Opis

Szósta powieść kryminalna z cyklu o Thomasie Andreassonie i Norze Linde

Zima na Sandhamn, wyjący wiatr, zamieć. W Wigilię przerażona kobieta wsiada na ostatni prom płynący na wyspę. W drugi dzień świąt na plaży przy Hotelu Żeglarskim znalezione zostają zwłoki kobiety. Inspektor policji kryminalnej Thomas Andreasson musi przerwać świąteczny urlop.

Zmierzy się ze sprawą znanej korespondentki wojennej, pod której adresem kierowane były groźby, z ksenofobicznymi organizacjami i niezwykle wyrafinowanym mordercą. W trakcie śledztwa zostaje znaleziona kolejna ofiara.

Tymczasem przyjaciółka Thomasa z dzieciństwa, Nora Linde, zmaga się z własnymi problemami, a stawką w tej grze jest jej zawodowa reputacja. Nora jest zmuszona podjąć decyzję, która na zawsze zmieni jej życie.

To wciągająca historia o niespełnionych nadziejach, wypartych wspomnieniach i skrywanym wstydzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Środa, 24 grudnia 2008

1

Jeśli tylko dotrze na Sandön, do Sandhamn, wszystko będzie dobrze. Nigdzie nie czuła się tak bezpieczna jak tam.

Jeanette Thiels powtarzała sobie te słowa niczym mantrę, jadąc pokrytą rozjeżdżonym śniegiem autostradą. Kilka razy musiała mrugać, by powstrzymać łzy, przez które niewyraźnie widziała drogę. Przy Skurubron prawie wpadła w poślizg.

Minęła pole golfowe przy Fågelbro i kanał Strömma. Prom odchodził za kilka minut, dokładnie za kwadrans trzecia. Musiała zdążyć, to był ostatni rejs tego dnia.

Po czasie, który wydał jej się wiecznością, zobaczyła port w Stavsnäs. Skręciła na zapełniony w połowie parking. Przez chwilę męczyła się z pilotem, zanim udało jej się zamknąć forda.

Wiatr szczypał ją w policzki. Temperatura mocno spadła, musiało być co najmniej minus dziesięć stopni, może nawet więcej. Kawałek dalej linki uderzały o pusty maszt flagowy. U wyjścia z zatoki na falach widać było białe grzywy.

Poczuła lekkie mdłości, nie miała jednak czasu, żeby się tym martwić.

Ze spuszczoną głową ruszyła szybkim krokiem w stronę nabrzeża, gdzie w szarym półmroku czekał prom. Była ostatnią pasażerką, która weszła na pokład. Za jej plecami wciągnięto trap i już kilka chwil później prom odbił od brzegu. Odwróciła się mimowolnie, by sprawdzić, czy nikt tam nie stoi.

Skuliła się w kącie w części rufowej promu i naciągnęła na głowę kaptur tak, że prawie nie widać było jej twarzy. Wiedziała, że powinna coś zjeść, ale była zbyt zmęczona, by pójść do kafeterii na górnym pokładzie. Zapadła w coś w rodzaju półsnu. Słyszała dudniący silnik. Ten rytmiczny dźwięk ją uspokajał.

W jej kieszeni zaczęła wibrować komórka. Jeanette sięgnęła po nią i zaraz cofnęła rękę. Nie chciała wiedzieć, kto jej szuka.

– Następna przystań to Sandhamn – rozległ się komunikat z trzeszczącego głośnika. – Kapitan i załoga pragną skorzystać z okazji, by życzyć wszystkim państwu naprawdę wesołych świąt.

W wyobraźni Jeanette zobaczyła twarz Alice. Próbowała się nie rozpłakać. Teraz Alice i Michael na pewno są zajęci ostatnimi przygotowaniami. Zapakowane prezenty leżą pod choinką, w kuchni pachnie szynką i klopsikami. Niedługo zjawią się rodzice Michaela obładowani paczkami.

Alice prosiła ją, by spędziła z nimi święta. To było ostatnie, co powiedziała przed odejściem.

– Proszę, mamo. Wpadnij chociaż na chwilę, przynajmniej na trochę.

Potrząsnęła wtedy głową i próbowała pocałować Alice w czoło. Ona jednak się odsunęła i Jeanette ledwie musnęła ustami jej włosy.

Poczuła palące wyrzuty sumienia. Dlaczego zawsze wszystko wychodziło nie tak, jak tego chciała?

Za kilka minut mieli dobić do brzegu. Wstała, żeby poszukać toalety. Weszła tam i wzdrygnęła się, widząc przed sobą trupio bladą kobietę. Dopiero po kilku sekundach zrozumiała, że patrzy na własną twarz odbitą w lustrze. Miała podkrążone oczy, szarą cerę. Od nosa do kącików ust biegły głębokie zmarszczki.

Wyglądam jak stara kobieta, pomyślała. Kiedy minęły te wszystkie lata?

Myła ręce, spuściwszy wzrok.

Dźwięk silnika przycichł, to oznaczało, że kapitan zmniejszył prędkość, by prom mógł przepłynąć przez cieśninę i zawinąć do portu w Sandhamn.

Podniosła torbę z mokrej podłogi i przewiesiła ją sobie przez ramię. Na pokładzie stało niewiele osób. Jeanette ustawiła się w kolejce jako ostatnia.

– Wesołych świąt – powiedział marynarz, gdy pokazywała mu bilet.

Spróbowała uśmiechnąć się do niego.

Pozostali pasażerowie błyskawicznie zniknęli z pomostu; było zbyt mroźno, by tu tkwić bez potrzeby. Jeanette odstawiła torbę i rozejrzała się po dobrze sobie znanej okolicy.

Wzdłuż odśnieżonej pługiem nadmorskiej promenady na odcinku między przystanią a Hotelem Żeglarskim zalegały zaspy. Na szerokiej plaży stały dziesiątki łodzi wyciągniętych na zimę i przykrytych brezentem.

W zachodniej części portu majaczyły zarysy żółtego budynku gospody ze świątecznymi lampkami na fasadzie. Mrugające światełka sprawiły, że znów zebrało jej się na płacz. Wzięła torbę i ruszyła przed siebie.

W Hotelu Żeglarskim unosiła się silna woń hiacyntów. Za wysoką ladą stała jasnowłosa recepcjonistka z czapką Mikołaja na głowie. Jeanette się przedstawiła.

– Dzwoniłam przed południem, żeby zarezerwować pokój.

– Zgadza się. – Potwierdzenie zostało okraszone wesołym uśmiechem.

Jeanette mimowolnie zauważyła, że różowa szminka na ustach recepcjonistki kompletnie nie pasuje do czerwonej czapki.

– Witamy. Będzie pani mieszkać w jednym z domków za basenem. Mam nadzieję, że nie boi się pani ciemności? – Recepcjonistka znów się uśmiechnęła, jakby powiedziała coś zabawnego. – Niestety, w święta mamy komplet w głównym budynku, zostały tylko domki. – I zanim Jeanette zdążyła coś powiedzieć, ciągnęła: – Kolację serwujemy od godziny dziewiętnastej. Powinna pani zarezerwować stolik. Czy godzina dwudziesta pani odpowiada?

Jeanette kiwnęła głową.

– Mamy cudowne świąteczne menu – entuzjazmowała się recepcjonistka. – Wszystko, czego tylko pani sobie zażyczy. Piętnaście rodzajów marynowanego śledzia! A wieczorem, oczywiście, do wszystkich grzecznych dzieci przychodzi Mikołaj.

Mrugnęła do Jeanette. Chyba nie zastanawiała się nad tym, czy samotna kobieta w średnim wieku może być zainteresowana wizytą Mikołaja.

– Pomóc pani z bagażem? – spytała jeszcze. – To wcale nie tak daleko, niecałe sto pięćdziesiąt metrów. Trzeba zejść schodami i skręcić w prawo. Potem musi się pani trzymać odśnieżonej ścieżki, minąć pole do minigolfa i jeszcze raz skręcić w prawo. Tam gdzie zaczyna się teren basenu. Pani domek jest drugi w szeregu.

– Chyba sobie poradzę – mruknęła Jeanette.

Zaszumiało jej w uszach, gdy schyliła się po torbę.

– Mam nadzieję, że spędzi pani u nas wspaniałe święta. Jeśli ma pani ochotę, jutro o siódmej jest pasterka w kaplicy w Sandhamn. Bardzo nastrojowa.

Wreszcie podała jej kartę i Jeanette zarzuciła torbę na ramię, żeby odejść. Zatrzymała się jednak.

– Tylko ja będę tam mieszkać? – spytała cicho.

– Chwileczkę, zaraz sprawdzę.

Recepcjonistka tak szybko odwróciła się do monitora, że pompon jej czapki aż się zakołysał. Zmarszczyła brwi i podniosła wzrok.

– Tak, będzie tam pani całkiem sama.

2

Inspektor policji kryminalnej Thomas Andreasson uśmiechnął się na widok córeczki, która z zaciekawieniem grzebała w paczkach leżących pod okazałą choinką.

Prawie wszystkie prezenty były dla Elin, chociaż w marcu miała skończyć zaledwie roczek. Postanowili z Pernillą, że ograniczą wydatki świąteczne, ponieważ jesienią spore sumy pochłonęła rozbudowa domku letniskowego. Sterta paczek dowodziła, że żadnemu z nich nie udało się dotrzymać tego postanowienia. Poza tym dostali wielką reklamówkę prezentów od rodziców Thomasa, którzy na święta pojechali do jego brata. Matka Pernilli przebywała u siostry w Stanach Zjednoczonych. Tak więc w tym roku znaleźli się na Harö sami.

Thomas się tym nie przejął. Śledztwo w sprawie ciężkiego pobicia, do którego doszło w okolicach Dnia Świętej Łucji, zapełniło mu czas aż do świąt. Teraz cieszył się z możliwości odpoczynku z najbliższymi. Z przyjemnością zapomniał o codzienności, która czasem była bardziej stresująca, niż miał ochotę to przyznać.

Wyjrzał przez okno. W dole przy pomoście lśniły dwie latarnie, które wystawił tam po południu. Przez ostatnie dni intensywnie padało, miękki biały puch przykrył szkiery i skaliste wysepki. Gdy przybyli na wyspę, mróz zmienił nagie drzewa w oblodzone rzeźby lśniące oszronionymi koronami.

Lód skuł nawet najdalsze części zatoki – jeśli temperatura nie wzrośnie, będzie tak jak dawno temu, gdy na szkierach miesiącami zalegała gruba warstwa lodu i między wysepkami podróżowano na sankach fińskich.

A właściwie gdzie są jego stare sanki? Niewykluczone, że znalazłby je u swoich rodziców. W zagraconej drewutni od dziesięcioleci chowali rzeczy, które ich zdaniem kiedyś jeszcze się przydadzą

Elin przerwała mu te rozmyślania. Kołysała się i wyciągała do niego rączki. Podniósł ją i posadził wygodniej, a ona zadowolona oparła czoło o jego pierś.

Pernilla sprzątała ostatnie rzeczy z małego zastawionego świątecznie stołu. Szynka, kiełbasa i śledzie trafiły już do lodówki. Teraz przygotowywała grzaniec i parzyła kawę. Za chwilę zacznie się rozdawanie prezentów.

To pewnie ostatnie święta bez Mikołaja, pomyślał Thomas. W przyszłym roku dziadka czeka do odegrania ważna rola.

– Pomóc ci? – spytał, oderwawszy wzrok od Elin.

– Nie trzeba – odparła Pernilla, pochylając się, by wyjąć tacę z dolnej szafki. – Przygotowałeś przecież jedzenie, ja mogę posprzątać.

Poprzedniego wieczoru ścięli choinkę i powiesili na niej ozdoby. Dziś rano wystarczyła chwila nieuwagi, żeby Elin na nią wpadła. Przestraszona wybuchnęła płaczem. Na szczęście nic się jej nie stało. Po kilkunastu minutach choinka znów stała na swoim miejscu pięknie przystrojona, a Elin dostała pasmo anielskich włosów i bawiła się nimi, póki ich nie poszarpała.

Thomas postawił córeczkę na podłodze i ukląkł obok niej. Musnął ustami jej mięciutki policzek.

Zapach małego dziecka.

Jasne włoski miała świątecznie uczesane, loczek nad czołem kołysał się za każdym razem, gdy zniecierpliwiona przestępowała z nogi na nogę.

– I co powiesz? – spytał. – Otworzymy jakąś małą paczuszkę, tylko ty i ja, zanim mama skończy sprzątać w kuchni?

3

Otworzyła oczy i dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że leży na hotelowym łóżku. Mdłości nie minęły, wciąż pobolewał ją brzuch w okolicy pępka – krótkie skurcze, które pojawiały się i zaraz mijały. Łóżko było szerokie i miękkie, mimo to nie mogła znaleźć wygodnej pozycji. Czuła się zziębnięta. Marzła, choć włożyła gruby sweter.

Jak długo spała?

Spojrzała na zegar. Za pięć ósma. Jeśli chce tego wieczoru cokolwiek zjeść, musi iść do restauracji.

Wszystko bolało ją ze zmęczenia, nie wiedziała, czy w ogóle da radę wstać.

W tle grał telewizor. Jako dziennikarka o długim stażu automatycznie włączała wiadomości, gdy tylko wchodziła do pokoju hotelowego. Bez sensu było tego słuchać, ciągle gadali jedynie o tym, jak ludzie obchodzą święta w różnych miejscach Szwecji. Zupełnie jakby tego dnia na całym świecie nie wydarzyło się nic ważnego.

Kiedy indziej by ją to zdenerwowało, teraz się tym nie przejęła.

Rozejrzała się. Na ścianie powieszono czarno-białe zdjęcia Sandhamn z początku dwudziestego wieku. Smukłe jachty przy pomoście, na nadmorskiej promenadzie panie w kapeluszach z szerokim rondem i panowie w ciemnych płaszczach.

Jeanette zamknęła oczy i wstała. Znów poczuła ucisk w żołądku. Spróbowała go zignorować, przywołać dawne uczucie, że Sandhamn to najbezpieczniejsze miejsce na świecie.

Babcia, pomyślała. Ścisnęło jej się gardło na wspomnienie wszystkich tych wakacji, które jako dziewczynka spędzała w domku po drugiej stronie wyspy. W ostatnich latach zbyt rzadko tam bywała, ale teraz to się zmieni. Na wiosnę weźmie ze sobą Alice i spędzą w domku całe lato.

Jutro się tam wybierze. W tym przyjaznym miejscu spokojnie się zastanowi, podejmie jakąś decyzję. Tak jak dawniej. Zawsze zwracała się do babci, babci, która przynosiła jej gorącą czekoladę i dawała dobre rady wtedy, kiedy były najbardziej potrzebne.

Poszła do łazienki, by opłukać twarz zimną wodą. Nieprzyjemne uczucie nie mijało, a dłonie drżały, gdy je wycierała.

W zeszłym roku o tej porze była na Bliskim Wschodzie, robiła reportaż. Owinięta w burkę potajemnie przeprowadzała wywiady z rozzłoszczonymi i wystraszonymi mieszkankami Iranu. Zaowocowało to ukazaniem się kilku długich artykułów o sytuacji kobiet w tym kraju. Jeden z nich zacytowano w wieczornych wiadomościach i redaktor naczelny jej pisma miał tak zadowoloną minę, jakby to on przemykał wąskimi uliczkami owinięty w grubą, zakurzoną tkaninę.

Gdy po przeprowadzeniu ostatniego wywiadu wróciła do hotelu i z ulgą ściągnęła burkę, pomyślała, że dokonała czegoś ważnego. Zaraz potem popatrzyła na zegarek i zorientowała się, że jest już za późno, żeby zadzwonić do Alice i życzyć jej wesołych świąt…

Teraz po raz pierwszy od lat spędzała Boże Narodzenie w Szwecji.

Została do tego zmuszona.

Wspomnienia powróciły, puls przyspieszył. Jeanette poszła do salonu po laptop. Musi się skupić na czymś innym, odsunąć wszystkie myśli kłębiące jej się w głowie.

Wsunęła rękę do torby, ale laptopa nie znalazła. Rozsunęła suwak do końca i chaotycznie grzebała w rzeczach. W końcu wysypała wszystko na fotel: bielizna, dżinsy, kilka bluzek, fiolki z lekami…

Z uczuciem bliskim panice Jeanette wpatrywała się w rzeczy na fotelu. Była pewna, że spakowała laptop. Na sto procent. Mimo to go nie było.

Na wszelki wypadek jeszcze raz sprawdziła w torbie, ale znalazła tam tylko pudełko zapałek z Frankfurtu, które dawno temu musiało się zaklinować w narożniku.

Zapomniała zabrać laptop? To niemożliwe, wszędzie go ze sobą nosiła. Odgarnęła włosy ze spoconego, lepkiego czoła. Zgubiła go?

Nie na promie, bo przecież tam nie otwierała torby. A gdyby wysunął się w samochodzie, zauważyłaby to na pewno.

Prawda?

Szykowała się do wyjazdu wzburzona, zszokowana i zdezorientowana. Wrzuciła do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wypadła z mieszkania. Ledwie pamiętała, by zamknąć drzwi wejściowe.

Załkała. Jak mogła zapomnieć laptopa po tym wszystkim, co się stało?

Nagle zatęskniła za papierosem, choć naprawdę obiecała sobie, że rzuci palenie. Pewnie w paczce na dnie torebki zostało ich kilka. Kiedy indziej dotrzyma obietnicy.

Napis na ścianie informował, że w domku nie wolno palić. Będzie musiała wyjść na zewnątrz. Da radę?

Jakiś dźwięk za ścianą sprawił, że się wzdrygnęła. Trzaśnięcie drzwiami? A może to tylko śnieg zsunął się z dachu? Czy recepcjonistka nie wspominała, że żaden inny domek nie został wynajęty?

Jeanette się odwróciła. Całkowita cisza. Na pewno tylko jej się wydawało.

Znów wróciły mdłości, metaliczny posmak w ustach.

Zasłony były zaciągnięte. Gdy odsunęła jedną, zobaczyła, że na zewnątrz jest zupełnie ciemno, nawet biała pokrywa śniegu nie rozjaśniała mroku.

Powoli poluzowała haczyk w oknie, niemal jakby ktoś kazał jej je otworzyć. Jakiś metr poniżej zaczynał się dach parterowej części domku. Pokrywała go warstwa śniegu równie gruba jak ta leżąca na ziemi.

Jeanette uchyliła okno i wzdrygnęła się, gdy lodowaty podmuch wiatru wtargnął do środka. Zignorowała to i próbowała wsłuchać się w szum morza. Do brzegu było zaledwie trzydzieści metrów, tak jak w domku babci. Pamiętała odgłos fal, ich szum, gdy biły o piasek.

Zawsze kochała to uczucie, że jest w najdalej wysuniętej części archipelagu i wpatruje się w morze pozostające w ciągłym ruchu. Czasem śniły jej się wielkie masy wody. Otoczona nimi powoli opadała na dno i zasypiała wśród wodorostów, a obok niej przemykały ryby.

Ale nigdy się nie bała, nie u babci.

Poczuła, że przenika ją mroźne powietrze. Zadrżała. Odwróciła głowę i wyjrzała przez drugie okno na wejście do domku. Lampa nad drzwiami nie rzucała wiele światła. Poza tym stożkiem blasku wszystko było tylko ciemnością i cieniem.

4

Nora Linde usiadła z kubkiem kawy w ręce na przeszklonej werandzie willi Brandów. Jak zwykle się przejadła. Gdy napełniła talerz, było za późno, by zmienić zdanie. A poza tym wszystko okazało się wyjątkowo smaczne.

Z radia płynęły dźwięki Cichej nocy, z kuchni docierał do jej uszu brzęk naczyń. Chłopcy się sprzeczali, kto ma pozmywać. Nora postanowiła się nie wtrącać, dać im szansę, by ustalili to między sobą. Zapatrzyła się w dal przez wielkie okna werandy. Wiatr, który po południu zaczął się nasilać, teraz naprawdę szalał.

Napalili we wszystkich starych piecach kaflowych, które doskonale się spisywały, choć pochodziły z dziewiętnastego wieku. Po kilku godzinach zrobiło się naprawdę ciepło, należało jedynie pamiętać o dokładaniu drewna.

Nora z przyjemnością wypiła kilka łyków kawy. Do tej pory wszystko przekraczało jej najśmielsze oczekiwania. Odsunęła od siebie myśli o pracy, zapomniała o dręczącym ją niepokoju. W ciągu dnia napięcie stopniowo zelżało. Westchnęła i odstawiła kubek; nie chciała teraz myśleć o banku.

Jutro rano, przedzierając się przez śnieg, pójdą na pasterkę. Cieszyło ją to, choć Adam i Simon pewnie będą marudzić. Zwłaszcza Adam, który – podobnie jak nastolatki w jego wieku – rano czuł się bardzo zmęczony. Wiedziała, że gdy dotrą na miejsce, marudzenie ustanie. Chłopcom spodoba się w małej kaplicy: będą mrugać płomyki świec, sąsiedzi i znajomi złożą sobie nawzajem życzenia.

– Tu jesteś.

Nora podniosła wzrok.

W drzwiach pojawił się Henrik. Trzymał w dłoniach dwa ozdobne kryształowe kieliszki, które, odkąd Nora sięgała pamięcią, stały w przeszklonej szafce w jadalni. Kołysał się w nich jakiś napój o orzechowym kolorze.

– Armaniak, tak jak lubisz – uśmiechnął się Henrik.

Podał jej kieliszek i usiadł naprzeciwko niej w wiklinowym fotelu. Założył nogę na nogę, oparł się wygodnie.

Trunek miał intensywny słodkawy zapach. Nora po pierwszym łyku poczuła najpierw pieczenie na podniebieniu, a potem głębszy ukryty smak.

– Pyszny – powiedziała. – Dziękuję.

Jej spojrzenie powędrowało w stronę morza i zatrzymało się na czerni za oknem.

– Mamo! – Simon wpadł na werandę i zaaferowany wskazywał najdalszy kąt jadalni. Zwykle stał tam mały stolik z mahoniu, który po przyjeździe przesunęli, żeby zrobić miejsce na choinkę. – Czy możemy otworzyć prezenty?!

Nora przyciągnęła go do siebie i zmierzwiła mu włosy.

– A co powiesz na to, żeby jeszcze trochę zaczekać?

Przez chwilę miał niepewną minę, potem dotarło do niego, że żartowała.

– Co tam z kuchnią? – spytała Nora. – Nie wygląda już jak po bombardowaniu?

Pokręcił głową tak energicznie, że jasna grzywka opadła mu na czoło. Najwyższa pora, żeby go ostrzyc.

– Posprzątaliśmy, naprawdę. Tata też sprzątał. Strasznie dużo.

– Ach tak. – Nora wypuściła go z objęć.

Natychmiast przypadł do Henrika i jego też uścisnął.

– Przyprowadź Adama i zaczynamy – zdecydował Henrik.

Wyciągnął rękę, jakby chciał pogłaskać Norę po policzku, ale cofnął ją, bo chłopcy zjawili się niemal natychmiast.

– No dobrze – powiedział. – Kto w tym roku dostanie pierwszą paczkę?

5

Jeanette zmusiła się, by oddychać spokojniej. Naciągnęła kurtkę i czapkę, ale zawahała się z ręką na klamce. Znów nasłuchiwała dźwięków dochodzących z zewnątrz. Nic. Mimo to się wzdrygnęła.

Na pewno tylko jej się wydawało. Była tu sama, tak powiedziała recepcjonistka. Zresztą o tej porze wszyscy goście hotelowi siedzieli przy stole uginającym się od świątecznego jedzenia.

Wbrew zdrowemu rozsądkowi jeszcze raz zerknęła do torby, w której powinien być laptop. Potem spróbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz go używała. Dziś rano w kuchni, gdy czytała elektroniczne wydanie „Financial Times”.

Zanim usłyszała dzwonek do drzwi.

Potem wszystko potoczyło się tak szybko. Nie miała czasu, by się zastanowić. Musiała wyjść, natychmiast. Jakby ta wizyta skalała całe mieszkanie.

Wciąż była w szoku, w uszach brzmiały jej na przemian to ostre, to błagalne słowa.

– Nie dopuszczę do tego.

Jeanette nie wiedziała, czego może się spodziewać. Ale na pewno nie tych pełnych nienawiści zdań, toczących się jak rozżarzona lawa, która wypalała i pochłaniała prawdę.

– Pożałujesz, jeśli nie odpuścisz. Rozumiesz? Zmiażdżę cię.

Nie ugięła się przed groźbą. Choć chciało jej się płakać, wysyczała ze złością:

– W gabinecie mam kopię, Alice też dostała jedną. Nie ma znaczenia, co zrobisz. Wysyłam to w poniedziałek.

Na koniec głos stał się błagalny, żebrzący.

Nic z tego. Zdecydowała się to ujawnić, koniec kropka. Nie chodziło o szantaż ani o pieniądze.

Tylko o prawdę. Chciała ujawnić prawdę.

Na koniec ciężkie milczenie w przedpokoju. Nie było nic więcej do powiedzenia.

Gdy Jeanette otworzyła drzwi wejściowe, zobaczyła to spojrzenie – tak pełne nienawiści, że ugięły się pod nią kolana. Przeraziło ją bardziej niż tamte słowa. Ledwie udało jej się zamknąć drzwi i przekręcić zamek. Oparta plecami o ścianę osunęła się na podłogę. Drżała.

Powiedzenie o tym było straszliwym błędem. Czuła się jednak do tego zobowiązana z wielu różnych powodów. Po wszystkich tych wspólnych latach.

Potarła czoło. Dlaczego wspomniała o tym, że Alice dostała kopię? Po prostu wyrwało jej się to w ferworze kłótni. Będzie musiała odebrać pendrive’a, gdy tylko wróci do Sztokholmu.

Nagle pokój wydał jej się za ciasny. Miała wrażenie, że ściany na nią napierają, więżą ją.

Uspokój się, pomyślała. Nie jest tak źle, wzburzony człowiek potrafi powiedzieć różne rzeczy.

Wszystko się jakoś ułoży. Na pewno.

Zawirowało jej w głowie i musiała oprzeć się o ścianę. Poczuła skurcz żołądka.

Od dawna nic nie jadła, dlatego osłabła. Powinna pójść do restauracji, choć mdłości nie minęły. Dzięki papierosowi na pewno doszłaby do siebie, no i dzięki odrobinie jedzenia. Wiedziała, że gdyby zapaliła papierosa i poczuła rozchodzącą się w ciele nikotynę, uspokoiłoby to jej zszarpane nerwy. Wiele razy stawiało ją to na nogi, gdy była na granicy wyczerpania. Poza tym pomagało podczas pobytu w krajach, którego języka nie znała – nawiązywała kontakt z miejscowymi ludźmi, gdy wychodziła z nimi na papierosa.

Drżącymi palcami wsunęła paczkę do kieszeni. Torba zostanie w pokoju; nie musi brać jej ze sobą.

Nie zwlekając dłużej, zgasiła lampę pod sufitem i ruszyła w mrok.

6

– Mamo, ten prezent jest dla ciebie! – zawołał Simon.

Klęczał na podniszczonym dywanie, którego kolory niemal zupełnie wyblakły. Nora odziedziczyła go wraz z całym domem po cioci Signe. Ciocia siadywała zwykle na werandzie, dokładnie tak jak teraz Nora, z suczką Kajsą przy nogach. Nora wciąż słyszała dźwięk ogona Kajsy uderzającego o podłogę.

Simon z zadowoloną miną wyciągnął paczuszkę, która musiała być schowana gdzieś głęboko pod choinką. Zupełnie tak, jakby ktoś próbował ją ukryć.

– To od taty! – zawołał rozpromieniony.

Na twarzy miał rumieńce, był rozgrzany i podniecony.

Nora odłożyła dziadka do orzechów i skorupkę orzecha włoskiego, który przed chwilą rozłupała.

Simon naprawdę nie mógł się doczekać Wigilii i w ostatnich dniach nie mówił o niczym innym. Od dawna nie był w takim dobrym humorze. Dziś rano, gdy usiedli przy stole w kuchni, by zjeść pudding ryżowy z cynamonem i cukrem, usta prawie mu się nie zamykały.

Teraz podszedł do Nory i podał jej paczuszkę. Wskazał na ozdobną etykietkę.

– Dla Nory. Wesołych świąt życzy Henrik – odczytał uroczyście.

Potem usiadł obok niej na wiklinowej sofie tak blisko, że ich nogi się ocierały.

Nora spoglądała na prezent. Było to płaskie pudełeczko starannie opakowane w sreberko. Rozpoznała logo. Należało do znanego jubilera, którego sklep mieścił się przy eleganckiej ulicy handlowej w Sztokholmie. Czasem przechodziła obok, ale nigdy nie weszła do środka.

– Nie otworzysz? – spytał podekscytowany Simon. – Wygląda ślicznie.

W piecu strzeliło, za mosiężnymi drzwiczkami żarzył się ogień. Adam, siedzący w drugim fotelu, pochylił się z zaciekawieniem w ich stronę.

Z profilu wyglądał jak kopia młodego Henrika. Zaczynał też w podobny sposób mówić, tak samo akcentować słowa i wypowiadać je odrobinę przeciągle.

Nora spojrzała pytająco na eksmęża. Kupiła mu po prostu książkę, powieść o dyskryminowanej kobiecie z Afganistanu. Bawił ją ten wybór, bo przywodził jej na myśl nierówny podział prac domowych w ich małżeństwie. To ją wciąż trochę bolało.

– No otwórz – nalegał Simon.

Henrik śledził jej ruchy. Gdy odstawiał kieliszek, Nora zauważyła, że zaczął siwieć na skroniach.

Zważyła paczuszkę w ręce i pogrążyła się w myślach. Postanowili spędzić razem święta ze względu na dzieci, nic poza tym. Ale było widać, że się starał; odkąd przyjechali do Sandhamn, Nora nie musiała nawet kiwnąć palcem. Henrik kupił nawet większość jedzenia.

Zupełnie inny człowiek, w każdym razie w porównaniu z tym, jaki był w ostatnim roku ich małżeństwa. Może miało to jakiś związek z tym, że niedawno rozstał się z Marie, kobietą, z którą romansował jeszcze jako mąż Nory i z którą zamieszkał zaraz po rozwodzie.

Znów pojawiło się ukłucie bólu.

Z adaptera dobiegły pierwsze dźwięki I’ll Be Home for Christmas. Płomień lampy naftowej zamigotał.

Nora ostrożnie rozwiązała piękną jedwabną wstążkę przetykaną złotymi nitkami. Odłożyła ją na bok i rozwinęła sreberko. Pojawiło się pudełeczko z ciemnoczerwonej skóry.

Simon wisiał nad jej ramieniem.

– Co to, co to? Otwórz wreszcie!

Nora uniosła wieczko.

Na zielonym aksamicie spoczywał wisiorek z białego złota z małym brylancikiem. Obok lśnił cienki łańcuszek.

– Och – szepnęła.

Nie śmiała spojrzeć na Henrika. Za ten elegancki drobiazg musiał zapłacić sporą sumę.

– Jest śliczny – szepnął jej do ucha Simon.

Henrik uśmiechnął się ciepło.

– To new beginnings – powiedział i uniósł kieliszek z koniakiem.

7

Gdy Jeanette wyszła na mróz, wokół było dziwnie pusto; otaczał ją księżycowy krajobraz. Naciągnęła na głowę kaptur i wcisnęła podbródek w szalik. Starała się patrzeć pod nogi. Domki stały na stoku, do hotelu schodziło się po schodach, więc szła ostrożnie, żeby się nie pośliznąć. W półmroku z trudem widziała cokolwiek. Dlaczego nie zrobili tu lepszego oświetlenia?

Za rogiem podmuch uderzył w nią z pełną siłą, tak że ledwie mogła ustać. Śnieg smagał ją w twarz, wiatr wył w uszach. Jeanette nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo przybrał na sile w czasie, gdy spała. Teraz prawie zapierał jej dech.

Odśnieżona ścieżka, ta, którą szła wcześniej, zniknęła w bieli.

Zasłaniając usta dłonią, zaczęła przedzierać się przez zaspy. Choć oddychała tylko przez nos, mroźne powietrze paliło ją w płucach, policzki piekły. Nogi zapadały się głęboko w śnieg.

W ciemnościach i podczas zamieci wszystko wyglądało inaczej niż za dnia. Trudno było ocenić odległość.

Czuła zmęczenie, jej ciało stało się ciężkie i niezdarne, po kilku krokach dostała zadyszki.

Przez niesiony wiatrem śnieg widziała szarpiące się na cumach pontony przy stacji benzynowej. Niemal słyszała jęk łańcucha. Pomosty zalewały potężne spienione fale.

Trochę dalej, chyba niecałe pięćdziesiąt metrów przed sobą, dostrzegła samotną latarnię przy kępie zaśnieżonych sosenek. Najpierw pójdę tam, pomyślała. Przystanę i trochę odpocznę.

Z trudem dotarła do latarni, choć pokonała tak małą odległość. Wyczerpana oparła głowę o zimny metal, próbowała złapać oddech.

Wystarczy mi tylko kilka chwil.

Wsunęła rękę do kieszeni, w której miała papierosy i zapalniczkę, i z trudem je wyciągnęła. Obróciła się plecami do wiatru. Udało jej się wysunąć z paczki papierosa.

Palce jej drżały, gdy próbowała go zapalić. Zasłaniała płomyk dłonią, lecz wciąż gasł. Po kilku chwilach palce jej zesztywniały; palenie w takich warunkach nie miało sensu. Naciągnęła rękawiczki i popatrzyła dokoła.

Gęste sosenki zasłaniały Restaurację Żeglarską. Musiała podejść trochę bliżej wody, by móc zobaczyć oświetlone okna.

Czuła się jeszcze gorzej niż przed kilkoma minutami, paliło ją w przełyku. Przycisnęła ręce do brzucha, usiłując powstrzymać falę mdłości. Kilka razy z trudem przełknęła ślinę.

Dlaczego nie zostałam w domku?

Z jej oczu popłynęły łzy i natychmiast stężały. Zakleiły oko, przylgnęły do zimnej skóry. Na próżno próbowała je zetrzeć lodowatą rękawiczką.

Znów pojawiły się zawroty głowy i mdłości. Jeanette oparła się o latarnię, próbowała się jej chwycić, lecz ręce odmawiały jej posłuszeństwa.

Co się ze mną dzieje? Dlaczego jestem taka słaba?

Miała wrażenie, że straciła kontrolę nad ciałem; drętwiały jej nogi i ręce, skóra swędziała.

Wszystko wokół niej się zamazało, straciła orientację. Wiedziała, że teren jest niewielki i dość dobrze jej znany, mimo to droga wydawała się nieskończona, niemal niemożliwa do pokonania. Zaledwie kilka godzin wcześniej tędy szła, więc jak teraz mogłaby się zgubić?

Przemarzła niemal do kości. Musi się znaleźć w cieple, nic innego nie ma teraz znaczenia.

Próbowała ustalić, czy bliżej ma do swojego domku, czy do hotelu.

Wtedy mdłości powróciły.

Co się ze mną dzieje? – zdążyła pomyśleć, a w następnej chwili całym jej ciałem wstrząsnęły wymioty. Kwaśna treść żołądkowa na śniegu wydawała się czarna, unosiła się z niej para. Jeanette poczuła coś ciepłego na udach.

– Pomocy – spróbowała wołać, ale z jej gardła wydobył się tylko ochrypły szept.

W oddali majaczył chyba jakiś cień. Ktoś śmiał się z niej ukryty w śnieżnej zawierusze.

Jeanette osunęła się na kolana, nie mogła dłużej ustać.

– Proszę – szepnęła do zamazanej postaci.

Podmuch wiatru przyniósł odgłos przypominający śmiech.

Nie dała rady się podźwignąć, więc zaczęła się czołgać.

Potem pociemniało jej przed oczami.

8

Nora przekręciła klucz i zamknęła na noc drzwi wejściowe. Zawodzenie wiatru rozlegało się w całym domu. Od czasu do czasu skrzypiały deski starego stropu.

Cieszyła się, że nie musi teraz nigdzie iść. Pogoda nie sprzyjała ludziom ani zwierzętom. Jeśli śnieg nie przestanie padać, trudno będzie im dotrzeć jutro rano do kaplicy.

Ostatni raz zajrzała do kuchni i dostrzegła na blacie karton z mlekiem. Pewnie Adam pił je przed pójściem spać. Miała nadzieję, że nie prosto z kartonu.

Weszła na ostatni stopień schodów i wtedy otworzyły się drzwi łazienki. Uderzył w nią wilgotny obłok pary.

Na progu stał Henrik. Pewnie wziął prysznic, bo biodra owinął białym ręcznikiem, a na ramionach miał kropelki wody. Wilgoć sprawiła, że jego włosy lekko falowały.

– Oj – mruknęła Nora.

Zaskoczył ją ten widok, choć przecież wiele lat widywała Henrika bez ubrania.

Stali zaledwie metr od siebie.

Musi trenować.

Ta myśl pojawiła się jakby znikąd. A po niej następna:

Naprawdę jest przystojny.

Henrik się rozpromienił.

– Myślałem, że już śpisz.

Jego uśmiech wyrażał otwartość, słowa brzmiały szczerze. Tak jej się przynajmniej wydawało. Podszedł o krok bliżej.

– Słuchaj, dziękuję ci za dzisiejszy wieczór. To była chyba najlepsza od wielu lat nasza wspólna Wigilia.

– Najlepsza w porównaniu z tymi wszystkimi, które spędziliśmy na Ingarö u twoich rodziców?

Nie chciała psuć nastroju, Henrik wiedział jednak, że nie przepadała za tymi sztywnymi świątecznymi kolacjami, które uwielbiała urządzać jej była teściowa. Przez to wiele razy kłócili się, gdzie spędzą Boże Narodzenie. Cóż, te sprawy należą do przeszłości.

– Chyba można tak powiedzieć. – Pokręcił głową, uśmiechnął się. – Wiem, że moja droga mama nie jest łatwa w obejściu. Całe szczęście, że tata wie, jak się z nią obchodzić.

To było coś nowego. Nora świetnie pamiętała, że Henrik bronił matki bez względu na to, co powiedziała czy zrobiła.

Po jego nagim ramieniu spłynęła kropla wody i spadła na dywanik w paski. Nora powiodła za nią wzrokiem. Stali teraz tak blisko siebie.

– Dziękuję za ten piękny prezent – powiedziała po trochę zbyt długim milczeniu. – Nie powinieneś był kupować czegoś tak drogiego.

– Spodobał ci się?

W jego głosie pobrzmiewała nieśmiałość – tak jak u Simona, gdy bał się zadać jakieś pytanie i próbował znaleźć sposób, by je z siebie wydusić.

– Oczywiście – zapewniła pospiesznie. – Chyba nigdy nie dostałam tak pięknego prezentu na Gwiazdkę.

– Więc dobrze, że tym razem taki dostałaś. – Henrik umilkł, odruchowo gładził ręcznik. – Powinnaś go była dostać o wiele wcześniej.

Nora nie wiedziała, co powiedzieć. Atmosfera stała się napięta. Kręciło jej się w głowie od wina i armaniaku.

– Mogłabyś mnie chociaż przytulić na dobranoc, zanim pójdziemy się położyć?

Nora zawahała się, zerknęła w stronę drzwi pokoi Adama i Simona. Były zamknięte. Chłopcy od dawna spali.

– To chyba nic strasznego przytulić byłego męża? – spytał Henrik. – Nie ugryzę cię, obiecuję.

Nora uśmiechnęła się niemądrze.

– Oczywiście, że nie – odparła. Sama słyszała, że jej głos stał się trochę ochrypły.

– No to już.

Henrik przyciągnął ją do siebie. Usztywniła się. Poczuła jednocześnie obcość i dziwnie znajome przyjemne zapachy jego żelu pod prysznic i kremu po goleniu…

Ramię miał chłodne.

Nora przypomniała sobie, jak kiedyś przesuwała opuszkami palców po ciemnych włosach na jego brzuchu, po pępku, który w przeciwieństwie do większości ludzi miał nie wklęsły, lecz wypukły… Jak zasypiała z jego dłonią pod swoim ramieniem.

Rozluźniała się powoli, przytulona do wilgotnej piersi.

Stali tak zupełnie bez ruchu.

Po chwili on zaczął ostrożnie głaskać ją po karku. Dwa palce wsunęły się pod włosy i zatrzymały dokładnie tam, gdzie zaczyna się kręgosłup, tuż nad kołnierzykiem jej bluzki. To miejsce, które zawsze wydawało się spięte, jakby zaciskał się tam jakiś węzeł.

Henrik okrężnymi ruchami masował jej kark, tak jakby to było coś najbardziej naturalnego na świecie. Jego palce musnęły łopatkę, na chwilę zatrzymały na ramieniu.

Nora się nie poruszała.

Przesunął delikatnie dłonią po jej obojczyku i dalej po szyi aż do podbródka.

– Noro – wyszeptał.

W sypialni zapiszczała komórka. Nora się wzdrygnęła.

Co oni wyprawiają?

Zdezorientowana cofnęła się o krok i próbowała się opanować.

– Pora iść spać – powiedziała, patrząc w podłogę. – Jeśli mamy jutro zdążyć na pasterkę. Już późno.

Nie spojrzawszy na Henrika, ruszyła do sypialni, zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Zignorowała uczucie, które podpowiadało, żeby do niego wróciła.

Komórka leżała na stoliku przy łóżku. Nora zobaczyła, że przyszła nowa wiadomość. Litery na ekranie lśniły w półmroku.

Wesołych Świąt. Tęsknię za tobą. Ściskam, Jonas

Czwartek

9

Nora wyjrzała przez okno w kuchni. Henrik z szalikiem podciągniętym pod sam podbródek odgarniał śnieg przy furtce. Za płotem utworzyły się wysokie zaspy. Mróz nie zelżał, ale przestało wiać. Morze się uspokoiło, choć fale wciąż uderzały o pomost.

Zapowiada się piękny dzień, pomyślała. Niebo jest pogodne.

Henrik odśnieżał potężnymi pociągnięciami szufli. Nora dotknęła karku, przypomniała sobie, co czuła, gdy pieścił to miejsce opuszkami palców.

Henrik zauważył ją w oknie i natychmiast cofnęła rękę.

– Jesteście gotowi?! – zawołał. – Musimy iść.

– Chodźcie, chłopcy! – krzyknęła Nora w stronę schodów. – Jesteśmy spóźnieni.

Do kaplicy szło się zaledwie pięć minut spacerem, ale z powodu mrozu wszyscy porządnie się opatulili.

Za furtką Simon od razu wziął Henrika za rękę.

Ojciec i syn na spacerze, pomyślała Nora; szła z Adamem kilka metrów za nimi. Jak zwykle Adam nie wziął szalika, choć kilka razy mu o tym przypominała.

Po kilku minutach dotarli do Domu Misyjnego i wzgórza, na którym stała kaplica – jeden z najwyżej położonych budynków w Sandhamn.

– Patrzcie! – zawołał cicho Adam.

Wzdłuż wąskiej ścieżki, którą mimo wczesnej pory ktoś zdążył odśnieżyć, na wysokich żelaznych stojakach stały płonące pochodnie. Płomienie wskazujące drogę wiły się jak wąż po zboczu góry.

– Jak pięknie – westchnęła Nora.

Wsunęła rękę pod ramię syna, choć wiedziała, że poczuje się tym zakłopotany. O dziwo, nie odsunął się od niej.

Przed nimi szła jakaś rodzina z wyspy. Nora nie mogła sobie przypomnieć, jak się nazywają, choć znała ich z widzenia. Mniejsza z tym.

Weszli i spróbowali dokładnie otrzepać buty ze śniegu. Przy drzwiach stała przewodnicząca rady parafialnej, pogodna kobieta około sześćdziesiątki, i witała przybyłych. Trzymała w ręce plik wydruków z kolędami, które miały zostać odśpiewane podczas nabożeństwa. Podała jeden arkusz Norze, drugi Henrikowi.

Henrik dostrzegł wolne miejsca w środkowych ławkach. Nora usiadła z Adamem po jednej, a Simonem po drugiej stronie. Henrik zajął miejsce przy samym przejściu. Adam lekko oparł głowę o ramię ojca.

Dochodziła siódma, lecz kaplica była prawie pełna. W ozdobnych mosiężnych żyrandolach pod sufitem płonęły świece. Przy ołtarzu stała pięknie ubrana choinka.

Nora opadła na ławę i stłumiła ziewanie. Tej nocy spała niespokojnie, miała dziwne sny. Obudziła się przygnębiona, choć nie wiedziała dlaczego.

Henrik objął ramieniem Adama, jego ręka musnęła kurtkę Nory. Znów przypomniała jej się chwila pod drzwiami łazienki. Ten moment, gdy się rozluźniła i oparła głowę o jego pierś. Poczucie bezpieczeństwa, które w niej obudził.

Jak mogła się tak czuć po tym wszystkim, co zaszło między nimi?

Ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Co by się stało, gdyby nie zapiszczała komórka?

Po południu Henrik wracał do domu, Nora zostawała z chłopcami w Sandhamn. Na Nowy Rok przyjeżdżał Jonas.

Jesienią spotykali się rzadko. Jonas miał bardzo napięty harmonogram lotów. SAS próbował oszczędzać, piloci musieli więcej godzin spędzać w powietrzu. Mogło się wydawać, że prawie nie bywa w Sztokholmie.

W nieliczne wolne dni Jonas przede wszystkim zajmował się Wilmą, którą wciąż dręczyły koszmary po wydarzeniach minionego lata. Narobiła sobie zaległości w szkole i przez całą jesień wydawała się przygaszona.

Jonas w końcu opowiedział Norze, co się wydarzyło w noc świętojańską, gdy Wilma zaginęła. Nora przypomniała sobie ten lodowaty niepokój, że wydarzyło się najgorsze. To, jak idylliczny nastrój nocy świętojańskiej w jednej chwili zmienił się w koszmar.

Straszna noc. Nora świetnie rozumiała, że Jonas musi spędzać z Wilmą tyle czasu, ile tylko się da.

Ale tęskniła za nim.

Organy zaczęły grać Gläns över sjö och strand, ulubiony psalm Nory.

Simon uniósł głowę i pocałował ją w policzek.

– Wesołych świąt, mamo – szepnął.

Nora odsunęła myśli o wczorajszym dniu i o Jonasie i uśmiechnęła się do niego.

– Wesołych świąt, kochanie.

10

– Alice, idziesz?

Zniecierpliwione wołanie taty dobiegło z parteru. Dlaczego on nie potrafi pojąć, że ona chce, żeby zostawił ją w spokoju?

Alice Thiels mocniej wcisnęła słuchawki w uszy, mimo to słyszała kroki na schodach.

Na różowej pościeli leżał otwarty pamiętnik. Zamknęła go i wsunęła pod poduszkę. Potem podgłośniła muzykę na iPodzie i zamknęła oczy. Udawała, że zasnęła. Może jeśli tata zobaczy, że śpi, da jej spokój i pojedzie sam.

Drzwi pokoju się otworzyły.

– Dlaczego nie odpowiadasz, kiedy cię wołam?

Alice dokładnie wiedziała, jak tata wygląda, gdy jego głos brzmi w ten sposób. Zmarszczone czoło, zmrużone oczy pod ciężkimi powiekami. Ogolona głowa trzęsąca się z poirytowania.

Ale to on chciał tam jechać, nie ona.

Pewnie ma na sobie ładną koszulę i czarne spodnie, standardowy strój, który wkładał, kiedy gdzieś ich zapraszano. Bez krawata i marynarki. Nosił je tylko wtedy, kiedy naprawdę nie miał innego wyjścia.

Skóra cierpła jej na myśl o tym, co ją czeka. Podlizująca się Petra, która przy każdej okazji próbowała zaprzyjaźnić się z Alice, zamiast pogodzić się z tym, że o przyjaźni między nimi nie może być mowy. Stół zastawiony świątecznym jedzeniem, ciężkie, tłuste, agresywne zapachy wdzierające się w każdy por skóry.

Alice nie otwierała oczu. Przecież śpię, pomyślała. Nie widzisz tego?

– Mamy być o czwartej u Petry – powiedział szorstko tata. – Dlaczego nie jesteś gotowa?

Potrząsnął nią lekko.

Otworzyła oczy. Miała nadzieję, że wygląda na zaspaną. Bez szczególnego pośpiechu usiadła na łóżku i wysunęła z ucha jedną z białych słuchawek.

– O co chodzi?

Jakby nie miała pojęcia, czego od niej chciał. Albo że jest późno.

Ojciec westchnął i posłał Alice zmęczone spojrzenie. Udała, że tego nie dostrzega.

– Mówiłem ci przecież rano, że o tej porze musisz być gotowa – powiedział. – Świetnie wiesz, że jazda do Sundyberg zajmie sporo czasu. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy napadało tyle śniegu.

Alice zauważyła, że ojciec wpatruje się w jej sprane spodnie od dresu i czarną sportową bluzę poplamioną pastą do zębów.

– No dalej, Alice. Musimy zaraz wyjeżdżać, a ty się nawet nie przebrałaś.

– Naprawdę muszę z tobą jechać? – Postarała się, by jej głos brzmiał płaczliwie.

Teraz się wkurzy, pomyślała. I pojedzie sobie, a ja będę mogła zostać w domu.

– Będą też rodzice Petry – powiedział ojciec. Nie zareagował tak, jak na to liczyła. – I jej siostra. A w ogóle dzwoniła i mówiła, że przygotowała twój ulubiony deser, torcik czekoladowy.

Chwila milczenia.

– Słuchaj… Petra naprawdę się stara. – Jego głos stał się cichszy, jakby smutny.

Nie rozzłościł się, chociaż na to liczyła.

Alice milczała.

Ojciec zmienił taktykę, jakby wyczuwał, że Alice udaje. Usiadł obok niej na łóżku, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.

– Wiesz co? – powiedział łagodniej. – Jeśli nie chcesz jechać, oboje zostaniemy w domu. Nie zamierzam zostawiać cię samej w Boże Narodzenie. – Lekko ścisnął jej ramię. – Zadzwonię do Petry i powiem, że źle się czujesz. Nie ma problemu.

Nie rób tak, pomyślała Alice. Ścisnęło jej się gardło, przełknęła ślinę. Łatwiej znosiła, kiedy był wkurzony albo zły.

– Wiem, że jest ci smutno z powodu mamy – dodał. – Ale wczoraj było nam całkiem miło, prawda? Z babcią i dziadkiem? Chyba naprawdę nie tak źle.

Ku własnemu zdumieniu stwierdziła:

– Dobra. Pojadę.

Wcale nie zamierzała jechać, ale tata wydawał się taki zdołowany.

– Dziękuję, malutka.

Zawstydziła się, gdy usłyszała ulgę w jego głosie. Ojciec wstał, ale zatrzymał się w drzwiach. Jego głos znów brzmiał normalnie, tak jak powinien brzmieć głos taty.

– Ubrałabyś się w coś innego niż dres? Nie musisz wkładać spódniczki ani nic takiego. Po prostu jakoś inaczej. I w coś, co nie jest poplamione pastą do zębów.

Przy tych ostatnich słowach mrugnął. Alice mimowolnie odpowiedziała mu uśmiechem.

– Idę wyprowadzić samochód z garażu! – zawołał ze schodów. – Naprawdę pospiesz się teraz.

Podeszła do komody, by znaleźć coś, w co mogłaby się ubrać. Odczekała, aż zatrzasną się drzwi wejściowe, i ściągnęła bluzę.

Usłyszała za oknem silnik audi. Na dworze zapadła ciemność, choć dochodziła dopiero trzecia po południu.

Alice szybko wyjęła z najniższej szuflady luźny sweter, wciągnęła go przez głowę i związała włosy gumką. Zdjęła spodnie dresowe i włożyła czarne dżinsy.

Stały się za szerokie w talii, musiała wyjąć z szafy skórzany pasek i zapiąć go na ostatnią dziurkę. Miłe uczucie. Niedługo nawet ten pasek okaże się za luźny.

Spróbowała sobie przypomnieć, gdzie znajduje się toaleta w mieszkaniu Petry. Czy na wprost drzwi wejściowych jest łazienka czy salon? Chyba prowadzi do niej jakiś korytarz.

Zamknęła oczy, by przywołać obraz tamtego wnętrza, ale bez skutku. Widziała je tylko raz. Weszli do dużego holu, a co potem?

Gdyby toaleta znajdowała się na uboczu, nikt nie usłyszałby odgłosów wymiotowania.

Jeżeli okaże się, że toaleta jest gdzie indziej, Alice odkręci kran.

Albo kilka razy spuści wodę. To też się zwykle sprawdza.

11

Norę obudziła muzyka. Adam niedawno ściągnął jej Mamma Mia Abby zamiast zwykłego sygnału i dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, że to dzwoni jej komórka.

Rozejrzała się, zaspana. Leżała na sofie w salonie. Sięgnęła po komórkę wsuniętą pod pisma na stole.

– Halo? – mruknęła.

– Cześć, to ja. – Głos Jonasa w słuchawce wydawał się wesoły, pełen energii. – Obudziłem cię?

– Mmm… tak jakby. – Usiadła. – Musiałam zasnąć przed telewizorem. Dziś rano strasznie wcześnie wstaliśmy.

Zerknęła na zegar. Pięć po szóstej. Najwyższa pora szykować kolację.

– Wczoraj wszystko poszło dobrze? – spytał Jonas. – Dostałaś mój SMS? Nie chciałem dzwonić i przeszkadzać w święta.

Nora szybko wciągnęła powietrze.

– Było miło. Chłopcy się cieszyli, że Henrik jest z nami. Zwłaszcza Simon. Znasz go przecież.

Zacięła się lekko, gdy wymawiała imię Henrika. Wyglądało jednak na to, że Jonas niczego nie zauważył.

– A jak wasza Wigilia? – spytała, żeby zmienić temat.

Jonas spędził ten wieczór ze swoją byłą żoną Margot, która dawno temu ponownie wyszła za mąż i miała z tego małżeństwa syna.

– Super. Wilma była w dobrym humorze. Wydaje mi się, że zaczyna dochodzić do siebie. Nie masz pojęcia, jaka to ulga.

Jego głos stał się cichszy, cieplejszy.

– Tęsknię za tobą. Wczoraj przez cały czas o tobie myślałem. Zwłaszcza przed zaśnięciem.

– Ja też za tobą tęsknię – zapewniła szybko.

Na chwilę zapadło milczenie. Zanim Jonas zdążył coś powiedzieć, dodała:

– Gdzie jesteś? Wciąż w Sztokholmie?

Czasem gubiła się w jego harmonogramie. W Wigilię miał wolne, ale wiedziała, że dziś pracuje.

– W Kopenhadze. Lecę do Nowego Jorku. We wtorek wracam. W środę rano przyjeżdżam na szkiery, tak jak się umówiliśmy. Wtedy dostaniesz ode mnie prezent na Gwiazdkę. Na niektóre prezenty warto trochę poczekać.

Norę ogarnęły wyrzuty sumienia.

– Pernilla i Thomas przyjadą w sylwestra – powiedziała. – Możemy obejrzeć fajerwerki w Restauracji Żeglarskiej, zwykle są naprawdę piękne.

– Dobry pomysł. Chcesz, żebym przywiózł ci coś z The Big Apple?

The Big Apple.

Nora wyobraziła sobie drapacze chmur i Statuę Wolności. Mogła wybrać się tam z nim, spędzić kilka przyjemnych dni w Nowym Jorku. Proponował jej to, ale ona miała się zajmować chłopcami w dniach między świętami a Nowym Rokiem.

Gdyby postanowiła z nim polecieć, czy zachowanie Henrika tak by na nią nie podziałało?

Przecież do niczego nie doszło, powtórzyła sobie. Przestań tak myśleć.

– Jesteś tam?

– Oczywiście. Przepraszam, usłyszałam coś za oknem.

A teraz jeszcze na dodatek go okłamywała.

– Jeśli czegoś chcesz, tylko powiedz. Przed lotem powrotnym mam mnóstwo wolnego czasu. Mogę kupić ci na przykład perfumy, jeśli masz ochotę.

Ta troskliwość, taka typowa dla Jonasa.

– Miła propozycja, ale niczego nie potrzebuję – zapewniła. – Naprawdę.

Teraz była całkowicie szczera, chyba po raz pierwszy podczas całej tej rozmowy.

– Tęsknię za tobą – powiedziała łagodnie. – Wracaj szybko.

12

– Już idę, Bertil – powiedziała Lisa. A może to była Lena? – Jeśli później zgłodniejesz, masz kolację w lodówce, możesz ją odgrzać w mikrofali. Szafranowy naleśnik. Brzmi nieźle, co?

Miała sięgające do ramion włosy ufarbowane w czarne i białe pasemka. Na jej prawej ręce od łokcia aż do nadgarstka wił się tatuaż: kolorowy smok.

Przed chwilą pomogła mu przebrać się w piżamę. Przedtem przygotowała kolację, czyli odgrzała w mikrofali klopsiki z ziemniakami i borówkami. Świąteczną kolację…

– Wesołych świąt – powiedziała z takim przekonaniem, że aż zadrżał kolczyk w jej nosie. – Widzimy się po Nowym Roku. Teraz przez kilka dni będę miała wolne.

Włożyła kurtkę i zapytała jeszcze:

– Postawić ci na stole pierniczki, zanim sobie pójdę? Albo trochę czekolady?

Bertil Ahlgren się żachnął.

– Jest w porządku. Do zobaczenia.

Leżał na narzucie, nogi okrył kocem. Telewizor był włączony. Jakaś dziarska baba opowiadała z przejęciem o świętach, które jako dziecko spędzała w Laponii. Chciał, żeby się wreszcie zamknęła. Bredziła bez sensu!

Nie miało znaczenia, który kanał włączał, wszędzie to samo. Strasznie stare czarno-białe filmy, które widział dziesiątki razy, albo absurdalnie entuzjastyczni prezenterzy próbujący wycisnąć z siebie odpowiednio świąteczny nastrój.

W końcu drzwi zamknęły się za Lisą – a może za Leną – i Bertil mógł odetchnąć.

Dziewczyna chciała dobrze, ale nienawidził i jej, i wszystkich tych ludzi, którzy szwendali się po jego domu i traktowali go jak dziecko.

Przychodzili do niego cztery razy dziennie. Czasem byli absurdalnie młodzi, mieli gładkie policzki i błyszczące oczy. Witali się z nim z zapałem:

– Witaj, Bertil! Jak się dzisiaj czujesz?

Tylko późnym wieczorem miał spokój. Nocą wciąż mógł udawać, że wszystko jest tak jak zwykle, że jest panem we własnym domu. Że nie jest zdany na łaskę tych młodych dziewczyn, które szykowały mu posiłki i pomagały się ubierać.

Lubił ciszę panującą o tej porze w budynku. Nikt nie biegał po schodach ani nie wsiadał do jęczącej windy. Dziś wieczorem sąsiednie mieszkanie stało puste. Jeanette wyjechała poprzedniego dnia. Przez wizjer widział, jak wsiadała do windy; ledwie zdążył otworzyć drzwi, by życzyć jej wesołych świąt. Zza zamkniętej kraty zawołała tylko, że wyjeżdża na kilka dni.

Bertil mieszkał tu od pięćdziesięciu sześciu lat – odkąd wprowadził się świeżo po ślubie – i znał wszystkich. Z sypialni miał blisko do przedpokoju, więc dokładnie wiedział, kiedy sąsiedzi wchodzą i wychodzą.

W dzisiejszych czasach po okolicy kręciło się wielu dziwnych ludzi. Wydawało mu się bardzo ważne, by wiedzieć, kto bywa w najbliższym otoczeniu. Czytał w gazecie o cudzoziemcach podstępem wchodzących do mieszkań staruszków. Prosili o szklankę wody, a gdy znaleźli się w środku, kradli, co tylko mogli.

Często wyglądał przez wizjer, usłyszawszy jakieś dźwięki na klatce schodowej.

Dzięki temu czuł, że bierze w tym wszystkim udział, że nie jest staruszkiem niemającym pojęcia o życiu toczącym się za drzwiami mieszkania.

13

Thomas podszedł do Pernilli, która leżała na sofie z Elin przytuloną do piersi. Na stole walało się kilka zgniecionych papierków po cukierkach. W telewizji zaczęły się wiadomości.

Elin spokojnie spała. Pernilla oparła policzek o podłokietnik. Chyba było jej niewygodnie, ale nie zmieniała pozycji, by nie obudzić małej.

Thomas pochylił się i płomyk świeczki w podgrzewaczu zamigotał. Pogłaskał Pernillę delikatnie po włosach.

– Położyć ją?

Uśmiechnęła się do niego.

– Dobrze. Chciałam najpierw zobaczyć wiadomości. Świat mógłby się zawalić, a my byśmy nic o tym nie wiedzieli. Od kilku dni nie czytałam gazet.

Podniosła rękę, by spojrzeć na zegarek.

– Zostało tylko pięć minut. Potem zaczyna się ten film, który chciałeś obejrzeć.

Thomas ostrożnie wziął córeczkę w ramiona. Poczuł jej ciepło. Główka Elin mieściła się na jego dłoni, za każdym razem zdumiewało go to na nowo.

Położył Elin do łóżeczka w sypialni i przykrył kołderką. Powieki dziewczynki zadrżały, gdy dotknął ustami jej czoła, ale się nie obudziła.

Usłyszał, że w wiadomościach mówią teraz o Nowej Szwecji. Pernilla mruczała pod nosem, jak zwykle gdy pojawiał się materiał o tej ksenofobicznej organizacji. Kochał w niej to zaangażowanie.

Wrócił do pokoju. Meteorolog mówił właśnie o pogodzie na drugi dzień świąt. Pochmurnie, później przejaśnienia. Przez jakiś czas bez opadów śniegu. Mróz nie zelżeje.

Thomas usiadł obok Pernilli, otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie.

Jestem szczęściarzem, pomyślał. Naprawdę można mieć aż tak dobrze?

Piątek

14

Bertil Ahlgren spojrzał zaspany na zegar. Dochodziło wpół do czwartej nad ranem. Musiał zasnąć przed telewizorem.

Próbował odzyskać orientację. Coś go obudziło, jakiś głośny dźwięk. Skąd dobiegał?

Teraz znów to usłyszał: przez ścianę, z mieszkania Jeanette.

W telewizji pokazywali kolejny czarno-biały film. Bertil znał głównego aktora, który od dawna oczywiście nie żył. Jego jasnowłosa partnerka chyba też pożegnała się z tym światem.

Wszyscy poumierali.

Kolejny głuchy odgłos za ścianą zupełnie go rozbudził.

Bertil sięgnął po szlafrok leżący w nogach łóżka. Męczył się chwilę z paskiem, ostatnio miał problemy z zawiązywaniem węzłów. Potem przysunął ucho do ściany. Chyba ktoś tam był!

Ogarnął go niepokój. Przesunął ręką po rzadkich włosach. Nasłuchiwał. Słuch miał wciąż dobry, tylko ciało niedołężne.

Teraz zapadła cisza.

Chwileczkę. Znów ten stłumiony głuchy odgłos. Ktoś buszował po mieszkaniu Jeanette?

Bertil chwycił balkonik stojący przy stoliku nocnym, opuścił jedną stopę, potem drugą, wymacał palcami filcowe kapcie.

Oparł się o stolik, podźwignął i ruszył z balkonikiem na ciemny korytarz. Nie pofatygował się, żeby zapalić światła; po tylu latach dokładnie wiedział, gdzie stawiać stopy.

Poruszał się najszybciej, jak potrafił. Po chwili spocił się z wysiłku i gdy dotarł do drzwi wejściowych, musiał otrzeć czoło. Zatrzymał się tuż przy nich i wyjrzał przez wizjer. Bez problemu widział drzwi Jeanette, choć żarówka pod sufitem miała małą moc. Wiele razy skarżył się na to w administracji, podkreślał, że oświetlenie jest niewystarczające, ale nic z tym nie zrobili. Nikt nie zamierzał słuchać jakiegoś staruszka.

Ciemne dębowe drzwi, podobne do jego własnych, wydawały mu się lekko uchylone.

Bertil Ahlgren przyjrzał się im dokładniej. Na pewno niedomknięte, nie przylegały do futryny.

Serce łomotało mu w piersi. Ktoś się tam włamał? A może Jeanette się rozchorowała i wróciła do domu?

Na klatce schodowej rozległo się jakieś szuranie.

Bertil Ahlgren chwycił parasol, przez chwilę się wahał, wreszcie przekręcił zamek i lekko uchylił drzwi.

Zostawił balkonik i zrobił kilka kroków. Na wszelki wypadek opierał się o ścianę, w lewej ręce wciąż ściskał parasol.

Drzwi obu mieszkań dzieliło tylko kilka metrów.

– Halo?! – zawołał niepewnie. – Jest tam kto?!

Słyszał tylko własne sapanie. Pociemniało mu w oczach, ale teraz nie mógł się wycofać. Po skroni spłynęła kropla potu, dłoń ściskająca rączkę parasola była wilgotna.

Czy powinien wrócić do siebie?

A jeśli Jeanette potrzebuje pomocy?

– Jeanette! – zawołał ostrożnie. – Jesteś tam?! To ja, Bertil.

Pokazała się wąska smuga światła. Latarka, zdążył pomyśleć, nim drzwi otworzyły się gwałtownie, a w jego głowie eksplodował potężny ból.

15

Drugi dzień świąt, słońce wzeszło o ósmej czterdzieści trzy. Dwie minuty później Elza Santos wyszła tylnymi drzwiami z Hotelu Żeglarskiego.

Na uniform sprzątaczki włożyła grubą kurtkę, na niesforne czarne włosy nasunęła wełnianą czapkę. Szalik zasłaniał nos i usta. Mimo to mróz uderzył w nią tak niespodziewanie, że aż przystanęła.

Około południa miała się zjawić duża grupa gości. Zarezerwowali domki nad basenem, więc wszystko musiało wyglądać świeżo i ładnie, łazienki miały lśnić, należało uzupełnić miniaturowe opakowania z szamponem i odżywką do włosów. Na każdym uchwycie powinien wisieć papier toaletowy z elegancko założonym końcem.

Odchrząknęła i pokręciła głową, by poprawić krążenie krwi. Ręce miała zajęte ciężkim sprzętem do sprzątania, ramiona ją bolały. Czuła, że niedługo skończy pięćdziesiąt lat. W Brazylii pracowała jako nauczycielka, to również było męczące, ale w inny sposób. Potem poznała Andersa i się zakochała.

Elza westchnęła. O tak wczesnej porze nikt nie zdążył odśnieżyć drogi obok pola do minigolfa, musiała więc iść wzdłuż pomostów, bo tak było najłatwiej dostać się do domków.

Gdy tylko skończy, wsiądzie na prom płynący do miasta. Liczyła, że zdąży na ten odchodzący o wpół do drugiej. Wieczorem mają prawdziwą brazylijską kolację świąteczną z rodziną, przyjaciółmi i mnóstwem jedzenia.

Uśmiechnęła się na tę myśl. Będą i dzieci, cała trójka.

Teraz musiała się zabrać do roboty. Przeszła przez drogę, ruszyła w stronę pomostów przy polu do minigolfa i tam przystanęła. Błękitnoszare morze, osłonięte przed południowo-wschodnim wiatrem, miało zupełnie gładką powierzchnię. Przy samej plaży woda zamarzła.

Elza mieszkała w Szwecji od dwunastu lat, od trzech pracowała w Hotelu Żeglarskim, ale rzadko zdarzało jej się widzieć tak piękny zimowy poranek.

Mróz nie pozwolił jej zbyt długo podziwiać widoków. Ruszyła dalej. Gdy dotarła do kępy sosenek, musiała znów się zatrzymać i odstawić ciężkie wiadro. Przez kilka sekund dała odpocząć plecom, omiotła spojrzeniem promenadę.

Przed Hotelem Żeglarskim piętrzyły się zaspy śniegu. Z pomostu zabrano ławki, na których latem przesiadywali żeglarze z kuflami zimnego piwa. Do przystani przybijał właśnie biały prom z Vaxholmu, z komina unosił się dym.

Coś przykuło jej uwagę. Elza zmarszczyła czoło, próbowała zrozumieć, co to takiego. Wszystko wyglądało tak jak zwykle. W porcie dostrzegła tylko jednego mężczyznę zmierzającego w stronę stacji benzynowej.

Skupiona rozejrzała się jeszcze raz.

Na wąskim pasie plaży na prawo od stacji benzynowej leżała gruba, nietknięta warstwa śniegu. Ale pośrodku tej warstwy widniało jakieś wybrzuszenie, jakby ktoś zostawił tu podłużną torbę albo krótki kajak.

Elza przysięgłaby, że przed świętami nic tam nie leżało. Może jakiś gość hotelowy czegoś zapomniał?

Zaciekawiona podeszła bliżej. Dotarło do niej, że to coś jest za duże na torbę.

Zawahała się i pochyliła, by lepiej przyjrzeć się zagadkowemu wybrzuszeniu. Wyciągnęła rękę i strzepnęła trochę śniegu.

Odsłoniła czarny sznurowany but.

Zamarła z wyciągniętą ręką i rozszerzonymi oczami. Potem z jej ust wydobył się krzyk.

16

Niebo pokrywały szare chmury. Thomas stał na pomoście i czekał na zbliżającą się taksówkę wodną. Fale wzburzone przez nią na osłoniętej zatoczce toczyły się w stronę lądu i uderzały o lodową skorupkę przy brzegu. Delikatna powierzchnia pękła z trzaskiem, fale przetoczyły się przez nią i zaraz cofnęły.

Jeśli mróz się utrzyma, płytkie obszary przy brzegach szybko zamarzną, połączą ze sobą Harö i Hagede. W dzieciństwie Thomas uwielbiał mroźne zimy. Lód skuwał zatokę, a on mógł się bawić obok pomostu. Pamiętał dobrze to przedziwne wrażenie, że stoi na ciemnej szklanej powierzchni, trochę jakby stał na wodzie.

Przed wypadkiem lubił spacery po lodzie. Teraz tego unikał.

Chuchnął w ręce, by się rozgrzać, i spojrzał w stronę domu, gdzie w cieple zostały Pernilla i Elin. Gdy wychodził, Elin gaworzyła na podwójnym łóżku obok zaspanej Pernilli. Całą uwagę córeczki pochłaniała jedna z nowych zabawek – miś, który piszczał, kiedy się go nacisnęło.

Łódź dzieliło od pomostu tylko kilka metrów. Klapa na dziobie uniosła się bezgłośnie. Thomas zrobił duży krok i znalazł się na pokładzie. Łódź natychmiast ruszyła. Do środka wdarł się zimny podmuch, kiedy klapa zamknęła się cicho. Sternik Hasse zerknął na niego z zaciekawieniem. Znali się przelotnie, Hasse również mieszkał na Harö.

– Cześć, Andreasson – powiedział i wyłączył wsteczny. – Witaj na pokładzie.

Zwiększył prędkość. Pomost zniknął za ich plecami.

– Wydawało mi się, że policja ma własne łodzie na szkierach.

Thomas pokręcił głową.

– Nie zawsze stoją i czekają, kiedy któryś z nas musi się znaleźć w Sandhamn.

Miał nadzieję, że takie wyjaśnienie wystarczy.

Zdawał sobie sprawę, że gdy tylko spyta Hassego, czy podrzuci go do Sandhamn, zaczną się plotki. Ale jego buster został jesienią wyciągnięty na ląd, a obie łodzie policyjne popłynęły gdzie indziej. Nie mógł czekać.

Powinni dotrzeć do Sandhamn najwyżej w kwadrans.

– Stało się coś szczególnego? – ciągnął Hasse, nie przejmując się małomównością Thomasa.

Wypłynął z zatoki i skierował w wąską cieśninę Käringpinan, by opłynąć Lisslö.

Thomas próbował uniknąć odpowiedzi. Rozejrzał się po łodzi. Elegancko urządzony salonik, stół i ściany z mahoniu, sofa z granatowym obiciem. Mosiężne okucia lśniły, na ścianie wisiała oprawiona w wąskie ramy mapa morska.

– Pięknie tu masz – powiedział z nieudawanym podziwem.

Hasse oderwał jedną rękę od koła sterowego i odwrócił głowę.

– Tak, całkiem nieźle nam idzie. Przewozimy przecież do Hotelu Żeglarskiego mnóstwo grup z różnych firm. No wiesz, team building i podobne bzdury. Kąpiele w balii pod gołym niebem, rzucanie się sobie na szyję. – Wyszczerzył zęby, odsłaniając snus pod górną wargą. – Powiedz wreszcie, co się stało. W życiu nie uwierzę, że musisz za dziesięć minut być w Sandhamn po to, żeby podziwiać widoki. Zwłaszcza w drugi dzień świąt.

Thomas wzruszył ramionami.

Informacje, jakie otrzymał przez telefon, były co najmniej lakoniczne. Wezwano właśnie jego, ponieważ wiedziano, że ma domek na Harö, czyli znajduje się najbliżej Sandhamn.

– Sprawa służbowa – odparł w końcu. – Na razie nie mogę powiedzieć nic więcej. – Chwycił brzeg siedzenia pasażera, gdy łódź się zakołysała. – Doceniam to, że mnie podrzuciłeś. Dziękuję bardzo i do zobaczenia.

Hasse wysadził Thomasa na dużym pomoście przed Restauracją Żeglarską. Śruby wzburzyły wodę, gdy taksówka się wycofała i oddaliła w stronę cieśniny.

Na Thomasa czekała kobieta o półdługich ciemnych włosach, ubrana w grubą puchową kurtkę.

Wydawała się podenerwowana, miała rozbiegane spojrzenie i napiętą twarz.

– Maria Syrén – przedstawiła się, wyciągając rękę. – Jestem zastępcą dyrektora hotelu. Powinien pan wiedzieć, że już rozeszły się plotki. Prawie wszystkie miejsca mamy zajęte, bardzo niefortunnie się składa. Mieliśmy taki wspaniały świąteczny nastrój. To się wydaje takie nierzeczywiste. – Zawahała się, ale dodała: – Naprawdę bylibyśmy wdzięczni, gdyby pan albo właściwie państwo mogli zachowywać się… – przeciągnęła ostatnie słowo, jakby zażenowana, ale mimo wszystko musiała powiedzieć to, co miała na końcu języka – …dyskretnie.

Obejrzała się przez ramię w stronę Hotelu Żeglarskiego, w którego oknach płonęły świece adwentowe.

Na dużym pomoście powiewała flaga Szwecji, jakby nic się nie stało. Szerokie balustrady przy schodach prowadzących do recepcji spowijały girlandy z jedliny, na drewnianym tarasie przed pubem Almagrundet stała oświetlona choinka.

– Z uwagi na pozostałych gości, jeśli rozumie pan, co mam na myśli – dodała.

Thomas podążył za jej spojrzeniem.

Kawałek dalej stała grupka opatulonych ludzi, którzy od czasu do czasu zerkali w jego stronę. Coś w ich postawie mówiło Thomasowi, że wiedzą, co się stało.

– To tam dalej – poinformowała Maria Syrén, wskazując na wschód. – Przy pomoście stacji benzynowej, za tymi zaroślami. Jedna ze sprzątaczek, Elza, znalazła…

Zastępczyni dyrektora hotelu objęła się ramionami.

– Miała posprzątać domki nad basenem – ciągnęła słabym głosem. – Potem zjawił się William ze stacji benzynowej. Chciał tylko coś sprawdzić, bo oni na stacji właściwie o tej porze roku nie pracują. Usłyszał krzyk Elzy i przybiegł.

– O której to było godzinie?

– Koło dziewiątej. Natychmiast zadzwoniliśmy na sto dwanaście.

– Gdzie są teraz Elza i William?

Wskazała w stronę restauracji na piętrze. Promień słońca, który przebił się przez chmury, zalśnił w wielkich szczeblinowych oknach.

– Siedzą na górze w jadalni. Pewnie chce pan z nimi porozmawiać?

– Mogłaby mi pani najpierw pokazać, gdzie leżą zwłoki?

Maria Syrén kiwnęła głową i ruszyła przodem. Weszli na wąską odśnieżoną ścieżkę na szerokim drewnianym tarasie biegnącym od strony portu i połączonym ze wszystkimi pomostami i pontonami.

Śnieg skrzypiał cicho pod ich butami.

Latem łodzie tłoczyły się w dużym porcie, teraz nie widział ani jednej.

Maria Syrén przystanęła przy niewielkim czerwonym budyneczku kawiarni w miejscu, gdzie zaczynała się kładka prowadząca do stacji benzynowej.

– Za tym budynkiem – powiedziała cicho. – Na plaży.

Przeszli za róg. Stał tam potężnie zbudowany ochroniarz odwrócony do nich plecami. Rozmawiał głośno przez komórkę. Dwa pomarańczowe pachołki tworzyły prowizoryczną blokadę. Wokół nich śnieg był zadeptany.

Maria Syrén odsunęła się na bok, by przepuścić Thomasa. Wskazała na wąskie pasmo plaży. Znajdowali się niecałe cztery metry od brzegu.

– To tam.

Na ziemi Thomas zobaczył coś, co przypominało skulonego człowieka.

Człowieka leżącego na brzuchu z twarzą zakopaną w śniegu. Prawa ręka była wyciągnięta, rękawica wskazywała w stronę Lökholmen.

Thomas usiłował zrozumieć, co widzi.

Czy wyciągnięta ręka oznacza, że przed śmiercią ten człowiek próbował się przed czymś zasłonić?

Ktoś zaczął odgarniać śnieg pokrywający ciało, ale potem tego zaniechał. Tułów był niemal odkopany, nogi wciąż pokrywała gruba biała warstwa.

Pewnie to ta sprzątaczka i mężczyzna ze stacji benzynowej próbowali odgarnąć śnieg, zanim dotarło do nich, że jest za późno. I że nie powinni niczego ruszać, dopóki na miejscu nie zjawi się policja.

Jak długo zwłoki tu leżą? Prawdopodobnie ponad dobę. Śnieg przestał padać nocą z Wigilii na pierwszy dzień świąt…

Jasna wełniana czapka była w śniegu niemal niewidoczna. Szara kurtka doskonale wtopiła się w otoczenie. Gdyby nie przypadek, dopiero wiosenna odwilż odsłoniłaby zwłoki.

Thomas zszedł z drewnianego tarasu i przyklęknął, by lepiej widzieć. Jak zwykle czuł się nieswojo, przyglądając się zamarzniętemu człowiekowi. Miał dziwne wrażenie, że ciało rozpadnie się na kawałki, jeśli go dotknie – jakby było ze szkła.

Zawahał się, ale po chwili ostrożnie strzepnął rękawicą trochę śniegu.

Kobieta miała zamknięte oczy, ciemne brwi i brązowe włosy lekko przyprószone siwizną.

W bladym zimowym świetle Thomas dostrzegł kilka czarnych włosków nad górną wargą. Drobne zmarszczki wokół ust zdradzały nałogową palaczkę. Od nosa do kącików jej ust biegły głębokie bruzdy.

Pięćdziesiąt lat, może trochę więcej. Bladoszara skóra z ciemnymi plamami, jakby często wystawiana na działanie słońca.

W zmarłej było coś znajomego, ale nie potrafił określić co.

Nie miała makijażu, pomalowała tylko rzęsy – tusz rozmazał się jej pod okiem. Nie użyła szminki. Czy nie powinna postarać się o szykowniejszy wygląd, skoro miała zjeść świąteczną kolację w restauracji? Jeśli pochodziła z wyspy, to nie, pomyślał. Czy mogła być stąd?

Coś przylgnęło do podbródka zmarłej. Ciemna strużka połączyła kącik ust z nasadą szyi.

Thomas wciągnął powietrze. Wymiociny? Na takim mrozie nie dało się tego stwierdzić, ale zastanawiał się, czy w chwili śmierci kobieta była pijana. Może upiła się i wyszła z hotelu na dwór mimo zamieci?

Za wcześnie, by cokolwiek stwierdzić.

Podniósł się.

– Odgrodziliśmy teren najszybciej, jak mogliśmy – zapewniła go Maria Syrén.

– Wie pani, czy ta kobieta mieszkała w hotelu?

Dopiero teraz zauważył, że kierowniczka hotelu jest dość młoda, mniej więcej trzydziestoletnia. Wydawała się zagubiona, niemal bliska płaczu. Żadne szkolenia nie mogły jej przygotować na taką sytuację.

– Właściwie nie wiem.

– Mogłaby się pani tego dowiedzieć?

Wciąż wyglądała na zdezorientowaną.

– Proszę zapytać w recepcji, porozmawiać ze sprzątaczkami – podsunął Thomas. – Może ktoś coś zauważył?

Maria Syrén mechanicznie kiwnęła głową i wyjęła telefon. Wybrała numer, odeszła kilka metrów i zaczęła rozmawiać ściszonym głosem.

Thomas próbował ustalić, czy ma coś do zrobienia. Technik i inni policjanci byli w drodze. Czynności przy zwłokach zajmą kilka godzin.

Nie potrafił stwierdzić, czy popełniono przestępstwo. Równie dobrze mogło chodzić o nocny spacer, który źle się skończył. Ekipa musi zbadać teren. Zwłoki zostaną przetransportowane do zakładu medycyny sądowej w Solnie na sekcję.

– Rozmawiałam z recepcją i pracownikami obsługi – powiedziała Maria Syrén, podchodząc do Thomasa. – Jeden z naszych gości nie spał tej nocy w swoim pokoju. Kobieta.

– Skąd to wiadomo?

– Pokój od dwóch dni nie był sprzątany. Jakieś zamieszanie ze sprzątaczkami z różnych zmian. Wczoraj nikt tam nie poszedł.

Maria Syrén skrzywiła się, jakby chciała usprawiedliwić swoich pracowników.

– Dziś sprzątaczka zauważyła, że w jednym z domków łóżko jest nietknięte i znajdują się tam rzeczy osobiste należące bez wątpienia do kobiety. Na wszelki wypadek powiadomiła o tym kierowniczkę. – Westchnęła ciężko. – Poza tym nie mam innych informacji.

– Kim jest ta kobieta? – spytał Thomas.

– Jeanette Thiels. W recepcji twierdzą, że zameldowała się przedwczoraj, to znaczy w Wigilię.

Jeanette Thiels. Thomas miał wrażenie, że słyszał gdzieś to nazwisko.

– Gdzie miała mieszkać?

– W jednym z mniejszych domków za basenem. Pod numerem dwanaście.

– Możemy tam pójść i się rozejrzeć?

– Oczywiście, muszę tylko wziąć klucze z recepcji.

– Poczekam tutaj.

Thomas zwrócił się do ochroniarza, który stał kilka metrów od nich i sprawiał wrażenie, że nie zauważa panującego mrozu:

– Może pan tu zostać, dopóki nie zjawią się moi koledzy? To nie powinno potrwać długo.

Ochroniarz wzruszył ramionami.

– Żaden problem – odparł.

Był bardzo potężny i Thomas domyślał się, że pod ubraniem kryją się mięśnie, nie tłuszcz. Z kołnierza czarnej kurtki wystawał szeroki, muskularny kark.

Thomas spojrzał na zegarek. Kwadrans po jedenastej. Zza coraz cieńszej warstwy chmur zaczęło się przebijać słońce. Stanął obok zwłok, zwrócony plecami do morza, i przyjrzał się otoczeniu.

W śniegu widniały płytkie zagłębienia, szersze od takich, jakie pozostawia idący człowiek. Prowadziły od gęstych sosnowych zarośli aż do miejsca, w którym stał.

Musiałaś się tu przyczołgać, pomyślał. Byłaś tam, a potem przyczołgałaś się aż tutaj. Pewnie upadłaś i próbowałaś przedostać się dalej, ale się nie podniosłaś. Chciałaś się przed czymś ukryć?

17

– Ile macie domków? – spytał Thomas, gdy Maria Syrén wróciła z recepcji z pękiem kluczy w ręku.

– Około dwudziestu. Zbudowano je pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Są bardzo popularne wśród naszych gości. Mamy wszystkie możliwe wielkości: od dwuosobowych aż po willę Nadmorską, w której może mieszkać dziesięć osób.

Jej głos stał się wyraźniejszy. Chyba poczuła się pewniej, mówiąc o codziennych sprawach.

Ruszyli w stronę basenu. Minęli pole do minigolfa i po jakiejś minucie dotarli do pomalowanych na czerwono domków ogrodzonych płotem.

Thomas przystanął i się rozejrzał. W linii prostej odległość od miejsca, gdzie znaleziono zwłoki, nie mogła wynosić więcej niż jakieś siedemdziesiąt, osiemdziesiąt metrów.

Jego uwagę przykuła samotna wysoka latarnia stojąca kawałek dalej przy kępie niskich sosenek.

– Jest tu jeszcze jakieś inne oświetlenie?

Szefowa hotelu przepraszająco pokręciła głową.

– Nie, zimą jest tu strasznie ciemno. Rozmawialiśmy o tym, żeby postawić więcej latarni. Skończyło się na rozmowach.

Odwróciła się i ruszyła wąską ścieżką przez ogrodzony teren. Domki stały prostym szeregiem na stoku po lewej stronie. Wyżej szereg lekko skręcał.

Nad każdymi drzwiami widniał numer. Gdy dotarli pod dwunastkę, Maria Syrén przystanęła.

– To tutaj. Zapukam na wszelki wypadek.

Kilka razy głośno załomotała do drzwi.

– Halo? Jest tu ktoś?

Po kilku chwilach wsunęła klucz do zamka i przekręciła go.

– Chce pan pójść przodem? – spytała Thomasa.

Zanim zdążył odpowiedzieć, odsunęła się na bok.

Wsunął głowę do niewielkiego pomalowanego na biało przedpokoju. Na wprost wejścia łazienka, na prawo mała sypialnia, w której niemal całe miejsce zajmowało wysokie podwójne łóżko. Salon po lewej stronie. Całość ładna i wygodna, zaplanowana z głową.

Thomas wszedł do sypialni. Na posłanym łóżku widniało zagłębienie, jakby ktoś na nim leżał.

Na podłodze przy ścianie zauważył czarną torbę z długim paskiem. Wyglądała na nie najnowszą, skóra na krawędziach była podniszczona, zapięcie sfatygowane.

Nie zdjąwszy rękawiczek, pochylił się, podniósł torbę i ostrożnie ją otworzył.

Zobaczył portfel, z jego zewnętrznej kieszonki wystawała krawędź różowego prawa jazdy. Thomas je wysunął i odczytał nazwisko: Jeanette Thiels.

Zdjęcie ukazywało kobietę o krótkich włosach i bystro patrzącą przed siebie. Numer PESEL zdradzał jej wiek: urodziła się w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym roku. Zdjęcie, choć niezbyt udane, nie pozostawiało żadnych wątpliwości – prawo jazdy należało do znalezionej pod śniegiem kobiety. Teraz dotarło do Thomasa, dlaczego wydała mu się znajoma. Jeanette Thiels była znaną reporterką, korespondentką wojenną, która czasem występowała w telewizji.

Wsunął prawo jazdy z powrotem do portfela i odstawił torbę na miejsce. Potem podszedł do drzwi łazienki i je otworzył.

Białe kafelki, prysznic z białą plastikową zasłoną, biała umywalka. Wszystko czyste i świeże, pachnące cytryną i środkami czystości.

Przeszedł do salonu, gdzie czekała na niego Maria Syrén.

Salon, choć nieduży, nie sprawiał wrażenia ciasnego. Przy ścianie pod oknem stała szarobeżowa dwuosobowa sofa, obok fotel klubowy z ciemnym skórzanym obiciem. Całość uzupełniała prostokątna ława.

– Znalazł pan coś? – spytała z napięciem w głosie.

Wciąż stała niemal na progu, jakby bała się czegokolwiek dotknąć. Z obcasa jej wysokiego buta odpadło trochę śniegu i roztopiło się na ciemnej wykładzinie.

Przyglądała się otwartej torbie rzuconej na fotel. Wokół leżały ubrania. Na poręczy fotela wisiał sweter, bielizna utworzyła stertę na podłodze. Z torby wypadło kilka opakowań leków.

Ktoś tu czegoś szukał. Rozpaczliwie szukał.

Thomas podszedł do torby i zajrzał do niej. Nie zauważył niczego szczególnego.

– Na razie tyle – zadecydował. – Wychodzimy stąd.

Wziął Marię Syrén pod ramię i pociągnął za sobą.

– Trzeba zamknąć domek – oświadczył. – Muszą go zbadać nasi technicy. Nikomu nie wolno tu wchodzić, dopóki nie skończą.

18

Henrik odwrócił się, zanim wszedł na trap promu z Vaxholmu. Nora uniosła rękę na pożegnanie.

– Do widzenia, tato! – zawołał Simon.

Adam stał w milczeniu obok niego.

Nora nie była pewna, czy syn jest smutny z powodu wyjazdu Henrika, czy może czuje ulgę. Wczoraj wieczorem położyła się zaraz po kolacji, tłumacząc, że czuje zmęczenie po pasterce. Nie przyznała się nawet przed samą sobą, jak jest naprawdę: że nie chciała znaleźć się sam na sam z Henrikiem.

Przyciągnęła do siebie Simona.

– Pójdziemy do domu i zrobimy gorącą czekoladę? Zmarzłam, a ty?

Simon kiwnął głową. Adam zdążył się odwrócić i ruszył w stronę willi Brandów. Ramiona miał napięte. Złości się z powodu wyjazdu ojca czy chodzi o coś innego? Z trudem wyczuwała jego nastroje. Nie tak jak kiedyś.