Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 236 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W powietrzu - Inga Iwasiów

Niegrzeczna opowieść dla kobiet, które chodzą własnymi drogami.

Kiedy skończyłam czternaście lat, zaczęłam polowanie - wyznaje bohaterka z pokolenia dzisiejszych pięćdziesięciolatków, a jej perwersyjnie odważna spowiedź układa sie w niejedną kobiecą biografię.

 Bohaterka – kobieta w średnim wieku, intelektualistka, opowiada historię dochodzenia do poznania, oswojenia i pokochania swojego wewnętrznego „ja”. Opisuje swoje pierwsze platoniczne erotyczne doświadczenia, przeróżne zmysłowe doznania, wczesne szkolne „miłości” czy wreszcie inicjację seksualną z nauczycielem. Zostawia za sobą szereg kochanków i kochanek - przyjaciółek lub tylko kochanek, plącze się w trójkąty damsko-­męskie, hołduje wolnej miłości, która chociaż na chwilę zaspokaja jej skomlące „ja”, a jednocześnie próbuje sprostać wymaganiom samotnej matki i mimo wszystko być wzorem dla córki.

Opinie o ebooku W powietrzu - Inga Iwasiów

Fragment ebooka W powietrzu - Inga Iwasiów

Potwierdzamy z całą odpowiedzialnością istnienie rozkoszy poza Układem Słonecznym.

Załoga Sensibility X

Bolszych uspiechow w sieksie!

z interaktywnego przewodnika po Mitylenie

Poznajcie moje małe tamagotchi

Od dzieciństwa kochałam się chętnie, zanim zrozumiałam po co i dlaczego. Czasem po to, żeby ukoić mieszkającą we mnie małą drżącą dziewczynkę, dać jej do buzi szmatkę z makuchami, lumpka z gorzałką. Dziewczynkę zwykle grzeczną, siadającą chętnie w pierwszej ławce i nieznoszącą odrzucenia. Poiłam, karmiłam, przewijałam i ogrzewałam właśnie ją, swoje pierwotne wcielenie, tworząc osobisty model gry, aktywny, zanim Japończycy wymyślili ludzkokształtne tamagotchi. Kiedy skończyłam trzydzieści lat, znałam swoje już dość dobrze i zastanawiałam się, czy aby na pewno jest małą kobietą. Potrzebowało godziny seksu, kieliszka płynów fizjologicznych. Rano czekało na jajecznicę, gorący prysznic, litr gazowanej mineralnej i rozpuszczalną aspirynę. Podawałam mu przez swoje gardło drobinki posmarowanego miodem chleba. W drodze do pracy poiłam je wprowadzanymi właśnie na rynek soczkami Kubuś, które piłam, żeby uspokoić żołądek. Przed obiadem spodziewało się kanapki, po obiedzie ciastek. Koło siódmej zaczynało ssać, wierzgać, sięgać do mózgu, więc szłam w miasto uzupełnić paliwo, dzwoniłam do kogoś, wywabiałam samców i samice z ich nor; dawałam im siebie bez ograniczeń, nie wszyscy wytrzymywali.

Cholerne ustrojstwo, prototypowe modele bywają przesterowane. Moje tamagotchi, nieoswojone, bez instrukcji, długo nie dawało mi chwili wytchnienia. Bez przerwy piszczało, wrzeszczało i groziło kompletną zapaścią w razie odcięcia dostaw. Po mocnym pocałunku, wymienionym z kimkolwiek, kto umiał oddać, kładło się we mnie mięciutko, głaskało łapką wyściółkę mojego żołądka, przez piersi wysyłało mi do głowy cudne obrazki – kolorowe, obłe, słodkie; pierwsze endorfinowe szoty, smakujące świeżym balsamicznym powietrzem, spokojem nadmorskiego pejzażu w lipcowy wieczór, lodami waniliowymi z bitą śmietaną jedzonymi w drodze powrotnej z przedszkola w lokaliku Mors, słodkim dżemem rozsmarowanym na białej chrupiącej bułce. Smyrało mnie milutko, mrucząc moje ulubione piosenki, ale tylko przez chwilę, potem sięgało rączką przez powłoki brzuszne i brało sobie więcej, z czubkiem, niecierpliwie, choć nie spuszczałam oczu z obiektu, w nadziei, że skończę, kiedy skończy, bo przecież musiałam rano wstawać do szkoły, na wykłady, na lekcje muzyki, do redakcji, do perforowanych kart, o których też opowiem. Biło mnie po łapach, jeśli myliłam rytm, i chichotało przyjaźnie po pierwszych ruchach na prześcieradle. Tak samo jak ja uważało, że należy skończyć seks przed dwudziestą trzecią, co dawało nam osiem godzin gęstych snów pełnych przelewającego się oceanu, koncertów cykad i sirocca. Puste noce przeczekiwało w jelitach, jak najdalej od moich ołowianych snów, zasłaniało oczy i uszy, broniło się przed wyrzyganiem, wystraszone swoją podstępną śmiałością, okazywaną wcześniej, gdy kładłam się opakowana w chwilowy celibat.

Mieliśmy lepsze i gorsze okresy. Bywaliśmy w pełnej komitywie lub w stanie wojny. Rozpoznając się powoli, łyżka po łyżce, wspólnie pisaliśmy moją historię miłości. Bywało złośliwe i swędzące. Podły czort, rano chciał kawy, jajek i perfum, pewny swego, pewny nadchodzącego wieczoru. Pewne, pewny, nie wiem, jakiej było płci wówczas, gdy się go zaledwie domyślałam, traktując opisane wyżej objawy jako zakłócenia psychosomatyczne. Nie czułam w nim kobiety, miało w sobie niedookreśloność, jak płód niezbadany ultrasonografem. Wiedziało, że nie oddam nas nikomu; próby stabilizacji w parze witało ostrym atakiem źle lokowanego pożądania. Dłuższej abstynencji żadne z nas by nie przeżyło. Zniszczyłabym je i siebie, gdybym zrezygnowała z miłości łóżkowej. Miewałam taką pokusę, listek relanium i litr whisky, mogłoby wystarczyć, ale wtedy wywoływało torsje, trzymało mnie nad muszlą klozetową, śpiewając jękliwie i prosząc o podrapanie za uszkiem; patrzyło z dna muszli, spod moich opuszczonych powiek, i namawiało do umiarkowania. Bo tam, obok, gdzieś byli jeszcze ludzie do zaliczenia. Kilogramy czekolady, wieczność w hammamie, tort Sachera.

Wyglądało, widywałam je w majakach nad ranem, jak Obcy – ósmy pasażer Nostromo. Scena, gdy filmowy Obcy uwalnia się i ucieka, tak mnie przeraziła podczas seansu w kinie Colosseum, że nie chciałam wracać do domu, wolałam pójść jeszcze dokądkolwiek, choćby na wiśniówkę i krem sułtański, byle nie kłaść się na swoim wąskim półkotapczanie, z kołdrą na głowie, co miało zabezpieczać przed ciekawością babci. Byle nie spróbowało czegoś podobnego. Trzęsło się lekko, myślałby kto – galaretka wiśniowa, kochany maluszek, słodka dziecinka przewracająca oczkami we wnętrzu mojego brzucha.

W rzeczywistości nigdy nie było potworem, nie było nawet brzydkie. Po latach mogę je z dumą przedstawić: oto moje własne, wyhodowane przeze mnie i wykarmione, oswojone tamagotchi.

Królowa Śniegu

Wiedziałam, kim jest: wychowawczynią starszaków. Bałam się podejść. Mogli zauważyć i wyśmiać moją chęć. Siedziała w grocie wyglądającej jak sprzedawane masowo nad morzem pamiątki z Wieliczki, lampy solne, które miały zapobiegać łuszczycy – nie dałabym głowy za ich pochodzenie, bo raczej mają na spodzie Made in China, a nie na przykład Zdiełano w SSSR lub „Teraz Polska”, ale w każdym razie świecą. Albo jak takie ze sklepu z dewocjonaliami, z Matką Boską w niebieskiej szacie, też Made in China, bynajmniej nie in heaven, choć w Chinach wzrasta liczba katolików podobno. Tamta grota, w rogu sali zabaw, była biała jak mleko wylane z aluminiowej bańki do fajansowego talerza, opalizowała pomarańczowym światłem napływającym z niewiadomego źródła, a śnieżnobiała suknia i welon Królowej Śniegu połyskiwały srebrem; może były to naszyte koraliki, a może sam materiał miał taki wzorek, wdrukowany jakąś łódzką maszyną, z tych, które chodziły wówczas pełną parą. Zapraszała nas po kolei po odbiór paczki. Mówiła ciszej i łagodniej niż na co dzień, można by nawet uznać, że wypowiadała nasze imiona aksamitnym głosem, a w tle grało ukulele, pomyślałoby dziecko, gdyby znało ten dźwięk i to słowo. Głosem, o który nikt jej nie podejrzewał, kiedy zaganiała nas do szatni z placu zabaw, demaskowała nasze niechlujstwo, dawała po łapach za niszczenie zabawek, dłubanie w nosie, grzebanie w majtkach i talerzach.

Strasznie pragnęłam znaleźć się obok niej, w tej grocie, w tym cieple; było jasne, że iluzja śniegu jest w tym przypadku obietnicą ciepła, którego nam zresztą nie żałowano: kaloryfery były odkręcone na full. Chciałam przytulić się do jej dużych, wyraźnie podniesionych przez bardotkę piersi (wiedziałam, mama nosiła bardotkę) i zostać tak na dłużej, niż przewidywała procedura: podejść, odebrać prezent, przysiąść na kolanie Pani-Cioci-Królowej, wysłuchać oceny z zachowania w ostatnim miesiącu, ewentualnie obiecać poprawę i uśmiechnąć się do fotografa przebranego w jakiś czarny strój, nie wiadomo za kogo, bo nikogo nie przypominał, może Don Pedra z Krainy Deszczowców. Nie pozwoliliby mi siedzieć na jej kolanach dłużej, chyba że Don Pedro uznałby zdjęcie za poruszone; przecież rodzice mieli dostać udane fotografie, reportaż ze szczęśliwego życia w państwowej instytucji opiekuńczej, która wspiera pracujące na rzecz socjalistycznej ojczyzny matki.

Nie znałam niepracujących matek, a teraz się dowiaduję, że mamy wzrost zatrudnienia kobiet, czyli jakieś niepracujące istniały i istnieją. Chyba na innej planecie, gdyby ktoś chciał znać moje zdanie. Na naszej planecie matki wychodziły do pracy, zanim my wstaliśmy do szkoły, wracały długo po nas, od razu zakładały fartuchy i zaczynały skrobać, czyścić, prać, prasować, mieszać, zmywać i sprawdzać nasze zeszyty. No, może moja nie. Moja kręciła stopą w pantoflu z puszkiem, krążyła po pokojach w podomce i dolewała sobie czegoś do kubka z herbatą.

W albumie zdjęcie z Królową powinno się znaleźć obok portretu w przebraniu Chinki; przed 1 Maja obchodziło się Dzień Małego Internacjonalisty, występowaliśmy wówczas w tradycyjnych strojach bratnich narodów. Na szczęście nasze matki umiały szyć, wyglądaliśmy wspaniale w kostiumach z podszewek, zasłon, kilkakrotnie recyklingowanych zużytych sukienek przybranych wstążkami zdjętymi ze zwiędłych goździków oraz krepiną wydzielaną w sklepach papierniczych po jednym arkuszu każdego koloru. Piękne stroje, bez porównania z tandetą sprzedawaną obecnie w hipermarketach. Wróć – dzisiejsi rodzice, szanujący siebie i swoje bezcenne latorośle, nie kupują w hipermarketach, tylko wypożyczają z opery, zamawiają u stylistów, wyszukują w sklepach internetowych. Niektóre co bardziej zdesperowane matki pewnie też szyją, korzystając z porad telewizyjnych, internetowych i innych. O, bogini! Jak dobrze, że nie mam teraz dzieci. Moja córka jest już dorosła, umie sama projektować ubrania i przebywa w krainie poniekąd bajkowej.

Chinka całkiem mi odpowiadała, jeśli nie liczyć czarnego warkocza zrobionego z treski babci. Miałam na niego uważać; z tym uważaniem zawsze robili afery, jakby nie rozumieli, że niewiele od nas zależy. Jeśli któryś z chłopaków chciałby wsadzić ten mój warkocz do zupy albo farby, nie miałabym nic do gadania. Mogłam co najwyżej nie chodzić do toalety, gdzie warkoczowi groziło dodatkowe pranie w małej, dostosowanej do dziecięcego wzrostu, muszli klozetowej. Końskie zaloty, nie reaguj na końskie zaloty. Nie martwiłam się o stan treski, babcia potrzebowała jej na większe wyjścia, czyli nigdy, ale uważałam, że z długimi włosami wygląda się głupio. Co prawda, miałam kapelusz, warkocz wystawał tylko trochę, ale głupi był bez dwóch zdań. Podczas wieczornej próby generalnej próbowali mi wytłumaczyć, że w Chinach wszyscy noszą warkocze, kobiety i mężczyźni, pokazywali nawet jakieś obrazki z książki w obcym języku. No, no. Owszem, wszyscy tam brodzili po kostki w wodzie, zbierali ryż, który wcale nie wyglądał na ryż, swoją drogą, cienkie słomki wystające z bajora, ale kto wie, może to były same kobiety? Znająca języki sąsiadka czytała podpisy: „Mieszkańcy wioski Nun Tun przy pracy”. Nie dało się dyskutować z tym stowarzyszonym frontem znawców dalekich, choć bratnich kultur. W końcu mogli mi kazać założyć strój krakowianki, kupiony niedawno i całkiem jeszcze dobry. Nienawidziłam tej krótkiej spódniczki i drapiącego serdaka. Miałam rację, Kasię, krakowiankę z Cepelii, Królowa trzymała na dystans.

– Uważaj, kochanie, zaciągniesz mi sukienkę – powiedziała do niej zawieszonym między odświętną słodyczą a codzienną chropowatością tonem, prawie doprowadzając zbitych w gromadkę przebierańców do płaczu. Każdemu groziła banicja.

Mój strój był gładki, niczym nie groził szatom Królowej, mogłabym długo siedzieć na jej okrągłym kolanie, oddychać trochę wytchłym zapachem czegoś, co zdawało się należeć tylko do niej, do złej Pani-Cioci od starszaków, która przyjaźniła się z moją matką i po znajomości doglądała także mnie. Jakie to mogły być perfumy? W bajce o Oślej Skórce, czytywanej w porze wspólnych zajęć, wszystko pachniało bzem. Sądziłam, że „bez” to stopień wyższy od „zapach” i że każda fikuśna butelka stojąca na jednej z wciąż licznych w mieście poniemieckich toaletek zawiera ekstrakt z białych lub fioletowych kwiatów rosnących przy parkanach w willowych dzielnicach, które chodziło się zwiedzać w niedzielne poranki. Bzowy zagajnik za uchem Pani-Cioci, bzowe piersi Pani-Cioci, bzowe pocałunki składane przez Panią-Ciocię na policzkach najgrzeczniejszych dziewczynek. Bzowe sutki mojej matki, wystające ponad balkonik bardotki, oglądane w niedzielne poranki, miękkie jak nic innego na świecie, może z wyjątkiem mojej własnej, wcześnie odkrytej łechtaczki.

Niektóre kobiety nosiły długie włosy, ale mężczyźni nigdy. Na nic mydlenie oczu obrazkami z dalekiego kraju. Moje kobiety – rozglądałam się po rodzinie, sąsiadkach, znajomych – raczej miały fryzury półdługie, praktyczne trwałe, małe koczki. Czas i czar topielic, tonących przy mnie, miał dopiero nadejść. Kobiety wokół, wyrósłszy z dziewczyńskich warkoczy, chowały włosy pod czepkami pielęgniarek, ekspedientek, kelnerek, pod chustkami robotnic i kapeluszami paniuś idących z wizytą. Warkocz nosiła młodsza siostra mamy, gruby i błyszczący. Byłam jedyną dziewczynką w klasie ostrzyżoną całkiem na krótko. Sama tego chciałam? Nie miałam nic do gadania, najpewniej matka uległa przesądowi i uznała, że krótkie strzyżenie wzmocni moje mysie ogonki, a ponieważ wydawałam się szczęśliwa z tą chłopięcą na ówczesne standardy fryzurą, prowadzali mnie do dziecięcego, a potem damskiego fryzjera zawsze, kiedy włosy przekroczyły linię ucha. Czy w ten sposób wywołali we mnie podwójność? Długie włosy, uwalniane przez dziewczyny ze szpilek, spod czapek, z gumek, nieodmiennie wywołują we mnie radość i skurcz podbrzusza, nie jako lustrzane odbicie, ale jako rewers mojej kobiecości.

Lubiłam mężczyzn, którzy podczas delikatnie kładli mi dłonie na głowie. Myślę, że większość tych najtwardszych była lekko homo, choć się przed sobą do tego nie przyznawali. Przymykali oczy i dotykali mojej czupryny, wyobrażając sobie, że jestem chłopcem. Nie naciskali, nie mówili tych wszystkich „weź go”, nie byłam zabłąkaną pokojówką ani klęczącą dziwką. Lubiłam i tych, którzy mówili do mnie „chłopcze”, głaskali niedbale jak psa i zapraszali na wódkę. Lubiłam, gdy mnie głaskali, lubiłam łaskawość panów, lubiłam się łasić. Potem zaczęłam lubić i innych, zdecydowanych hetero, rewolucjonistów i konserwatystów, kładących dłonie na mojej głowie. Niekoniecznie delikatnie. Żałowałam, że nie mam warkocza, za który mogliby mnie ciągnąć, i w wyobraźni łamałam niezłomną zasadę chłopięcej fryzury.

Lubiłam kobiety z długimi włosami; ciągnąc za włosy, mogłam ustawić kobietę w wygodnej pozycji. Podczas gdy mnie lizała, szarpałam i głaskałam je na zmianę. Czasem okrywałam się nimi na chwilę, albo brałam je w dłoń, pozorując postrzyżyny. Moim kochankom myliły się rodzaje, zmęczone zwracały się do mnie niechcący męskimi imionami. Niektóre nie zamykały oczu, inne zapadały w odrętwienie i oddalały się ode mnie. Znajdowałam w nich granicę bólu i zachęcałam do znalezienia mojej.

Królowa Śniegu miała spływające na piersi kręcone włosy z przedziałkiem na środku. Czasem udawało się ich dotknąć, kiedy pochylała się nad talerzem, żeby zaczerpnąć łyżkę zupy mlecznej i wepchnąć ją któremuś z nas prosto do przełyku. Mnie ta procedura przeważnie omijała, miałam cudowne zwolnienie z zupy, błogosławioną mało znaną alergię na białko. Królowa zapominała się jednak niekiedy, poza tym zwolnienie nie obejmowało ziemniaczano-szpinakowo-pulpetowej papki, tę wpychała mi głębiej, do końca, aż czułam aluminium na migdałkach.

W pornosach najbardziej lubię właśnie ten moment: wytrzymasz, wytrzymasz, włożę ci do końca. Zwłaszcza w gejowskich, chociaż tam akurat takie dialogi są rzadkie, rozumie się samo przez się, że wytrzyma bez zachęty, tocząc udawaną walkę z przebijającym ból orgazmem. Miłość boli, wiedziałam to od początku, już w grocie.

W takich chwilach Królowa zapominała, że nie lubi naszego dotyku i można było musnąć ustami te jej cudowne włosy, te królewskie loki, natarte płynem Lotion 2, lekko utapirowane i usztywnione lakierem z butelki z gruszką.

Dla niej napisałam pierwszy wiersz i wymyśliłam pierwszą własną wersję Oślej Skórki. Jeśli dobrze pamiętam, kończyła się ucieczką z matką chrzestną. A wiersz brzmiał jakoś tak:

Nasza pani jest najpiękniejsza Kupię pani kolorowy szalik Żeby miała ciepełko Na śliczne gardełko Zrobię dla pani Kolorową wycinankę I falbankę Żeby wolała mnie nie Ankę

Jeszcze nie wiedziałam, że wyłączność nie popłaca, obiecywanie prezentów prowadzi do wyczyszczenia karty kredytowej, a rymy obniżają wiarygodność wiersza. Byłam na innym etapie.

Wiedziałam, że ona siedzi w grocie i zaraz będzie moja kolej. Wiedziałam, że pozwoli trochę się dotknąć, jako Królowa Śniegu nie jest niedotykalska, może nawet przytrzyma mnie na kolanach, a ja mocno obejmę ją za szyję, pocałuję w policzek, włożę rękę w te jej falujące włosy. Kto wie, może potarga moje „A co z twoimi włoskami, dziewczynko? Tyfus czy weszki?”. Nie przejmowałam się tym głupim pytaniem, skoro w domu zatwierdzili taką fryzurę, widocznie była normalna, nienormalne wydawały mi się te wszystkie panienki z warkoczami, których nie umiały zaplatać same, te szarpane szczotkami nieszczęsne istoty, które zawsze ktoś mógł wytargać. Mnie się nie dało. Głaskali, chcąc nie chcąc.

Z tego samego powodu już w liceum współczułam dziewczynom noszącym buty na obcasie. Mogłam biegać. Oczywiście nie na wuefie, którego nienawidziłam prawie tak jak wcześniej leżakowania, mleka, zajęć plastycznych, badań lekarskich i dziesiątek powszednich rzeczy, z których nie miało się nic poza brudnymi rękami i swędzącą wysypką. Biegać tak sobie, bez nakazu, nie na czas, za to skutecznie uciekać przed wszystkim, do każdego, kogo się wybrało. A one? Kołysały się w biodrach, niestety wcale niepodniecająco, raczej jakoś tak na wyrost, w przeczuciu kłopotów ze stawami biodrowymi po okresie przekwitania.

Królowa skinęła na mnie, uśmiechnęła się porozumiewawczo. No tak, obie wiedziałyśmy, że ma mnie na oku na prośbę mamy, że jest dla mnie o przedszkolne niebo lepsza niż dla pozostałych. Czego jeszcze bym chciała? Wszystko musi mieć jakieś granice, nawet dobroć po znajomości. W grupie miała kilkadziesięcioro głodnych dotyku smarkaczy, prawie każde z nas zostało za szybko odstawione od piersi i oddane na przechowanie. Uczyliśmy się rywalizować o uwagę, o przyjemność, rozpoznaną w pieczeniu rozbitego kolana dotykanego językiem.

Popatrzyłam na nią z bliska. Od dawna podejrzewałam, że w kalendarzu ojca jest lutym. Trudno było poznać bez sukienki i z trochę krótszymi włosami, ale tak. Te same zielonkawe oczy w ciemnej oprawie, kręcone włosy odgarnięte z twarzy. Uśmiechnięta jak w grocie, przystępna. W baśni Andersena to chyba ten moment, gdy obiecuje, choć nie ma zamiaru dotrzymać. Jedną dłoń trzyma na piersi, drugą między nogami. Była zimową panią, rozdawała prezenty na bezwyznaniowej gwiazdce w przedszkolu i gdzieś tam, gdzie wieszali ją mężczyźni – w warsztatach samochodowych, w biurach, w szatniach klubów sportowych, w zakładach rzemieślniczych. Dla mnie miała dwie minuty – podejść, usiąść na kolanie, obiecać poprawę, odebrać paczkę ze słodyczami. Po zejściu z jej kolan, wiedziałam, czeka mnie już tylko podróż przez mroźną krainę, na końcu zaś leżakowanie, raj małych macantów, którzy wkładali dziewczynkom ręce pod koszulki i wycierali o ich ciała świeżo wykopane z nosów gile. Szłam zrezygnowana do zamienionej w sypialnię salki zabawowej. Jeszcze myślałam, że nie ma innego wyjścia.

Nie patrz tak na mnie, Alek

Chłopcy za mną nie przepadali. Omijali mnie wzrokiem, chyba że pilnie potrzebowali wypracowania. Wyrabiałam sobie styl poniżej swoich możliwości, skwapliwie pisząc rozprawki pozbawione akcentów krytycznych typowych dla wypracowań, które oddawałam pod własnym nazwiskiem. Indywidualne podejście do klienta miało się okazać przydatne później, gdy zaczęłam żyć na styku własnego i cudzego pisania. Nie płacili pieniędzmi z kieszonkowego, chociaż transakcji zawieraliśmy wiele. Wolałam samo zobowiązanie, świadomość, że mi wiszą. Niełatwe zlecenia, podrobienie składni niektórych z nich wymagało dużego wysiłku. Kończyli zdania jakimiś „eee” i „no nie”, zapominali o spójnikach. Milczenie, nie wiem, czy znaczące, było jedynym środkiem stylistycznym, jaki akceptowali. Norwidowskie wielokropki i socjalistyczna nowomowa, coś o tym wiedzieliśmy. Więc pisałam jak oni, ale trochę lepiej, przynajmniej na trzy z plusem równoważące pały z odpowiedzi. Mieli niewątpliwie ciekawe życie wewnętrzne i własne przemyślenia. Podkładali moje kartki pod puste strony w swoich zeszytach i odczytywali, zatrzymując się na trzysylabowcach. Czytali tak, jakby sami napisali – nieskładnie, na trzy z plusem.

To pisanie na łebka, zwane dziś ghostwritingiem, trwało przez wiele lat. Chłopcy z klasy tracili jednak zainteresowanie moją osobą zaraz po odebraniu stopnia, nawet wtedy, kiedy zaczęłam nielegalnie kolportować wyciągnięte z biblioteczki matki świńskie fraszki Sztaudyngera. Nie miałam niczego, o co mogliby zaczepić ręce: włosów, piersi, bioder, odsłoniętych kolan, dziewczęcych reakcji uczuciowych, zwyczaju wydmuchiwania gumy balonówy w kierunku wybranka. Wygłaszałam zdecydowane sądy, w ocenie postaci literackich i filmowych byłam nieprzejednana. Brałam stronę Azji przeciw polskim panom, zwłaszcza takim jak Babinicze, scenę „ran całowania” uważałam za zbyt patetyczną, po nabiciu na pal Azja tylko zyskał w moich oczach – on jeden był odważny, on jeden nie był śmieszny. Nie pochwalałam rzucania się w ogień w celach dobroczynnych, nawet pod dyktando poetki. Owszem, brali ode mnie fajki, pobierali składkowe na wino, ale woleli palić w swoim towarzystwie i porzucali mnie, kiedy tylko rozpiliśmy patykiem pisane równo odmierzanymi łykami. Chodzili pod okna ładnych, ich zdaniem (a nie znali się), dziewczyn. Nie byłam jedną ze szkolnych puszczalskich, więc na libacje w piwnicach mnie nie zabierali.

Był jeden chłopak, od początku, pewnie już od pierwszej klasy. Średniak, bystry, ale roztargniony. Przystojny w sposób, którego dziewczyny nie ceniły, niepodobny do wieszanych na słomiankach w dzielonych z rodzeństwem lub dziadkami pokojach plakatowych gwiazd tamtego czasu: chłopców z Boney M., Karela Gotta, Joe Dassina, Davida Bowiego, Chrisa Normana, Roda Stewarta, Krzysztofa Kolbergera czy Jerzego Zelnika. Tacy jak on, niepiękni na pierwszy rzut oka, pojawili się w wyobraźni masowej później, kiedy dziewczynom znudziły się pudle i cukierki, dżentelmeni, grzeczni chłopcy i hippisi. Taki grubiej ciosany Leonardo DiCaprio.

W wypracowaniach i zadaniach z matmy robił błędy, ale zawsze myślał w dobrą stronę. Silny, krępy, z nieporządną fryzurą, niepodopinany, rozchełstany, zapowiadający się na mężczyznę, którym został: zawsze trafiającego kulą w płot – w wyborze studiów, żony, biznesu, nałogu. Miał słabą wątrobę, a mieszał wódkę z czymś mocniejszym, na co akurat było go stać. W dobrych czasach, kiedy uruchomił produkcję domowych filtrów powietrza, brał kokę. Potem chyba nie wybrzydzał. W złych czasach umarł na marskość wątroby w wieloosobowej sali najgorszego szpitala w Wielkiej Brytanii, do której pojechał o dekadę za późno. Wrócił, do miasta i do mnie, w marmurowej urnie.

Mieszkał w połowie mojej trasy do szkoły i często czekał na mnie przed ósmą rano. Nie pamiętam, o czym mogliśmy gadać; trochę o książkach, ale ja byłam w czytaniu na pewno bardziej zaawansowana, oprócz przygód Tomka Sawyera i Tomka Wilmowskiego musieliśmy mieć i inne tematy. Nosił mój ciężki skórzany tornister, zgodnie z obowiązującym fasonem (w domu mówiło się raczej „teczka”), a po lekcjach siadaliśmy na wysokim ceglanym murku przy szkole albo na niższym cementowym pod moją kamienicą. Przy szkole groziło nam, że wyśmieją nas uczniowie starszych klas. Pod jego domem najwyżej przystawaliśmy, niby mówiąc o lekcjach; jego starsza siostra donosiła matce, a matka nie tolerowała żadnego zadawania się z dziewczynami.

Wielu rodziców myślało jak ona: koedukacja koedukacją, dziewczynki i chłopcy są z innej gliny – kiedy się dowiedziałam, skąd biorą się dzieci, zaczęło mnie brzydzić to powiedzenie, nie kojarzyło mi się biblijnie, gdyż religię porzuciłam w czwartej klasie podstawówki, rozczarowana brakami w wiedzy katechetki – i powinni siedzieć po dwóch stronach sali, chodzić innymi drogami, modlić się w kościele w osobnych ławkach. Prawdopodobnie zbyt szybkie zbliżenie groziło zepsuciem – dotyczyło ono głównie dziewcząt, ale jakieś odium spadłoby także na chłopaka przyłapanego na psuciu – mogło do niego dojść w każdej chwili, nawet już w piątej klasie. Matki wiedziały o tym co nieco, same zostały młodo zepsute, wyszły za mąż jeszcze w zawodówce. W tamtych czasach do wszystkiego dosypywano pestycydy, więc rosły nam (mienia akkurat k sożaleniju niet) piersi, im stawały penisy, miesiączkowałyśmy przed czasem i zbyt często, nieszczęście gotowe, zanim ktokolwiek zdąży pomyśleć o żyletkach dla nich i wacie dla nas. Nie bez znaczenia były rodowody naszych matek i ojców, ich wiejskie w większości pochodzenie – wiedzieli, że niepilnowany byczek zrobi swoje. Za segregację i przyzwoitość odpowiadały matki, ojcowie wkraczali w razie czego, wyjąwszy po drodze pasek z zsuwających się garniturowych spodni, noszonych nawet po domu, co osłabiało, na szczęście, ciosy, zadawane z tym większą złością, że niechętnie. Kto by nie wolał kulturalnie popatrzeć w telewizor Koral, popijając kapuśniak piwem? Matki biły nie gorzej od ojców, czerwonymi dłońmi wytartymi nieporządnie w fartuch zarzucony na te same ciuchy, w których przychodziły z pracy. Odgrzewały obiad i wymierzały policzki, z troski o pieczęcie na cipkach, ze złości na swój los. Wiedziałam to wszystko z opowieści i z nasłuchu; słyszałam, przechodząc pod otwartymi oknami, na podwórku zadzierałam głowę ku wybuchającym co chwila krótkim awanturom, po których ktoś zbiegał po schodach, ktoś krzyczał z balkonu, a w końcu zapadała niekompletna, miejska cisza.

Mnie nie pilnowali, byłam druga od końca ze swobody. Druga, bo pierwsze miejsce należało do dziewczyny z 6C. Była starsza od koleżanek, powtarzała klasę w innej szkole, miała same zagraniczne ciuchy, a jej matka nie wyglądała ani na ekspedientkę, ani na kucharkę, ani nawet na nauczycielkę. Na nic, co znaliśmy z domów. Wyglądała, teraz tak myślę, na kogoś z rejonów restauracji Bajka albo kombinatu gastronomicznego Kaskada. Jeszcze bardziej zagraniczne ciuchy, buty z plastikową cholewką do uda, mini. Kupowała dla córki w Pomorzance ciasto z bitą śmietaną i zostawiała w lodówce. Dziwne było tylko to, że mieszkały w podłym miejscu, w niewyremontowanej po wojnie kamienicy bez łazienek, z wychodkami na półpiętrze. Na dorobku? Po korzystnym rozwodzie, chwaliła się alimentami dzieciakom wybieranym na audiencje według niezrozumiałego klucza. W ich dwóch pokojach wszystko było zagraniczne – matka, córka, meblościanka, toster, radio, alkohol w barku, wycinki z niemieckiego „Bravo”, pudełka kakao i koncentraty soków. Zamiast kolekcji pudełek po papierosach – prawdziwe marlboro; matka nie liczyła, częstowaliśmy się wszyscy. Więc ona miała całkiem luźno, pierwsza od końca w byciu pilnowaną. Mówiło się, że może nawet oglądać szwedzkie porno, ale nam nie pokazywała. „Mam zakaz”, mówiła, puszczając Procol Harum na szpulowym grundigu. „Znów ktoś wygada i wyrzucą mnie z kolejnej budy, a wy i tak nie zrozumiecie jak i co. Do seksu trzeba głowy”. Cóż, wyglądała na kogoś z głową, zwłaszcza w okolicach biustu, opiętego jaskrawym moherowym sweterkiem.

Nie żałowałam, miałam za sobą oglądanie książeczki znalezionej w wewnętrznej kieszeni marynarki jednego z lepszych ojców. U Bożenki obowiązywała przede wszystkim czystość, marynarki, płaszcze, spodnie wisiały w szafie zabezpieczone folią. Szukałyśmy jak zwykle zapomnianych drobnych, rutynowa kradzież uprawiana przez całe dzieciństwo. Znalazłyśmy małą książeczkę o tematyce dziewczęco-zwierzęcej. Przez pewien czas obie omijałyśmy pieski.

Więc murek u mnie pod domem, na murku ja i Alek. Sprawdzał, czy nienaplute i nienasikane, czasem podkładał mi swoją teczkę, podejrzanie pustą; nie zabierał z domu książek, zapominał, gubił, wołał pożyczać ode mnie. Lubiłam potem mężczyzn, którzy dbali o moją wygodę i interesowali się moimi książkami. Znajdowali poduszki, kocyki, nie pozwalali mi leżeć czy klęczeć na twardym, szorstkim, zwłaszcza jeśli dochodzili dopiero po długim boju z wykorzystaniem wielu technik. Gest, jakim Alek kładł na murku teczkę, która nieuchronnie się przez to niszczyła, co narażało właściciela na awanturę z nauczycielami, sprawdzającymi higienę uszu i pomocy naukowych, w niczym nie ustępował scenom filmowym z rozkładaniem na łące marynarki. Alek był szczodry, wielkoduszny, ciepły i dużo większy ode mnie. Kupował mi ciastka tortowe w cukierni Jurgi, przynosił oranżadę z żydowskiego sklepiku. Nie brzydziłam się jego kanapek, tylko jego. Kanapki innych dzieci śmierdziały surowym mięsem, nie wiem, skąd matki brały mięso; a może był to zapach smalcu. Bałam się mielonych glist, wetkniętych, mówiono na podwórku, między liśćmi sałaty. Tłuste, zachowywane na następny raz papiery śniadaniowe, grube pajdy – nie byłabym w stanie odgryźć od nikogo. Jasne, dawałam gryza, każdy dawał – bułki, sznytki, jabłka, siebie. Z obrzydzeniem przełykałam kawałek, którego dotknęły czyjeś usta. Robiło się to, na szczęście, między dziewczynami, których ślina nie miała bardzo ohydnego zapachu, najwyżej cień wypełniającego dziury amalgamatu pomieszanego z cebulą. Alek był jedynym, którego kanapkę mogłam zjeść w całości lub do połowy i dać w zamian swoją; gryzł ją ostrożnie, z elegancją, zasłaniając dłonią duże zęby o odcieniu kości słoniowej. Zamienialiśmy się chętnie; nie wiadomo właściwie, na czym polegał ten zwyczaj. Ktoś mógł mieć z pasztetówką, ktoś z żółtym serem. Kanapki Alka były chłopackie, dość grubo krojone, często z kiełbasą. Odwijał pergamin i pokazywał mi najpierw: „Chcesz moją?”. Zawsze chciałam, choć byłam niejadkiem, pałaszowałam wielkimi kęsami – jem tylko z talerzy tych, którzy smakują bliźniaczo.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Lekcja muzyki

Dostępne w wersji pełnej

Popołudnia sawantek

Dostępne w wersji pełnej

Trójkąty nierównoboczne

Dostępne w wersji pełnej

Pierwszy narzeczony

Dostępne w wersji pełnej

Odchodzący sierpień

Dostępne w wersji pełnej

Intermedium

Dostępne w wersji pełnej

Łabędzie lądują

Dostępne w wersji pełnej

Raz się żyje

Dostępne w wersji pełnej

Las i plaża

Dostępne w wersji pełnej

Świnia na oświadczyny

Dostępne w wersji pełnej

Przeciw porządności

Dostępne w wersji pełnej

Poczęcie drogą płciową

Dostępne w wersji pełnej

Ponownie na krawędzi małżeństwa

Dostępne w wersji pełnej

Arytmetyka

Dostępne w wersji pełnej

Pani redaktor nie tańczy, bo ma dziecko

Dostępne w wersji pełnej

Masz talent

Dostępne w wersji pełnej

Zbyt delikatny mężczyzna i jego fantazje

Dostępne w wersji pełnej

Wychowajmy razem dziecko

Dostępne w wersji pełnej

Kobiety nie do tego zostały stworzone (przerwa techniczna)

Dostępne w wersji pełnej

Facet w przetartym garniturze

Dostępne w wersji pełnej

Odpływanie

Dostępne w wersji pełnej

Dobrosąsiedzka manufaktura

Dostępne w wersji pełnej

Witaj w domu, maleńka

Dostępne w wersji pełnej

Mężczyzna, który skłonił mnie do miłości

Dostępne w wersji pełnej

Puk, puk, a co w przerwach?

Dostępne w wersji pełnej

So happy I could die

Dostępne w wersji pełnej

Tej samej autorki

Dostępne w wersji pełnej

Projekt graficzny serii

PEKAESZ

Zdjęcie na okładce

© Pinto/Corbis/Fotochannels

Redakcja

Karolina Iwaszkiewicz

Korekta

Jadwiga Piller

Urszula Łupińska

Copyright © Inga Iwasiów, 2014

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2014

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-64142-82-6

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl