W poszukiwaniu prawdy - Nora Roberts  - ebook + audiobook + książka

W poszukiwaniu prawdy ebook i audiobook

Nora Roberts

4,3

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Przeszłość Zane’a i Darby kryje straszne tajemnice. Drogi tych dwojga młodych ludzi skrzyżowały się w miasteczku nad jeziorem. Doświadczeni przez los postanowili budować wspólne życie. Czy po latach będą w stanie uwolnić się od swoich oprawców?

Zane Bigelow dorasta w pięknym, idealnie utrzymanym domu w górach Karoliny Północnej. Społeczność lokalna postrzega jego rodziców jako szanowaną parę, która czynnie uczestniczy w życiu swoich dzieci: podziwia występy baletowe córki i kibicuje synowi podczas meczów baseballowych. Brutalną prawdę znają tylko Zane i jego siostra. Pewnej nocy fałszywa fasada pęka, ujawniając prawdziwe oblicza ich rodziców. Zane wyjeżdża do college’u, nie zamierzając wracać do rodzinnego miasteczka.

Lata później już jako dojrzały mężczyzna pojawia się jednak w nim, by ponownie związać się z miejscem i ludźmi, którzy mimo bolesnych wspomnień tak wiele dla niego znaczą. W malowniczym otoczeniu poznaje utalentowaną architektkę krajobrazu o imieniu Darby, próbującą uciec od złych wspomnień.

Teraz ci dwoje będą musieli stawić czoło przeszłości i obronić tych, których kochają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 591

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 6 min

Lektor:

Popularność




CZĘŚĆ PIERWSZA

OKRUCIEŃSTWO KŁAMSTW

Okrucieństwo i strach podają sobie dłonie.

Honoré de Balzac

Przemoc wobec dziecka rzuca cień na całe jego życie.

Herbert Ward

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z zewnątrz dom w Lakeview Terrace wyglądał idealnie. Dostojne trzy kondygnacje z jasnobrązowej cegły miały szerokie przeszklone okna z widokiem na Jezioro Lustrzane oraz szczyty Pasma Błękitnego. Dwie pseudowieżyczki pokryte miedzią przydawały budynkowi europejskiego uroku i dyskretnie sugerowały bogactwo.

Bujna zieleń trawnika łagodnie obniżała się ku trzem schodom i szerokiej białej werandzie obrzeżonej azaliami, które wiosną rozkwitały rubinową czerwienią.

Z tyłu domu, na sporym zadaszonym patiu, z którego rozpościerały się zapierające dech w piersi widoki na jezioro, znajdowały się część wypoczynkowa i letnia kuchnia. Zadbany ogród różany roztaczał słodką woń. W sezonie na wodach prywatnej przystani unosił się pokaźnych rozmiarów jacht.

Pnące róże łagodziły surowość wysokich desek ogrodzenia strzegącego prywatności mieszkańców.

Przyległy garaż mieścił dwa mercedesy – terenówkę i sedana, a także dwa rowery górskie oraz sprzęt narciarski – i zostawało w nim jeszcze sporo wolnego miejsca.

Pomieszczenia domu były niebotycznie wysokie. Zarówno w salonie do podejmowania gości, jak i w pokoju dziennym kominki obramowano taką samą złotobrązową cegłą, jaka znajdowała się na zewnątrz. Wystrój gustowny – choć niektórzy mogliby uznać, że wystudiowany – odzwierciedlał wizję zajmującej go pary.

Spokojne kolory, harmonizujące tkaniny, współczesna klasyka niepopadająca jednak w surowość.

Doktor Graham Bigelow kupił tę parcelę w projektowanym osiedlu domów jednorodzinnych Lakeview Terrace, kiedy jego syn miał pięć lat, a córka trzy. Wybrał taki rozkład pomieszczeń, który jego zdaniem odpowiadał rodzinie, poczynił niezbędne zmiany, ustalił wykończenia, podłogi, płytki ceramiczne i brukowe oraz zatrudnił projektanta wnętrz.

Jego żona Eliza z nieskrywaną radością pozostawiła większość tych decyzji mężowi. W jej przekonaniu miał doskonały gust.

Gdy jednak miała jakiś pomysł lub propozycję, słuchał jej opinii. Chociaż najczęściej uzasadniał jej, dlaczego ów pomysł czy propozycja nie są odpowiednie, ale jednak od czasu do czasu wprowadzał je w życie.

Podobnie jak Graham, Eliza pragnęła świeżości i statusu, jakie niosło małe ekskluzywne osiedle nad jeziorem w górzystej części Karoliny Północnej. Wprawdzie urodziła się i wychowała w rodzinie o wysokiej pozycji społecznej, ale taki status uważała za przestarzały i nudny. Co więcej, dokładnie taki wydawał się jej stojący po przeciwnej stronie jeziora dom, w którym dorastała.

Z przyjemnością odsprzedała swoje udziały w wiekowej budowli siostrze, a pozyskane pieniądze wykorzystała do umeblowania – wyłącznie nowymi przedmiotami! – domu w Lakeview Terrace. Otrzymany czek bez chwili wahania przekazała Grahamowi – on zajmował się wszystkimi sprawami.

Nigdy tego nie żałowała.

Mieszkali tam szczęśliwie blisko dziewięć lat, wychowując dwójkę bystrych, ślicznych dzieci oraz organizując uroczyste kolacje, koktajle i przyjęcia w ogrodzie. Eliza, jako żona głównego chirurga szpitala Mercy w pobliskim Asheville, miała wyglądać pięknie i stylowo, wychowywać dzieci, dbać o dom, podejmować gości i przewodniczyć komitetom.

Ponieważ trzy razy w tygodniu przychodziła gosposia, raz w tygodniu ogrodnik, a siostra z przyjemnością zajmowała się dziećmi, gdy ona i Graham chcieli wieczorem wyjść lub na krótko wyjechać, Eliza miała mnóstwo czasu, by dbać o swój wygląd i garderobę.

Nie opuściła ani jednej uroczystości szkolnej. Przez dwa lata pełniła funkcję przewodniczącej Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli. Pojawiała się na szkolnych przedstawieniach. Graham, jeżeli akurat nie musiał być w pracy, chętnie jej towarzyszył. Zajmowała się kwestowaniem na rzecz zarówno szkoły, jak i szpitala. Siedziała w pierwszym rzędzie każdego występu baletowego od czasu, kiedy Britt skończyła cztery lata.

Była również obecna na większości meczy baseballowych, w jakich grał jej syn Zane. A jeżeli nie mogła się pojawić, usprawiedliwiała się, co rozumiał każdy, kto przetrwał koszmarną nudę, jaką stanowiły młodzieżowe mecze baseballu.

Chociaż nigdy by się do tego nie przyznała, Eliza faworyzowała córkę. Nic dziwnego, gdyż Britt była śliczną, kochaną, posłuszną dziewczynką. Nigdy nie musiała jej zachęcać do odrobienia pracy domowej ani posprzątania swojego pokoju. No i zawsze była uprzejma. Zane natomiast przypominał Elizie jej siostrę Emily. Jej skłonność do spierania się czy dąsania, do robienia rzeczy po swojemu.

Trzeba jednak przyznać, że dbał o oceny. Jeżeli chłopiec chciał grać w baseball, to jego nazwisko musiało widnieć na tablicy uczniów wyróżniających się. Marzył, żeby grać zawodowo, ale Eliza wiedziała, że to młodzieńcza fantazja. Będzie, rzecz jasna, studiował medycynę, tak jak jego ojciec.

Ale na razie baseball służył jako marchewka, więc nie było potrzeby stosować kija.

Jeżeli Graham musiał go wyciągnąć i od czasu do czasu ukarać, robił to wyłącznie dla dobra syna. Służyło to budowaniu charakteru, uczeniu granic i wpajaniu szacunku.

Jak mawiał, mały chłopiec jest ojcem mężczyzny, więc ten mały chłopiec musi nauczyć się przestrzegać zasad.

Na dwa dni przed Bożym Narodzeniem Eliza jechała do domu po odśnieżonych przez pług ulicach Lakeview. Była na uroczym świątecznym lunchu z przyjaciółkami – może wypiła kilka łyków szampana więcej, niż należało, ale dodatkowe kalorie spaliła podczas zakupów. W drugi dzień świąt rodzina jak co roku miała wybrać się na narty. Graham i dzieci będą szusowali, a ona skorzysta ze spa. Teraz miała parę wspaniałych nowych butów – idealnych do bielizny, która rozgrzeje Grahama po pobycie na stoku.

Zerknęła na inne domy i ich świąteczne dekoracje. Stwierdziła, że są naprawdę śliczne – w Lakeview Terrace na mocy zarządzenia wydanego przez stowarzyszenie właścicieli domów nie wolno było stosować tandetnych nadmuchiwanych mikołajów.

Nie było jednak powodu do skromności – ich dom przyćmiewał resztę. Graham dał jej wolną rękę w wyborze świątecznych dekoracji, co w pełni wykorzystała.

Białe światełka zalśnią, kiedy zapadnie zmrok. Obrysują idealną sylwetkę domu, owiną jodły stojące w donicach na frontowej werandzie. Zabłysną wewnątrz bliźniaczych dekoracyjnych wieńców z czerwonymi i srebrnymi wstęgami, zawieszonych na podwójnych drzwiach.

No i oczywiście choinka w salonie – wysoka na ponad trzy i pół metra – białe lampki, srebrne i czerwone gwiazdki. W pokoju dziennym ten sam schemat kolorystyczny, ale rolę ozdóbek przejmą aniołki. Oczywiście gzymsy kominka, jadalnia, wszystko wysmakowane i idealne.

I co roku nowe. Nie ma potrzeby niczego pakować i przechowywać, skoro wypożyczalnia przyjedzie i zabierze.

Nigdy nie rozumiała radości, z jaką jej rodzice i Emily wygrzebywali wiekowe bombki albo tandetne drewniane mikołaje. Mogą sobie to robić, kiedy przyjadą do starego domu, do Emily. Eliza, oczywiście, będzie gościć ich na świątecznym obiedzie. Potem, Bogu dzięki, wrócą do Savannah, na swoją emeryturę.

Wciskając guzik pilota otwierającego drzwi garażu, pomyślała, że to Emily jest ulubienicą rodziców. Nie ma co do tego wątpliwości.

Widok samochodu Grahama był dla niej wstrząsem. Zerknęła na zegarek i odetchnęła z ulgą. Nie spóźniła się, to on wrócił wcześniej.

Uszczęśliwiona, zwłaszcza że to ktoś inny rozwoził dziś dzieci, zatrzymała auto koło samochodu męża i zebrała torby z zakupami.

Przeszła przez przedpokój, powiesiła płaszcz, złożyła szalik i zdjęła buty, po czym wsunęła stopy w czarne balerinki od Prady, które nosiła po domu.

Kiedy weszła do kuchni, Graham, nadal w garniturze i krawacie, stał przy wyspie.

– Wcześnie wróciłeś! – Po odłożeniu toreb na blat części barowej podeszła szybko do niego i lekko pocałowała.

Pachniał, równie delikatnie, co pocałunek, Eau Sauvage – jej ulubioną wodą kolońską.

– Gdzie byłaś?

– Och, pojechałam na świąteczny lunch z Mirandą i Jody, pamiętasz? – Machnęła ręką w stronę rodzinnego kalendarza wiszącego w kąciku dziecięcym. – Na koniec poszłyśmy na małe zakupy.

Podeszła do lodówki i wyjęła butelkę wody Perrier. – Nie mogę uwierzyć, ile osób nadal szuka prezentów. W tym Jody. – Wsypała do szklanki lód z kostkarki i wlała do niej wody gazowanej. – Naprawdę, Graham, ona chyba nigdy się nie zorganizuje…

– Uważasz, że interesują mnie sprawy Jody?

Jego głos, spokojny, opanowany, nieomal miły, uruchomił dzwonki alarmowe.

– Oczywiście, że nie, mój drogi. Trajkoczę tylko. – Uśmiech nie zniknął z jej twarzy, ale oczy wyrażały ostrożność. – Może usiądziesz i odpoczniesz? Uzupełnię ci drinka i razem…

Cisnął szklanką i kryształ rozbił się u jej stóp. Ostry odłamek rozciął jej skórę na kostce, a ranka zapiekła, kiedy prysnęła na nią szkocka.

To baccarat, pomyślała ze złością.

– To mi uzupełnij! – Te słowa, już dalekie od spokoju i opanowania, ani trochę miłe, były równie ostre, co kawałki szkła. – Cały dzień grzebię w ludzkich wnętrznościach, ratuję życie i wracam do pustego domu?

– Przykro mi. Nie…

– Przykro ci? – Chwycił ją za przedramię, wykręcając je, gdy pchnął ją na blat. – Przykro ci, że nie zadałaś sobie trudu, by wrócić na czas do domu? Przykro ci, że zmarnowałaś dzień i moje pieniądze, jedząc lunch, robiąc zakupy i plotkując z tymi głupimi dziwkami, podczas gdy ja spędzam sześć godzin w sali operacyjnej?!

Oddychała nierówno, serce jej waliło.

– Nie wiedziałam, że wrócisz wcześniej. Gdybyś do mnie zadzwonił, przyjechałabym natychmiast.

– To teraz mam ci się jeszcze meldować?!

Ledwie słyszała resztę słów, którymi ją bombardował: niewdzięczność, szacunek, powinność. Ale znała to spojrzenie, oczy anioła zemsty. Te ciemnoblond włosy, idealnie ostrzyżone, tę gładką i przystojną, teraz zaczerwienioną twarz. Tę wściekłość w jasnoniebieskich oczach, tak zimnych, bardzo zimnych.

Dreszcz złości zamienił się w gniew.

– Było w kalendarzu! – Jej głos zrobił się piskliwy. – Powiedziałam ci o tym dziś rano.

– Uważasz, że mam czas sprawdzać twój idiotyczny kalendarz? Będziesz w domu, kiedy stanę w drzwiach. Rozumiesz, co do ciebie mówię? – Pchnął ją znowu na blat, aż poczuła przeszywający ból w kręgosłupie. – Wszystko, co masz, zawdzięczasz mnie. Ten dom, ubrania, jedzenie. Płacę komuś, żeby gotował, żeby sprzątał, żebyś była do mojej dyspozycji, kiedy chcę! Więc będziesz w domu, kiedy stanę w drzwiach. Rozłożysz nogi, kiedy mi stanie.

Na dowód naparł na nią wzwiedzionym członkiem.

Spoliczkowała go. Nawet wiedząc, co się wydarzy – a może z powodu tego, co się wydarzy, spoliczkowała go.

Jego wściekłość z kontrolowanej zamieniła się w nieopanowaną. Uniesione wargi odsłoniły zęby.

Pięścią trafił ją w brzuch. Nigdy nie bił jej w twarz.

*

W wieku czternastu lat Zane Bigelow ciałem i duszą był oddany baseballowi. Podobały mu się dziewczyny – lubił patrzeć na te nagie, kiedy jego kumpel Micah pokazał mu, jak obejść blokadę rodzicielską na komputerze. Ale baseball nadal był numerem jeden.

Numero uno.

Wysoki jak na swój wiek i patykowaty, nie mógł się doczekać, aż skończy szkołę i zostanie odkryty przez łowcę talentów Baltimore Orioles – ucieszyłby się z każdej drużyny Ligi Amerykańskiej, ale to był jego wymarzony wybór.

Absolutne numero uno.

Będzie grał na pozycji łącznika – niezwykły Cal Ripken do tego czasu zakończy karierę. Poza tym Żelazny Ripken wrócił do gry jako trzeciobazowy.

Takie były ambicje Zane’a. Grać zawodowo w baseball i zobaczyć nagą dziewczynę na żywo.

Nikt na świecie nie był szczęśliwszy niż Zane Bigelow, kiedy pani Carter – mama Micaha – rozwoziła dzieci do domów terenówką marki Lexus. Nawet jeżeli włączyła Cher śpiewającą o tym, że po miłości istnieje życie.

Nie był fanem motoryzacji – jeszcze – i o samochodach wiedział tyle, ile każdy chłopak w jego wieku. I wolał rap, nie żeby mógł go słuchać w domu.

Ale nawet kiedy śpiewała Cher, kiedy jego siostra i dwie inne dziewczyny piszczały, rozmawiając o świętach, a Micah był pochłonięty graniem w Donkey Konga na game boyu (Micah rozpaczliwie pragnął dostać na święta nową wersję tej konsoli z kolorowym wyświetlaczem), Zane nigdy nie był tak zadowolony.

Dziesięć dni bez szkoły! Nawet perspektywa obowiązkowej jazdy na nartach – nie był to jego ulubiony sport, zwłaszcza kiedy ojciec ciągle mu pokazywał, jak sprawnie śmiga jego młodsza siostra – nie była w stanie popsuć mu humoru.

Zero matematyki, przez dziesięć dni. Nienawidził matematyki tak bardzo, jak sałatki ze szpinakiem, czyli naprawdę mocno.

Pani Carter zjechała na bok, żeby wypuścić Cecile Marlboro. Nastąpiło zwyczajowe zamieszanie, wyciąganie plecaków, piski dziewczyn.

Wszyscy musieli się uścisnąć z okazji ferii bożonarodzeniowych.

Czasami żegnali się w ten sposób z powodu na przykład wtorku czy czegoś takiego. Nigdy nie mógł tego zrozumieć.

Wszyscy życzyli sobie wesołych świąt Bożego Narodzenia – tylko wesołych świąt, kiedy wysadzili Pete Greena’a, ponieważ był żydem.

Zane pomyślał, że już prawie jest na miejscu, kiedy patrzył na mijane domy. Uznał, że zrobi sobie coś do jedzenia, a potem – żadnych prac domowych, zero cholernej matematyki – zamknie się u siebie w pokoju i przez godzinę pogra w Triple Play na playstation.

Wiedział, że Lois – która do czasu ich powrotu z nart miała już wolne – zamierza rano zrobić lazanię, zanim zajmie się swoimi świętami. A lazania Lois była fantastyczna.

Mama będzie musiała włączyć piekarnik, żeby ją podgrzać, ale z tym powinna sobie poradzić.

Co więcej, jutro babcia i dziadzio przyjadą z Savannah. Żałował, że nie zatrzymają się u niego w domu, zamiast u cioci Emily, ale zamierzał jutro po południu pojechać rowerem do starego domu i tam posiedzieć. Może namówi Emily do upieczenia ciasteczek, a może nawet nie będzie musiał jej bardzo namawiać.

I wszyscy przyjadą na świąteczny obiad. Mama nie będzie nawet musiała włączać piekarnika. Wszystkim zajmie się firma cateringowa.

Po obiedzie Britt zagra na pianinie – jemu szło to beznadziejnie, za co też regularnie dostawał kuksańce od ojca – i wszyscy będą śpiewać.

Oklepane, absolutnie oklepane, ale właściwie to lubił. No i całkiem nieźle śpiewał, więc przynajmniej tu miał spokój.

Kiedy samochód zatrzymał się przed jego domem, przybił żółwika z Micahem.

– Wesołych, gościu.

– I wzajemka, gościu – odpowiedział Micah.

Kiedy Britt i Chloe przytulały się, jakby miały się nie widzieć przez rok, Zane wysunął się z samochodu.

– Wesołych świąt, Chloe. Wesołych świąt, pani Carter, i dziękuję za podwiezienie.

– Wesołych świąt, Zane. Nie ma za co. – Rzuciła mu uśmiech i spojrzała w oczy. Była naprawdę ładna jak na mamę.

– Dziękuję, pani Carter, i wesołych świąt Bożego Narodzenia. – Britt niemal wyśpiewała te słowa. – Zadzwonię do ciebie, Chloe!

Zane zarzucił plecak na jedno ramię, kiedy Chloe wysiadała z auta.

– Po co masz do niej dzwonić? O czym jeszcze nie zdążyłyście porozmawiać? Trajkotałyście całą drogę ze szkoły.

– Mamy sobie dużo do powiedzenia.

Britt, o ponad głowę niższa od brata, była do niego bardzo podobna – ciemne włosy – u Britt sięgające niemal do pasa i podpięte klamerkami zdobionymi przez renifery – i takie same bystre zielone oczy. Jej buzia była jeszcze okrągława i dziecinna, podczas gdy jego rysy już się wyostrzyły. Bo, jak powiedziała Em, dorastał.

Nie żeby miał już co golić czy coś takiego, chociaż starannie sprawdzał każdego dnia.

Ponieważ była to jego siostra, uważał dokuczanie jej za swój obowiązek.

– Ale wy przecież niczego nie powiedziałyście. Tylko: „Oooch, Justin Timberlake”. – I zaczął głośno cmokać, a ona się zarumieniła.

Wiedział, że siostra kocha się w tym piosenkarzu.

– Zamknij się.

– Ty się zamknij.

– Sam się zamknij.

Przerzucali się tak, dopóki nie doszli do werandy, gdzie zaczęli stroić dziwne miny, ponieważ oboje wiedzieli, że jeżeli wejdą do domu, kłócąc się, i matka ich usłyszy, to zacznie im prawić niekończące się kazanie.

Zane wygrzebał klucz, gdyż ojciec zarządził, że dom ma zawsze być zamknięty, bez względu na to, czy ktoś w nim jest. Usłyszał, co się dzieje, jak tylko otworzył drzwi.

Grymas złości zniknął z twarzy Britt. Jej oczy zrobiły się ogromne i napełniły strachem oraz łzami. Szybko zatkała dłońmi uszy.

– Idź na górę – nakazał jej Zane. – Idź prosto do swojego pokoju i nie wychodź stamtąd.

– On znowu robi jej krzywdę. On jej robi krzywdę…

Britt, zamiast pobiec do swojego pokoju, wpadła do pokoju dziennego, nadal zatykając rękami uszy.

– Przestań! – wrzasnęła. – Przestań, przestań, przestań, przestań!

Zane zobaczył krew rozsmarowaną na podłodze, w miejscu, gdzie jego matka próbowała odpełznąć. Miała podarty sweterek, brakowało jej jednego buta.

– Marsz do siebie! – krzyknął Graham, podnosząc Elizę za włosy. – To nie wasza sprawa!

Britt nadal krzyczała, nawet kiedy Zane usiłował ją odciągnąć.

Zobaczył, że spojrzenie jego ojca, pełne nienawiści, przesuwa się i nieruchomieje na dziewczynce. W chłopaku obudził się strach, który niszczył jego duszę.

Nie myślał, nawet nie wiedział, co zamierza zrobić. Odepchnął siostrę i stanął pomiędzy nią a ojcem – chudy dzieciak. I w przypływie złości rzucił się na ojca.

– Odejdź od niej, ty skurwysynu!

Natarł prosto na Grahama. Raczej zaskoczenie niż siła sprawiło, że Graham cofnął się o krok.

– Wynoś się stąd!

Zane nawet się nie zorientował. Miał czternaście lat i jego jedyne doświadczenie w bójkach polegało na przepychaniu się i obelgach. Znał już ojcowskie pięści – cios w brzuch, czasami w nerki.

Tam, gdzie nie było widać.

Tym razem pięści uderzyły go w twarz – coś w jego głowie wybuchło, wszystko zrobiło się rozmazane. Poczuł jeszcze dwa ciosy, zanim upadł, a ostry ból przezwyciężył strach i gniew. Jego świat zrobił się szary, a przez tę szarość światła migotały i błyskały.

Czując smak krwi w ustach, słysząc nieprzerwane wrzaski siostry, zemdlał.

Następne, co pamiętał, to jak ojciec niósł go po schodach przewieszonego przez ramię. Dzwoniło mu w uszach, ale słyszał płacz Britt i głos matki mówiącej jej, żeby przestała.

Ojciec nie położył go na łóżku, tylko zrzucił z ramienia, więc Zane odbił się od materaca. Poczuł na nowo ból w całym ciele.

– Jeszcze raz okażesz mi brak szacunku, a nie skończy się na złamanym nosie i podbitym oku. Jesteś niczym, rozumiesz? Niczym, dopóki nie powiem, że jest inaczej. Wszystko, co masz, w tym oddech napędzający ciało, zawdzięczasz mnie.

Nachylił się nisko, kiedy to mówił – spokojnym, opanowanym głosem. Zane widział go podwójnie i nie był w stanie nawet skinąć głową. Zaczął drżeć. Był w szoku i trząsł się tak, aż zęby mu dzwoniły.

– Nie opuścisz tego pokoju, dopóki ci na to nie pozwolę. Nie będziesz z nikim rozmawiał. Nikomu nie powiesz o prywatnych sprawach tej rodziny albo kara, do wymierzenia której mnie dziś zmusiłeś, wyda ci się zabawą. Nikt ci nie uwierzy. Jesteś nikim. Ja jestem wszystkim. Mogę cię zabić, kiedy będziesz spał, i nikt tego nie zauważy. Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem będziesz próbował udawać dorosłego. – Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Zane znowu stracił przytomność. Tak było łatwiej, niż zmierzyć się z bólem i z wypowiedzianymi przez ojca słowami, które bolały tak samo, jak ciosy.

Kiedy oprzytomniał, światło się zmieniło. Jeszcze nie było ciemno, ale nadchodził wieczór.

Nie mógł oddychać przez nos. Wydawało się, że jest zatkany jak podczas silnego przeziębienia. Takiego, od którego rozsadzało czaszkę, a w oczach pulsował ból.

Potwornie bolał go brzuch.

Kiedy próbował usiąść, pokój zawirował i chłopak przestraszył się, że zwymiotuje.

Gdy usłyszał szczęk zamka, zaczął się znowu trząść. Był gotów błagać, prosić, kajać się, byle tylko te pięści nie zaczęły go znowu okładać.

Do środka weszła matka i pstryknęła włącznik lampy. Światło sprawiło, że zalała go nowa fala bólu, więc zamknął oczy.

– Twój ojciec mówi, że masz się umyć, a potem położyć worek z lodem na twarzy.

Jej głos, chłodny, rzeczowy, ranił niemal równie mocno jak głos ojca.

– Mamo…

– Twój ojciec mówi, że masz trzymać głowę wyżej. Możesz wyjść z łóżka tylko wtedy, kiedy musisz skorzystać z łazienki. Jak widzisz, ojciec zabrał ci komputer, playstation i telewizor, przedmioty, które tak wspaniałomyślnie ci dał. Nie będziesz się widział ani rozmawiał z nikim poza ojcem lub mną. Nie będziesz uczestniczył w świętowaniu zarówno Wigilii, jak i Bożego Narodzenia.

– Ale…

– Masz grypę.

Szukał na jej twarzy jakichś śladów współczucia, wdzięczności. Uczuć.

– Usiłowałem go powstrzymać, żeby nie zrobił ci krzywdy. Myślałem, że skrzywdzi Britt. Myślałem…

– Nie prosiłam cię o pomoc ani jej nie potrzebowałam. – Jej głos, urywany, chłodny, sprawił, że poczuł ból w piersi. – To, co jest pomiędzy mną a twoim ojcem, jest pomiędzy mną a twoim ojcem. Masz dwa dni na zastanowienie się nad swoim miejscem w tej rodzinie i odzyskanie jakichkolwiek przywilejów.

Odwróciła się do drzwi.

– Zrób, co powiedziałam.

Kiedy wyszła i zostawiła go samego, zmusił się, żeby usiąść – musiał zamknąć oczy, żeby nie widzieć, jak wszystko kręci mu się przed oczami, i tylko oddychał. W końcu stanął niepewnie na nogach i drżącym krokiem przeszedł do łazienki, gdzie zwymiotował i znowu niemal stracił przytomność.

Kiedy zdołał się dźwignąć na nogi, wpatrzył się w lustro nad umywalką odbijające jego twarz.

Pomyślał, dziwnie zobojętniały, że zupełnie siebie nie przypomina. Spuchnięte usta, pęknięta dolna warga. Nos jak czerwony balon. Oczy podbite, jedno spuchnięte i wpółprzymknięte. Cała twarz pokryta zaschniętą krwią.

Podniósł rękę i dotknął palcami nosa. Przeszył go silny ból. Ponieważ bał się wziąć prysznic – nadal miał zawroty głowy – użył myjki, żeby usunąć krew. Musiał zacisnąć zęby i trzymać się jedną ręką umywalki, żeby nie upaść, ale bardziej niż bólu bał się konsekwencji niezrobienia tego, co mu kazano.

Płakał i się tego nie wstydził. I tak nikt go nie widział. Nikogo by to nie obeszło.

Powoli wrócił do łóżka i syknął, kiedy pochylił się, żeby zdjąć buty i dżinsy. Co chwila musiał przerywać, poczekać, aż oddech się wyrówna i ustaną zawroty głowy.

Wpełzł do łóżka w bokserkach i bluzie. Sięgnął po worek z lodem zostawiony przez matkę i położył go tak delikatnie, jak tylko potrafił, na nosie.

Ból był jednak zbyt silny, więc przesunął worek na oko. To mu wreszcie przyniosło trochę ulgi.

Leżał tak, teraz już w całkowitych ciemnościach, i planował. Ucieknie. Kiedy tylko zdoła, zapakuje do plecaka ubrania. Nie ma zbyt wiele pieniędzy, ponieważ ojciec wpłacał wszystko, co Zane otrzymał, do banku. Ale ukrył nieco w parze skarpetek. Oszczędzał na gry komputerowe.

Mógłby podróżować autostopem – ta myśl wywołała dreszcz emocji. Może pojedzie do Nowego Jorku. Ucieknie z tego domu, w którym wszystko wyglądało nieskazitelnie, a który skrywał brzydkie, brudne tajemnice, tak jak on chował swoje pieniądze na gry. Znajdzie pracę. Uda mu się. Zapadając znowu w sen, pomyślał, że nie będzie już musiał chodzić do szkoły. To już coś.

Obudził się ponownie, słysząc szczęk zamka, i udał, że śpi. Ale to nie były kroki jego ojca ani matki. Otworzył oczy, gdy Britt zaświeciła mu w twarz małą różową latarką.

– Nie. – Skrzywił się.

– Ćśś – ostrzegła. – Nie mogę włączyć światła, na wypadek gdyby się obudzili i je zobaczyli. – Usiadła na jego łóżku i pogładziła go po ręku. – Przyniosłam ci kanapkę z masłem orzechowym i dżemem. Nie mogłam wziąć lazanii, boby się zorientowali, że jej ubyło. Musisz coś zjeść.

– Jeszcze nie dam rady, Britt, brzuch mnie boli.

– Tylko troszkę. Spróbuj.

– Musisz iść. Jak cię tu złapią…

– Śpią. Upewniłam się. Nie zostawię cię. Posiedzę tu, dopóki nie zdołasz trochę zjeść. Tak mi przykro, Zane.

– Nie płacz.

– A ty płaczesz.

Pozwolił łzom płynąć. Nie miał siły ich powstrzymywać.

Pociągając nosem i ocierając łzy, Britt pogładziła go po ramieniu.

– Przyniosłam też mleko. Nie zauważą, jeśli zniknie trochę. Wszystko posprzątałam, a jak skończysz, umyję szklankę.

Mówili szeptem – byli do tego przyzwyczajeni – ale teraz głos się jej rwał.

– Uderzył cię tak mocno, Zane. Bił i bił, a kiedy upadłeś, kopnął cię w brzuch. Myślałam, że nie żyjesz.

Położyła mu głowę na piersi, a jej ramiona się trzęsły. Pogładził ją po włosach.

– Zrobił ci krzywdę?

– Nie. Ścisnął mnie za ramiona i szarpnął. Wrzasnął, żebym się zamknęła. Zrobiłam to. Bałam się tego, co mi zrobi, jeżeli go nie posłucham.

– To dobrze. Zrobiłaś to, co należało.

– Ty tak zrobiłeś. – Jej szept był ciężki od łez. – Próbowałeś zrobić to, co należało. Ona nawet nie podeszła, żeby go powstrzymać, kiedy cię bił. Nic nie powiedziała. A kiedy przestał, kazał jej zmyć krew z podłogi. W kuchni było rozbite szkło, kazał je sprzątnąć, doprowadzić się do ładu i podać obiad przed osiemnastą.

Usiadła i wyciągnęła kanapkę, którą przekroiła na pół. Kochał ją tak bardzo, że aż poczuł ukłucie w sercu.

Wziął jedzenie, ugryzł kawałek i uznał, że chyba utrzyma je w żołądku.

– Mamy powiedzieć Emily oraz babci i dziadziowi, że jesteś chory. Masz grypę i zarażasz. Musisz odpoczywać, a tata się tobą zajmuje. Nie pozwoli im tu przyjść i cię zobaczyć. Ludziom w ośrodku powiemy, że spadłeś z roweru. Mówił to wszystko podczas kolacji. Musiałam zjeść, bo znowu by się wściekł. Zwymiotowałam, kiedy wróciłam na górę.

Ugryzł kolejny kęs i wyciągnął w ciemności rękę, by dotknąć jej dłoni.

– Wiem, jakie to uczucie.

– Kiedy wrócimy, mam powiedzieć, że miałeś wypadek na nartach. Upadłeś. Tata się tobą zajął.

– Nooo – powiedział to jedno słowo z wielką goryczą. – Zajął się mną.

– Znowu cię skrzywdzi, jeśli tego nie zrobimy. Albo i gorzej. Nie chcę, żeby cię krzywdził, Zane. Próbowałeś go powstrzymać przed biciem mamy. Mnie też chroniłeś. Sądziłeś, że mnie uderzy. Ja też tak myślałam.

Poczuł, że się poruszyła i w słabym świetle latarki, którą położyła na łóżku, zobaczył, że odwróciła się, żeby spojrzeć w okno.

– Pewnie któregoś dnia to zrobi.

– Nie, nie, nie zrobi tego. – Mimo bólu poczuł narastającą wściekłość. – Nie dasz mu żadnego powodu do tego, a ja mu na to nie pozwolę.

– On nie potrzebuje żadnego powodu. Nie trzeba być dorosłym, żeby to zrozumieć. – Chociaż jej głos brzmiał dorośle, znowu zaczęła płakać. – Myślę, że oni nas nie kochają. Nie mógłby nas kochać i krzywdzić, kazać nam kłamać. A ona nie może nas kochać i na to pozwalać. Myślę, że oni nas nie kochają.

Wiedział, że to prawda. Przekonał się o tym, kiedy matka weszła i popatrzyła na niego oczami bez wyrazu.

– Mamy siebie.

Kiedy siedziała z nim, pilnując, żeby zjadł, zrozumiał, że nie może uciec. Nie wolno mu zniknąć i zostawić Britt. Musi tu być. Musi być silniejszy. Musi być na tyle silny, żeby się postawić. Nie po to, żeby chronić matkę, ale by zadbać o siostrę.

ROZDZIAŁ DRUGI

W Wigilię Bożego Narodzenia Emily Walker nadal miała jeszcze z pół tuzina nieodhaczonych pozycji na liście zadań do wykonania. Zawsze robiła listy, zawsze działała według harmonogramu. I niezmiennie wykonanie każdego zadania na każdej liście, jaką kiedykolwiek sporządziła, zajmowało jej znacznie więcej czasu, niż sądziła.

Za każdym cholernym razem.

Co więcej, często na tych listach pojawiały się dodatkowe zadania, przez co schodziło na nie jeszcze więcej czasu, niż założyła.

Tak jak dzisiaj. Do ostatecznego sprzątania w domu, przygotowania na świąteczny obiad ulubionych dań jej ojca, czyli kopert schabowych i zapiekanki ziemniaczanej, zrobienia potrzebnych zabiegów kosmetycznych na twarz, wyjazdu do Asheville na lotnisko po rodziców dopisała szybki wypad na rynek po porcję rosołową.

Biedny Zane miał grypę, więc postanowiła ugotować mu dużo rosołu. A to oznaczało podrzucenie zupy na drugą stronę jeziora, do siostry.

Co z kolei wiązało się z uciążliwym obowiązkiem bycia miłą dla Elizy.

Co gorsza, musiała być miła dla Elizy po tym, jak ta zarządziła, że bożonarodzeniowy obiad musi odbyć się w starym domu.

Eliza powiedziała, że nie ma się czym przejmować, rozmyślała Emily, wkładając czyste ubrania. A jednak musi zrezygnować z pilingu twarzy bez względu na to, czy jest potrzebny, czy nie. Nie, nie ma się czym przejmować, ponieważ Eliza już skontaktowała się z firmą cateringową i podała adres nowej lokalizacji.

Lokalizacji, na miłość boską!

I kto, do jasnej cholery, wynajmuje firmę cateringową na rodzinny świąteczny obiad?

Eliza Zadartonosa Walker-Bigelow, oto kto.

Ale będzie dla niej słodka, będzie miła. Nie ma mowy, żeby wszczęła kłótnię z Elizą podczas wizyty rodziców. Zawiezie rosół i odwiedzi na chwilę chorego siostrzeńca.

I ukradkiem podrzuci mu najnowszą książkę z serii Mroczna Wieża, ponieważ King, wraz z kilkoma innymi pisarzami, nie trafił na listę autorów aprobowanych przez Elizę i Grahama.

Co z oczu, to i z serca. Zane potrafi dochować tajemnicy. Może aż za dobrze, pomyślała Emily, nakładając podkład na twarz. Może nie spędzała z dziećmi tyle czasu, ile powinna, ale kiedy się widzieli, miała wrażenie… czegoś. Czegoś, co nie jest całkiem w porządku.

To pewnie tylko wyobraźnia, stwierdziła Emily, wciągając kozaki. Albo szukanie pretekstu, by zaatakować starszą siostrę. Jako dzieci nie były sobie bliskie – przeciwieństwa nie zawsze się przyciągają, a dziewięć lat różnicy pomiędzy nimi zapewne nie pomagało.

Jako dorosłe kobiety wcale się do siebie nie zbliżyły. Mało to, chociaż zazwyczaj były dla siebie uprzejme – zazwyczaj – to pod tą gładką powierzchnią pozorów płynęły burzliwe prądy głębinowe. Czynna obopólna niechęć.

Właściwie gdyby nie rodzice oraz Zane i Britt, Emily mogłaby przez resztę życia nie widzieć się z siostrą ani z nią nie rozmawiać.

– Okropność – wymamrotała, zbiegając po schodach. – Okropnie jest tak myśleć i tak czuć.

Co gorsza, obawiała się, że takie myśli w dużej mierze brały się z rozżalenia, co potęgowało jej zażenowanie.

Eliza zawsze była ładniejsza. Nie żeby Emily nie była wystarczająco ładna, nawet bez domowych zabiegów kosmetycznych. Ale Eliza była dwa razy piękniejsza i miała większy biust. No i oczywiście, mając dziewięć lat przewagi, wszystko robiła jako pierwsza.

Występowała w głównych rolach w szkolnych sztukach, była główną cheerleaderką, została obwołana królową szkoły i najpiękniejszą dziewczyną na balu maturalnym. A kiedy skończyła studia, czyż rodzice nie sprezentowali jej lśniącego srebrnego kabrioletu BMW?

A potem przygruchała sobie doktorka. Chirurga, i to o wyglądzie gwiazdora filmowego. Miała przyjęcie zaręczynowe w ekskluzywnym klubie rekreacyjnym, nadęty wieczór panieński i wystawne tradycyjne wesele.

I wyglądała olśniewająco, wspominała Emily, zakręcając gaz pod rosołem. Jak królewna w okazałej białej sukni.

Tamtego dnia nie czuła żalu do Elizy. Cieszyła się jej szczęściem – chociaż została zmuszona do włożenia bladoróżowej sukienki druhny, z okropnymi bufiastymi rękawami.

Ale potem uczucie rozżalenia znowu zaczęło narastać.

– Nie myśl o tym teraz – nakazała sobie, włożyła płaszcz, czapkę i rękawiczki. – Są święta. A biedny Zane jest chory.

Wzięła torebkę – z powieścią Kinga już wepchniętą do środka – i sięgnęła po kuchenne rękawice, żeby przenieść zupę do pikapa i zawieźć ją do domu Elizy.

Poprzedniego dnia odhaczyła z listy mycie, woskowanie i odkurzanie samochodu, więc deski rozdzielczej nie zdobiły już karteczki samoprzylepne. I dokończyła sprawdzanie wszystkich bungalowów na wynajem, więc w razie gdyby rodzice zapytali – a na pewno to zrobią – będzie mogła im powiedzieć, że Walker Lakeside Bungalows, rodzinne przedsięwzięcie, ma się doskonale.

Prowadziła je z przyjemnością, od kiedy rodzice przeszli na emeryturę. Może była rozżalona – znowu to słowo – kiedy co kwartał musiała wypisywać Elizie czek za udział w zyskach. Eliza nie kiwnęła palcem, ale krew to krew, rodzina to rodzina, więc należy się jej część tego, co rodzice stworzyli, a ona, Emily, utrzymała.

Postawiła garnek z rosołem na podłodze przy siedzeniu dla pasażera i spojrzała na dom, myśląc, że przynajmniej on należy tylko do niej.

Kochała ten drewniany budynek z kamienną podmurówką, otoczony werandą i z widokiem na jezioro i góry. Mieszkała w nim przez całe życie i zamierzała zostać tu do śmierci. Ponieważ nie miała dzieci i nie zanosiło się na to, żeby kiedykolwiek je miała, zamierzała zostawić go Zane’owi i Britt.

Może któreś z nich tu zamieszka. Może go wynajmą lub sprzedadzą. Po śmierci będzie jej wszystko jedno.

– Wesoła myśl, w sam raz na święta – powiedziała sama do siebie.

Śmiejąc się do siebie, wsiadła do pikapa, myśląc, jak ładnie dom będzie wyglądać o zmierzchu, kiedy zapalą się wszystkie kolorowe światełka, a choinka zamigocze w oknie. Tak jak zawsze na święta Bożego Narodzenia. Dom pachnący sosną i żurawiną, ciepłymi ciasteczkami prosto z piekarnika.

Gdy wyjechała na drogę wzdłuż jeziora, dmuchnięciem odgarnęła grzywkę z oczu. Wizyta u fryzjera nie trafiła na listę przedświątecznych zadań i musiała poczekać.

Jadąc wokół Jeziora Lustrzanego, włączyła radio, podkręciła głośność i wtórowała Springsteenowi, kiedy mijała bungalowy na wynajem, doki, inne domy nad jeziorem, po czym skręciła w stronę miasta, za którym na tle bladoniebieskiego zimowego nieba widniały pokryte śniegiem szczyty.

Droga wznosiła się i opadała, wiła i skręcała – znała jej każdy fragment. Przejechała przez główną ulicę miasta tylko po to, żeby obejrzeć sklepy przystrojone na święta i gwiazdę górującą nad hotelem Lakeview.

Dostrzegła Cyrusa Puffera taszczącego torbę do zaparkowanego pikapa. Była jego żoną przez prawie sześć miesięcy – pomyślała, że to już chyba dziesięć lat temu. Uznali, dość szybko, że znacznie lepiej wychodziła im przyjaźń z okazjonalnym seksem niż małżeństwo, więc się rozwiedli. Jej zdaniem był to jeden z najbardziej przyjaznych rozwodów na całym świecie.

Zatrzymała samochód, żeby się przywitać.

– Zakupy na ostatnią chwilę?

– Nooo, tak. Coś w tym rodzaju. – Przystojny i dobroduszny rudzielec uśmiechnął się do niej szeroko. – Marlene chciała lody, i to tylko miętowe z kawałkami czekolady.

– Dobry z ciebie mąż.

Za drugim razem trafił na właściwą kobietę. Poznali się dzięki Emily, która w efekcie była świadkiem pana młodego na ślubie.

– Robię, co mogę. – Szeroki uśmiech nie znikał mu z twarzy. – Chyba mam szczęście, że nie chciała do tego korniszonów.

– O mój Boże! – Chwyciła jego twarz w obie dłonie. – O mój Boże, zostaniesz tatusiem!

– Wczoraj się upewniliśmy. Marlene nie chce jeszcze nikomu mówić, poza moimi rodzicami i swoimi, ale nie będzie miała nic przeciwko temu, że powiedziałem tobie.

– Nikomu nie pisnę ani słóweńka, ale, o mój Boże, mam ochotę tańczyć z radości!

Przyciągnęła go bliżej i ucałowała siarczyście.

– Najlepszy prezent bożonarodzeniowy. Och, Cy, życz jej wesołych, przewesołych świąt ode mnie! A kiedy będzie chciała o tym pogadać, jestem pod telefonem.

– Tak zrobię. Jestem tak szczęśliwy, że mało nie pęknę na pół. Muszę zawieźć te lody przyszłej mamie.

– Powiedz jej, że zorganizuję baby shower.

– Naprawdę?

– No pewnie. Wesołych świąt, Cy. O mój Boże!

Uśmiechała się szeroko przez całą drogę przez miasto, z powrotem wzdłuż jeziora i do Lakeview Terrace.

Skręciwszy w osiedle, pomyślała, jak zawsze, że zabiłaby się, gdyby musiała tu mieszkać.

Jasne, domy były duże i w większości ładne. I nie do końca jednakowe, ponieważ mieszkańcy mieli do wyboru kilka projektów. A także wiele dodatkowych opcji.

Jednak w jej przekonaniu na osiedlu panowała atmosfera trochę przypominająca tę ze Stepford. Było absolutnie perfekcyjne, łącznie z czystymi chodnikami, podjazdami wyłożonymi kostką lub płytami, niewielkim parkiem – przeznaczonym tylko dla mieszkańców oraz ich gości – ze starannie posadzonymi drzewami, precyzyjnie rozmieszczonymi ławkami i alejkami.

Ale jej siostra kochała to miejsce i prawdę mówiąc, te idealne rzędy prawie jednakowych posiadłości ze starannie wypielęgnowanymi trawnikami bardzo do niej pasowały.

Napominając się, że ma być miła, Emily wjechała na podjazd. Zaniosła garnek z zupą do drzwi i zadzwoniła.

Jak obca osoba, pomyślała, a nie członek rodziny. Ale jaśnie państwo zamykali swój pałac na klucz.

Przypomniała sobie, że ma być słodka, i przywołała uśmiech na twarz.

Nie przestała się uśmiechać, kiedy Eliza otworzyła drzwi. Wyglądała przepięknie w śnieżnobiałych spodniach i czerwonym kaszmirowym sweterku, z miękko opadającymi na ramiona ciemnymi falującymi włosami.

W jej oczach, typowo dla Walkerów bystrych i zielonych, widać było lekką irytację.

– Emily. Nie spodziewaliśmy się ciebie.

Nie było to: „Emily! Wesołych świąt. Wejdź”.

Ale Emily ciągle się uśmiechała.

– Dostałam twoją wiadomość o Zanie i jutrzejszym obiedzie. Próbowałam się dodzwonić, ale…

– Byliśmy zajęci.

– No, ja też. Ale tak mi szkoda Zane’a, że zrobiłam mamine lekarstwo. Rosół z kury. Jak się czuje?

– Śpi.

– Eliza, jest zimno. Nie zamierzasz mnie wpuścić?

– Kto to, kochanie? – Graham, bogaty, przystojny, oczywiście w srebrnoszarym kaszmirze, pojawił się za Elizą.

Uśmiechał się, ale co Emily zdążyła już dawno zauważyć, jego uśmiech nie sięgał oczu.

– Emily! Wesołych świąt. Zrobiłaś nam niespodziankę.

– Ugotowałam rosół dla Zane’a. Chciałam się z nim spotkać, zanim pojadę po rodziców na lotnisko.

– Chodź, wejdź. Wezmę go od ciebie.

– Jeszcze gorący. Zaniosę do kuchni, jeśli pozwolisz.

– Oczywiście. To miłe z twojej strony. Jestem pewien, że Zane bardzo się z rosołu ucieszy.

Wniosła garnek do środka i mijając dekoracje świąteczne rodem z lifestyle’owego magazynu, przeszła do kuchni z nieodstępującym jej Grahamem.

– Dom wygląda cudownie. – Postawiła garnek na kuchence. – Może zaniosę talerz Zane’owi i posiedzę z nim chwilę. Pewnie się nudzi.

– Powiedziałam ci, że śpi.

– Może się właśnie… – Zerknęła na siostrę.

– I zaraża – dodał Graham, obejmując Elizę w pasie. – Nie mogę cię narazić na chorobę, zwłaszcza że będziesz w bliskim kontakcie z seniorami.

Nie myślała o swoich rodzicach jako o „seniorach” i to słowo ją wkurzyło.

– Wszyscy mamy końskie zdrowie, zresztą i tak jutro przyjdzie na obiad, więc…

– Nie, nie będzie na tyle zdrów. Potrzebuje odpoczynku – zawyrokował poważnym tonem lekarza Graham.

– Ale jeżeli chcieliście przenieść obiad do mnie…

– Tak będzie lepiej dla wszystkich – stwierdził radośnie Graham. – Wpadniemy, zjemy obiad, żeby wasi rodzice zobaczyli się z Britt i Elizą, ale nie będziemy długo.

Poczuła, jak szczęka jej opada.

– Zostawicie Zane’a samego? W święta?

– Zrozumie, a zresztą i tak dzisiejszy dzień i większość jutrzejszego po prostu prześpi. Ale dołączymy twój rosół do leków i mojej opieki. Wiem, co najlepsze – ciągnął Graham, zanim zdążyła się znowu sprzeciwić. – Jestem nie tylko jego ojcem, ale także lekarzem.

Myśl o tym, że Zane spędzi święta sam, chory, w łóżku, sprawiła jej ból.

– To nie w porządku. Czy nie moglibyśmy, nie wiem, założyć maseczek? To tylko dziecko. Są święta.

– Jesteśmy jego rodzicami. – W głosie Elizy pobrzmiewało wyczuwalne zdenerwowanie. – My podejmujemy decyzje. Kiedy, i jeżeli, będziesz miała dzieci, wybierzesz to, co uznasz dla nich za najlepsze.

– Gdzie jest Britt? Przynajmniej…

– W swoim pokoju. Projekt świąteczny. – Graham przyłożył palec do ust. – Najwyraźniej ściśle tajny. Zobaczysz ją jutro. Raz jeszcze dziękujemy bardzo, że pomyślałaś o Zanie i zadałaś sobie tyle trudu, żeby ugotować mu rosół.

Otoczył ramieniem Emily, odwrócił ją i powiódł do drzwi – czuła się jak eskortowany aresztant.

– Powiedz Quentinowi i Elle, że nie możemy doczekać się jutrzejszego spotkania.

– Mo… Mogę dziś wieczorem przywieźć prezenty dla niego, żeby otworzył je jutro rano.

– Nie ma takiej potrzeby. On ma czternaście lat, Emily, nie cztery. Jedź bezpiecznie.

Nie wypchnął jej fizycznie z domu, ale wyszło na to samo. Łzy gniewu i frustracji szczypały ją w oczy, kiedy szła do samochodu.

– To nie w porządku, to nie w porządku, to nie w porządku – powtarzała, uruchamiając samochód i wyjeżdżając z osiedla.

Ale była tylko ciotką. Nic nie mogła zrobić.

*

Budzik Zane’a pokazywał szóstą czterdzieści pięć. Wieczorem. Zane spędził ponad dwadzieścia cztery godziny zamknięty w swoim pokoju, a twarz i brzuch bolały go tak bardzo, że co zasnął, to zaraz się budził. Ból nie ustawał, a do tego dochodził ostry głód.

Nad ranem zjadł drugą połówkę kanapki, którą zrobiła mu Britt. Tuż po ósmej matka przyniosła mu grzankę i mały dzbanek wody wraz z kolejnym workiem lodu.

Chleb i woda, pomyślał. Jak dla więźnia.

Bo nim właśnie był.

Nie odezwała się do niego ani słowem, on też nic nie powiedział.

Teraz była już prawie dziewiętnasta i nikt nie przyszedł. Martwił się o Britt. Czy też była zamknięta w swoim pokoju? Czasami on – Zane – nie chciał myśleć o tym człowieku jak o ojcu. Zamykał ich i przez kilka godzin mogli tylko oglądać telewizję albo grać na komputerze.

Próbował czytać – książek mu nie zabrali. Ale to było zbyt męczące, powodowało okropny ból głowy. Dowlókł się pod prysznic, ponieważ im bardziej cierpiał, tym mocniej się pocił i nie mógł znieść własnego smrodu.

Pod płynącą wodą, z twarzą pulsującą bólem, płakał jak dziecko. Wyglądał jak Rocky po kilku rundach meczu bokserskiego z Apollo Creedem.

Musi stać się silniejszy. Tata Micaha podnosi ciężary. Ma do tego całe pomieszczenie u nich w domu. Mógłby poprosić pana Cartera, żeby mu pokazał, jak to się robi. Powiedziałby mu, że chce wyrobić sobie mięśnie przed sezonem baseballowym.

A za trzy i pół roku wyjedzie do college’u. Ale jak może to zrobić i zostawić Britt samą?

Może powinien pójść na policję i wszystko opowiedzieć? Tylko że komendant policji gra w golfa z jego ojcem. Każdy w Lakeview szanuje doktora Grahama Bigelowa.

Ta myśl bolała, więc skupił się na baseballu. Trzymał pod kołdrą piłkę, gładził ją, czuł pod palcami ścieg – jak dziecko przytulające misia, żeby się pocieszyć.

Usłyszał szczęknięcie zamka. Ponieważ głód szarpał mu wnętrzności, poczuł ulgę.

Dopóki w świetle z korytarza nie zobaczył ojca. Wysoki, dobrze umięśniony, niósł tacę i torbę lekarską.

Graham wszedł do środka i postawił tacę w nogach łóżka. Wrócił do drzwi i włączył światło – Boże, jaki ból w oczach! – i zamknął za sobą drzwi.

– Usiądź – polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Drżący Zane się podźwignął.

– Jakieś zawroty głowy?

Zane pomyślał, że musi być ostrożny. Pełen szacunku.

– Trochę tak, ojcze.

– Nudności?

– Odrobinę. Nie tak bardzo jak wczoraj.

– Wymiotowałeś? – spytał Graham, otwierając torbę lekarską.

– Od wczoraj nie.

Graham wyjął małą latarkę diagnostyczną i zaświecił nią w oczy Zane’a.

– Podążaj za moim palcem, tylko wzrokiem.

Bolało, nawet to bolało, ale Zane nie śmiał się sprzeciwić.

– Ból głowy?

– Tak.

– Podwójne widzenie?

– Już nie.

Graham zajrzał mu w uszy i sprawdził zęby.

– Krew w moczu?

– Nie, nie, ojcze.

– To lekkie wstrząśnienie mózgu. Masz szczęście, biorąc pod uwagę twoje zachowanie, że nie jest gorzej. Połóż głowę.

Kiedy to zrobił, Graham przycisnął palce do obu stron nosa Zane’a. Przeszywający ból przypominał wybuch gwiazdy. Płacząc, Zane próbował odepchnąć te dłonie. Graham sięgnął do torby po narzędzia i każdy centymetr skóry chłopca pokrył się potem.

– Proszę. Proszę, nie. To boli. Tato, proszę.

– Połóż się. – Graham położył dłoń na gardle Zane’a i ścisnął lekko. – Bądź mężczyzną, na miłość boską.

Krzyknął. Nie mógł się powstrzymać. Nie widział, co ojciec robi. Nawet gdyby otworzył oczy, niczego by nie dostrzegł przez czerwoną mgiełkę bólu.

Łzy płynęły mu po twarzy. Na to też nie był w stanie nic poradzić.

Kiedy się skończyło, zwinął się w drżący kłębek.

– Możesz mi podziękować, że nie będziesz miał krzywej przegrody. Możesz mi za to podziękować – powtórzył z naciskiem Graham.

Zane przełknął wzbierającą żółć.

– Dziękuję.

– Użyj lodu. Zostaniesz w swoim pokoju do czasu wyjazdu w drugi dzień świąt. Miałeś wypadek na rowerze. Byłeś nieostrożny. W ośrodku pozostaniesz w swoim pokoju. Kiedy wrócimy do domu, powiemy wszystkim, że miałeś wypadek podczas jazdy na nartach. Byłeś nieostrożny, nie w pełni wyzdrowiałeś, ale się uparłeś. Jeśli jakkolwiek od tego odbiegniesz, skończy się to dla ciebie bardzo źle. Pójdę do sądu i zamknę cię z innymi nieprzystosowanymi. Rozumiesz?

– Tak.

Chociaż Zane miał zamknięte oczy, wiedział, że Graham stoi nad łóżkiem, wysoki, blondwłosy i z uśmiechem wyższości malującym się na twarzy.

– W przyszłym tygodniu napiszesz do dziadków, dziękując im za prezenty, jakie ci nierozsądnie wybrali. Zostaną przekazane na cele dobroczynne. Prezenty, które twoja matka i ja dla ciebie wybraliśmy, zostaną zwrócone. Nie zasługujesz na nic, więc to właśnie otrzymasz. Zrozumiałeś?

– Tak. – To bez znaczenia, to nie ma znaczenia. Proszę, zostaw mnie już.

– Dostaniesz z powrotem komputer, ale tylko do odrabiania prac domowych. Będę go co wieczór sprawdzał. Jeżeli w ciągu miesiąca okażesz należyte wyrzuty sumienia, jeżeli twoje stopnie nie ucierpią, jeżeli w moim mniemaniu wyciągnąłeś cenną nauczkę, dostaniesz resztę rzeczy. Jeżeli nie, one również zostaną przekazane na cele dobroczynne dla kogoś, kto na nie bardziej zasługuje. Jeżeli nie, wycofam pozwolenie na grę w baseball nie tylko w nadchodzącym sezonie, ale kiedykolwiek. Zrozumiałeś?

Nienawiść. Zane nie wiedział, że potrafi tak bardzo nienawidzić.

– Tak, ojcze.

– Sprawdzę akademie wojskowe jako alternatywną ścieżkę twojej edukacji, jeżeli twoje zachowanie się nie poprawi. Twoja ciotka przysłała zupę. Masz jej za to podziękować, kiedy – i jeżeli – znowu się z nią zobaczysz.

W końcu, wreszcie, wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz.

Zane nie poruszył się, dopóki nie nabrał pewności, że fale bólu go nie pokonają. Wiedział, że jego ojciec potrafi być podły i gwałtowny, że umie nałożyć maskę idealnego męża, ojca, sąsiada na to wszystko, co się pod nią kryło. Ale aż do tej chwili nie wiedział, albo nie godził się z tym, że jego ojciec jest potworem.

– Nigdy więcej nie nazwę go tatą – poprzysiągł sobie Zane. – Nigdy więcej.

Zmusił się, żeby wstać i usiąść na ławce stojącej w nogach łóżka. Podniósł talerz zupy.

Była zimna. Kolejny przejaw podłości.

Ale przegrałeś, ty pieprzony draniu, myślał Zane podczas jedzenia. Nic mi tak nigdy w życiu nie smakowało.

Kiedy poczuł się mocniejszy, wziął kolejny prysznic, bo przepocił koszulkę. Zmusił się do chodzenia po pokoju, jedno kółko za drugim. Nabieranie siły trzeba od czegoś zacząć. Żałował, że nie ma jeszcze jednej porcji rosołu, zrobił więc okład z lodu na twarz.

Usłyszał dobiegające z dołu kolędy i podszedł do drzwi. Spojrzał przez okno na jezioro i dostrzegł migoczące po drugiej stronie światełka. Widział, który dom należy do ciotki, pomyślał o niej i o dziadkach świętujących Boże Narodzenie. Czy oni myśleli o nim?

Miał nadzieję, że tak. Chory na grypę, czyż to nie wstyd?

Ale oni nie wiedzieli, nie wiedzieli, nie wiedzieli. A gdyby wiedzieli, to co by zrobili, co by mogli zrobić? Nic nie przemawiało na niekorzyść takiego człowieka, jak jego ojciec. Jeżeli doktor Graham Bigelow powie, że jego syn spadł z roweru albo zrobił sobie krzywdę, jeżdżąc na nartach, wszyscy uznają, że tak właśnie było. Nikt nie uwierzy, że taki człowiek bije własnego syna.

A nawet gdyby próbował ich przekonać, to co niby mieliby zrobić?

Nie może pójść do szkoły wojskowej. Nie zniósłby tego. Nie może zostawić Britt.

Musi zatem udawać, tak samo jak udają jego rodzice. Musi udawać, że otrzymał cenną nauczkę. Mówić: „Tak, proszę ojca”. Mieć dobre stopnie. Musi robić wszystko, co konieczne.

Pewnego dnia będzie wystarczająco silny albo wystarczająco dorosły, albo wystarczająco odważny, żeby przestać udawać.

Zresztą, kto by uwierzył? Może ciotka. Może. Chyba nie za bardzo lubi jego ojca ani jego matkę. Wiedział, że oni na pewno nie lubią jej, ponieważ cały czas na nią wygadują. Że nigdy nie była wiele warta, że nawet nie potrafiła utrzymać męża. I mnóstwo innych rzeczy.

Usłyszał pianino i poczuł niewielką ulgę. Britt jest cała i zdrowa, jeżeli może grać.

Może zdoła zdobyć dowód. Mógłby namówić Micaha, żeby mu pokazał, jak założyć ukrytą kamerę albo coś takiego. Nie, nie, nie może go w to wciągnąć. Gdyby Micah powiedział swoim rodzicom, oni mogliby coś powiedzieć jego rodzicom.

Zero baseballu, na zawsze, szkoła wojskowa, kolejne bicie.

Nie jest na tyle odważny.

Ale mógłby to wszystko spisać.

Natchniony tą myślą podszedł do biurka. Znalazł zeszyt, długopisy, ołówek. Potem postanowił, że jeszcze poczeka. Któreś z nich może tu zajrzeć przed pójściem spać. Jeżeli go złapią, to koniec.

Zatem czekał, czekał, leżał w ciemności z piłką baseballową, która dawała mu pociechę.

Usłyszał wołanie ojca.

– Słodkich świątecznych snów, Britt!

– Dobranoc! – odkrzyknęła.

Po chwili usłyszał jej szept przy drzwiach.

– Nie mogłam się zakraść. Przepraszam. Słyszałam, jak krzyczysz, ale…

– W porządku. Nic mi nie jest. Idź do łóżka, zanim cię złapią.

– Przepraszam – powtórzyła.

Usłyszał, jak zamyka drzwi do swojego pokoju. Zasnął płytkim snem. Obudził go śmiech matki. Szli na górę i słyszał przytłumione słowa, kiedy mijali jego drzwi. Ani drgnął, nie otworzył oczu i oddychał równomiernie, ponieważ nie mógł im zaufać.

I miał rację, bo parę minut później szczęknął zamek. Światło z korytarza przesączało się czerwienią przez zamknięte powieki. Nie zaciskał ich, bo wtedy wiedzieliby, że udaje.

Nawet kiedy drzwi się zamknęły i zamek znowu szczęknął, czekał. Odczekał minutę, dwie, pięć.

Kiedy poczuł się bezpieczny, podpełzł do biurka, wyjął zeszyt i kilka długopisów. Na wszelki wypadek zabrał je i małą latarkę, którą Britt mu zostawiła, z powrotem do łóżka.

Gdy usłyszy szczęk zamka, zdąży wszystko schować pod koc i się położyć.

W promieniu światła zaczął pisać.

Może nikt mi nie uwierzy. On mówi, że nikt. Jest zbyt ważny, zbyt elegancki, więc mi nie uwierzą, ale moja nauczycielka angielskiego mówi, że opisywanie spraw pomaga je przemyśleć i zapamiętać. A ja muszę to zapamiętać.23 grudnia 1998 roku, kiedy moja siostra Britt i ja wróciliśmy do domu ze szkoły, moja matka leżała na podłodze. Mój ojciec ją bił i kiedy próbowałem go powstrzymać, bardzo mnie skrzywdził.

Pisał przez ponad godzinę.

Kiedy poczuł się zbyt zmęczony, wyjął monetę ze skarbonki i odkręcił nią kratkę wentylacyjną. Ukrył w niej zeszyt. Długopisy odłożył na miejsce, chociaż jeden z nich całkiem się wypisał.

A potem wpełzł do łóżka i zasnął.

ROZDZIAŁ TRZECI

Zane zastosował się do poleceń. Ból zelżał, sińce zeszły. Nikt w ośrodku nie kwestionował wyjaśnień doktora Bigelowa dotyczących wypadku rowerowego ani jego zalecenia, żeby nie przeszkadzano Zane’owi przebywającemu w swoim pokoju. Nikt w Lakeview nie podawał w wątpliwość opowieści o niefortunnym wypadku na nartach.

Może tylko Emily, która zastanawiała się, dlaczego Zane może jeździć na nartach, skoro dopiero co miał grypę, ale to i tak niczego nie zmieniało.

Życie toczyło się dalej.

Jeżeli chłopak otrzymał cenną nauczkę, to taką, że należy być ostrożnym.

Dbał o czystość i porządek w swoim pokoju bez przypominania, a obowiązki domowe wykonywał bez cienia protestu. Uczył się dobrze, bardziej ze strachu niż ciekawości. W razie gorszych stopni czekała go kara – straciłby baseball. A baseball był nie tylko jego pasją, jego życiowym marzeniem, ale stał się przyszłą ucieczką.

Kiedy podpisze umowę z drużyną pierwszoligową, wyjedzie z Lakeview i nigdy tu nie wróci.

Wszyscy zachowywali się tak, jakby dwudziestego trzeciego grudnia nic się nie wydarzyło. Wszyscy mieszkańcy domu w Lakeview Terrace żyli kłamstwem. Pomyślnie przeszedł próby, jakie urządzał mu ojciec – był wystarczająco bystry, żeby zorientować się, że są to testy. Niespodziewane pchnięcia albo mocne klepnięcia bez powodu – i ta usatysfakcjonowana mina na twarzy ojca, kiedy Zane nie podnosił wzroku i nic nie mówił.

W nocy, w zaciszu swojego pokoju, relacjonował.

12 stycznia. Graham pchnął mnie na ścianę. Powiedział, że dąsałem się podczas obiadu i nie okazałem wdzięczności. Poprosiłem tatę Micaha, żeby nikomu nie mówił, że pokazuje mi, jak podnosić ciężary, bo chciałbym, żeby to była niespodzianka. Ale on i tak nie rozmawia z Grahamem. Chyba nie za bardzo go lubi. Powiedział, żebym nie mówił do niego „proszę pana” co pięć minut, ponieważ czuje się przez to, jakby wrócił do wojska, a ponieważ ćwiczymy razem, powinienem mówić do niego Dave. Miły jest.2 marca. Jestem coraz silniejszy!!! Potrafię już podnieść siedem kilogramów, dwanaście powtórzeń w trzech seriach. A dziś, leżąc, wycisnąłem trzydzieści pięć kilogramów i zrobiłem trzydzieści sześć pompek. Przytyłem ponad dwa kilogramy. Dave mówi, że to czyste mięśnie. Jutro mamy pierwszy mecz przed sezonem i trener mówi, że mam rakietę zamiast ręki! Też myślę, że to same mięśnie. Podczas ćwiczeń dotarłem raz do pierwszej i raz do trzeciej bazy, zdobyłem też dwa RBI. Eagles się jutro nie pozbierają. Eliza powiedziała, żebym opróżnił zmywarkę. Odpowiedziałem: „Jasne”. Graham mnie spoliczkował. „Nie mówi się: »Jasne«, tylko: »Tak, mamo«, ty bezwartościowy gnojku". A potem spoliczkował ją, bo mnie nie poprawiła, i nazwał ją głupią suką. Widziałem, że Britt jest bliska płaczu, i spojrzałem na nią znacząco, żeby tego nie robiła. Zostałaby spoliczkowana.

Każdej nocy szczegółowo opisywał mecze baseballowe, postępy w siłowni i przemoc ze strony ojca.

Pisał o poczuciu własnej godności i emocjach, kiedy Lakeview Wildcats zdobyli mistrzostwo. O tym, z jaką dumą zachowywał się jego ojciec podczas meczu i jak w drodze powrotnej mimochodem skrytykował syna za biegi do bazy i zachowanie w obronie. O tym, jak Dave Carter przybił mu piątkę i nazwał go „czempionem”.

Tamtego lata w swoje piętnaste urodziny miał metr osiemdziesiąt wzrostu i ważył pięćdziesiąt osiem kilogramów. Kiedy Dave nazwał go „mięśniakiem zaprogramowanym do walki”, nie miał pojęcia, że właśnie to było celem Zane’a.

W nocy dwudziestego trzeciego grudnia chłopak obudził się zlany zimnym potem. Śniło mu się, że jego ojciec znalazł zeszyty i pobił go na śmierć. Ale nic się nie stało, święta minęły spokojnie.

Pierwszą prawdziwą dziewczyną Zane’a była Ashley Kinsdale, blondynka o roześmianych oczach, wzorowa uczennica, gwiazda szkolnej drużyny futbolowej i jego pierwsza prawdziwa partnerka, którą zaprosił na majowe tańce z okazji zakończenia roku szkolnego.

Ponieważ szli razem z Micahem i jego dziewczyną – również fanką gier i maniaczką komputerową, Melissą Riley, zwaną Mel – Dave zaproponował, że ich zawiezie i przywiezie.

Zane potrzebował nowego garnituru i nowych butów, choć próbował udawać, że to niepotrzebne. W rzeczywistości był jednak zadowolony, że może się wyelegantować. W dodatku urósł o kolejne pięć centymetrów, miał też większe stopy.

Nie znosił swoich włosów – ojciec kazał mu je strzyc krótko, po żołniersku, co przypominało mu o możliwości szkoły wojskowej. Ale poza tym wyglądał naprawdę nieźle. Miał nadzieję, że przed zakończeniem szkoły osiągnie metr dziewięćdziesiąt, i miał na to spore szanse. Dzięki temu byłby tego samego wzrostu, co ojciec. Graham nazywał Ashley „irlandzką suką Zane’a”, kiedy nie było jej w pobliżu.

Brzuch nadal go bolał od uderzenia, które otrzymał, gdy dał się sprowokować Grahamowi – wystarczyło, że słysząc to wyzwisko, podniósł wzrok.

Napomniał się, że jeszcze tylko dwa lata i dwa miesiące. Skończy osiemnaście lat i będzie wolny. Rodzice sądzili, że pójdzie na Uniwersytet Karoliny Północnej studiować medycynę, ale nic z tego. Chciał dostać się na Uniwersytet Południowej Kalifornii. Nie tylko znajdował się po drugiej stronie tego cholernego kraju, lecz także miał profesjonalny program baseballowy.

Złoży tam papiery i na uniwersytecie stanowym Kalifornii w Fullerton oraz na stanowym Arizony. No bo jeżeli uniwersytet stanowy Arizony był wystarczająco dobry dla samego Barry’ego Bondsa, to będzie też dobry dla Zane’a Bigelowa.

Poda adres Emily, a kiedy już będzie blisko wyników, opowie jej o tym. Ciotka dochowa tajemnicy, tego był pewien. Nie chciał zostać lekarzem – ona to zrozumie. Gdyby zdobył stypendium, wszystko mogłoby się udać. Zdawał sobie sprawę, że Graham nie zapłaci, jeśli mu się nie podporządkuje, więc stypendium było jedyną możliwością.

Miał na nie spore szanse. Jego średnia ocen wynosiła 4,2. A wiedział, że trener go poprze w kwestii baseballu.

Matematyka i nauki przyrodnicze go wykańczały, jednak zdołał utrzymać dobre oceny.

Do końca życia nie odwdzięczy się za to Micahowi.

Na egzaminie dla uczniów szkół średnich uzyskał sto dziewięćdziesiąt punktów. Wprawdzie z matematyki tylko pięćdziesiąt, i za ten wynik dostał w głowę i cios w brzuch. Będzie musiał podejść do niego ponownie następnej wiosny i poprawić matematykę, ale lepiej się przygotuje.

Nakazał sobie myślenie o przyjemniejszych sprawach. Idzie na randkę!

Pukanie do drzwi sprawiło, że cały stężał, ale potem przypomniał sobie, że żadne z jego rodziców nie puka. Otworzył drzwi Britt.

– No, no, nieźle wyglądasz.

– Elegancko, co nie? Z wyjątkiem tych idiotycznie przystrzyżonych włosów.

– Przynajmniej nie musisz ich każdego dnia nosić spiętych w kucyk ani upinać w kok na zajęcia z tańca. Chloe obcięła swoje na krótko i teraz są lekko postawione. Ślicznie wygląda. Mam trzynaście lat, a fryzurę jak ośmiolatka.

– Micah i Mel zrobili sobie na dziś wieczór niebieskie pasemka.

– Cóż, oni są dziwni. – Klapnęła na jego łóżko. – Słuuuchaj… Znasz Majora Lowery’ego?

– No, tak trochę. Pierwszy rok, gra w kosza. Trafił do szkolnej drużyny. A co?

– Bez powodu, tak tylko pytam. – Zawinęła koniec kucyka na palcu.

– Akurat – prychnął Zane. – Jest w liceum. Ty nie.

– W przyszłym roku będę.

– Aaa, zabujałaś się w nim. – Teraz już otwarcie chichotał. – Ćwicz do lustra całowanie, żebyś…

– Zamknij się.

Jak przystało na starszego brata, zaczął cmokać. A potem nagle przestał i obrócił się na pięcie.

– Jezu, Britt. Daj sobie z nim spokój.

– To nie twoja sprawa.

Kiedy z wysoko uniesioną brodą zaczęła wstawać, machnięciem pokazał, żeby siedziała.

– Maj jest czarny.

– Jeżeli zamierzasz być rasistą, to ja… – Oczy jej zapłonęły.

– Przestań, Britt, dobrze wiesz, o co chodzi.

– Tak sądziłam, ale najwyraźniej się myliłam. – Zadarła brodę jeszcze wyżej.

– Słyszysz, jak on mówi o Ashley, tylko dlatego że jej rodzice przyjechali tu z Irlandii? Pomyśl o tym, pomyśl o tym, co powie, a może nawet zrobi, jeżeli zobaczy cię z czarnym dzieciakiem.

Opadła znowu na łóżko.

– To nie ma znaczenia. On i tak nie wie o moim istnieniu.

Gdyby Graham zaczął się czegoś domyślać…

– Posłuchaj. Musisz być ostrożna. Mądra i ostrożna. Jeszcze tylko pięć lat. Wiem, że to wieczność, ale tak się tylko wydaje.

– Mama mówi, że muszę to wszystko robić, żebym została zaproszona na bal debiutantek, kiedy skończę szesnaście lat. Balet, stopnie, styl ubierania się, sposób wysławiania. Ty przynajmniej możesz grać w baseball. Białe sukienki i perły, chrzanię to, Zane. – Znowu się poderwała, wyrzucając dłonie w powietrze. – To nie ja. Nie chcę taka być.

– Myślisz, że to jestem ja? – Dotknął swoich włosów. – Po prostu bądź sprytna, bądź ostrożna, zwłaszcza kiedy pojadę na studia. – Zerknął na drzwi. – Zastanawiałem się nad powiedzeniem o tym Emily, zanim stąd wyjadę.

– Nie możesz. – Strach sięgnął jej oczu, zakradł się do jej głosu. – On oszaleje.

– No właśnie. On oszaleje, kiedy zorientuje się, że nie pojadę do Chapell Hill, kiedy zda sobie sprawę, że stąd wyjeżdżam. Może odegrać się na tobie. Musisz tu kogoś mieć. Emily mogłaby pomóc.

– Co niby mogłaby zrobić?

– Nie wiem, ale coś. – Stale go to gryzło. – Nie wyjadę stąd, dopóki nie będę wiedział, że ktoś może ci pomóc.

– Nie możesz mnie wiecznie chronić.

– Jasne, że mogę. Porozmawiamy o tym później, gdzie indziej, nie w domu. Obgadamy to. Może rodzice Micaha.

– Zane, po prostu nie możesz tego zrobić. I tak w to nie uwierzą.

– Dave jest ratownikiem medycznym. Zna Grahama i myślę, że go nie lubi. Nic takiego nie powiedział, ale ja to widzę. Później porozmawiamy, na pewno nie pozwolę mu cię skrzywdzić.

Zaczęła coś mówić, ale zaraz pokręciła głową.

– Co?

– Nic. Pogadamy później. Jeżeli nas usłyszą…

Czytał o jeńcach wojennych, o tym, jak współpracowali potajemnie nad ucieczką. Uznał, że on i Britt są jak jeńcy wojenni we własnym domu.

Jednak przez całe cztery godziny miał być wolnym człowiekiem. Od chwili, kiedy wsiądzie do terenówki Carterów do momentu, kiedy z niej wysiądzie, wszystko będzie normalne. I fajne.

Tak, musiał podejść do drzwi domu Ashley i wejść do środka, i jakiś milion razy pozować z nią do zdjęć. Byli tam nawet jej dziadkowie i też robili zdjęcia, i mówili z tym swoim czadowym akcentem.

A Ashley wyglądała naprawdę pięknie z tymi falującymi włosami – mama je jej pokarbowała, cokolwiek to znaczyło. Powiedział dziewczynie, że podoba mu się jej sukienka, i rzeczywiście mu się podobała, ponieważ błękit pasował do jej oczu.

Komitet organizujący zabawę taneczną zamienił salę gimnastyczną w plażę. Surfuj! Fala cię poniesie! Nie kręciło go to, ale didżej i wszystkie te światełka były fajne.

A ponieważ Micah był najgorszym tancerzem w całej historii świata, Zane wiedział, że na jego tle wypadnie całkiem nieźle. Szczególnie lubił wolne tańce, kiedy wystarczyło się tylko kołysać, a Ashley się do niego przytulała.

Już pozwoliła mu dotknąć swoich piersi – przez koszulkę, ale położył na nich dłonie. Miał nadzieję, że niedługo zrobi to naprawdę.

A kiedy zobaczył, jak dziewczyna się do niego uśmiecha, pomyślał: „Może dziś?”.

Objęła go za szyję i lekko przyciągnęła, co oznaczało, że chce się pocałować. Smakowała żelkami, pachniała jak kwiaty.

– To najlepszy wieczór – wymruczała. – Tydzień szkoły, a potem wakacje.

– Trzy i pół dnia – poprawił ją.

– Jeszcze lepiej. Ale… Będę bardzo tęsknić, kiedy pojedziesz na wakacje do Włoch.

– A potem ty pojedziesz do Irlandii. – Znowu przyciągnął ją do siebie. – Szkoda, że nie wyjeżdżamy w tym samym czasie. Bylibyśmy w tej samej części świata.

– Musisz do mnie pisać. Ja będę pisać. Szkoda, że nie masz telefonu. Moglibyśmy sobie wtedy wysyłać wiadomości.

– Postaram się go mieć. Rodzice mi na to nie pozwolą, ale myślę, że może zdołałbym namówić Emily, żeby kupiła mi telefon na swoje nazwisko, a ja jej potem za to zapłacę.

I bardzo dobrze go schowa, jak te zeszyty.

– To byłoby super! Nie wiem, jak można nie mieć telefonu. Musisz się czuć odcięty od, no, wszystkiego. Każdy ma telefon. Twoi rodzice są przerażająco surowi.

Nawet nie masz pojęcia jak, pomyślał.

– To prawda.

– Cóż. – Kiedy piosenka się skończyła, jeszcze przez chwilę stała, przywierając do niego. – Będziemy w przedostatniej klasie. Może poluzują.

– Może. Chcesz wyjść na chwilę i…

Znowu się uśmiechnęła. Wiedziała, co oznacza to „i…”. „Zróbmy to”. Wiosenna noc była chłodna, więc Zane dał Ashley swoją marynarkę. Inne dzieciaki wyszły pogadać albo wykraść się na papierosa czy na skręta. Albo na „i…”.

Trzymał się z daleka od tych, którzy sięgali po nikotynę i trawkę. Nie było warto ryzykować szkoły wojskowej. Poprowadził Ashley wystarczająco daleko, żeby znaleźli się w zacienionym miejscu i mogli na tyle poważnie zająć się całowaniem, żeby mógł dotknąć jej piersi.

I akurat wtedy, kiedy myślał, że może mu się to uda, ona się odsunęła.

– Musimy zwolnić.

Czuł, że jej serce wali jak młotem, i słyszał jej urywany oddech. Pomyślał, że brakowało mu ledwie minuty, może nawet mniej.

– Nie chcę. – Wzięła go za rękę. – Ale musimy.

– Naprawdę cię lubię, Ashley.

– Ja ciebie też. Ale powinniśmy wrócić do środka. Nie bądź na mnie zły.

– Nie jestem. – Sfrustrowany, owszem, i z erekcją tak wielką, że nie był pewien, czy zdoła chodzić. – Rozumiem. Tylko… Myślę o tobie dużo. I myślę o byciu z tobą.

Pomyślał, że jej oczy, wpatrzone w niego, przypominają jezioro. Takie spokojne, takie niebieskie, nieomal płynne.

– Ja też, no wiesz, o tobie. Dlatego musimy wejść do środka. Moja babcia była w moim wieku, kiedy zaszła w ciążę i urodziła mojego tatę.

– Jezu!

– Wiem. Więc wracajmy na tańce.

Nie myślał o tym, a raczej nie myślał o tym w kategoriach możliwości. Nie był pewien, co sądzić o tym, że ona owszem.

I świadomość tego, że ona o tym myślała, nie pomagała na erekcję.

– Muszę tylko, no…

Zerknęła w dół i uśmiechnęła się szeroko. W płynny błękit jej oczu zakradł się śmiech.

– Ach. No dobrze. Porozmawiajmy o matematyce.

– To załatwi sprawę.

Świetnie się bawił. Kiedy odprowadził Ashley do drzwi, dostał prawdziwy pocałunek. I musiał znowu pomyśleć o matematyce, żeby wrócić do samochodu bez zakłopotania.

Uznał, że opisanie tego wieczoru w notatniku będzie sposobem na przeżycie go ponownie. No i będzie miał cały wpis, w którym nie wydarzy się nic gównianego, w którym nie napisze nic o klasówkach, pracy domowej ani upokorzeniach ze strony Grahama.

– Dzięki za podwiezienie – powiedział do Dave’a i przybił piątkę z Micahem.

Ruszył ku drzwiom, trochę żałując, że nie może się po prostu przespacerować po osiedlu, pomyśleć o Ashley, o tym ostatnim pocałunku. Ale wtedy wróciłby po nakazanej przez Grahama jedenastej trzydzieści.

Może zaryzykuje i weźmie sobie coś do jedzenia – co było stanowczo zabronione po kolacji – ponieważ po tych wszystkich tańcach umierał z głodu. Zastanowił się nad kanapką, ale nie był do końca przekonany, czy Graham nie liczy przypadkiem plasterków szynki.

Lepiej nie – zdecydował się nie ryzykować. Graham przez kilka ostatnich dni był szczególnie niemiły. Nie policzkował ani nie popychał, ale warczał. Przypominało to czekanie, aż szczekający pies zacznie gryźć.

Kiedy Zane otworzył drzwi i wszedł do środka, błysnęły zęby.

– Spóźniłeś się. – Graham stał w korytarzu ze szklanką szkockiej. Jego oczy były zimne jak lód w drinku.

– Ojcze, jest jedenasta trzydzieści.

– Jedenasta trzydzieści cztery. Zapomniałeś, jak czytać wskazówki na zegarku?

– Nie, ojcze.

– Czas jest ważny. Przestrzeganie zasad jest ważne. Wyjście z domu w celach rozrywkowych to przywilej, nie prawo.

– Tak, ojcze. – Dwa lata, dwa miesiące, pomyślał, powtarzając to w myślach niczym mantrę.

– Mój czas jest ważny. Uważasz, że nie mam nic lepszego do roboty, tylko czekać na syna, ponieważ nie mam pewności, czy przestrzega zasad?

Zane nie podnosił oczu znad podłogi, ponieważ instynkt ostrzegł go, że coś tu się kryje. Może ta szkocka, może to coś, co przez kilka ostatnich dni kłębiło się pod powierzchnią.

– Przepraszam. Chyba odwiezienie dziewczyn zajęło więcej czasu niż…

Spodziewał się tego pchnięcia, a nawet czegoś gorszego, więc od jego siły uderzenia postąpił kilka kroków do tyłu.

– Uważasz, że chcę słuchać usprawiedliwień? Powinieneś być na tyle odpowiedzialny, żeby wziąć to pod uwagę i dopilnować przestrzegania zasad. Ale ponieważ jesteś, jak zwykle, nieodpowiedzialny i nie okazujesz szacunku, przez dwa tygodnie będziesz miał karę. Żadnych przywilejów telefonicznych, żadnych przywilejów związanych z grami, żadnych aktywności na zewnątrz, w tym baseballu.

Teraz Zane poderwał głowę.

– Ojcze, jedziemy na stanowe. Drugi raz z rzędu będziemy walczyli o mistrzostwa. Będziemy…

Na wykrzywionej w grymasie twarzy pojawiło się zadowolenie.

– Więc przez brak odpowiedzialności zawiodłeś szkołę i kolegów z drużyny. Nie dla ciebie dni chwały. Jesteś nieudacznikiem, Zane, zawsze nim byłeś.

Zane nagle dostrzegł, w czym rzecz. Jakby nad jego głową rozbłysnął neon.

– Więc o to chodzi? Nie chcesz, żebym grał, żebym należał do zwycięskiej drużyny, a może nawet się wyróżnił? Wykorzystasz dowolną wymówkę, żeby mi to odebrać?

Nie spodziewał się zamaszystego ciosu tylko dlatego, że był tak bardzo wściekły.

– Masz dodatkowe dwa tygodnie. – Odrzucając szklankę z alkoholem na bok, Graham chwycił Zane’a za koszulę i cisnął na drzwi.

I w tym momencie Zane wiedział, że ma rację. Te cztery minuty były tylko wymówką do odebrania mu czegoś, co kocha. Dłonie same zwinęły mu się w pięści.

– Piłeś?

– Nie.

Graham znowu walnął nim o drzwi.

– Nie próbuj mnie okłamywać! Narkotyki?

– Nie.

– Wymknąłeś się w krzaki i obmacywałeś tę małą dziwkę, co?

– Nie! Ashley nie jest dziwką.

– Kolejną dziwką, a ty jesteś za głupi, żeby się zorientować, że próbuje cię złapać w swoje szpony, żeby dopchać się do moich pieniędzy. Nie przychodź mi tu spóźniony, rozchełstany i nie mów mi, że jej nie zerżnąłeś.

Zane zdjął wcześniej krawat i marynarkę, jak wszyscy chłopcy na tańcach.

– Nie piłem alkoholu, nie brałem narkotyków ani nie uprawiałem seksu. Byłem na szkolnych tańcach. – Cios w brzuch zabolał i pozbawił go tchu, ale był na niego gotowy.

– Kiepski z ciebie mężczyzna, jeśli nie dobrałeś się do majtek tej małej irlandzkiej dziwki.

– Graham!

Nawet się nie obejrzał, słysząc rozpaczliwe wołanie żony.

– Zamknij się, do cholery. Jestem zajęty.

– Britt się rozchorowała. Zwymiotowała na całą podłogę.

– Zajmij się tym!

– Graham, ona wymiotuje, histeryzuje. Zrób coś!

– Zrobię coś, jasne. – Odepchnął Zane’a na bok i wbiegł na górę.

Chłopak patrzył beznamiętnie, jak Graham zwinął dłonie w pięści, jak Eliza krzyknęła i próbowała go spoliczkować. Pomyślał, że niech się tłuką, niczym para cholernych zwierząt. On musi się tylko przedostać do Britt.

Ruszył po schodach do siostry, ale krzyki, ciosy i przekleństwa sprawiły, że Britt wybiegła. Biała jak duch zakrywała uszy.

– Przestańcie, przestańcie. Proszę. Nie wytrzymam. Po prostu dłużej nie wytrzymam.

Tym razem to Britt otrzymała silny cios wierzchem dłoni z półobrotu. Kiedy Zane usłyszał płacz siostry i zobaczył, jak upada, coś w nim pękło. Wbiegł z furią po schodach. Graham ledwo zdążył się obrócić, żeby przygotować na atak, a pięści Zane’a już popędziły ku niemu.

– Może też chcesz trochę?

Mięśnie, które trenował od ponad roku, poprowadziły jego zaciśnięte dłonie. Napędzała go mroczna przyjemność, jaką sprawiły szok i krew na twarzy Grahama.

Krzyczeli, wszyscy krzyczeli. Nie przestanie, nie może przestać, dopóki człowiek, który zamienił jego życie w piekło, nie zostanie powalony.

Gdzieś bardzo daleko słyszał, jak Britt woła o pomoc, jak podaje adres. Poczuł, że paznokcie Elizy rozorały mu twarz, ale nie przestawał.

A potem spadał, leciał, koziołkował. Jego łokieć uderzył o podnóżek stopnia schodów niczym młotek o gwóźdź. Poczuł, jak coś pękło, złamało się, strzaskało, a potem z bólu widział wszystko na czerwono, kiedy jego głowa uderzyła o kolejny stopień.

Oszołomiony usiłował wstać. Zdołał się podźwignąć na kolana, podniósł drżące pięści, żeby się bronić.

Ale Graham nie rzucił się do ataku. Na schodach nikogo nie było. A Britt przestała krzyczeć.

Rozumiejąc, że to może być gorsze, dźwignął się i znowu upadł. Zdał sobie sprawę, że coś dziwnego stało się z jego kostką i zaczął się czołgać.