44,90 zł
Główną oznaką tego, że Proust nie zdążył dokończyć pracy nad szóstym tomem, jest po prostu nieobecność finału. Gdy spodziewamy się zapowiedzianego parę stron wcześniej wyjazdu narratora w okolicę, w której w pierwszym tomie zaczynała się cała historia, opowieść urywa się nagle w przypadkowym miejscu. W rękopisach Prousta odnaleziono fragment z opowieścią o tym wyjeździe, został więc wklejony jako zakończenie. Ale i w nim brakuje ostatecznej puenty. Jak autor chciał to zakończyć, nigdy się nie dowiemy — z tą myślą mieliśmy pozostać.
Z posłowia Magdaleny Tulli
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 468
Data ważności licencji: 12/31/2040
Tytuł oryginału i podstawa przekładu
Marcel Proust, Albertine disparue, opracowała Anne Chevalier, w: À la recherche du temps perdu, t. VI, Gallimard, Paryż 1992.
© for the Polish translation and afterword by Magdalena Tulli
© for this edition by Officyna s.c.
Wydanie I, Łódź 2024
Redakcja i korekta: Marcin Podlaski, Piotr Wolski
Projekt okładki: Maciej Mraczek / maciejmraczek.pl
Opracowanie: Monika Rawska
Wydawnictwa Officyna s.c.
93-114 Łódź, ul. Przędzalniana 99
www.officyna.com.pl, [email protected]
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
ISBN 978-83-67948-16-6
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Rozdział pierwszy
Smutek i zapomnienie
„Panna Albertyna wyjechała”. Cierpienie może odsłonić w nas tak głębokie otchłanie, jakich nie zna psychologia! Zaledwie przed chwilą, gdy przyglądałem się własnym uczuciom, wierzyłem jeszcze, że takie rozstanie bez pożegnań byłoby właśnie tym, czego mi trzeba. Bezbarwne przyjemności, jakich doznawałem przy Albertynie, porównywałem z bajecznym przepychem pragnień, których dla niej zmuszony byłem się wyrzec, a przeświadczenie, że Albertyna będzie ze mną zawsze, za sprawą jakichś wewnętrznych przepływów wyniosło tamte niespełnione pragnienia na powierzchnię świadomości. Lecz wobec wiadomości o jej wyjeździe żadne z nich nie mogło się ostać, po prostu wszystkie naraz uleciały. Chwilę wcześniej, podziwiając własną przenikliwość, dochodziłem do wniosku, że nie kocham jej już i nie potrzebuję. Lecz właśnie te słowa: „Panna Albertyna wyjechała” — zadały mojemu sercu ból, jakiego nie byłem w stanie znieść ani chwili dłużej. To, co zdawało się nic już dla mnie nie znaczyć, naraz okazało się wszystkim! Oto jak niewiele wiemy sami o sobie. Musiałem czym prędzej położyć kres cierpieniu. Ze współczuciem, z jakim zwracała się moja matka do umierającej babki, pragnąc oszczędzić jej bólu, mówiłem sobie: „Wytrzymaj jeszcze chwilkę, na pewno znajdzie się jakieś lekarstwo, i nie bój się, przecież nie pozwolę, byś cierpiał tak strasznie”. Czułem już mgliście, że ta myśl o jej odejściu jako o rzeczy obojętnej, nawet pożądanej, wysnuta zanim sięgnąłem po dzwonek by wezwać Franciszkę, zrodziła się w mojej głowie tylko dlatego, że jej wyjazdu nie mogłem sobie wyobrazić. I tej niemożności trzymał się mój zmysł przetrwania, szukając czegoś, co da się przyłożyć do otwartej rany, by złagodziło ból: „Nic wielkiego się nie stało, bo przecież już wkrótce, natychmiast, ściągnę ją z powrotem. Musi się znaleźć jakiś sposób, by najpóźniej dziś wieczór znów tu była. Nie będę się zamartwiać”. „Nic się nie stało” — powtarzałem więc sam sobie raz po raz, ale to nie przyniosło mi ulgi, musiałbym jeszcze przekonać o tym samym Franciszkę, a przy tym nie mogłem dać jej poznać, że cierpię. Bo nawet w tamtej chwili, kiedy ból targał mną z największą siłą, moja miłość chciała uchodzić za spełnioną, za szczęśliwą — zwłaszcza w oczach Franciszki, która nie lubiła Albertyny i wątpiła w szczerość jej uczuć.
Tak, zaledwie przed chwilą, zanim zjawiła się Franciszka, obserwowałem swoje wnętrze z chłodną rzeczowością badacza, którego uwagi nie ujdzie żaden szczegół, i wydawało mi się, że już nie kocham Albertyny. Byłem pewny, że potrafię przeniknąć wzrokiem wszystkie zakamarki mego serca. Ale umysł, nawet najbardziej dociekliwy, nie może dostrzec ulotnej substancji, która go w całości przepełnia, nawet się jej nie domyśla, póki pod wpływem jakiegoś zewnętrznego zdarzenia nie wykrystalizuje z niej ciało stałe. Myliłem się, wierząc, że potrafię czytać we własnym sercu. Prawda o nim, która oparła się moim najwnikliwszym dociekaniom, objawiła mi się nagle, jak rażący oczy blaskiem kryształ nieznanej substancji, powstały pod ciśnieniem gwałtownego bólu. Przywykłem mieć Albertynę na wyciągnięcie ręki. Przyzwyczajenie ukazało mi jednak znienacka swoją drugą twarz. Jeśli wcześniej dostrzegałem w nim tylko gnuśną siłę niweczącą możliwość nowych doznań, gotową zgoła unicestwić wszelką zdolność doznawania, naraz ujrzałem groźne bóstwo, nijakie z wyglądu, lecz skłonne po cichu zadomowić się w sercu, wrosnąć w nie tak głęboko, że kiedy nas opuści, kiedy odwróci się od nas, to choć na pozór niewiele znaczyło, ściągnie na nas najstraszliwsze męki, okrutne jak sama śmierć.
Najpilniejszą rzeczą było teraz przeczytanie listu, musiałem się z niego dowiedzieć, jakimi rozporządzam środkami, by nakłonić Albertynę do powrotu. Łudziłem się, że wszystko jest w mojej mocy. Dopóki bowiem przyszłość istnieje tylko w naszych myślach, wierzymy, że to nasza wola nada jej kształt, w ostateczności odwróci nawet to, co nieodwracalne. Lecz miałem w pamięci takie chwile, kiedy moja wola okazywała się bezsilna wobec cudzej, i nie pomogło nawet to, że miałbym dość czasu na podjęcie jakichś działań. Cóż z tego, że czasu jest pod dostatkiem, gdy okazuje się, że na nic nie możemy wpłynąć? Póki Albertyna była tuż obok, wierzyłem, że decyzja o rozstaniu będzie należeć do mnie. Ale to ona odeszła.
Otworzyłem list. Pisała w nim:
„Mój Drogi, wybacz, że nie ośmieliłam się powiedzieć Ci w cztery oczy tych paru słów, które za chwilę przeczytasz, lecz tak wielkim jestem tchórzem i taki czułam przed tobą respekt, że zabrakło mi odwagi, by to uczynić. A oto co powinnam była Ci powiedzieć: wspólne życie stało się niemożliwe. Sam zapewne zauważyłeś, że po tej scysji sprzed paru dni, do której parłeś, coś pękło między nami. To, co tamtego wieczoru zdołaliśmy jeszcze posklejać, rozpadłoby się wkrótce znów i zapewne nie udałoby się już tego naprawić. Rozstańmy się więc właśnie teraz, w zgodzie, pojednani, i bądźmy przyjaciółmi. Dlatego piszę do Ciebie, mój Drogi, prosząc, byś był tak dobry i wybaczył mi, jeśli przysporzyłam Ci trochę smutku, bo ja smucić się będę dużo więcej. Wierz mi, nie jestem Twoim wrogiem, i niełatwo mi pogodzić się z tym, że pomału, lecz już wkrótce, stanę Ci się obojętna. Ponieważ ta decyzja jest nieodwołalna, rano poproszę Franciszkę o moje kufry, zanim jej oddam ten list. Żegnaj. Moje najlepsze uczucia pozostaną z Tobą. Albertyna”.
To wszystko nic nie znaczy, powiedziałem sobie, wygląda to nawet lepiej, niż mogłem sądzić, bo ona tak nie myśli naprawdę, widać przecież, że wszystko to napisała tylko po to, żeby mną mocno wstrząsnąć, chciała sprawić, bym zadrżał. Trzeba czym prędzej zacząć działać, jeśli ona jeszcze dziś wieczór ma tu być ze mną znowu. Przykro mi było liczyć na to, że państwo Bontemps zechcą bez skrupułów skorzystać z okazji i wezmą ode mnie pieniądze. Ale cóż to ma za znaczenie? Choćbym miał oddać pani Bontemps połowę majątku za powrót jej siostrzenicy, zostanie mi jeszcze dość, byśmy mogli oboje wieść przyjemne życie. I już zacząłem martwić się o to, czy zdążę tego ranka zamówić jacht i Rolls-Royce’a, o których marzyła. Moje wcześniejsze wahania ulotniły się i natychmiast zapomniałem, że dawanie jej takich prezentów uważałem za nierozsądne. A gdybym nic nie wskórał nawet z pomocą pani Bontemps, gdyby Albertyna nie posłuchała ciotki, gdyby zgodziła się wrócić tylko pod warunkiem, że odtąd zostawię jej zupełną swobodę, wtedy — cóż! Chociaż z bólem, ustąpiłbym i w tej kwestii. Niech wychodzi sama, kiedy chce. Czasem trzeba ponosić ofiary, nawet bolesne, gdy to, co pragniemy osiągnąć, jeszcze więcej dla nas znaczy. Tym czymś była zaś obecność Albertyny, wbrew konkluzji, do jakiej rankiem doprowadziły mnie moje rozważania, niby trzeźwe, a przecież oderwane od rzeczywistości. Czy ucierpiałbym zresztą aż tak bardzo, gdybym pozwolił jej zażywać swobody? Gdybym się przy tym upierał, minąłbym się z prawdą. Nieraz miewałem przeczucie, że jeśli pozwolę jej grzeszyć za moimi plecami, to ból będzie i tak łatwiejszy do zniesienia niż smutek, w jakim się pogrążałem, widząc ją znudzoną życiem ze mną w moim domu. Zapewne, gdyby zażądała, bym pozwolił jej wybrać się tu albo tam, z miejsca domyśliłbym się jakichś ukartowanych wcześniej bezeceństw, toteż ofiarować jej wtedy swobodę byłoby dla mnie czymś niemożliwym. Powiedzieć jej: „Weź naszą łódkę albo wsiadaj do pociągu i udaj się w strony, których nigdy nie widziałem, by przez miesiąc robić tam rzeczy, o których się nie dowiem” — taka myśl czasami wydawała mi się kusząca, bo miałem nadzieję, że gdy z daleka poczyni korzystne dla mnie porównania, z ochotą wróci do mnie. Chciałem wierzyć, że sama tego zapragnie. Że tak wielkiej wolności wcale jej nie trzeba. I że potem, przekupując ją coraz to nowymi rozrywkami, bez trudu zdołam przywrócić pewne ograniczenia. Albertynie — myślałem — naprawdę zależy na czym innym, na tym, bym przestał być wobec niej tak nieznośny, a przede wszystkim właśnie na tym, czego w swoim czasie Odeta oczekiwała od Swanna — żebym się z nią wreszcie ożenił. Po ślubie od razu przestanie tęsknić za wolnością! Będziemy żyli tu we dwoje, jak dotąd, i będziemy szczęśliwi. Co prawda, przyszłoby mi wyrzec się podróży do Wenecji. Lecz nawet marzenia najpiękniejsze – jak niegdyś w Combray rojenia o księżnej de Guermantes, którą tak bardzo chciałem poznać, i jak wyobrażenia o teatrze – łatwo bledną, obojętnieją i usychają, kiedy serce jest przykute do innego serca, uwięzione w bolesnych okowach namiętności. Jeśli zaś idzie o kwestię ślubu, to przyznawałem Albertynie całkowitą słuszność. Nawet dla mamy ta zwłoka wyglądała niezrozumiale i niepoważnie. Ożenić się z Albertyną, oto, co powinienem zrobić już dawno i co zrobię teraz bez ociągania, bo po to przecież pisała ten list, sama nie wierząc w ani jedno swoje słowo. By osiągnąć swój cel, musiała przez krótki czas opóźniać to, czego z pewnością pragnęła równie gorąco jak ja: swój powrót. Tak, o to jej właśnie chodziło, taki to zamysł krył w sobie jej czyn, podpowiadały mi litościwie własne myśli. A jednak czułem, że przyjąwszy to założenie, utknęły w martwym punkcie.
I widziałem rozliczne poszlaki przemawiające za założeniem przeciwnym. Nie były one, rzecz jasna, tak oczywiste, by niezbicie dowieść, że coś łączy Albertynę z panną Vinteuil i jej przyjaciółką. Ale to one pchnęły mnie kiedyś w odmęty rozpaczy w chwili gdy wchodziłem z Albertyną na stację w Incarville, i wtedy owo przeciwne założenie wydało mi się pewne. A przecież i z niego nie dałoby się wywieść szalonego przypuszczenia, że Albertyna zechce opuścić mnie sama z siebie, i to jeszcze w taki sposób, bez uprzedzenia, nie dając mi sposobności, bym ją powstrzymał. I teraz, strąciwszy mnie w jakąś bezdenną otchłań, życie ukazało mi rzeczywistość nieoczekiwaną, jak niektóre odkrycia fizyki albo wnioski na temat zbrodni wyciągnięte z dochodzenia przez sędziego śledczego, albo jak odsłonięte przez historyków kulisy politycznego przewrotu. Rzeczywistość przelicytowała blade przeczucia, z jakimi zgodne było to drugie założenie, i tym mocniej potwierdziła jego trafność. A przecież nie zrodziło się z trzeźwej myśli, raczej z przypływu panicznego lęku, który przeżyłem tamtego wieczoru, kiedy Albertyna nie chciała mnie pocałować, albo wtedy, gdy usłyszałem nocą łoskot otwieranego okna. Ten lęk pochodził spoza królestwa rozumu.
Na to, co miało nastąpić, wskazywało już wiele wcześniejszych zdarzeń. Rozum jest narzędziem nieszczególnie subtelnym, dość nieporęcznym i niezbyt przydatnym do chwytania prawdy. To dodatkowy powód, by na początek zawierzyć intuicji, podświadomości i przeczuciom. Samo życie poucza nas raz za razem, że tego, co najważniejsze dla serca i dla ducha, nie dowiemy się od rozumu, raczej dzięki innym naszym mocom. A więc sam rozum, świadomy ich wyższości, gotów jest czasem z wyrachowania oddać im prowadzenie, godząc się zostać pomocnikiem i sługą. Na próbę im zawierzyć. Nieprzewidziana katastrofa, z którą się teraz mierzyłem, tak jak niegdyś domysł o intymnej zażyłości między Albertyną i tymi dwiema kobietami, miała w sobie znajomy ton; poprzedziło ją wcześniej wiele znaków, z których wyczytać mógłbym (wbrew przekonaniu, powziętemu przez rozum na podstawie słów samej Albertyny) prawdę o nudzie i niechęci, z jaką znosiła swoje uwięzienie. Ileż to razy natykałem się na te znaki, zapisane w pokornych i smutnych oczach Albertyny, na jej policzkach oblewających się nagłym, niewyjaśnionym pąsem, albo w hałaśliwym impecie, z jakim wtedy nocą otworzyła okno w swoim pokoju. Zabrakło mi odwagi, by przyjąć do wiadomości ostrzeżenie i wziąć w rachubę jej nagły wyjazd. Utrzymywany w równowadze ducha dzięki obecności Albertyny, umiałem myśleć o jej odejściu tylko jak o czymś, co sam postanowię — może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, to znaczy w czasie, który nigdy nie miał nadejść. Ulegałem zatem złudzeniu, że potrafię wyobrazić sobie ten wyjazd, tak jak ludzie, którzy wierzą, że wcale nie boją się śmierci, póki o niej myślą, mając się niezgorzej: w istocie odpisują ujemną wartość, jaką śmierć ma wprowadzić do rachunku, od sumy zdrowia, którym wciąż jeszcze się cieszą: zapominają, że utracą je razem z życiem. Zresztą, choćbym nawet i tysiąc razy wyobrażał sobie wyjazd Albertyny jako akt jej własnej woli, choćbym odmalował go sobie najdokładniej, ze szczegółami, to i tak nie zdołałbym przewidzieć, czym się ten wyjazd okaże dla mnie samego, a więc czym będzie naprawdę, jak niesłychanym, zaskakującym, straszliwym przeżyciem, jak całkowicie nową przyniesie udrękę. Choćbym zawczasu myślał o nim latami, wszystkie te myśli nie dałyby mi nawet bladego pojęcia o piekle, którego bramę uchyliła przede mną Franciszka, wypowiadając te słowa: „Panna Albertyna wyjechała”. By stworzyć sobie obraz sytuacji, której nie pojmujemy, umysł wypełnia ją znanymi sobie szablonami, i właśnie dlatego wyobrażenia nie przybliżają nas do prawdy. Ale każde nowe zdarzenie, które z mocą pioruna trafi w naszą wrażliwość, także w tę najbliższą zmysłom, wyżłobi w niej koleinę, na zawsze zostawi ślad. Wzbraniałem się przyznać sam przed sobą, że choćbym zdołał przewidzieć jej wyjazd, to i tak nie umiałbym wyobrazić go sobie w całej jego grozie. Że choćbym nawet był o nim zawczasu uprzedzony przez Albertynę, nie zdołałbym jej zatrzymać prośbą ani groźbą. Jakże odległe stało się w tamtej chwili moje marzenie o Wenecji! Tak jak kiedyś w Combray rojenia o księżnej de Guermantes, ulatujące z nadejściem tej godziny, kiedy nie liczyło się dla mnie już nic oprócz jednej jedynej rzeczy — żeby mama przyszła pocałować mnie na dobranoc. I oto wszystkie niepokoje, jakie kiedykolwiek przeżyłem od czasów dzieciństwa, przywołane przez nowe cierpienie, stawiły się, żeby się z nim połączyć, powiększając ciężar, który mnie przygniatał.
Dzięki łatwości, z jaką ciało pamięta wcześniejsze ciosy, ten cios w samo serce, jej wyjazd bez pożegnania, odnowił we mnie ból każdej z tych chwil, w których cierpiałem. Cios zadany może rozmyślnie z czystego wyrachowania przez tę, która pozorując rozstanie, chciała wtrącić mnie w najczarniejszą rozpacz, bo bezgraniczna jest obojętność ludzkich istot na cierpienie innych — otóż taki cios może miał tylko wymusić korzystne dla niej warunki powrotu. Lecz mogło być tak, że odchodząc na zawsze — na zawsze! — zraniła mnie żeby się zemścić, albo i po to, żebym nigdy o niej nie zapomniał. Po to, żeby dodać mocy wspomnieniu, jakie po sobie zostawi, gdy nagle zerwie we mnie tę utkaną ze znużenia i obojętności pajęczynę, której pojawienie się musiała wyczuwać od dawna. Otóż takiego ciosu w serce oboje zamierzaliśmy sobie oszczędzić, wierzyliśmy, że jeśli przyjdzie nam się rozstać, to w przyjaźni. Przyjazne rozstania nie zdarzają się jednak prawie nigdy, bo póki jest zgoda, nie myśli się o rozstaniu. I nawet dostrzegając tę coraz głębszą obojętność i znużenie, kobieta mimo wszystko wyczuwa siłę naszego przywiązania. Wie, że nas ono usidliło, że pętla się zacisnęła. Więc warunkiem rozstania w przyjaźni byłoby zawczasu dać znać, że zamierza odejść. Ale może się obawiać, że taka zapowiedź przekreśli jej plany. Wie, że w miarę jak rośnie jej władza nad mężczyzną, nagła ucieczka staje się jedynym możliwym sposobem odejścia. Władczyni zostanie uciekinierką. Tak to jest. I przepaść otwiera się wtedy między tym znużeniem nią, którego mężczyzna doznawał jeszcze przed chwilą, a gwałtowną tęsknotą, ledwie odeszła. Przede wszystkim wyjazd zazwyczaj następuje właśnie wtedy, gdy jego obojętność — prawdziwa albo też udawana — osiągnęła swoje apogeum, niczym wahadło najdalej odchylone od stanu równowagi. Kobieta mówi sobie: „Dość, dłużej tak być nie może”, właśnie dlatego, że mężczyzna wspomina o rozstaniu albo że o nim rozmyśla. A jednak to ona go opuszcza. Wahadło zmieniło kierunek i łukiem przecięło przepaść, by znowu osiągnąć najwyższy punkt. Z chwili na chwilę, poza zasięgiem rozumu, z mocy natury! Serce wali jak młotem, podczas gdy kobieta, która odeszła, jest już kimś innym, nie tą, którą była przy nas. Jej życie u naszego boku, aż nazbyt dobrze nam znane, wplątuje się między obce losy i zaczyna mienić się ich barwami. Być może właśnie po to, żeby się w nich zanurzyć, rozstała się z nami, a odblask nieoczekiwanego bogactwa barw, gdy sama już jest daleko, padnie wstecz i oświetli żyjącą kiedyś w naszym cieniu istotę, w skrytości rozważającą zerwanie. Serii zdarzeń wewnętrznych, dających się łatwo wywieść z tych zewnętrznych, składających się na obraz jej życia przy nas, gdy oprócz nazbyt widocznej obojętności musiała znosić także naszą zazdrość — tej serii, która nie kryła przed nami żadnej tajemnicy, odpowiada, jak się okazuje, inna seria zdarzeń, o jakich nie mieliśmy pojęcia, choć mężczyźni, którzy przeżyli wiele rozstań, byli wszak porzucani za każdym razem w podobny sposób, naznaczony piętnem ich własnej natury i właściwych im zachowań, dających się dokładnie przewidzieć; każdy był zdradzany na swą własną modłę, tak jak każdy miał właściwy sobie sposób łapania przeziębień. Nasza ukochana mogła otóż od pewnego czasu wymieniać przez posłańców listy albo też ustne wiadomości z tym lub tamtym mężczyzną, z tą albo inną kobietą — i być może czekała na sygnał, który bezwiednie przekazaliśmy jej sami, mówiąc: „Pan X. był wczoraj u mnie”, podczas gdy ona umawiała się z panem X., że odwiedzi nas poprzedniego dnia przed zaplanowaną przez nich ucieczką. Ileż możliwych przypuszczeń! Możliwych, lecz nic ponad to. Umiałem po mistrzowsku wznosić gmachy prawdy z samych wątpliwych domysłów. Zdarzyło mi się kiedyś przez pomyłkę otworzyć list do kobiety, z którą byłem związany. List mógł się wydać pisany szyfrem, bo brzmiał tak oto: „Czekam znak iść do margrabia Saint-Loup, proszę jutro telefon”; wysnułem stąd podejrzenie, że szło o planowaną ucieczkę. Wydawało się, że nazwisko margrabiego de Saint-Loup podstawiono zamiast jakiegoś innego, bo ona nigdy go nie spotkała, znała go tylko z moich opowieści. Podpis pod listem wydawał się pseudonimem. Ale ten list, jak się okazało, nie był adresowany do niej: nazwisko na kopercie, należące do pewnej osoby mieszkającej w tym samym domu, błędnie odczytał listonosz. Nie był też napisany szyfrem, tylko kiepską francuszczyzną, bo przysłała go pewna Amerykanka, która, jak się potem dowiedziałem od Roberta de Saint-Loup, rzeczywiście była jego znajomą. A niespotykany sposób pisania niektórych liter nadał obco brzmiącemu, lecz prawdziwemu nazwisku Amerykanki pozór pseudonimu. Myliłem się więc we wszystkim. To mechanizm umysłu powiązał w całość dostępne mi fakty, fałszywe w istocie, i oblókł moje wnioski w kształt prawdy tak doskonale prawdziwej, że kiedy po trzech miesiącach opuściła mnie nagle ta, która w chwili nadejścia pierwszego listu jeszcze nie myślała o rozstaniu, wszystko odbyło się dokładnie tak samo, jak w wyobrażeniu, które wtedy stworzyłem. Pojawił się zatem list noszący te właśnie cechy, których niesłusznie dopatrywałem się w tamtym, i który tym razem naprawdę zawierał zaszyfrowaną wiadomość. Spadły na mnie najgorsze męki, jakie mogły mnie wtedy spotkać.
Lecz moje ówczesne cierpienia okazały się niczym wobec bolesnej pasji dociekania, za kim tęskniła Albertyna i do kogo odeszła. Przyczyna takiego nagłego nieszczęścia ukryta jest przed nami tak jak praźródło wód płynących w rzekach: nie znajdziemy go nigdzie na całym świecie. Od jak dawna Albertyna myślała o ucieczce? Nie przywiązywałem wagi do tego pytania, bo dotychczas myślałem, że to tylko jej humory, dąsy, zwane przez Franciszkę „muchami w nosie”, lecz od czasu, kiedy przestała całować mnie na dobranoc, była posępna jak chmura gradowa, trzymała się sztywno, ruchy miała powolne i ciężkie, nawet o najzwyklejszych sprawach mówiła zbolałym tonem i przestała się uśmiechać. Nie pomyślałbym, że cokolwiek wskazuje na podejrzane konszachty utrzymywane poza domem. Wkrótce po jej wyjeździe dowiedziałem się od Franciszki, że wszedłszy do pokoju Albertyny na dwa dni przed jej wyjazdem, nie zastała tam nikogo, story zaciągnięte, a powiewy powietrza i hałas uliczny wskazywały na to, że otwarte są drzwi balkonowe. I w samej rzeczy, Albertyna była na balkonie. Lecz nie wiadomo, czy po to, żeby się z kimś porozumieć, a jeśli, to kim by miała być ta osoba; zaciągnięte przy otwartym oknie story dało się wytłumaczyć moją wrażliwością na przeciągi, a choć nie przyczyniły się do rozwiązania zagadki, mogły ukryć przed Franciszką zaglądającą z korytarza, że okiennice też są otwarte mimo wczesnej pory. Nie, nie wydarzyło się nic podejrzanego, jeśli pominąć pewien drobiazg wskazujący na to, że Albertyna już w przeddzień szykowała się do wyjazdu. Z mojego pokoju zabrała ukradkiem znaczną ilość papieru i płótna, by nocą spakować swe niezliczone peniuary i odjechać wcześnie rano. Tylko ten jeden drobiazg, nic więcej. Nie zaniepokoiło mnie to, że wieczorem uparła się zwrócić mi pożyczone tysiąc franków, nie widziałem w tym niczego nadzwyczajnego, bo w sprawach pieniężnych odznaczała się najdalej posuniętą skrupulatnością.
Owszem, zabrała wieczorem z mojego pokoju papier i płótno do pakowania, lecz o tym, że wyjedzie, musiała zdecydować już wcześniej! Nie smutek bowiem pchnął ją w drogę, tylko na odwrót, to powzięta już decyzja wyjazdu, decyzja o porzuceniu tego życia, które kiedyś było dla niej szczytem marzeń, zasnuła jej spojrzenie smutkiem. Spoważniała, wobec mnie była pełna uroczystego chłodu — oprócz tego ostatniego wieczoru, kiedy zechciała zostać ze mną trochę dłużej w moim pokoju. Tym mnie zaskoczyła, bo od dawna już unikała przedłużania takich chwil. A na koniec powiedziała: „Żegnaj, mój drogi”. Lecz nawet to nie natchnęło mnie wtedy niepokojem. Wedle Franciszki, gdy nazajutrz rano oświadczyła jej, że wyjeżdża, była jeszcze smutniejsza, jeszcze bardziej zgaszona niż ostatnio, a przy słowach „Franciszko, żegnaj” wyglądała jakby miała za chwilę osunąć się na podłogę bez czucia. Można to wytłumaczyć zmęczeniem, skoro nie kładła się wcale, tylko przez całą noc pakowała się w papier i płótno, nie mając w pokoju swych kufrów, o które zamierzała prosić Franciszkę dopiero z rana. Słuchając o takich szczegółach, zaczynamy rozumieć, że kobieta, która ostatnio już pociągała nas mniej od innych, nawet od nieznajomych mijanych podczas przechadzki, że zatem kobieta, dla której musieliśmy się z żalem wyrzec wszystkich innych, była nam od każdej z nich stokroć droższa. W takiej chwili nie chodzi już o to, że pewne przyjemności, zużyte i wytarte, spowszedniały razem z postacią, z którą się dla nas łączyły, nie o to, że niewiele już dla nas znaczyły wobec innych, wspanialszych i bardziej kuszących. Te inne z miejsca przestaną nas zaprzątać — a po tamtych zostanie coś, co swą siłą bije na głowę wszystko inne: bezmiar cierpienia.
Złożywszy sobie samemu obietnicę, że Albertyna będzie tu z powrotem dziś wieczór, zwróciłem się ku temu, co najpilniejsze, odzyskaną nadzieją musiałem wypełnić pustkę pozostawioną przez istotę, z którą żyłem do dziś pod jednym dachem. Lecz choć udało mi się przekonać samego siebie, że wieczorem Albertyna będzie tu ze mną, mimo tej gotowości, z jaką odezwał się we mnie zmysł przetrwania, raz po raz kąsał mnie ten sam pierwszy ból, który zdążył mnie dopaść w owej przepastnej chwili, gdy doznałem szoku i ziemia usunęła mi się spod nóg — po słowach Franciszki: „Panna Albertyna kazała mi przynieść kufry, panna Albertyna wyjechała”. Poczułem się pozbawiony jakiegokolwiek oparcia, i choć już powiadomiłem sam siebie, że Albertyna dziś wieczorem znów tu będzie, raz po raz powracał tamten pierwszy ból, który przyszedł jeszcze zanim się sam od siebie dowiedziałem, że ona ma wrócić. Ból przepełniający tę chwilę, która nastąpiła po słowach Franciszki, wciąż się we mnie odnawiał samorzutnie, równie gwałtowny jak za pierwszym razem, kiedy umysł jeszcze nie wiedział o jej rychłym powrocie.
Miała wrócić koniecznie, i przy tym koniecznie z własnej woli. Jakkolwiek przedstawiały się sprawy, zbyt widoczna ustępliwość i błagalne starania mogły mi tylko zaszkodzić. To prawda, nie byłem dość silny, by się jej wyrzec, tak jak kiedyś wyrzekłem się Gilberty. Jeszcze pilniej niż widoku Albertyny mój organizm domagał się położenia kresu fizycznej udręce, bo serce, słabsze niż kiedyś, bało się, że jej nie wytrzyma. Poza tym przywykłem unikać wysiłku woli, zarówno gdy szło o zamierzone prace, jak też we wszelkich innych sprawach, i stałem się bezwolny jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Przede wszystkim jednak mój ból sam w sobie był teraz nieporównanie silniejszy — z wielu różnych przyczyn, wśród których oprócz tej, że nie znałem wszak zmysłowej rozkoszy z panią de Guermantes ani z Gilbertą, była i inna, znacznie istotniejsza, ta, że nie mając po temu sposobności, by widzieć je codziennie i o każdej porze, nie popadłem w niewolę Przyzwyczajenia. Dlatego w historiach tamtych miłości potężna bogini Przyzwyczajenia nie odegrała prawie żadnej roli.
Moje serce, które stało się z czasem bezsilne i niezdolne znieść cierpienie, widziało jedno jedyne rozwiązanie możliwe do przyjęcia: powrót Albertyny, wymuszony na niej za wszelką cenę. To drugie wyjście, by wyrzec jej się na zawsze i po trochu o niej zapominać, serce moje uznało za pomysł nazbyt literacki, za coś oderwanego od prawdziwego życia — jak gdyby zapomniało, że tak właśnie postąpiłem kiedyś wobec Gilberty. Wiedziałem, że owo drugie wyjście nadal stoi otworem przed tym samym człowiekiem, którym przecież byłem, bo nie stałem się nikim innym. To tylko czas zrobił swoje, czas, który z jednej strony dodał mi lat, z drugiej na stałe przyniósł mi obecność Albertyny pod moim dachem. Nie umiałem się wyrzec tego daru, a jeśli po tym wszystkim, co przeżyłem rozstając się z Gilbertą, po wycierpianych wtedy udrękach cokolwiek we mnie ocalało, była to duma, która wzbraniała mi poniżania się przed Albertyną żałosnym błaganiem jej o powrót; rad byłbym tak wszystko urządzić, żeby nie dowiedziała się, jak bardzo mi na nim zależy. Nie chciałem marnować czasu i już miałem się zerwać z łóżka, ale powstrzymał mnie dotkliwy atak bólu: oto bowiem wstawałem po raz pierwszy odkąd mnie opuściła. Musiałem wszelako ubrać się, by niezwłocznie udać się do jej domu i rozpytać odźwierną, czy coś wie.
Cierpienie, będąc przedłużeniem doznanego wstrząsu, szuka dla siebie nowego kształtu. Łudzimy się, że zdołamy je odpędzić snuciem planów, zbieraniem informacji, tymczasem pozwalamy mu, by ulegało swym powolnym przemianom, bo to nie wymaga od nas odwagi, jakiej by trzeba było, żeby je zdusić w zarodku. Jakże ciasne, twarde i zimne okaże się łóżko, w którym mamy pomieścić się razem z naszym bólem. W końcu przecież wstałem. Stąpałem po pokoju z największą ostrożnością, poruszałem się tak, by nie zawadzić spojrzeniem o krzesło Albertyny, o pianolę, na której pedałach opierała złociste domowe pantofelki, o żaden z przedmiotów, których dotykała, bo wszystkie nawoływały mnie w swym języku, który był językiem moich wspomnień, jakby chciały powtórzyć mi własnym głosem tę samą wiadomość o jej wyjeździe. Choć nie patrzyłem, i tak je widziałem. Opadłem bez sił na jeden z foteli obitych błękitnym atłasem, którego chłodny połysk zaledwie przed godziną, w światłocieniu sypialni przeciętej gaszącą niepokoje smugą dziennego światła, skłaniał mnie do marzeń, tak wówczas rozkosznych, teraz już tak odległych. Ach, kiedy ostatnio siadałem w tym fotelu, była tu jeszcze Albertyna! Nie mogłem usiedzieć, wstałem. I tak oto co chwilę zjawiało się jedno z tych niezliczonych, niewiele znaczących wcieleń mnie samego, które składały się na to, czym byłem, ale nic jeszcze nie wiedziały o wyjeździe Albertyny, więc trzeba je było o nim powiadomić. Należało — co bardziej nawet okrutne, niż gdybym miał do czynienia z obcymi ludźmi, obojętnymi na mój ból — z każdym z tych moich ja po kolei podzielić się wiadomością o nieszczęściu, które na nas spadło, opowiedzieć o nim z osobna każdemu ja, które jeszcze o nim nie słyszało. I po kolei każde z nich usłyszeć miało po raz pierwszy te słowa: „Albertyna kazała przynieść swoje kufry” — podobne do trumien, te same, które zobaczyłem kiedyś w Balbec, kiedy je zabierano razem z kuframi mojej matki — „Albertyna wyjechała”. Każda z tych istot będących częścią mnie samego miała teraz dowiedzieć się o moim smutku. O smutku, który nie był już tylko przygnębiającą myślą, wnioskiem wyciągniętym przez chłodny umysł z nagromadzenia fatalnych okoliczności. Był raczej nieustającym i niezależnym od mojej woli nawrotem bólu, wywołanego ciosem, który dosięgnął mnie z zewnętrznego świata. W tłumie różnych ja pojawiły się i takie, z którymi już dość długo się nie widziałem. Na przykład owo ja, którym stawałem się, kiedy miałem być strzyżony — albowiem był to, o czym całkiem już zapomniałem, właśnie ten dzień. Zapomniane ja swoim przybyciem przyprawiło mnie o szloch, jaki może nam się wyrwać na pogrzebie na widok sędziwego lokaja, posługującego kiedyś w domu tej, której już nie ma. Potem uświadomiłem sobie znienacka, że już od jakichś ośmiu dni nękały mnie nagłe ataki panicznego lęku, których przyczyny nie chciałem znać. W takich chwilach sam przywoływałem się do porządku: „Musiałbym upaść na głowę, żeby zajmować się podejrzeniem, że ona może ni stąd, ni zowąd odejść. To niemożliwe”. Gdybym się z tej obawy zwierzył jakiejś rozsądnej osobie, najpewniej usłyszałbym: „Oszalałeś chyba, to nonsens”. Pewnie wtedy jeszcze pomogłoby mi to odzyskać spokój, ale moja skryta natura nie rwała się do takich zwierzeń. I przecież wczoraj w samej rzeczy nie było między nami żadnej kłótni. „Nie odchodzi się bez powodu. Wykrzyczałaby ci ten powód. Mógłbyś coś odpowiedzieć. Nie, to niepoważny pomysł. Wybrałeś przypuszczenie najbardziej absurdalne spośród wszystkich możliwych”. A jednak co rano, kiedy sięgnąwszy po dzwonek, mogłem się upewnić, że ona jest w domu, wyrywało mi się głębokie westchnienie ulgi. Gdy zaś Franciszka przyniosła mi list Albertyny, od razu wiedziałem, że to co niemożliwe, właśnie się wydarzyło. Że wbrew rozsądkowi i wszelkim uspokajającym argumentom jednak nastąpił ten wyjazd w jakiś sposób przeczuwany na wiele dni naprzód. W głębinach mojej rozpaczy niemalże napawałem się trafnością własnej intuicji, która to przewidziała — niby morderca, pewny, że nigdy go nie złapią, lecz jednak ścigany niepokojem, który oto, zawezwany przez sędziego śledczego, doznał wreszcie uspokojenia na widok teczki akt opatrzonych nazwiskiem ofiary.
Całą nadzieję pokładałem w tym, że Albertyna wyjechała do Turenii, do ciotki, pod której czujnym okiem nie będzie mogła wiele zdziałać, nim ją stamtąd zabiorę. Obawiałem się raczej czego innego: że pozostała w Paryżu, udała się do Amsterdamu albo do Montjouvain, krótko mówiąc, rzuciła się w jakąś uknutą wcześniej intrygę, której zawiązanie przeoczyłem. Lecz myśląc o Paryżu, Amsterdamie, Montjouvain, Balbec i Trieście, jednym słowem, o miejscach najróżniejszych, miałem wciąż do czynienia z takimi, które były zaledwie prawdopodobne. Gdy więc w domu Albertyny dowiedziałem się od odźwiernej, że pojechała do ciotki, jej nowe miejsce pobytu, które zaledwie przed chwilą uznałbym za najmniejsze zło, nagle wydało mi się złem najgorszym z możliwych, dlatego właśnie, iż nabrało realności, i mając już pewność co do stanu spraw w chwili obecnej oraz doznawszy niepewności jutra, w udręce zacząłem wyobrażać sobie Albertynę rozpoczynającą tam wymarzone nowe życie, oderwane od mojego nie wiadomo na jak długo, może na zawsze. Życie, w którym miały się ziścić jej nieznane mi pragnienia, przejmujące dreszczem obaw nawet wtedy, gdy jeszcze było mi dane szczęście jej posiadania, szczęście obsypywania pieszczotami łagodnego oblicza, które skrywało tajemnicę, pokorne i zarazem nieprzeniknione. Moja miłość do Albertyny żywiła się jej tajemnicą.
Przed bramą domu Albertyny natknąłem się na biednie ubraną dziewczynkę. Tak jej dobrze patrzyło z wielkich oczu, którymi wodziła za mną, że zaprosiłem ją do siebie; postąpiłbym tak samo z psem o ufnym spojrzeniu. Poszła ze mną chętnie. W domu pohuśtałem ją przez chwilę na kolanach, ale jej obecność, przypominająca mi boleśnie o nieobecności Albertyny, wkrótce mnie zmęczyła. Poprosiłem więc, żeby już sobie poszła, wsunąwszy jej przedtem do kieszeni banknot pięćsetfrankowy. Wystarczyła mi sama myśl, że mogę mieć obok siebie jakąś małą dziewczynkę, której niewinne towarzystwo wybawiłoby mnie od samotności: dzięki tej myśli łatwiej mi było znieść obawę, że nie zobaczę Albertyny jeszcze przez jakiś czas.
Albertyna trwała we mnie we mnie pod postacią imienia, które niemal zawsze po przebudzeniu pierwsze odzywało w moim umyśle, i jeśli pominąć rzadkie momenty, gdy pamięć usypiała na chwilę, nie przestawało się w nim pojawiać raz po raz, bez przerwy, przez cały dzień. Gdyby myśli mówiły moim głosem, usta musiałyby powtarzać jej imię bez końca, i mowa moja stałaby się tak uboga, tak jednostajna, jakbym na podobieństwo postaci z pewnej bajki przemienił się w ptaka, by wykrzykiwać już tylko jeden dźwięk: imię tej, którą kochałem, kiedy byłem człowiekiem. Przepowiadamy sobie czyjeś imię, lecz czynimy to w milczeniu, jakbyśmy zapisywali je w swoim umyśle, więc za każdym razem ono zostawia tam swój ślad, aż w końcu nasz umysł przypomina ścianę, po której ktoś mazał, upstrzoną od góry do dołu powtórzonym tysiąc razy imieniem ukochanej. Powtarzamy je w myślach wciąż na nowo, kiedy jesteśmy szczęśliwi, powtarzamy jeszcze zapamiętalej, gdy szczęście nas opuściło. Powtarzamy to imię, nie niosące już żadnej treści, której byśmy nie znali, jedynie po to, by zaspokoić palącą potrzebę jego powtarzania, która wciąż powraca, zabierając nam wszystkie siły. O rozkoszy cielesnej nie mógłbym nawet pomyśleć w tamtej chwili. Mój umysł utracił z pola widzenia ciało Albertyny, kiedy doznałem tego wielkiego wstrząsu, który poruszył całe moje jestestwo. Gdybym chciał z mego cierpienia wyłowić jego ideę w stanie czystym — każdą bowiem rzecz da się sprowadzić do czystej idei — odnalazłbym tam tylko swoją niepewność co do stanu ducha, w jakim Albertyna wyjeżdżała, i tego czy zamierzała wrócić czy nie, albo listę sposobów, których mogę użyć, by ją do siebie znowu ściągnąć. Być może jest coś prawdziwego i nawet symbolicznego w tym, jak niewiele miejsca w naszych rozterkach związanych z bliską nam kobietą zajmuje ona sama. To, kim jest naprawdę, okazuje się prawie bez znaczenia, liczy się tylko przepływ naszych wzruszeń i lęków niegdyś przeżytych z jej powodu, które od tej pory kojarzymy z nią siłą nawyku. Nawet lepiej niż ta prawda, że szczęście nuży, dowodzi tego doświadczenie: ono pokaże, że spotkania z kobietą, podziw, jakim nas darzy lub nie, jej ochota do spełniania naszych życzeń, wszystkie te okoliczności byłyby nam obojętne, bez znaczenia, niewarte uwagi - gdyby szło tylko o nią samą, nie zaś o ten przepływ naszych własnych wzruszeń i lęków. O niej moglibyśmy wtedy zapomnieć bez trudu.
Sam zaś przepływ ożyje na nowo, kiedy się zmieni przedmiot naszych uczuć. Póki ku tamtej wyrywał się nasz niepokój, wydawało się nam, że od niej tylko zależy szczęście; ale prawdziwym warunkiem szczęścia było wygaśnięcie niepokoju. Nieświadomość okazała się więc bardziej dalekowzroczna od świadomości, dążyła do pomniejszenia postaci ukochanej, tej postaci, która sama z siebie zajęłaby ledwie skrawek przestrzeni w naszych myślach; postaci, o której wiedzieliśmy niewiele i która może nam się wydawała wcieleniem przeciętności i banału. I dopiero wobec dramatu rozstania to, by znów ją ujrzeć i by jej widok położył kres męce, stało się dla nas sprawą życia i śmierci. Stopniowe pomniejszenie jej postaci podążało w ślad za rozwijającym się w nas uczuciem, towarzysząc mu w sposób bezpośredni i nieunikniony, a przy tym odsłaniając jego naturę.
Stan ducha, w jakim Albertyna wyjeżdżała, mógł przypominać nastroje narodu, którego armia szykuje się do pokazu siły, by utorować drogę rokowaniom pokojowym. Nie miała, jak chciałem wierzyć, żadnego powodu by wyjeżdżać — poza chęcią wymuszenia korzystniejszych warunków: więcej swobody, więcej kosztownych przyjemności. Jeśli tak było, to z nas dwojga ja właśnie miałbym się o co rozgniewać. Ale przedtem musiałbym udźwignąć ciężar oczekiwania na tę chwilę, kiedy ona, straciwszy nadzieję na uzyskanie czegokolwiek, wróci z własnej woli. Owszem, w kartach albo na wojnie, gdzie liczy się tylko jedno — kto wygra — łatwo jest stawić czoło blefowi; lecz w kwestiach miłości i zazdrości, nie mówiąc już o tęsknocie, rzeczy mają się inaczej. Gdybym prowadził wojnę pozycyjną, czekając cierpliwie i pozwalając Albertynie przez wiele dni a może i tygodni żyć z dala ode mnie, mimo woli zniweczyłbym cel, do którego dążyłem od ponad roku: żeby nie stracić jej z oczu ani na chwilę. Wszelkie zachowywane dotąd środki ostrożności poszłyby na marne, jeśli dałbym jej dość czasu i swobody, by mogła zdradzać mnie do woli, a gdyby w końcu nawet skapitulowała, to i tak nie zdołałbym łatwo zapomnieć, że żyła przez ten czas na swobodzie i robiła, co chciała. I cóż z tego, że to wszystko stałoby się przeszłością — w tej wojnie tak czy owak to ja byłbym przegranym.
Jeśli zaś szło o sposoby sprowadzenia jej z powrotem, miały one tym większą szansę powodzenia, im bardziej trafny okazałby się domysł, że po to tylko mnie opuściła, żeby coś uzyskać. Dla osób, które wątpiły w jej szczerość — więc przede wszystkim dla Franciszki — byłaby to rzecz oczywista. Lecz nawet wtedy, kiedy jeszcze o niczym nie wiedziałem, kiedy szukałem po omacku przyczyny jej złych humorów i niechętnych spojrzeń, mój umysł nie oparł się mglistej obawie, że Albertyna zamierza odejść na zawsze, więc tym bardziej teraz, kiedy jej wyjazd stał się faktem, rozum odmawiał przyjęcia do wiadomości, że mógł to być tylko wybieg. Rozum odmawiał, nie ja. Im mniej wiarygodnie wyglądało przypuszczenie, że wyjazd był sztuczką, tym bardziej chciałem w nie wierzyć; nabierało tym większej mocy, im mniej było prawdopodobne. Ktoś, kto zawisł nad przepaścią, nie wierzy w tę oczywistość, że Bóg go opuścił, i do końca czeka na cud.
Przyznaję, że w całej tej historii zachowałem się jak najgnuśniejszy i najbardziej zbolały ze śledczych. Lecz ucieczka Albertyny nie przywróciła mi umiejętności, które zatraciłem, gdy w czuwaniu nad nią zdałem się na osoby trzecie. Myślałem więc tylko o jednym: że trzeba komuś zlecić poszukiwania. Tym kimś miał być Saint-Loup. Przystał na to. Ledwie przerzuciłem na jego barki trudy kolejnych dni, niepokój, który od tak dawna mnie nie opuszczał, przemienił się w inne uczucie, w radość. Nagle odżyłem, pewny już powodzenia. Dłonie były znowu suche jak przedtem, bez śladu zimnego potu, od którego zwilgotniały, kiedy usłyszałem od Franciszki te słowa: „Panna Albertyna wyjechała”.
Gdy zdecydowałem się zamieszkać z Albertyną i byłem nawet gotów rozważać małżeństwo, chodziło mi przecież o to, żebym mógł jej lepiej pilnować, znał każdy jej krok i nie dopuścił do odnowienia jej podejrzanych związków z panną Vinteuil. Kiedy w Balbec opowiadała mi o tej zażyłości jak o rzeczy najzwyklejszej pod słońcem, zdołałem udać, że tak to właśnie przyjmuję — choć ta wiadomość rozdzierała mi serce, pogrążała mnie w cierpieniu, jakiego bym się nie spodziewał, bo nawet w najczarniejszych wyobrażeniach nie zdołałbym go przewidzieć. To zadziwiające, że zazdrość, która na co dzień szuka ujścia w fałszywych domysłach wywołanych przez jakąś błahostkę, nie umie się zdobyć się na odrobinę wyobraźni, gdy jej potrzeba żeby dotrzeć do prawdy. Moja miłość, która rozkwitła, gdym usiłował powstrzymać Albertynę w jej lubieżnych skłonnościach, na zawsze już miała pozostać naznaczona tym, co tkwiło u jej narodzin. Pragnąłem być z nią stale dlatego przede wszystkim, że inaczej nie okiełznałbym w niej niespokojnego ducha, wyrywającego się tu albo tam. Żeby utrzymać go w ryzach, zdawałem się też na czujność zaufanych osób, które miały na nią oko; i jeśli tylko mogłem wieczorem usłyszeć pomyślne sprawozdanie, ta chwila ulgi uśmierzała we mnie wszelkie niepokoje.
Obietnicą złożoną samemu sobie, że wieczorem Albertyna będzie z powrotem w moim domu, cokolwiek musiałbym jeszcze uczynić, aby tego dopiąć — już udało mi się doraźnie stłumić ból, który zadała mi Franciszka, przynosząc wiadomość o jej wyjeździe. Wtedy bowiem dałem się zaskoczyć i pomyślałem, że ją utraciłem na zawsze. Lecz potem, po krótkiej chwili ulgi, jakiej doznałem dzięki złożonej sobie obietnicy jej rychłego powrotu, ten sam ból nie do zniesienia powrócił by mnie ścigać, i zawładnął mną, gnany własnym impetem. To on, pierwszy ból, dopadł mnie na nowo; był wcześniejszy od tej obietnicy, więc słów, które powinny go ukoić, nie słyszał.
Jeśli miałem podjąć jakieś działania, żeby ją skłonić do powrotu, trzeba mi było udawać, że jej nie kocham i że ten wyjazd niewiele dla mnie znaczył. Nie żebym kiedykolwiek coś wygrał w ten sposób, ale z nawyku czyniłem tak zawsze, odkąd kochałem Albertynę, więc musiałem dalej udawać. Mogłem walczyć o nią z tym większą determinacją, im bardziej obojętny wyraz twarzy zdołałbym przybrać. Właśnie wtedy, gdy planowałem wysłać w drogę Roberta de Saint-Loup, który udając, że działa bez mojej wiedzy, obcesowym naciskiem miał skłonić panią Bontemps do niezwłocznego odesłania mi Albertyny, wpadłem na pomysł napisania pożegnalnego listu, w którym nazwałbym jej odejście ostatecznym. Co prawda poznałem już kiedyś niebezpieczeństwo jakie niesie w sobie markowanie obojętności: kiedyś wysłałem do Gilberty taki list, więc już wiedziałem, że z mojego udawanego chłodu może się zrodzić chłód najprawdziwszy. To doświadczenie powinno mnie powstrzymać przed pisaniem do Albertyny w takim tonie. Ale jeśli coś nazywamy doświadczeniem, oznacza to tylko tyle, że świadomość ukazała nam w pełnym świetle któreś z właściwych nam zachowań, ono zaś nieuchronnie powróci, i powróci z tym większą siłą, że samoistny odruch, któremu ulegliśmy kiedyś, już się w nas utrwalił. Powtórka ludzkiego losu, przed którą tak trudno się uchronić jednostkom (a także narodom, gdy upierają się przy starych błędach i powtarzając je, popadają w coraz większe kłopoty) wynika z naśladowania samych siebie.
Wiedząc, że Saint-Loup jest w Paryżu, od razu po niego posłałem. Przybiegł, równie żwawy i energiczny jak niegdyś w Doncières, i zgodził się jechać zaraz do Turenii. Przedstawiłem mu następujący plan: wysiądzie w Châtellerault i zapyta o willę państwa Bontemps, lecz zanim złoży wizytę, upewni się, czy Albertyna wyszła z domu. Nie chciałem, żeby wiedziała o jego wizycie.
— Czy ona mnie zna, ta młoda osoba, o której mówimy? — spytał.
Odpowiedziałem, że raczej nie. Ten nowy plan działania napełnił mnie wielką nadzieją. Był jednak w oczywisty sposób sprzeczny z tym, co sobie przedtem zamierzyłem: chciałem przecież tak wszystko urządzić, żeby nikt nie zgadł, że zależy mi na Albertynie. To zaś, co zamierzaliśmy zrobić, mogło zostać tak właśnie odczytane. Miał jednak nad każdym innym tę nieocenioną przewagę: mogłem już sobie powiedzieć, że mój wysłannik jedzie po Albertynę i zapewne mi ją przywiezie. Gdybym lepiej umiał czytać we własnym sercu, wiedziałbym od początku, że wybiorę to rozwiązanie, ukryte dotąd w cieniu i w moich własnych oczach żałosne, odrzucę zaś każde inne, wymagające wytrwałości i hartu ducha, bo mi ich brakowało. Saint-Loup wydawał się trochę zdziwiony, że jakaś młoda osoba mieszkała u mnie przez całą zimę, a on nic o tym nie wiedział, i że choć wspominał o dziewczynie z Balbec, nigdy nie powiedziałem mu: „Ależ ona tu właśnie mieszka” — więc mógł się też poczuć urażony takim brakiem zaufania. Nie było przy tym wykluczone, że pani Bontemps coś powie na temat Balbec. Ale zbyt niecierpliwie oczekiwałem jego wyjazdu, a zwłaszcza powrotu, żebym rozważać wszystkie możliwe następstwa tej wyprawy. Nie obawiałem się, że rozpozna Albertynę, którą uparcie omijał wzrokiem, kiedy w Doncières zobaczył ją ze mną w wagonie kolejki. Zewsząd zresztą słyszałem, że się od tamtej pory zaokrągliła i zmieniła nie do poznania.
— Nie masz jakiejś fotografii? — spytał. Powiedziałem mu najpierw, że nie mam, nie chciałem bowiem, żeby rozpoznał Albertynę na zdjęciach, które zrobiłem jeszcze w czasach Balbec, choć wtedy widział ją wtedy ledwie przez chwilę. Doszedłem jednak do wniosku, że na ostatnim z tamtych zdjęć jest niepodobna do Albertyny ówczesnej i do tej dzisiejszej także nie, pomyślałem więc, że ani ta fotografia, ani jej twarz i postać nie przypomni mu osoby, którą widział dawno temu. Gdy szukałem dla niego tej fotografii, musnął palcami moje czoło w geście pocieszenia. Ujęło mnie jego współczucie. Rozstał się już z Rachelą, a to, co przeszedł, było w nim jeszcze na tyle świeże, że żywił specjalny rodzaj zrozumienia czy też litości dla innych, którzy padli ofiarą podobnych przeżyć, niby dla towarzyszy niedoli, znękanych chorobą, którą dobrze znał. Lubił mnie przy tym i nie chciał, żebym cierpiał. A wobec tej, która zadała mi ból, ogarnęła go mieszanina uczuć niechęci i podziwu. Widział we mnie kogoś wyjątkowego, jeśli więc, jego zdaniem, ktokolwiek mógł mnie rzucić na kolana, to tylko istota jeszcze bardziej niezwykła. Sądziłem, że fotografia Albertyny przypadnie mu do gustu, nawet jeśli nie spodziewałem się, że oniemieje jak starcy trojańscy na widok Heleny, więc szukając tego zdjęcia, rzuciłem skromnie:
— Tylko nie wyobrażaj sobie Bóg wie czego, to zdjęcie jest niezbyt udane, a i z niej żadna nadzwyczajna piękność, po prostu miła dziewczyna.
— Ależ wiem, że musi być piękna — odparł z naiwnym i szczerym entuzjazmem, próbując sobie wyobrazić ową istotę, która wpędziła mnie w tak wielką rozpacz i pomieszanie. — Mam jej to za złe, że cierpisz przez nią, lecz z drugiej strony było do przewidzenia, że ktoś taki jak ty, natura artystyczna w każdym calu, darząca piękno miłością tak wielką, będzie cierpieć, kiedy je spotka i pokocha w żywej kobiecie.
I wtedy znalazłem to zdjęcie.
— Na pewno jest cudowna — ciągnął Robert, nawet nie spojrzawszy na fotografię, którą mu podsunąłem. Nagle ją dostrzegł, przez chwilę obracał w rękach. Jego twarz przybrała niemądry wyraz bezgranicznego zdumienia.
— Więc to jest ona, ta młoda osoba, w której się zakochałeś? — zapytał w końcu, a obawa, że mnie urazi tymi słowami, miarkowała zdumienie w jego głosie. Powstrzymał się od uwag, zrobił rozsądną minę z domieszką protekcjonalnego pobłażania, do jakiego mamy skłonność wobec kogoś nie całkiem zdrowego na umyśle, nawet jeśli uważaliśmy go za przyjaciela i podziwialiśmy, póki nie dotknął go obłęd; mówi nam o niebiańskiej istocie, która ku niemu zstąpiła, i zdaje się nadal ją dostrzegać w miejscu, które wskazuje nam palcem, ale my, zdrowi, widzimy tam kanapę, na której nikt nie siedzi. Pojąłem, co wprawiło Roberta w osłupienie, równe temu, którego doznałem w swoim czasie na widok jego kochanki, z tą tylko różnicą, że ja Rachelę znałem z widzenia, a on myślał, że nigdy nie spotkał Albertyny. Lecz bez wątpienia przepaść między moim i jego wyobrażeniem o każdej z nich była równie wielka. Minęły dawno czasy, kiedy w Balbec, nie oczekując zbyt wiele, przyglądałem się z daleka Albertynie, a moje wrażenia wzrokowe z początku nader skąpo uzupełniały się z odczuciami zmysłów węchu i dotyku. Potem przyszły doznania słodsze i bardziej przejmujące, które jednak wymknęły mi się spod kontroli i z czasem przyniosły ból. Jej postać tkwiła, niby skała zasypana śniegiem, w środku wypełniającej moje serce skomplikowanej konstrukcji; jej struktura była nieczytelna dla Roberta: on widział samo tło, którego ja, przeciwnie, nie mogłem zobaczyć, bo ta konstrukcja mi je przesłoniła. Przyczyną zmieszania, w jakie popadł na widok fotografii, nie był zachwyt, który kazał starcom wołać na widok Heleny: „Nasz ból niewart jednego jej spojrzenia!” — lecz coś wprost przeciwnego, co wyrażają raczej słowa: „Jakże to, z powodu kogoś takiego aż tyle poruszenia, rozpaczy i szaleństwa?!”. Trzeba przyznać, że ta reakcja na widok osoby, która ściągnęła cierpienia na kogoś nam bliskiego, wywracając do góry nogami jego życie i niemalże wpędzając go do grobu, zdarza się nieporównanie częściej niż ów bezgraniczny zachwyt Trojan, i z taką najczęściej miewamy do czynienia. Nie tylko dlatego, że miłość jest sprawą bardzo osobistą, albo że póki jej nie ulegliśmy, mamy ją za przypadłość, której można się ustrzec bez trudu, albo że lubimy wdawać się w pełne rezerwy rozważania na temat cudzego szaleństwa. Miłość osiąga czasem takie nasilenie, że musi się z niej zrodzić ból, wtedy zaś plątanina zmysłowych wspomnień zawisa między postacią kobiety i spojrzeniem tego kto ją kocha, odcięta od reszty świata lodową skorupą, w całości wypełnioną cierpieniem. A punkt, w którym utkwiony jest wzrok usidlonego, punkt, w którym jego szczęście przemienia się w cierpienie, nie ma się nijak do tego, co ze swojej perspektywy widzą inni. Tak też i słońce może w istocie znajdować się w pewnej odległości od miejsca, w którym je widzimy, gdy ulegamy optycznemu złudzeniu, wywołanemu zjawiskiem refrakcji. Ponadto i twarz tej kobiety z czasem ulegnie najróżniejszym niekorzystnym zmianom, które przesłoni oczom kochanka nawracający ból i niewygasła czułość. Toteż oblicze widziane kiedyś po raz pierwszy nie przypomina już prawie wcale tego późniejszego, oglądanego pośród powszednich udręk miłości, a od tego równie odmienne jest jeszcze inne jej oblicze, znane ludziom obcym i obojętnym. A cóż powiedziałby Robert, gdyby zamiast młodej dziewczyny zobaczył na fotografii kobietę mającą już swoje lata? Można doznać podobnego zdziwienia niezależnie od tego, czy znało się wcześniej ową kobietę, która się stała sprawczynią udręki. Często tak bywa, że ją znaliśmy z zupełnie innej strony, tak jak znał Odetę mój cioteczny dziadek Adolf. Różnice w sposobie widzenia dotyczą czegoś więcej niż sama powierzchowność — także cech charakteru i typu osobowości. Można by się założyć, że dręczycielkę zakochanego w niej mężczyzny dobrze zna jako osóbkę zgodną i przymilną ktoś inny, komu na niej nigdy nie zależało. Tak też było z Odetą, która — bezlitosna wobec Swanna — odwiedzała mojego ciotecznego dziadka jako czarująca „różowa dama”. Zdarza się, że ta sama istota, której wyroków zakochany mężczyzna czeka z drżeniem, usiłując zawczasu je odgadnąć niczym kaprysy srogiego bóstwa, innym, którzy jej nie kochają, wyda się zbyt uległa, zbyt łatwo gotowa na wszystko, czego się od niej chce, tak jak ukochana Roberta de Saint-Loup, która w moich oczach była rajoną mi tylekroć „Rachelą kiedy Pan”. Przypomniałem sobie, że kiedy ujrzałem ją z Robertem po raz pierwszy, zdumiała mnie myśl, że i taka kobieta zdolna jest wpędzić kogoś w udrękę dociekania, co robiła w ten czy inny wieczór, co szepnęła na ucho temu czy tamtemu i dlaczego zagroziła zerwaniem. A teraz zrozumiałem, że dla Roberta de Saint-Loup podobnie niejasna przeszłość Albertyny, która wyzwalała paroksyzmy bólu w każdym z włókien mojego nieszczęsnego serca, rwącego się ku niej i spragnionego prawdy, musiała być tak samo nieważna jak dla mnie życie Racheli. Przeczuwałem już, że i mnie z czasem zobojętnieją dawne ścieżki Albertyny, że wyzwolę się z obecnego stanu ducha, zależnego od lekkości albo ciężaru tych spraw, i stopniowo przejdę do miejsca, z jakiego patrzył na to wszystko Saint-Loup. Bo nie miałem złudzeń, wiedziałem, co Saint-Loup może o tym wszystkim myśleć, co może myśleć każdy, kto stoi z boku. I nawet nie cierpiałem z tego powodu.
Zostawmy piękne kobiety mężczyznom bez wyobraźni. Dobrze wiedziałem, że kluczem do tragicznej historii często bywa portret, genialny lecz niepodobny, taki jak na przykład portret Odety pędzla Elstira, w którym widziałem nie tyle postać kochanki, ile deformującą siłę miłości. Brakowało w nim tylko jednego — tego, co w portretach bywa tak naturalne, gdy spojrzenie wielkiego malarza jest zarazem spojrzeniem zakochanego (choć obiła mi się o uszy nawet plotka, że Elstir był kochankiem Odety). Ten portret, uderzająco do niej podobny i zarazem zaskakująco niepodobny, mógł w sobie kryć wyjaśnienie niezrozumiałej dla innych namiętności, która na całe życie opętała człowieka takiego jak Swann. Ale dopiero gdy kocha malarz tej miary co Elstir, następuje objawienie, naszym oczom ukazują się usta, jakich profani nie dostrzegli u tej kobiety, kształt nosa, bijące z jej twarzy wewnętrzne światło, dotąd niezauważane. Taki portret niesie przesłanie: „To, co kochałem, co było przyczyną moich cierpień i co zawsze miałem pod powiekami, tu oto widzicie”. Kiedyś usiłowałem w swoich wyobrażeniach uzupełnić postać Racheli o wszystko to, w co wyposażył ją Robert, teraz zaś spróbowałem odwrócić tę sztuczkę, zdjąć upiększenia, jakie dodało Albertynie moje serce, i zobaczyć w niej to, co widział Robert — nic więcej niż to, co ja sam widziałem w Racheli. Ale cóż miałoby z tego wyniknąć? Nawet gdybym mógł ujrzeć ją w ten nowy sposób, czy byłbym w stanie uwierzyć własnym oczom? Kiedy w czasach Balbec Albertyna czekała pod arkadami w Incarville, by wskoczyć do mojego auta, nie tylko nie zdążyła jeszcze przytyć, ale wprost przeciwnie, do przesady zażywając sportów, schudła ponad miarę. Skóra i kości, na dodatek szyku ujmował jej nieładny kapelusz, pod którym można było dostrzec pospolity koniec nosa i mdłą bladość policzków; w tej postaci niełatwo mi było ją rozpoznać, lecz skoro wskakiwała do mojego auta, docierało do mnie, że to ona, że punktualnie stawiła się na umówione spotkanie, nie wybrała się zamiast tego gdzie indziej; to w zupełności mi wystarczało. Ta, którą kochamy, za bardzo należy do czasu przeszłego, przetraconego we dwoje, by trzeba nam było jej całej. Wystarczy upewnić się, że to ona; tylko o to nam idzie, o tę rzecz dla kogoś, kto kocha, ważniejszą od urody. Może i zbytnio schudła, może ma zapadnięte policzki, lecz jeśli kochanek zwykł się kiedyś pysznić przed innymi urodą okiełznanej przez siebie istoty, potem już zadowoli się wspomnieniem ust, więcej nie trzeba: to, co w niej widzi, usta, nos, jest tak pewne jak rozwiązanie równania; to sprawi, że człowiek rozchwytywany w wielkim świecie nie może rozporządzać ani jednym wolnym wieczorem, ponieważ pochłonięty jest bez reszty głaskaniem włosów ukochanej, póki ona nie zaśnie; nie odstępuje jej ani na krok, nie chcąc zostawić jej samej, lub raczej nie chcąc, by ona go zostawiła samego, a czasem po to jedynie, by nie mogła być w tym czasie z kim innym.
— Jesteś pewien — spytał Saint-Loup — że wolno mi tak po prostu zaproponować tej kobiecie trzydzieści tysięcy franków na komitet wyborczy jej męża? Są aż tak bezwstydni? Jeżeli się w tym nie pomyliłeś, to trzy tysiące powinny w zupełności wystarczyć.
— Proszę cię, żadnych oszczędności, ta sprawa nazbyt leży mi na sercu. Musisz powiedzieć jej to, w czym zresztą jest trochę prawdy: „Mój przyjaciel dostał te trzydzieści tysięcy franków od jednego ze swoich krewnych na komitet wyborczy wuja narzeczonej. Dano mu te pieniądze z okazji planowanych zaręczyn. I poprosił mnie, abym przekazał je pani dyskretnie, Albertyna miała o niczym się nie dowiedzieć. I właśnie wtedy ona niespodziewanie go opuszcza. On nie wie, co robić. Jeśli nie ożeni się z Albertyną, będzie zmuszony zwrócić krewnemu te trzydzieści tysięcy franków. A jeśli ma się z nią ożenić, to konieczne jest, żeby natychmiast wróciła, bo jej przedłużająca się nieobecność zrobiłaby nader niekorzystne wrażenie”. Sądzisz, że zmyśliłem to na poczekaniu? — Ależ skąd — odparł Saint-Loup, który był mi przyjazny i dobrze wychowany, a ponadto wiedział z doświadczenia, że prawda bywa często dziwaczna bardziej niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Tym bardziej, że historyjce o trzydziestu tysiącach franków niczego nie brakowało. Przeciwnie, tak jak mu powiedziałem, tkwiło w niej ziarno prawdy: coś takiego mogło się bowiem wydarzyć w rzeczywistości, choć akurat tym razem się nie wydarzyło, i tylko ten jeden szczegół — że się to wydarzyło — był w mojej historyjce zmyślony. Ale przecież kłamaliśmy obaj, jak to zwykle bywa między przyjaciółmi, kiedy jeden szczerze pragnie pomóc drugiemu, który padł ofiarą nieszczęśliwej miłości. Przyjaciel, który chce być drugiemu podporą, doradcą i pocieszycielem, lituje się nad pogrążonym w rozpaczy, sam od niej wolny, toteż im lepsze ma intencje, tym więcej musi udawać. Ten drugi zaś wyzna mu tyle tylko, ile koniecznie musi, żeby tamten zdołał mu pomóc, ale właśnie dlatego, że chce pomocy, niejedno woli ukryć. Z nich dwóch ten jest w szczęśliwszym położeniu, który bierze na siebie trudy, wyrusza w podróż, podejmuje się misji: to ten, który nie cierpi. Ja sam wystąpiłem w takiej roli wobec Roberta w Doncières, kiedy rozpaczał po rozstaniu z Rachelą.
— A więc będzie tak jak chcesz — powiedział. — Nawet gdyby miała mi naubliżać, jakoś to zniosę. Zrobię to dla ciebie. Trochę mi nieswojo tak bez ogródek proponować pieniądze, ale z drugiej strony, niejedna bogobojna księżna z najlepszego towarzystwa za trzydzieści tysięcy franków z ochotą posunęłaby się do gorszych nikczemności niż odesłanie siostrzenicy do Paryża. Zresztą cała przyjemność po mojej stronie, i to podwójna, bo potrzebując przysługi, musiałeś wreszcie pozwolić, bym cię odwiedził. Czy będziemy się częściej widywali, jeśli się ożenię? Chciałbym, żebyś w moim domu czuł się jak u siebie.
Urwał nagle, jakby pomyślał o tym, że teraz, być może, ja także się ożenię i że Albertyna nie będzie odpowiednią znajomością dla jego przyszłej żony. Przypomniało mi się, co usłyszałem od Cambremerów o jego spodziewanym małżeństwie z córką księcia Gilberta. Tymczasem Robert zajrzał do rozkładu jazdy pociągów i dowiedział się, że może wyruszyć dopiero wieczorem.
— Czy mam zabrać łóżko panny Albertyny z gabinetu? — zapytała Franciszka.
— Przeciwnie, ma na nią czekać posłane — odrzekłem. Miałem nadzieję, że jej powrót nastąpi lada dzień, i nie życzyłem sobie, żeby Franciszka podawała to w wątpliwość. Chciałem, by wyjazd Albertyny miała za rzecz postanowioną w porozumieniu ze mną, za coś, co nie oznacza w żadnym razie, że ona mnie porzuciła. Ale spojrzenie Franciszki wyrażało co najmniej powątpiewanie albo zgoła niewiarę. Miała swoje własne hipotezy na ten temat. Jej nozdrza zwietrzyły woń niesnasek, być może od dawna wiszącą w powietrzu. Jeśli brakowało jeszcze całkowitej pewności, to tylko dlatego, że Franciszka, tak samo jak ja, nie dawała zbyt łatwo wiary najbardziej wyczekiwanym znakom.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
