Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 384 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W samym środku zimy - Isabel Allende

Nowa powieść supergwiazdy literatury iberoamerykańskiej.

Niezwykła historia miłości dwojga ludzi, którzy myśleli, że w ich życiu zapanowała już zima.

W samym środku brooklyńskiej śnieżycy sześćdziesięcioletni Richard Bowmaster, profesor uniwersytecki, wjeżdża w bagażnik samochodu Evelyn Ortegi, młodej nielegalnej imigrantki z Gwatemali. To, co z początku wydawało się zaledwie drobnym wypadkiem, staje się czymś o wiele poważniejszym i niespodziewanym, z chwilą gdy Evelyn staje w progu domu profesora w poszukiwaniu pomocy. Zakłopotany całą sytuacją, w ząb nie rozumiejąc, co po hiszpańsku mówi dziewczyna, prosi o pomoc swoją lokatorkę, Lucię Maraz, sześćdziesięciodwuletnią Chilijkę, która przyjechała na jakiś czas do Stanów Zjednoczonych z serią gościnnych wykładów na tym samym uniwersytecie, na którym uczy Richard. Te zupełnie różne osoby wyruszają ku dramatycznej i niezwykłej przygodzie, która ma miejsce na współczesnym Brooklynie, lecz jej korzenie sięgają niedawnej przeszłości w Gwatemali, lat siedemdziesiątych w Chile i oraz osiemdziesiątych w Brazylii. To właśnie w przeszłości bohaterowie znajdują swoją wewnętrzną siłę. Dla Lucii i Richarda będzie to przede wszystkim nowa szansa na miłość.

Jedna z najbardziej osobistych powieści autorki.

W przeciągu roku od premiery powieść ukazała się w 14 krajach.

Opinie o ebooku W samym środku zimy - Isabel Allende

Fragment ebooka W samym środku zimy - Isabel Allende

Tytuł oryginału: Más allá del invierno

Projekt okładki i ilustracja: Anna Pol

Redakcja:Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Kamil Kowalski

© Isabel Allende, 2017All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Katarzyna Mojkowska

ISBN 978-83-287-1050-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Rogerowi Cukrasowi za niespodziewaną miłość

Dopiero w samym środku zimy odkryłem w sobie niezwyciężone lato

Powrót do Tipasy, Albert Camus

Lucía

Brooklyn

W grudniu 2015 roku zima wciąż kazała na siebie czekać. Nadeszło Boże Narodzenie, wokół pobrzmiewały irytujące dzwoneczki, a ludzie nadal chodzili w koszulkach z krótkimi rękawami i sandałach. Jedni cieszyli się z pomieszania pór roku, inni bali się globalnego ocieplenia, z okien zaś wyzierały sztuczne choinki spryskane srebrnym szronem, budząc zdumienie wiewiórek i ptaków. Trzy tygodnie po Nowym Roku, gdy wszyscy zapomnieli już, że zmienił się kalendarz, przyroda nagle się obudziła i otrząsnęła z jesiennej senności. O takiej burzy śnieżnej nie słyszano, odkąd sięgnąć pamięcią.

W suterenie na Prospect Heights, norze z cegieł i betonu z hałdą śniegu u wejścia, Lucía Maraz przeklinała ziąb. Jak wszyscy jej rodacy, patrzyła na świat ze stoickim spokojem: przywykła do trzęsień ziemi, powodzi, tsunami i politycznych kataklizmów. Jeśli przez jakiś czas nie wydarzało się żadne nieszczęście, zaczynała się niepokoić. Nie była jednak przygotowana na tę syberyjską zimę, która ni stąd, ni zowąd nawiedziła Brooklyn. Chilijskie śnieżyce nie wyściubiają nosa poza kordylierę andyjską, nawiedzają też dalekie południe, Ziemię Ognistą, gdzie kontynent kruszy się na wysepki wykrojone ostrzem południowego wiatru, lód łamie kości, a życie jest surowe. Lucía pochodziła z Santiago, niezasłużenie słynącego z łagodnego klimatu. Zimy są tam wilgotne i chłodne, a lata suche i skwarne. Miasto umościło się pomiędzy górami o jeżynowej barwie, które niekiedy witają dzień oprószone śniegiem. Wówczas w ich oślepiająco białych szczytach odbija się najczystsze światło na świecie. Niezwykle rzadko na miasto spada smutny blady pyłek, drobny jak popiół, lecz zanim zdoła pokryć bielą miejski pejzaż, już rozpada się w brudne błoto. Śnieg jest nieskazitelny jedynie w oddali.

W brooklińskiej kiepsko ogrzewanej klitce metr pod powierzchnią ziemi śnieżyca oznaczała koszmar. Oszronione szyby okienek nie przepuszczały światła i we wnętrzu panował mrok, łagodzony jedynie światłem zwisających z sufitu nagich żarówek. W mieszkaniu było tylko podstawowe wyposażenie: trochę rozklekotanych mebli z drugiej czy trzeciej ręki, w kuchni kilka garnków. Właściciel, Richard Bowmaster, nie dbał o wystrój ani wygodę.

Sypnęło w piątek. Wściekły wiatr smagał niemal opustoszałe ulice i zginał drzewa wpół. Wyginęły ptaki, które nie odleciały w cieplejsze strony ani nie poszukały sobie bezpiecznego schronienia, zmylone niecodzienną aurą poprzedniego miesiąca. Gdy przyszło do naprawiania szkód, śmieciarki wywoziły całe worki zamarzniętych wróbli. Tajemnicze papugi z brooklińskiego cmentarza dla odmiany przetrwały załamanie pogody. Trzy dni później jak gdyby nigdy nic wychynęły ze swoich kryjówek i pojawiły się między nagrobkami.

Reporterzy telewizyjni już od czwartku z grobową miną i rozemocjonowanym tonem, zarezerwowanym dla wiadomości o atakach terrorystycznych w odległych krajach, zapowiadali przewidywaną na następny dzień śnieżycę oraz kolejne nieszczęścia na weekend. W Nowym Jorku ogłoszono stan klęski żywiołowej, a dziekan wydziału, na którym pracowała Lucía, posłuchał ostrzeżeń i odwołał zajęcia. Zresztą i tak dotarcie na Manhattan stanowiłoby nie lada wyzwanie.

Korzystając z niespodziewanej wolności, ugotowała cazuelę levantamuertos, tradycyjną chilijską zupę, która podnosi na duchu w chwilach nieszczęścia i stawia na nogi w chorobie. Od czterech miesięcy, czyli odkąd przybyła do Stanów Zjednoczonych, Lucía jadała w stołówce studenckiej. Nie chciało jej się gotować, przyrządziła coś w domu zaledwie kilka razy, wiedziona nostalgią albo pragnąc ugościć znajomych. Teraz przygotowała esencjonalny, solidnie doprawiony wywar, obsmażyła cebulę i mięso, oddzielnie ugotowała włoszczyznę, ziemniaki i dynię, a na koniec dorzuciła ryż. Wykorzystała wszystkie garnki i nader skromna piwniczna kuchenka wyglądała jak po ataku bombowym, ale rezultat był tego wart. Poczucie samotności, które zwykle nawiedzało Lucíę bez uprzedzenia, niczym niespodziewany gość, a teraz ogarnęło ją, gdy tylko zaczęło wiać, udało się upchnąć do najgłębszego zakamarka świadomości.

Wieczorem jednak, gdy wiatr ryczał, wzbijając śnieżne wiry, i bezczelnie wciskał się w każdą szczelinę, poczuła dziecięcy strach. Wiedziała, że w swojej jaskini jest bezpieczna. Jej lęk przed żywiołem był niedorzeczny, nie istniał żaden powód, żeby zawracać głowę Richardowi, poza jednym: Bowmaster mieszkał piętro wyżej i tylko do niego mogła się zwrócić. Lucía tak bardzo zapragnęła usłyszeć ludzki głos, że o dziewiątej zadzwoniła do Richarda.

– Co porabiasz? – zapytała, starając się, żeby jej głos brzmiał normalnie.

– Gram na pianinie. Przeszkadza ci hałas?

– Pianina nie słyszę, tutaj na dole huczy, jakby właśnie był koniec świata. Czy to na Brooklynie normalne?

– Lucío, zimą od czasu do czasu bywa brzydka pogoda.

– Boję się.

– Czego?

– Niczego konkretnego. Po prostu się boję. Głupio mi cię prosić, żebyś zszedł i przez chwilę ze mną posiedział. Ugotowałam cazuelę, taką chilijską zupę.

– Wegetariańską?

– Nie. No nic, nieważne, Richardzie. Dobrej nocy.

– Dobranoc.

Golnęła sobie pisco i wsadziła głowę pod poduszkę. Źle spała, budziła się co pół godziny, dręczył ją wciąż ten sam sen: była rozbitkiem i unosiła się na powierzchni gęstej, kwaśnej substancji przypominającej jogurt.

W sobotę nawałnica ruszyła dalej swoim mroźnym szlakiem w stronę Atlantyku, ale na Brooklynie wciąż było brzydko, zimno i śnieżnie. Lucía nie miała ochoty wychodzić z domu. Wiele ulic pozostawało nadal nieprzejezdnych, choć do odśnieżania zabrano się już bladym świtem. Miała dużo czasu na czytanie i przygotowanie się do przyszłotygodniowych zajęć. Widziała w wiadomościach, że śnieżyca sieje spustoszenie wszędzie, gdzie tylko się pojawi. Cieszyła ją perspektywa spokojnego odpoczynku przy dobrej powieści. Później poprosi kogoś o odśnieżenie wejścia. Nie będzie z tym problemu, chłopaki z sąsiedztwa aż się rwą, żeby zarobić parę dolarów. Swoją drogą ma sporo szczęścia i całkiem jej tu dobrze, a ta niegościnna dziura na Prospect Heights koniec końców nie jest wcale taka zła.

Po południu, nieco znudzona przesiadywaniem w zamknięciu, podzieliła się zupą z Marcelem, pieskiem chihuahua, po czym zalegli razem pod stertą koców na nierównym materacu, żeby obejrzeć kilka odcinków serialu kryminalnego. W mieszkaniu panował ziąb i Lucía musiała włożyć wełnianą czapkę i rękawiczki. W pierwszych tygodniach pobytu w Stanach żałowała trochę, że zdecydowała się na wyjazd z Chile, gdzie przynajmniej mogła śmiać się po hiszpańsku. Pocieszała się wtedy, że wszystko się zmienia. Każde nieszczęście następnego dnia jest już zamierzchłą historią. I rzeczywiście: szybko okazało się, że podoba jej się w pracy, miała Marcela, nawiązała kilka przyjaźni na uniwersytecie i w sąsiedztwie, ludzie byli mili i wystarczyło, żeby odwiedziła trzy razy tę samą kawiarnię, a witali ją tam jak członka rodziny. Chilijskie wyobrażenie o jankesach jako ludziach oschłych było mitem. Jedynym dość oschłym człowiekiem, na jakiego natrafiła, był Richard Bowmaster, właściciel jej mieszkania. Cóż, do diabła z nim.

Richard dał jakieś grosze za ten duży dom z czerwonobrązowego piaskowca na Brooklynie, podobny setkom innych w tej dzielnicy. Odkupił go od przyjaciela, Argentyńczyka, który wyjechał do ojczyzny, żeby zarządzać niespodziewanie odziedziczoną fortuną. Kilka lat później ten sam dom, nieco bardziej zniszczony, był już wart ponad trzy miliony dolarów. Okolicę bowiem masowo najechały młode szczurki z Manhattanu, które wykupywały i odnawiały malownicze mieszkania, co doprowadziło do skandalicznego wzrostu cen. Wcześniej rządziły tu gangi, rozkwitała przestępczość, zwłaszcza handel narkotykami, i nikt nie ośmielał się łazić po nocy. Ale gdy osiedlił się tu Richard, było to już jedno z najbardziej pożądanych miejsc w kraju mimo kubłów na śmieci, rachitycznych drzew i zagraconych podwórek. Lucía w żartach radziła Bowmasterowi, żeby sprzedał ten zabytek o skrzypiących schodach i zepsutych drzwiach i wyjechał na którąś wyspę karaibską, żeby się zestarzeć jak król. Richard jednak był człowiekiem o ponurym usposobieniu, którego wrodzony pesymizm karmił się chłodem i niewygodą pięciu pustych sypialni, trzech nieużywanych łazienek, zamkniętego na trzy spusty strychu i parteru tak wysokiego, że trzeba było drabiny teleskopowej, żeby wymienić żarówki w żyrandolu.

Richard Bowmaster był przełożonym Lucíi na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie prowadziła gościnne wykłady zatrudniona na podstawie sześciomiesięcznego kontraktu. Pod koniec semestru będzie potrzebowała nowej pracy i mieszkania, dopóki nie podejmie decyzji, co robić dalej. Prędzej czy później wróci do Chile, by tam dożyć swych dni, ale na razie miała jeszcze sporo czasu, a odkąd jej córka Daniela zamieszkała w Miami – zajmowała się tam biologią morza, była zakochana i chyba zamierzała zostać na Florydzie – Lucíi nic nie ciągnęło do ojczyzny. Zamierzała dobrze wykorzystać te wszystkie lata, w których będzie jej dopisywać zdrowie, zanim pokona ją starość. Chciała mieszkać za granicą, bo tam wyzwania codziennego życia zmuszą do wysiłku jej umysł, a serce odnajdzie względny spokój. W Chile przytłaczał ją ciężar rutyny i ograniczeń. Czuła się tam skazana na samotne życie staruszki dręczonej złymi wspomnieniami, które nie miały już znaczenia. Na obczyźnie czekały ją jeszcze różne niespodzianki i widoki na przyszłość.

Przyjęła ofertę pracy w Centrum Studiów Latynoamerykańskich i Karaibskich, żeby na jakiś czas zmienić otoczenie i mieć bliżej do Danieli. A także dlatego, musiała to przyznać, że intrygował ją Richard. Dochodziła do siebie po zawodzie miłosnym i pomyślała, że romans z Richardem mógłby jej pomóc zapomnieć Juliana, jej ostatnią miłość. Po rozwodzie w 2010 roku związek z Julianem był jedynym, który coś dla niej znaczył. Lucía wiedziała już, jak trudno kobiecie w jej wieku znaleźć kochanka. Miała kilka przygód, o których nie warto nawet wspominać, aż pojawił się Richard. Znała go od ponad dziesięciu lat, z czasów, gdy była jeszcze mężatką, i już wtedy ją pociągał, chociaż nie potrafiłaby sprecyzować dlaczego. Różnili się charakterem, a poza sprawami naukowymi mieli ze sobą niewiele wspólnego. Sporadycznie wpadali na siebie na konferencjach, przez wiele godzin rozmawiali na temat jej i jego pracy, podtrzymywali regularną korespondencję. Richard był jak najdalszy od romantycznych porywów. Lucía zaś, choć z natury nie była kokietką, przy jakiejś okazji dyskretnie dała mu do zrozumienia, że jej się podoba. Wydawało jej się, że taki mężczyzna, zamyślony i nieśmiały, na pewno jest człowiekiem głębokim, poważnym i ma szlachetną duszę, a tej, której uda się zbliżyć do Richarda mimo jego niechęci do wszelkiej zażyłości, związek z nim wynagrodzi wszelkie trudy.

W wieku sześćdziesięciu dwóch lat Lucía najwidoczniej nie wyzbyła się jeszcze dziewczyńskich fantazji. Czuła sztywność w kolanach, miała pomarszczoną szyję, suchą skórę, obwisłe ramiona i coraz mniej smukłą talię. Brakowało jej samozaparcia, żeby walczyć ze skutkami upływu czasu w siłowni. Piersi nadal wyglądały młodo, ale one akurat nie były naturalne. Unikała oglądania siebie nagiej, o wiele lepiej czuła się w ubraniu. Wiedziała, w jakich kolorach i fasonach jej dobrze, i trzymała się ich rygorystycznie. Jej zakupy trwały najwyżej dwadzieścia minut, na ciuchy inne niż te, do których przywykła, nie zerkała nawet z ciekawości. Lustro, podobnie jak fotografie, uważała za swojego śmiertelnego wroga: pokazywało ją nieruchomą, ujawniało wszystkie defekty. Te, zdaniem Lucíi, nikły, kiedy się poruszała. Miała wrodzoną grację i gibkie ciało, zupełnie niezasłużenie, bo całkiem o nie nie dbała, była łakoma i leniwa niczym odaliska. Gdyby istniała na tym świecie jakakolwiek sprawiedliwość, byłaby po prostu otyła. Jej chorwaccy przodkowie, biedni, dzielni i prawdopodobnie cierpiący głód wieśniacy, przekazali jej w spadku dobry metabolizm. Na zdjęciu paszportowym, en face i bez uśmiechu, wyglądała jak sowiecka klawiszka. Tak mówiła w żartach jej córka. W rzeczywistości jej twarz o rysach umiejętnie podkreślonych makijażem była pełna wyrazu.

W zasadzie Lucía była zadowolona ze swojego wyglądu i nie zamierzała odmładzać się na siłę. Jej ciało się starzało, ale w duchu pozostała nastolatką. Nie umiała wyobrazić sobie samej siebie jako staruszki. Chciała żyć pełnią życia, a pragnienie to stawało się tym silniejsze, im mniej lat miała przed sobą. Wciąż żywiła mgliste złudzenie, że będzie jeszcze z mężczyzną. Tęskniła za seksem, romansowaniem i miłością. To pierwsze trafiało jej się od czasu do czasu, drugie było kwestią szczęścia, trzecie zaś to dar niebios, na który, zdaniem Danieli, nie powinna już liczyć.

Lucía mocno przeżyła rozstanie z Julianem, ale nigdy go nie żałowała. Pragnęła stabilizacji, a on, choć z siedemdziesiątką na karku, skakał z kwiatka na kwiatek niczym koliber. „To czego ty chcesz, mamo? Ślubu?”, ironizowała Daniela, entuzjastka wolnej miłości. Lucía nie myślała o ślubie, ale jej zdaniem prawdziwa bliskość z człowiekiem, którego rozpraszają inne kobiety, była niemożliwa. Chciałaby żyć z kimś, kogo kocha, cieszyć się zarówno udanym seksem, jak i poczuciem bezpieczeństwa. Chciałaby żyć z kimś, kto czuje to, co ona. Chciałaby być akceptowana taka, jaka jest, nie musieć niczego udawać, ale też poznać do głębi tę drugą osobę i zaakceptować ją bez zastrzeżeń. Chciałaby mieć kogoś, z kim spędzałaby niedzielne poranki w łóżku, czytając gazetę, kogo brałaby za rękę w kinie, z kim śmiałaby się z drobiazgów i prowadziła dyskusje światopoglądowe. Dawno już straciła zapał do przelotnych przygód.

Przywykła do własnej przestrzeni, spokoju i samotności. Doszła do wniosku, że trudno by jej było dzielić z kimś łóżko, łazienkę i szafę i że żaden mężczyzna nie zdołałby zaspokoić jej potrzeb. Gdy była młoda, wydawało jej się, że bez miłości jest niepełna, że brakuje jej czegoś istotnego. W wieku dojrzałym umiała docenić bogactwo własnego życia. Raz tylko przemknęło jej przez myśl, żeby z ciekawości skorzystać z portalu randkowego. Natychmiast zrezygnowała: Daniela namierzyłaby ją zapewne z Miami. Poza tym nie umiałaby zaprezentować się jako osoba w miarę atrakcyjna, nie uciekając się do kłamstwa. Podejrzewała zresztą, że to właśnie robią wszyscy inni: po prostu kłamią.

Mężczyźni, którzy pasowali do niej wiekiem, pragnęli kobiet dwadzieścia czy nawet trzydzieści lat młodszych. Nic dziwnego, ona również wolałaby spotykać się z młodym chłopakiem niż ze zniedołężniałym starcem. Według Danieli powinna zmienić orientację seksualną – we wspaniałych samotnych kobietach można było przebierać jak w ulęgałkach. Miały bogate życie wewnętrzne, zachowały doskonałą formę fizyczną i psychiczną. Na ogół były też znacznie bardziej interesujące niż większość wolnych mężczyzn po sześćdziesiątce, wdowców lub rozwodników, którzy chodzili po świecie. Lucía była jednak zdecydowanie heteroseksualna i na stare lata nie zamierzała tego zmieniać. Od czasu rozwodu zdarzyło jej się pójść do łóżka z jednym bądź drugim kolegą po kilku kieliszkach w klubie albo z kimś poznanym w podróży czy na przyjęciu. Nie były to przygody, o których warto by opowiadać, ale dzięki nim udało jej się przełamać w sobie opór, żeby rozebrać się przy mężczyźnie mimo widocznych blizn na piersiach. Jej dziewiczy biust godny młodej Namibijki wydawał się bytem niezależnym od reszty ciała, kpiną z anatomii.

Gdy otrzymała od Richarda propozycję pracy na uniwersytecie, ogarnęło ją podniecające pragnienie, by go uwieść. Cała ekscytacja ulotniła się jednak po pierwszym tygodniu mieszkania w jego piwnicy. To, że ciągle wpadali na siebie w pracy, na ulicy, w metrze i w drzwiach do domu, zamiast ich do siebie zbliżyć, przyniosło odwrotne skutki. Znikła gdzieś łącząca ich wcześniej zażyłość widoczna, kiedy spotykali się na międzynarodowych konferencjach i prowadzili korespondencję elektroniczną. Nie, zdecydowanie nie zanosiło się na romans z Richardem Bowmasterem. Wielka szkoda, bo wydawał się on człowiekiem spokojnym, solidnym, przy którym nie sposób było się nudzić. Lucía, starsza od niego o rok i osiem miesięcy, wciąż powtarzała, że to różnica wieku całkiem nieistotna, ale w skrytości ducha przyznawała, że jednak działa ona na jej niekorzyść. Czuła się ociężała i coraz mniejsza. Nie dość że, jak każdemu, z wiekiem kurczył się jej kręgosłup, to jeszcze nie mogła już nosić butów na zbyt wysokim obcasie, nie przewracając się na twarz. A wszyscy wokół niej nic, tylko rośli. Studenci wydawali się coraz wyżsi, wyrośnięci jak żyrafy i obojętni. Miała dosyć kontemplowania z dołu dziurek w nosie reszty ludzkości. O dziwo, Richardowi mijające lata tylko dodawały uroku roztargnionego profesora pochłoniętego zagadkami nauki.

Zgodnie z opisem, jaki Lucía zaprezentowała Danieli, Richard Bowmaster był średniego wzrostu, miał dość gęste włosy i ładne zęby jak na swój wiek, a oczy ni to szare, ni to zielone, zależnie od tego, jak padało światło na soczewki jego okularów oraz czy dokuczały mu akurat wrzody żołądka. Rzadko się uśmiechał bez wyraźnego powodu. Dołeczki w policzkach i rozwichrzone włosy nadawały mu młodzieńczy wygląd, choć idąc, patrzył pod nogi, objuczony książkami, zgarbiony pod ciężarem zmartwień. Lucía mogła się tylko domyślać, co go tak przytłacza. Wydawał się zdrowy, osiągnął szczyt kariery akademickiej, spodziewana emerytura zapewni mu wygodną starość. Jedynym obciążeniem ekonomicznym był dla niego ojciec, Joseph Bowmaster, mieszkający w domu opieki oddalonym o kwadrans jazdy samochodem, do którego Richard codziennie dzwonił i dwa razy w tygodniu jeździł w odwiedziny. Mężczyzna skończył dziewięćdziesiąt sześć lat i poruszał się na wózku inwalidzkim, ale miał ogień w sercu i umysł jasny jak mało kto. Spędzał czas na pisaniu listów do Baracka Obamy, w których udzielał mu rad.

Lucía podejrzewała, że za małomównością Richarda kryją się pokłady uprzejmości i gotowość do pomagania innym bez rozgłosu, od dyskretnej posługi w jadłodajni charytatywnej do spontanicznej opieki nad cmentarnymi papużkami. Z pewnością Richard zawdzięczał tę cechę charakteru silnemu przykładowi swojego ojca. Joseph nie zamierzał pozwalać synowi, żeby pędził życie, nie zajmując się żadną słuszną sprawą. Z początku Lucía próbowała znaleźć szczelinę, którą mogłaby wniknąć do świata Richarda, ale jako że nie żywiła entuzjazmu do pracy w jadłodajni charytatywnej ani do żadnego rodzaju papug, wciąż łączyła ich jedynie praca. Obojętność Richarda nie raniła jej, ponieważ ignorował on również względy wszystkich innych koleżanek oraz czeredy dziewcząt na uczelni. Przyczyna jego pustelniczego żywota była zagadką, może kryła się za tym jakaś ukrywana skrzętnie tajemnica, a może po prostu przeżył sześćdziesiąt lat, unikając wyzwań, schowany w swojej skorupie niczym pancernik.

A Lucía była dumna z dramatów swojej przeszłości i życzyła sobie ciekawej przyszłości. Z zasady nie ufała szczęściu, które uważała za trochę kiczowate. Wystarczało jej, jeśli wszystko było mniej więcej w porządku. Richard spędził dużo czasu w Brazylii i miał tam żonę. Lucía widziała kiedyś jej zdjęcie – przedstawiało ponętną młodą osobę. Wyglądało jednak na to, że nie podziałała na niego ani bujność tego kraju, ani zmysłowość tej kobiety. Pomimo swojej ekscentryczności Richard zawsze się Lucíi podobał. Opisując go córce, powiedziała, że ma lekką krew. Tak mówi się w Chile o ludziach, którzy wzbudzają miłość bez narzucania się ani bez wyraźnego powodu. „To dziwny facet, Danielo, zwróć uwagę choćby na to, że mieszka sam z czterema kotami. Jeszcze tego nie wie, ale kiedy wyjadę, to jemu przypadnie w udziale zajęcie się Marcelem”, dodała. Dobrze to sobie przemyślała. Ta decyzja rozdzierała jej serce, ale nie mogła włóczyć się po świecie, targając ze sobą starutkiego pieska chihuahua.

Richard

Brooklyn

Richard Bowmaster wracał wieczorem do domu rowerem, jeśli pozwalała na to pogoda, a jeśli nie, to metrem. Najpierw zajmował się czterema kotami, które wziął z Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, żeby wytępiły myszy. To było logiczne, pozbawione cienia sentymentalizmu posunięcie, lecz z czasem koty stały się jego nieodłącznymi towarzyszami. Gdy je odbierał, były wysterylizowane, zaszczepione, zaopatrzone w podskórne chipy, żeby dało się je zidentyfikować, gdyby mu kiedyś zwiały. Miały imiona, ale dla uproszczenia Richard ponumerował je sobie po portugalsku: Um, Dois, Três i Quatro. Karmił je i sprzątał im kuwetę, a później słuchał wiadomości, przygotowując sobie kolację na wielkim, wielofunkcyjnym kuchennym stole. Po jedzeniu przez chwilę grał na pianinie, czasem dla przyjemności, a czasem z poczucia obowiązku.

W teorii w jego domu było miejsce na każdą rzecz i każda rzecz była na swoim miejscu, ale w praktyce papiery, czasopisma i książki mnożyły się koszmarnie niczym króliki. Rano zawsze było ich więcej niż poprzedniego wieczoru, a czasem znikąd pojawiały się publikacje czy luźne kartki, których nigdy wcześniej nie widział, ba, nawet się nie domyślał, w jaki sposób się tutaj znalazły.

Wieczorami czytał, przygotowywał wykłady, poprawiał sprawdziany i pisał eseje o polityce. Swoją karierę akademicką zawdzięczał wytrwałości w prowadzeniu badań i publikowaniu ich wyników, mniej powołaniu do nauczania. Dlatego oddanie, jakie okazywali mu studenci nawet po zakończeniu studiów, wydawało mu się niewytłumaczalne. Komputer postawił w kuchni, drukarkę zaś na drugim piętrze w nieużywanym pokoju, gdzie jedynym meblem był stolik od maszyny do szycia. Szczęśliwie mieszkał sam i nie musiał się tłumaczyć z niebanalnego rozmieszczenia swoich sprzętów biurowych. Niewiele osób zrozumiałoby jego determinację w dokładaniu sobie wysiłku polegającego na wspinaniu się i schodzeniu po stromych schodach. Poza tym w ten sposób zmuszał się, żeby dwa razy pomyśleć, zanim wydrukuje jakąś bzdurę, a więc oszczędzał papier i tym samym okazywał szacunek drzewom niezbędnym do jego wyprodukowania.

Czasem podczas bezsennych nocy, kiedy nie udawało mu się oczarować pianina i klawisze grały, co im się żywnie podobało, oddawał się skrywanemu nałogowi uczenia się na pamięć oraz pisania wierszy. Do tego celu używał bardzo mało papieru: pisał odręcznie w szkolnych zeszytach w kratkę. Miał ich wiele, pełnych nieukończonych utworów. Do eleganckich, oprawnych w skórę notatników przepisywał swoje najlepsze wiersze. Planował je w przyszłości wygładzić, lecz ta przyszłość nigdy nie nadchodziła. Wizja ponownego czytania własnych utworów przyprawiała go o skurcze żołądka. Kiedyś uczył się japońskiego, żeby delektować się haiku w oryginale, potrafił je czytać ze zrozumieniem, ale wzbraniał się przed ich wygłaszaniem. Znał kilka języków. W dzieciństwie od rodziny ze strony matki nauczył się portugalskiego i udoskonalił go przy Anicie. Liznął trochę francuskiego z powodów sercowych i odrobinę hiszpańskiego z zawodowej konieczności. Jego pierwszą namiętnością, gdy miał dziewiętnaście lat, była o osiem lat starsza Francuzka poznana w nowojorskim barze, za którą pojechał do Paryża. Namiętność szybko zgasła, ale dla wygody mieszkali razem na poddaszu w Dzielnicy Łacińskiej wystarczająco długo, by opanował podstawy anatomii oraz języka, w którym mówił z barbarzyńskim akcentem. Jego hiszpański był książkowo-uliczny. W Nowym Jorku mieszkała cała masa Latynosów, ale imigranci rzadko rozumieli wymowę wyuczoną w Instytucie Berlitz. On również nie rozumiał, co mówili, poza tym, co konieczne, żeby złożyć zamówienie w restauracji. Wyglądało na to, że wszyscy kelnerzy w kraju byli hiszpańskojęzyczni.

W sobotę o świcie śnieżyca już ustała. Pozostawiła Brooklyn na poły zanurzony w białym puchu. Richard obudził się zły na siebie, że poprzedniego wieczoru zrobił Lucíi przykrość, lekceważąc jej kiepski nastrój. Wolałby siedzieć z nią, gdy wiatr i śnieg smagały dom. Dlaczego tak oschle uciął rozmowę? Bał się zakochać, unikał tej pułapki od dwudziestu pięciu lat. Nie zadawał sobie pytania, dlaczego wzbrania się przed miłością, ponieważ odpowiedź wydawała mu się oczywista: to była jego nieuchronna kara. Z czasem nabrał mnisich nawyków, osiągnął spokój wewnętrzny właściwy ludziom, którzy mieszkają i sypiają sami. Właściwie miał ochotę zejść do sutereny z termosem herbaty i dotrzymać Lucíi towarzystwa. Ciekawiło go, dlaczego kobieta, która w życiu przeszła niejeden dramat i wydawała się zahartowana, boi się jak mała dziewczynka. Powstrzymało go poczucie zagrożenia, jakby ulegając odruchowi, miał wkroczyć na ruchome piaski.

Teraz wciąż towarzyszyło mu wrażenie, że nadciąga niebezpieczeństwo. Nic nowego. Od czasu do czasu ogarniał go niczym nieuzasadniony niepokój; dlatego miał swoje zielone pastylki. W takich chwilach zapadał się w lodowate morze ciemności, a obok nie było nikogo, kto podałby mu rękę i wyciągnął go na powierzchnię. Te napady złowrogich przeczuć rozpoczęły się jeszcze w Brazylii, zaraził się nimi od Anity, która żyła w oczekiwaniu na znak z zaświatów. Nauczył się sobie z nimi radzić, ponieważ koszmarne wizje rzadko się ziszczały.

W radiu i telewizji ogłaszano, że należy pozostać w domu do czasu, aż ulice zostaną uprzątnięte. Manhattan był na wpół sparaliżowany, handel zamarł, ale już zaczynały kursować metro i autobusy. W innych stanach panowały gorsze warunki niż w Nowym Jorku, gospodarstwa uległy zniszczeniu, leżały powalone drzewa, całe dzielnice pozbawione były komunikacji miejskiej, a niektóre także gazu i prądu. Wystarczyło kilka godzin, by sąsiednie stany cofnęły się w czasie o stulecia. W porównaniu z tym Brooklyn miał szczęście.

Richard wyszedł, żeby odśnieżyć zaparkowany przed domem samochód, nim śnieg zamieni się w lód i będzie trzeba go zeskrobywać. Później nakarmił koty i zjadł na śniadanie to, co zawsze, owsiankę na mleku migdałowym z owocami. Następnie usiadł do pracy nad artykułem na temat kryzysu ekonomicznego i politycznego w Brazylii, który uwidoczniły i poddały międzynarodowej analizie zbliżające się igrzyska olimpijskie. Powinien sprawdzić pracę jednego ze studentów, ale odłożył to na potem. Miał przed sobą cały dzień.

Około trzeciej po południu Richard zauważył, że brakuje jednego z kotów. Kiedy był w domu, zwierzęta starały się trzymać blisko niego, choć ich relacja opierała się na wzajemnej obojętności. Tylko Dois, jedyna kotka, wykorzystywała każdą okazję, by wskoczyć mu na kolana i umościć się w oczekiwaniu na głaskanie. Samce były niezależne i od samego początku rozumiały, że ich powinnością jest łapanie myszy. Zakonotował, że Um i Quatro krążą niespokojnie po kuchni, a po Três nie ma śladu. Dois leżała wyciągnięta na stole obok komputera, w jednym ze swoich ulubionych miejsc.

Richard wyruszył na poszukiwania. Nawoływał kota gwizdaniem, ale tym razem zwierzę nie reagowało na znajomy dźwięk. Znalazł je na drugim piętrze, kot leżał na podłodze z różowawą pianą na pysku.

– No chodź, Três, wstawaj. Co ci jest, mały?

Udało mu się postawić go na łapach, ale kot zrobił kilka chwiejnych, pijackich kroków i się przewrócił. Wszędzie były ślady wymiocin. Kotom zdarzały się takie wypadki, nie zawsze dawały radę strawić kostki gryzoni. Richard zaniósł go do kuchni i na próżno próbował napoić wodą. Três wyprężył sztywno wszystkie cztery łapy i zaczęły nim wstrząsać konwulsje. Richard zorientował się, że to objawy zatrucia. Zrobił w myślach inwentaryzację wszystkich toksycznych substancji, jakie znajdowały się w domu; każda z nich była skrzętnie schowana. Wiele długich minut zajęło mu znalezienie winowajcy, odmrażacza rozlanego w kuchni pod zmywarką. Três bez wątpienia go lizał, obok kałuży widniały ślady łap. Richard był pewien, że dokładnie zamknął puszkę oraz drzwi do szafki, nie miał pojęcia, jak płyn mógł się rozlać, ale to nie była pora na takie rozważania. Należało jak najszybciej pomóc kotu. Odmrażacz to śmiertelna trucizna.

Ruch samochodowy dopuszczono tylko w wyjątkowych wypadkach, a to był niewątpliwie wyjątkowy wypadek. Richard znalazł w internecie adres najbliższej otwartej kliniki weterynaryjnej, którą, jak się okazało, już znał, zawinął zwierzaka w koc i ułożył go w samochodzie. Pogratulował sobie, że rano odśnieżył auto, gdyby nie to, nie zdołałby teraz wyjechać. Cieszył się też, że nieszczęście nie wydarzyło się dzień wcześniej, w samym środku zawieruchy, bo wtedy nie ruszyłby się z domu. Brooklyn przeistoczył się w miasto z Dalekiej Północy, nic, tylko biel i biel, kanty zaokrąglone od śniegu, puste, dziwnie spokojne ulice. Przyroda zdawała się przysypiać.

– Żeby ci nie przyszło do głowy umierać, Três, ja cię proszę. Jesteś kotem z ludu, masz bebechy z żelaza, trochę odmrażacza to pestka, dasz radę. – Richard podtrzymywał kota na duchu, mozolnie manewrując po śniegu, świadom, że każda stracona minuta zmniejsza szanse zwierzęcia. – Spokojnie, przyjacielu, wytrzymaj. Nie mogę dodać gazu, bo jeśli wpadniemy w poślizg, to mamy przerąbane. Zaraz będziemy, nie da się jechać szybciej, przepraszam…

Trasa, którą w zwykłych okolicznościach pokonywał w dwadzieścia minut, tym razem zajęła mu dwa razy tyle. Gdy wreszcie dotarł do kliniki, znów zaczął sypać śnieg, a kotem nadal wstrząsały konwulsje i zwierzak toczył z pyska różową pianę. Przyjęła go fachowa, oszczędna w słowach i gestach lekarka, która nie przejawiała optymizmu w kwestii kota ani nie okazała współczucia jego właścicielowi. To przez jego niedbalstwo doszło do wypadku, jak powiedziała do swojej asystentki ściszonym głosem, jednak wystarczająco wyraźnie, żeby Richard to usłyszał. Kiedy indziej zareagowałby na ten nieżyczliwy komentarz, ale ogarnęła go fala przykrych wspomnień. Milczał upokorzony. Nie pierwszy raz jego zaniedbanie miało tragiczne konsekwencje. Od tamtego czasu stał się tak ostrożny i zapobiegliwy, że często miał wrażenie, jakby szedł przez życie, stąpając po kruchym lodzie. Według lekarki pozostało tylko czekać. Wyniki badań krwi i moczu wykażą, czy w nerkach zaszły nieodwracalne zmiany, a jeśli tak, to zwierzęciu będzie trzeba zapewnić godny koniec, by zaoszczędzić mu cierpień. Kot powinien zostać na obserwacji; za kilka dni postawi ostateczną diagnozę, ale należy przygotować się na najgorsze. Richard pokiwał głową, był bliski łez. Ze ściśniętym sercem pożegnał Três, czując na karku surowe spojrzenie lekarki: zarazem oskarżenie jak i wyrok.

Recepcjonistka, dziewczyna o marchewkowych włosach i z kółkiem w nosie, ulitowała się nad nim, widząc jego roztrzęsienie, gdy podawał jej kartę kredytową, żeby wpłacić zaliczkę. Zapewniła, że zwierzak będzie miał dobrą opiekę, i wskazała automat do kawy. Richarda ogarnęła wdzięczność niewspółmierna do tak drobnego przejawu życzliwości i z najgłębszych pokładów jego wnętrza wyrwał się szloch. Gdyby go wcześniej zapytano, co czuje do swoich zwierząt, odparłby, że je karmi i sprząta im kuwety z obowiązku. Łączyły go z kotami zaledwie poprawne stosunki, może poza Dois, która domagała się pieszczot. I tyle. Nigdy nie wyobrażał sobie, że z czasem doceni te niesympatyczne koty, jakby należały do rodziny, której zresztą nie miał. Usiadł na krześle w poczekalni pod wyrozumiałym okiem recepcjonistki, żeby popić wodnistą gorzką kawą swoje dwie zielone tabletki na nerwy i jedną różową na nadkwasotę, aż wreszcie doszedł do siebie. Trzeba było wracać do domu.

Reflektory samochodu oświetlały opustoszały pejzaż pozbawionych życia ulic. Richard posuwał się powoli do przodu, próbując wyjrzeć za jasne półkole tuż za oszronioną szybą. Miasto wydawało mu się obce, przez chwilę podejrzewał, że się zgubił, chociaż już wcześniej jeździł tą trasą. Teraz czas się zatrzymał pośród szumu ogrzewania i przyspieszonego rytmu wybijanego przez wycieraczki. Richard odnosił wrażenie, jakby samochód lewitował w bawełnopodobnej przestrzeni, i oszałamiało go poczucie, że jest jedyną żywą duszą w porzuconym świecie. Jechał, gadając do siebie, a w głowie huczało mu od koszmarnych myśli o nieuniknionych katastrofach, zwłaszcza o jego własnym życiu. Ile jeszcze pociągnie i w jakiej kondycji? Jeśli dotrwa do starości, będzie miał raka prostaty. A jeśli pożyje jeszcze dłużej, jego mózg zamieni się w breję. Miał już tyle lat, że aż strach, nie lubił wyjeżdżać, był niewolnikiem wygód własnego domu, nie życzył sobie niespodzianek, bał się, że zachoruje i nikt nie znajdzie jego ciała przez wiele tygodni, a koty pożrą sporą część jego ciała. Wizja, że zastaną go w kałuży zaśmiardłych flaków, napawała go przerażeniem. Umówił się więc z sąsiadką, dojrzałą wdówką o żelaznym charakterze i sentymentalnym sercu, że będzie jej codziennie wieczorem wysyłał esemesa. Jeśli przez dwa dni by się nie odezwał, miała przyjść i rzucić okiem, co jest grane; dał jej w tym celu klucz do swojego mieszkania. Na wiadomość składały się zaledwie dwa słowa: „Jeszcze żyję”. Nie musiała mu odpisywać, ale jej również doskwierał ten sam niepokój, więc zawsze odpowiadała trzema słowami: „Cholera, ja też”. Straszniejsza od śmierci była jednak wizja wieczności. Martwy na zawsze, co za koszmar.

Richard się zaniepokoił; znów formowała się wokół niego chmura złych przeczuć. Zwykle w takich sytuacjach sprawdzał sobie puls i albo go wcale nie wyczuwał, albo miał bardzo przyspieszone tętno. Kilka razy doświadczył napadów paniki tak podobnych do ataku serca, że lądował w szpitalu, lecz w ostatnich latach nie powracały, co zawdzięczał zielonym tabletkom oraz temu, że nauczył się nad sobą panować. Wyobrażał sobie, że unoszący się nad jego głową czarny cumulus przecinają potężne promienie światła, takie jak na świętych obrazkach. Dzięki tej wizji oraz kilku ćwiczeniom oddechowym udawało mu się rozwiewać chmurę. Tym razem jednak nie musiał uciekać się do tej metody. Działo się z nim coś zupełnie nowego: oglądał siebie z daleka, jak na filmie, którego nie był bohaterem, tylko widzem.

Od wielu lat żył w perfekcyjnie kontrolowanym środowisku, w którym nic go nie mogło zaskoczyć, ale nie zapomniał całkiem, jak fascynujące bywały przygody z jego młodości, na przykład szalona miłość do Anity. Uśmiechnął się na tę myśl. Trudno było nazwać przygodą pokonanie autem kilku przecznic na Brooklynie, nawet przy kiepskiej pogodzie. Nagle uświadomił sobie wyraźnie, jak marna i pełna ograniczeń stała się jego egzystencja, i ogarnęła go trwoga. Przeraził się, że tak wiele lat stracił, zapadłszy się w sobie; że czas pędzi tak prędko ku starości i śmierci. Okulary zasnuły mu krople potu albo i łez, więc zsunął je z nosa i wytarł rękawem. Ściemniało się i widoczność była fatalna. Richard lewą ręką kurczowo trzymał kierownicę, a prawą próbował z powrotem założyć szkła, lecz zahaczył o rękawiczki. Okulary spadły i wylądowały między pedałami. Mężczyźnie wyrwało się siarczyste przekleństwo.

Na krótką chwilę odwrócił wzrok od drogi, macając podłogę w poszukiwaniu okularów. Nagle jadący przed nim zagubiony w śnieżycy biały samochód zahamował na skrzyżowaniu. Richard wjechał w niego od tyłu. Uderzenie było tak niespodziewane i potężne, że na ułamek sekundy stracił świadomość. Szybko ocknął się z tym samym co wcześniej poczuciem, że znajduje się poza swoim ciałem. Serce dudniło mu w piersi, oblał się potem, skóra go parzyła, a koszula lepiła mu się do pleców. Czuł fizyczny dyskomfort, lecz jego umysł unosił się w innej przestrzeni, oddzielonej od tego, co się działo. Mężczyzna z filmu wciąż siedział w samochodzie i wypluwał z siebie przekleństwa, on zaś, widz znajdujący się w innym wymiarze, chłodno i obojętnie oceniał to, co się wydarzyło. To była tylko drobna stłuczka, miał co do tego pewność. Oba auta jechały bardzo powoli. Powinien sięgnąć po okulary, wysiąść i jak cywilizowany człowiek stawić czoło drugiemu kierowcy. W końcu od czego są ubezpieczenia?

Gramoląc się z auta, poślizgnął się na oblodzonym chodniku i byłby upadł do tyłu, gdyby nie chwycił się kurczowo drzwiczek. Zauważył, że chociaż zahamował, jego samochód też był rozbity, bo zanim się zatrzymał, zdołał przejechać jeszcze dwa czy trzy metry. Lexus SC oberwał z tyłu i siła uderzenia popchnęła go do przodu. Powłócząc nogami i walcząc z wiatrem, Richard przemierzył niewielką odległość dzielącą go od kierowcy, który również wysiadł z samochodu. Na pierwszy rzut oka ten ktoś wydał mu się zbyt młody, by w ogóle mieć prawo jazdy. Podszedł bliżej i ujrzał drobniutką dziewczynę. Miała na sobie spodnie, czarne kalosze i za dużą, wiszącą na niej parkę. Głowę zakrywał jej kaptur.

– To moja wina. Przepraszam, nie zobaczyłem pani. Moje ubezpieczenie pokryje szkody – powiedział Richard.

Dziewczyna rzuciła okiem na rozbity reflektor i wgnieciony uchylony bagażnik. Bezskutecznie starała się go zamknąć, podczas gdy Richard powtarzał jej, że ma ubezpieczenie.

– Jeśli pani chce, wezwiemy policję, ale to nie jest konieczne. Proszę wziąć moją wizytówkę, łatwo mnie pani znajdzie.

Wydawała się go nie słyszeć. Wyraźnie zdenerwowana okładała pięściami pokrywę bagażnika, aż dotarło do niej, że nie da rady jej domknąć. Podbiegła do przednich drzwi tak szybko, jak tylko pozwalały podmuchy wiatru, za nią zaś ruszył Richard, proponując natarczywie, że poda jej swoje dane. Dziewczyna wpakowała się do lexusa, nawet na niego nie spojrzawszy, ale gdy już wciskała gaz, wrzucił jej przez okno swoją wizytówkę. Nie domknęła drzwiczek i trąciła nimi Richarda, aż usiadł na ulicy. Samochód zniknął za rogiem. Richard z trudem się pozbierał, masując obtłuczone ramię. Doszedł do wniosku, że to był koszmarny dzień i teraz już tylko brakuje, żeby umarł mu kot.

Lucía, Richard, Evelyn

Brooklyn

Normalnie o tej porze Richard Bowmaster leżałby w łóżku z mruczącą Dois wtuloną w jego bok i liczyłby owieczki, chcąc szybciej zasnąć, by wstać o piątej rano i pójść na siłownię. Nieszczęsne wydarzenia tego dnia wpędziły go jednak w tak podły nastrój, że szykował się na koszmarną bezsenną noc. Wgapiał się teraz w telewizor, to miało oczyścić jego umysł. Natrafił właśnie na scenę łóżkową, obowiązkową w każdym filmie, i obserwował desperackie zmagania reżysera ze scenariuszem oraz zapasy aktorów próbujących rozgrzać widzów mało wyszukanym seksem, który tylko zaburzał tempo akcji.

– Cholera, no pokażcie już, co było dalej – warknął do ekranu, tęskniąc do czasów, kiedy w filmach sceny miłosne sugerowano, zamykając dyskretnie drzwi, gasząc lampkę lub pokazując papierosa samotnie dopalającego się w popielniczce.

Aż podskoczył na dźwięk dzwonka u drzwi. Spojrzał na zegarek, była za dwadzieścia dziesiąta. Nawet świadkowie Jehowy, którzy od kilku tygodni krążyli po dzielnicy w poszukiwaniu chętnych do nawrócenia, nie ośmielali się głosić swojej wiary tak późno. Zaskoczony podszedł do drzwi, nie zapalając światła przy wejściu, i zerknął przez okienko, ale dostrzegł jedynie stojącą w ciemności sylwetkę. Już miał się wycofać, gdy dzwonek rozległ się ponownie. Znów podskoczył, odruchowo zapalił lampę i otworzył drzwi.

Oświetlona słabą żarówką, z czarną nocą za plecami, w wejściu stała dziewczyna w parce. Richard rozpoznał ją natychmiast. Przygarbiona, z głową wtuloną między ramiona i twarzą zakrytą kapturem wydawała się jeszcze mniejsza niż parę godzin temu na ulicy. Richard wymamrotał pytające: „Tak?”, a ona podała mu wizytówkę, którą wrzucił jej do samochodu. Widniało na niej jego nazwisko, stanowisko na uniwersytecie oraz adresy pracy i zamieszkania. Przez całą minutę, która trwała wieczność, stał z kartonikiem w dłoni, nie wiedząc, co zrobić. W końcu, czując, jak wiatr zawiewa śnieg do domu, odsunął się na bok i gestem zaprosił dziewczynę do środka. Zamknął za nią drzwi, po czym znów się jej przyjrzał.

– Nie musiała pani tutaj przychodzić. Trzeba zadzwonić bezpośrednio do zakładu ubezpieczeniowego… – bąknął.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Tkwiła w wejściu, nie patrząc mu w oczy, niczym uparty gość z zaświatów. Richard powtórzył, że powinna załatwić tę sprawę z zakładem ubezpieczeń, ale ona nie reagowała.

– Mówi pani po angielsku? – zapytał w końcu.

Znów na kilka sekund zapadła cisza. Richard powtórzył to samo po hiszpańsku, po wzroście dziewczyny wnioskując, że prawdopodobnie pochodzi z Ameryki Środkowej, chociaż mogła być również Azjatką. Wymamrotała w odpowiedzi coś, co dźwiękiem przypominało monotonne kapanie. Richard postanowił zaprosić ją do kuchni, gdzie było jaśniej, z nadzieją, że tam uda im się porozumieć. Dziewczyna uparcie wpatrywała się w podłogę i stąpała za nim krok w krok, jakby balansując na obluzowanej linie. Richard odsunął na bok leżące na kuchennym stole papiery i wskazał stołek.

– Bardzo mi przykro, że wjechałem w pani samochód. Mam nadzieję, że nic się pani nie stało – powiedział.

Wobec braku reakcji przełożył swój komentarz na łamaną hiszpańszczyznę. Pokręciła głową. Richard nadal na próżno próbował się z nią dogadać. Nie rozumiał, dlaczego nawiedza go w domu o tej porze. Wyglądała na przerażoną, pomyślał więc, że może przed czymś lub przed kimś ucieka.

– Jak się pani nazywa? – zapytał.

W wielkich bólach, walcząc z każdą sylabą, zdołała wydusić swoje nazwisko: Evelyn Ortega. Richard poczuł, że sytuacja go przerasta. Pilnie potrzebował pomocy w pozbyciu się nieproszonego gościa. Wiele godzin później, kiedy mógł wreszcie przeanalizować te wydarzenia, zaskoczyło go, że jedyną osobą, która przyszła mu na myśl, była Chilijka z piwnicy. Odkąd się poznali, ta kobieta nie raz udowodniła swój talent naukowy, nie było jednak powodu, by sądzić, że da sobie radę z tak niecodzienną sytuacją jak ta.

Dzwonek telefonu, który rozległ się o dziesiątej wieczorem, zaskoczył Lucíę Maraz. O tej porze mogła do niej dzwonić tylko Daniela. Okazało się jednak, że to Richard. Prosił, żeby pilnie przyszła do niego na górę. Lucía po całym dniu szczękania zębami dopiero co wpełzła do ciepłego łóżka i ani myślała je opuszczać na rozkaz mężczyzny, który zmuszał ją do mieszkania w igloo, a poprzedniego wieczoru nie pofatygował się, by dotrzymać jej towarzystwa. Z piwnicy nie było bezpośredniego przejścia do reszty domu, musiałaby więc się ubrać, odśnieżyć wejście i wdrapać się po dwunastu śliskich stopniach. Richard nie był wart takiego wysiłku.

Tydzień wcześniej zrobiła mu awanturę, bo woda w psiej misce przez noc zamarzła, ale nawet tak twardy dowód nie przekonał Richarda, żeby podkręcił ogrzewanie. Ograniczył się do pożyczenia jej koca elektrycznego, który leżał nieużywany od kilku dziesięcioleci, a kiedy podłączyła go do kontaktu, puścił dym i spowodował zwarcie. Skarga na zimno była najświeższa z całej serii. Lucía miała mnóstwo innych powodów do narzekań. Na przykład nocami zza ścian dobiegało hurgotanie myszy, co według gospodarza było niemożliwe, bo jego koty radziły sobie z gryzoniami bez problemu.

– Wybacz, że niepokoję cię tak późno, ale bardzo proszę, żebyś przyszła, mam poważny kłopot – zakomunikował Richard przez telefon.

– Jakiego rodzaju kłopot? Jeśli nie krwawisz, będziesz musiał poczekać do rana – odparła.

– Jest u mnie rozhisteryzowana Latynoska i nie wiem, co z nią zrobić. Może ty będziesz umiała jej pomóc. Prawie w ogóle jej nie rozumiem.

– Dobrze, to bierz łopatę i chodź odkopać mnie spod śniegu – przystała, bo poczuła iskierkę zaciekawienia.

Niebawem Richard, opatulony jak Eskimos, uwolnił lokatorkę i zaprowadził ją wraz z Marcelem do swojego mieszkania, niewiele cieplejszego od piwnicy. Mamrocząc pod nosem, że skąpi na ogrzewanie, Lucía poszła za nim do kuchni. Była już w niej kilka razy. Krótko po przyjeździe na Brooklyn odwiedziła Richarda pod pretekstem ugotowania mu wegetariańskiej kolacji, bo pragnęła w ten sposób się do niego zbliżyć. Choć uważała wegetarianizm za fanaberię ludzi, którzy nigdy nie zaznali głodu, zmusiła się, by coś dla niego upichcić. Okazało się jednak, że z Richarda twardy orzech do zgryzienia. Zjadł oba dania, nie komentując ich ani słowem, powściągliwie podziękował i na tym się skończyło. Przy okazji Lucía na własne oczy zobaczyła, jak surowy tryb życia prowadzi jej gospodarz. Spośród niewielu prostych sprzętów w nie najlepszym stanie wybijał się lśniący fortepian. W środy i soboty wieczorem do gawry Lucíi dobiegały akordy koncertów Richarda i trzech innych muzyków, którzy spotykali się, żeby pograć razem dla przyjemności. Jej zdaniem wychodziło im to bardzo dobrze. Tyle że kompletnie nie znała się na muzyce i słoń jej nadepnął na ucho. Przez wiele miesięcy liczyła, że Richard zaprosi ją któregoś z tych wieczorów, by posłuchała kwartetu, ale nigdy tego nie zrobił.

Richard zajmował najmniejszą sypialnię w budynku oraz pokój na pierwszym piętrze, aktualnie magazyn zadrukowanego papieru. Kuchnię, również zawaloną stertami książek, wyróżniała jedynie obecność zlewu i kapryśnej kuchenki gazowej, która miała w zwyczaju zapalać się bez udziału człowieka. Nie dało się jej naprawić, bo nie robili już do niej części zamiennych.

Osoba, o której mówił Richard, była liliputką. Siedziała za stołem z surowego drewna, który czasem robił za biurko, a czasem za stół jadalniany. Nogi zwisały jej ze stołka, topiła się we wściekle żółtej parce z kapturem, który naciągnęła głęboko na głowę, a na nogach miała kalosze przypominające obuwie strażackie. Wcale nie wyglądała na rozhisteryzowaną, wręcz przeciwnie, była jakby otumaniona. Nie zwróciła nawet uwagi na pojawienie się Lucíi. Kobieta podeszła z Marcelem w objęciach i nie spuszczając oka z kotów, które obserwowały go, prężąc grzbiety.

– Lucía Maraz, Chilijka, jestem lokatorką z sutereny – przedstawiła się.

Z żółtej parki wyłoniła się dygocząca dziecięca rączka i słabo uścisnęła dłoń Lucíi.

– Nazywa się Evelyn Ortega – wtrącił Richard, jako że dziewczyna uparcie milczała.

– Bardzo mi miło – powiedziała Lucía.

Na kilka sekund zapadła cisza, aż wreszcie Richard odchrząknął i odezwał się ponownie.

– Mieliśmy stłuczkę, kiedy wracałem od weterynarza, bo jeden z moich kotów zatruł się odmrażaczem. Wygląda mi na bardzo wystraszoną. Możesz z nią pogadać? Na pewno się porozumiecie.

– Skąd ta pewność?

– Jesteś kobietą, prawda? I mówisz w jej języku lepiej ode mnie.

Lucía zwróciła się do przybyszki po hiszpańsku, próbując dowiedzieć się, kim jest i co jej się przytrafiło. Dziewczyna jakby się ocknęła i ściągnęła kaptur, ale wciąż wpatrywała się w podłogę. Nie była karlicą. Okazało się, że jest młoda, bardzo niska i szczupła. Miała delikatne rysy, drobne dłonie, cerę o barwie jasnego drewna, ciemne włosy nosiła zebrane na karku. Lucía podejrzewała, że jest Indianką prawdopodobnie pochodzenia majańskiego, chociaż nie zauważyła w niej cech charakterystycznych dla Majów: orlego nosa, wystających kości policzkowych i oczu o kształcie migdałów. Richard bardzo głośno zapewnił dziewczynę, że może Lucíi zaufać. Widocznie podzielał dość popularną opinię, że obcokrajowcy rozumieją angielski, tylko jeśli się do nich krzyczy. W tym przypadku zadziałało, dziewczyna wydusiła z siebie cienkim głosikiem małego ptaszka, że pochodzi z Gwatemali, i zaczęła swoją opowieść. Tak walczyła ze słowami, że trudno było połączyć je w całość; kiedy kończyła zdanie, nikt już nie pamiętał, jak się zaczęło.

Lucía wydedukowała, że Evelyn zabrała bez pytania samochód swojej pani, niejakiej Cheryl Leroy, kiedy ta się zdrzemnęła. Po tym, jak Richard wjechał w tył lexusa, nie mogła już niepostrzeżenie wrócić do domu. Pani się nie bała, ale pan i pracodawca miał bardzo zły charakter i był niebezpiecznym człowiekiem. Krążyła po okolicy, szukając jakiegoś rozwiązania, miała mętlik w głowie. Wgnieciony zamek bagażnika co chwila się otwierał, musiała więc się zatrzymać i prowizorycznie umocować go paskiem od swojej parki. Resztę popołudnia i część wieczoru spędziła, przystając w różnych częściach miasta, ale czuła, że to nie może potrwać długo, bo w końcu zwróci na siebie uwagę albo zasypie ją śnieg. Podczas jednego z takich postojów spostrzegła wizytówkę, którą Richard wrzucił jej po wypadku, a desperacką wizytę w jego domu uznała za ostatnią deskę ratunku.

Evelyn została na kuchennym stołku, a Richard wziął Lucíę na bok i wyszeptał, że dziewczyna ma coś z głową albo się czegoś naćpała.

– Dlaczego tak sądzisz? – zapytała sąsiadka półgłosem.

– Przecież ona ledwo mówi.

– Nie zauważyłeś, że się jąka?

– Jesteś pewna?

– Oczywiście, chłopie! Na dodatek jest przerażona, biedna dziewczyna.

– Jak możemy jej pomóc? – zastanawiał się Richard.

– Jest bardzo późno, teraz nic nie poradzimy. Co myślisz o tym, żeby tu została, a rano pójdziemy z nią do jej pracodawców i wytłumaczymy ją z tej historii ze stłuczką? Twoje ubezpieczenie pokryje szkody. Nie będą mieli do czego się przyczepić.

– Poza tym, że wzięła samochód bez pytania. Na pewno wyrzucą ją z pracy.

– To się zobaczy jutro. Tymczasem trzeba ją uspokoić – zarządziła Lucía.

Przesłuchanie, jakiemu poddali dziewczynę, rzuciło trochę światła na jej życie u państwa Leroy. Evelyn teoretycznie pracowała od dziewiątej do siedemnastej, w praktyce zaś z dzieckiem, którym się opiekowała, spędzała cały dzień, a także z nim spała, żeby móc zareagować, gdyby działo się coś złego. Oznaczało to, że wyrabiała równowartość trzech normalnych zmian. Jak podliczyli Lucía i Richard, Leroyowie płacili jej gotówką niewspółmiernie mało do wypracowanych godzin. Zakrawało to na pracę przymusową albo wręcz niewolnictwo, ale dla Evelyn to było nieistotne. Miała dach nad głową i czuła się bezpieczna, a to, jak powiedziała, uważała za najważniejsze. Pani Leroy była dla niej bardzo dobra, a pan Leroy tylko od czasu do czasu czegoś od niej chciał, zazwyczaj nie zwracał na nią uwagi. Z taką samą niechęcią traktował swoją żonę i syna. Był człowiekiem porywczym i wszyscy w domu, a zwłaszcza pani Leroy, sztywnieli ze strachu w jego obecności. Gdyby się dowiedział, że wzięła samochód…

– Spokojnie, dziecko, nic ci się nie stanie – zapewniła Lucía.

– Możesz tu przenocować. To nie jest tak poważna sprawa, jak ci się wydaje. Pomożemy ci – dodał Richard.

– Teraz nie zaszkodzi czegoś się napić. Masz coś mocniejszego, Richardzie? Choćby piwo? – zapytała Lucía.

– Wiesz, że nie piję.

– Ale masz pewnie zioło. To by nam dobrze zrobiło. Evelyn umiera ze zmęczenia, a ja z zimna.

Richard uznał, że nie jest to pora na zgrywanie świętoszka, i wyjął z lodówki puszkę z herbatnikami w czekoladzie. Ze względu na swoje na wrzody i bóle głowy kilka lat temu wyrobił sobie kartę, która upoważniała do zakupu leczniczej marihuany. Podzielili ciasteczko na trzy kawałki, dla siebie i dla Evelyn Ortegi, żeby się trochę wyluzowała. Lucía uważała, że rozsądek nakazuje wyjaśnić dziewczynie właściwości ciasteczka, ale ta ufnie je połknęła, nie zadając pytań.

– Chyba jesteś głodna, Evelyn. W tym całym zamieszaniu na pewno nie zjadłaś kolacji. Potrzebujemy czegoś ciepłego – stwierdziła Lucía, otwierając lodówkę. – Ojej, tutaj nic nie ma!

– W soboty robię zakupy na cały tydzień, ale dziś nie mogłem przez śnieg i kota.

Przypomniała sobie o cazueli, której trochę jeszcze zostało, ale nie odważyła się zejść do katakumb i wracać z garnkiem po śliskich schodach. Przygotowała grzanki z bezglutenowego chleba, które podała z kawą z mlekiem bez laktozy. Richard krążył po kuchni, mamrocząc coś pod nosem, a Evelyn zapamiętale głaskała Marcela po grzbiecie.

Trzy kwadranse później cała trójka odpoczywała obok rozpalonego kominka, unosząc się w przyjemnej mgiełce. Richard siedział na podłodze, oparłszy się plecami o ścianę, a Lucía rozłożyła się na kocu i położyła mu głowę na kolanach. W normalnej sytuacji taka poufałość byłaby niemożliwa: Richard nie przepadał za kontaktem fizycznym, a szczególnie za dotykaniem jego ud. Lucía czuła teraz szorstką fakturę dżinsów na swoim policzku, a miękkość wysłużonej kaszmirowej kamizelki miała na wyciągnięcie ręki. Była to dla niej pierwsza okazja od wielu miesięcy, by napawać się zapachem i ciepłem mężczyzny. Chętnie poszłaby z nim do łóżka, ale westchnęła i z rezygnacją odgoniła tę wizję. Może jeszcze kiedyś wkroczą razem na wyboistą ścieżkę seksu.

– Trochę kręci mi się w głowie, pewnie od tego ciasteczka – oznajmiła.

Evelyn przygarbiona jak mikroskopijna dżokejka przycupnęła na jedynej poduszce, trzymając na kolanach Marcela. Na nią ciasteczko podziałało zupełnie inaczej niż na Richarda i Lucíę. Podczas gdy oni z przymkniętymi oczami walczyli z sennością, rozemocjonowana Evelyn opowiadała im, jąkając się i zacinając, tragiczną historię swojego życia. Okazało się, że mówi po angielsku lepiej, niż się początkowo wydawało, tylko zapomina o tym, gdy jest bardzo zdenerwowana. Z niezwykłą elokwencją posługiwała się spanglishem, mieszanką hiszpańskiego i angielskiego stanowiącą pierwszy język wielu Latynosów w Stanach Zjednoczonych.

Stojący na ulicy biały lexus z wolna pokrywał się śniegiem. W ciągu trzech najbliższych dni, podczas których burza śnieżna zdąży zmęczyć się karaniem ziemi i rozpuści się w oceanie, losy Lucíi Maraz, Richarda Bowmastera i Evelyn Ortegi splotą się ze sobą bezpowrotnie.