Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 667 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W sieci - Thomas Pynchon

Kryminał osnuty wokół wątku zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Maxine Tarnow, mieszkanka Nowego Jorku, właścicielka agencji detektywistycznej, odkrywa, że miliarder Gabriel Ice wspiera finansowo islamskich terrorystów. Tymczasem Justin i Lucas, jej przyjaciele, opracowują aplikację, która pozwala na eksplorację ukrytych stron www, niedostępnych dla standardowych wyszukiwarek. Okazuje się, że w czasie podróży do ukrytej sieci można spotkać duchy ofiar ataków 11 września. Granica między światem rzeczywistym a światem wirtualnym zaciera się.

Thomas Pynchon błyskotliwie i ze sporą dozą czarnego humoru opisuje pogrążoną w paranoi Amerykę po 11 września

The Telegraph

Opinie o ebooku W sieci - Thomas Pynchon

Fragment ebooka W sieci - Thomas Pynchon

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Motto

1

2

3

4

5

O książce

Właścicielka agencji specjalizująca się w wykrywaniu oszustw, najlepiej czująca się ze swoją berettą. Miliarder, któremu pęknięcie bańki internetowej bynajmniej nie zaszkodziło. Genialny „nos” owładnięty obsesją wody kolońskiej używanej przez Hitlera. Uśpiony agent Mossadu kryjący myckę pod bejsbolówką. Agent operacyjny CIA, któremu raz w życiu zdarzyło się zrobić coś dobrego. Rosyjscy gangsterzy, korowód nerdów, geeków, hakerów… Jak to u Pynchona – cała ludzka menażeria. Nie wspominając już o awatarach. Bo akcja powieści rozgrywa się nie tylko w Nowym Jorku, ale również w sieci. W głęboko ukrytej, do której dostęp zapewnia genialna aplikacja DeepArcher.

Nie wchodząc zbyt głęboko w teorie spiskowe, które pojawiły się po 11 września, Pynchon przedstawia własną wizję tej epoki, ponurą, niepokojącą, ale i zabawną. Na tyle, na ile zabawna może być czarna komedia.

Thomas Pynchon(ur. 1937 r.)

Jeden z najwybitniejszych współczesnych amerykańskich pisarzy, jest regularnie wymieniany wśród kandydatów do Nagrody Nobla. Do najbardziej znanych z jego ośmiu powieści należą Tęcza grawitacji, Wada ukryta i W sieci. Jako człowiek Pynchon, który obsesyjnie strzeże swojej prywatności, jest dla dziennikarzy i czytelników wielką zagadką.

Tego autora

WADA UKRYTAW SIECI

Tytuł oryginału:BLEEDING EDGE

Copyright © Thomas Pynchon 2013All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Tomasz Wyżyński 2015

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: Oleksiy Mark/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-189-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Jako bohater powieści sensacyjnej Nowy Jork nie byłby detektywem ani mordercą, tylko tajemniczym podejrzanym, który zna prawdziwy przebieg wypadków, ale nie chce go opisać.

DONALD E. WESTLAKE

1

Jest pierwszy dzień wiosny 2001 roku i Maxine Tarnow, ciągle pamiętana przez niektórych jako Maxine Loeffler, odprowadza synów do szkoły. Tak, może są już w wieku, gdy nie trzeba ich odprowadzać, może Maxine jeszcze nie chce z tego zrezygnować, to tylko dwie przecznice, po drodze do pracy, lubi z nimi chodzić, więc co w tym złego?

Tego ranka na wszystkich gruszach drobnoowocowych na ulicach Upper West Side widać białe kwiaty, które rozwinęły się z pąków w ciągu nocy. Maxine zauważa, że promienie słońca przedostające się między dachami a zbiornikami na wodę padają na jedno z drzew na końcu przecznicy, które natychmiast wypełnia się światłem.

– Mamo, spójrz! – mówi Ziggy, jak zwykle zdyszanym tonem.

– Chłopcy, sprawdźcie, jakie to drzewo, dobrze?

Otis patrzy przez chwilę w milczeniu.

– Fantastyczne, mamo!

– Niezłe – zgadza się Ziggy.

Chłopcy idą dalej, a Maxine spogląda na drzewo przez pół minuty, po czym dołącza do synów. Na skrzyżowaniu odruchowo przechodzi na ich prawą stronę, aby osłonić ich przed kierowcami, którzy mogliby dla zabawy nagle wyjechać zza rogu i wpaść na przechodniów.

Na elewacjach budynków po przeciwnej stronie ulicy niewyraźnie lśnią plamy słońca odbitego w oknach mieszkań wychodzących na wschód. Po ulicach przecinających Nowy Jork pełzają przegubowe autobusy, nowe na tej trasie, przypominające gigantyczne owady. Unoszą się stalowe żaluzje, przy krawężnikach parkują w dwóch rzędach ciężarówki, dozorcy polewają swoje części chodników wodą z węży. W bramach śpią bezdomni, nurkowie przeszukujący śmietniki idą do supermarketów z wielkimi plastikowymi torbami pełnymi pustych butelek po piwie i wodzie sodowej, by je sprzedać, przed budynkami stoją ekipy robotników, które oczekują na majstrów. Na przejściach dla pieszych podskakują w miejscu biegacze, czekając na zmianę świateł. Policjanci siedzą w kawiarniach, prowadząc śledztwa w sprawie trudności w zakupie bajgli. Dzieci, rodzice i niańki podążają pieszo i na kołach w różne strony, śpiesząc do szkół znajdujących się w okolicy. Połowa dzieci jedzie na nowych hulajnogach marki Razor – należy je dodać do listy kolejnych zagrożeń, przed którymi trzeba się mieć na baczności na ulicach.

Szkoła imienia Otto Kugelblitza zajmuje trzy sąsiadujące ze sobą eleganckie budynki z brązowego piaskowca między Amsterdam Avenue a Columbus Avenue, w bocznej uliczce, która nie pojawiła się jeszcze w serialu telewizyjnym Prawo i porządek. Patron szkoły to jeden z pionierów psychoanalizy, usunięty z kręgu bliskich współpracowników Freuda, ponieważ opracował teorię psychologiczną, która streszcza istotę ludzkiego życia. Wydawało mu się oczywiste, że poszczególne fazy ludzkiej egzystencji odpowiadają różnym zaburzeniom psychicznym, jak je rozumiano w jego epoce – solipsyzm w niemowlęctwie, histeria na tle seksualnym w okresie dojrzewania i na początku dorosłości, paranoja wieku średniego, demencja w starości… Wszystko kończy się śmiercią, która w końcu okazuje się „zdrowiem psychicznym”.

„Doskonały moment, by to odkryć!”, Freud strzepnął na Kugelblitza popiół z cygara, kazał mu opuścić apartament przy Berggasse 19 i nigdy więcej nie wracać. Kugelblitz wzruszył ramionami, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, zamieszkał na Upper West Side, otworzył prywatną praktykę i szybko zdobył krąg wpływowych i zamożnych klientów, którzy szukali jego pomocy w chwilach cierpienia lub kryzysu. Podczas eleganckich przyjęć coraz częściej przedstawiał ich sobie nawzajem jako swoich „przyjaciół”, po czym rozpoznawali w sobie bratnie dusze.

Trudno ocenić wpływ psychoanalizy Kugelblitza na mózgi pacjentów, ale w okresie wielkiego kryzysu część z nich radziła sobie na tyle dobrze, że po pewnym czasie zebrali fundusze na założenie prywatnej szkoły. Kugelblitz miał udział w zyskach, a program nauczania przewidywał, że uczniowie każdej klasy cierpią na inne zaburzenia psychiczne i są odpowiednio traktowani. Innymi słowy, dom wariatów z pracami domowymi.

Tego ranka, jak zawsze, Maxine zastaje na przestronnym ganku tłum uczniów, dyżurujących nauczycieli, rodziców i opiekunek z młodszym rodzeństwem w wózkach. Wśród zgromadzonych krąży dyrektor, Bruce Winterslow, witający zrównanie dnia z nocą białym garniturem i panamą – zna imiona i krótkie biografie wszystkich obecnych, klepie znajomych po plecach, prowadzi dobroduszne pogawędki, podlizuje się lub grozi, zależnie od potrzeb.

– Cześć, Maxi! – Przez tłum na ganku przeciska się Vyrva McElmo, co trwa znacznie dłużej, niż powinno. Maxine uważa powolność za charakterystyczną cechę mieszkańców Zachodniego Wybrzeża. Vyrva jest sympatyczna, ale nie ma wystarczającej obsesji na punkcie czasu. Wiele matek z Upper West Side wpadało już w poważne kłopoty z powodu zachowań, które Vyrvie uchodzą na sucho. – Dziś po południu znowu mam koszmarnie napięty plan dnia! – woła z odległości kilku kroków. – Nic strasznie ważnego, przynajmniej jeszcze nie, ale z drugiej strony…

– Nie ma problemu. – Maxine stara się przyśpieszyć rozmowę. – Zabiorę Fionę do nas, możesz ją odebrać, kiedy zechcesz.

– Dzięki, naprawdę. Postaram się nie przyjechać za późno.

– Może nawet u nas przenocować.

Zanim lepiej się poznały, Maxine parzyła dzbanek kawy dla siebie, po czym zawsze przygotowywała herbatkę ziołową, aż Vyrva zapytała: „Mam na tyłku kalifornijskie tablice rejestracyjne czy co?”. Tego ranka Maxine zauważa kilka zmian w normalnym, powszednim stroju Vyrvy, złożonym z przypadkowo dobranych elementów. Przede wszystkim włożyła elegancki biznesowy kostium zamiast dżinsowego kombinezonu, ma upięte włosy zamiast zwykłych jasnych loków, a plastikowe kolczyki w kształcie motyli znanych jako danaidy wędrowne zastąpiła sztyftami z brylantami, cyrkoniami? Jakieś spotkanie w późniejszej części dnia, na pewno w interesach, rozmowa na temat pracy, może kolejna wyprawa w poszukiwaniu inwestorów?

Vyrva ukończyła Pomona College, ale nie ma stałej pracy. Ona i Justin przenieśli się z Doliny Krzemowej w Kalifornii do Alei Krzemowej w Nowym Jorku. Justin i jego przyjaciel ze Stanford University prowadzą niewielką firmę informatyczną, której w jakiś sposób udało się przetrwać pęknięcie bańki internetowej w zeszłym roku, choć bez irracjonalnej euforii, jak można by to nazwać. Jak dotąd są w stanie płacić czesne w szkole Kugelblitza, nie wspominając o czynszu za suterenę i parter w eleganckim budynku z brązowego piaskowca koło Riverside. Kiedy Maxine po raz pierwszy zobaczyła mieszkanie Vyrvy, poczuła ukłucie zazdrości.

– Wspaniały apartament! – zawołała z udawanym podziwem. – Może wybrałam niewłaściwy zawód?

– Bierzemy przykład z Billa Gatesa – odpowiedziała nonszalancko Vyrva. – Na razie gnieżdżę się w tej klitce, czekając, aż moje akcje nabiorą wartości. Jasne, kochanie?

Kalifornijskie słońce, nurkowanie z rurką, dni spędzane na lenistwie. Jednak od czasu do czasu… Maxine pracuje w swoim fachu dostatecznie długo i potrafi odgadywać to, co nie zostało wypowiedziane. „Powodzenia, Vyrvo”, myśli. Niezależnie od tego, o co chodzi. Zauważa kalifornijską opóźnioną reakcję, gdy Vyrva opuszcza ganek, po drodze całuje dzieci w czubki głów i wraca do porannej krzątaniny.

Maxine prowadzi niewielką agencję audytorską, zajmującą się dochodzeniami w sprawie oszustw, o nazwie Znajdź i Zdemaskuj – kiedyś krótko zastanawiała się nad nazwą Znajdź, Zdemaskuj i Zapuszkuj, ale dość szybko zrozumiała, że brzmiałoby to jak pobożne życzenie, jeśli nie miraż. Agencja mieści się na tej samej ulicy, w dawnej siedzibie banku, a sufit holu jest na takiej wysokości, że w czasach, gdy jeszcze nie zabroniono palenia, w ogóle nie było go widać. Budynek wzniesiono jako świątynię pieniądza tuż przed krachem giełdowym w 1929 roku, w okresie ślepego delirium przypominającego niedawne puchnięcie bańki internetowej, po czym wielokrotnie go przebudowywano, aż zmienił się w labirynt gipsowych ścianek działowych, gdzie znaleźli swoje miejsce studenci, którzy zeszli na złą drogę, marzyciele palący haszysz, agenci promujący talenty, kręgarze, nielegalne biura dostarczające robotników pracujących na akord, mikroskopijne magazyny szmuglowanych towarów, a w tej chwili, na piętrze Maxine, agencja matrymonialna o nazwie Yenta Expresso, biuro podróży Tu i Tam oraz pachnący gabinet doktora Yinga, specjalisty od akupunktury i ziołolecznictwa. Na końcu korytarza znajduje się puste biuro, dawniej siedziba Paczek bez Ograniczeń, firmy rzadko odwiedzanej nawet wtedy, gdy działała. Obecni użytkownicy budynku pamiętają czasy, gdy koło drzwi, teraz zamkniętych na łańcuch i kłódkę, stali umundurowani goryle uzbrojeni w uzi, którzy kwitowali odbiór tajemniczych przesyłek i paczek. Szansa, że w każdej chwili może wybuchnąć strzelanina z broni maszynowej, dodatkowo motywowała pracowników, ale w tej chwili na drzwiach wisi tabliczka z napisem DO WYNAJĘCIA i lokal czeka na najemców. Po wyjściu z windy Maxine słyszy przez drzwi krzyki Daytony Lorrain, która kłóci się z kimś przez telefon. Wchodzi na palcach do biura, a Daytona wrzeszczy:

– Podpiszę te zasrane papiery, a potem się wyniosę! Chcesz być ojcem, to sam się zajmij tym gównem! – Rzuca słuchawkę.

– Dzień dobry! – mówi wesoło Maxine, może zbyt mocno akcentując drugi wyraz.

– Mam nadzieję, że to ostatni telefon tego dupka!

W niektóre dni wydaje się, że agencja audytorska Znajdź i Zdemaskuj budzi zainteresowanie wszystkich podejrzanych typów w mieście, którzy przechowują jej numer telefonu w swoich zatłuszczonych wizytownikach.

Na automatycznej sekretarce zebrało się trochę wiadomości: przyjaciele, telemarketerzy, nawet kilka telefonów mających związek z aktualnie prowadzonymi sprawami. Maxine odsłuchuje nagrania, po czym dzwoni do zaniepokojonego informatora, który pracuje w firmie w Jersey zajmującej się przygotowywaniem przekąsek. Negocjuje ona po cichu z dawnymi pracownikami Krispy Kreme – chodzi o nielegalny zakup ściśle tajnego systemu regulacji temperatury i wilgotności wypieku pączków, a także równie tajnych fotografii mechanizmu do ich formowania, które jednak okazują się zdjęciami części samochodowych zrobionymi przed laty w Queens, a następnie poddanymi obróbce Photoshopem, i to dość niefrasobliwej.

– Zaczynam dochodzić do wniosku, że w tej transakcji jest coś dziwnego – mówi nieco drżącym głosem informator Maxine. – Może w ogóle nie jest legalna?

– Może, Trevor, bo to przestępstwo kryminalne?

– To prowokacja FBI! – wrzeszczy Trevor.

– Dlaczego FBI…

– Eeee? Krispy Kreme?! FBI rutynowo współpracuje z policją!

– W porządku. Porozmawiam z ludźmi z prokuratury okręgu Bergen, może coś słyszeli…

– Zaczekaj, zaczekaj, ktoś idzie, zauważył mnie, och, może lepiej… – W słuchawce zapada cisza, tak jak zwykle.

Maxine niechętnie spogląda na teczkę najnowszej sprawy związanej z fałszowaniem stanu zapasów magazynowych – kolejnej z tak wielu, że już straciła rachubę. Tym razem głównym bohaterem jest dystrybutor gadżetów elektronicznych Dwayne Z. („Dizzy”) Cubitts, znany na całym obszarze aglomeracji nowojorskiej z reklam telewizyjnych, w których występuje jako Wujek Dizzy. Pojawia się w nich na czymś w rodzaju obrotowego stołu, który wiruje z wielką prędkością („Wujku Dizzy! Obróć ceny!”), i reklamuje automaty do porządkowania garderoby, przyrządy do obierania kiwi, laserowe otwieracze do butelek, kieszonkowe dalmierze pozwalające ocenić, która kolejka do kasy w supermarkecie jest najkrótsza, piloty telewizyjne z zamontowanymi alarmami, by nie można było ich zgubić, chyba że jednocześnie zgubi się urządzenie uruchamiające alarm. Żadnego z tych gadżetów nie ma jeszcze w sklepach, ale późnym wieczorem można je obejrzeć w akcji w reklamach telewizyjnych.

Dizzy kilkakrotnie przekraczał już bramy więzienia Danbury, ale ma dziwną skłonność do łamania prawa, co zmusza Maxine do analizowania zagadnień moralnych, które są równie karkołomne jak ścieżki w Wielkim Kanionie w Kolorado. Problemem jest urok i naiwność Dizzy’ego, posługującego się obrotowym stołem jako rekwizytem reklamowym – Maxine nie wierzy, że jest to tylko udawanie. Rozpad rodziny, publiczna kompromitacja, spędzenie pewnego czasu w więzieniu zwykle skłaniają normalnego kanciarza do poszukiwania legalnej, a wręcz uczciwej pracy. Ale nawet wśród drugorzędnych oszustów, którymi musi się zajmować Maxine, Dizzy stanowi wyjątek – jego krzywa uczenia się jest całkowicie płaska.

Wczoraj menedżer lokalnego magazynu Dizzy’ego na Long Island, gdzieś przy linii kolejowej Ronkonkoma, zaczął przekazywać coraz dziwniejsze informacje. Kłopoty w magazynie, nieprawidłowości w stanie zapasów, trochę nieprzyjemna sytuacja, pieprzony Dizzy, cholera! Kiedy wreszcie Maxine będzie mogła zacząć normalnie pracować, stać się nową Angelą Lansbury, zająć się poważnymi sprawami, a nie męczyć się wśród kretynów, którzy nie mają o niczym pojęcia…

Podczas ostatniej wizyty w magazynie Wujka Dizzy’ego Maxine wyszła zza ogromnej piramidy kartonów i zderzyła się z nim samym, ubranym w jaskrawożółty T-shirt z logo sieci sklepów Crazy Eddie – podążał śladem ekipy kontrolerów, złożonej z dwunastoletnich dzieci pracujących dla firmy znanej z tego, że zatrudnia wąchaczy kleju, nastolatków uzależnionych od gier wideo, ludzi, u których zdiagnozowano niezdolność do krytycznego myślenia – po czym natychmiast zleciła im inwentaryzację zapasów magazynowych.

– Dizzy, cóż…

– Oops! …I Did It Again, jak śpiewa Britney Spears.

– Spójrz tylko! – Chodzi tam i z powrotem, na chybił trafił wyjmując i unosząc zamknięte kartony. Część z nich, choć zapieczętowana, wydaje się pusta. Ktoś zapewne mógłby się tym zdziwić, ale nie Maxine. Do roboty. – Albo to jakiś cud, albo mamy tu do czynienia z niewielkim ubytkiem zapasów…? Nie powinieneś stawiać zbyt wielu pustych kartonów jeden na drugim, Dizzy. Wystarczy rzut oka na dolny rząd i widać, że się nie zapada pod ciężarem tego, co jest na górze, prawda? Zwykle to dość dobra wskazówka. Powinieneś kazać tym dzieciakom kontrolerom najpierw opróżnić budynek, a dopiero potem sprowadzać ciężarówkę do rampy wyładunkowej, by zawieźć ten sam zestaw kartonów do następnego sklepu osiedlowego. Rozumiesz, co chcę powiedzieć?

– Przecież sieci Crazy Eddie się udało! – Oczy ma wielkie jak lizaki w wesołym miasteczku.

– Poszli siedzieć, Diz. Niedługo dodasz do swojej kolekcji nowy akt oskarżenia.

– Hej, nie ma się czym przejmować, to Nowy Jork, ławy przysięgłych stawiają w stan oskarżenia nawet salami.

– A więc… co teraz zrobimy? Mam wezwać brygadę antyterrorystyczną?

– Hej, już wiem! Mogłabyś dać cynk kontrolerom! Na przykład anonimowo? Przez komórkę? Ukryć się i patrzeć, co się dzieje? – Stali w półmroku pachnącym kartonem i plastikiem, a Maxine, pogwizdując przez zęby piosenkę Help Me Rhonda, zwalczyła pokusę przejechania Dizzy’ego wózkiem widłowym.

Spogląda teraz na teczkę Dizzy’ego, nie otwierając jej, sprawdzając, jak długo wytrzyma. Ćwiczenie duchowe. Rozlega się brzęczyk interkomu.

– Przyszedł jakiś gość o imieniu Reg, nie jest umówiony.

Ocalona. Odkłada teczkę, która niczym dobry koan i tak przestaje mieć jakikolwiek sens.

– Witaj, Reg. Wejdź, dupku! Dawno się nie widzieliśmy.

2

W istocie dwa lata. W tym czasie Reg Despard bardzo się postarzał. Jest dokumentalistą, który zaczął karierę od piractwa filmowego w latach dziewięćdziesiątych. Chodził z pożyczoną kamerą na pokazy przedpremierowe, filmował obraz na ekranie i nagrywał kasety, które sprzedawał na ulicy za dolara, czasem dwa, jeśli ktoś chciał tyle zapłacić. Często nieźle zarabiał, nim obraz wszedł do kin. Jakość produkowanych przez niego kopii pozostawiała wiele do życzenia – w tle szeleściły papierowe torebki widzów, którzy jedli lunch podczas projekcji, czasem ludzie wstawali w środku seansu i zasłaniali ekran na kilka minut. Reg nie zawsze trzymał kamerę nieruchomo i obraz falował, niekiedy powoli i sennie, a momentami ze zdumiewającą szybkością. Kiedy Reg odkrył, że kamera jest wyposażona w zoom, zaczął się nim bawić – powiększał szczegóły anatomiczne, twarze statystów w tłumie, eleganckie samochody widoczne w tle i tak dalej. Pewnego pamiętnego dnia sprzedał na placu Waszyngtona jedną ze swoich kaset profesorowi New York University, specjaliście od sztuki filmowej, który nazajutrz przybiegł w to samo miejsce i zdyszany spytał, czy Reg wie, jak bardzo wyprzedził najnowsze trendy w sztuce postmodernistycznej. Nazwał to „neobrechtowską destrukcją diegezy”.

Ponieważ brzmiało to jak reklama terapii odchudzającej opartej na wartościach chrześcijańskich, Reg zaczął tracić zainteresowanie, ale podekscytowany uczony się nie zrażał. Wkrótce Reg pokazywał swoje filmy na seminariach doktoranckich, po czym, naturalną koleją rzeczy, zaczął kręcić własne produkcje. Filmy dokumentalne, klipy muzyczne nieznanych grup, krótkie reklamówki pokazywane późno w nocy. Praca to praca.

– Chyba jesteś trochę zajęta?

– Jak zwykle o tej porze roku. Święto Paschy, Wielkanoc, rozgrywki National Collegiate Athletic Association, w sobotę jest Dzień Świętego Patryka, nudziarstwo, żaden problem, Reg. Chcesz mi zaproponować małżeństwo? – Można by to uznać za niegrzeczne i Maxine straciła przez to kilku klientów; z drugiej strony uwalnia się w ten sposób od nudziarzy.

Melancholijne pochylenie głowy.

– To nie wchodzi w grę od dziewięćdziesiątego ósmego… nie, czekaj, od dziewięćdziesiątego dziewiątego roku?

– Ach, tu obok jest Yenta Expresso, powinieneś tam zajrzeć, świetne miejsce na randki przy kawie, pierwsza latte grosso za darmo, jeśli poprosisz Edith o kartę stałego klienta. W porządku, Reg, skoro to nie sprawa osobista…

– Chodzi o firmę, dla której kręcę film dokumentalny. – Jedno z tych dziwnych spojrzeń, których Maxine nauczyła się nie ignorować.

– A konkretnie?

– Kwestie dostępu do informacji. Za dużo przede mną ukrywają.

– Mówimy o czymś nowoczesnym, czy będziemy się zajmować historią, archaicznym oprogramowaniem, którego nie da się odczytać, ograniczeniami sprzętowymi?

– Nie, to jeden z dotcomów, który nie upadł, gdy w zeszłym roku pękła bańka internetowa. – Pół decybela za cicho. – Może nie ma też żadnych ograniczeń…

Ach…

– Jeśli chcesz zdobyć ogólne informacje, nie musisz korzystać z usług audytora sądowego, bo znajdziesz wszystko w internecie. LexisNexis, HotBot, AltaVista, sporo sekretów firmowych jest także na żółtych stronach…

– To, czego szukam, prawdopodobnie znajduje się w miejscu, gdzie nie dotrze robot żadnej wyszukiwarki.

– A czego szukasz?

– Zwykłej dokumentacji finansowej: rachunków, zestawień wpływów i wydatków, ksiąg kasowych, zeznań podatkowych. Spróbuj się temu przyjrzeć. Na pewno zauważysz coś dziwnego i wszystko okaże się ukryte daleko, daleko poza zasięgiem LexisNexis.

– Czyli gdzie?

– W ukrytej sieci. Żaden normalny użytkownik nigdy tam nie dotrze, wszystko jest zaszyfrowane, chronione przez dziwne przekierowania…

Och.

– Chyba powinien się tym zająć jakiś internetowy samuraj, bo ja tak naprawdę…

– Ktoś już nad tym pracuje. Eric Outfield, genialny absolwent Stuyvesanta, certyfikowany drań, skazany w młodości za włamania komputerowe. Mam do niego całkowite zaufanie.

– Co to za ludzie?

– Firma zajmująca się bezpieczeństwem informatycznym. Mają siedzibę w centrum Nowego Jorku, nazywają się hashslingrz.com.

– Słyszałam o nich, bardzo dobrze im idzie, ich akcje mają fantastyczny wskaźnik P do E, dostają mnóstwo zleceń.

– Moje cele są podobne. Żyć, prosperować. Tak właśnie to powinno wyglądać, prawda?

– Ale… zaczekaj… film o hashslingrz? Co można by pokazać? Nerdów gapiących się w monitory?

– W oryginalnym scenariuszu było wiele pościgów samochodowych, eksplozji, ale budżet… Dostaję od firmy maleńką zaliczkę, a poza tym mam pełny dostęp do wszystkiego. Myślałem tak do wczoraj i stwierdziłem, że powinienem się z tobą zobaczyć.

– Coś dziwnego w rachunkach?

– Chciałbym po prostu wiedzieć, dla kogo pracuję. Nigdy nie zaprzedałem swojej duszy, cóż, nawet za kilka taktów rhythm and bluesa, i doszedłem do wniosku, że poproszę Erica, by się rozejrzał. Wiesz coś o ich szefie, Gabrielu Isie?

– Niewiele. – Maxine czytała o nim w czasopismach. Jeden z młodych miliarderów, któremu udało się ocalić majątek, gdy pękła bańka internetowa. Pamięta fotografie: kremowy garnitur Armaniego, robiony na miarę elegancki kapelusz Fedora. Mina człowieka, który za chwilę zacznie udzielać tłumom papieskiego błogosławieństwa… Zezwolenie od rodziców zamiast chusteczki w kieszonce marynarki. – W końcu mnie to wszystko znudziło, nie podobał mi się. Bill Gates wydaje się przy nim charyzmatyczny.

– To tylko maska. Ma ogromne zaplecze.

– Co sugerujesz? Mafię, tajne służby?

– Według Erica chodzi o jakiś ogromny plan zapisany w kodzie, którego żaden z nas nie potrafi odczytać. Może z wyjątkiem liczby sześćset sześćdziesiąt sześć, która często się powtarza. Ale, ale, czy ciągle masz pozwolenie na broń?

– Hm, owszem, czasami ją noszę… Czemu pytasz?

Reg unika wzroku Maxine.

– Ci ludzie… różnią się od normalnych pracowników firm informatycznych.

– W jaki sposób?

– Na przykład nie spotkałem ani jednego geeka.

– I tylko tyle? Reg, mam ogromne doświadczenie i przekonałam się, że do ludzi zajmujących się machinacjami finansowymi nie trzeba strzelać. Wystarczy publiczne upokorzenie.

– Tak… – Prawie przepraszająco. – Ale przypuśćmy, że chodzi nie tylko o machinacje finansowe? Przypuśćmy, że to nie wszystko?

– Coś mrocznego, złowrogiego. I siedzą w tym po uszy?

– Wydaje ci się to zbyt paranoidalne?

– Nie mnie, paranoja to czosnek w kuchni życia, jasne, nigdy nie jest jej za dużo.

– W takim razie nie powinno być żadnych problemów…

– Bardzo nie lubię, gdy ludzie mówią, że nie powinno być problemów. Ale w porządku, rozejrzę się i dam ci znać.

– Świetnie! Czuję się jak Erin Brockovich!

– Hm. Cóż, dochodzimy do niezręcznej kwestii. Domyślam się, że nie chcesz mnie wynająć? Oczywiście nie mam nic przeciwko pracy za darmo w nadziei, że coś w końcu zarobię, ale pojawiają się tu pewne problemy etyczne. To trochę jak jazda za karetką pogotowia, prawda?

– Czy nie składałaś jakiejś przysięgi? Jeśli jesteś świadkiem oszustwa…

– To z serialu Fraudbusters, musieli go wycofać, bo dostarczał zbyt wielu pomysłów. Ale Rachel Weisz nie była zła.

– Wspominam o tym dlatego, że wyglądacie podobnie. – Uśmiecha się, wyciąga dłonie z uniesionymi kciukami, jakby szykował się do strzału.

– Cóż, Reg…

W ten sposób zawsze było można przemówić do Rega. Poznali się podczas rejsu statkiem wycieczkowym, choć można by to również interpretować inaczej. Po separacji z mężem, Horstem Loefflerem, w czasach, gdy jeszcze nie nadszedł Ten Dzień, Maxine spędzała zbyt wiele godzin w zamkniętych pomieszczeniach z opuszczonymi żaluzjami, słuchając w nieskończoność Stevie Nicks śpiewającej Landslide i ignorując resztę składanki nagranej na taśmie. Piła koszmarne drinki Crown Royal Shirley Temple na przemian z sokiem z granatów, codziennie zużywała kilka kilogramów chusteczek higienicznych, aż wreszcie jej przyjaciółka Heidi zdołała ją przekonać, że rejs statkiem wycieczkowym po Morzu Karaibskim powinien poprawić jej stan psychiczny. Pewnego dnia Maxine poczłapała do agencji turystycznej Tu i Tam, gdzie zobaczyła zakurzone biurka, wytarte fotele i podniszczony model transatlantyku wykazującego pewne podobieństwo do Titanica.

– Ma pani szczęście. Przed chwilą mieliśmy… – Długa pauza, brak kontaktu wzrokowego.

– Ktoś odwołał rezerwację – zasugerowała Maxine.

– Można tak powiedzieć. Cena okazała się niewiarygodnie niska. Nikt rozsądny nie odrzuciłby takiej oferty.

Rodzice byli uszczęśliwieni, że zaopiekują się chłopcami. Maxine, ciągle pociągająca nosem, znalazła się w taksówce z Heidi, która postanowiła ją odwieźć do portu. Dotarły do terminalu w Newark czy może w Elizabeth, który obsługiwał przede wszystkim frachtowce – statek wycieczkowy Maxine okazał się starym węgierskim kontenerowcem Aristide Olt, pływającym pod banderą Wysp Marshalla. Dopiero pierwszego wieczoru, po wyjściu w morze, Maxine dowiedziała się, że uczestniczy w zlocie AMBOPEDIA Frolix ’98, corocznym spotkaniu członków Amerykańskiego Stowarzyszenia Cierpiących na Zaburzenia Osobowości typu Borderline. Świetna zabawa, kto mógłby odwołać rezerwację? Chyba że… aaach! Maxine popatrzyła na Heidi stojącą na nabrzeżu – może odczuwającą coś w rodzaju Schadenfreude – która zmniejszała się na tle przemysłowego krajobrazu i w tej chwili była już zbyt daleko, by dopłynąć do niej wpław.

Wieczorem, podczas pierwszej kolacji, Maxine spostrzegła, że pasażerowie mają ochotę się bawić – w jadalni widniał transparent z napisem: WITAJCIE, BORDERLINOWIE! Kapitan wydawał się zdenerwowany i znajdował preteksty, by spędzać czas pod obrusem swojego stolika. Co półtorej minuty didżej puszczał półoficjalny hymn AMBOPEDII, Borderline Madonny z 1984 roku, i wszyscy śpiewali chórem: O-verthe bor-derlinnne! – szczególnie akcentując końcową głoskę n. Maxine uznała, że to chyba rodzaj tradycji.

W późniejszej części wieczoru zauważyła mężczyznę, który spokojnie krążył po sali z okiem przyklejonym do obiektywu kamery Sony VX2000 i filmował godne uwagi osoby, po kolei podchodząc do gości i nawiązując z nimi rozmowę lub milcząc. Okazało się, że to Reg Despard.

Maxine doszła do wniosku, że może to być sposób, by naprawić koszmarny błąd, jaki popełniła, i próbowała iść za nim wśród uczestników zabawy.

– Hej, śledzi mnie pani! – odezwał się po chwili. – W końcu zaczyna się dziać coś ciekawego.

– Nie miałam zamiaru…

– Nie, tak naprawdę mogłaby pani mi pomóc. Powinni się trochę rozluźnić, nie być tacy napuszeni.

– Nie chciałabym pana kompromitować, powinnam ufarbować włosy już kilka tygodni temu, wydałam na tę imprezę sto dolarów w Filene’s Basement.

– Myślę, że nie będą zwracać uwagi.

Cóż. Kiedy ostatni raz ktoś sugerował, nawet tak aluzyjnie, że Maxine nadaje się, by się z nią pokazać…? Może nie jest topmodelką, ale przynajmniej jako tako wygląda. Czy powinna się obrazić? Na ile?

Krążą między grupkami uczestników imprezy.

– Z tymi borderlinami nigdy nic nie wiadomo, czasami wszystko jest świetnie, czasami robią się niespokojni.

W tej chwili podchodzą do normalnie wyglądającego mężczyzny, który zbiera znaczki przedstawiające polowania na ptaki wędrowne i propagujące ich ochronę, zwane wśród kolekcjonerów „kaczuszkami”. Towarzyszy mu żona, Gladys, wyraźnie mniej zainteresowana tematem.

– …i marzę, by zostać Billem Grossem kaczuszek.

– Chyba że Bill Gross jest już Billem Grossem kaczuszek – zauważa jego żona.

Nie tylko federalnych kaczuszek, pamiętajcie, lecz wszystkich emisji stanowych – z czasem ten bezwstydny miłośnik kompletności zapuścił się w głąb kuszących moczarów fanatyzmu filatelistycznego i teraz musi mieć absolutnie wszystko: serie limitowane, emisje kolekcjonerskie, znaczki podpisane przez autorów, wczesne odbitki, emisje gubernatorskie…

– Nowy Meksyk! Nowy Meksyk emitował kaczuszki tylko od dziewięćdziesiątego pierwszego do dziewięćdziesiątego czwartego roku, kończąc perłą w koronie wszystkich kaczuszek, nieśmiertelnie pięknym wizerunkiem lecącej cyraneczki, autorstwa Roberta Steinera. Udało mi się zdobyć bloczek tych znaczków…

– Któregoś dnia – oznajmia radośnie Gladys – zamierzam je wyjąć z klasera, polizać swoim zaślinionym językiem i nakleić na kopertę z rachunkiem za benzynę.

– W tej chwili poczta ich nie akceptuje, kochanie.

Czy można uratować to małżeństwo?

– Patrzysz na mój pierścionek? – W kadrze pojawia się kobieta w eleganckim beżowym kostiumie z lat osiemdziesiątych.

– Bardzo ładny… Ma w sobie coś znajomego.

– Nie wiem, czy jesteś fanką Dynastii, ale pamiętasz, jak Krystle musiała zastawić pierścionek? To kopia z cyrkonią o kwadratowym szlifie, pięćset sześćdziesiąt dolarów, oczywiście cena detaliczna, Irwin zawsze płaci ceny detaliczne, w naszym związku to on trzyma kasę, ja go tylko wspieram. Co roku zmusza mnie do kupowania takich rzeczy, po czym kupuję za duże sukienki, bo nie mam z kim porozmawiać.

– Nie słuchajcie jej, ma dwieście odcinków na kasetach Betamax. Nie macie pojęcia, kompletnie świruje na punkcie Dynastii, w połowie lat osiemdziesiątych nawet zmieniła sobie imię na Krystle. Mniej wyrozumiały mąż mógłby to uznać za dziwaczne.

Reg i Maxine docierają w końcu do mieszczącego się na statku kasyna, gdzie ludzie ubrani w źle dopasowane smokingi i suknie wieczorowe grają w ruletkę i bakarata, palą papierosa za papierosem, rozglądają się po sali i z ponurymi minami wymachują plikami fikcyjnych pieniędzy.

– Syndrom JB – wyjaśnia ktoś Maxine i Regowi. – Cierpią na wrodzony, trudny do zdiagnozowania zespół Jamesa Bonda. Są już specjalne grupy wsparcia. Nie ma tego jeszcze w oficjalnej klasyfikacji zaburzeń psychicznych, ale starają się, by ich wpisano, może w piątym wydaniu… Są zawsze mile widziani podczas naszych spotkań, głównie ze względu na stabilność, rozumiecie, o co mi chodzi…

Maxine nie rozumie, ale kupuje szton o wartości pięciu dolarów. Później odchodzi od stołu gry z wygraną, która – gdyby były to prawdziwe pieniądze – wystarczyłaby na krótką wycieczkę do sklepu Saks Fifth Avenue. Naturalnie pod warunkiem, że udałoby jej się wrócić z tego rejsu.

W którymś momencie pojawia się w obiektywie zaróżowiona od trunku twarz należąca do niejakiego Joela Wienera, co wydaje się dziwnym zrządzeniem losu.

– Tak, rozumiem, widzieliście mnie w telewizji, stałem się bardzo znany, prawda? Zostałem uniewinniony, już po raz trzeci, z następujących zarzutów…

Zaczyna snuć długą, epicką opowieść o niesprawiedliwości, w jakiś sposób związaną z nieruchomościami na Manhattanie, lecz Maxine nie jest w stanie zrozumieć wszystkich niuansów. Może szkoda, oszczędziłoby jej to późniejszych kłopotów.

Statek pełen ludzi z zaburzeniami borderline. W końcu Maxine i Reg spędzają kilka spokojnych minut na pokładzie, patrząc na Morze Karaibskie. Wszędzie dokoła wznoszą się kontenery, spiętrzone po cztery lub pięć, jeden na drugim. Jak w pewnych częściach Queens. Maxine jeszcze nie wcieliła się mentalnie w rolę turystki i odruchowo zastanawia się, ile z tych kontenerów to atrapy i jakie są szanse, że ktoś dokonuje w czasie tego rejsu oszustwa, fałszując stan zapasów.

Zauważa, że Reg w ogóle nie próbował jej sfilmować.

– Nie sądzę, że masz borderline. Myślałem, że należysz do personelu, że jesteś dyrektorem do spraw komunikacji społecznej lub kimś w tym rodzaju.

Maxine z zaskoczeniem spostrzega, że, ach, ostatni raz myślała o rozstaniu z Horstem przed godziną. Rozumie, że jeśli poruszy ten temat, Reg znowu uruchomi kamerę.

– Ci ludzie płacą ci za kręcenie tego filmu?

– Nie, hm, robię to wszystko na własny rachunek w nadziei, że coś zarobię.

Zgodnie z tradycją uczestnicy AMBOPEDII odwiedzają odległe rejony leżące na pograniczu, każdego roku inny. Wyprawy na zakupy do meksykańskich warsztatów maquiladora. Oddawanie się nałogowemu hazardowi w kasynie Stateline w Kalifornii. Orgie kulinarne w rejonie dawnej linii demarkacyjnej Masona-Dixona. Tym razem celem rejsu jest pogranicze między Haiti a Dominikaną, pełne melancholijnej karmy datującej się z czasów masakry Perejil, rzadko wspominanej w broszurach turystycznych. Kiedy Aristide Olt wpływa do malowniczej zatoki Manzanillo, szybko zaczyna się chaos. Po przycumowaniu frachtowca do nabrzeża w Pepillo Sacledo zainteresowani łowieniem wielkich ryb pasażerowie w podnieceniu wynajmują łodzie, by popłynąć na tarpony. Inni, jak Joel Wiener, mający obsesję na punkcie spekulacji nieruchomościami, odwiedzają miejscowe agencje i dają się wciągać w fantastyczne plany inwestycyjne, w których chciwość łączy się z pogardą dla jankesów.

Mieszkańcy wyspy mówią mieszanką dialektu kreolskiego i cibaeño. Na końcu nabrzeża szybko wyrosły stragany z pamiątkami, handlarze sprzedają yaniqueques i chimichurros, adepci voodoo i Santerii proponują sprzedaż zaklęć, pojawiają się dostawcy mamajuany, dominikańskiej viagry, oferowanej w olbrzymich szklanych słojach, w których widać obiekty przypominające kawałki drzew zamarynowane w czerwonym winie i rumie. Wisienką na torcie jest to, że każdy słój dominikańskiej mamajuany zawiera „haitańskie zaklęcie miłosne voodoo”. „Niewiarygodne!” – woła Reg. Dołączył wraz z Maxine do grupki ludzi, którzy zaczęli pić mamajuanę prosto ze słojów. Po jakimś czasie znajdują się kilka mil od miasta, w El Sueño Tropical, luksusowym hotelu, który wybudowano do połowy i chwilowo opuszczono. Joel Wiener chodzi po nim, kręcąc filmy wideo, a tymczasem reszta uczestników wycieczki biega, krzycząc, po korytarzach, huśta się na dziedzińcu na lianach, które wyrosły na dachu, ściga jaszczurki, flamingi i siebie nawzajem oraz figluje na zbutwiałych łożach małżeńskich.

Miłość, podniecająca i świeża, jak śpiewano w serialu Statek miłości. Heidi miała rację co do pieniędzy, jest to idealna wycieczka, choć później Maxine słabo pamięta szczegóły.

Chwyta pilota pamięci, wciska guzik PAUSE, potem STOP, a w końcu POWER OFF, uśmiechając się bez widocznego wysiłku.

– Szczególny rejs, Reg.

– Miałaś później kontakt z tymi ludźmi?

– Od czasu do czasu dostaję maile i w każde wakacje AMBOPEDIA prosi mnie o darowiznę. – Maxine spogląda na Rega znad krawędzi filiżanki. – Reg, czy my kiedykolwiek, hm…

– Nie sądzę. Spotykałem się głównie z Leptandrą z Indianapolis, a ty znikałaś z tym maniakiem nieruchomości.

– Joelem Wienerem. – Przerażona i zawstydzona Maxine spogląda w sufit.

– Nie zamierzałem poruszać tego tematu, przepraszam.

– Słyszałeś, że cofnęli mi licencję. Joel brał w tym udział, ale nie bezpośrednio. Tak naprawdę mimo woli zrobił dobry uczynek. W tej chwili mam tylu klientów, że mogę wybierać najciekawsze oferty. Z certyfikatem byłam świetna, a bez certyfikatu? Nikt nie potrafi mi się oprzeć. Możesz sobie wyobrazić, kto się do mnie zwraca, nie bierz tego do siebie.

Maxine domyśla się, że jedną z wielkich zalet rynkowych audytorki zajmującej się wyszukiwaniem oszustw i pozbawionej certyfikatu jest to, że może zdradzać sekrety zawodowe urzędników podatkowych i skarbowych, nie wspominając o ogólnej aurze upadku moralnego, gotowości do łamania prawa. Maxine spotykała członków sekt, którzy zostali usunięci ze wspólnoty, i przez pewien czas czuła lęk, że znajdzie się w podobnie kiepskiej sytuacji. Ale zaczęto o niej mówić i wkrótce agencja Znajdź i Zdemaskuj miała już mnóstwo klientów, więcej, niż mogła obsłużyć. Nowi klienci nie byli tak szacowni jak wtedy, gdy Maxine posiadała certyfikat. Podejrzane typy działające na pograniczu prawa, między nimi Joel Wiener, któremu Maxine, jak się okazało, pozwoliła na zbyt wielką swobodę.

Niestety, wymieniając liczne niesprawiedliwości, jakie go spotkały, Joel zapomniał wspomnieć o kilku ważnych szczegółach, jak zwyczaj zasiadania w zarządach towarzystw budowlanych, defraudacje powierzonych kwot, gdy pełnił funkcję skarbnika, a ponadto przegrany proces cywilny w Brooklynie, gdy żona oskarżyła go o nadużycia związane z obrotem nieruchomościami.

– To się jeszcze nie skończyło, trudno to wyjaśnić. – Maxine porusza palcami nad głową. – Intuicja. Zdradziłam Joelowi kilka zawodowych sztuczek. Pracownik skarbówki dorabiający jako doradca podatkowy robi to samo.

Jednak Maxine naruszyła w ten sposób kodeks etyczny audytorów. Od wielu lat stąpała po kruchym lodzie, naginając zasady do ostateczności, aż wreszcie tafla lodu nagle się załamała, choć wcześniej nie pojawiły się na niej żadne widoczne rysy. Mimo to komisja odpowiedzialności zawodowej dostrzegła konflikt interesów, nie jednostkowy przypadek, lecz zjawisko systemowe, chociaż dla Maxine był to tylko prosty wybór między przyjaźnią a ścisłym przestrzeganiem zasad.

– Przyjaźnią? – Reg jest zdziwiony. – Nawet go nie lubiłaś.

– Termin techniczny.

Druk, na którym przysłano zawiadomienie o cofnięciu certyfikatu, był bardzo wyszukany, ciekawszy od samej wiadomości, która sprowadzała się do krótkiego: „Spierdalaj!”. Maxine pozbawiono członkostwa Eighth Circle, ekskluzywnego klubu audytorów na Park Avenue, oraz poinformowano, że ma zwrócić kartę wstępu i uregulować zaległy rachunek w barze – podano jego wysokość. U dołu strony było jednak coś w rodzaju postscriptum o możliwości wniesienia odwołania. W kopercie znajdowały się formularze. Maxine uznała to za interesujące. Sprawa nie powędruje do archiwum, jeszcze nie. Zaniepokojona, po raz pierwszy zwróciła uwagę na pieczęć stowarzyszenia, na której widniała pochodnia płonąca tuż nad otwartą księgą. O co chodzi? Karty tej księgi, zapewne symbolizującej Prawo, mogą w każdej chwili się zapalić od płonącej pochodni, czyli Światła Prawdy? Czy ktoś usiłuje coś przekazać, czy płonące Prawo to straszliwa cena niezmiennej Prawdy…? Właśnie o to chodzi! Sekretny, zaszyfrowany komunikat anarchistów!

– Ciekawa myśl, Maxine. – Reg usiłuje jej przerwać. – I co, złożyłaś odwołanie?

Nie. Mijały dni i zawsze pojawiały się powody, by tego nie robić. Maxine nie stać było na opłacenie prawnika, procedura odwoławcza, podobnie jak w innych dziedzinach, mogła stanowić tylko działanie na pokaz, a poza tym koledzy, których szanowała, wykluczyli ją ze swojego grona – czy naprawdę chciała się znaleźć z powrotem wśród tych złośliwych drani? I tak dalej…

– Ci faceci są trochę nadwrażliwi – zauważa Reg.

– Nie winię ich. Chcą, żebyśmy byli nieprzekupni, działali jak atomowy zegar, któremu wszyscy ufamy, choć wokół panuje całkowity chaos.

– Powiedziałaś „my”.

– Certyfikat trafił do magazynu, ale ciągle wisi na ścianie gabinetu mojej duszy.

– Niezłe ziółko z ciebie.

– Pracuję nad serialem zatytułowanym Zły księgowy. Mam scenariusz pilota, chcesz przeczytać?

3

Przeszłość (no nie!) to jasne zaproszenie do nadużycia wina. Kiedy Maxine słyszy, że za Regiem zamykają się drzwi windy, idzie do lodówki. Gdzie w tym mrożonym chaosie jest pinot e-grigio?

– Wino się znowu skończyło, Daytono?

– To nie ja wypijam to gówno.

– Jasne, ty wolisz wysokoprocentowe wina.

– Oooch… Czy naprawdę potrzebuję dziś winoizmu?

– Hej, przestałaś pić, więc po prostu żartuję, co?

– Terapizm!

– Słucham?

– Myślisz, że Anonimowi Alkoholicy są od ciebie gorsi, zawsze tak uważałaś. Robisz sobie spa, leżysz z wodorostami na twarzy, różne takie gówna, i nawet nie wiesz, jak to jest… A ja ci mówię… – Dramatyczna pauza.

– Nie idziesz – wtrąca Maxine.

– Mówię, że to praca, dziewczyno.

– Och, Daytono, tak czy owak przepraszam.

I tak to biegnie do przodu, zwyczajny strumień emocji jak przepływ gotówki, pełen nieściągniętych wierzytelności i złych długów. Linia graniczna: „Nigdy, przenigdy nie zadawaj się z nikim z Jamajki. Oni myślą, że zielarz to facet, co dostarcza gandżę”.

– Miałam szczęście z Horstem – zauważa Maxine. – Ziele w ogóle na niego nie działało.

– Właśnie! Wszystko przez to żarcie białych, którym się opychacie, biały chleb, różne takie… – Parafrazuje Jimiego Hendrixa. – Majonez! Cały wasz mózg jest śmiertelnie biały!

Telefon cierpliwie mruga. Daytona wraca do pracy, a Maxine zostaje sama i zaczyna się zastanawiać, dlaczego rastafariańskie preferencje związane z narkotykami miałyby mieć coś wspólnego z Horstem. Chyba że ma umysł zaprzątnięty Horstem, ale tak nie jest. Od jakiegoś czasu prawie o nim nie myśli.

Horst. Produkt amerykańskiego Środkowego Zachodu, czwarte pokolenie osadników, wrażliwy jak silos zbożowy, fatalnie kuszący jak silnik Harley Knucklehead, niezbędny (Boże, dopomóż!) jak restauracja Maid-Rite, gdy pojawia się głód. Horst Loeffler do dziś dnia potrafi prawie bezbłędnie przewidywać, jak będą się kształtować ceny różnych towarów w różnych częściach świata, choć one same jeszcze o tym nie wiedzą. Dzięki temu już przed poznaniem Maxine zarobił mnóstwo pieniędzy, a potem cierpliwie je pomnażał, jednocześnie usiłując dotrzymać przyrzeczenia złożonego w wieku trzydziestu lat – by jak najszybciej je wydawać i imprezować do upadłego.

– A więc… alimenty są duże? – spytała Daytona w drugim dniu pracy.

– Nie ma żadnych.

– Co takiego? – Obrzuciła Maxine przeciągłym spojrzeniem.

– Mogę coś dla ciebie zrobić?

– To najbardziej zwariowana historia białej dziewczyny, jaką kiedykolwiek słyszałam.

– Postaraj się więcej słuchać.

– Nie lubiłaś imprez?

– Nie, skądże, całe życie to impreza, prawda, Daytono? To mi w Horście nie przeszkadzało, ale tak się złożyło, że małżeństwo również uważał za imprezę, i mieliśmy w tej kwestii inne poglądy.

– Nazywała się Jennifer, tak?

– Nie, Muriel.

W tym momencie – certyfikowany audytor specjalizujący się w wykrywaniu oszustw odruchowo szuka ukrytych schematów – Maxine zaczęła się zastanawiać… Czy Horst może mieć skłonność do kobiet o imionach kojarzących się z tanimi cygarami? Philippa „Philly” Blunt z Londynu, której stopę głaskał nogą pod stołem, albo kusząca azjatycka mediatorka o imieniu Roi-Tan w chińskiej sukience cheongsam, króciutko ostrzyżona…

– Nie zajmujmy się tym, Horst to historia.

– Aha.

– Dostałam mieszkanie, a on oczywiście chevroleta impalę z pięćdziesiątego dziewiątego roku, w idealnym stanie, i jakoś sobie radzę.

– Och, myślałam, że lodówkę.

Daytona to anioł potrafiący wszystko zrozumieć, podobnie jak Heidi, przyjaciółka Maxine. Kiedy po raz pierwszy zaczęły o tym rozmawiać, Maxine tyle jej opowiedziała, że sama się zawstydziła.

– Zatelefonował do mnie – oznajmiła Heidi, udając, że przypadkiem się wygadała.

W porządku.

– Co takiego, Horst? Zatelefonował…

– Chciał się umówić na randkę. – Oczy zbyt szerokie jak na całkowitą niewinność.

– Co mu powiedziałaś?

Półtorej sekundy ciszy, a potem:

– O mój Boże, Maxi, tak mi przykro…

– Ty? I Horst? – Z pozoru dziwaczne, ale nie bardzo, co Maxine uznała za dobry znak.

Heidi wydawała się wytrącona z równowagi.

– Niechaj mi Bóg wybaczy! Bez przerwy o tobie mówił.

– Aha. Ale?

– Był jakiś odległy.

– Na pewno myślał o trzymiesięcznej stopie LIBOR.

Chociaż rozmowa ciągnęła się do późna jak na dzień powszedni, Maxine nie uważa randki z Horstem za największy grzech Heidi. Niektóre jej wybryki ze szkoły średniej wydają się znacznie gorsze i Maxine ciągle je wspomina – pożyczanie i niezwracanie ubrań, zaproszenia na nieistniejące imprezy, randki z facetami, o których Heidi wiedziała, że są klinicznymi psychopatami. Mniej więcej. Kiedy z powodu wyczerpania przeniosły się gdzie indziej, Heidi mogła być nieco rozczarowana, że jej szaleństwa znalazły swoje naturalne miejsce wśród innych odcinków trwającego serialu domowego z udziałem Maxine, rozpoczętego dawno temu w Chicago, gdzie po raz pierwszy spotkała Horsta.

Maxine, siedząca przez całą noc nad jakimś audytem, znalazła się w gmachu Izby Handlowej, w barze Ceres Cafe, znanym z serwowania ogromnych drinków. O tej porze alkohol sprzedawano po obniżonych cenach. Wielkie nieba, wszystko miało w sobie coś irlandzkiego. Człowiek zamawiał „whisky z wodą sodową”, po czym otrzymywał gigantyczną szklankę whisky z kilkoma kostkami lodu, wielką butelkę wody sodowej oraz drugą szklankę, w której mógł sobie to wszystko mieszać. Maxine zaczęła się sprzeczać z jakimś miejscowym durniem na temat firmy Deloitte and Touche, a dureń, którym okazał się Horst, stale nazywał ją Louche & De Toilet. Po zakończeniu rozmowy Maxine nie była pewna, czy potrafi wstać i wrócić do hotelu, więc Horst uprzejmie odprowadził ją do taksówki i dał jej również swoją wizytówkę. Zanim zdążyła się wyleczyć z kaca, rozmawiał z nią przez telefon i grzecznie namawiał do zajęcia się pierwszą z wielu spraw, w których pojawiali się oszuści przyłapani na gorącym uczynku.

„Siostro, jestem w rozpaczy, nie mam do kogo się zwrócić”. Powtarzał podobne rzeczy i Maxine chwyciła przynętę, tak jak wiele razy później. Wzięła sprawę, która wymagała dość prostej inwentaryzacji aktywów i rutynowego zebrania zeznań. Prawie o niej zapomniała, aż pewnego dnia w „The New York Post” ukazał się artykuł pod krzyczącym nagłówkiem: S-S-SKANDAL! SERYJNA OSZUSTKA ZNOWU ATAKUJE! MĄŻ JEST ZDUMIONY.

– Piszą, że to szósta taka sprawa z jej udziałem – zauważa z namysłem Maxine.

– Wiemy tylko o sześciu. – Horst kiwa głową. – To nie twój problem, prawda?

– Wychodzi za nich za mąż, a potem…

– Małżeństwo służy niektórym ludziom. Musi być do czegoś potrzebne.

Oooch.

Po co tak naprawdę przytaczać listę? Maxine przyjmowała kolejne sprawy, ponieważ prosił ją Horst. Pieprzony Horst. Zajmowała się fałszerzami czeków, artystami zaokrągleń, dramatami wychodzenia na swoje, które sprawiały, że detektor zemsty Maxine wyskakiwał ze skali, prędzej czy później docierając do strefy wskazującej na działania o charakterze kryminalnym.

– Mam dla ciebie kolejną sprawę, jesteś Żydówką, prawda?

– A ty?

– Ja? Jestem luteraninem. Już nie wiem, jakiego rodzaju, bo to się ciągle zmienia.

– A moje korzenie religijne są ważne, ponieważ…

Sprawa Kashrutha w Brooklynie. Wygląda na to, że w dzielnicy działała grupa kanciarzy udających maszgijachów, czyli ludzi zajmujących się sprawdzaniem, czy potrawy są koszerne. Przeprowadzali niespodziewane „kontrole” różnych sklepów i restauracji, sprzedając ładnie wyglądające certyfikaty, które można było umieszczać w oknach lub na wystawach. Poza tym przetrząsali magazyny i przybijali na towarach fałszywe stemple, że towar jest koszerny, czyli kaszer. Wściekłe psy.

– To wygląda trochę jak zwykłe wymuszanie haraczu – mówi Maxine. – Ja się zajmuję analizą ksiąg rachunkowych.

– Myślałem, że będziesz się orientować, o co w tym chodzi.

– Zgłoś się do Meyera Lansky’ego, Nie, zaczekaj, on nie żyje.

A zatem… jakiś rodzaj luteranina, hm. Naturalnie jest stanowczo zbyt wcześnie, by pojawiły się problemy związane z umawianiem się na randki z szajgecem, ale fakt pozostaje faktem: Maxine spotyka się z człowiekiem, który wychował się w innej religii. Później, gdy ich znajomość nabrała romantycznego charakteru, Horst zaczął wspominać o przejściu na judaizm – zupełnie zwariowany pomysł, jak na niego. Cóż, słowo „Żyd” rymuje się ze słowem „wstyd”, jest w tym pewna doza ironii. W końcu Horst zdał sobie sprawę, że musiałby się nauczyć hebrajskiego i poddać obrzezaniu, co, jak należało się spodziewać, znacznie ostudziło jego zapał. Maxine była zadowolona. Jeśli to, że Żydzi nie propagują swojej religii, jest uniwersalnie przyjętą prawdą, Horst z pewnością był i pozostaje argumentem przemawiającym za takim stanem rzeczy.

W pewnym momencie zaproponował Maxine pracę w charakterze konsultantki.

– Naprawdę mógłbym wykorzystać twoje umiejętności.

– Hej, w każdej chwili! – Standardowa odpowiedź udzielona lekkim tonem, która jednak tym razem miała fatalne konsekwencje.

Później, po ślubie, Maxine zaczęła znacznie bardziej uważać na to, co mówi, aż wreszcie prawie przez cały czas milczała, a Horst siedział przy komputerze, ponuro prowadząc obliczenia za pomocą arkusza kalkulacyjnego, który znalazł na jakiejś stronie z tanimi programami. Nosił on nazwę Luvbux 6.9, a Horst dodawał ogromne sumy tylko po to, by Maxine się nie odzywała. Aby jeszcze bardziej się dręczyć, zaczął szacować, ile go kosztuje jedna minuta milczenia. Aaach! Rozkosze lenistwa!

– Wreszcie zdałam sobie sprawę, że gdybym narzekała dostatecznie długo, dałby mi absolutnie wszystko, czego bym chciała, bylebym tylko przestała gadać – zwierzyła się Heidi. – Wtedy, cóż, sama nie wiem, wszystko zrobiło się jakby mniej romantyczne.

– Lubisz kwękać, wszystko stało się dla ciebie za łatwe, rozumiem – zagruchała Heidi. – Horstem bardzo łatwo manipulować. Czasem przypomina wielkie, aleksytymiczne dziecko. Nigdy tego nie zauważałaś. Albo raczej…

– …zauważyłam za późno – włącza się Maxine. – Tak, Heidi, a jednak czasami prawie chciałabym, żeby w moim życiu znowu pojawił się ktoś tak gotowy spełniać wszystkie prośby.

– Ach, chcesz jego numer telefonu? Horsta?

– Masz go?

– Nie, eee… zamierzałam cię spytać.

Spoglądają na siebie, kręcąc głowami. Maxine nie potrzebuje lustra, by wiedzieć, że wyglądają jak dwie zdeprawowane staruszki. Nietypowa korekta, ich role są zwykle bardziej efektowne. W pewnym momencie ich znajomości, która wydaje się trwać wiecznie, Maxine zrozumiała, że to nie ona jest Księżniczką. Oczywiście Heidi również nią nie była, lecz Heidi nie miała o tym pojęcia, w gruncie rzeczy myślała, że jest Księżniczką, a ponadto z upływem lat uwierzyła, że Maxine to mniej atrakcyjna, zwariowana przyjaciółka Księżniczki. Cokolwiek się dzieje w danej chwili, Księżniczka Heidrofobia zawsze pełni rolę przywódcy, a lady Maxipad jest wygadaną subretką, dźwigającą ciężary, Praktycznym Duszkiem, który przychodzi, gdy Księżniczka śpi albo – co zdarza się częściej – jest czymś zajęta, i zabiera się do prawdziwej pracy, jaką należy wykonać w księstwie.

To, że obie mają wschodnioeuropejskie korzenie, mogło się okazać pomocne, ponieważ nawet w obecnych czasach istnieją na Upper West Side pewne tradycyjne linie podziału między różnymi grupami społeczności żydowskiej – może najmniej przyjemna z nich to podział na Żydów niemieckich i wschodnioeuropejskich. Znane są historie matek, które zabierały swoje niedawno poślubione córki do Meksyku, by uzyskać dla nich szybki rozwód z młodymi ludźmi mającymi przed sobą obiecujące kariery w brokerstwie lub medycynie bądź z olśniewająco przystojnymi idiotami tylko dlatego, że ich nazwiska pochodziły z niewłaściwych części diaspory. Coś w tym rodzaju przytrafiło się również Heidi, której nazwisko, Czornak, sprawia, że rozlegają się różne dzwonki alarmowe, choć nie w czasie wchodzenia do samolotu. W czasie tej afery Praktyczny Duszek działał jako mediator i agent finansowy, zmuszając Strubelów do zapłacenia znacznie większej kwoty, niż pierwotnie oferowali Heidi, by się uwolnić od małej polskiej kanciary. „Tak naprawdę galicyjskiej” – zauważyła Heidi. Maxine nie miała żadnych dylematów moralnych, ponieważ Evan Strubel okazał się kompletnym bucem, żyjącym w panicznym strachu przed matką, Helvetią, której nagłe pojawienie się w kostiumie marki St. John i w gderliwym humorze sprawiło, że Evan nie posunął się dalej w dobieraniu się do Maxine – stawiało to pod znakiem zapytania szczerość jego uczuć względem Heidi. Maxine nie podzieliła się z Heidi szczegółami perfidii młodego Strubela, ograniczając się do uwagi: „Myślę, że traktuje cię przede wszystkim jako sposób ucieczki z domu”. Heidi, ku zdziwieniu Maxine, w ogóle nie czuła się przygnębiona. Siedziały przy ogromnym stole kuchennym, licząc pieniądze Strubelów, jedząc lody i paplając. Od czasu do czasu, pod wpływem substancji chemicznych znoszących kontrolę nad emocjami, Heidi zaczynała się mazać: „Był miłością mojego życia, a ta zła bigotka zniszczyła nasze szczęście!”, na co Zwariowana Przyjaciółka odpowiadała dowcipnymi uwagami w rodzaju: „Nie martw się, dziewczyno, ona ma większe cycki”.

Sprawa wywarła pewien wpływ na życie duchowe Heidi. Pani Strubel, może mimochodem, wspomniała o możliwości meksykańskiego rozwodu, toteż Heidi zaczęła się uczyć hiszpańskiego – przywodziło to na myśl wysiłki Boba Barkera podczas finału konkursu Miss Universe. Sprawy językowe doprowadziły do innych kwestii. Dla Heidi ideałem Latynoski była Natalie Wood w West Side Story (1961). Maxine wielokrotnie, z coraz mniejszą cierpliwością, zwracała uwagę, że Natalie Wood, urodzona jako Natalia Nikołajewna Zacharenko, jest pochodzenia rosyjskiego, toteż jej akcent w filmie przypomina raczej rosyjski niż język rodowitych boricua, lecz nie robiło to żadnego wrażenia na Heidi.

Buc rozpoczął pracę jako stażysta na Wall Street i prawdopodobnie miał już w tej chwili za sobą wiele małżeństw. Heidi, zadowolona ze swojego statusu singielki, rozpoczęła karierę uniwersytecką i niedawno otrzymała stały etat w City College na wydziale popkultury.

– Wyciągnęłaś mi wtedy pieczeń z mikrofalówki. – Heidi mówi nieszczerym tonem. – Nie sądź, że nie będę ci dozgonnie wdzięczna.

– Jaki miałam wybór? Zawsze myślałaś, że jesteś kimś w rodzaju Grace Kelly.

– Cóż, jestem.

– Nie zawodową Grace Kelly, tylko, ściśle biorąc, Grace Kelly z filmu Okno na podwórze – zauważa Maxine. – W czasach, gdy lubiłyśmy obserwować okna po drugiej stronie ulicy.

– Jesteś tego pewna? Wiesz, kim się od tego stajesz.

– Thelmą Ritter, tak, ale może nie. Myślałam, że jestem jak Wendell Corey.

Złośliwe dowcipy nastolatek. Jeśli istnieją nawiedzone domy, mogą również istnieć apartamentowce mające złą karmę, a przy jednym z nich, o nazwie Deseret, Dakota Apartments wygląda jak Holiday Inn. Maxine zawsze, odkąd pamięta, miała obsesję na punkcie tego budynku. Wychowała się na ulicy, przy której ciągle wznosi się on ponad całą dzielnicą, usiłując udawać jeden z wielu nudnych apartamentowców na Upper West Side. Jest kwadratowy, ma dwanaście kondygnacji i mnóstwo złowrogich dodatków – spiralne schody przeciwpożarowe na każdym rogu, wieżyczki, balkony, gargulce, pokryte łuską wężowe stwory z żeliwa nad wejściami i oknami. Na środkowym dziedzińcu znajduje się ozdobna fontanna, otoczona kolistym podjazdem, na którym mogłoby się zmieścić kilka wielkich limuzyn, a ponadto jeden lub dwa rolls-royce’y. Ekipy filmowe kręcą tu filmy fabularne, reklamy, seriale, oświetlają potężnymi reflektorami nienasyconą paszczę bramy wjazdowej, całymi nocami nie pozwalają spać ludziom na sąsiednich ulicach. Chociaż Ziggy utrzymuje, że mieszka tam jeden z jego szkolnych kolegów, Maxine obraca się w zupełnie innych sferach społecznych – za zwykłą kawalerkę w Deseret trzeba zapłacić ponad trzysta tysięcy dolarów.

W szkole średniej Maxine i Heidi kupiły kiedyś na Canal Street tanią lornetkę i czatowały w sypialni Maxine, czasami do samego rana, czekając, aż coś się stanie. Każde pojawianie się ludzkiej sylwetki było wielkim wydarzeniem. Na początku Maxine uważała to za romantyczne – niezwiązane ze sobą życie różnych ludzi, toczące się równolegle – ale później jej stosunek do Deseret stał się bardziej gotycki. Inne budynki mogły być nawiedzane przez duchy, ale ten wydawał się żywym trupem, kamiennym zombie, wstającym z grobu po zapadnięciu nocy, krążącym po mieście i zajmującym się swoimi tajemnymi sprawami.

Dziewczęta wymyślały plany, jak się tam wślizgnąć – zamierzały podejść do bramy z torbami Chanel, ubrane w eleganckie sukienki ze sklepów z używaną odzieżą na East Side, ale wszystko skończyło się na długim, lubieżnym spojrzeniu irlandzkiego portiera, który zerknął na grafik, popatrzył z góry na Maxine i Heidi, po czym rzekł, wymownie wzruszając ramionami:

– Nie wpuszczamy nikogo bez zaproszenia. Powinnyście rozumieć, o co mi chodzi.

Później pożegnał je zirytowanym tonem i brama się zamknęła. Kiedy Irlandczycy się nie uśmiechają, trzeba wymyślić lepszą historyjkę lub postarać się o dobre buty do biegania.

Deseret był zamknięty dla ludzi z zewnątrz aż do lat osiemdziesiątych, gdy zapanowała moda na fitness i administratorzy gmachu uznali, że basen na najwyższym piętrze może zostać otwarty dla gości, co przyniesie dodatkowy zysk. Dzięki temu Maxine po raz pierwszy pojechała na górę, chociaż jako członkini klubu, osoba z zewnątrz, musiała korzystać z wejścia od tyłu i windy towarowej. Heidi nie chciała mieć nic wspólnego z Deseret.

– To przeklęte miejsce. Zauważyłaś, jak wcześnie zamykają basen? Nikt nie chce tam przebywać w nocy.

– Może dyrekcja nie chce płacić pracownikom za nadgodziny?

– Podobno Deseret należy do mafii.

– Właściwie której mafii, Heidi? Jakie to ma znaczenie?

Później się okazało, że ogromne.

4

Późnym popołudniem Maxine jest umówiona ze swoim emoterapeutą, który podobnie jak Horst uważa milczenie za jedno z najcenniejszych dóbr świata, choć może w inny sposób. Shawn pracuje w wynajętym apartamencie w pobliżu Holland Tunnel. Jego biografia w internecie wspomina niejasno o wędrówkach w Himalajach i wygnaniu z przyczyn politycznych. Chociaż Shawn twierdzi, że poznał starożytną mądrość przekraczającą granice ludzkiego pojmowania, pięciominutowe śledztwo ujawnia, że jego jedyna podróż na wschód miała miejsce kilka lat temu, gdy pojechał autobusem linii Greyhound z południowej Kalifornii, skąd pochodzi, do Nowego Jorku. Wcześniej zrezygnował z nauki w gimnazjum Leuzingera, po czym zaczął z zapałem uprawiać surfing i doznał wielu urazów głowy, bijąc na kilku plażach rekordy w liczbie upadków z deski. Jego najbliższe związki z Tybetem to obejrzenie w telewizji filmu Kundun Martina Scorsese (1997). To, że może płacić ogromny czynsz za wynajem swojego studia i trzyma w szafie dwanaście identycznych czarnych garniturów od Armaniego, świadczy nie o jego duchowej autentyczności, lecz o łatwowierności nowojorczyków, których stać na jego stawki.

Od dwóch tygodni Maxine przychodzi na sesje i widzi, że jej młody guru jest coraz bardziej przygnębiony wieściami z Afganistanu. Pomimo błagalnych apeli napływających z różnych krajów talibowie przez miesiąc wysadzali w powietrze i wielokrotnie ostrzeliwali z dział dwa najwyższe posągi Buddy na świecie, wykute w piątym wieku naszej ery w ścianie skalnej z piaskowca w pobliżu Bamianu, aż w końcu zmieniły się w kupy gruzu.

– Pieprzeni mułłowie – mówi Shawn. – „Obraza islamu”, więc trzeba je wysadzić. To ich recepta na wszystkie problemy.

– Czy gdzieś nie jest napisane, że jeśli Budda stoi na czyjejś drodze do oświecenia, wolno go zabić? – pyta łagodnie Maxine.

– Jasne, jak ktoś jest buddystą. To wahhabici. Udają, że chodzi o kwestie duchowe, ale tak naprawdę to czysta polityka, nie mogą się pogodzić z istnieniem konkurencji.

– Przepraszam, Shawn, ale czy nie powinieneś się wznieść ponad takie sprawy?

– Cóż, może jestem za bardzo zaangażowany. Zastanów się: wystarczy tylko przypadkowe uderzenie w spację na klawiaturze i „islam” zmienia się w I slam, trzaskam.

– To prowokuje do myślenia, Shawn.

Emoterapeuta zerka na zegarek marki TAG Heuer na swoim nadgarstku.

– Nie miałabyś nic przeciwko temu, gdybyśmy skończyli dziś trochę wcześniej? Maraton The Brady Bunch, rozumiesz…

Shawn uwielbia powtórki znanego sitcomu z lat siedemdziesiątych, co wywołuje komentarze wszystkich jego klientów. Potrafi krytycznie analizować niektóre odcinki, jakby były sutrami, i szczególnie lubi trzy części poświęcone rodzinnej podróży na Hawaje – tiki przynoszące pecha, fatalna przygoda Grega, kamea niezrównoważonego archeologa Vincenta Price’a…

– Zawsze bardziej lubiłam odcinek The New Jan Brady – nieostrożnie przyznała kiedyś Maxine.

– Ciekawe, Maxine. Chciałabyś o tym porozmawiać? – Shawn się rozpromienia i patrzy na nią z pustym, może typowo kalifornijskim uśmiechem, sugerującym, że kosmos to żart, którego nikt nie rozumie.

W takich chwilach Maxine kipi z wściekłości i ma ochotę zrobić coś zupełnie sprzecznego z buddyzmem. Nie chce powiedzieć „nadęty dureń”, ale sądzi, że gdyby ktoś umieścił w uchu Shawna miernik ciśnienia opon samochodowych, wynik byłby zbliżony do prawidłowego.

Później, w szkole Kugelblitza, Ziggy idzie na trening krav magi z Nigelem i jego kolegą z ławki, Maxine odbiera Otisa i Fionę, którzy wkrótce zasiadają przed telewizorem w salonie, by obejrzeć The Aggro Hour, gdzie występują dwaj ulubieni superbohaterowie Otisa – Disrespect, odznaczający się olbrzymią posturą i sposobem bycia, który można by nazwać nadmiernie aktywnym, oraz Contaminator, w normalnym życiu chłopiec mający skłonność do obsesyjnej czystości, pięknie ścielący łóżko i sprzątający swój pokój. Kiedy Contaminator pełni służbę jako dowódca, staje się samotnym wojownikiem, zasypującym śmieciami nieprzyjemne agencje rządowe, chciwe korporacje, nawet całe kraje, których nikt nie lubi: zmienia bieg kanałów ściekowych, zalewa swoich przeciwników górami toksycznych odpadów. Wymierza w ten sposób poetycką sprawiedliwość. Albo, jak się wydaje Maxine, robi straszliwy bałagan.

Fiona znajduje się w wieku przejściowym, czasem jest nadmiernie aktywnym dzieckiem, a czasem nieprzewidywalnym nastolatkiem. Osiągnęła stan chwiejnej równowagi, który doprowadza Maxine do desperacji: nigdy nie można przewidzieć, kiedy dojdzie do następnego wybuchu.

– Jesteś pewna, że ten film nie jest dla ciebie zbyt brutalny? – pyta ojcowskim tonem Otis.

Fiona, której rodzice powinni się zastanowić nad wykupieniem ubezpieczenia od zawału, trzepoce rzęsami pokrytymi mascarą podkradzioną matce.

– Możesz mi mówić, kiedy mam nie patrzeć.

Maxine rozpoznaje dziewczęcą technikę polegającą na udawaniu, że każdy może mówić, co chce. Stawia przed Otisem i Fioną miskę dietetycznych cheetosów oraz dwie puszki soku bez dodatku cukru, po czym wychodzi z pokoju, życząc im dobrej zabawy.

„Te sukinsyny zaczynają mnie denerwować” – mruczy Disrespect, gdy zbliżają się wozy pancerne i helikoptery.

* * *

Ziggy wraca z treningu krav magi, jak zwykle otoczony mgiełką seksualnego niepokoju. Zakochał się w instruktorce, Emmie Levin, o której krążą plotki, że jest dawną funkcjonariuszką Mossadu. Podczas pierwszych zajęć Nigel, zbyt dobrze poinformowany i nieostrożny jak zawsze, spytał nagle:

– Czy była pani zawodowym zabójcą pracującym dla Mossadu, pani Levin?

– Mogłabym odpowiedzieć, że tak, ale potem musiałabym cię zabić. – Mówiła niskim, szyderczym, zmysłowym tonem. Kilku uczestnikom treningu opadły szczęki. – Nie, przykro mi, chłopcy, muszę was rozczarować, byłam po prostu analitykiem, pracowałam w biurze. Kiedy w dziewięćdziesiątym szóstym roku odszedł Szabtai Szawit, zrobiłam to samo.

– Przystojna, co? – pyta Maxine, nie mogąc się powstrzymać.

– Mamo, ona…

Mija trzydzieści długich sekund.

– Brak ci słów.

Jest również Naftali, były funkcjonariusz Mossadu, który zabiłby każdego, kto spojrzałby pożądliwie na Emmę, z wyjątkiem chłopca wchodzącego w okres dojrzewania i niepotrafiącego się opanować.

Dzwoni Vyrva, by powiedzieć, że wróci dopiero po kolacji. Na szczęście Fiony nie można nazwać wybrednym dzieckiem, w gruncie rzeczy je prawie wszystko.

Maxine kończy zmywać i zagląda do pokoju chłopców. Jest z nimi Fiona i wszyscy troje gapią się intensywnie w monitor – grają w strzelankę w miejskim pejzażu przypominającym Nowy Jork, mając do wyboru mnóstwo rodzajów broni.

– Co robicie? Co mówiłam na temat przemocy?

– Wyłączyliśmy plamy krwi, mamo. Wszystko jest okay. Popatrz.

Stukają w klawiaturę. Na ekranie pojawia się wnętrze sklepu podobnego do sieci Fairway, z wystawionymi świeżymi owocami.

– W porządku, obserwuj tę panią. – Chodnikiem zbliża się elegancka kobieta należąca do klasy średniej. – Stać ją na zrobienie zakupów, prawda?

– Pomyłka. Popatrz.

Kobieta zatrzymuje się przed lśniącymi w mdłym porannym świetle winogronami i bez żadnych oznak poczucia winy zaczyna je unosić za łodyżki i jeść. Przechodzi do śliwek i nektarynek, bierze i kilka z nich zjada, wsadza następne do torebki. Kontynuuje wczesny posiłek przy kolejnym stoisku, otwiera opakowania truskawek, borówek i malin, objada się nimi bez cienia wstydu. Sięga po banana.

– Co ty na to, mamo? Jest warta sto punktów, prawda?

– Rzeczywiście, jest żarłoczna, ale nie sądzę…

Za późno – na skraju ekranu pojawia się lufa pistoletu maszynowego Heckler & Koch UMP45, która obraca się i celuje w kradnącą kobietę. Rozlega się seria strzałów i kobieta znika. Nie zostaje po niej żaden ślad, nawet plama krwi na chodniku.

– Widzisz? Nie ma krwi, to gra bez przemocy.

– Przecież kradzież owoców nie jest karana śmiercią. A jeśli jakiś bezdomny…

– Na liście celów nie ma bezdomnych – zapewnia Fiona. – A także dzieci, niemowląt, psów, starych ludzi. Nigdy ich nie zabijamy. Celem są głównie zamożni ludzie z klasy średniej.

– Burmistrz Giuliani nazywa to problemami jakości życia – dodaje Ziggy.

– Jak się nazywa ta gra?

– „Gdyby spojrzenia mogły zabijać”.

– Nie miałam pojęcia, że złośliwi starcy piszą gry komputerowe.

– Zaprojektował ją Lucas, wspólnik mojego taty – mówi Fiona. – Twierdzi, że to jego życzenia walentynkowe dla Nowego Jorku.

– Testujemy dla niego wersję beta – wyjaśnia Ziggy.

– Popatrzcie w lewo! – mówi Otis. – Widzicie?

Na środku chodnika stoi mężczyzna w garniturze, z teczką w ręku. Krzyczy na dziecko, które wygląda na cztery, pięć lat. Wrzaski stają się coraz głośniejsze. „A jeśli nie będziesz grzeczny, poniesiesz konsekwencje!”. Dorosły unosi groźnie ręce. „Och, proszę, nie!”. Znów pojawia się lufa karabinu maszynowego i wrzeszczący mężczyzna znika, a oszołomione dziecko, ze łzami na policzkach, rozgląda się dokoła. Wynik w rogu ekranu wzrasta o pięćset punktów.

– Teraz chłopiec został sam na ulicy, wyświadczyliście mu piękną przysługę.

– Musimy tylko… – Fiona klika na dziecko i przenosi je do okienka z napisem: „Bezpieczne miejsce”. – Zabiorą go stąd godni zaufania członkowie rodziny – wyjaśnia. – Kupią mu pizzę i zawiozą do domu, po czym zacznie prowadzić beztroskie życie.

– Dobra – mówi Otis. – Wybierzmy się na wycieczkę.

Krążą po niewyczerpanych pokładach złości Nowego Jorku, rozstrzeliwują mężczyzn krzyczących do telefonów komórkowych, bezczelnych rowerzystów, matki wożące w wózkach bliźnięta, które są wystarczająco duże, by chodzić.

– Jeden za drugim, rozwalamy ich bez ostrzeżenia, ale nie tych, popatrz, idą obok siebie i nikt nie może się przecisnąć. Zaraz się tym zajmiemy.

Trach! Trach! Uśmiechnięte bliźnięta odlatują nad Nowym Jorkiem do izby dziecka. Przechodnie w większości nie zwracają uwagi na nagłe zniknięcia, z wyjątkiem ulicznych kaznodziei chrześcijańskich, którzy uważają, że to Porwanie Kościoła.

– Chłopcy… – Maxine jest zdumiona. – Nie miałam pojęcia… Zaczekajcie, co to takiego? – Zauważyła na przystanku autobusowym matkę z dziećmi, która chce się przepchnąć bez kolejki. Nikt nie protestuje. Na ratunek przybywa kobieta z karabinem maszynowym Heckler & Koch! – W porządku, jak to się robi?

Otis chętnie instruuje Maxine i już po chwili bezczelna suka nie żyje, a jej dzieci zostają przeniesione w bezpieczne miejsce.

– Nieźle, mamo, to tysiąc punktów.

– Zabawne. – Maxine spogląda na ekran, szukając następnej ofiary. – Przepraszam, zapomnijcie, że to powiedziałam.

Później Maxine stara się zinterpretować to pozytywnie i dochodzi do wniosku, że może jest to wirtualny sposób przyzwyczajania dzieci do zwalczania oszustw…

– Cześć, Vyrva, wejdź.

– Nie sądziłam, że tak się spóźnię. – Vyrva idzie dalej i zagląda do pokoju Ziggy’ego i Otisa. – Cześć, kochanie!

Fiona unosi wzrok, mruczy „Cześć, mamo!”, po czym znów zabiera się do mordowania yuppie.

– Och, patrz, zabijają nowojorczyków, jak fajnie! Oczywiście nie bierz tego do siebie.

– Fiono, jesteś taka dobra w tym… wirtualnym zabijaniu…

– Nie ma żadnej krwi, Lucas nie stworzył takiej opcji. Podobno jest zablokowana, ale moim zdaniem po prostu jej nie ma.

– A więc jest to strzelanka aprobowana przez matki? – pyta Maxine, starając się, by w jej głosie ani na twarzy nie pojawiła się oznaka potępienia.

– Właśnie tym sloganem będziemy się posługiwać w reklamach.

– Reklamujecie się w internecie?

– W ukrytej sieci. Reklamy są tam ciągle w powijakach. A Bob Barker nazwałby ceny „właściwymi”. – Vyrva wykonuje gest naśladujący cudzysłów, a jej warkoczyki kołyszą się do przodu i do tyłu.

Maxine wyjmuje z zamrażarki torebkę kawy ze sklepu sieci Fairway i wsypuje ziarna do młynka elektrycznego.