W połowie życia - Care Santos - ebook
Opis

Hiszpania, 1950. Nastoletnie Nina, Julia, Lola oraz bliźniaczki Marta i Olga spędzają lato w surowej szkole z internatem prowadzonej przez zakonnice. Pewnej upalnej nocy niewinna zabawa wymyka im się spod kontroli. Jedna z dziewczynek zostaje wyrzucona z klasztoru bez słowa wyjaśnienia. Trzydzieści lat później Olga, znudzona żona bogatego lekarza, postanawia zaprosić dawne koleżanki na kolację do restauracji, którą właśnie otwiera jej siostra, wzięta autorka książek kucharskich. Podczas wspólnie spędzonego wieczoru kobiety zdają sobie sprawę, jak różnymi drogami plotło się ich życie. Przy jednym stole zasiadają świeżo upieczone babcie i przyszłe matki; kobiety, które wróżyły z dłoni Beatlesom i które pracowały nad uchwaloną właśnie ustawą rozwodową, pierwszy raz dającą Hiszpanom możliwość ucieczki od błędów przeszłości. W połowie życia to powieść o dojrzałości i sile wybaczenia, o wolności, miłości i przyjaźni w zmieniającym się społeczeństwie. To portret pokolenia, które dorastało w epoce frankistowskiego reżimu i wkroczyło w kiełkującą demokrację Hiszpanii lat 80.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginalny:Media Vida

© Care Santos, 2017

Translation rights arranged by Sandra Bruna Agencia Literaria, SL

All rights reserved

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Izabela Sieranc, Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-833-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład i łamanie: Wydawnictwo Sonia Draga

konwersja.virtualo.pl

Dla Deniego Olmeda,

for every single day of my life1

Wybaczyć można tylko niewybaczalne.

JOAN-CARLES MÈLICH

1950 rok

Gra w fanty

– Właź wreszcie albo zaczniemy bez ciebie!

Julia niemal wczołgała się do namiotu z prześcieradeł, które jej cztery koleżanki rozwiesiły między łóżkami we wspólnej sypialni. Płomień świecy zadrżał jakby na powitanie. Dziewczynka rozejrzała się, żeby usiąść, i Lolita – zawsze tak bardzo spostrzegawcza – zrobiła jej miejsce obok siebie. Julia obciągnęła dół nocnej koszuli, która w rzeczywistości była starą, znoszoną perkalową halką w cielistym kolorze. Dyskretnie zasłoniła dłonią dziurkę, którą dostrzegła trochę powyżej obrębionego brzegu. Czuła wstyd, ale tylko tę jedyną rzecz miała do spania. W odróżnieniu od jej koleżanek, które były ubrane w piękne koszule nocne z delikatnych, wzorzystych lub jednobarwnych tkanin, ozdobione koronkowymi wszywkami i tasiemkami. Bielizna dziewczynek z bogatych domów. Nie należała do nich. Patrzyły na nią wyczekująco, kiedy starała się uspokoić oddech.

– Zawsze się spóźniasz! – wyszeptała Olga rozgniewanym głosem. – Następnym razem zaczniemy bez ciebie!

Za każdym razem, kiedy Olga kogoś karciła – nawet szeptem – jej podwójny podbródek trząsł się jak galaretka. Chociaż to wyglądało komicznie, żadna z dziewczynek się nie roześmiała. Julia obserwowała je kątem oka, udając teatralną powagę, która była częścią gry, chociaż najchętniej wybuchłaby śmiechem.

Podwójny podbródek Olgi znów zadrżał.

– Masz zamiar się przywitać, Julio? A może zmieniłaś się w psa?

Olga nauczyła się tego zwrotu od zakonnic, które pod pewnymi względami stanowiły dla niej źródło inspiracji.

– Dobry wieczór – powiedziała Julia.

– Jesteś gotowa czy będziemy czekać do pełni księżyca? – zapytała Olga jeszcze bardziej szorstkim tonem.

– Nie, nie! Jestem gotowa.

– Później zdecyduję, czy twoje spóźnienie zasługuje na karę – warknęła Olga.

Jak zwykle w obronie Julii stanęła Lolita. W ich grupie grała rolę pocieszycielki, powierniczki, dodawała koleżankom otuchy w chwilach smutku i wspierała je, kiedy miały kłopoty. Chociaż mówiła szeptem, jej głos zabrzmiał stanowczo:

– To nie jej wina, Grubi. Na pewno siostra Antonina późno ją wypuściła.

– Nie nazywaj mnie Grubi! – zaprotestowała Olga, a na jej czole pojawiła się głęboka zmarszczka.

– Przepraszam – wyjąkała Lolita.

– Ona ma rację, to wina siostry Antoniny – potwierdziła Julia nieśmiało, bo nie miała odwagi ani ochoty opowiadać, co robiła od chwili, gdy one, uczennice, których rodzice płacili za szkołę, opuściły jadalnię po zjedzonej kolacji.

Była sobota, więc musiała dokładnie wyczyścić stoły i krzesła. Najpierw zebrała brudne naczynia, umyła je i wytarła. Następnie wymyła wodą z mydłem siedzenia i oparcia wszystkich krzeseł używanych codziennie przez pozostałe dziewczęta, a potem suchą szmatką wypolerowała je na błysk. Na koniec, na kolanach, ściągnęła szmatą wodę z podłogi, przy czym starała się nie patrzeć na obrzydliwe paznokcie wystające z sandałów siostry Antoniny. I czekała, aż zakonnica powie w końcu, że dobrze wykonała swoje zadanie i może odejść. Tak właśnie wyglądało jej życie: zimą była służącą uczennic z bogatych domów, latem usługiwała zakonnicom. Sprzątała jak automat, wykonywała polecenia, nie zadawała pytań. Wiedziała, że taki jest jej los, i odczuwała wdzięczność, że dano jej możliwość spełnienia marzenia, którym była nauka.

– Nieładnie jest zrzucać winę na zakonnice – powiedziała Olga. – Tym bardziej w twoim przypadku.

Julia opuściła głowę, udając zawstydzenie.

– Daj jej już spokój, Gru… chciałam powiedzieć, Olgo – znowu wtrąciła się Lolita. – Zaczynajmy.

Marta i Nina zaczynały się niecierpliwić. Nina Borrás, Lolita Puncel i Julia Salas siedziały naprzeciw bliźniaczek Viñó – Olgi i Marty. Siostry były podobne do siebie niemal pod każdym względem: obie miały piwne oczy, kręcone włosy, ten sam średni wzrost, tylko że Olga była większa o trzy rozmiary od Marty.

Od końca lipca na wybrzeżu Morza Śródziemnego panowały okropne upały. Wszystkie dziewczynki zdjęły buty, żeby poczuć pod stopami przyjemny chłód posadzki. Lolita rozpuściła długie, proste ciemnoblond włosy, a one rozsypały się na jej nocną koszulę w małe żółte kwiatki, sięgając aż do talii. Nina nosiła dwa warkocze. Jej koleżanki uważały, że to zbyt dziecinna fryzura dla prawie czternastoletniej dziewczyny, ale ona nie starała się wyglądać na starszą, pogodziwszy się pewnie z faktem, że była najmłodsza w grupie. Urodziła się w grudniu i jako jedyna nie ukończyła jeszcze czternastu lat i nie miesiączkowała. Chociaż Lolita, która urodziła się w lutym, dostała pierwszą miesiączkę w wieku jedenastu lat. Była dużo bardziej rozwinięta fizycznie od koleżanek, które oczywiście jej tego zazdrościły. Miesiączkowanie było swego rodzaju wyznacznikiem pozycji, rosnącej wraz ze stażem. Oczywiście koleżanki informowały się o tych sprawach na bieżąco.

Siostra Presentación, młoda i temperamentna zakonnica, która od niedawna pracowała w szkole, zmuszała Lolitę do owijania ciasno piersi bandażem i brania prysznica w koszuli nocnej. Miała też oko na Martę, której ciało również zaczęło bardzo szybko nabierać kobiecych kształtów. Płaska jak deska i zgorzkniała siostra Presentación była siostrzenicą księdza. Wuj wychowywał ją do czasu, kiedy jej obecność stała się dla niego niewygodna – wtedy wysłał ją do klasztoru. Jej los był już przesądzony i raczej nie po jej myśli, sądząc po tym, jak wyładowywała na uczennicach swoją złość i frustrację. Byłoby im jej nawet żal, gdyby jej tak bardzo nie nienawidziły. Oczywiście gdy tylko siostra Presentación znikała z ich pola widzenia, kąpały się nago. Wszystkie oprócz Olgi, która skrzętnie ukrywała swoje pulchne ciało przed wzrokiem obcych. Na pytanie koleżanek, dlaczego się nie rozbiera, odpowiadała: „W odróżnieniu od was ja przestrzegam zasad”. Pozostałe dziewczęta puszczały tę uwagę mimo uszu, byleby tylko Olga ich nie wydała (chociaż nie zawsze były pewne, czy tego nie zrobi).

Podczas najcieplejszych letnich miesięcy tylko one zostawały w szkole. Reszta uczennic po zakończeniu roku szkolnego wracała do swoich rodzin i domów. One nie. Oprócz Julii, która na stałe mieszkała z zakonnicami, pozostałe dziewczynki albo nie miały najbliższych krewnych, albo ich rodzice byli tak bardzo zajęci swoimi sprawami, że woleli trzymać córki z dala od siebie, nawet jeśli płacili za to małą fortunę.

Wieczór 29 lipca był wyjątkowy dla bliźniaczek Viñó. Nie tylko dlatego, że tego dnia obchodziły urodziny, ale ze względu na to, że to była ostatnia noc, jaką miały spędzić w szkolnym internacie. Rankiem zadzwoniła ich matka z wiadomością, że następnego dnia przyjedzie po nie z ich nowym ojczymem, żeby zabrać je „do domu”. Dziewczynkom wystarczyła do szczęścia świadomość, że czeka je przyszłość pełna tajemnic i nowości w jakimś odległym miejscu. Co prawda ich ojczym był brzydkim, łysym mężczyzną, którego widziały tylko na zdjęciu, ale „ich domem” nie miało być już ciemne mieszkanie na trzecim piętrze przy calle Pérez Galdós, w którym się wychowały, tylko apartament w budynku mieszczącym się przy calle Laforja, niemal u zbiegu z elegancką vía Augusta, który trudno im było sobie nawet wyobrazić. Olga promieniała radością, lubiła zmiany, pokładając w nich różnego rodzaju nadzieje. Marta milczała, zapisując w swoim dzienniku kolejne strony, których nie dawała nikomu przeczytać.

– Zacznijmy od przysięgi – powiedziała uroczyście Olga.

Julia spojrzała na nią z rezygnacją. Znów to samo: Olga była mistrzynią ceremonii. Teoretycznie każda z nich po kolei miała pełnić tę funkcję, ale dziewczęta ostatecznie wybierały Olgę ze względu na jej wybujałą wyobraźnię i przewrotność. Żadna z nich nie potrafiła wymyślić bardziej zagmatwanych wyzwań i przerażających kar. Kiedy Olga kierowała grą, silne emocje miały zagwarantowane. Poza tym ze swoją tuszą obleczoną w koszulę nocną przypominała wróżbitkę. Dla wzmocnienia efektu zakładała na głowę czarny aksamitny turban w złote gwiazdki, który znalazła kiedyś w komodzie z ubraniami matki.

Koleżanki przezywały ją Grubą Olgą. Oczywiście robiły to za jej plecami i szeptem. Kiedy była naprawdę w wyśmienitym humorze, pozwalała im mówić na siebie „Grubi”, chociaż dziewczęta nie zawsze używały tego przezwiska bez złośliwości. W zasadzie Olga nie tolerowała żadnych nawiązań do swojej otyłości, zachowując się tak, jakby zupełnie jej nie obchodziła albo nie była jej świadoma. Pozostałe koleżanki wiedziały tylko dzięki Marcie, że w rzeczywistości jej siostra ma ogromne kompleksy, które wciąż rosną, a nocą płacze nad swoim nieszczęściem i przeklina wszystkie szczupłe dziewczęta.

– Nie dziwi mnie, że płacze – stwierdziła pewnego razu Julia. – Wygląda jak pulpet.

– Och, tylko jej tego nie mów!

Powiedziała. W odpowiedzi na jakiś okrutny komentarz Olgi, wypaliła jej to prosto w twarz. Niektóre koleżanki ucieszyły się, że w końcu ktoś się tej despotce postawił, inne uśmiechnęły się dyskretnie na widok twarzy Olgi poczerwieniałej ze zdenerwowania i wstydu. Wcześniej całkiem dobrze się dogadywały. Julia wykradała dla koleżanki ciasteczka i ser ze spiżarni. A Olga podarowała jej kiedyś satynową wstążkę do włosów. Jednak odkąd Julia nazwała Olgę pulpetem, ich relacje nigdy nie były już takie jak dawniej. Coraz widoczniej rosła między nimi wzajemna niechęć, która – chociaż jeszcze nieco dziecinna – powodowała dorosłe komplikacje. Oldze zbierało się na płacz już na sam widok drobnej i szczupłej Julii. Ta natomiast w obecności koleżanki stawała się spięta, gotowa do obrony przed jej słownym atakiem. Niestety, grubaska zawsze stawała na wysokości zadania.

– Zagramy w „Prawdę czy wyzwanie”? – zapytała niecierpliwie Nina.

– Wszystko w swoim czasie – powiedziała Olga. – Najpierw przysięga. Chwyćmy się za ręce.

Dziewczęta spełniły polecenie, tworząc zamknięty owal. Tak samo jak Olga przybrały poważne miny.

– Przysięgamy posłuszeństwo we wszystkim mistrzyni ceremonii – wyszeptała Olga wzniośle niczym kapłanka.

– Przysięgamy posłuszeństwo we wszystkim mistrzyni ceremonii – powtórzyły cichym chórem.

– Przysięgamy mówić tylko prawdę.

– Przysięgamy mówić tylko prawdę.

Wypowiadając przysięgę, Julia doszła do wniosku, że boi się Olgi ze względu na jej podłość.

– Jeśli złamiemy którąś z zasad gry, poddamy się każdej, nawet najsurowszej karze.

– Jeśli złamiemy którąś z zasad…

– Jeśli ktoś nas nakryje, przysięgamy na Boga dochować tajemnicy, aby chronić pozostałe koleżanki.

– Jeśli ktoś nas nakryje, przysięgamy na Boga…

Ostatnie zdanie wypowiedziały ze strachem, bo przysięganie na Boga było grzechem, i na samą myśl o heroizmie tej, która miałaby zostać poddana przesłuchaniu przez zakonnice, poczuły ciarki.

– Dobrze – powiedziała Olga i puściły swoje ręce. – Przejdźmy do fantów. Zacznijmy od ciebie, Marto. Co przyniosłaś?

Marta położyła pośrodku kręgu obok świecy wieczne pióro – niebieskiego parkera z jej imieniem wygrawerowanym na stalówce. Traktowała je jak największy skarb – dostała je na swoje dwunaste urodziny i był to ostatni prezent, który ojciec dał jej przed śmiercią. Marta chciała zostać pisarką i pióro było dowodem na to, że ktoś wierzył w jej talent.

– Twoja kolej, Nino – rzuciła Olga.

Nina wyciągnęła przed siebie pomiętą od używania książkę o chiromancji. To był jej skarb. Na żółtej okładce widniała zielona ręka i tytuł: Mapa przeznaczenia jak na dłoni. Książka została wydana na początku wojny domowej, więc była już białym krukiem, do tego zakonnice uważały jej treść za herezję. Z tego powodu Nina strzegła jej pilnie, chowając pod materac przy wezgłowiu swojego łóżka. Dzięki niej nauczyła się przewidywać przyszłość, przez co stała się jedną z najpopularniejszych uczennic w szkole. Wysoko wyceniała swoją wiedzę: od najbliższych koleżanek brała trzy reale, od pozostałych – dwie pesety.

– Teraz ty, Lolito – rozkazała mistrzyni ceremonii.

Obok wcześniejszych fantów wylądowała mocno podniszczona fotografia przedstawiająca młodego chłopaka, na oko dwudziestolatka. Siedział przed fortepianem, trzymając w ręku partyturę zatytułowaną: Fantazja-Impromptu. Chopin. Młodzieniec miał na sobie jasną marynarkę i kamizelkę. Biel nakrochmalonego kołnierzyka koszuli współgrała z kolorem poszetki wystającej z górnej kieszonki marynarki. Krawat był równie czarny jak zaczesane do tyłu na brylantynie włosy chłopaka. Na zdjęciu widniał podpis: Gaspar Puncel.

Dziewczęta wiedziały doskonale, kim był ten wytworny pianista. Lolita opowiadała im tysiące razy o swoim ojcu, który zginął z rąk „czerwonych” na początku wojny. Jechał właśnie na wesele dziedzica jednej z najzamożniejszych barcelońskich rodzin, która zaangażowała go wraz z żoną, śpiewaczką liryczną. W ten sposób zaledwie kilkumiesięczna Lolita została sierotą bez rodzeństwa. Wychowała się u wujostwa w San Sebastián, którzy – jak twierdziła – wkrótce po nią przyjadą. Trudno więc było jej się dziwić, że podobnie jak wiele innych osób, uważała republikanów za winnych wszelkiego zła dziejącego się na świecie.

– Brakuje jeszcze tylko twojego fantu, Julio – stwierdziła Olga.

Julia się zawahała.

– Nic nie przyniosłam. Pójdę po moją szmacianą lalkę.

– Wiesz dobrze, że nie wolno opuszczać sypialni – warknęła Olga.

– Nie zdążyłam niczego zabrać. Pozwól mi wyjść, za chwilę wrócę.

– Nie. – Olga z poważną miną sędziego pokręciła głową, a jej podwójny podbródek zafalował. – Nie można łamać ustalonych zasad.

Julia zastanowiła się nad inną opcją. Gdyby miała koszulę nocną z prawdziwego zdarzenia, jak jej koleżanki, mogłaby oderwać od niej wstążkę albo guzik, tymczasem jej koszulina pełna była dziur i przetarć.

– Już wiem! – zawołała nagle. – Czy może być włos? Mogę sobie wyrwać jeden i…

Uniosła ręce do swojej czarnej czupryny, ale Olga powstrzymała ją stanowczym gestem.

– Włos nie może być fantem – oświadczyła. – Nie rozumiesz? Spójrz, inne dziewczęta dały przedmioty bardzo dla nich cenne, które zasługują na ryzyko, jakie trzeba będzie ponieść, aby je odzyskać. Kto by chciał odzyskać włos?

Julia poczuła, że znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

– Mogę ci coś pożyczyć – zaproponowała Lolita.

Olga pokręciła głową.

– To musi być przedmiot należący do niej.

– W takim razie muszę zrezygnować z gry – powiedziała Julia ze smutkiem w głosie.

– Niestety – zawyrokowała mistrzyni ceremonii. Poparły ją Nina i Marta. Tylko Lolita zdawała się nie zgadzać z upokorzeniem koleżanki.

– Chyba że… – W oczach Olgi pojawił się złośliwy błysk. – Chyba że dasz coś bardzo osobistego.

Julia oblała się rumieńcem, a pozostałe dziewczęta zamarły w bezruchu. Olga rozkoszowała się wrażeniem, jakie wywarły jej słowa. Była mistrzynią w budowaniu napięcia.

– Bardzo osobistego? – powtórzyła Julia.

– Majtki – wyjaśniła Olga. – Masz na sobie majtki czy też zabrakło ci czasu, żeby je założyć?

Koleżanki zachichotały i spojrzały na nią ze zgorszeniem. Jak śmiała proponować coś takiego? Gdyby zakonnice dowiedziały się o tym, wysłałyby ją prosto do kaplicy i napisały do arcybiskupa (który był kuzynem siostry Rufiny) prośbę o ekskomunikę uczennicy. Tylko Lolita sprzeciwiła się temu szalonemu pomysłowi.

– Nie wstyd ci prosić o coś takiego, Olgo? Nie wygłupiaj się i pozwól jej pójść po normalną rzecz.

– Jak to? Twoim zdaniem majtki nie są normalne? A co ty nosisz? Halki?

Tym razem rozległy się głośniejsze chichoty.

– Zagłosujmy – zaproponowała Olga tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Ręka do góry, kto jest za tym, żeby Julia zdjęła majtki i oddała je jako fant.

Próbując opanować śmiech – trudno przecież śmiać się po cichu – Marta i Nina podniosły ręce. Olga poszła w ich ślady i oświadczyła:

– Mamy większość. Albo majtki, albo odpadasz z gry.

– Nie słuchaj jej, Julio. To tylko żarty – powiedziała błagalnym głosem Lolita.

Julia jednak była zbyt dumna, żeby nie przyjąć wyzwania.

– Nie przejmuj się. Mogę to zrobić bez problemu – odpowiedziała, starając się jednocześnie niezgrabnymi ruchami wymacać pod koszulą nocną bawełniane majtki, równie skromne jak całe jej ubranie, przewiązane w pasie sznurkiem, bo miała tylko jedne, a gumka pękła już jakiś czas temu.

Kilka szybkich ruchów i majtki opadły na wysokość jej kostek. Julia zdjęła je i rzuciła na gołe stopy Olgi. Ta ujęła je między palec wskazujący i kciuk, zaciskając usta w grymasie obrzydzenia.

– Obrzydlistwo! – wymsknęło się jednej z dziewcząt.

Olga położyła majtki obok zdjęcia ojca Lolity, uważając, żeby go nie dotykały, po czym oświadczyła:

– Teraz możemy zaczynać. Oczywiście ja nie daję fantu – dodała. – Mistrzyni ceremonii nie bierze udziału w grze. Jesteście gotowe?

Napięcie sięgnęło zenitu, jak zwykle, kiedy Olga miała ogłosić, jakie zadanie do wykonania przypadnie im tym razem.

Grały w „Prawdę lub wyzwanie”. Jeśli prowadząca wybierała „Prawdę”, zadawała koleżankom pytania dotyczące bardzo delikatnych lub nieprzyjemnych kwestii. Na przykład: „Kogo najbardziej nienawidzisz na świecie?” albo: „Który z siedmiu grzechów głównych miałabyś ochotę popełnić?”. W zasadzie trzeba było odpowiedzieć zgodnie z prawdą, chociaż nic się nie działo, jeśli pomijało się jakieś informacje. Werdykt i tak zależał od mistrzyni ceremonii, która zazwyczaj uznawała, że uczestniczka gry nie była szczera, jeśli jej odpowiedź okazała się niewystarczająco przerażająca. Stąd gra polegała głównie na wyjawianiu rzeczy, o jakich trudno się mówiło, przyprawiały o rumieniec wstydu lub były grzechem, za który szło się do piekła. Prowadziło to do zabawnych i ekscytujących sytuacji.

W wariancie „Wyzwanie” gra stawała się natomiast dużo bardziej ryzykowna. Olga wpadała na podstępne pomysły: przekraść się do pomieszczeń, w których mieszkały zakonnice, i zabrać jednej but, zejść do studni i zmoczyć w wodzie koszulę nocną, przechadzać się ze spódnicą podwiniętą nad udami przed drzwiami magazynku, w którym mieszka głupi Vicente… Dziewczęta traktowały tę zabawę jako osiąganie kolejnych stopni wtajemniczenia i jedyną przygodę, na jaką mogły sobie pozwolić w tym nudnym i ponurym miejscu, czyli szkole z internatem, w której żadna z nich nie miała ochoty przebywać.

– Dzisiaj będziecie musiały wykonać zadanie – oświadczyła Olga, dodając po chwili: – Ostrzegam, że wyzwanie jest bardzo niebezpieczne! I jest już za późno, żeby się wycofać. Jeśli mu nie podołacie albo źle je wykonacie, stracicie swój fant. Moja siostra i ja uznamy go wtedy za nasz prezent urodzinowy. A raczej prezent na pożegnanie. Wiecie przecież, że jutro wyjedziemy stąd na zawsze – powiedziała radośnie, wzbudzając zazdrość koleżanek.

Po czym wyciągnęła jakiś przedmiot spod swoich obfitych pośladków: małe pozłacane nożyczki hafciarskie z uchwytami zdobionymi w piękne motywy roślinne.

– To będzie narzędzie zbrodni – powiedziała, uśmiechając się perfidnie i ściszając głos. – To moje nożyczki do robótek ręcznych, obchodźcie się z nimi bardzo ostrożne i ich nie zgubcie. Użyjecie ich po kolei. Zadanie jest takie samo dla wszystkich. Słuchajcie uważnie, bo podam wam wskazówki tylko raz. Rozumiecie?

– Tak – wyszeptały chórem i przysunęły się do niej, żeby nie umknął im żaden szczegół.

Olga mówiła wzniosłym tonem:

– Musicie wejść do pewnego pomieszczenia, odciąć komuś kosmyk włosów i go tutaj przynieść. Macie na to maksymalnie sześć minut.

Lolita zasłoniła sobie dłonią usta, żeby zdusić krzyk. Nie pierwszy raz Olga nakazywała im wkraść się do klauzury, ale jeszcze nigdy nie wymyśliła czegoś tak niebezpiecznego. Sprostanie temu wyzwaniu było niemożliwe.

– Jak mamy obciąć kosmyk zakonnicom, skoro śpią w czepkach? – zapytała, wyrażając na głos wątpliwość pozostałych koleżanek.

– Wcale nie powiedziałam, że macie wejść do cel zakonnic – odparła Olga z uśmiechem i napinając podbródek. – Robiłyśmy to już wiele razy i przestało być zabawne. – Pokręciła głową.

Dziewczęta wyglądały na zmieszane.

– W takim razie gdzie musimy wejść?

– Do składziku głupiego Vicentego.

Jej triumfalny uśmiech kontrastował z konsternacją i strachem w spojrzeniu jej koleżanek. To dopiero było wyzwanie! Niemal niemożliwe do wykonania.

– Chcesz, żebyśmy weszły do magazynku głupiego Vicentego? Przecież to grzech! – zaprotestowała Marta.

– O ile mi wiadomo, obcięcie komuś kosmyka włosów nie jest grzechem – odpowiedziała jej siostra.

– Ale przebywanie sam na sam z mężczyzną w jego sypialni jest grzechem.

– Bzdury – żachnęła się mistrzyni ceremonii. – Głupi Vicente nie jest prawdziwym mężczyzną.

Zakonnice pozwoliły głupiemu Vicentemu spać w magazynku przy drewutni. W pomieszczeniu, do którego dziewczynki miały zakaz wstępu, więc tym bardziej wzbudzało w nich ciekawość. Jedyne umeblowanie stanowił rzucony w kąt barłóg, stara drewniana skrzynka po pomarańczach służąca za stolik i półka uginająca się od najdziwniejszych przedmiotów, które chłopak znajdował na dworze i lubił kolekcjonować: szyszek, kamieni, odłamków szkła, orzechów, guzików, martwych robaków, a nawet spreparowanej myszy, a może tylko zdechłej.

Zakonnice przygarnęły głupiego Vicentego z miłosierdzia. Był jedyną osobą cywilną, którą oprócz rodziny uczennice widywały w internacie. Był wysokim chłopakiem o ciemnych włosach i oczach oraz nieprzewidywalnym zachowaniu. Chociaż właśnie skończył dziewiętnaście lat, ze względu na swoją posturę osiłka wyglądał na starszego. Dziewczęta podglądały go w tajemnicy, kiedy w pocie czoła znosił drewno do drewutni albo zdejmował koszulę, żeby odświeżyć się przy studni na podwórzu. Głupi Vicente byłby nawet przystojny gdyby nie był głupi, twierdziły, może prawie tak przystojny, jak kuzyn Lolity, którego znały tylko ze starego zdjęcia. Kuzyn Lolity był bardzo przystojny i bardzo inteligentny, ale dla nich nieosiągalny, bo mieszkał w San Sebastián.

Podobno zakonnice znalazły głuptaka w obrotowym okienku, kiedy jeszcze działało, ale odpowiedzialna za nie zakonnica – najstarsza w zakonie, całkiem głucha i powolna w reakcjach – nie zdążyła zobaczyć, kto im podrzucił taki niewygodny podarunek. Siostra Rufina poinformowała o zdarzeniu proboszcza, a nawet swojego kuzyna arcybiskupa – obaj stwierdzili zgodnie, że Bóg zesłał zakonnicom tego nieszczęśnika, aby poddać próbie ich dobroć i miłosierdzie. Bóg oczekiwał, że go wykarmią, wychowają i ukryją przed światem, w którym się urodził inny niż pozostałe dzieci, co z pewnością było karą za rozwiązłe życie, jakie prowadziła jakaś zbłąkana owieczka, jego matka. Zakonnicom nie pozostało więc nic innego, jak przygarnąć niemowlę, w którego rysach odbiło się piętno jakiegoś grzechu, którego nie miały odwagi nawet sobie wyobrazić.

Dały mu na imię Vicente na cześć świętego założyciela zakonu i przez pierwszych kilka lat chłopiec był ulubieńcem młodszych sióstr, które na zmianę się nim opiekowały. We właściwym czasie zaczęły uczyć go modlitw, rachowania, czytania i pisania. Kiedy skończył sześć lat, umieściły go w szkole z najmłodszymi uczennicami. Przez pierwsze dwa lata nauki dawał sobie radę jako tako, ale w trzeciej klasie zaciął się i nie było sposobu, by go odblokować. Pięć razy powtarzał tę samą klasę, dopóki nie osiągnął wieku, w którym nie powinien przebywać z dziewczętami. Zakonnice zdecydowały o zakończeniu jego edukacji i przeznaczyły go do innych spraw. Najlepiej szło mu zapamiętywanie modlitwy, co stanowiło oczywisty dowód na to, że bliżej mu było do Boga niż ludzi. Recytował płynnie i bez pomyłek Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, wyznanie wiary, spowiedź powszechną, Witaj, Królowo, osiem błogosławieństw, akty wiary, a nawet nowennę do Matki Bożej. Nocą jego doniosły głos odbijał się echem po opustoszałym budynku, ledwo można było zrozumieć pośpiesznie wymawiane słowa: „Niebiańska księżniczko, Maryjo, Panno Dziewico, ofiaruję Ci dzisiaj moje życie, duszę i serce. Spójrz na mnie litościwie i nie zostawiaj mnie, matko moja”. Siostry przysłuchiwały się temu z dumą. W zamian za tak przydatne nauki Vicente odpłacał pracą. Sprzątał lub pielił warzywnik, służył do mszy odprawianych przez proboszcza z miasteczka – który ze względu na swój niski wzrost zadzierał wysoko głowę, żeby spojrzeć na swojego ministranta. Chłopak rąbał drewno na opał i pomagał siostrom w innych pracach wymagających raczej siły niż umiejętności, zawsze z pogodnym uśmiechem na twarzy.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy przerwał naukę w szkole, nad jego górną wargą pojawił się pierwszy wąs, a głos zaczął przechodzić mutację, zakonnice postanowiły, że chłopak zamieszka w magazynku przy drewutni. Nie wyobrażały sobie, żeby dalej mieszkał z nimi, a tym bardziej z uczennicami. Już i tak było ewenementem, że osiłek przebywa w żeńskiej szkole z internatem, nawet jeśli zgadza się na to sam arcybiskup. Ku ogólnemu zaskoczeniu Vicente wyrósł na ogromnego mężczyznę, niemal olbrzyma, a jego pokryte odciskami i owłosione stopy zaczęły szybko wystawać poza pryczę, na której sypiał. Ludzie z miasteczka uważali go za opóźnionego umysłowo, ale siostry wolały mawiać o nim „chłopiec”. „Głuptakiem” albo „głupim Vicentem” zaczęły go nazywać najokrutniejsze i najstarsze uczennice. Zakonnice pilnowały, żeby nie miał styczności z tymi dziewczętami, kiedy zauważyły, jak patrzył na ich nogi i piersi, chociaż okryte szczelnie szkolnymi mundurkami zgodnie z zaleceniami siostry Presentación. Mimo to Vicente wciąż pozostawał pupilkiem zakonnic, ich dzieckiem – jedynym w swoim rodzaju – któremu Bóg nie pozwolił dorosnąć.

– Co to znaczy, że nie jest prawdziwym mężczyzną? – Nina zmarszczyła brwi, zaniepokojona. – Masz na myśli, że on nie może…?

Olga energicznie pokręciła głową.

– A jeśli się obudzi, kiedy będziemy go dotykały? – zapytała Marta. – I doniesie na nas zakonnicom?

Słowo „dotykały” wywołało cichy śmiech ze względu na grzeszne skojarzenie.

– Wszystkiego się wyprzemy – stwierdziła Olga. – Komu uwierzą? Opóźnionemu w rozwoju biedakowi czy pięciu grzecznym dziewczętom, które są przy zdrowych zmysłach? – Jej argumenty brzmiały przekonująco.

– Nie martwcie się. On się nie obudzi – odezwała się Julia. – Siostry dają mu tabletki nasenne.

– Skąd wiesz? – zapytała Olga.

– Bo czasami pomagam im je przygotować. Wiem o wszystkim, co robią zakonnice.

– Mogłybyśmy pójść parami – zaproponowała Nina.

– Nie. Każda z was musi wykonać zadanie samodzielnie – odpowiedziała stanowczo Olga. – Macie jeszcze jakieś pytania?

Zgodne milczenie potwierdziło odczuwany przez nie lęk.

– Dobrze, w takim razie zacznijmy od ciebie – Olga wskazała na Ninę. – Najpierw jednak zmówmy modlitwę za wasze powodzenie.

Ponownie chwyciły się za ręce i odmówiły Ojcze nasz po łacinie, co pasowało bardziej do okazji i podniosłości chwili. Z ostatnim „amen” na ustach Olga wręczyła Ninie nożyczki. Dziewczyna wstała i wyszła z namiotu, gdy tymczasem jej koleżanki, wciąż trzymając się za ręce i z minami męczennic, zaczęły odliczać sekunda po sekundzie.

– Trzysta sześćdziesiąt, trzysta pięćdziesiąt dziewięć, trzysta pięćdziesiąt osiem…

Czekały z niepokojem, w napięciu, ale też z ekscytacją. Pięćdziesiąt osiem sekund przed czasem Nina wróciła po zwycięsko zakończonym zadaniu, dzierżąc w ręku niczym trofeum kosmyk szorstkich ciemnych włosów. Koleżanki oglądały i dotykały go po kolei.

– Podzielisz się z nami jakimiś szczegółami? – zapytała mistrzyni ceremonii.

Pierwsza bohaterka wieczoru powiedziała tylko:

– Chrapie.

Następna w kolejności była Lolita, która drżącą ręką odebrała nożyczki od swojej poprzedniczki. Niestety, szybko rozczarowała koleżanki: kiedy odliczały sto czterdziestą drugą sekundę, wróciła blada, sapiąc ciężko i z pustymi rękami.

– Nie dałam rady – jęknęła. – Boję się.

– Przemyśl to dobrze – powiedziała Olga. – Jeśli nie wykonasz zadania, zabiorę ci fant. Może pozwolę ci go odzyskać, wyznaczając karę, ale to będzie naprawdę trudna kara. Dam ci drugą szansę, ale teraz masz tylko pięć minut.

– Nie. Wolę dostać karę – odpowiedziała Lolita, siadając na swoim miejscu.

„Kary wymyślane przez Olgę były również przerażające, chociaż nie aż tak jak to zadanie” – myślała Lolita. Na przykład musiały w środku zimy wychodzić przez tydzień bez płaszcza na patio albo przez trzy dni wspinać się po schodach na kolanach i tym podobne. Lolita była gotowa zrobić wszystko, żeby odzyskać zdjęcie ojca. Wszystko z wyjątkiem wejścia do pomieszczenia, w którym spał głupi Vicente.

Przyszła kolej na Martę. Olga wręczyła siostrze nożyczki, życząc jej powodzenia. Znowu zaczęły odliczać czas z takim samym niepokojem, jak za pierwszym razem.

– Trzysta sześćdziesiąt, trzysta pięćdziesiąt dziewięć, trzysta pięćdziesiąt osiem…

Brakowało dziesięciu sekund do końca odliczania, a Marta wciąż nie wracała. Kiedy były już niemal pewne, że nie wykonała zadania, pojawiła się nagle i z triumfem pokazała jeszcze większy łup, niż zdobyła Nina.

– Złapał mnie za koszulę nocną! Prawie umarłam ze strachu! – powiedziała, chcąc najpewniej podnieść rangę swojego wyczynu.

– Przez sen? – zapytała Lolita.

– Nie wiem, wychodziłam już stamtąd. – Zmarszczyła nos i dodała: – Ta jego kanciapa jest obrzydliwa.

– On nie zdaje sobie z tego sprawy, głuptasie. Wiesz przecież, że jest nienormalny – powiedziała Nina.

– Niemożliwe, żeby tego nie rozumiał – mruknęła Marta. – Nikt nie powinien mieszkać w takich warunkach.

– To nie wasza sprawa, tylko zakonnic – stwierdziła Olga, po czym spojrzała na siostrę i wskazała kosmyk. – Musisz mi go oddać.

Marta niechętnie wręczyła jej swoje trofeum. Olga przystawiła je sobie pod nos i z rozkoszą zaciągnęła się powietrzem.

– Pachnie zwierzęciem – podsumowała, po czym położyła kosmyk na podłodze obok świecy.

– Mogę powąchać? – zapytała Lolita.

– Nie, ty nie wykonałaś zadania – skarciła ją Olga.

Nadeszła kolej Julii. Marta wręczyła jej nożyczki, tak jak wcześniej Nina oddała je Lolicie: wtajemniczona – adeptce.

– Powodzenia, Julio – powiedziała.

– Dziękuję – odpowiedziała ledwo dosłyszalnym głosem, wbijając wzrok w nożyczki jak ktoś, kto pierwszy raz w życiu trzyma w ręku prawdziwą broń.

– Przed tobą trudne zadanie – powiedziała Olga wzniośle. – Nie zawiedź nas. Ja też życzę ci szczęścia.

Julia wyszła na czworakach z namiotu, z nożyczkami w ręku i sercem podchodzącym jej do gardła.

Znowu zaczęło się odliczanie:

– Trzysta sześćdziesiąt, trzysta pięćdziesiąt dziewięć… – Słychać było cichy odgłos stóp oddalającej się schodami koleżanki. Nie skrzypnęła żadna deska. Dziewczęta oszacowały, że Julia zdążyła już dotrzeć na miejsce i wejść do magazynku, i że podkrada się właśnie do śpiącego olbrzyma – …trzysta dwadzieścia, trzysta dziewiętnaście… – Wyobraziły sobie, jak po omacku szuka jego potarganej czupryny, drżąc ze strachu.

Wydawało się, że tym razem sekundy mijają wolniej.

– Trzysta, dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć… – Koleżanki wymieniły zalęknione spojrzenia. – Dwieście piętnaście, dwieście czternaście… – Płomień świecy tańczył w rytm ich przyśpieszonych oddechów. – Sto trzynaście, sto dwanaście… – W końcu ogarnął je podobny strach, jaki odczuły, kiedy Marta się spóźniała. – Piętnaście, czternaście… – Nasłuchiwały uważnie dźwięku pośpiesznych kroków gołych stóp. – Dziewięć, osiem… – Jednak oprócz ich głosów nie było słychać absolutnie nic, a czas mijał nieubłaganie. – Pięć, cztery… – Pogodziły się już z myślą, że Julia nie zdąży. – Trzy, dwa, jeden, zero – wyszeptały i spojrzały na siebie w absolutnej ciszy, trzymając się za ręce i czekając na to, co się wydarzy.

Ocknęły się z odrętwienia, kiedy Olga ogłosiła:

– Julia przegrała.

Nie docierały żadne dźwięki. Minęło kolejne dziesięć sekund. Płomień świecy znieruchomiał. Podobnie jak podbródek Olgi.

– Pomódlmy się za nią – zaproponowała mistrzyni ceremonii.

Zmówiły Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo.

– Powinnyśmy pójść po nią – powiedziała Lolita, podnosząc się.

Olga uniosła rękę i nakazała:

– Cicho! Posłuchajcie. Słyszycie to?

Nadstawiły uszu, wstrzymując oddech. Najpierw dotarł do nich jakiś niewyraźny hałas, który lekko zakłócił otaczającą je ciszę. Brzmiał bardziej jak ostrzeżenie niż zagrożenie, nie można było nawet uznać go za prawdziwy hałas. Następnie zatrzasnęły się drzwi i rozbrzmiało coś w rodzaju warknięcia jakiegoś zwierzęcia, a później wyraźny trzask łamanego drewna i łoskot rozbijających się przedmiotów – odrażającej kolekcji głupiego Vicentego? – oraz mrożący krew w żyłach krzyk Julii. Nigdy nie słyszały czegoś podobnego. To było wycie bólu, przerażenia albo jednego i drugiego. We wzroku koleżanek wyczekiwanie ustąpiło miejsca przerażeniu. To był na pewno głos Julii. Działo się z nią coś strasznego.

– Rozchodzimy się – zarządziła Olga. – Wszystkie natychmiast do łóżka!

W niecałe pięć sekund każde prześcieradło wróciło na swoje miejsce i namiot rozwieszony między łóżkami zniknął. Olga zebrała fanty i kosmyki włosów, po czym włożyła je do pudełka, które ukrywała pod swoim łóżkiem. Rozległ się kolejny rozdzierający krzyk, odbijając się echem na schodach, a potem drugi i trzeci. Tymczasem dziewczęta, żeby nikt ich nie nakrył, wskoczyły do swoich łóżek, zakryły się kołdrami i zamknęły oczy, udając, że śpią. Chociaż oczywiście nie były w stanie zasnąć, bo serca waliły im w piersiach jak oszalałe.

Nagle Olga wpadła na jeden ze swoich genialnych pomysłów: wyjęła z pudełka brzydkie i znoszone majtki Julii i rzuciła je na schody. Obserwowała, jak szybują przez chwilę w dół niczym olbrzymia ćma, i z ulgą pomyślała, że się ich pozbyła. Następnie wróciła do łóżka na tyle szybko, na ile pozwoliła jej tusza, i leżąc nieruchomo, wytężała słuch. Nocne wydarzenia zapowiadały nieoczekiwaną przygodę.

Słychać było jęki, hałasy, głosy i kroki. Olga nie była pewna, czy słyszy je na jawie, czy w śnie. W pewnej chwili otwarły się drzwi oddzielające szkołę od klauzury i rozległ się tupot nóg zakonnic. Dwóch, może trzech. Jedną z nich była siostra Rufina – dziewczęta rozpoznały ją po ostrym i nieprzyjemnym głosie, jakim wydawała polecenia. Nie miały odwagi otworzyć oczu. Poczuły czyjąś obecność. Do ich sypialni weszła jedna z sióstr, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Usłyszały szelest jej habitu i cichy odgłos kroków na posadzce. Po chwili znów dotarł do nich głos siostry Rufiny – tym razem dochodził z magazynku przy drewutni.

– Wyprowadźcie stąd chłopca, niech zaczerpnie trochę świeżego powietrza.

– Znalazłam to na schodach – odezwała się siostra Antonina.

– Zapytaj Julii, czy należą do niej – nakazała siostra Rufina.

Tylko Olga mogła sobie wyobrazić zakonnicę trzymającą w ręku majtki i szukającą ich właścicielki. Poczuła nagłe ukłucie wyrzutów sumienia i współczucie, ale oddaliła je natychmiast od siebie, znajdując w myślach usprawiedliwienie: „Została tam dłużej, niż powinna. To nie moja wina”.

Po krótkiej krzątaninie nastąpił spokój. Wszystko spowiła pozornie zwyczajna o tej porze cisza, którą zakłócały tylko świerszcze w ogrodzie. Dziewczęta zapadły w sen, wyczerpane ekscytującym finałem swojej zabawy.

Tylko Olga nie spała, nasłuchując. Chciała się dowiedzieć, co się stało, poznać tajemnicę, do której nikt inny nie będzie miał dostępu. Upewniwszy się, że koleżanki zasnęły – świadczył o tym ich spokojny, głęboki oddech – wstała z łóżka i wykradła się na korytarz. Zeszła do zakrętu schodów i przywarła plecami do ściany, a po chwili zsunęła się na ziemię. Usiadła w niewygodnej pozycji, żeby móc lepiej szpiegować, nie zważając na to, że po pewnym czasie zdrętwieją jej nogi.

Z przerażeniem słuchała szlochu Julii, który chwilami przechodził w spazmy, dochodzącej z piętra niżej krzątaniny, i piskliwego głosu siostry Rufiny, która mówiła stanowczym tonem:

– Nie przesadzaj, wstań! Chyba nie będziesz udawać, że nie możesz chodzić, aby wzbudzić we mnie litość? Takie dziewczyny jak ty mnie nie wzruszają. Ogarnij się, na miłość boską, bo wyglądasz okropnie. Masz mi natychmiast powiedzieć, nie pomijając ani jednego szczegółu, co się tutaj wydarzyło. Przede wszystkim, co robiłaś o tej porze u Vicentína? I do tego bez majtek! Matko Boska!

Julia wciąż płakała, ale jej szloch mieszał się teraz z szeptem kilku głosów, jednak zbyt cichych, żeby można było cokolwiek zrozumieć. Raz na jakiś czas do rozmowy wtrącała się matka przełożona, którą Olga słyszała bardzo wyraźnie.

– Co powiedziałaś? Mów wyraźnie! Wytrzyj nos! Nigdy więcej nie wymawiaj tego słowa! To twoja wina, bo go sprowokowałaś. Bądź łaskawa mi wytłumaczyć, czego się spodziewałaś?

Olga podsłuchiwała ze ściśniętym gardłem przesłuchania biednej Julii. Chciała się upewnić, że ich nie wyda, nie zdradzi, w jaką grę się bawiły, ani kto był jej pomysłodawcą. To ostatnie byłoby katastrofą! Zakonnice przestałyby widzieć w Oldze wzorową uczennicę, powiedziałyby o wszystkim jej matce i ona straciłaby pozycję pupilki. Zostałaby tylko „grubą”. Próbowała odgonić od siebie te myśli i zachować spokój. Julia nie puści pary z ust – złożyła przecież świętą przysięgę, a nikt nie odważyłby się jej złamać.

Podsłuchiwała na schodach do bardzo późna, wyłapując fragmenty rozmowy. Julia nie wydała koleżanek. Chociaż siostra Rufina mówiła cicho, jej surowy ton budził strach nawet na odległość. Oznajmiła Julii, że nie może pozostać w szkole i wyślą ją gdzie indziej. I że chwasty należy plewić jak najszybciej i z korzeniami, aby nie zanieczyściły plonów.

– Dopuściłaś się grzechu, Julio. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ciężkiego. Wytłumaczę ci to, żebyś zrozumiała, dlaczego musisz ponieść karę. – Matka przełożona wypowiedziała potem kilka strasznych słów. Olga dokładnie je usłyszała.

Julia, której udało się na chwilę opanować spazmy, żeby wysłuchać zakonnicy, ponownie wybuchła płaczem. Przerażona Olga zrozumiała, że wiedza o pewnych tajemnicach stawia ją w niewygodnej sytuacji, i natychmiast pożałowała szpiegowania ze schodów. „Może źle zrozumiałam”, pomyślała. Przecież z miejsca, w którym się ukryła, nie widziała, co się działo przy drewutni. „Jeśli nikt się nie dowie, że o tym wiem, to jakbym nie wiedziała. Ale jeśli dobrze zrozumiałam, co powiedziała siostra, pójdę do piekła”.

Postanowiła dla własnego dobra zapomnieć o całej sprawie. Na wszelki wypadek przeżegnała się trzy razy i wróciła po cichu do sypialni. Z klauzury dochodziły monotonne niczym brzęczenie owadów głosy zakonnic, które zebrały się przed świtem, żeby wspólnie odmówić różaniec.

Olgę ogarniał już sen, kiedy nagle przypomniała sobie swoje pozłacane nożyczki, które dostała w prezencie od matki. Nie powinna była ich nikomu pożyczać. Nie mogła bez nich opuścić na zawsze szkoły! „Proszę cię, Panie Boże, spraw, żebym odzyskała moje ukochane nożyczki do haftowania”, pomyślała i zasnęła.

1981 rok

Białe wino

Olga

Olga Viñó spędzała większość czasu na rozmowach telefonicznych na długo przed tym, zanim odkryła w szafie stojącej w jej sypialni tajną linię.

Jej mąż Benito Pardo, znany wykładowca dermatologii, który uczestniczył w licznych konferencjach, wykładach, uroczystościach i wręczaniu dyplomów, przez co rzadko gościł w domu, często żartował z tej wielkiej słabości swojej żony.

– Wolę sobie nie wyobrażać, jak bardzo byłabyś nieszczęśliwa, gdybyś urodziła się przed Grahamem Bellem, kochanie.

I miał rację, bo telefon był dla Olgi niezwykle ważnym urządzeniem – niemal członkiem rodziny. Nie licząc aparatu ukrytego w szafie, dysponowała czterema innymi, zainstalowanymi w różnych częściach ogromnego mieszkania. Jeden był w gabinecie doktora Parda, do jego wyłącznego użytku, chociaż mąż Olgi podchodził do telefonu tylko, jeśli sprawa była bardzo pilna. Drugi, wyposażony w dwumetrowy spiralny kabel, znajdował się w kuchni – ten pod nieobecność pani domu odbierała gosposia. Trzeci stał w sypialni na wypadek, gdyby Olga zachorowała albo musiała porozmawiać w jakiejś pilnej sprawie i tylko z najbliższymi osobami. Na przykład w niedzielę rano, po zjedzeniu śniadania w łóżku, zwykła dzwonić do swoich dwóch dorosłych córek, już mężatek, żeby się dowiedzieć, jak zamierzają spędzić dzień i co będą jadły na obiad. Do dwóch synów dzwoniła tylko z ważnych powodów, na przykład z okazji urodzin, bo nie lubiła im przeszkadzać ani nie miała ochoty na pogawędki z synowymi. Model telefonu, który wybrała do prywatnych rozmów w sypialni, był bardzo poręczny, w kremowym odcieniu, a jego wydłużona i lekko zakrzywiona słuchawka przywodziła na myśl wenecką gondolę w miniaturze. Natomiast w salonie stał elegancki aparat z czarnego bakelitu – zdecydowanie najczęściej używany ze wszystkich w mieszkaniu. Olga korzystała z niego przy zarządzaniu domem: odbierała rozmowy w imieniu męża, zlecała zakupy w supermarkecie przy calle Guillermo Tell, zamawiała wizyty domowe kosmetyczki albo wysyłkę kwiatów do swoich przyjaciółek, kiedy miały urodziny, składała kondolencje, gratulacje i gładko wywiązywała się ze wszelkich obowiązków ciążących na niej ze względu na zajmowaną pozycję społeczną. Oczywiście wszystkie te czynności miały swoje odzwierciedlenie w astronomicznych rachunkach, na które jednak państwo Pardo mogli sobie pozwolić.

Namiętność Olgi do rozmów telefonicznych rozkwitła w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Wcześniej nie miała czasu na tego typu rozrywkę ze względu na dzieci, które postanowiła wychować sama. Uparła się, że będzie karmiła je piersią, zamiast używać Pelargonu – najlepszego i najdroższego sztucznego mleka dla niemowląt, które właśnie pojawiło się w sprzedaży. Nie wątpiła w jego oczywiste zalety, ale zdecydowała, że je zignoruje. Dzięki dzieciom zaspokajała swoją potrzebę czucia się niezastąpioną i mogła żyć ułudą intensywnego macierzyństwa. Dopóki zajęta była przystawianiem do nabrzmiałych od mleka piersi kolejnego niemowlęcia, nie myślała o rozrywkach. Dopiero kiedy każde z jej pięciorga dzieci zaczęło samodzielnie chodzić i wykazywać zainteresowanie czymś więcej niż tylko nią, przekazywała je w ręce młodej i energicznej opiekunki, którą informowała, że jej jedynym zadaniem jest dopilnowanie, aby maluch dotrwał cały i zdrowy do osiągnięcia wieku przedszkolnego. Tymczasem rodziła, karmiła, odstawiała od piersi i oddawała niani kolejne dziecko. Cykl powtórzyła pięć razy.

Jej najmłodszy syn – obecnie siedemnastolatek, perkusista, autor tekstów piosenek garażowego zespołu rockowego i świeżo upieczony student filozofii – jako jedyny pozwalał jej wciąż czuć się komuś potrzebną.

Chłopak uchodził w rodzinie za czarną owcę, bo był tak bardzo podobny do szwagra Olgi, że nawet doktor Pardo to przyznawał. Kwestie związane z genami są jak loteria – nigdy nie wiadomo, które liczby wygrają. Podobnie jak Damián, którego poznała, jej najmłodszy syn został obdarzony ogromną wyobraźnią, kreatywnością, niepokojącą skłonnością do dramatyzowania i wrażliwością, które dawały mu nieograniczone możliwości wykorzystania swojego talentu. Takie osoby wydawały się fascynujące, ale w rzeczywistości wymagały wzmożonej uwagi. Olga przeczuwała, dzięki perspektywie, jaką nabywa się poprzez życiowe doświadczenia, że ludzie odsuną się od jej syna, podobnie jak ona oddaliła się od Damiána, kiedy tylko miała ku temu okazję. Wiedziała też, że z upływem czasu niektóre osoby pożałują, że to zrobiły. Niekiedy ze zdumieniem łapała się na wspominaniu Damiána. Zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby poślubiła jego, a nie Benita, jaki mieliby samochód, do której szkoły posłaliby dzieci, jak wyglądałyby ich noce i co Damián szeptałby jej na dzień dobry do ucha. Zdarzało jej się śnić o szwagrze, jakby dla pocieszenia. Niekiedy sen był tak przyjemny, że potem przez cały dzień była wściekła na rzeczywistość. Po pewnym czasie wspomnienie nocnych fantazji ulatniało się, a Olga z rezygnacją poddawała się swojemu losowi – życiu, które mimo licznych wysiłków z jej strony nie przestawało jej rozczarowywać. Oczywiście te senne marzenia miewała rzadko, dlatego uznawała je za nieszkodliwe. Zjawiały się i znikały równie nagle jak letnie burze. A kiedy ogarniał ją spokój, przekonywała samą siebie, że wszystko jest w porządku i nic złego się nie wydarzyło. Udało jej się osiągnąć odrobinę szczęścia, którą zdobywa się, przemilczając pewne sprawy.

Istnienie sekretnej linii telefonicznej nie ciążyło Oldze na sumieniu, bo nie ona była jej pomysłodawczynią. Natrafił na nią pracownik firmy remontowej podczas demontażu wielkiej szafy na ubrania w sypialni.

– Co z tym zrobić, proszę pani? – zapytał, wskazując na urządzenie, o którego istnieniu Olga nic nie wiedziała.

Na tym starym rupieciu nie dało się wykręcić numeru, bo nie miał tarczy. Wisiał na bocznej ścianie wewnątrz szafy, dość nisko jak na przyjęte standardy. Przytwierdzona nad nim półka sprawiała, że trudno było go dostrzec. Olga – przekonana o bezużyteczności aparatu – z zaskoczeniem odkryła, że był podłączony do linii i prezentował się całkiem nieźle. Kazała zostawić go na miejscu i postanowiła wyjaśnić, skąd się tam wziął. Oczywiście nie powiedziała o tym doktorowi Pardowi ani nikomu innemu. Nie miała zwyczaju tłumaczyć się mężowi z tego, co robi, a jego nie interesowały sprawy domowe.

Zajmując się osobiście remontem starego mieszkania, który w zasadzie ograniczał się do odmalowania ścian i zbudowania porządnej garderoby na jej mnóstwo ubrań, Olga czuła się uprawniona do postępowania według własnego widzimisię. Poza tym miała dużo wolnego czasu. Naturalne więc było, że po odkryciu telefonu w szafie zaczęła zadawać sobie pytania. Trzystumetrowe mieszkanie mieszczące się w budynku przy calle Laforja niemal na styku z vía Augusta od pokoleń należało do rodziny jej ojczyma. Olga z siostrą wprowadziły się do niego po ślubie ich matki. Bliźniaczki miały wtedy czternaście lat. Mieszkała tam do swojego ślubu z doktorem Pardem, nie mając pojęcia o istnieniu telefonu ukrytego w szafie. Marta wyprowadziła się z domu kilka lat później, ale z tego, co Olga się orientowała, też nie dokonała żadnego dziwnego odkrycia. To by oznaczało, że aparat pojawił się po 1962 roku, w którym Marta wyszła za mąż za Álexa. Chociaż nie można było wykluczyć, że wcześniej. Jednak Olgę interesowało najbardziej, kto i w jakim celu zlecił jego instalację. W każdym razie postanowiła nie zdradzać nikomu tego sekretu należącego do jej rodziny.

Po kilkudniowym śledztwie odkryła, że urządzenie nie dzwoni, ponieważ ktoś usunął w nim dzwonek, i że linia, do której było podłączone, należała do lokalu mieszczącego się na parterze budynku. Właścicielem lokalu również był ojczym Olgi, który z upodobaniem kupował stare albo zepsute samochody, a potem naprawiał je bez pośpiechu w swoim warsztacie. Do tego brudnego, zakurzonego, pełnego gratów i smaru miejsca bliźniaczki nigdy nie zaglądały. Ojczym zapisał w testamencie mieszkanie Oldze, a jej młodszej o siedem minut siostrze Marcie – lokal na parterze. Bez wątpienia był to słuszny podział, bo Marta nigdy nie zgodziłaby się wrócić w miejsce, gdzie prześladowałyby ją wspomnienia z młodości – trudnego okresu w jej życiu. Olga natomiast nie wiedziałaby, jak wykorzystać stary warsztat samochodowy, i pewnie sprzedałaby go za bezcen. To była ostatnia dobra rzecz, jaką zrobił dla nich ojczym – mimo wielu lat życia pod jednym dachem dla bliźniaczek nigdy nie przestał on być obcym człowiekiem.

Doktor Benito Pardo był o dwanaście lat starszy od swojej żony. Wojna domowa pozbawiła go beztroskich lat młodości, opóźniła możliwość studiowania i przyśpieszyła obawy właściwe dla dorosłego wieku. Został lekarzem ze względu na rodzinną tradycję i z podziwu dla swojego ojca, który wrócił z linii frontu pod Toledo z ranami postrzałowymi na nogach, ale też z odznaczeniem wojskowym.

Wojna całkowicie zmieniła życie Olgi, podobnie jak innych ludzi, chociaż ona nie była tego świadoma, bo urodziła się pierwszego lata po wybuchu konfliktu, podczas którego zbuntowane wojska kształtowały losy kraju na następne kilka dekad. Gdyby nie zwycięstwo tych wojsk, życie Olgi i wszystkich innych Olg z jej pokolenia nie byłoby wypełnione tyloma despotycznymi zakonnicami, konfesjonałami, prawami niesprawiedliwymi dla kobiet, długimi godzinami spędzonymi na robótkach ręcznych, różańcami odmawianymi o zmierzchu, śpiewaniem Cara al sol2 i oglądaniem filmów propagandowych, których nikt nie rozumiał. Chociaż w rzeczywistości nic z tego nie miało znaczenia, bo nie tęskni się za rzeczami, których się nigdy nie miało.

W pewnym sensie historia narzeczeństwa Olgi, a więc i jej życia, rozpoczęła się po południu 17 listopada 1950 roku, w kinie Windsor Palace, gdzie przyszła obejrzeć Przeminęło z wiatrem. Pierwszy i ostatni raz wybrali się do kina całą rodziną, ale była ku temu wyjątkowa okazja: po wielu problemach z cenzurą i z jedenastoletnim opóźnieniem w końcu wyświetlano słynny amerykański film, który tak bardzo pragnęły obejrzeć siostry Viñó i ich matka. Ojczym użył swoich znajomości, żeby zdobyć cztery zaproszenia i miejsca w loży. Wyszli z domu podekscytowani i podążyli w dół vía Augusta aż do avenida Diagonal, która w tamtym czasie nosiła nazwę avenida del Generalísimo. Dziewczynki były już podlotkami, co według ich matki oznaczało, że osiągnęły samodzielność, ale jeszcze nie wypadało dawać im zbyt dużo swobody. A tym bardziej pozwolić, by same oglądały film opatrzony przez cenzurę kategorią „3-R”, gdzie R oznaczało „zastrzeżenia” (oczywiście tylko cenzora) i lokowało film między kategorią 3 – „przeznaczony dla widzów dorosłych” a 4 – „bardzo niebezpieczny”. Jedno z cenzorskich zastrzeżeń w raporcie z 1947 roku brzmiało następująco: „Scarlett O’Hara okazała nadmierną radość po nocy poślubnej spędzonej z Rhettem Butlerem, co świadczy o oczywistej »rozkoszy, jaką czerpała z czynów nieobyczajnych«”. „Rozkosz”, a tym bardziej czerpana z „czynów nieobyczajnych”, wykraczała poza granicę wyobraźni hiszpańskich kobiet, które były przyzwoite, posłuszne, cnotliwe, oziębłe i bogobojne – zgodnie z nakazami reżimu. Trzy lata później inny cenzor – a może i ten sam, tylko złagodniały – dopuścił film do projekcji, chociaż Scarlett nadal nie ukrywała swojej radości i budziła te same zastrzeżenia.

Z okazji tak emocjonującego wydarzenia wyjęto z szaf najlepsze ubrania: ojczym założył smoking, a matka – suknię wieczorową i nową etolę z norek. Bliźniaczki nie chciały już ubierać się w identyczne stroje, poza tym Olga była o trzy rozmiary większa od Marty. Obie więc założyły kreacje z domu mody Santa Eulalia, zaprojektowane według ich indywidualnych potrzeb: w sukni Marty podkreślono talię i pas, podczas gdy model dla Olgi dodawał jej ciału lekkości i ukrywał niedoskonałości figury.

Olga była tego dnia wściekła na cały świat – na siostrę, aksamitną suknię, swoje odbicie w lustrze i ojczyma, który nie pozwolił jej kupić w teatralnym barze pieczonych migdałów. W końcu na sali zapadła ciemność, zabrzmiała muzyka, a na ganku domu w Tarze pojawiła się Scarlett O’Hara w białej sukni z krynoliną i z hardością malującą się na twarzy, pozwalającą jej stawić czoła wszelkim przeciwnościom losu. Olga przez dwie godziny oglądała film z zapartym tchem, miała ochotę opatrywać rannych w szpitalu polowym, patrzyła z przerażeniem, jak wrogie wojska wkraczają do Atlanty, i płakała ze wzruszenia, kiedy Scarlett przysięgła na Boga, że już nigdy nie zazna głodu. Kiedy na ekranie pojawił się napis: „Przerwa”, a ojczym po raz pierwszy w życiu zastanawiał się, czy pójść do baru, Olga wciąż znajdowała się w stanie niemal katatonicznym, siedziała nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w dal, pochłonięta myślami. Do tej pory nikt ani nic nie wywarło na niej tak ogromnego wrażenia jak ten film.

– Spójrz – odezwała się Marta, trzymając w ręku ulotkę z opisem filmu. – Tutaj jest napisane, że Scarlett nosi w filmie czterdzieści cztery sukienki i dziewięć kapeluszy. Wiedziałaś, że Vivien Leigh pochodzi z Anglii? Mówią to, jakby miało jakieś znaczenie.

Olga jej nie słuchała. Starsza z bliźniaczek Viñó, biorąc przykład ze Scarlett, tego popołudnia doszła do wniosku, że przyszła na świat, aby stać się obiektem pożądania oraz dokonać czegoś heroicznego. Nie mogła uratować Tary, ale mogła ocalić siebie. W drodze do domu, podczas gdy rodzice szli w milczeniu, nie mając sobie nic do powiedzenia, a Marta dalej przeglądała ulotkę z kina, Olga zaczęła planować swoją przemianę. Postanowiła zacząć od diety. Następnie skupić się na znalezieniu interesującego mężczyzny – starszego od niej, światowego, hiszpańskiego odpowiednika Rhetta Butlera – który ją pokocha. Idąc spowitą mrokiem vía Augusta, którą raz po raz przejeżdżały tramwaje, przysięgła na Boga, że będzie w stanie znieść nawet największy głód. I dotrzymała słowa. Nowa Olga O’Hara znalazła wreszcie cel w życiu i postanowiła go osiągnąć z determinacją lodołamacza.