Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 321 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W świecie wiatru i wierzb - Anonim Anonim

"W Londynie, przy herbatce, emerytowana kurtyzana opowiada koleżance o swym życiu i bujnej erotycznej przeszłości. Jako nastolatka została sprzedana przez rodziców na żonę pewnego starca. Potem trafiła do domu publicznego, a następnie wspinała się po szczeblach kariery kurtyzany, znajdując w swym zawodzie coraz więcej przyjemności... W tle świetnie opisane zeszłowieczne Chiny.

Napisana z humorem i elegancką pikanterią opowieść, którą opracował i przygotował do wydania znany tłumacz i wieloletni dziennikarz miesięcznika „Kontynenty”. Zmieniona wersja książki z 1987 roku."

Opinie o ebooku W świecie wiatru i wierzb - Anonim Anonim

Fragment ebooka W świecie wiatru i wierzb - Anonim Anonim

W świecie wiatru i wierzb

Wyznania chińskiej kurtyzany Fragment

Opracował i podał do druku Jerzy Chociłowski

Od Wydawcy

W książce zastosowano hanyu pinyin, w skrócie nazywany pinyin, oficjalną transkrypcję urzędowego języka chińskiego (dialektu mandaryńskiego), która została opracowana w Chinach w 1956 roku i wprowadzona do szerszego użytku w 1979 roku. Obecnie pinyin jest stosowany w większości krajów i międzynarodowych instytucji.

W systemie pinyin używa się liter alfabetu łacińskiego. Dodatkowo wprowadzono literę ü (wymowa przypomina niemieckie ü), często, zwłaszcza w chińskich publikacjach, zapisywaną jako v.

Wyrazy kilkusylabowe pisane są w transkrypcji łącznie, a w przypadku zbitek stosowany jest apostrof (na przykład w nazwie miasta Xi’an).

Wymowa niektórych liter różni się od przyjętej w języku polskim, na przykład: b czytamy jak p, d jak t, g jak k, j jak ć, q jak ćś, r jak ż, sh jak sz, w jak ł, z jak c, zh jak dż.

Przy niektórych nazwach własnych i nazwiskach stosuje się pisownię utrwaloną tradycją (Pekin, Nankin, Szanghaj, Konfucjusz).

ROZDZIAŁ PIERWSZY Na pastwę losu

– Czy to prawda, Dong Mei, że byłaś kiedyś kurtyzaną? – zagadnęła mnie nagle Forsycja Wu, podnosząc do ust filiżankę z herbatą. – I dlaczego tak tu u ciebie zimno?

Był listopadowy wieczór. Nad miastem zawisła mleczna mgła, włóczyła się po ulicach, oblepiała wieże kościołów, omiatała dachy, zatopiła kolumnę Nelsona na Trafalgar Square i tak wywatowała Tamizę, że sunące nią statki buczały rozpaczliwie niczym zagubione w górach owce. Nie ominęła także mojej małej mansardy na Soho, wsączając się do środka lepkim chłodem przez nieszczelne okna.

Słyszałam, że wszystkie stare angielskie domostwa są specjalnie tak budowane, żeby wiatr i chłód miały szanse wnikać do ich wnętrza przez liczne szpary i szczeliny zgodnie z dżentelmeńską zasadą fair play. Być może jest to złośliwość wymyślona przez niechętnych Anglikom Francuzów, ale rzeczywiście w moim podobłocznym lokum względnie ciepło było tylko w pobliżu kominka, jeśli nie dogasał, jak właśnie teraz. Nie miałam jednak akurat czym i za co podsycić ognia, a Forsycja zjawiła się bez uprzedzenia, więc nie powinna się skarżyć. Nie powinna też zadawać tak obcesowych pytań. Niestety, w rezultacie europejskiego wychowania straciła bardzo wiele z chińskiej powściągliwości.

– Kto cię poinformował, że byłam kurtyzaną? – spytałam możliwie obojętnie.

– Mój mąż – odparła krótko, odstawiając filiżankę na pokryty czarną laką niski stolik przed kominkiem.

– Wyjawił, skąd o tym wie?

– Nie. Dziwię się trochę, że sama mi o tym nie powiedziałaś. Ostatecznie jestem chyba twoją najlepszą przyjaciółką.

– Chyba tak. Wiesz, to było tak dawno, że prawie przestało być realne, choć tkwi nadal w zamrażarce mojej pamięci. Ale nigdy się tego nie wypierałam. Co więcej – wcale się tego nie wstydzę. Nie było jednak powodu, żeby powiadamiać o tym Agencję Reutera, z którą twój mąż zdaje się z powodzeniem konkurować.

– Nie bądź złośliwa. Robisz z niego plotkarza, którym wcale nie jest.

– Może i nie. Ale lubi wszystko wiedzieć. I wiadomo, że jeśli czegoś nie wie, to dowiaduje się tego. Dla niego to tylko kwestia czasu.

– Och, przesadzasz. Musisz zrozumieć, że w handlu informacja to podstawowy towar. On to ma we krwi.

Nie przepadałam za panem Wu Demingiem. Ale przedsiębiorczość tryskała z niego jak z fontanny. Nawet rodacy mogli mu pozazdrościć energii i pomysłów. To on założył w Londynie popularny dom rabatowy Chinese Discount House. Stworzył też Towarzystwo Asekuracyjne Spokojnie do Celu, ubezpieczające od wypadków we wszelkiego rodzaju podróżach, nie wyłączając batyskafów, balonów i wycieczek do Afganistanu. Także od samobójstwa oraz zawarcia małżeństwa, i obie te polisy przynosiły zaskakująco wysokie zyski.

Teraz pan Wu głównie handlował, i to wszystkim, czym się dało. Sprowadzał z Chin miedź, papier ryżowy, owoce jujuby, pachnidła, drewno sandałowe, preparaty wzmagające libido, płatki lotosu, zioła lecznicze oraz rzekomo zabytkową porcelanę. Filiżanka z wzorkiem motylka na róży, którą Forsycja właśnie wzięła do ręki, była taką podróbką o jakoby osiemnastowiecznej metryce. Niefałszowana natomiast, niesplamiona żadną wulgarną domieszką, była herbata, którą ją poczęstowałam. Zwano ją Cesarską Perłą, a pochodziła z wczesnego marcowego zbioru, rzadko przeprowadzanego, ponieważ krzew po nim traci siły, a listki zbierają wyłącznie małoletnie dziewczynki.

Ostatnio pan Wu Deming uruchomił pełną parą import chińskiego granitu na pomniki i płyty nagrobkowe, surowe i polerowane. Mało tego – sprowadza również trumny. Minęły wieki i oto okazuje się, że troska o posiadanie za życia trumny dla prawidłowego ułożenia się do snu ostatecznego jest wśród huaqiao, czyli zamorskich Chińczyków, na tyle trwała, że da się na niej zarobić. Pan Wu Deming ma w asortymencie rozmaite trumny. Metalowe z wkładem z blachy cynkowej lub bez, tanie trumny ekologiczne z pięciowarstwowej falistej tektury, przystosowane do kremacji, a nawet piekielnie drogie trumny pozłacane. Jednak największe wzięcie mają tradycyjne, ciężkie, wykonane z należnym pietyzmem z czterech grubych desek trumny sosnowe. Cóż to za radość dla ich właściciela wpatrywać się w piękne słoje desek, badać rosnący co roku stopień ich wysychania i coraz większą dźwięczność. Tak, pan Wu Deming miał niewątpliwie głowę na karku i jego żona, a moja najlepsza przyjaciółka, nie musiała się martwić jak ja, czy topniejący w banku kapitał wytrzyma zimowy drenaż na brykiety do kominka.

Spojrzałam na Forsycję.

Patrzyłam na nią zawsze z przyjemnością. W przeciwieństwie do wielu kobiet, z Chinkami włącznie, nie zazdrościłam swoim siostrom urody. Może dlatego, że sama byłam podobno więcej niż ładna, a i teraz – w późnej jesieni życia – dzieci na mój widok nie pierzchają ze strachu.

Forsycja miała twarz okrągłą jak księżyc w pełni, w zgodzie z chińskim kanonem piękna, gładką cerę o barwie kości słoniowej, oczy lekko tylko uniesione ku skroniom, zęby białe i równe jak rzędy pestek melona, brwi nieznacznie podkreślone tuszem, usta naturalnie karminowe, dłonie o palcach długich i wiotkich niczym pędy szczypiorku. Potrafiła się uśmiechać łagodnie i ujmująco, umiała się odezwać dowcipnie i z sensem, nie można było jej odmówić pewnej ogólnej wiedzy i wszystko to razem wzięte prowadziło mnie odruchowo do myśli, że w innym czasie i miejscu byłaby z niej doskonała kurtyzana.

– Niech ci będzie – rzekłam pojednawczo. – Nie chciałam być przykra. Wiem, że twój mąż ma wiele zalet, powiedzmy, że dyskrecja nie jest jego silną stroną.

– Czy mogłybyśmy o tym porozmawiać? – szepnęła Forsycja, podnosząc na mnie spojrzenie swych zawsze trochę sennych oczu, mylnie odczytywane przez mężczyzn jako wyraz erotycznego rozmarzenia.

– O czym mianowicie? – spytałam, udając, że nie wiem, o co jej chodzi. – O zaletach twojego męża?

– O tym mianowicie – odparła cierpko – jak to się stało, że zostałaś kurtyzaną.

– Och, to zamierzchłe czasy. Nie było cię wówczas na świecie, urodziłaś się tutaj, a Chiny i Anglia to dwie różne planety. Nawet teraz, gdy odległości między nimi prawie przestały mieć znaczenie. Obawiam się, że będzie ci trudno pewne rzeczy zrozumieć, a może i zaakceptować.

– Wiem, że zostałam beznadziejnie skażona angielskim wychowaniem, ale postaram się to nadrobić wrodzoną chińską bystrością. Chyba mi tego nie odmówisz?

– Chyba nie. No dobrze. Zacznę jak w klasycznym curriculum vitae od daty urodzenia. Urodziłam się siódmego dnia szóstego miesiąca księżycowego w piętnastym roku republiki chińskiej.

– Zaraz, zaraz... Jakiej republiki? Przecież Chiny były cesarstwem.

– Wtedy już nie. W tysiąc dziewięćset jedenastym roku Chińczycy obalili obcą dynastię mandżurską i powstała republika.

– Z prezydentem?

– Oczywiście. Nazywał się Sun Jatsen i dano mu przydomek Ojca Narodu. Jego wizerunek długo widniał na wszystkich banknotach. Dobrze pamiętam tę twarz, jak wykutą w kamieniu, i siwiejące wąsy.

– Czyli piętnasty rok republiki...

– Miał numer tysiąc dziewięćset dwadzieścia sześć. Według naszego zwierzyńca niebiańskiego był to rok Tygrysa. Ludzie spod tego znaku są podobno odważni i nie boją się ryzyka. W moim przypadku to się w pewnym sensie sprawdziło.

– A gdzie dokładnie nastąpiło to epokowe wydarzenie?

– Moje przyjście na świat? Na północy. W prowincji Shandong, niedaleko góry Taishan. To jedna z pięciu chińskich gór, które uchodzą za święte. Cesarze wchodzili na nią, aby złożyć ceremonialnie ofiary Niebiosom. Zresztą, o ile wiem, nadal jest celem pielgrzymek.

– Wysoka jest ta góra?

– Niezbyt. Ma ponad półtora kilometra. W sam raz, żeby się przy wspinaczce pobożnie zmęczyć, ale nie padać z wyczerpania.

– Kim byli twoi rodzice?

– Chłopami. I to bardzo biednymi. Nasza wieś nazywała się Gaoshanbao. Kilkadziesiąt żółtych chałup z wypalanej na słońcu cegły. Wokół wsi było dużo sadów i moja rodzina, podobnie jak większość sąsiadów, żyła z uprawy drzew owocowych. Brzoskwinie, morele, gruszki, jabłka, słodkie śliweczki liczi rodziły się tak obficie, że w latach dużego urodzaju zamożni gospodarze pozwalali pracującym przy zbiorach dzieciom zjeść tyle, ile zmieszczą w brzuchu, nie wolno im było tylko zabierać owoców do domu.

Mój ojciec i starsi bracia pracowali u bogatego gospodarza nazwiskiem Lang. Był to człowiek poczciwy i nieskąpy. Ponieważ wyrosłam na ładną dziewczynkę, mówiono, że gdy skończę piętnaście lat, poślubię któregoś z jego licznych kuzynów albo nawet synów. Pan Lang mnie lubił i chyba nie przeszkadzałoby mu, że jestem biedaczką.

Przypadkowym i nie wiadomo, szczęsnym czy nieszczęsnym, zbiegiem okoliczności jako jedyna dziewczyna we wsi umiałam czytać, radziłam sobie też z pisaniem. A to dlatego, że gdy miałam dziesięć lat, moja matka – żarliwa buddystka – posyłała mnie co rano do wioskowej pagody do posług staremu mnichowi. Trzydzieści lat wcześniej dżuma zabrała pozostałych mnichów, ocalał tylko ten jeden, troszczył się o ich groby i o dusze w krainie cieni.

– Był bardzo stary?

– Tak, Forsycjo. I tak niedołężny, że nie widziano nic zdrożnego w tym, że mu posługiwałam. Nocowałam zresztą w domu, u mnicha spędzałam tylko kilka porannych godzin, niemniej widziałam, że ma do mnie pewną słabość. To wówczas odkryłam, że mężczyźni, nawet leciwi lub na pozór niewidzący świata poza mądrymi księgami, nie pozostają zupełnie obojętni na towarzystwo ładnych dziewcząt. Dotyczy to nawet tych, którym wiek od dawna nie pozwalał na oddawanie się praktykom deszczu i chmur, jak określa się wiadome przyjemności z kobietą.

W pierwszych latach służby byłam oczywiście zbyt młoda, aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Co do mojego mnicha, to zadowalał się tylko spojrzeniami, a gdy uwinęłam się z pracą, uczył mnie czytać. Dzięki temu po czterech latach dawałam sobie radę z różnymi tekstami, głównie buddyjskimi. Potykałam się tylko o zbyt trudne dla mnie pojęcia, nie rozumiejąc ani w ząb ich sensu. Nie peszyło to mnicha, który widząc, jak się męczę, pocieszał mnie, mówiąc, żebym spokojnie wkuwała, a zrozumienie przyjdzie we właściwym czasie. Później dowiedziałam się, że w szkołach wszystkich stopni też trzymano się tej zasady. Należało głęboko utrwalać w pamięci pouczenia rozmaitych mędrców i powtarzać je bez zająknienia. Jeśli ktoś czegoś nie rozumiał i zadawał pytania, był uważany za bluźniercę i surowo karcony. Słuchałam i ja potulnie mego mnicha, nie przypuszczając, że wkrótce skutki jego nauk ciężko zaważą na całym moim życiu i że może byłoby lepiej, gdybym poprzestała na ścieraniu kurzu ze świątynnych foliałów. Ale czy cię nie nudzę? Do mej przemiany w kurtyzanę jeszcze dość daleko.

– Nic nie szkodzi. W thrillerach filmowych też na początku mało się dzieje, a potem krew ścina się w żyłach widzów.

– Nie obiecuję aż takich emocji, ale będę się starała, żeby cię nie rozczarować. Miałam prawie jedenaście lat, kiedy na środkowe Chiny napadli Japończycy. Mandżurię zajęli już wcześniej. Ich okupacja miała potrwać aż osiem lat. Wkrótce cała nasza prowincja wraz z jej stolicą – miastem Jinan – wpadła w ich ręce. Zewsząd dochodziły przerażające wieści o okrucieństwach, jakich dopuszczali się żołnierze i żandarmi mikada. Zabierali dziewczyny i wyrabiali z nimi okropne rzeczy. Konfiskowali krowy, woły robocze, zboże, a kto im stawiał opór, ginął albo był torturowany. Schwytanym partyzantom wlewali do gardła gumowym wężem wodę pieprzową, wieszali jeńców do góry nogami i okładali ich żelaznymi prętami, przypalali rozżarzoną drucianą miotełką. Często zakopywali ich żywcem albo ścinali mieczem głowy, co dla Chińczyka jest najgorszą, haniebną śmiercią.

– Dlaczego? To przecież szybsza śmierć niż na przykład powieszenie.

– Nie o to chodzi. Na tamtym świecie bezgłowe dusze są pogardzane i odsunięte od obcowania z duszami wybranymi. W dawnych czasach bogaci ludzie, których krewnych lub przyjaciół stracono w ten sposób, kupowali ścięte głowy, żeby je przyczepić do ciał i dzięki temu zmylić nadzorców w krainie cieni.

– Nie sądziłam, że Japończycy potrafią być tacy okrutni.

– Ja też nie. I kiedy patrzę dziś na nich, takich uprzejmych, gnących się w ukłonach, uśmiechniętych, nie mogę się oprzeć tamtym wspomnieniom. Ale podobno wszyscy jesteśmy skłonni do zbrodni, gdy nadarzy się możliwość bezkarnego zabijania. A zwykli wieśniacy byli wtedy bezbronni. Jak tylko ri guei, japońskie diabły, zbliżały się do wsi, co młodsi mieszkańcy zabierali dzieci i uciekali pędem do sadów, a stamtąd przemykali w pobliskie góry. Raz po raz zjawiali się także w wiosce chińscy milicjanci wiejscy na służbie japońskiej. Nazywaliśmy ich czarnymi psami od koloru mundurów. Rabowali, co im wpadło w rękę, gwałcili kobiety i to nie tylko młode.

Przez długi czas w Gaoshanbao było spokojnie i mimo wszystko mieliśmy nadzieję, że uda nam się jakoś przetrwać. Niestety, bogowie pozazdrościli nam chyba tego spokoju i bezlitośnie się z nami obeszli.

Pewnego dnia przybył do wioski oddział karłów, jak nazywaliśmy Japończyków. Ścigali partyzantów, którzy wysadzili w powietrze odcinek odległego o kilka kilometrów toru kolejowego. Doniesiono im, że niektórzy partyzanci mają krewniaków w naszej wsi. Przy pomocy chińskich zdrajców próbowali od nas wydostać ich nazwiska. Podejrzanych o pokrewieństwo z partyzantami zmuszono do klęczenia w pełnym słońcu z bańką po benzynie na głowie, co powodowało dotkliwe oparzenia. W końcu sobie poszli, ale zagrozili surową karą, jeśli w ciągu tygodnia nie namówimy do powrotu tych, którzy uciekli w góry albo wstąpili do partyzantki.

Oczywiście nikt się nie zgłosił. Oznaczałoby to przecież pewną śmierć. Zresztą Japończycy wcale na to nie liczyli. Niemniej ich zemsta była straszna.

– Spalili wieś!

– Nie, ale systematycznie wycięli w pień wszystkie sady, nasze jedyne źródło utrzymania. I zgarnęli co ładniejsze dziewczęta, żeby je wcielić do tak zwanej Pocieszycielskiej Służby Patriotycznej. Za tą nazwą kryły się niewolnicze domy publiczne dla japońskich wojskowych.

– Straszne! – wzdrygnęła się Forsycja.

– Los tych, którzy pozostali, też był straszny. Pojawiła się groźba głodu. Otępiali z rozpaczy i przerażenia przestaliśmy prawie ze sobą rozmawiać. Sad pana Langa także został wycięty. Musiał zwolnić wszystkich robotników, nawet tych, którzy, jak moi krewni, pracowali dla jego rodziny z pokolenia na pokolenie. Pozbawieni środków do życia opuszczali stopniowo wieś w poszukiwaniu jakiegokolwiek zarobku. A że o pracę było bardzo trudno, niektóre rodziny w obliczu śmierci głodowej ratowały się sprzedażą córek. To jedyny towar, jaki miały na zbyciu, i był na niego popyt. Pośredniczki w tym handlu krążyły po okolicy jak sępy nad zdychającym bawołem.

– Domyślam się, że trafiły i do was.

– Tak jest. Bardzo prędko zapukały do naszych drzwi. Miałam dwie siostry, ale od początku było oczywiste, że wybór rodziców padnie na mnie. Byłam najstarsza, najładniejsza i umiałam czytać, toteż tylko za mnie można było dostać tak dużą sumę, aby ocalić od sprzedaży młodsze córki. A byliśmy zżytą rodziną, w której córki były kochane tak samo jak synowie. W starych Chinach to raczej wyjątek.

– Wyjątek? Dlaczego? – zdziwiła się Forsycja.

– Ach, moja droga, przecież nawet w Europie syn jest na ogół milej widziany niż córka. Włoch czy Grek pęka z dumy, kiedy urodzi mu się syn, ale w dawnych Chinach, i dziś w pewnej mierze też, to coś więcej niż prymitywny instynkt macho. To rzecz, można powiedzieć, śmiertelnie ważna.

– Do tego stopnia?

– Do tego. Mężczyzna ma obowiązek pozostawić syna, który będzie dbał o jego pośmiertne życie w zaświatach, czyli w tak zwanych Żółtych Źródłach. Składał ofiarne dary, by mu tam niczego nie zabrakło. W przeciwnym razie dusza zmarłego będzie się tułać i mściwie sprowadzać na żyjących rozmaite nieszczęścia. To się nazywa kult przodków. Jest zakorzeniony w kulturze chińskiej na oceaniczną głębokość. Chińczyk, który nie ma syna, cierpi męki ze strachu przed strasznymi skutkami tego stanu rzeczy. Gdy żona jest bezpłodna albo rodzi córki, bierze nałożnicę, kochankę, jedną, drugą, każda kobieta jest dobra, byle powiła syna. Pamiętam, że będąc w Szanghaju, poznałam miłego, niezbyt już młodego człowieka. Był chory na otwartą gruźlicę. Lekarze uznali, że stan jest beznadziejny. Biedak leczył się dużymi dawkami opium, które hamowało napady kaszlu. Wiedział, że jego dni są policzone i używał życia. Odwiedzał domy rozpusty, poił się winem. Był jedynakiem i jego sędziwy już ojciec wpadł w panikę, że syn umrze przed nim, nie zostawiając męskiego potomka. Za bajeczną cenę kupiono mu naprędce narzeczoną i pospiesznie go z nią ożeniono, licząc, że zdoła ją zapłodnić przed zgonem. Z tą oczywiście nadzieją, że urodzi się chłopiec i rodzina uniknie koszmarnych konsekwencji utraty łączności z istnieniem pozagrobowym.

– I co? Los był łaskawy?

– Tego nie wiem. Ów gruźlik szybko umarł, ja zaraz po tym wyjechałam i nie mam pojęcia, co było dalej.

– A gdyby urodziła się dziewczynka?

– Rozpaczano by jak na pogrzebie. Krewni i przyjaciele składaliby rodzinie wyrazy współczucia. Chińskie porzekadło mówi, że lepiej jest mieć jednego koślawego syna niż dziesięć pięknych córek. Noworodka płci męskiej umieszczano w ozdobnej kołysce, dziewczynkę kładziono na słomie w kącie izby, a jedynymi jej zabawkami były gliniane skorupki stłuczonych naczyń.

– Czytałam, że w Chinach zdarzały się przypadki uśmiercania dziewczynek po urodzeniu.

– Jakie przypadki! To była nagminna praktyka. Matki dusiły je albo topiły jak ślepe kociaki. Wyrzucano je też po prostu na dwór i ginęły z głodu. W najlepszym razie trafiały do przytułku dla podrzutków, gdzie dorastały w nędzy i poniżeniu.

– Z tego, co mówisz, można by odnieść wrażenie, że córki przydawały się przede wszystkim po to, by rodziły synów, których modlitwy i ofiary zapewnią ojcu szczęście w zaświatach.

– Słusznie. Ale moja matka urodziła na wstępie dwóch synów, więc i córki były z radością witane i kochane. I nie nadano im imion w rodzaju Wielka Pomyłka albo Druga Zbyteczna na znak, że są zbędnym ciężarem.

– Bardzo rozpaczałaś, że cię sprzedano? Rzucono na pastwę losu.

– Nie. Przyjęłam to z rezygnacją. Bez sprzeciwu. Wolałam niewolę niż powolne umieranie z najbliższymi. I pocieszałam się tym, że pieniądze, jakie za mnie wezmą rodzice, uratują od sprzedaży moje siostry i pozwolą im dotrwać do lepszych czasów. Rozumieliśmy to wszyscy i było nam lżej.

– Jak się odbyła transakcja?

– Zwyczajnie. Z pośredniczką ciotką Zheng dogadywał się mój najstarszy brat. Ojciec tylko na koniec podpisał umowę. Na szczęście Supełek, mój najmłodszy, najdroższy mi braciszek, był wtedy poza domem. Obchodził okoliczne wsie, szukając jakiejś pracy. Bardzo mnie kochał, ale był porywczy i baliśmy się, że w gniewie zelży, a może i poturbuje faktorkę i przez to nie dojdzie do ugody. Była taka bieda, że nie mogliśmy nawet podjąć tej kobiety herbatą. Kiedy przychodziła, rodzice wymykali się na dwór albo siedzieli cicho w drugiej izbie.

Ciotka Zheng była tęgą babą o twarzy koloru niedosmażonej wieprzowej wątroby. Jej płynna gadanina i niby miejska ogłada nie zwiodły mego brata ani nawet mnie. Stale fałszywie uśmiechnięta, zapewniała, że oddaje mnie w takie dobre miejsce, gdzie będą o mnie dbali jak o własne dziecko, ale ukradkiem przypatrywała mi się z zimną uwagą jak prosiakowi, który dorósł do zarżnięcia. Jak wszystkim rajfurkom zależało jej tylko na prowizji, jaka jej wpadnie po załatwieniu transakcji. Byłam zadowolona, że przez grzeczność nie musiałam się odzywać. Odpowiedziałam jej tylko krótko na kilka pytań.

– Sprawdziła, czy naprawdę umiesz czytać?

– Tak. Przyniosła raz jakiś podręcznik szkolny i kazała mi przeczytać kawałek stronicy, ale sama była analfabetką i tylko kiwała potakująco głową dla niepoznaki. Przeczytałam także ojcu na głos umowę przed jej podpisaniem w obecności pisarza.

– Ojciec umiał pisać?

– Ależ skąd! Nagryzmolił tylko pędzelkiem kółko i to tak niezdarnie, że wyglądało jak pestka melona.

– Kto sporządził ten dokument?

– Ciotka Zheng sprowadziła pisarza, który mieszkał w sąsiedniej wsi.

– Pewnie już nie pamiętasz treści umowy.

– Z grubsza pamiętam. Brzmiało to mniej więcej tak: Z powodu ubóstwa rodziny rolnik Zhou De ze wsi Gaoshanbao, powiat Taishan, zgadza się niniejszym na sprzedaż swojej córki Jiao, wiek lat czternaście. Nabywa ją pani Zheng Fanglin dla pana Sun Shengwanga z miasta Tai’an, który będzie miał o nią staranie i postąpi z nią wedle swych życzeń. Czwartego dnia siódmego miesiąca dwudziestego dziewiątego roku republiki wręczono mi za córkę jej wartość w wysokości dwustu juanów. Podpisano: ojciec dziewczyny Jiao, faktorka Zheng oraz Li Yuhung, pisarz, który kontrakt sporządził.

– Jaka Jiao? Przecież masz na imię Dong Mei!

– Wtedy jeszcze tak się nie nazywałam. Dong Mei zostałam trochę później.

– Swoją drogą to zadziwiające – powiedziała Forsycja. – Nie mieści się w głowie. Niewolnictwo w dwudziestym wieku. Zabijanie noworodków. Może dodasz do tego, że Chinki nadal bandażowały sobie stopy...

– Nieformalne niewolnictwo kwitnie do dziś w wielu miejscach na świecie, uśmiercanie niemowląt również. A o przypadkach bandażowania stóp słyszałam jeszcze w latach czterdziestych, pod koniec wojny domowej. Siła tradycji jest w Chinach wielka. Oczywiście zdarzało się to rzadko i tylko w zamożnych domach. Wieśniaczki i przedtem miały przeważnie tak zwane wielkie stopy. Inaczej nie mogłyby pracować w polu na stojąco. Musiałyby klęczeć.

– Opowiedz coś jeszcze o tym zwyczaju. Podobno Chińczyków ogromnie podniecały te zdeformowane stopy kobiet.

– Jeszcze jak. Stópki „malutkie jak pąki lotosu” to był seksualny fetysz.

– Opowiadaj, opowiadaj.

– Zrobi się z tego za duża dygresja. Może innym razem.

– Zgoda, ale trzymam cię za słowo.

– Masz je. Na czym stanęłam?

– Na podpisaniu aktu twojej sprzedaży. Co było dalej?

– Kiedy po kilku dniach ciotka Zheng przyszła, żeby mnie zabrać, wszyscy mieli łzy w oczach. Mnie do ostatniej chwili udało się powstrzymać płacz. Pocieszałam się, że otrzymane pieniądze poratują rodzinę w nędzy i prawdę mówiąc, ciekawiło mnie życie w mieście. Do tej pory nie wyściubiałam przecież nosa poza rodzinną wieś. Ale gdy po kilkugodzinnym marszu polnymi drogami znalazłam się przyciśnięta do ciotki Zheng w zatłoczonym wagonie kolejowym, strach i przypływ tęsknoty za domem sprawiły, że zaniosłam się głośnym płaczem.

Ciotka Zheng popatrywała spłoszona po twarzach pasażerów, bo handel dziewczętami, mimo że nagminny, był zakazany i bała się kłopotów.

– To moja córka – tłumaczyła głośno, chociaż na pewno aż ją skręcało, żeby mnie uspokoić walnięciem w głowę. – Wiozę ją do Tai’anu, bo dostała histerii. Wstąpiły w nią złe duchy i kapłan taoistyczny musi je z niej wypędzić. Jest taki w pagodzie Osiadłego Żurawia. Nazywa się Zhuangzi. Niejednej już pomógł. To wszystko przez tę przeklętą wojnę. Dziewczyny się boją. Wiadoma rzecz, czego – przyciszyła głos. – Wszyscy się teraz boją.

Ludzie w wagonie przytakiwali milcząco, ale wątpliwe, aby ktokolwiek jej uwierzył. Byli to jadący na targ wieśniacy, a ci kontakt z władzami nawiązywali równie chętnie jak myszy z kotem. Zwłaszcza w tamtym czasie. Niemniej okazywali mi współczucie.

– Masz, mała, posil się – powiedziała siedząca naprzeciwko kobiecina, podając mi wieprzowe żeberko. – Na, jeszcze jabłuszko, zjedz sobie, pewnieś głodna.

Nie śmiałam odmówić, ale ze smutku jedzenie stawało mi w gardle. I o mało nie zwymiotowałam, a łzy same płynęły mi ciurkiem.

Do Tai’anu dojechałyśmy rano. Na stacji stali japońscy żandarmi oraz ich chińscy pomocnicy, ale nie zwrócili na nas uwagi. Ciotka Zheng poganiała mnie niecierpliwie, przyspieszając kroku.

– Nie gap się tak głupawo – sarkała, gdyż rozglądałam się ciekawie, bo nigdy dotąd nie byłam w mieście.

Po prawdzie Tai’an ledwie zasługiwał na to miano. Była to w gruncie rzeczy licha mieścina przycupnięta u zachodniego podnóża góry Taishan. Przy prowadzącym do niej szlaku pielgrzymkowym stała spora zielono-czerwona pagoda z podwiniętymi daszkami, pod którymi zawieszone były dzwoneczki. Wzdłuż dwóch zabłoconych ulic ciągnęły się rzędy sklepików i garkuchni. Przylegało do nich gęste skupisko parterowych hutungów z szarych cegieł, poprzetykane lepszymi domostwami z ogrodami.

Dom, do którego przyprowadziła mnie ciotka Zheng, w porównaniu z chatami Gaoshaobang wydał mi się pałacem. Otoczony wysokim murem, za lakierowaną bramą miał dziedziniec ocieniony jabłoniami, na którym tu i tam stały wielkie wazy z ozdobnymi roślinami. Dalej były dwa mniejsze podwórka. Wokół pierwszego stały pawilony mieszkalne, przy drugim mieściły się kuchnia, umywalnie i różne składziki. Pomyślałam, że w takim ładnym miejscu nie powinno mnie spotkać nic złego.

– I pewnie się omyliłaś – rzekła Forsycja, zaciągając się dymem z papierosa. Zawsze barbarzyńsko rujnowała sobie tytoniem smak mojej najlepszej herbaty.

– Oczywiście. Nie zaznałam tam szczęścia, chociaż z początku nie było najgorzej. Właściciel domu, pan Sun Shengwang, mieszkał w nim tylko z żoną. Ich córka, z natury, jak to się mówi, „urodzona twarzą na zewnątrz”, opuściła dom po wyjściu za mąż. Dwaj synowie przenieśli się do stołecznego Jinanu, gdzie mieli sklepy z jedwabiem. Pan Sun był kaligrafem i ciągle obracał w prawej dłoni dwie srebrne kulki, żeby zachować sprawność palców. Dużo czytał, nie odmawiał sobie fajki opium, pracował rzadko. Projektował różne plakaty i tablice pamiątkowe, na dużych rulonach wypisywał stosowne cytaty z okazji pogrzebów, ślubów, narodzin czy otwarcia sklepów. Miewał klientów także spoza miasta, z okolicznych siół, bo nie był chciwy i pobierał opłaty tak umiarkowane, że musieli go wspomagać synowie. Żona często mu to wypominała, mówiła, że jest niedorajdą, ale on nic sobie z tego nie robił. Pamiętam go bardzo dobrze. Był to wysoki, szczupły mężczyzna około pięćdziesiątki, zawsze pogodny, w dobrym humorze, o łagodnym, nieco ironicznym uśmiechu.

– Wiesz, mała – powtarzał często – najważniejsze to mieć wszystko w nosie i spędzać czas możliwie jak najprzyjemniej.

To była jego dewiza. Zgodnie z nią nie stronił od trunków, lubił dobrze zjeść w towarzystwie kolegów, z którymi przerzucał się frywolnymi wierszykami przy wznoszeniu toastów. Ubierał się zawsze na niebiesko i nie przejmował się, że jego odzież nosiła często ślady niedawnego ucztowania. Był przyjaźnie usposobiony do wszystkich z wyjątkiem własnej żony. I on jeden w domu reagował bez lęku na jej zgrzytliwy głos.

Mnie – tak samo jak całą służbę – pani Sun napełniała panicznym strachem. Była zgryźliwa, zawsze posępna, groźnie marszczyła brwi.

– Pamiętaj, ścierwo – mówiła do mnie – że jesteś tylko sprzętem, jak garnek albo miotła. Zapłaciliśmy za ciebie o wiele za dużo, ale odbijemy to sobie z nawiązką w przyszłym roku, jeśli będzie urodzaj i wiejskie dziewuchy nie będą szukać roboty w mieście. Dla mnie jesteś tępą owcą, która potrafi tylko żałośnie beczeć i szcza po nogach, prawda? No, powiedz, że tak!

– Tak, proszę pani – odpowiadałam, połykając łzy.

– No, ale na razie musisz dobrze pracować. Starać się. Wiesz, co się stanie, jak będziesz leniwa i nieposłuszna?

– Nie, proszę pani. Nie wiem.

– Zachłoszczę cię na śmierć i nikt mi nic za to nie zrobi. Rozumiesz?

– Rozumiem, proszę pani.

Gdyby sprzedała mnie, tak jak planowała, jakiemuś zamożnemu kupcowi, moje życie potoczyłoby się bardzo zwyczajnie i spokojnie. Jednak na przeszkodzie temu stanęło to, że pan Sun był świntuchem.

Od samego początku wciągał mnie w różne lubieżne zabawy. Pod nieobecność żony rozpinał mi kaftanik i miętosił piersi.

– Masz takie śliczne piersiątka – mówił. – Twarde jak młode gruszeczki. Bardzo przyjemne w dotyku. Uwielbiam je pieścić.

– Pana żona też ma piersi – odpowiadałam. – Czy pan ich nie pieści?

– Kiedyś je pieściłem – wzdychał. – Ale teraz jej piersi są obwisłe i sflaczałe. Gdzie im do twoich!

Oczywiście było to oburzające, urągało skromności, w jakiej mnie wychowano, ale stopniowo nauczyłam się przezwyciężać wstyd i broniłam się dość słabo. Poza tym karmiono mnie skąpo, a pan Sun wynagradzał moją uległość garścią miedziaków albo słodyczami. Czasami jednak posuwał się za daleko. Sadzał mnie sobie na kolanach i głaskał po nogach coraz wyżej i wyżej, a w końcu wsuwał mi dłoń między uda.

– Jakie ty masz mięciutkie udka – mówił. – Nie mogę się nadziwić. Nadstaw uszko, chcę cię o coś zapytać, dobrze?

– Słucham, proszę pana.

– Powiedz, czy tam, na dole pod brzuszkiem, wyrósł ci już puszek? Wiesz, taki jak u malutkich kaczuszek albo kurczaczków.

Któregoś dnia, gdy jego żona poszła do aptekarzostwa grać w madżonga, wezwał mnie do swojego gabinetu. Przypuszczałam, że znów zacznie mnie obmacywać, ale tym razem wymyślił coś innego.

– Stań tu koło mnie i popatrz na te obrazki – powiedział i wskazał na rozłożoną przed nim na biurku książkę.

Pochlebiona tym wyróżnieniem nachyliłam się, lecz na widok tego, co zobaczyłam, spiekłam raka i szybko zamknęłam oczy. Nie widziałam nigdy tego rodzaju książek, ale starsze dziewczyny w wiosce opowiadały, że są takie, chichocząc przy tym z podniecenia.

Był to tak zwany poradnik ślubnej oblubienicy, ilustrowany rysunkami, które szczegółowo pokazywały różne sposoby uprawiania miłości. Chciałam uciec, ale pan Sun chwycił mnie jedną ręką za przegub, drugą za kark i pochylił mi głowę tuż nad książką.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DRUGI Szkarłatna kołdra

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZECI Okrucieństwo bogów

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZWARTY Miłe chwile w Suzhou

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ PIĄTY Nauki na Łodzi Kwiatów

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SZÓSTY Bezlitosna kara

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SIÓDMY Nienawistny Szanghaj

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ ÓSMY Pustelnik z Bambusowego Gaju

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY Na dnie pohańbienia

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY Przejścia w Pekinie

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ JEDENASTY Koniec mojego świata

Dostępne w wersji pełnej

Wydawca

Agata Pieniążek

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Monika Paulińska

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Alicja Chylińska

Ewa Grabowska

Copyright © by Jerzy Chociłowski 2012

Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-273-0047-8

Nr 90452699

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl