W ślady ojca - Danielle Steel - ebook
Opis

Rok 1945. Amerykanie wyzwalają niemiecki obóz koncentracyjny. Wśród ocalonych są Jakob i Emmanuelle. Każde z nich straciło w koszmarze wojny wszystko i wszystkich. W sobie znajdują pocieszenie i nadzieję.

W Nowym Jorku rozpoczynają nowe życie. Razem budują swój świat: ciężkiej pracy, dobrobytu, a wreszcie fortuny - dla siebie i swojego syna Maxa.

Dwadzieścia lat później Max jest błyskotliwym biznesmenem, uosobieniem wiary, że Ameryka to kraj nieograniczonych możliwości. Pragnie zostawić za sobą smutek, jaki przeszłość rzucała cieniem na jego rodzinę, i osiągnąć własny sukces, tak jak jego ojciec. Lecz życie pokaże mu, że nie wszystko da się zaplanować. Max będzie musiał zrobić coś, czego nie robił nigdy wcześniej: walczyć, wytrwać i nauczyć się, co to naprawdę znaczy iść w ślady ojca...

 

Od zgliszcz powojennej Europy po bogactwa, sukces i bezgraniczne luksusy Nowego Jorku, najpopularniejsza autorka literatury kobiecej opowiada poruszającą historię trzech pokoleń silnych, odważnych i kochających ludzi. To wspaniały, dający nadzieję hołd złożony rodzinie, która razem przetrwa nawet najcięższe próby

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 428

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Renata Kuk

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© Mark Owen/Trevillion Images

© Anthony Quintano/CC-BY-2.0

Tytuł oryginału

In His Father’s Footsteps

In His Father’s Footsteps

Copyright © 2018 by Danielle Steel

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6918-4

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Moim cudownym dzieciom,

Beatie, Trevorowi, Toddowi, Nickowi, Sam,

Victorii, Vanessie, Maxxowi i Zarze.

Chcę, żebyście szanowali przeszłość,

waszą historię i tych, którzy byli przed wami.

Ale szanujcie również teraźniejszość,

bierzcie ją w objęcia i bądźcie dzielni.

I miejcie wiarę w przyszłość, szanujcie siebie

i zawsze bądźcie szczerzy wobec siebie samych,

i obyście znaleźli bratnie dusze.

1

Szóstego kwietnia 1945 roku naziści zaczęli ewakuować obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie na górze Ettersberg niedaleko Weimaru. Obóz działał przez osiem lat, od 1937 roku, i od tamtej pory przeszło przez niego dwieście trzydzieści osiem tysięcy więźniów: mężczyzn, kobiet i dzieci. Pięćdziesiąt sześć tysięcy zmarło: Czechów, Polaków, Francuzów, Niemców.

Szóstego kwietnia żołnierze amerykańscy byli już od dwóch dni w pobliżu, a naziści chcieli, zanim nadejdą alianci, odesłać z obozu wszystkich więźniów. Był to obóz pracy z krematorium, budynkiem szpitalnym, w którym przeprowadzano przerażające eksperymenty medyczne i bydlęcymi barakami dla więźniów. W każdej stajni, w której kiedyś trzymano do osiemdziesięciu koni, mieszkało tysiąc dwustu więźniów, po pięciu na pryczę. Były też dodatkowe baraki dla mężczyzn. I jeden barak dla kobiet, który mógł pomieścić do tysiąca więźniarek.

Szóstego kwietnia większość kobiet wysłano do Terezina, kiedyś uważanego za wzorcowy obóz koncentracyjny, pokazywany gościom i delegacjom Czerwonego Krzyża. Kobiety, które były w stanie chodzić, szły na piechotę lub były wiezione w wagonach. Inne pozostawiono w barakach. Ewakuowano też tylu mężczyzn, ilu zdołano. Mieli być odesłani w głąb Niemiec albo do odleglejszych obozów koncentracyjnych. Ewakuacja trwała już od dwóch dni i więźniowie zastanawiali się, co niesie im najbliższa przyszłość.

Ósmego kwietnia Gwidon Damazyn, polski inżynier, który siedział w obozie od czterech lat, przez zbudowaną przez siebie krótkofalówkę wysłał informację alfabetem Mors’a, po niemiecku i angielsku.

„Do aliantów. Do armii generała Pattona. SOS. Potrzebujemy pomocy. Chcą nas wywieźć. SS chce nas pozabijać”. Współpracujący z Damazynem Konstantin Leonow wysłał taką samą depeszę po rosyjsku.

Po trzech minutach otrzymali odpowiedź. „Obóz koncentracyjny Buchenwald. Trzymajcie się. Idziemy wam na pomoc. Sztab Trzeciej Armii”.

Gdy depesza nadeszła, rosyjscy więźniowie zaatakowali wieżyczki strażnicze bronią, którą mieli w ukryciu, i pozabijali wachmanów. Ci ze strażników, którzy przeżyli, uciekli, żeby nie wpaść w ręce nadchodzącej Trzeciej Armii. Po ewakuacji w obozie zostało dwadzieścia jeden tysięcy więźniów. W tym tylko kilkaset kobiet.

Trzy dni później, 11 kwietnia 1945 roku, żołnierze Dziewiątego Batalionu Piechoty Zmechanizowanej Szóstej Dywizji Pancernej, wchodzącej w skład Trzeciej Armii, weszli do Buchenwaldu. Był to pierwszy obóz koncentracyjny wyzwolony przez wojska amerykańskie. Inne zostały już wyzwolone przez armie sowieckie, posuwające się naprzód przez Polskę.

Tego samego dnia, nieco później, do obozu przybyła Osiemdziesiąta Trzecia Dywizja Piechoty amerykańskiej. Żaden z amerykańskich żołnierzy nie był przygotowany na to, co tam zobaczyli: chodzące szkielety, które na nich patrzyły, ludzi zbyt słabych, by się ruszyć lub stać i innych, którzy wiwatowali i krzyczeli, a łzy spływały im po policzkach. Ich wyzwoliciele też płakali. Więźniowie próbowali podnieść na ramionach Amerykanów, ale byli za słabi. Niektórzy umarli, w chwili gdy alianci wjechali do obozu albo parę minut później. Przez całe lata ich wrogami byli naziści, głód i spowodowane nim choroby.

Amerykańscy żołnierze weszli do baraków. Przeraziło ich to, co tam zastali: smród, brud i gnijące ciała, zbyt słabe, by wstać z pryczy, ludzie, których wycofujący się Niemcy chcieli zabić, ale nie mieli na to czasu.

Kiedy żołnierze weszli do głównego baraku, wysoki, makabrycznie wychudzony mężczyzna, potykając się, podszedł do nich, machając ramionami. Miał ogoloną głowę, podarty, brudny pasiak, spod którego widać było klatkę piersiową z wystającymi żebrami. Wyglądał jak trup, nie można było określić jego wieku. Robił wrażenie zrozpaczonego.

– Kobiety… gdzie są kobiety… wszystkie wywieźli? – zapytał.

– Jeszcze nie wiemy. Nie znaleźliśmy ich. Dopiero co przyszliśmy. Gdzie one są?

Mężczyzna wskazał w stronę innego baraku i potykając się, zaczął tam iść.

– Poczekaj. – Młody sierżant wyciągnął rękę, żeby go powstrzymać. Dzięki temu złapał mężczyznę, kiedy ten zaczął się przewracać. – Ile czasu minęło, odkąd po raz ostatni jadłeś i piłeś?

– Pięć dni.

Sierżant wydał rozkaz dwóm swoim żołnierzom, którzy stali obok niego. Szybko odeszli, żeby go wykonać. Burmistrzowi pobliskiego Langenstein kazano natychmiast dostarczyć do obozu wodę i żywność. Jakiś oficer już wezwał przez radiostację personel medyczny. Wszyscy więźniowie wyglądali jak chodzące trupy.

– Zaprowadzę was do baraków dla kobiet – zgłosił się na ochotnika dopiero co wyzwolony więzień, chociaż ledwo stał na nogach. Dwaj żołnierze pomogli mu wsiąść do jeepa. Stwierdzili, że jest lekki jak piórko. Próbowali nie reagować na odór. Buty więźnia miały obcięte noski, ich podeszwy były przetarte na wylot. Zdjął je z trupa człowieka, którego zabili naziści. Pokazał im drogę do baraku dla kobiet. Kiedy tam dotarli, okazało się, że kobiety są w jeszcze gorszym stanie niż mężczyźni. Współwięźniarki wyniosły niektóre z nich, a te, które mogły chodzić, same wyszły na zewnątrz, żeby patrzeć, jak amerykańscy żołnierze krążą po obozie. Nie wiedziały, czego się teraz mogą spodziewać, poza tym że nic nie może być gorsze od tego, co przeżyły. Część z nich przeniesiono z innych obozów, wszystkie były przeznaczone do ciężkiej pracy, a niektóre przeszły niewyobrażalne eksperymenty medyczne. Wiele zmarło.

– Nazywam się Jakob Stein – przedstawił się więzień, pokazując żołnierzom drogę. Mówił płynną angielszczyzną z ciężkim niemieckim akcentem. – Jestem Austriakiem. Jestem tutaj od pięciu lat. – Zatrzymali się przy baraku dla kobiet i jeden z żołnierzy wyniósł go z jeepa, bojąc się, żeby nie upadł. Więzień podszedł chwiejnym krokiem do dwóch kobiet i przemówił do nich po niemiecku. – Emmanuelle? – zapytał z nutą paniki w głosie. Żołnierze patrzyli na kobiety z przerażeniem. Były ledwie żywe. – Odeszła? – zapytał Jakob, wykrzywiając z przerażenia wychudzoną twarz. Żołnierze zastanawiali się, czy pyta o swoją żonę, ale nic nie mówili. Próbowali uśmiechać się do kobiet, żeby ich nie wystraszyć.

– Jest w środku – powiedziała ochrypłym głosem kobieta o szarosinych wargach, owijając się mocniej podartym kocem. Wyglądał raczej na brudną ścierkę, niż na coś, co mogłoby dać ciepło, ale oczy kobiety błyszczały od gorączki. Potknęła się i wpadła w ramiona żołnierza, który zaniósł ją do jeepa.

– Wezwaliśmy medyków – powiedział żołnierz – lekarzy. – Była przerażona, kiedy to usłyszała i odsunęła się od niego. Nie mogli wiedzieć, przez co przeszła, ale ropiejąca, otwarta rana biegnąca wzdłuż jej nogi o czymś mówiła. Jakob zdążył już wejść chwiejnym krokiem do baraku, oficer kierujący jeepem wezwał przez radiostację pomoc medyczną dla kilkuset kobiet i wyjaśnił, gdzie są.

Minęło sporo czasu, zanim Jakob wyszedł, niosąc kobietę, która wyglądała na bliską śmierci. Potknął się kilka razy, ale nie upuścił jej. Była tylko niewiele większa od dziecka i nie mogła ważyć więcej niż dwadzieścia pięć, trzydzieści kilo. Jeden z żołnierzy wziął ją od Jakoba i umieścił w samochodzie. Próbowała się uśmiechnąć, ale była za słaba.

– Myślałem, że cię wysłali – powiedział Jakob ze łzami w oczach. Zwracał się do niej po francusku.

– Nie zauważyli mnie na pryczy – odpowiedziała pocieszającym głosem. – Wszystko będzie w porządku. – Wielkimi, zielonymi oczami popatrzyła na niego, na żołnierzy i uśmiechnęła się. Na wewnętrznej stronie jej przedramienia zobaczyli tatuaż z numerem obozowym. Jakob też taki miał. Wszyscy mieli. Tutaj byli numerami, nie ludźmi. W obozie nikogo nie uważano za człowieka. Mieli zostać unicestwieni. Jakob i Emmanuelle byli Żydami. Ona, Francuzka, została deportowana z Paryża razem z matką i młodszą siostrą. Siostrzyczkę zabito, kiedy przybyli do obozu, parę miesięcy później matka zachorowała i umarła. Inne kobiety też widziały, jak mordowano ich rodziny i dzieci. Pozostawiono je przy życiu dlatego, że były dość silne, żeby pracować. Emmanuelle miała brudne ręce, połamane, zniszczone paznokcie. Pracowała w ogrodach i od czasu do czasu, kiedy się spotykali, dawała Jakobowi ziemniaki i rzepę. Mogła zostać za to zastrzelona.

– Chcę zabrać te dwie kobiety do lekarza – powiedział żołnierz stojący obok Jakoba. – Ciebie też. Wezwaliśmy ciężarówki, przyjadą po innych, będą tutaj za parę minut. Nasi lekarze zajmą się wami. Powiesz im to? Niemcy uciekli. Teraz nikt nie zrobi im krzywdy. – Jakob przetłumaczył słowa żołnierza na francuski, dla Emmanuelle, potem na niemiecki i rosyjski, którym też biegle władał. Kobiety pokiwały głowami i jeep ruszył w stronę głównej części kompleksu obozowego z Jakobem, Emmanuelle i jeszcze jedną kobietą, która zemdlała. Jakob trzymał Emmanuelle za rękę. Żołnierze zauważyli, że wszyscy oni mają martwe oczy. Przeszli przez niewypowiedziane piekło, kiedy tutaj byli. Żaden z Amerykanów nie był w stanie w pełni pojąć tego, co widział, a więźniowie nie mieli siły, żeby to im tłumaczyć. Byli chodzącymi dowodami na to, co zrobili im naziści.

Już rozstawiono namiot medyczny. Jakiś żołnierz wprowadził Jakoba i Emmanuelle do środka. Inny niósł nieprzytomną kobietę. Kiedy wojskowy sanitariusz zaczął udzielać pomocy Emmanuelle, Jakob wykuśtykał z namiotu, żeby powiedzieć żołnierzowi, jak rozmieszczone są biura obozu i baraki. Była tam góra nagich zwłok, które naziści chcieli zakopać przed ucieczką, ale nie mieli czasu, żeby się tym zająć. Za żołnierzami szli sanitariusze z noszami, żeby wynieść chorych i zmarłych. Jakob został z nimi i pomagał, tłumacząc ich słowa. Potem wrócił do namiotu, żeby odszukać Emmanuelle. Była jego przyjacielem, jedzenie, które dla niego kradła, trzymało go przy życiu. Coś więcej byłoby nie do pomyślenia. Mieć przyjaciela to była rzadkość, szczególnie jeśli była nim kobieta. Była bardzo dzielna, że robiła dla niego to, co robiła. Raz omal jej nie przyłapano, bo strażnik podejrzewał, że schowała ziemniaka do kieszeni, ale zdążyła go wyrzucić, a ziemniak był taki mały i zgniły, że strażnik nie zwrócił na niego uwagi. Uderzył ją w kark i poszedł dalej. Zanim odeszła po skończonej pracy, podniosła ziemniak.

Sanitariusz, który się nią zajmował, zapytał, jak się nazywa. Jakob podał jej nazwisko.

– Emmanuelle Berger. Ma dwadzieścia trzy lata, jest z Paryża. Siedzi tutaj prawie od dwóch lat.

– Czy to pańska siostra?

– Nie, jestem Austriakiem. Jesteśmy przyjaciółmi. – Młody żołnierz kiwnął głową i zrobił notatkę. W końcu będą musieli spisać ponad dwadzieścia jeden tysięcy historii, ale Czerwony Krzyż im pomoże. Ci, którzy przetrwali, połączą się z rodzinami. To dopiero początek, w dodatku przez ten krótki czas, kiedy tu byli, więźniowie nadal umierali. Dla niektórych Amerykanie przybyli za późno. Dla innych, takich jak Emmanuelle, w samą porę. Druga kobieta z jej baraku umarła podczas badań. W odpowiedzi na pilne wezwanie z Osiemdziesiątej Trzeciej Dywizji Piechoty na teren Buchenwaldu zaczęły przybywać kolejne jednostki medyczne. Nigdy czegoś takiego nie widzieli. Obóz był pełny żywych trupów, które ledwie trzymały się życia. To, że przetrwały, nie mieściło się w głowie. Wykorzystano wszystkich tłumaczy, żeby porozumieć się z uwolnionymi więźniami, którzy mówili różnymi językami, a Jakob, po pobieżnym badaniu medycznym, pomagał żołnierzom, jak mógł, bo mówił po angielsku, niemiecku, rosyjsku i francusku.

Następnego dnia przyjechały wojskowe czołówki filmowe, kręcili wszystko. Jeden zespół robił materiał do kroniki filmowej o wyzwolonych więźniach. To były twarde dowody, jak nieludzcy są naziści. To nie byli jeńcy wojenni, chociaż takie traktowanie jeńców też byłoby nie do wybaczenia. To cywile zwiezieni z całej Europy i zamknięci w obozie. Wojsko wiedziało już, że były inne, podobne obozy, ale Buchenwald zobaczyli pierwszy.

Burmistrz miasta Langenstein zrobił, co mu kazano. Do obozu przywieziono żywność i wodę dla więźniów. Pracownicy Czerwonego Krzyża i personel medyczny rozdzielali i jedno, i drugie ze skrupulatną ostrożnością, bo zbyt duża ilość wody i jedzenia, pochłaniana za szybko, mogła zabić wygłodzonych więźniów. Wojsko pochowało zwłoki, które można było opisać tylko numerami. W biurze obozowym znaleziono księgi z dokładnymi zapisami, bo naziści przed ucieczką nie mieli czasu, żeby je zniszczyć. W szpitalu obozowym były obszerne notatki z eksperymentów. Ale na przejrzenie tego wszystkiego miał jeszcze nadejść czas. Na razie zajmowano się leczeniem więźniów, żeby uratować kogo się da. Wielu zmarło w ciągu pierwszych kilku dni, ale była już żywność i lekarstwa, a wytrzymalsi i młodsi przestali przypominać żywe trupy. Obóz odwiedził osobiście generał Patton, a pracownicy Czerwonego Krzyża, jak i ekipy filmowe ściągnęli w wielkiej liczbie. Postawiono szpitale polowe.

W szpitalu Emmanuelle powiedziała, że ma dwadzieścia trzy lata i przeżyła jako jedyna ze swojej rodziny. Jakob miał lat dwadzieścia pięć. Cała jego rodzina została wymordowana. Dziadków i dwie młodsze siostry rozstrzelano po przybyciu do obozu, rodzice zmarli parę miesięcy później, bo nie byli w stanie wytrzymać trudów ciężkiej pracy. Został tylko Jakob.

W ciągu kilku dni po wyzwoleniu najciężej chorych byłych więźniów zabrano ze szpitali polowych do szpitali wojskowych, a część do miejscowych lecznic. Resztę przeniesiono w końcu do innych obiektów, w których zainstalował się także Czerwony Krzyż, żeby pomóc im, o ile to możliwe, wrócić do ich krajów albo spróbować znaleźć członków ich rodzin w innych obozach, stopniowo wyzwalanych przez aliantów. W każdym obozie warunki były równie przerażające, jak te, które wyzwoliciele zobaczyli w Buchenwaldzie.

Byli więźniowie, którzy przeżyli obóz i nie mogli wrócić do domu, zostali określeni jako przesiedleńcy, displaced persons, czyli dipisi. Niektórzy chcieli jechać do Palestyny, ale nie było to łatwe. Limity wjazdu do innych krajów, włączając w to Stany Zjednoczone, sprawiały, że wyjazd z Niemiec był bardzo trudny.

Jakob poprosił, żeby wraz z Emmanuelle przeniesiono go do ośrodka, który wojsko wybudowało dla byłych więźniów, kilka kilometrów od obozu. Kiedy się tam znaleźli, Emmanuelle, chociaż jeszcze nie wróciła do zdrowia, w ubraniu, które dostała, znów wyglądała jak młoda kobieta, a nie jak umierające dziecko. Żadne z nich nie stanęło w kolejce do namiotu Czerwonego Krzyża, żeby połączyć się z członkami rodziny. Nie mieli kogo szukać i nie mieli do kogo wracać. Byli już w obozie dipisów od miesiąca, kiedy im powiedziano, że organizacja humanitarna amerykańskich Żydów pomaga tym, którzy przetrwali obozy, w zmianie miejsca zamieszkania, a sponsorzy amerykańscy skłonni są zapłacić za transport i pomóc im znaleźć pracę w Stanach. Imigrację do Stanów utrudniały limity wjazdowe, ale powstałe rok wcześniej Biuro do Spraw Uchodźców współpracowało z organizacjami pozarządowymi, które kontaktowały byłych więźniów ze sponsorami, zapewniającymi im nowe miejsca zamieszkania, o ile to było możliwe.

Pewnego popołudnia, siedząc w majowym słońcu, Jakob i Emmanuelle rozmawiali o tym. Oboje nie wiedzieli, dokąd pojechać ani co dalej robić. Przed tygodniem skończyła się wojna w Europie, ale Jakobowi nic nie zostało w Wiedniu. Kiedy ich deportowano, zabrano im wszystko, pieniądze, rodzinny bank, dom, zamek blisko Salzburga, który był własnością rodziny od dwustu lat. Nie miał nic. Po Anschlussie, kiedy Żydom zabroniono studiów, musiał opuścić uniwersytet, a jego ojca zmuszono, żeby oddał bank Trzeciej Rzeszy. Jakob został na świecie sam i nie chciał wracać do Wiednia, stanąć na popiołach tego, co stracił.

Emmanuelle materialnie straciła znacznie mniej. Ojciec umarł, kiedy była małym dzieckiem. Matka była szwaczką w znanym domu mody w Paryżu i brała zlecenia na boku, a Emmanuelle często jej pomagała. Matka straciła pracę na krótko przed deportowaniem, a i prywatni klienci, jeden po drugim, przestawali do niej przychodzić. Za bardzo bali się dawać jej zlecenia, bo była Żydówką. Sąsiedzi, dawniej przyjaciele na całe życie, zwrócili się przeciwko nim. Emmanuelle nie chciała ich więcej widzieć, zresztą ci sąsiedzi, za pozwoleniem prefektury policji, przejęli mieszkanie Bergerów. Emmanuelle nie miała dokąd jechać, nie miała domu, do którego mogłaby wrócić i nie chciała już nigdy widzieć Paryża. Ale nie mogli zostać na zawsze w wojskowym ośrodku. W końcu musieli dokądś pojechać.

– Nie chcesz wracać do Paryża? – zapytał Jakob, kiedy tak siedzieli w słońcu. Palił papierosa, którego ofiarował mu amerykański żołnierz. Amerykanie byli wobec nich bardzo szczodrzy, dawali im jedzenie i czekoladę. Emmanuelle owinęła się wełnianym szalem z Czerwonego Krzyża. Była taka chudziutka, że zawsze było jej zimno. Pokręciła głową.

– Po co? Sąsiedzi zabrali nam mieszkanie, bo było większe niż ich. Chyba dlatego na nas donieśli. – Pokiwał głową. Wielu Austriaków robiło tak samo, wydawali Żydów, których znali całe życie, Żydów, którzy często byli podporami społeczeństwa, tak jak jego rodzina. Nagle z chciwości i zawiści powstała mentalność tłuszczy, czego nikt się nie spodziewał w cywilizowanym społeczeństwie i nowoczesnym mieście. Z dnia na dzień bycie Żydem równało się wyrokowi śmierci. Jego rodzina nigdy nie była religijna, podobnie jak rodzina Emmanuelle, ale i tak byli Żydami.

– Może wyjazd do Ameryki to coś dobrego – powiedział ostrożnie Jakob po francusku, a ona znów pokręciła głową. Miała przerażoną minę.

– Co bym tam robiła? Nikogo nie znam, nie mówię po angielsku. Nie znalazłabym pracy.

– Pracownicy Czerwonego Krzyża mówią, że sponsorzy pomogą nam znaleźć zakwaterowanie i pracę i wezmą za nas odpowiedzialność, póki nie zaczniemy żyć samodzielnie.

– Chciałabym zostać we Francji, tylko nie w Paryżu. A ty, jedziesz do Ameryki? – Posmutniała, zadając to pytanie, bo był jej jedynym przyjacielem i opiekował się nią przez ostatni miesiąc. Zawsze przebywali razem, a amerykańscy żołnierzy darzyli go szacunkiem. Pomagał, kiedy tylko mógł, i potrafił rozmawiać z nimi po angielsku, czego ona nie umiała.

– Bo ja wiem – powiedział. – Też nie mam tam nikogo. Ale tutaj mam jeszcze mniej. Nie wiem, jaką pracę mógłbym dostać. Miałem pracować w naszym banku albo na uniwersytecie. Nie wiem, co będę robić teraz. Nie skończyłem studiów.

– Przestałam się uczyć po liceum. W szkole nie byłam zbyt dobra – powiedziała ze wstydem. – Umiem tylko szyć.

– No to możesz znaleźć pracę – pocieszył ją. – I jako krawcowa nie musisz mówić po angielsku. – Kiwnęła głową, że się z tym zgadza, ale Ameryka wydawała się jej przerażająca i bardzo odległa. Nigdy nie chciała tam pojechać, a teraz brzmiało to dla niej jak koszmar, chociaż żołnierze byli przecież bardzo mili i okazywali jej szacunek. Jakob też ich lubił.

Przez ten miesiąc wzmocnili się i zdrowieli. Jedząc regularnie pełne posiłki, Emmanuelle przytyła kilka kilogramów, chociaż z początku żołądek odmawiał jej posłuszeństwa. Odzwyczaiła się od normalnego żywienia i często miewała bóle brzucha. Jakobowi też to dolegało. Ale ciało domagało się jedzenia, więc je pochłaniał. Zawsze był chudy i wysoki, więc teraz nie było jeszcze po nim widać, że przybrał na wadze, ale jego twarz nie wyglądała już jak czaszka i nie miał zapadniętych oczu. Włosy trochę mu odrosły, były bardzo ciemne.

Ona miała miękkie, dziecięce jasne loki zamiast ogolonej czaszki, ale oboje wyglądali na ludzi, którzy odbyli podróż do piekieł i z powrotem, chociaż teraz znaleźli się na drodze do zdrowia. Jakob miał problem z odmrożonymi stopami, bo buty z odciętymi noskami i dziurami w podeszwach spadały mu ze stóp. Zarówno Czerwony Krzyż, jak i wojsko zaopatrzyły byłych więźniów w ubrania. Niektóre były trochę dziwne i niezbyt dopasowane, ale mieli przynajmniej ciepłą, czystą odzież. Wszystkie pasiaki trzeba było spalić. Pełno w nich było wszy i mocno śmierdziały.

Emmanuelle powiedziała, że co noc nadal ma koszmary. Jakob był jedynym człowiekiem, który w pełni rozumiał, przez co dziewczyna przeszła. Amerykańscy żołnierze mimo tego, co zobaczyli po wejściu do obozu, nie mieli pojęcia, jak tam było, gdy prowadzony przez nazistów obóz działał pełną parą. To było piekło na ziemi i Emmanuelle niejeden raz miała nadzieję, że umrze i nie będzie musiała przeżyć kolejnego dnia. A jednak udało im się przez to przejść, ona przetrwała dwa lata, Jakob pięć. Nie można było przewidzieć, kto przeżyje, a kto nie. Co rano znajdowali na pryczach więźniów, czasem leżących tuż obok, z martwymi, niewidzącymi oczami.

Jakob i Emmanuelle znowu porozmawiali z jedną z pracownic Czerwonego Krzyża o tym, jakie możliwości otwierają się przed nimi. Mogli wybrać repatriację do rodzinnych krajów, ale obojgu pozostały tylko złe wspomnienia ostatnich dni, które tam spędzili. Emmanuelle, jej matka i siostra, zanim wywieziono je do Buchenwaldu, spędziły trzy dni na stadionie. A Steinowie miesiącami czekali w zamkniętym obozie pod Wiedniem.

– Jeśli chcecie, mamy sponsorów dla was obojga. Skontaktuje was z nimi amerykańska organizacja dobroczynna, o której już wspominałam. A Biuro do Spraw Uchodźców Narodów Zjednoczonych robi dla przesiedleńców wszystko, co w jego mocy. Mamy jednego sponsora w Chicago, a drugiego w Nowym Jorku – powiedziała uprzejmie pracownica Czerwonego Krzyża. Nie dodała, że muszą mieć mocne poparcie, żeby przedrzeć się przez biurokrację i limity wjazdowe.

– Czy moglibyśmy pojechać razem w to samo miejsce albo mieć tego samego sponsora? – zapytał ostrożnie Jakob, nagle zawstydzony. Nie chciał być arogancki, ale wiedział, że Emmanuelle za bardzo będzie się bała, żeby samotnie jechać do Ameryki. Ta dzielna dziewczyna, która przeszła przez najgorsze z wyobrażalnych doświadczenia, teraz obawiała się przepłynąć Atlantyk do nowego domu.

– Jesteście małżeństwem? – zapytała Jakoba pracownica Czerwonego Krzyża. Pokręcił głową.

– Nie, jesteśmy przyjaciółmi.

– Sponsorzy nie zgodzą się na to. Pary muszą być małżeństwami, bo inaczej zostaną zapisani oddzielnie i umieszczeni u każdego, kto będzie w stanie i będzie chciał ich przyjąć. Przepisy są co do tego jasne. Większość ludzi, którzy na ochotnika zgłosili się z pomocą, zrobiła to poprzez swoje synagogi – wyjaśniła. – W innych miastach też mamy sponsorów. Jest pewna liczba współpracujących z nami organizacji w Chicago, Los Angeles i w Bostonie. Czy macie krewnych w którymś z tych miast? – Oboje pokręcili głowami.

– Mamy tylko siebie. – Nie mieli nawet paszportów, pozbawieni obywatelstwa we własnych krajach, ponieważ byli Żydami, ale Stany Zjednoczone zaproponowały im, jako przesiedleńcom, paszporty, pod warunkiem że amerykańscy obywatele wezmą za nich odpowiedzialność. Pracownica dała im kartki z informacjami. Wyszli, żeby jeszcze o tym porozmawiać.

– Nie możemy zostać tutaj na zawsze – przypomniał Jakob Emmanuelle.

Wcześniej czy później będą musieli się zdecydować, dokąd pojadą. Nie wiedział czemu, ale bardzo pociągało go życie w Nowym Jorku. Później rozmawiał o tym z jednym z żołnierzy, kiedy ten poczęstował go papierosem.

– Jak tam jest? – zapytał Jakob szeregowca, z którym palił. Już wcześniej z nim rozmawiał.

– Ameryka to kraj wielkich możliwości. Jestem z Brooklynu. Mój wujek to rzeźnik, przed wojną pracowałem u niego. Ale po powrocie przeniosę się chyba na zachód. Tam jest dobra praca.

– Gdzie jest Brooklyn? – Jakob nigdy o nim nie słyszał.

– To dzielnica Nowego Jorku. Spodoba ci się, jest ładna. Brooklyn, Queens, Manhattan, Staten Island, Bronx, to wszystko dzielnice Nowego Jorku. Człowieku, co ja bym dał w tej chwili za hot doga i piwo na Times Square i wieczór na mieście. – Uśmiechnął się porozumiewawczo do Jakoba, który się roześmiał. Byli w tym samym wieku.

– Myślę, żeby się zgłosić do jednego ze sponsorów, który proponuje nam pracę i mieszkanie za pośrednictwem żydowskiej organizacji religijnej.

– Czy twoja dziewczyna może z tobą pojechać? – żołnierz zapytał ze współczuciem.

– Raczej nie, chyba że się pobierzemy. Też może się zgłosić, ale pewnie pojechałaby do innego miasta. Do Bostonu, Chicago albo Los Angeles. Nie sądzę, żeby chciała jechać. Boi się, bo to daleko do jej stron rodzinnych, ale nigdzie nie może być gorzej niż tutaj. – Mówiąc to, rozejrzał się, a żołnierzowi zrobiło się go żal. Jakob nadal wyglądał na wyniszczonego i starszego na swój wiek. Miał problem z chodzeniem, bito go tak często, że garbił się, chociaż był młody. Ale przynajmniej żył. Tak wielu w ostatnim miesiącu umarło na dur brzuszny, tyfus, gruźlicę, biegunkę i z głodu. A wielu, po tym co przeszli, cierpiało na depresję i zaburzenia urojeniowe.

– Może powinniście się pobrać – zasugerował Jakobowi jego amerykański przyjaciel, a Jakob pokiwał głową. Też o tym myślał, ale nie miał pojęcia, co na to powie Emmanuelle. Nie śmiał jej tego zaproponować. Pomysł mu się podobał, ale chyba było za wcześnie, żeby o tym rozmawiać. Jemu też wydawało się to skrajnością, ale zostawienie jej w Niemczech byłoby nie do zniesienia. Mieli też kilka skomplikowanych możliwości wyjazdu do Palestyny, ale nie chciał tam emigrować. Nowy Jork wydawał mu się lepszy, jeśli dostaliby mieszkanie i pracę od dobroczyńców.

Jak co wieczór poszedł z Emmanuelle do stołówki. Zauważył, że dziewczyna wygląda na zmartwioną i zmęczoną. Większość kobiet także nie wiedziała, dokąd wyjechać, a wiele chciało się dowiedzieć czegoś o swoich krewnych z innych obozów. Musiały zadowalać się plotkami, że ci ludzie gdzieś są, albo informacjami od kogoś, kto ich widział przed paru laty. Po wyzwoleniu w obozach koncentracyjnych nadal panował chaos, a większość uwolnionych więźniów nie miała dokąd pójść.

Poczekał jeszcze kilka dni, żeby z nią porozmawiać i wreszcie odważył się poruszyć temat.

– Tak sobie myślałem, że gdybyśmy się pobrali, to ten sam sponsor zabrałby nas oboje jako małżeństwo. A ja mógłbym się tobą zaopiekować, kiedy dotrzemy do Nowego Jorku. Nie byłabyś sama. – Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

– A jeśli tam będzie nie do wytrzymania? Jak wrócimy do Europy?

– Moglibyśmy oszczędzać – odparł – ale do czego mamy wracać? Nasi rodacy z entuzjazmem nas wydali, żeby się nas pozbyć. I Francuzi, i Austriacy. Nasze kraje były pod okupacją, ale wielu z naszych przyjaciół chętnie kolaborowało z Niemcami. Nie byłoby nam tu łatwo – powiedział, a ona skinęła głową. Też tak myślała.

– Chcesz się ożenić? – zapytała go tak cicho, że mało brakowało, a by jej nie usłyszał. Wziął ją za rękę.

– Emmo, uratowałaś mi życie, kradłaś dla mnie żywność. Mogłaś za to zginąć. Twoje czyny przywracały mi nadzieję, której już mi brakowało. – Uśmiechnęła się.

– Czy to wystarczający powód do ślubu? – Ale oboje wiedzieli, że jeśli się nie pobiorą, prawdopodobnie nigdy już się nie zobaczą. Jakob był jedyną znaną jej twarzą w morzu obcych ludzi, nie licząc kobiet, które znała z baraków, ale i one wkrótce miały wyjechać.

– Ludzie pobierali się z mniej ważnych powodów – powiedział rozsądnie. – I obiecuję, że będę cię chronił. – Teraz mógł to powiedzieć, przed miesiącem jeszcze nie. Teraz mógł być rycerski i przez chwilę przypomniał sobie swoje dawne życie, gdzie mężczyźni opiekowali się kobietami i chronili je. Ale w obozie mogli tylko przetrwać, o ile w ogóle mogli.

– A jeśli w Nowego Jorku nie będziesz chciał być moim mężem? Możesz spotkać amerykańską dziewczynę i zakochać się. – Wyglądała na zmartwioną, a on uśmiechnął się i mocniej ścisnął ją za rękę.

– Nie potrzebuję amerykańskiej dziewczyny, już jestem zakochany – powiedział, a Emma zaczerwieniła się. Wyglądała bardzo młodo, choć nadal miała chudą twarz i ciemne koła pod oczami.

– Też cię kocham – powiedziała cicho. – Po prostu myślałam, że uważasz to za przyjaźń.

– Pokochamy się mocniej, kiedy się lepiej poznamy. Możemy rozpocząć nowe życie w nowym miejscu, gdzie są ludzie, którzy chcą nam pomóc. To dobry początek. – Kiwnęła głową, że się zgadza. Przez jakiś czas szli w milczeniu, potem zatrzymała się i i podniosła na niego wzrok.

– Tak – powiedziała, ale on się nie odezwał. Myślał o niej i o wspólnym życiu, które mogło ich czekać.

– Tak? Ale co tak? – Myślami był daleko.

– Zgadzam się z tym, co powiedziałeś… o co mnie przed chwilą poprosiłeś. – Nie chciała sama wypowiadać tych słów. Uśmiechnął się, bo zrozumiał.

– Emmanuelle Berger, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? – oświadczył się jej uroczyście i mówiąc te słowa, ukląkł na jedno kolano na wyboistej ścieżce. Uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

– Tak – powiedziała szeptem. – Zostanę. – Wtedy wstał i delikatnie ją pocałował. Była taka krucha, że bał się ją połamać, kiedy ją obejmie. On sam nie był mocniejszy od niej, ale był młody i silny, a jej rany były głębsze niż jego, bo pobito ją za to, że nie dość szybko pracowała. Zanim trafiła do ogrodu, była w komandzie śmierci.

Otoczył jej ramiona ręką i powoli poszedł z nią w stronę jej baraku.

– Jutro wrócimy do Czerwonego Krzyża i zobaczymy, co mają nam do zaoferowania. Potem pójdziemy do kapelana i poprosimy, żeby znalazł dla nas rabina. – Po obozie krążyło kilku rabinów, którzy rozmawiali z Żydami. – Dobranoc, Emmanuelle – powiedział i znów ją pocałował. – Dziękuję. – Uśmiechnęła się do niego wstydliwie i wślizgnęła się do baraku, żeby dołączyć do innych kobiet. Jakob też się uśmiechnął, włożył ręce do kieszeni i poszedł do swojej kwatery.

2

Trzy tygodnie później, kiedy Czerwony Krzyż i amerykańska organizacja humanitarna z Nowego Jorku skompletowały ich papiery, Emmanuelle i Jakoba wsadzono do pociągu do Calais. Stamtąd mieli przepłynąć promem do Anglii, wsiąść w kolejny pociąg do Southampton i następnie na pokład RMS „Queen Mary”, żeby popłynąć do Nowego Jorku. Na pokładzie miało być czternaście tysięcy żołnierzy, wracających do domu, po trzech w jednej kabinie. Ponadto pozwolono zaokrętować się dodatkowo pięćdziesięciu ośmiu cywilnym pasażerom, wśród nich, dzięki żydowskim organizacjom humanitarnym i znajomościom ich sponsorów, Emmanuelle i Jakobowi.

Od siedmiu tygodni byli już wolni. Emmanuelle nadal miała krótkie, kręcone włosy, a Jakob nosił wojskowego jeżyka. Ze zdumieniem spostrzegł, że w jego włosach pojawiła się siwizna. Wyglądał na więcej niż dwa lata starszego od niej. Oboje przed wyjazdem podziękowali ludziom z Czerwonego Krzyża za pomoc. Wszystkie dokumenty mieli w porządku. Wojsko dostarczyło im dowody tożsamości na podróż przez Francję i Anglię. Te papiery zastępowały paszporty i przedstawiały ich jako przesiedleńców, ofiary wojny, szukające azylu w Stanach Zjednoczonych. Mieli oświadczenia złożone pod przysięgą od swoich sponsorów, Racheli i Harry’ego Rosenów z Nowego Jorku. Wynajęto dla nich małą kawalerkę i oboje dostali pracę w fabryce pana Rosena, który prowadził biznes odzieżowy i szył ubrania dla kobiet. Jakob nie miał pojęcia, co będzie tam robił, może coś z dziedziny finansów, bo w życiorysie zawodowym wspomniał o studiach z zakresu biznesu i finansów, na które uczęszczał w Wiedniu, wymienił też pracę w banku swojej rodziny jako doświadczenie zawodowe. Ale na razie nie musiał się o to martwić.

Z Southampton mieli wypłynąć do Nowego Jorku na „Queen Mary”, statku, który w czasie wojny przewoził żołnierzy. Statek niedawno przemalowano z wojskowej szarości, chociaż nadal na pokładzie tkwiło sześciocalowe działo.

Mimo że usunięto srebra, porcelanę i dzieła sztuki z czasów, kiedy pływali tu cywile, statek pozostał elegancki, a w czasie wojny był jednym z najszybszych jednostek pasażerskich. Nadal czuło się majestatyczną aurę, przypominającą Jakobowi podróże, które odbywał z rodzicami jako dziecko. Kiedyś płynął z nimi na „Normandie”. Był to przepiękny statek, pełen rozrywek. Jakob zdawał sobie sprawę, że tym razem podróż będzie prosta i spartańska, a ich kabina bardzo mała. Organizacja humanitarna zarezerwowała dla nich miejsce w najtańszej klasie, za którą płacili Rosenowie. Był pierwszy czerwca, przed tygodniem rabin udzielił im ślubu. Był to kapelan wojskowy, życzył im szczęścia i przypomniał, że po tym, co przecierpieli, zasługują na dobre życie.

– Przeprawa przez Atlantyk będzie naszym miesiącem miodowym – powiedział uroczyście Jakob.

Na statku płynęło czternaście tysięcy żołnierzy i tylko pięćdziesięciu ośmiu cywilów, oboje więc uważali, że zaokrętowali się wyłącznie dzięki szczęśliwemu przypadkowi. Na statku, trzymając w rękach małe, kartonowe walizeczki, zawierające ich skąpą własność, dowiedzieli się, że będą dzielić kabinę z jeszcze jednym małżeństwem. W kabinie było tak mało miejsca, że ledwie można było się po niej poruszać, zostawili więc walizki na kojach i wyszli na pokład, żeby zobaczyć, jak statek wypływa z portu. Ostrzeżono ich, że w wodzie nadal są miny i że załoga musi zachować czujność. U wejścia do portu nadal leżał zatopiony U-Boot, musieli go okrążyć. Jakob westchnął, kiedy wypłynęli na morze i wziął żonę za rękę.

– Chyba płyniemy do Nowego Jorku – powiedział z ulgą, a Emmanuelle uśmiechnęła się do niego. Martwiła się bardziej niż on, ale podobało się jej to, że mąż się cieszy podróżą. Nadal ledwie się znali i nie mieli możliwości, żeby skonsumować małżeństwo. Skoro dzielili kabinę z jeszcze jedną parą, nie było to możliwe. Jakob był rozczarowany. Ale przeżyli wojnę i płynęli ku wolności. To wystarczało. Będzie czas, żeby poznać się w bardziej intymny sposób, kiedy znajdą się w Nowym Jorku.

O tej porze roku rejs przebiegał bez przeszkód, pogoda była ciepła. Siadywali na podniszczonych krzesłach, stojących na małym skrawku pokładu i razem patrzyli na ocean. Następnego dnia zobaczyli delfiny, a na trzeci kapitan ogłosił, że minęli strefę zagrożenia i od tej chwili nie ryzykują wpłynięcia na minę. Wojna dla nich się skończyła. Wreszcie byli bezpieczni, w drodze do nowego domu. Rejs trwał jedenaście dni, znacznie dłużej niż normalnie. Statek był wyładowany po brzegi. Ostatniego wieczoru siedzieli razem, patrząc na gwiazdy. Jakob pocałował żonę i przytulił. Emma drżała na wieczornym chłodzie, więc okrył ją marynarką. Do Nowego Jorku mieli przypłynąć rano. Dalej poprowadzą ich holowniki. Spośród pięćdziesięciu ośmiu pasażerów tylko dziesięcioro było imigrantami. Pozostali byli Amerykanami, którzy utknęli w Europie podczas wojny i rozpaczliwie chcieli wrócić do domu. Jakobowi i Emmanuelle powiedziano, że przed wojną musieliby popłynąć na Ellis Island, ale teraz trzymano tam Niemców, Włochów i Japończyków. Posłano ich więc do starego obozu wojskowego w pobliżu Oswego w Nowym Jorku, który przeznaczono na załatwianie spraw imigranckich. Pojadą tam, żeby sprawdzono, czy ich papiery są w porządku. Mieli też przejść dodatkowe badania lekarskie. Potem, w Nowym Jorku, mieli się z nimi spotkać Rosenowie. Byli równie zainteresowani młodym małżeństwem, jak Jakob i Emmanuelle nimi. Jakkolwiek by było, Steinowie darzyli ich ogromną wdzięcznością. Bez amerykańskich sponsorów ich życie w Europie byłoby długo ciężkie, przy niewielkiej liczbie miejsc pracy i zrujnowanej gospodarce. Nowe życie w Ameryce było im bardzo potrzebne.

Tamtej nocy Jakob prawie nie spał, czekał, aż dopłyną do nowojorskiego portu. Chciał zobaczyć ze statku Statuę Wolności, na dowód, że naprawdę tutaj są. Przed siedmioma tygodniami nawet nie marzył, że w Nowym Jorku będzie na nich czekał nowy świat.

Wiedzieli, że po przybyciu lekarze państwowej służby zdrowia poddadzą ich pobieżnym badaniom na jaglicę, chorobę oczu, a także inne choroby zakaźne i umysłowe, a mniej więcej godzinę później wsiądą do małego autobusu z innymi imigrantami, żeby pojechać do obozu w Oswego. Po dniu, dwóch będą mogli stamtąd wyjść.

W końcu zeszli do swojej kabiny głęboko we wnętrznościach statku i położyli się na kojach. Emmanuelle spała niespokojnie, a o piątej rano usłyszała, jak statek rzuca kotwicę. Jakob czekał tak długo, jak tylko mógł, potem włożył buty, zarzucił płaszcz na piżamę i wyszedł na pokład, żeby sprawdzić, czy widać już Statuę Wolności i światła Nowego Jorku. Z górnego pokładu zobaczył ją. Statua była prezentem z Francji i stała się symbolem pokoju i wolności, powitaniem Stanów Zjednoczonych, zanim postawi się stopę na amerykańskiej ziemi.

Emmanuelle obudziła się później i poszła szukać Jakoba. Nietrudno było go znaleźć. Stał przy relingu i podziwiał swoje nowe miasto. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył Emmanuelle.

– Co robisz na pokładzie? – zapytała.

– Nic – odparł odruchowo, ale poprawił się. – Pozdrawiam naszego nowego przyjaciela. – Wskazał statuę, a Emmanuelle wzięła go za rękę. Jak do tej pory była to najlepsza decyzja, jaką podjęli już wspólnie.

Było nadal ciemno, gdy wrócili do łóżek, żeby pospać jeszcze godzinę czy dwie. Czekał ich długi dzień. Jakob wślizgnął się na wąską koję obok niej i objął ją. Drugie małżeństwo mocno spało. Jakob i Emmanuelle też zasnęli i obudzili się, kiedy statek znów zaczął płynąć, ciągnięty powoli przez holowniki. Szybko się ubrali i poszli na górę popatrzeć. Jakob miał łzy w oczach, kiedy sunęli pomału po wodach nowojorskiego portu. Walizki mieli już spakowane, czekali, tak jak im polecono. Wreszcie przyszedł urzędnik, żeby zabrać ich na badania lekarskie. Było z nim także małżeństwo, starsze od Steinów. Pasażerowie zeszli już z pokładu, a po badaniach Emmanuelle i Jakob zeszli za nimi po trapie do doku, gdzie czekał na nich autobus. Nieśli swoje małe walizeczki. Żołnierze schodzili ze statku przez cały czas, odkąd zacumowali. Paru cywilnych pasażerów zabrały samochody, które na nich czekały. Jakub poszedł z Emmanuelle do autobusu. Drugi mężczyzna z żoną też tak zrobili. Były jeszcze trzy małżeństwa, ale ich wcześniej nie widzieli. Podziękowali urzędnikowi, który im pomagał, a on wręczył im podstemplowane papiery, umożliwiające legalne przekroczenie granicy Stanów, i życzył im szczęścia. Nie wiedział, skąd są, ale łatwo było stwierdzić, że wiele przeszli.

Żadne z małżeństw nie odzywało się, gdy jechali do Oswego, zastanawiali się, co tam znajdą. Okazało się, że to zwyczajny obóz wojskowy z barakami dla imigrantów i przesiedleńców, którzy chodzili bez przeszkód i rozmawiali ze sobą z ożywieniem. Napisy w kilku językach powiedziały im, dokąd mają się udać. Weszli do biura, w którym sprawdzono ich dokumenty i zwrócono je im.

Emmanuelle miała wielkie oczy, kiedy wyszeptała po francusku do Jakoba:

– A co, jeśli nam odmówią? – Ścisnął jej rękę i powiedział, że teraz to już niemożliwe. Miał rację. Emmanuelle przez całą drogę spodziewała się, że coś pójdzie źle, ale nic złego się nie zdarzyło. Cała podróż przeszła gładko. Ruszyli do wielkiej sali z papierami w dłoni. Wokół kręcili się ludzie, mówiono w każdym języku, jaki można sobie było wyobrazić. Słyszeli rosyjski, francuski, niemiecki, było tam wielu Włochów i parę grupek ludzi z irlandzkim akcentem. Znalazło się i trochę Polaków, i paru Czechów. Wszystkim wręczono broszury z informacjami, które im były potrzebne. Po południu znów ich zbadano pod kątem gruźlicy, syfilisu i trądu. Zostali też zaszczepieni przeciwko ospie, bo tego w Stanach Zjednoczonych wymagano.

Emmanuelle spostrzegła, że podczas badań lekarz zobaczył numer na jej ramieniu. Wyglądał na zdumionego i zapytał ją o to łamaną francuszczyzną. Powiedziała, że to numer identyfikacyjny z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Lekarz jeszcze czegoś takiego nie widział. Potem Jakob powiedział to samo lekarzowi, który go badał.

– Może jesteśmy pierwszymi więźniami obozu, którzy tu przyjechali – powiedział. Nie wstydził się tego, ale Emmanuelle się krępowała. Nie znosiła tego wspomnienia po obozie i nosiła długie rękawy, odkąd przy wyjeździe dostali nowe ubrania. Szła pod prysznic w koszuli, żeby inne kobiety nie widziały jej ramienia.

– Powinnaś być z tego dumna – mówił Jakob. – To znaczy, że przeżyłaś najgorsze, na co było stać nazistów. To odznaka odwagi, siły i zwycięstwa dobra nad złem. – Dla Emmanuelle jednak było to fizyczne świadectwo dwóch lat smutku, bólu i straty. Miała też blizny, które były tego dowodem. Jakob również je miał, ślady wielu pobić, kiedy okładano go kijem, pałką, pejczem. Miał złamane ramię, które nie zrosło się prawidłowo i było zauważalnie wyższe od drugiego i złamaną rękę, której lekarze obozowi nie złożyli, mówiąc, że Żydzi nie mają prawa do opieki medycznej. Potem nazwali go robakiem. Jego rany nie miały dla nich znaczenia. Nadal mu dokuczały.

Następnego dnia zakończyli wszystkie procedury wjazdowe w Biurze do Spraw Cudzoziemców i pozostało im czekać na przybycie kogoś z organizacji humanitarnej, kto następnego dnia rano miał ich zabrać do Nowego Jorku.

W wielkiej sali były setki ludzi, niektórzy czekali dłużej albo ze względu na stan zdrowia, albo czegoś brakowało im w papierach. Były kobiety i dzieci, które na zewnątrz miały plac zabaw i Steinowie widzieli je przez okno. Co za ulga zobaczyć znowu zdrowe, szczęśliwe dzieci. Od dawna tego nie widzieli. Steinom powiedziano, gdzie znajdują się sypialnie, a ponieważ byli małżeństwem, przydzielono im dwie prycze stojące jedna obok drugiej. Była też wielka jadalnia, w której podawano posiłki.

Po jakimś czasie poszli odszukać swoje miejsca i zobaczyli długi rząd łóżek polowych i podwójnych prycz. Ich łóżka stały w kącie pod oknem, przez które widzieli obóz i krajobraz za obozem.

Wokół nich spali ich rówieśnicy, ale Jakob i Emmanuelle trzymali się razem. Po jakimś czasie Emmanuelle zdrzemnęła się, a Jakob zaczął się rozglądać. Ponieważ Ellis Island była zajęta, wszyscy wjeżdżający do Stanów Zjednoczonych imigranci przechodzili przez ten obóz. Kiedy wieczorem po obfitej kolacji poszli spać, oboje byli wyczerpani emocjami związanymi z przybyciem do Stanów i obawą przed tym, co ich czeka.

Następnego dnia, tak jak im obiecano, przyjechał ktoś z organizacji humanitarnej i przywiózł list z zaproszeniem od Rosenów. Emmanuelle i Jakob byli gotowi do odjazdu, gdy tylko pojawiła się pracownica tej organizacji. Miała ich zawieźć do kawalerki, którą Rosenowie wynajęli dla nich na Hester Street w dzielnicy Lower East Side.

Dzielnica była żydowska, bo szyldy nad wszystkimi witrynami były po hebrajsku. Wokół byli tylko koszerni rzeźnicy, koszerne piekarnie i sklepy spożywcze, co dla Jakoba nie miało znaczenia. Jego rodzina była niepraktykująca i nie kupowała koszernego jedzenia. Przed wojną jego rodzice mieli przez wiele lat francuskiego kucharza i na ortodoksów patrzyli z góry. Emmanuelle twierdziła, że jej rodzina też nie była ortodoksyjna i matce było obojętne, co jedzą, chociaż w szabat zapalała świece i śpiewała modlitwy, bo lubiła tradycję, a Emmanuelle i jej siostra Françoise pomagały i śpiewały modlitwy razem z nią.

Ich przewodniczka zatrzymała się pod wąskim, podniszczonym domem z długimi schodami przy wejściu. Weszli. Ich mieszkanie znajdowało się na piątym piętrze bez windy. W budynku panował hałas, słychać było bawiące się dzieci, płaczące niemowlęta. Emmanuelle i Jakob nie słyszeli tego od lat. Dzieci w obozie zachowywały się cicho, bojąc się zwracać na siebie uwagę. W Buchenwaldzie większość dzieci zabijano zaraz po przybyciu, bo były za słabe i za małe, żeby pracować. Pozostawały przy życiu, jeśli miały więcej niż dwanaście, trzynaście lat, były duże i wystarczająco rozwinięte, żeby pracować. Teraz oboje bez słowa słuchali głosów w budynku. W końcu dotarli do mieszkania.

Był to jeden umeblowany pokoik. Wyposażenie było skromne i stare. Łóżko można było schować w ścianie – kobieta, która ich przywiozła, pokazała, jak to się robi. Był też komplet pościeli, kilka postrzępionych ręczników, dwa garnki i wgnieciony czajnik w kuchni, meble wyglądały na stare i zużyte. Ale tylko tego potrzebowali. Postawili walizki i się rozejrzeli. Mieszkanie wychodziło na podwórko, było ciemne, słońce nie dochodziło bezpośrednio do niego. Jakob zrozumiał, że czynsz musiał być bardzo niski, ale mieli dach nad głową i przynajmniej po roku, od kiedy sami będą musieli płacić, nie będzie drogo. Do tego czasu zaoszczędzą coś z zarobków, bo tak się umówili z Rosenami, którzy spodziewali się, że przez rok Jakob i Emmanuelle wyjdą na swoje. Ofiarowali im przejazd, papiery wjazdowe, kawalerkę na rok i pracę dla obojga. Sami Steinowie będą musieli płacić za wszystko inne, za jedzenie, lekarstwa, ubrania, przejazdy. W liście do nich Harry Rosen napisał, że tylko tyle mógł zrobić. Jakob był wdzięczny Rosenom. Uratowali ich przed życiem z dobroczynności w ich własnych krajach, gdzie pewnie nie mogliby znaleźć pracy i mieszkania za dostępny dla nich czynsz.

Obejrzeli miniaturową łazienkę, która i tak była lepsza niż latryna, dzielona z tysiącem ludzi, i wrócili na dół do samochodu pracownicy organizacji charytatywnej. Zawiozła ich do dzielnicy przemysłowej, gdzie znajdowała się fabryka odzieżowa Harry’ego Rosena na Trzydziestej Siódmej ulicy w starym budynku z czerwonej cegły. Pojechali na górę windą bagażową, a kobieta, która ich podwoziła, powiedziała, że drugie małżeństwo, które sponsorowali Rosenowie, przyjechało dzień wcześniej i że dostało mieszkanie w budynku gorszym niż ten, w którym oni się zatrzymali. Mówiła też, że to pięknie ze strony Rosenów wziąć odpowiedzialność za dwa małżeństwa, a pan Rosen dał im także pracę.

Czekali na niego w recepcji dwadzieścia minut. Wreszcie się pojawił. Był pulchny, niski, łysy i miał uśmiechnięte oczy. Nosił koszulę, krawat i lśniący, szary garnitur. Wyciągnął do każdego z nich rękę. Jakob mógł rozmawiać z nim płynną angielszczyzną, ale Emmanuelle umilkła, ledwie go zobaczyła. Bała się, że zmieni zdanie i odeśle ich z powrotem. Harry był zaskoczony, że Jakob tak dobrze zna język z lekkim brytyjskim akcentem, jakiego nabył w elitarnych szkołach, gdzie pobierał wykształcenie. Jakob zapewnił go, że Emmanuelle szybko nauczy się języka i będzie się bardzo starała. Sam dawał jej lekcje angielskiego.

Harry powiedział, że pracę zaczną od jutra od ósmej rano. Zabrał Emmanuelle do szwalni, żeby pokazała, jak idzie jej z haftowaniem, naszywaniem perełek, delikatnym szyciem ręcznym i jak radzi sobie z maszyną do szycia. Miała zostać szwaczką. Jakob zapytał nowego szefa, jaką on dostanie pracę i dodał, że po praktykach w banku ojca jest dobry we wszystkim, co związane jest z matematyką i finansami.

– Od tego wszystkiego jest księgowy – powiedział Harry. Wyglądał na zajętego. – Nie wiedziałem, że tak dobrze mówisz po angielsku. – Zabrzmiało to przepraszająco.

– Napisałem o tym w moim życiorysie – powiedział rzeczowo Jakob. Chociaż żył z dobroczynności, nadal był człowiekiem godnym szacunku.

– Chyba nie przeczytałem go dokładnie. W każdym razie należysz do personelu technicznego. Na więcej mnie nie stać. Ale to jest praca i dostaniesz za nią pieniądze.

– Jesteśmy panu bardzo wdzięczni. – Jakob powtórzył to w imieniu ich obojga, a Emmanuelle kiwnęła głową. Zrozumiała. Jej angielski poprawił się podczas podróży statkiem, dzięki pilnym lekcjom, chociaż była zbyt nieśmiała, żeby się odzywać. Jakob mówił teraz do niej po angielsku, kiedy tylko mógł, Emmanuelle wkrótce się do tego przyzwyczai.

Jakiś czas potem wyszli, pochodzili po okolicy, a potem pracownica organizacji charytatywnej podwiozła ich do domu i za niewielkie pieniądze, które od organizacji dostali, kupili trochę żywności. Potem wrócili do mieszkania, które czuć było stęchlizną od chwili, gdy weszli. Ale chociaż było małe, to jednak był ich dom. Emmanuelle zastanawiała się, ile czasu tutaj spędzą. Nawet mieszkanie, w którym mieszkała z matką i siostrą, było lepsze, większe, ale to już było poza nimi. Musieli się urządzić jak najlepiej, a jeśli będą ciężko pracować, może pewnego dnia będzie ich stać na coś lepszego. Przynajmniej teraz byli bezpieczni. Emmanuelle nigdzie jednak nie czuła się bezpieczna. To, co najgorsze, już im się przytrafiło, ale ona bała się, że może się to powtórzyć, nawet w Nowym Jorku.

Tamtego wieczoru przyrządziła kolację i odkryła, że trzy palniki kuchenki nie działają, a jeden z rondli przecieka. Wyposażenie było spartańskie, ale nie myślała o tym, kiedy chowała skąpe resztki kolacji do maleńkiej lodówki. Jakob patrzył, jak się krząta i próbował nie myśleć o tym, jak inne miał życie. Od czasu do czasu nawiedzała go myśl o pięknym domu rodziców, o odwiedzinach u eleganckich, bogatych dziadków, o zameczku, który zajęli naziści, o służbie, jaką mieli w każdym ze swoich domów, o lokajach, dziełach sztuki, wystawnym życiu rodziców. A teraz musiał ograniczać się do tego. Ale żyli, a wszyscy jego krewni i znajomi nie. Był ostatnim rozbitkiem z utraconego świata. Będzie musiał polubić życie dzielone z Emmanuelle, która w Paryżu miała znacznie skromniejsze warunki.

Pierwsza noc w mieszkaniu była też pierwszą nocą, którą spędzili razem sami od chwili zawarcia małżeństwa sześć tygodni wcześniej. Emmanuelle wyglądała na zawstydzoną, kiedy pomagał jej ścielić łóżko wystrzępionymi prześcieradłami z pocerowanymi rozdarciami, chwilę potem, po kąpieli, wślizgnęli się do łóżka i odkryli wzajemnie swoje ciała jako mąż i żona. Jakob był delikatny i czuły wobec niej, oboje uważali na swoje blizny. Potem leżała spokojnie w jego objęciach i po raz pierwszy od lat czuła się bezpieczna. Tej nocy jej koszmary nie były takie dojmujące. Jakob stał się jej bezpieczną przystanią i centrum całego świata.

Po miłosnej nocy spędzonej razem wstali wcześnie. On zrobił kawę, ona tosty. Do pracy przybyli na czas, a Jakob był mocno zdziwiony, kiedy człowiek, któremu miał pomagać, wręczył mu kombinezon roboczy. Po chwili odkrył, że ma być pomocnikiem dozorcy, do czego nie były mu potrzebne talent, doświadczenie ani wykształcenie. Dostał szczotkę i kubeł, przydzielono mu najgorszą pracę, w tym sprzątanie ubikacji i całą naprawdę brudną robotę. Cały dzień spędził na myciu, szorowaniu i wyrzucaniu śmieci z koszy. Nie poskarżył się na to Emmanuelle, kiedy spotkali się podczas przerwy na lunch. Zapytał, jak jej idzie w pracy, ale o swojej nie powiedział nic. Odparła uczciwie, że ubrania są tandetne, a ona przyszywa perełki, paciorki i aplikacje do marnych bluzek, ale praca jest łatwa. Spostrzegła jego przybite spojrzenie i domyśliła się, jakie upokorzenia przechodzi, ale przeżył już coś o wiele gorszego, zresztą oboje nie mieli wyboru.

Spotkali drugie małżeństwo sponsorowane przez Rosenów. Oboje byli Niemcami, przeżyli Auschwitz, też stracili rodziny, pobrali się przed deportacją i nie mieli dzieci. Ale w przeciwieństwie do Emmanuelle i Jakoba Hilda i Fritz z rozgoryczeniem i złością mówili o swoich nieszczęściach, czasie spędzonym w obozach i pracy u Rosenów. Twierdzili, że sponsor wykorzystuje ich jak niewolników. Ona została przydzielona do zmywania naczyń w fabrycznym bufecie, on pracował w brygadzie nadzorującej pracę maszyn. Kombinezon, ręce i twarz miał poplamione smarem i olejem. Przed wojną był inżynierem.

Jakob chciałby dostać lepszą pracę niż sprzątanie, ale nie proponowano mu żadnej. Umacniało go to w przekonaniu, że trzeba się starać o dostatnie jutro i większe zarobki, żeby nie zostać na zawsze na łasce Harry’ego Rosena. Jakob zgadzał się z Fritzem: Harry wykorzystywał ich jak niewolniczą siłę roboczą, ale zamiast opłakiwać swój los, jeszcze bardziej starał się, by znaleźć lepsze zajęcie.

Tego wieczoru, gdy jechali metrem do domu, milczał, potem pomógł Emmanuelle przyrządzić kolację. Nie znała się na gotowaniu, on zresztą nie był lepszy. Matka gotowała za nią, a dla niego, w Wiedniu, robiła to armia służących i szef kuchni.

Zjedli trochę spaghetti i sałatki z pomidorów i to im wystarczyło. Ledwie starczało im pieniędzy na jedzenie. Emmanuelle pogodziła się z pracą w fabryce Rosena, ale domyślała się, że Jakob jest nieszczęśliwy. Lubił swojego szefa, ale nie znosił czarnej roboty, którą wykonywał. W Ameryce spodziewał się większych możliwości i wyzwań i dlatego namówił Emmanuelle do wyjazdu. Teraz czuł się odpowiedzialny za to, że nie ziściły się ich nadzieje.

– Znajdziesz coś innego, kiedy wypełnimy zobowiązania wobec nich – pocieszała go Emmanuelle. Podpisali roczny kontrakt na pracę dla Harry’ego, który zamierzał się tego trzymać. Tak powiedział, kiedy się z nim spotkali. Dla Jakoba było jasne, że Harry upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: sponsorując ich, okazał się szlachetnym człowiekiem, ale płacąc im i drugiemu małżeństwu mniej niż wynosiły najniższe zarobki, wykorzystywał ich na całego. Chcieli ciężko pracować, ale Jakob chciał też jak najszybciej poszukać sobie lepszego zatrudnienia, gdzie mógłby wykorzystać swoje umiejętności. Mimo to przez najbliższy rok musiał sprzątać toalety i robić to, co mu kazano.

Był lipiec, w fabryce i biurach bez klimatyzacji panowało przygniatające gorąco. W sierpniu spotkali się wreszcie z Rachel Rosen, żoną Harry’ego. Potraktowała Jakoba i Emmanuelle z pogardą. Była pretensjonalna i wystrojona. Patrzyła na nich, jakby byli istotami gorszego gatunku. To przeraziło Emmanuelle, która bała się, że Rachel wyrzuci ich z pracy i wtedy zostaną bez pracy i mieszkania. Już nie czuła się bezpieczna, mimo zapewnień Jakoba, że organizacje humanitarne pomogą im, gdyby tak się stało. Emmanuelle nie ufała nikomu poza nim. Po dwóch latach w obozie nie wierzyła już w łaskawe przeznaczenie, a nawet w litościwego Boga.

Ale cokolwiek się stanie, musieli wytrzymać przez rok i nie narażać się sponsorom. Wpadli w pułapkę. Musieli być uprzejmi dla wszystkich w fabryce. Wykonywali swoją pracę bez narzekania i wszyscy ich lubili.

Zbliżał się koniec rocznej pracy dla Rosenów. Jakob i Emma nadal byli w złej sytuacji finansowej, ledwie starczało im na jedzenie i podstawowe potrzeby. To był szok, kiedy odkryli, że Emmanuelle jest w ciąży. Wcale tego nie planowali. Nie mogli sobie pozwolić na dziecko z zarobkami u Harry’ego Rosena. A Emmanuelle bała się mieć dzieci. Co będzie, gdyby tamto miało się powtórzyć?

Miała problemy z żołądkiem, więc na nalegania Jakoba poszła do lekarza, który powiedział jej, że jest w ciąży. Potwierdziły to badania. Była przerażona, kiedy wieczorem powiedziała o tym Jakobowi. On chciał mieć dzieci, ona jeszcze nie, i to przez wiele lat, póki nie będą mogli sobie na nie pozwolić. Jakob też się martwił, jak utrzymają dziecko, myślał o wzięciu drugiej pracy, na noc. Bez skutku próbował ukoić jej strach. Dwa tygodnie później powiedziała mu o okazji, o której wspomniała jedna z koleżanek w pracy. Niektóre szwaczki były Francuzkami i mogła z nimi pogawędzić. Tamta kobieta powiedziała jej, że hurtownicy jubilerscy i handlarze diamentów w West Forties ciągle szukają gońców, którzy dostarczaliby towar innym kupcom albo przynosili go od nich. Praca była odpowiedzialna, nie wystarczał tu zwykły chłopiec na posyłki. Przez ręce gońców przechodziły dziennie cenne kamienie warte tysiące dolarów. Wymagano solidności, a goniec mógł się przy okazji nauczyć biznesu jubilerskiego, całkiem zyskownego, gdyby płacono mu prowizje.

Dla hurtowników pracowali głównie młodzi chłopcy, ale Emmanuelle zastanawiała się, czy jest to coś, czym mógłby zająć się Jakob, zamiast zamiatać podłogi i ubikacje w fabryce. Ich kontrakt z Harrym prawie się kończył, a zarabiali tyle, że ledwie starczyłoby im na czynsz za mieszkanie i w dodatku dziecko było w drodze.

Jakoba zaintrygował ten pomysł, chociaż nie miał pojęcia o jubilerstwie, poza tym że widział, co przed wojną nosiły jego matka i babka. Przynaglany przez Emmanuelle podczas przerwy na lunch zaczął roznosić swój życiorys do wszystkich jubilerów w dzielnicy, gdzie handlowano diamentami. Znajdowała się o kilka przecznic na północ od dzielnicy odzieżowej, gdzie pracowali. Opuszczał lunch, żeby to robić, i po dwóch tygodniach wieczorem w domu zadzwonił telefon. Jeden z jubilerów, u którego zostawił swój życiorys, poprosił go, żeby następnego dnia przyszedł w czasie lunchu na rozmowę.

Następnego dnia Jakob wziął do pracy swój jedyny garnitur, szybko się przebrał podczas przerwy na lunch i poszedł dziesięć przecznic dalej do jubilera z Czterdziestej Siódmej ulicy. Był to mały sklepik z nierobiącym wrażenia frontonem. Kiedy wszedł, jakaś starsza kobieta zapytała, w czym mogłaby mu pomóc. Przywołała z tyłu sklepu Israela Horowitza, gdy Jakob powiedział, że był z nim umówiony. Serce mu waliło, gdy tak czekał, chwilę później zza zamkniętych na klucz drzwi wyszedł siwowłosy mężczyzna i przyjrzał się mu, jakby chciał go ocenić. Miał ponad sześćdziesiąt lat, podał Jakobowi rękę i zaprosił do pokoju na tyłach sklepu. Mówił po angielsku z mocnym akcentem, według Jakoba czeskim albo polskim. Miał poważną minę i łagodne oczy, z uwagą przyglądał się Jakobowi. Przez chwilę obaj milczeli.

– Dlaczego chce pan pracować jako goniec? – przerwał w końcu ciszę jubiler. Jakob patrzył na niego z respektem. – Jest pan na to za stary. Zazwyczaj korzystamy z usług piętnastolatków, szesnastolatków, czasem osiemnastolatków. Znajduje ich dla nas nasz rabin. Przyciągają mniej uwagi niż dorosły chodzący po mieści z brylantami w kieszeni.

– Potrzebna mi lepiej płatna praca niż ta, którą mam – odpowiedział uczciwie Jakob.

– Co pan teraz robi? – zapytał go Israel. – Nie napisał pan tego w swoim życiorysie.

– Jestem pomocnikiem dozorcy w fabryce odzieżowej – odparł po prostu Jakob. – Rok temu przyjechałem tutaj z żoną z Niemiec. Właściciel fabryki był naszym sponsorem za pośrednictwem organizacji humanitarnej. – Straszy pan pokiwał głową, jego niebieskie oczy zrobiły się poważne, kiedy patrzył na młodszego mężczyznę.

– Deportowali pana? – zapytał cicho.

Jakob kiwnął głową.

– Tak, z Wiednia.

– A pańska rodzina? – zapytał z szacunkiem jubiler.

– Wywieźli nas razem. Najpierw do Bergen-Belsen, potem do Buchenwaldu. Bergen-Belsen był obozem przejściowym, z którego deportowanych po jakimś czasie rozsyłano do innych obozów – wyjaśniał Jakob. – Buchenwald był jednym z najgorszych. To był obóz koncentracyjny, wszystkich przeznaczono do ciężkich robót. Mnie i moją żonę też. Ciągle zabijali ludzi, kiedy uznali, że za wolno pracują. Albo wysyłali do obozu śmierci, do komory gazowej. Wielu ludzi zginęło z głodu albo z chorób – powiedział cicho Jakob.

– A pańska rodzina? – zapytał Israel. – Co teraz robi?

W pokoju zapadła ciężka cisza, Jakob próbował zapanować nad sobą, zanim odpowiedział.

– Tylko ja przeżyłem. Wszyscy zginęli: dziadkowie, rodzice i dwie młodsze siostry. Nie mam do czego wrócić w Wiedniu, chyba że do złych wspomnień. – Starszy pan pokiwał głową, miał łzy w oczach. Przez ostatni rok, od końca wojny, zbyt często słyszał takie historie o krewnych i przyjaciołach z Europy. Zbyt wielu czekało za długo, żeby przeżyć, a ich koniec był tragiczny.