Już tamci mają swoje metody, żeby dostać się do ludzkiej duszy. Wiadomo, gdzie są szkoleni – dodaje pan Abramowicz.

„Tamci” albo „oni” to bolszewicy, ubecy oraz ich słudzy. Szkoleni są „tam”. Władza została przywieziona „stamtąd”. Tu, w czterech ścianach dużego pokoju będącego jednocześnie salonem, warsztatem, przymierzalnią i sypialnią, mogą mówić o wszystkim bez obawy, że będzie przekazane dalej. Mówi się o Związku Radzieckim, o NKWD. Obaj krawcy uważają, że lepiej za dużo nie wiedzieć, wiedza jest niebezpieczna. Jak nie wiesz, to nie powiesz nawet na torturach. Jak wiesz, to nie wiesz, czy wytrzymasz. Jak cię nie męczyli, to skąd masz wiedzieć? Szczególnie dzieci nie powinny za dużo wiedzieć, żeby nie opowiadały mimowolnie, przez głupotę, o czym gada się w domu.

– Andrzej poszedł siedzieć, nie wiadomo, kiedy wyjdzie, Janka była u niego, jeden jedyny raz ją wpuścili. Traktowany jest gorzej niż morderca, wygląda jak cień, mówiła, że go biją, widziała siniaki.

– Jak wyjdzie żywy, to Janka go wykuruje! Dzieciakom mówimy, że wyjechał do Czechosłowacji.

– Coś mała ta Czechosłowacja, dwa na trzy kroki. Zarzucili mu udział w spisku. Kto wie czy się nie przyznał? Już oni mają swoje metody, żeby wycisnąć z człowieka wszystkie soki. No to na raz, za przetrwanie! – Wznieśli toast za zdrowie i siłę Perza.

W taki sposób znajduję potwierdzenie tego, czego dowiedziałam się wcześniej w piwnicy pod dziewiątką. Opowiedział nam o tym starszy chłopak. Zdradził prawdę o tym, że mąż ciotki Janki, inżynier Perz nie wyjechał do Czechosłowacji. Nie mówimy o tym nikomu, nie mogę o tym mówić, przysięgamy, zaklinamy się, że nie rozgadamy osobom niepowołanym. Ciężar wiadomości jest nie do udźwignięcia dla małej ciekawskiej dziewczynki. Któregoś przedwieczoru dzieciaki powoli rozchodzą się na kolację. Jest ciepło, siedzimy na kamiennych, szarych schodach pod dziewiątką. Zmęczeni lataniem po podwórku, zabawami. Gdy wszyscy poszli, została tylko moja przyjaciółka Mira i ja. Mówię, że znam straszną tajemnicę. Musi „się przysięgnąć”, wtedy powiem. Rytuał przysięgania jest dobrze znany, bo i tajemnic wiele. Przysięga się na Najświętszą Pannę, na wszystkie świętości. Na matkę i ojca. Ponieważ mój tata jest chory na serce, najcięższą moją przysięgą jest jego zdrowie. Mira kładzie rękę na sercu i wypowiada słowa: Jak Boga kocham, przysięgam na wszystkie święte świętości, że nikomu nie zdradzę tego, co usłyszę.

Wtedy mówię, że wuj Andrzej siedzi w więzieniu za dowcip o Stalinie. Pyta, jaki to dowcip. Nie może sobie wyobrazić żartu na temat Stalina. Nie znam dowcipu, nikt go nie powtórzył. „Lepiej nie wiedzieć”. Żart o Stalinie jest jak plemienne tabu niewyrażalne słowem. Wypowiesz, to umrzesz. Wuj po więziennych doświadczeniach pewnie dowcipu nie opowiedział nikomu.

Dzieciaki są czułe na to, co się przed nimi ukrywa. Jeśli masz zaufanie starszych kolegów, to się dowiesz, że ubowiec wyrywa człowiekowi paznokcie, żeby zdradził, co wie. Przygotowujemy się na rozmaite ewentualności: wytrzymać i nie zdradzić, żeby uodpornić się na ból. Posypujemy ranę solą albo pieprzem, polewamy jodyną. Żeby wytrzymać szczypanie. Urządzamy zawody w mruganiu, właściwie to w niemruganiu. Na podwórku opowiada się o tym, że na komisariacie przy Kochanowskiego podobno zginął chłopiec. Zabili go, a twierdzą, że nie zginęło żadne dziecko. Kłamią.

Ciągle mówi się o tej plamie krwi przy ulicy Dąbrowskiego, którą potem nakryto prześcieradłem. Leży na nim bukiet biało-czerwonych goździków. Najpierw mówiono, że jeden kwiat. Czołg przejechał człowieka. Ojciec mówi, że może założyć się o wszystko, że w czołgu nie siedział polski żołnierz. Nie zakłada się, bo nie ma z kim. Wszyscy myślą tak samo. Podobno jakiś ruski generał dowodził akcją. Nikt nie wie dokładnie, jednak pewność, że wojsko polskie nie strzela do swoich, jest wszechobecna.

– Przecież Ruscy tu są, wcale nie trzeba ich sprowadzać. Wystarczy dać im polski mundur, wsadzić do czołgu, wydać rozkaz ataku – mówi tata.

– Dadzą im szklaneczkę spirytusu i gieroje zrobią, co trzeba.

– Na takie akcje wysyła się karne pułki. Jak zajdzie potrzeba, to przyślą.

W trudnym czasie odbieramy przyśpieszony kurs wychowania obywatelskiego. Rodzi się poczucie wspólnoty, zjednoczenie przeciw siłom zła. Wszechobecny jest strach. Atakuje wszystkie rodziny, tak jak naszą. Strach kobiet o mężów, strach matki o brata pracującego w Cegielskim.

Twarz socjalizmu została przypudrowana, krosty ukryto, jednak zaczynają dość szybko wychodzić, trądzik wraca co jakiś czas. Już nie z taką siłą, rozluźnienie jest głębsze, nie daje się wprowadzić absolutnej władzy. Ludzie liznęli wolności, system nie ma groźnych stalinowskich kłów. Wciąż jednak jest groźny, może zaszkodzić i należy się go obawiać. Wiadomo, ubowcy są wszędzie.

Matka nie wierzy, żeby „ten urząd” potrzebował „prywatnych”. Mówi się „prywatni”, a nie „prywaciarze”. To drugie określenie ma konotację negatywną, używają go „upartyjnieni” urzędnicy niższego szczebla oraz napuszczony na „samodzielnych” prosty lud, któremu wmawia się, że „prywaciarze leżą na pieniądzach”.

„Mocno upartyjnieni” to wytwór czasów. Cyniczni karierowicze, choć cynizm z reguły nie jest podszyty strachem, jednak w początkowym „stalinowskim” okresie boją się wszyscy, nawet psychopaci. Ludzie ze strachu godzą się na coś, czym gardzą. Matka rozumie strach, sama ciągle boi się o ojca potykającego się o urzędnicze bariery. Lęka się, że on dostanie znów zawału. Boi się o syna, który zbytnio się wychyla, za dużo gada i krytykuje, lata na szybowcach, to niebezpieczne, szybowiec jest taki kruchy! Władza może posądzić go o szpiegostwo, całe to towarzystwo latające jest podejrzane. Z kolei siostra ma te problemy z krzepliwością krwi…

Strach składa się z różnorodnych lęków, jest obecny w codzienności rodziców, a więc i dzieci, bo trudno ochronić je całkiem, gdy mieszkania są małe i ciągle przebywa się razem. Ojciec boi się, że będą go gnębili jako przedwojennego burżuja, nałożą domiar, jak na samobójcę spod dziesiątki, nie będzie mógł go spłacić. Boi się braku prawa. Tego, że każdy może stać się podejrzanym na podstawie wyssanego z palca oskarżenia lub donosu zawistnego kolegi, że bierze za szycie więcej, niż jest w cenniku. Może zostać oskarżony za nic, a zależy to od widzimisię urzędnika mającego władzę.

Rodzice nie straszą dzieci. Lękiem podkręcamy się sami, podsłuchujemy rozmowy dorosłych. Słyszymy o wiszącym nad nami jak ciężka chmura wojennym niebezpieczeństwie. Będzie wojna, rodzi się dużo chłopców, mówią kobiety. Boją się o synów. Słyszymy często: zginą, pójdą na mięso armatnie. Przeraża nas to „mięso armatnie” z ludzi. Ojciec mówi, że zwykli żołnierze muszą wykonywać rozkazy, dla Hitlera i Stalina to było tylko mięso armatnie. Wojna jest potrzebna temu, kto będzie chciał opanować, zagarnąć dla siebie cały świat. To może być Rosja albo to znów Niemcy będą chciały podbić inne narody, niech się tylko pozbierają! Kobiety nie zastanawiają się, jaka to będzie wojna, kogo z kim ani kto ją wywoła. Trochę podobnie jak nasza zabawa w kraje, „Polska wywołuje, wywołuje wojnę Niemcom!”.

Lęk osiąga szczyty, gdy chodzi o mnie, wojenne dziecko, anemiczne i słabe, jak sądzi matka. Nie pomaga zapewnienie doktora Rafińskiego, że jestem zdrowa. Porządny doktor, „nie zdziera” za badanie. Wie, że rodzice jako prywaciarze nie mają ubezpieczenia. Przy każdej „prywatnej” wizycie uspokaja matkę, mówiąc, że choć chuda, jestem zdrowa. Matka boi się, że wróci epidemia heinemediny, że mimo szczepień nie opanowano tej strasznej choroby do końca. Nie pojawiają się nowe przypadki. Dużo widzi się dzieci dotkniętych kalectwem. Matka ulega powszechnemu przekonaniu, że chude dzieci są narażone bardziej niż grube.

Mam zanieść do szkoły pieniądze na SFOS, czyli Stołeczny Fundusz Odbudowy Stolicy. Stoję ubrana do wyjścia i czekam. Mam na sobie granatowy mundurek, granatowe szlajfy, czyli kokardy we włosach. Czarny skórzany tornister, po siostrze. Lekko wytarty, ale jeszcze całkiem dobry, matka go porządnie wyczyściła kremem Nivea, żeby nie brudził. Nie pastą do butów.

– Daj jej pieniądze na SFOS. Zbierają w szkole. Nie żałuj – mówi matka do ojca, bo on trzyma całą kasę. W czarnej szafie.

– Ja żałuję? Na odbudowę Warszawy? Co ci przychodzi do głowy? – Tata wyjmuje banknot.

– Mówiłeś, że wszystko opodatkowali i jak pijesz ćwiartkę, to już płacisz na stolicę!

– Kobieto, to był żart! – Podaje matce banknot. – Warszawa musi być odbudowana, to nie jest zwykłe miasto, to symbol!

Matka kładzie banknot na papierze. Pociera mydłem, zmywa szczoteczką albo, gdy pieniądze nie są jeszcze zbyt brudne, prasuje tylko gorącym żelazkiem. Dopiero wtedy daje mi je do ręki. Moja matka: pierze brudne pieniądze. Chleb opala nad gazem, żeby zabić bakterie. Może przesadza z czystością, jest zbyt ortodoksyjna, jednak inne kobiety działają podobnie. Bo heinemedina bierze się z brudu.

Jestem jeszcze mała, ale wiem już, że jedni zabijali, palili i bombardowali to miasto, a drudzy czekali, aż się w powstaniu wykrwawi.

– Nie wiem, kto wpadł na taki heretycki pomysł, żeby przenieść stolicę do innego miasta? Zbudować od nowa – słyszę od ojca. Pytam, co to znaczy „heretycki”. Tłumaczy, jest moją żywą encyklopedią. Nie mamy w domu prawdziwej.

Siostra i brat przemycili mnie do kina na Zakazane piosenki, choć matka sądzi, że to nie jest film dla dzieci. Rodzeństwo starsze o kilkanaście lat wygląda na młodych rodziców. Piękny film, piękni ludzie na ekranie. I miasto zrujnowane, jak po polio.

– Poznań tak nie wygląda! Co oni zrobili z tym miastem! – Moja siostra płacze głośno. Razem z całym kinem. Brat, odważny, lata przecież na szybowcach, a też ma łzy w oczach. Jak ja kocham Warszawę! Przywłaszczam ją sobie. To moje miasto!

Młoda Alina Janowska śpiewa pieśń Warszawo, ty moja Warszawo w taki sposób, że nikt nie może pozostać obojętny. Matka, twarda kobieta, też płacze głośno.

– Podziwiam tych ludzi, wracają do niczego! – mówi matka, gdy idziemy już po seansie do domu. Chodzimy do kina na ten film jeszcze wiele razy. Ze szkołą, z rodzicami, sami podczas wagarów. Bardzo szlachetny film, piękna pieśń. Kochamy Warszawę za to, że powstała, że jest. Cały naród buduje swoją stolicę, i to nie jest slogan. Cały naród ją kocha! Boimy się, że niebezpieczeństwo może się powtórzyć, będzie gorzej, zostanie tylko popiół.

Domowa historia Polski

Każda rodzina ma swojego bohatera. Są żołnierze, którzy polegli w walce, partyzanci, sanitariuszki. Moim bohaterem jest ojciec, który oparł się hitlerowcom. Bohaterem całej rodziny jest wielki patriota, dziadek Franciszek. Tata ma zmysł obserwacji, od niego uczę się widzieć więcej, niż chce się nam pokazać. Kapitalistyczny rodowód nie przeszkodził ojcu w dostrzeganiu polskiej nędzy okresu międzywojnia. Gdy po pierwszej wojnie wyłoniła się wolna Polska, dziadek Franciszek wysyła syna z Berlina na wakacje do Stęszewa. Ciotki mają majątek. U nich biedy nie ma, przeciwnie, prowadzą zasobne gospodarstwo. Jednak młody Mieczek robi z kuzynami wycieczki po kraju, po biednych wsiach. To, co widzi, przeraża go. Nie chce wracać do Polski, reszta rodziny także nie. Dziadek nie bierze pod uwagę możliwości pozostania w Niemczech, gdy wolna Polska zmartwychpowstała. Nasza Ojczyzna.

– Wiesz, kim był twój dziadek? Był wielkim patriotą! Polskie książki sprowadzał do Berlina, a gdy wolna Polska powstała, od razu zwinął fabrykę i wrócił do kraju – mówi matka bez cienia złośliwości.

– I zaraz splajtował, bo nie było dla kogo szyć! No i z patriotycznych powodów sprowadzał też gdańską wódkę – dodaje tata ze śmiechem. On sam nie lubi słowa „patriotyzm”. Używają go ludzie, którzy kolaborowali z Niemcami, robili straszne rzeczy. Nagle założyli czerwone krawaty i są patriotami. Bronią ojczyzny przed „imperialistami” i służą Sowietom. Łatwo być patriotą, kiedy to nic nie kosztuje, mówi ojciec. Słyszę gorzką nutę w jego głosie. Jednak szybko zapomina o krzywdzie, robi swoje. Tak wygląda wykładnia ojca. Nie gadać, lecz robić coś, gdy zajdzie potrzeba.

Dziadek nie wziął pod uwagę tego, że kraj dopiero zaczyna się rozwijać, że nie ma wystarczającej liczby bogatych, dla których będzie można szyć eleganckie rzeczy. Ojciec, choć młody, widzi biedę, ostrzega przed plajtą, brakiem odpowiednio bogatej klienteli, błaga, żeby zaczekać jeszcze parę lat. Bez skutku.

– Jest wolna Polska, grzech się zastanawiać – odpowiada dziadek.

Opowieści o dziadku Franciszku, wielkim patriocie są codziennością, nasiąkam nimi. Baśniowe informacje o kapitalistycznym świecie, jakiego nie zaznałam. Dziecku trudno uwierzyć w bogactwo, gdy brakuje pieniędzy na lekarstwa dla ojca, oszczędza się na wszystkim. Przy obiedzie świątecznym, przy uroczystej kolacji, w święta, z okazji urodzin czy imienin, opowiada się o dziadku Franciszku. Portret bardzo grubego mężczyzny, z głową okrągłą jak wielka piłka, z zakręconymi w górę wąsami, wisi na ścianie w naszej kuchence przerobionej ze służbówki. Dziadek był tak gruby, że zamówił sobie wielkie biurko z wycięciem na ogromny brzuch. Podczas pierwszej wojny światowej został wcielony do wojska, do armii niemieckiej, chyba z powodu tej tuszy został kucharzem. Jest jedna fotografia dziadka Franciszka, stoi z chochlą przy olbrzymim kotle, w długim, wojskowym szynelu, zapinanym na mnóstwo guzików, liczę je, gdy oglądam zdjęcia w rodzinnym albumie, wiem, że sutanny księży mają 33 guziki. Z pewnością płaszcz dziadka ma ich mniej. Mój dziadek z Wehrmachtu, wielki patriota.

Bycie córką prywatnej inicjatywy, czyli „przedwojennego burżuja” nie jest łatwe, mało kto wie, że bieda piszczy u nas cienko, rodzice stracili wszystko podczas wojny. Nie wolno o tym nikomu mówić. To wstydliwa tajemnica. Gdy złamałam obojczyk, tata musiał opłacać moje długie sześciotygodniowe leczenie w szpitalu. Złamanie było skomplikowane. Ojciec, mimo choroby i utraty majątku, nigdy nie narzekał. Zawsze marzyłam o koloniach letnich. Jeżdżą na nie dzieci robotników, chłopów, ludu pracującego na państwowych „posadach”, urzędników, inteligentów. Wszyscy jeżdżą, ale dzieciaki „prywaciarzy” są pomijane. Jesteśmy obywatelami drugiej kategorii, ojciec nie owija w bawełnę.

– Dzieci wracają z kolonii zawszone, nie masz czego żałować – pociesza mnie matka.

– Chcę pojechać na kolonie i mieć wszy! – odpowiadam ze złością.

Każda rodzina ma własną historię Polski. Prawie wszystkie familie są jakoś okaleczone po wojnie. Opowiada się dzieciom o tych, którzy zginęli podczas „działań wojennych”. Tego dość technicznego i zbyt łagodnego określenia używa się w naszym domu. W liceum, gdy rozumiem już więcej, protestuję przeciw temu. Mówię: To nie były działania wojenne, to było zabijanie ludności cywilnej. Nauczycielka polskiego przyznaje mi rację. Dzieci ciągle nie dowiadują się zbyt wiele. „Komunistyczna” historia jest okrojona, zafałszowana. Rodzicom nie tak łatwo pozbyć się strachu, powiedzieć prawdę dzieciakom. Niektórzy prawdy nie znają, inni znać jej nie chcą. Podejrzewa się, że „poluzowanie śruby” to chwilowa zapaść komuny. Za jakiś czas terror wróci z jeszcze większym impetem, a ubecja będzie miała nowe informacje dzięki niewyparzonym ludzkim językom i gadaniu o tajemnicach. AK jest na indeksie, piloci z RAF-u, którzy walczyli w Wielkiej Brytanii, jak mój wuj Berezowski, także. Udało mu się przeżyć, nie siedział w więzieniu, wrócił po roku 1956. Miał informacje, co działo się z tymi, którzy wrócili wcześniej. Delikatna odwilż zaczyna się dopiero w roku 1955. Wtedy rozmawia się z dziećmi o państwie podziemnym, o czym długo się milczało, choć jeszcze z ostrożnością. Niektórzy rodzice mówią o Katyniu, o zbrodniach stalinowskich. O gułagach, głodzie na Ukrainie, zsyłkach na Syberię nie wiemy wiele. Nasz pan profesor od historii w liceum plastycznym mówi to samo co mój ojciec. O Katyniu, wykrwawieniu powstania warszawskiego. Ojciec mówi, że Rosjanie pomóc nie musieli, bo nikt ich o to nie poprosił. Przywódcy powstania bali się, nie bez racji, że za taką pomoc przyjdzie zapłacić. I co? Ludzie walczyli, tysiące zginęły, także cywilów, a i tak Zachód nas sprzedał i władzę objęli czerwoni! Przyjmuję rewelacje ojca jako prawdę objawioną. Wierzę mu.

Moi rodzice prowadzą indywidualne, alternatywne nauczanie historii w domu. Historia rodziny wiąże się ściśle z historią kraju. Dlatego dziadek Franciszek, którego nie zdążyłam poznać, ponieważ umarł dość młodo, w wieku 55 lat, jest stale obecny. Wiąże kapitalistyczny stary świat sprzed odrodzenia Polski w 1918 roku ze światem międzywojnia. Mój ojciec łączy kapitalizm międzywojenny z socjalizmem peerelowskim. Jest w tym państwowa ciągłość, choć przerywana wojnami i zmianą systemu. Nowa władza wtargnęła jak burza. To wówczas pewien człowiek, który nosił węgiel do mieszkania na ulicy Wielkiej, żeby zarobić na wódkę, a przed wojną był fanem Adolfa i faszyzmu, przyszedł w czerwonym krawacie.

– No i widzisz pan, panie Gałdyński, kończy się władza burżujów, teraz my będziemy wami rządzić! – mówi do ojca.

Tata śmieje się, często powtarza tę kwestię: Tak, tak teraz oni będą nami rządzić. I rządzą. Dziwię się, że biorą do rządzenia volksdeutschów. Wydawali sąsiadów, donosili na nich, nawet na mojego kilkuletniego brata. O szmalcownikach się nie mówi, Poznań nie był miastem, w którym żyła żydowska biedota, nie było jej tyle ile w Warszawie. Jednak i tu zdarzały się donosy na bogatych fabrykantów pochodzenia żydowskiego. Nie robili tego Niemcy osiedleni od wielu lat w Poznaniu, to było dzieło „folksdojczerów” albo zawodowych łowców. Nienawiść wybucha w 1968 roku, wtedy ojciec otwiera się i opowiada.

Słucham w dzieciństwie opowieści o kontaktach dziadka i ojca z fabrykantami pochodzenia żydowskiego. W Berlinie dostarczali najlepsze gatunkowo materiały. Nie oszukiwali. Nie zdzierali. Niektórym pewnie udało się ocaleć. Większość „poszła z dymem”. To brzmi strasznie, po wycieczce do Oświęcimia wiem, co się działo.

Oswajam się z tym, że patriotyzm wymaga przyzwoitości i poświęcenia dla Ojczyzny oraz że traci się na nim duże pieniądze, jak dziadek. Dowiaduję się, że może być gorzej. Matka opowiada, jak ojciec odmówił zostania „rajsdojczem”. Nie „folksdojczerem”, to wielka różnica, podkreśla.

– Do folkslisty ustawia się kolejka chętnych, nie myśl, że wszyscy byli takimi bohaterami jak twój ojciec. A te folksdojczery zapisują się teraz do partii. Rajsdojcza proponowano tylko tym, co się urodzili w Rzeszy, tak jak tata, dla nich był prawie Niemcem – mówi.

Nie pojmuję, o co chodzi, na podwórku nazwanie kogoś „folksdojczerem” jest obelgą, za którą można oberwać „po ryju”. Dzieciaki wiedzą, że to zdrajcy ojczyzny. W naszej kamienicy takich nie ma, tym się teraz nikt nie chwali. Ojciec twierdzi, że „bezpieka” wie, kto był folksdojczem, werbują ich, a ci godzą się chętnie. Ktoś, kto raz zdradził, nie będzie miał oporów. Niemcy nimi gardzili, ubecy też, to są dla nich tylko narzędzia. Tata odmówił czegoś, za co mogli go zabić, gdyby chcieli. W ten praktyczny, pełen przykładów sposób, uczę się odmiennej historii.

Moja sytuacja jest wyjątkowa, oboje rodzice pracują w domu, więc cały czas jestem pod kuratelą. Przerabiam na lekcjach rozbiory Polski. W podstawówce to dla nas archaik. Nagle za sprawą ojca prehistoria zderza się z peerelowską rzeczywistością. Nie ma Polski po rozbiorach. Wybucha pierwsza wojna, jest mordercza, trwa długo, a gdy się kończy, nagle pstryk, i jest Polska! Ojciec jako młody chłopak jest świadkiem odrodzenia Polski, a właściwie jej powstania z martwych. Może raczej z letargu, przecież polskość się tliła (przypomina mi Królewnę Śnieżkę z baśni, pogrążoną we śnie, zatrutą przez okrutną macochę. Przyjeżdża książę, całuje ją w usta i ona ożywa). Ludzie mieli do czego wracać, stał się cud! Ojczyzna ożyła. Rodzina ojca żyjąca na obczyźnie może wracać.

– Poobijana, ale jest. To prawda, że zależna od Rosji, ale to nasz kraj, innego nie mamy. Sprzedali nas w Jałcie bez dwóch zdań – mówi ojciec.

Zastanawiam się, jak można sprzedać cały kraj z ludźmi, zwierzętami, lasami i polami. Chodzę jeszcze do podstawówki, ojciec uznaje, że nadszedł moment, bym poznała choć trochę prawdy. Nie całą, bo jest zbyt krwawa dla dziecka, jednak chce mi przekazać, ile się da, zanim zaczną uczyć nas „bolszewickiej historii”. To trudne, Stalina przedstawia się nam jako dobrego władcę, lubiącego dzieci. Mówię ojcu, że Stalin lubi dzieci, zwłaszcza małe blondyneczki, widziałam to na fotografii wyciętej z gazety. Moja całkiem oderwana od życia politycznego babka Schoener pokazuje mi wycięte z gazety zdjęcie. Stalin na trybunie, podczas defilady, unosi małą blondyneczkę. Babka Bronisława mówi, że ta mała dziewczynka jest do mnie podobna, kropla w kroplę. Widać, że Stalin lubi dzieci.

Ojciec mruczy coś niewyraźnie pod nosem, być może Stalin lubi dzieci, nie wiadomo tylko, pieczone czy gotowane. Gdy to do mnie dociera, śmieję się, bo znam baśń, w której Baba Jaga tuczy dzieci, Jasia i Małgosię, żeby je potem zjeść.

Obawiam się, że wydarzy się coś takiego, że będziemy musieli zachować się bohatersko, poświęcać się, tego wymaga patriotyzm. „Oni” mogą nas rozdzielić. Mnie oddadzą do domu sierot, ojca wywiozą w niewiadomym kierunku i zabiją, a matka stanie się niewolnicą u złych ludzi. Przypomina to straszne baśnie braci Grimmów, właśnie tę o Jasiu i Małgosi więzionych przez Babę Jagę, czy o Czerwonym Kapturku, dobrej wnuczce, nieźle nastraszonej przez wilka udającego babcię. Na razie nie czuję dramatu sytuacji. Z baśniami jestem oswojona, dlatego da się z tym jakoś żyć.

Chociaż zdarzają się momenty wielkiego strachu. Dotyczą sytuacji ogólnej, wybuchu trzeciej wojny i klęski, jaka może dotknąć rodzinę.

Mam zaoszczędzone drobniaki. Monety, które dostaję czasem od siostry czy od brata. Mozolnie wpycham je w obręb płaszczyka, podszywam tak, jak umiem. Gdyby coś się zaczęło, jakaś wojna, wystarczy choćby na początek na jeden bochenek chleba. Palto, w którego obręb wszywam zaoszczędzone monety, uszyła mi matka. Przerobiła ze swojej przedwojennej, podniszczonej pelisy z granatowej wełny bouclé. Wykroiła z niej płaszczyk dla mnie. Pelisa matki, przedwojenne palto podbite karakułami, została „zmodyfikowana”. Modyfikacja polega na tym, że futro z karakułów posłużyło za spód. Do mojego paletka przyszyła kołnierzyk z ocelotów, też z przedwojnia.

– Nikt się nie domyśli, że to prawdziwy ocelot, teraz wszystkie dzieciaki noszą farbowane króliki, a on wygląda podobnie – mówi z zadowoleniem.

– Ja chcę mieć farbowanego królika, ten kołnierz obciera mi szyję! – protestuję po kilku dniach noszenia. Protest zostaje uwzględniony, bo matka widzi na mojej szyi czerwoną pręgę.

Jednak nie przyszyła farbowanych królików. To było ponad jej siły. Naszyła kołnierzyk z granatowego weluru z przedwojennego szlafroka, w kolorze ciemnowiśniowym z wzorem, który przypominał wielkie ziarna fasoli albo bobu. Szlafrok miał naszyte granatowe kieszenie i duży szalowy kołnierz, jedwabisty, welurowo aksamitny, dwustronny. Matka zręcznie wycięła spodnią część kołnierza i uszyła mój, dodając mankiety do kompletu.

Gdy urosłam, aksamit posłużył do przedłużenia rękawów. Rosnę szybko.

– Wszystko idzie u ciebie wzdłuż, nic wszerz – mówi matka, mówią ciotki. Doszyła też aksamitny pas u dołu.

Nie powiadaj wole, co się dzieje w szkole, i nie mów nikomu, co się dzieje w domu

W marcu 1956 roku umiera Bolesław Bierut. Wyjeżdża do Moskwy na zjazd KPZR i już stamtąd nie wraca. Mówi się na podwórku: „Wyjechał w kuferku, a wrócił w pudełku”. Mój ojciec i pan Abramowicz snują teorie spiskowe, jednak go nie żałują.

W szkole dostaję zadanie sporządzenia portretu żałobnego do szkolnej gazetki ściennej. Robię monidło z fotografii. Łapię podobieństwo. Bierut na rysunku ma czarną marynarkę, białą koszulę, czarny krawat i czarnego wąsa. Wygląda, jakby uczestniczył we własnym pogrzebie. Ukośnie przepasałam portret czarną szarfą i podpisałam czarnymi literami: „Żegnaj, drogi nasz, kochany”. Mój Bierut ma czerwone usta i lekkie rumieńce. Podoba się. Dostaję piątkę z rysunków. Praca gdzieś zaginęła, została w szkole albo – jeśli przyniosłam to cudo do domu – papierowy Bierut skończył żywot w naszym kaflowym piecu. Do ojca należało rozpalanie ognia.