W poszukiwaniu siebie - Monika Nowacka - ebook
Opis

W poszukiwaniu siebie to książka dla kobiet inteligentnych, posiadających duszę i intuicję. Dla zakochanych, ale także chwilowo samotnych. Opowiada o subtelnej miłości, oczekiwaniu na nią, tęsknocie, wyzwoleniu kobiecych zmysłów oraz odkrywaniu uśpionej natury i poznaniu samej siebie.

Czytając tę historię, niewątpliwie zastanowimy się, co próbuje przekazać nam nasze wnętrze, gdzie przebiega granica między podświadomością marzeń a realnością wpojonych bądź nabytych zasad moralnych.

Losy bohaterki o imieniu Laura wraz z historiami innych kobiet pojawiających się w książce łączą się, dając efekt przeplatających się wydarzeń. W nich odnajdziemy cząstkę ukrytego JA, skonfrontujemy odpowiedzi na pytania, które nieraz zapewne zadajemy swemu odbiciu w lustrze, zrozumiemy, co jest dobre, a co jeszcze lepsze.

Laura podobna jest troszkę do każdej z Nas. Pragnie miłości, lecz jednocześnie boi się, że ta jedyna i prawdziwa nie istnieje.

Ukazana postać z psychologicznego punktu widzenia jest ciekawym przykładem bogatej osobowości. Skrępowana, zakompleksiona moralność, którą wyniosła z rodzinnego domu, przygniata jej prawdziwą osobowość. Bohaterka pragnie przeobrażenia wewnętrznych zmysłów, by poczuć się kobietą kochaną, a przez to szaloną i wolną, gdzie niewieście emocje zacumują do bezpiecznej przystani...

Miłość, dla której zawsze jest miejsce, inne trudne refleksje, fragmenty ludzkich przeżyć, marzenia oraz próba odnalezienia własnego miejsca w życiu tu i teraz to tylko niektóre tematy poruszane w książce. W pogoni dnia codziennego zatrzymamy się na chwilę zadumy, odetchniemy głęboko piersią, usłyszymy bijący zegar przemijania ludzkiego losu, czy wysłuchamy symfonii wykonanej przez polne koniki.

Czy niespodziewany wyjazd do Wenecji oraz uroczy nieznajomy rozbudzą miłość w Laurze?

Czy pozna wreszcie ukrytą prawdę o sobie?

Zapraszamy do lektury!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 220

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


OD AUTORKI

Wreszcie nadszedł czas twojej metamorfozy!

Odkryj w końcu uśpione pragnienia i nie pozwól, by strach zniszczył w tobie walkę o prawdziwą, tę jedyną na zawsze miłość!

Zrzuć przyciasny kokon moralności i po raz pierwszy zaufaj sobie naprawdę!

Nie czekaj! Poznaj na nowo szaleństwo instynktów!

Laura czekała zbyt długo. Żyła rutyną dnia codziennego, myśląc, że piękne uczucie nie ma prawa się jej przytrafić…

Niespodziewany wyjazd do Wenecji, egzotyka miejsca i uroczy brunet – to pomogło jej poznać swoją prawdziwą naturę…

Dodam, że nieznajomy jest ideałem cielesno-duchowych cech, zlepkiem zalet wszystkich mężczyzn stąpających po ziemskim globie.

Jeśli któraś z Was miała okazję takiego właśnie spotkać, mogę ze szczerą zazdrością pogratulować i powiedzieć:

– Jesteś szczęściarą!

ROZDZIAŁ 1

Był pochmurny wieczór i Laura marzyła, by jak najszybciej znaleźć się w domu. Poleceniom służbowym poświęcała się z oddaniem i pasją. Przyzwyczajona była do dodatkowych godzin, ale ostatni projekt, nad którym spędzała wiele godzin, zamiast entuzjazmu przynosił zmęczenie i wyczerpanie.

Nie potrafiła przerwać rozpoczętej pracy, nawet późna noc nie była w stanie zakłócić zawodowej zachłanności. Biuro opuszczała jako ostatnia osoba.

Spojrzała po raz kolejny na ziołowe składniki wykorzystywane w publikacjach naukowych, gdy spostrzegła w swoim gabinecie kobietę.

Laura początkowo ignorowała jej obecność.

Powoli wstała od biurka i skierowała się ku oknu, udając, że przygląda się zewnętrznej scenerii. W odbiciu szyby zobaczyła dokładnie twarz nieznajomej oraz ironiczny uśmiech na jej twarzy.

Laura poczuła lekkie zdenerwowanie, nadal jednak nie odwracała głowy od okna, aby móc przyjrzeć się jej dokładnie.

Z jednej strony przypominała kogoś bliskiego, lecz dawno niewidzianego, emanowały od niej spokój, bezpieczeństwo, niewinność granicząca z naiwnością, z drugiej zaś strony obcość, niewytłumaczalna niedostępność, surowość krytycznego spojrzenia…

Po chwili nie wytrzymała i krzyknęła:

– Mam panią w tyłku, pani X! Co może pani o mnie wiedzieć, kim naprawdę jestem, co czuję i co przeżyłam w swoim krótko-długim życiu? Jakie potyczki słowne toczyłam, jakich argumentów używałam i jaką wewnętrzną wojnę w myśli toczyłam? Jaką przeszkodę ambicjonalną sobie stwarzałam, aby wreszcie zrozumieć jej sens i przesłanie w codziennym życiu?! Kocham panią! Jest pani cudowna pomimo swej okropności, słów często szeptanych do odbicia lustra: – Ty głupia, naiwna suko!

 

Nawał sprzecznych myśli, pretensji, pytań, na które na odpowiedź jest jeszcze za wcześnie, wirowały w głowie, powodowały kolejny raz wewnętrzny niepokój i niespełnienie.

Po wypowiedzianych słowach Laura odwróciła się gwałtownie i usiadła bezsilnie na sofę, która skierowana była na ukos w kierunku drzwi wyjściowych, a tyłem do okna.

Widziała teraz profil kobiety, która także nie zwracała uwagi na Laurę. Nie robiła sobie nic z usłyszanej wypowiedzi i bez skrępowania otworzyła szklaną witrynę z napojami, by nalać sobie lampkę czerwonego wina. Powoli degustowała jego smak.

Zapadła cisza. Laura czuła się zakłopotana sytuacją, w jakiej się znalazła. Nie mogła przypomnieć sobie, skąd zna tę kobietę i czy w ogóle ją zna. Chciała nawet wyprosić ją z gabinetu, lecz nie miała odwagi tego uczynić. Kobieta zaś z anielskim spojrzeniem rzekła po chwili:

– Nie dręcz się tak dłużej i nie walcz więcej …

– Nic o mnie nie wiesz, więc daruj sobie podobne wskazówki – odpowiedziała szybko Laura.

Kobieta zaś, rozgrzewając kieliszek w dłoniach, surowym tonem dodała po chwili:

– Marzenia nie realizują się same…

Ponownie nastała cisza. I tym razem to Laura nalała sobie kieliszek wina i zaczęła wspominać porozrzucane fragmenty minionych dekad.

O tym, że wychowała się w centrum miasta K. W domu, w którym przed II wojną światową mieściła się żydowska gospoda, a w czasie wojny należał do zamkniętej dzielnicy getta.

Miniona historia w postaci zachowanych niemieckich swastyk w piwnicznych lochach tworzyła wówczas w dziecięcej wyobraźni groźne obrazy i świadomość czegoś złego, co wydarzyło się kiedyś naprawdę…

Pamiętała niewielkie wgłębienie w kuchennej podłodze pokryte brązowym gumoleum, po której wraz z dwoma siostrami i dziadkiem, tańcząc, śpiewała „Uciekaj, myszko, do dziury”. Zapach proszku, pranej bielizny, zaparowane okna i wilgoć, po której być może nabawiła się skłonności do bólów reumatycznych.

Prymitywny wychodek w podwórku zrażał wyglądem i odorem odpadów po procesie trawienia. Dziecięca sylwetka stała okrakiem, przyglądając się, jak wpadają strawione odchody… Studzienka opłukiwała lodowatą wodą jej małe rączki.

Gruchot zmarzniętych cukrówek napełniał nieświadomą wówczas jej duszę beztroską szczerą radością. Czuła się wtedy zupełnie bezpieczna. Cóż przecież mogło czuć kilkuletnie dziecko pozbawione bagażu uniwersalnych przeżyć? Otumanione ciekawością wszystkiego wokół, dalekie od karcącego, jeszcze obcego wobec siebie sumienia?

Pierwsza szczenięca miłość wyrażała pozwolenie na poznawanie wewnętrznych myśli, rozpoczęcie poważnych dyskusji, filozoficznych analiz oraz zainteresowanie anatomią dojrzewającego ciała. Buntowniczy głos otwierał furtkę do świata ludzi starszych, doświadczonych, istniał jako pomost pomiędzy dziecinną naiwnością a podniecającą ciekawością nieznanego jutra…

Pamiętała mroźne zimy, ogromne uliczne zaspy śniegu, długie zwisające sople lodu, zaczarowaną scenerię, której dzisiejszy, krótkotrwały opad nie jest w stanie stworzyć. Majową deszczową ulewę z wielkimi bąblami uderzającymi o bruk kamiennego chodnika, poranny gruchot cukrówek, białe brzozy za domem, zapach świeżej choinki i pomarańczy, które zwiastowały świąteczny czas…

Wszystko to tworzyło zaledwie niewyraźny obraz jej dziecięcych wspomnień, nieskażonej epoki oddalonej bezpowrotnie, który zagłębił się w zakamarkach wszechobecnej świadomości.

Laura nie omieszkała się poruszyć pewnej znaczącej historii jej życia, która zniszczyła ten beztroski, niewinny świat…

Przed laty w wiosenne przedpołudnie szła znaną sobie ulicą, tą samą, po której nieraz boso w zabawie jako dziecko biegała, i zobaczyła wolną przestrzeń. Poczuła od razu ogromną pustkę. Łzy spływały po jej policzkach, bo już wtedy zrozumiała, że nic nie trwa wiecznie…

Buldożery burzyły jej rodzinny dom, gdzie przez pierwszych pięć lat wychowywała się i przeżyła cudowne chwile z dziadkami. Teraz nie pozostało nic poza pomarańczową ścianą pomalowaną jeszcze przez ojca, a teraz graniczącą z nowo budowanym budynkiem.

Przechodzący ludzie nie mogli wiedzieć, co odczuwała, a ona żegnała się z przeszłością, kresem idealnej wizji świata i otoczenia.

Przypomniała sobie mieszkającego na tej samej ulicy starego szewca. Jak każde dziecko, ciekawa była, na czym polegała jego praca, przecież ciągle stukał i pukał…

Miejsce jego pracy było jednocześnie miejscem dzielącym izbę na część służącą do spania. Półka starych narzędzi po jednej stronie, po drugiej zaś rozgrzebana, brudna pościel. Miedziana miednica oraz skrawek zapyziałego, potłuczonego lustra pełniły funkcje toaletki.

Staruszek nie miał na świecie nikogo. Okna były ciągle zasłonięte, co dodatkowo stwarzało wrażenie, że był zlęknionym dziwakiem.

Kiedy stary szewc pewnego dnia zmarł we śnie, babcia Laury powiedziała, że był on Żydem ukrywanym przez pewną kobietę w czasie wojny. Strach i poczucie zagrożenia pozostało w nim do ostatniego dnia,a także specyficzne piętno samotności w duszy po stracie wszystkich swoich bliskich…Zamknięty dla świata, bierny, pozbawiony sił, by zapomnieć o przeszłości…

Końcówka dwudziestego stulecia, a tu takie zacofanie – myślała nagle Laura o dawnych czasach, które to wydawały się istną przepaścią na tle ówczesnego przepychu i nowoczesności technicznych. Społeczeństwo ma to do siebie, że jedni rozwijają się z biegiem postępu, a inni zmęczeni życiem nie przywiązują wagi do nowości rynkowych.

Kiedy wracała po pracy do domu, wsłuchiwała się w tykanie stojącego zegara i kwitowała ze smutkiem, że On nigdy nie zmienia utartego rytmu, wierny przemijaniu, przypominający o kruchości ludzkiego losu.

Wiedziała przecież doskonale, że wszystko ma swój kres i dąży ku zapomnieniu. Jednak tylko my sami jesteśmy w stanie zachować w pamięci obraz przeszłości, pochłaniać jego zapach, zatrzymać chwilę minionych zdarzeń, cenny fragment naszego życia.

Stary szewc zatrzymał na zawsze etap traumatycznych przeżyć, uwikłany w martyrologiczną, krwawą historię, której nie potrafił już nigdy wymazać.

Na początku dwudziestego wieku Marcel Proust w swej siedmiotomowej powieści W poszukiwaniu straconego czasu kładł nacisk na analizę minionych przeżyć i za pomocą różnych bodźców wracał nieraz do przeszłości. Przeszłość wpisana w ludzką egzystencję buduje teraźniejszość, tworzy pomost pomiędzy wspomnieniami a kolejną akceptacją obecnej chwili. Szkoda tylko, że zarówno u niego, jak i u starego szewca uścisk przeszłości był zbyt mocny, by się wyzwolić. Kiedy szewc spoglądał na niemieckie swastyki, a Proust, kiedy umaczał w filiżance herbaty smaczną magdalenkę, obaj powracali do przeszłości: obrazów, dźwięków czy smaków dzieciństwa…

Laura, pełna zadumy, przywoływała urywki wspomnień i cieszyła się nawet skrycie, że ukryta w kącie kobieta wysłuchiwała zwierzeń bez sarkastycznych wtrąceń i westchnień.

Wyjęła lusterko z dużej, skórzanej torby i przeciągnęła usta czerwoną szminką.

Jej ulubionym kolorem był czerwony. W łazience na półce poukładane były równiutko czerwone ręczniki, w sypialni łóżko pokrywała czerwona pościel, a na toaletce stało kilka odcieni czerwonych lakierów do paznokci. W otoczeniu czerwonych tonacji czuła się kobieco dojrzale. Pragnęła przebudzić głęboko uśpione kobiece piękno z letargu niedojrzałych lat, by na koniec ukazać istotę pełną zmysłu i czaru… By słowo „kobieta” zaczęło posiadać konkretny kształt, zapach i barwę, oddychać mocą magnetyzujących doznań.

Wiedziała, że już dawno temu osiągnęła próg dojrzałości, i wiedziała także doskonale, że po kolejnych latach pojawią się następne, niespokojne refleksje i dylematy.

Czy wianuszek starych panien bądź kobiet niezależnych zmieni swój stan cywilny?

Czy pogodzimy się ze świadomością starzenia naszego ciała i przybierania z roku na rok kolejnych kilogramów? Czy zaakceptujemy drażniącą osobowość, rezygnując wreszcie z wiecznej krytyki i marudzenia?

Laura nalała kolejną lampkę wina, rozcieńczając je tym razem odrobiną wody i kontynuowała zwierzenia.

Przypomniała sobie o przyjaciółkach…

Justyna, aby oszukać głód, wypijała kolejną kawę i sięgała po cygaretkę. Zaciągała się z prawdziwą gracją i błyskiem w oku. Od paru lat żyła bez balastu miłosnego zaangażowania. Zaakceptowała swoją samotność trochę z przymusu, trochę z czystego egoizmu. Otaczała się luksusem, sama decydując o polowaniu na samca…

Helena, ciągła marzycielka wirująca w życiu pomiędzy marzeniami a parkietem pobliskich dyskotek, wytańczyła obcokrajowca arabskiej krwi i powiła mu syna. Życie stworzyło scenariusz inny od tego, jaki w marzeniach skrycie kreowała…

Anna zaś, mimo że nie kochała swojego męża, zgodziła się na kolejne macierzyństwo. Popadała w coraz głębszą depresję, mając żal do całego świata, by przez kolejne lata płakać nad swoim nędznym losem…

Paulina zaś wiedziała, kiedy najlepiej przerwać niszczące jej psychikę przeznaczenie…

– A co ze mną? – zapytała nagle Laura obcą kobietę, nie zważając tak naprawdę, czy ta ma coś do powiedzenia. – Tak, wiem, wiem! Mam to, na co zasłużyłam! Codzienna burza mózgu i wciąż stawiane pytania dotyczące sensu mojego bytu kierują mnie donikąd! Już nie wiem, do cholery, na czym polega prawdziwość życia, czego tak naprawdę chcę i kim jestem w rzeczywistości? Kto wpływa na moją osobowość, hamując jednocześnie wulkaniczne popędy?

Tyle minęło czasu i Laura pragnęła powoli zmiany na horyzoncie swojego życia. Miłość, przywiązanie bądź, jak kto woli, przyzwyczajenie do wspólnych ograniczeń i pragnień z jednoczesnym poczuciem bezgranicznej samotności wciąż wkradało się w jej codzienność, utrudniało rozpoczęcie czegoś zupełnie innego niż doczesność. Całym swoim jestestwem dążyła do nieznanych i niekoniecznie niewinnych przeżyć. Coraz częściej marzyła o novum istnienia własnych instynktów. Poznać prawdę o sobie bądź na nowo narodzić się, odczuć podniecającą wolę czerpania z życia pełnymi garściami, zachłystywania się naturalnym uśpionym kobiecym pięknem.

Kiedy coraz częściej budziła się samotna w łóżku, czuła, że jest gotowa na kolejną miłość, tym razem tę jedyną, ostatnią…Oczywiście bała się myśli o nowym uczuciu, które może zadrwić, następny raz oszukać, zdusić prawdziwą tożsamość, w którym zapewne ponownie przesiąknie w wizję nowego partnera, a jej własna natura będzie zmuszona skapitulować…

Aktualny związek powoli rozsypywał się przecież, a miał być także tym wyjątkowym i już na zawsze, na dobre i złe momenty…

Laura, im więcej zawodowo kwitła, tym bardziej więdła w życiu osobistym i nie miała więcej siły walczyć o wypalającą miłość. Jak każda kobieta, tęskniła za wyjątkowością i coś w głębi duszy podpowiadało jej, że piękne uczucie pewnego dnia zapuka do jej drzwi, odnajdzie i nigdy więcej nie oszuka…

Procenty wypitego trunku dawały o sobie znać, odważna w stosunku do siebie i milczącej kobiety dodała po chwili:

– Wspaniale byłoby móc przeżywać szaleństwo uniesień, nie zastanawiając się nad przyszłymi konsekwencjami. Kochać się namiętnie, obsesyjnie, wulgarnie z każdym, na którego przyjdzie mi ochota. Czucie motylków w brzuchu i odczuwanie radości chociażby z malowania ust wiedząc, że to dla niego…

Kiedy dolewała wody do kieliszka, by rozcieńczyć cierpkość czerwonego wina, milcząca kobieta odezwała się wreszcie:

– Wyższość uczuć przeplatana plebejską prostotą.

Laura nerwowo spojrzała na milczący telefon. Pomyślała, jaką jest idiotką z masochistycznym dręczącym czekaniem na jego znak. To przecież bolało, kiedy po raz kolejny wybijała znany telefoniczny numer.

– Nienawidzę cię, skarbie – mówiła nieraz i szybko łagodniała, słysząc jego głos. Stawała się ponownie obca samej sobie, skupiona, by nikogo nie skrzywdzić i nie ukazać męczących ją wyrzutów wrodzonej natury…

– Nie zdążymy donikąd, jeśli nie jesteśmy w stanie rozwikłać dręczącej zagadki naszego życia, jeśli nie poznamy prawdy o sobie i nie znajdziemy odpowiedzi, co jest dobre, a co złe.

Żadnej gwiazdy z nieba nie dosięgniemy i znany kolega Księżyc zaglądający do wymarłych sypialni z ironicznym śmiechem rzeknie to, co zwykle: macie to, co chciałyście! Ha, ha, ha i utuli naszą samotność anielską lawendą.

Uczucia szaleństwa przeplatane weryfikowaniem minionych rozdziałów z życia. Doświadczenia oraz relacje ludzkie zmieniają każdą osobowość, wrażliwość i wdzięczność do wszystkich aspektów. Tak, właśnie wdzięczność lub kolok­wialnie rzecz ujmując, coś za coś wyssane z mlekiem matki. Od małego przecież uczymy się używać słowa „dziękuję” w sytuacjach często zbędnych.

Za każdym razem, kiedy Laura wysiadała z windy, automatycznie dziękowała swoim współtowarzyszom za parosekundowe, wspólne obcowanie. Bo chciała być w ten sposób tylko miła i na wspomnienie o tym zrobiło jej się teraz mdło. A może to za sprawą wypitego alkoholu?

Mnóstwo przeróżnych sytuacji uzbieranych przez lata ukształtowało jej nastawienie do otaczającego świata. Samo słowo „dziękuję” brzmiało przecież nieszkodliwie. Gorzej, jeśli w grę wchodziła przymusowa wdzięczność.

– Czy pani wie, co oznacza dług wdzięczności? To dług, który trzeba spłacać ludziom-stworom. Mają one w tym cel, by wyzbyć każdego z resztek więdnącej godności. Chcą, byś stał się zerem, byś tarzał się u ich stóp, wysokich progów, byś resztkę człowieczeństwa pozostawił na ich bezwzględnym sumieniu. Ale stwory przecież nie posiadają sumienia. Nie odróżniają dobra od zła, dla nich ta kategoria moralności nie istnieje. Wdzięczność kryje się za materializmem, więc zyskiem i jednoczesnym wyzyskiem. Właśnie pani jest tym stworem! Nie ufam pani! Po co tkwię tutaj i wyznaję osobiste, prześladujące mnie myśli?!

Po tych gorzkich słowach Laura trzasnęła za sobą drzwiami, pozostawiając wierną słuchaczkę.

Zbiegła z szóstego piętra renomowanego biurowca, podtrzymując się ścian i żelaznych prętów poręczy. Echo obcasów dźwięczało w zamkniętej przestrzeni. Ona sama wepchnięta w ciasne pudełeczko obcej tożsamości pragnęła powietrza, wolności istnienia wobec samej siebie. Czuła chęć wydostania się z krętego, bezdusznego tunelu, by rozpruć wreszcie zaszyte z łonem matki prawdziwe emocje.

– Kim jestem naprawdę? – pytała w obłędzie. – Czy to, co teraz mam ochotę powiedzieć, jest naprawdę tym, co należy powiedzieć i godzi się z wewnętrznym przekonaniem?

Czy relacja pomiędzy pragnieniem chwili a słusznością zasad wpojonej mentalności jest moją świadomą, samoistną decyzją?

Monotonność i szarość kolejnego dnia coraz częściej powodował w Laurze przygnębienie. Dawno zrozumiała, że życie to nie bajka, lecz spektakl układów, gonitwy, starań, wiecznego udowadniania innym i sobie.

Smutek spojrzenia tuszowała sprytnie makijażem, jaskrawość ubioru i przesadny dobór dodatków miały pomóc w kreowaniu kogoś lepszego niż w rzeczywistości była.

Tak jej się przynajmniej wydawało. Odwieczny kompleks sierotki Marysi. I dlaczego? Dlatego, że od dziecka wychowywana była bez sentymentów w przekonaniu, że w życiu nic nie przychodzi łatwo i jako dziewczynka powinna dbać o reputację i dobrą opinię.

Zakłamana moralność, hipokryzja, klasyfikacja pozycji otoczenia, przestrzeganie modlitwy i dekalogu kształtowało dojrzewające ziarenko Laurowej osobowości.

Tak więc Laura przez lata świadomie, z wyrafinowania bądź egoizmu dopasowywała się do otoczenia, nie zapominając jednocześnie o wychowawczych korzeniach.

Kompleksy dusiła w sobie, zastępując je beztroską, szczęśliwą otoczką pozorów uśmiechu i bezkonfliktowych układów…

Ale czy nie było w tym poniekąd racji praktycznej? Przecież każdy z nas woli przebywać w otoczeniu atmosfery luksusu, pozytywnej energii, optymizmu beztroskich myśli i marzeń. Wiedziała więc dobrze, że nikogo nie interesują jej problemy zmagań intelektu z pragmatycznością bytu ludzkiego. Ludzie lgną do radosnych przeżyć, a nie depresyjnych duchowych rozdarć.

Dzień za dniem wykonywała rzetelnie zadania narzucone przez codzienność, czekając na to najpiękniejsze, które ma dopiero nadejść. Wierzyła, że każdy etap w życiu człowieka służy czemuś, jest nauką, bodźcem rozwojowym, bagażem doświadczeń zarówno dobrych, jak i tych złych.

Odczuwała gotowość podjęcia ważnego dla niej wyzwania, chęć przerwania znanej na pamięć rutyny odczuć, zachowań, mentalnej uległości wszystkim, którzy przebywali w jej otoczeniu.

Pragnęła także cicho nowej miłości. Pozbawiona odwagi odnalezienia jej, bała się głośno pytać o nią, bez wiary, że może ją niechcący pewnego dnia odnajdzie…

A co na to powiedziałby jej obecny partner, któremu wydaje się, że Laura należy tylko do niego?

Była zła na siebie, że dała się tak łatwo sprowokować i wyjawić osobiste, skrywane przed światem tajemnice. Manipulacji uczymy się całe życie, by z premedytacją wykorzystać dla własnych potrzeb.

Po co obcej zupełnie mi kobiecie potrzebne są moje wspomnienia? – pomyślała jeszcze raz ze zdziwieniem.

ROZDZIAŁ 2

– Raz, dwa, trzy, cztery, a więc czwarta rano – szepnęła zaspana Laura.

Stojący zegar wybijał utarty rytm przemijania. Dźwięczała cisza przeplatana ruchami wskazówek metalowej tarczy. Cyk, cyk, cyk…

Zaczynało świtać. Przez uchylone drzwi sypialni spoglądał wiszący w przedpokoju obraz ciepłej i jednocześnie zimnej w swym surowym spojrzeniu kobiety.

Była troszkę podobna do niej. Włosy niedbale opadały na gołe ramiona, między nimi zwisał sznur pereł. I te czerwonokrwiste usta…

Sięgnęła ręką po butelkę z wodą. Kac dawał o sobie znać.

– No i po co było tak pić? I co z zasadą tatusia: milczenie jest złotem? – usłyszała karcący szept.

Na ziemi leżała przewrócona butelka, lecz w niej ani jednej płynnej kropli ratującej życie.

– Służąca? Poproszę wiadro lodowatej lemoniady.

Ale że owej służącej Laura nie posiadała, zmuszona była po chwili wstać i poczołgać się do kuchni. A żeby było jeszcze bardziej depresyjnie, w lodówce usłyszała echo, więc upragnionego napoju oczywiście brakowało.

Otworzyła zamrażarkę i w pośpiechu przerwała foliowy woreczek, aby wydostać z niego kostkę lodu. Ssała ją, co chwila wypluwając na dłoń.

Wróciła do sypialni.

Uchyliła okno, by przewietrzyć pokój, i wskoczyła z powrotem do łóżka.

W uszach ponownie dźwięczały usłyszane przed paroma dniami słowa:

– Boję się, że coś z tego będzie.

A ona wręcz przeciwnie uważała, że nic z tego nie wyjdzie i nie da się już nic uratować…

Dziś miała ważne terminy, powinna jeszcze spać, zebrać siły, przed nią przecież długi dzień… Uparcie powtarzała w myślach: za parę godzin będzie już po wszystkim…

Często się zdarza, iż czekamy z wewnętrznym niepokojem i dziwnym lękiem na nową sytuację zmieniającą dotychczasowe życie.

Tak było i tym razem. Do projektu swojego życia przygotowywała się przez kilka miesięcy. Ochłodziła dotychczasowe kontakty ze znajomymi i rodziną.

Każdy ma i tak swoje życie i problemy, więc nikt nie będzie rościł sobie pretensji do mojej egoistycznej postawy. Każdy przecież żyje w gonitwie, pośpiechu, pośród nagromadzonych obowiązków… – często myślała, kładąc się do łóżka wyczerpana pracą. Kiedy jednak rano otwierała oczy, dopadały ją wyrzuty sumienia.

Poniekąd czuła się winna, że brakowało jej ostatnio czasu, by angażować się w sprawy bliskich ludzi. Typowe było, że jeśli ktoś ze znajomych potrzebował dowolnej przysługi, rzucała przeważnie osobiste sprawy na bok, by służyć pomocą w danej chwili, nie zwracając uwagi na porę dnia i nocy.

Niestety, ostatni zawodowy projekt wymagał ogromnej dyscypliny i skupienia, więc zmuszona była odmówić nieraz, czego następstwem stawała się coraz bardziej towarzysko odizolowana.

Była jednak spokojna o relacje ze sprawdzonymi przyjaciółmi. Ci, którzy poznali ją przed laty, odbierali ją z dystansem i respektem. Zewnętrzny wizerunek Laury skłaniał się bowiem w kierunku postawy zadufanej, pewnej siebie i niedostępnej. I ci sami po czasie, w sferze prywatnej, przekonywali się, że jest zupełnie inaczej, że mają do czynienia z wrażliwą, skromną, wręcz zakompleksioną dziewczyną.

Tym razem wszystko, czym była zaabsorbowana, robiła dla wizytówki jednej z popularnych firm krajowych oraz dla osobistej pozycji i szacunku, na który to latami przecież pracowała.

Nadzorowała przedsięwzięcie pojawienia się na rynku produktu kosmetycznego zawierającego jedynie naturalne składniki.

Odwiedziła wszelkie możliwe targi na temat „piękno i uroda”, gdzie znane konkurencyjne firmy prześcigały się w reklamach i badaniach laboratoryjnych. Współczesna kobieta (jeśli tylko czas i finanse jej na to pozwalają) nie tylko dba o swoją figurę, kontrolując kalorie i odwiedzając fitness club, lecz także dokładnie ogląda kosmetyczne nowości ukazujące się na rynku. Pudełeczko produktu musi zachęcać estetycznym wyglądem, a zawartość nie zrażać ciapowatą konsystencją lub zbyt intensywnym zapachem.

Kosmetyki na licencji firmy, dla której pracowała, powstawały na bazie wielu roślinnych składników. Ważne było, aby pojawić się wśród kosmetycznej branży także jako ekspert w dziedzinie dermatologii medycznej.

Na dziś osiągnięto wspólny cel. Podpisane zostały końcowe formalności i krem właśnie od przyszłego tygodnia ma pojawić się na półkach w drogeriach.

Zorganizowana konferencja prasowa wraz z bankietem zapieczętować miały zbiorowy sukces.

Ambitnie wspinała się po szczeblach zawodowych wyzwań, coraz wyżej i wyżej, depcząc przy okazji słabszych, mniej doświadczonych rywali.

Przez kilka lat poznawała tajniki wielkiego handlu, wytrwale wierząc, że kiedyś się uda.

– Ludzie, od których zależy sukces, mają na uwadze jedynie własne interesy. Jeśli dostosujemy się do panującej gry, przechodzimy dalej. Zbierana cegiełka do cegiełki i stwarzanie odrębnego, inteligentnego planu stwarzają szanse przetrwania w każdym marketingowym biznesie – dyktatorsko przekonywała współpracowników.

Tworzenie zgranego teamu, w którym wszyscy wspólnie rozumieją niewypowiedziane słowa, ułatwia odkrycie potencjału sukcesu. Efekt wspólnej, ciężkiej pracy opłacił się!

Od jutra rozpoczynała upragniony, oczekiwany urlop, lecz mimo tego nie potrafiła się ani trochę cieszyć. Skupiona na zawodowej pracy, zapomniała nawet zorganizować dla siebie przyjemny relaks, zaplanować na przykład egzotyczną wycieczkę, a może po prostu czekała, aż Piotr, mężczyzna, z którym tworzyła parę, zorganizuje wyjątkową niespodziankę dla nich wspólnie…

Wynajęta sala w hotelu Europa szczyciła się swoją renomą i elegancją. Niemal wszystkie polityczne i kulturowe okazyjne przyjęcia odbywały się właśnie w tym hotelu. Prestiż miejsca skupiał bowiem ważne lokalne osobistości wraz z przedsiębiorcami zaangażowanymi w rozwój miasta.

Dzisiejsza uroczystość zorganizowana została perfekcyjnie, nie mogło na niej zabraknąć telewizji i prasy.

Rozejrzała się po sali, by odnaleźć znajome twarze. Stoliki zarezerwowane dla gości opatrzone były karteczkami z nazwiskami, tak więc bez problemu zajęła przydzielone jej miejsce. Obok niej czekało wolne miejsce oznaczone znanym jej doskonale inicjałem…

Grupa podlegających jej pracowników darzyła ją szacunkiem i sympatią.

Przywitała się z każdym serdecznie, dziękując za zasłużone, wspólnie wypracowane uznanie.

Od dawna w kuluarach mówiono, że firma rozpocznie kolejną strategię rozwoju polskiej marki na rynku zachodnim. Sytuacja osobista Laury, nie obarczonej rolą żony i matki, zdecydowała, że dyrektor pomyślał właśnie o niej. Obojętne jej było, gdzie zawodowo będzie pracować, przecież tak naprawdę nikt i nic ważnego jej nie zatrzymywało.

Dotychczasowy kilkuletni związek opadał z miesiąca na miesiąc na emocjonalnych nizinach i nie blokował awansu.

Dyrektor napełnił jej kieliszek wytrawnym winem, które to rozcieńczyła wodą mineralną.

– Psujesz najlepszy jego smak – szepnął jej do ucha.

– Podobnie robię z szampanem, dolewając odrobinę soku pomarańczowego – odpowiedziała szybko, chcąc by wyszło dyplomatycznie, lecz pomyślała od razu, że wyszło pewnie jak zwykle, czyli siara. Poza tym miała na uwadze wczorajszą nakrapianą słabość i nie chciała, by podobna sytuacja niepotrzebnych zwierzeń pojawiła się dzisiejszego wieczoru.

Szef uśmiechnął się jednak szeroko.

Często przekomarzali się w dobrym tonie, rozumiejąc poziom wzajemnych żartów.

Sześćdziesięciopięcioletni pan dyrektor o imieniu Ludwik był masywnej postury o wzroście powyżej stu dziewięćdziesięciu centymetrów. Łysawe czoło błyszczało jak wypolerowana zbrojna tarcza, a radosne oczy oprawione bujnym, krzaczastym zarostem brwi przekazywały pozytywną energię.

Nie miał własnych dzieci, więc traktował wszystkich pracowników jednakowo, bez faworyzowania. Był niejako opiekunem dającym wsparcie i schronienie zbłąkanym owieczkom.

Firma jak zwykle przygotowała prezenty dla zebranych gości. Zestawy kosmetyku wchodzącego na polski rynek.

Podczas wywiadu dla prasy Laura wręczyła dziennikarce upominek i powiedziała z uśmiechem, że praca zespołu jest sukcesem wszystkich kobiet, poprawianie urody, spowolnianie biologicznego czasu jest kluczem do spełnienia i szczęścia.

Dla Laury czas rzeczywiście stanął w miejscu.

Nie uprawiała wprawdzie systematycznie konkretnego sportu ani nie stosowała żadnych drakońskich diet, uważała jedynie, że jeść należy wszystko, byle tylko z umiarem. Czyli nic nowego. Daleka była od fanatyzmu na punkcie zdrowego odżywiania się i uprawiania sportu każdego dnia tygodnia. Wystarczył jej dwa razy w miesiącu aerobik, który trenowała w domu przy głośnej muzyce. Czasami umówiona z którąś z przyjaciółek uprawiała jogging na zasadzie: przy okazji pogadamy.

Ubrana w legginsy z czarnej skóry wyglądała zgrabnie. Do tego mieniący się złotawy top, bluzeczka na ramiączkach, i blezer wraz ze szpilkami w tym samym kolorze tworzył zgraną całość. Zresztą złoty odcień miał symbolizować integrację z opakowaniem, którego zakrętka miała właśnie tę barwę.

Dwóch sztywnych kelnerów, którzy byli pewnie bliźniakami ze względu na łudzące wręcz podobieństwo, roznosiło gościom szampana.

Nie zdążyłam jeszcze nic wypić, a już widzę podwójnie – pomyślała, spoglądając jeszcze raz na kelnerów.

Wyłączono większość żyrandoli, jasny blask światła odbijał ekran, z którego emitowano w formie krótkiego reportażu historię procesu powstawania kosmetycznego wyrobu.

Laura ujrzała w pigułce drogę do sukcesu zawodowego z jednoczesną osobistą porażką. Piękna muzyka w tle wzruszała dodatkowo i Laura bała się w pewnym momencie, że emocje eksplodują i się rozpłacze.

– Co ty? Chyba nie będziesz tutaj ryczeć! – Usłyszała za plecami głos wiernej towarzyszki.

W najlepszym momencie chyba filmik się zakończył, zrobiło się ponownie widno i Laura uśmiechnęła się promiennie, nie pokazując śladu wcześniej odczuwanej melancholii.

Za chwilę stała na podeście obok pana Ludwika, a także głównego właściciela firmy, który na co dzień mieszkał w Szwajcarii. Wyróżniona została oczywiście także pani profesor biologii, pan profesor chemii oraz pani doktor dermatologii.

Z bukietem kwiatów przy głośnych owacjach zajęła wreszcie miejsce przy stoliku.

Na przystawkę serwowano sushi, które nie należało do jej ulubionych smaków. Sączyła wino, które gryzło się z potrawą, i obserwowała zebranych na sali ludzi.

Często słyszała od koleżanek „uwielbiam sushi”, co samej mówiącej podnosiło rangę towarzyską. Podobnie jak z Paryżem. Wielu zachwyca się romantycznym miastem, a na Laurze nie zrobiło ono miłego wrażenia, wręcz przeciwnie.

Kiedy odwiedziła znajomą na weekend, ta obok pięknego widoku z wieży Eiffla i całodniowego spaceru po Luwrze pokazała jej paryską potoczną podszewkę. Odpruła aksamit niezwykłości, pozwalając poznać autentyczność zachodniego wsypu, czyli całą prawdę skupiska dużych miast obleganych przez turystów: zalegające śmieci gdzie tylko się da, psie odchody i parujący mocz chociażby w miejscu, gdzie za rogiem mieści się kawiarnia…

Danie główne było do wyboru, wołowina lub dziczyzna a konkretnie jeleń w sosie z duszonymi warzywami. Zestaw świeżych sałat, gotowane bądź grillowane ziemniaczki.

Laura zdecydowała się na jelenia. Rozejrzała się po sali i pomyślała, iż połowa zebranych panów – nie ubliżając nikomu – to rogate jelenie, które także potrzebują adrenaliny w swoich nudnych związkach.

Prawie każdy z nich nosił dumnie obrączkę na serdecznym palcu, nie kryjąc się z matrymonialnym stanem. Wręcz przeciwnie! Żona jest i owszem, ale albo siedzi w domu i wychowuje dzieciaki, albo już je odchowała i obecnie ma także swoje zawodowe relacje. Nawzajem akceptują służbowe obowiązki, angażując się chętnie w nowe kontakty. Czym się owe służbowe czynności często kończą, to zależało od wartości, które to dany jeleń bądź jeleniowa posiadali.

W czasie bankietu Laura wysilała się na uśmiech. Wino lekko szumiało w głowie, potęgując samotność.

Wianuszek mężczyzn zranionych ciętymi ripostami spoglądał podejrzliwie.

Znała kilku z widzenia. Mieli przecież ułożone życie rodzinne, czegóż więc oczekiwali od wciąż wolnej i niezależnej? Zabawy na jedną noc? Dowartościowania męskiego ego? Udowodnienia kolegom, że zaliczyli następną lalunię?

Laura nie potrafiła, a może nie była gotowa wykorzystać natrafiających się sytuacji. Nieraz oczywiście zdarzały się okazje, ale kiedy znajdowała się zbyt blisko mężczyzny, widziała obleśny uśmiech i po prostu się peszyła.

Miała wrażenie, że mężczyznom często wydaje się, że każde kobiece mrugnięcie okiem czy kokieteryjny uśmiech są zachętą do gry wstępnej, sygnałem do zbliżenia, pozwoleniem na przekroczenie granicy pomiędzy flirtem a cielesnością.

Intuicyjnie czuła, że podoba się mężczyznom w różnym wieku, ale świadomość kobiecych instynktów nie kryła się obecnie tylko w sferze seksualności.

Być może bała się bądź wstydziła? A może nie spotkała tego jedynego, przed którym bez skrępowania i wyrzutów obnaży uśpione pragnienia?

Inspirację tworzyli mężczyźni skromni, ułożeni, niewybijający się w pierwsze szeregi, ale takich niestety nielicznych miała możliwość spotkać.

Usłyszała nagle szept za uchem, poczuła ciepły powiew oddechu na karku i już myślała, że to On…

– Potańczymy? – zapytał jeden z informatyków jej działu.