Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 461 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W pogoni za Harrym Winstonem - Lauren Weisberger

Trzy dobiegające trzydziestki przyjaciółki zawierają nieformalny pakt - w ciągu najbliższego roku każda z nich ma dokonać jednej znaczącej zmiany w swoim życiu. Związana od pięciu lat z jednym facetem i marząca o małżeństwie i dziecku Emmy właśnie zakończyła związek - nie z własnego wyboru. Duncan porzuca ją dla dwudziestotrzyletniej dziewczyny. Choć dotąd była zdeklarowaną monogamistką, teraz zrozumiała, że bardziej odpowiadają jej przelotne romanse. Leigh pozornie ma wszystko, ale nie jest przekonana, że spotkała Tego Jedynego, z którym chciałaby spędzić resztę życia. Czy jej stan ma coś wspólnego z słynnym pisarzem Jessem Chapmanem, którego nową powieść ma właśnie zacząć redagować? Porażająco urodziwa Adriana może mieć każdego faceta. Bez skrupułów używa swoich kobiecych wdzięków, zmienia mężczyzn jak rękawiczki. Gdy kolejna fascynacja przeradza się w coś poważniejszego, szykuje się do ucieczki...

Opinie o ebooku W pogoni za Harrym Winstonem - Lauren Weisberger

Fragment ebooka W pogoni za Harrym Winstonem - Lauren Weisberger

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Trzy do­bie­ga­ją­ce trzy­dziest­ki przy­ja­ciół­ki za­wie­ra­ją nie­for­mal­ny pakt – w cią­gu naj­bliż­sze­go roku każ­da z nich ma do­ko­nać jed­nej zna­czą­cej zmia­ny w swo­im ży­ciu. Zwią­za­na od pię­ciu lat z jed­nym fa­ce­tem i ma­rzą­ca o mał­żeń­stwie i dziec­ku Emmy wła­śnie za­koń­czy­ła zwią­zek – nie z wła­sne­go wy­bo­ru. Dun­can po­rzu­ca ją dla dwu­dzie­sto­trzy­let­niej dziew­czy­ny. Choć do­tąd była zde­kla­ro­wa­ną mo­no­ga­mist­ką, te­raz zro­zu­mia­ła, że bar­dziej od­po­wia­da­ją jej prze­lot­ne ro­man­se. Le­igh po­zor­nie ma wszyst­ko, ale nie jest prze­ko­na­na, że spo­tka­ła Tego Je­dy­ne­go, z któ­rym chcia­ła­by spę­dzić resz­tę ży­cia. Czy jej stan ma coś wspól­ne­go z słyn­nym pi­sa­rzem Jes­sem Chap­ma­nem, któ­re­go nową po­wieść ma wła­śnie za­cząć re­da­go­wać? Po­ra­ża­ją­co uro­dzi­wa Ad­ria­na może mieć każ­de­go fa­ce­ta. Bez skru­pu­łów uży­wa swo­ich ko­bie­cych wdzię­ków, zmie­nia męż­czyzn jak rę­ka­wicz­ki. Gdy ko­lej­na fa­scy­na­cja prze­ra­dza się w coś po­waż­niej­sze­go, szy­ku­je się do uciecz­ki…

LAU­REN WE­IS­BER­GER

Pi­sar­ka i dzien­ni­kar­ka ame­ry­kań­ska. Ukoń­czy­ła Cor­nell Uni­ver­si­ty. Przez rok włó­czy­ła się z ple­ca­kiem po świe­cie, od­wie­dza­jąc m.in. Eu­ro­pę, Izra­el, Egipt, Taj­lan­dię, In­die i Ne­pal. Po po­wro­cie do USA pod­ję­ła pra­cę w po­pu­lar­nym ma­ga­zy­nie mody „Vo­gue”, a na­stęp­nie w cza­so­pi­śmie po­dróż­ni­czym „De­par­tu­res”; uczest­ni­czy­ła też w warsz­ta­tach li­te­rac­kich. Swo­ją sze­fo­wą z „Vo­gue”, Annę Win­to­ur, spor­tre­to­wa­ła jako „dia­bła” w opu­bli­ko­wa­nej w 2003 po­wie­ści Dia­beł ubie­ra się u Pra­dy, któ­ra oka­za­ła się świa­to­wym be­st­sel­le­rem. Po­wo­dze­nie de­biu­tanc­kiej książ­ki prze­ło­ży­ło się na suk­ces jej ad­ap­ta­cji fil­mo­wej z Me­ryl Stre­ep i Anne Ha­tha­way w ro­lach głów­nych. Oprócz Dia­bła, We­is­ber­ger ma w swo­im do­rob­ku czte­ry po­wie­ści: Por­tier nosi gar­ni­tur od Gab­ba­ny, W po­go­ni za Har­rym Win­sto­nem, Ostat­nia noc w Cha­te­au Mar­mont i Ze­msta ubie­ra się u Pra­dy.

www.lau­ren­we­is­ber­ger.com

Tej au­tor­ki

PO

RTIER NOSI GAR­NI­TUR OD GAB­BA­NY

W PO­GO­NI ZA HAR­RYM WIN­STO­NEM

OSTAT­NIA NOC W CHA­TE­AU MAR­MONT

Dia­beł

DIA­BEŁ UBIE­RA SIĘ U PRA­DY

ZE­MSTA UBIE­RA SIĘ U PRA­DY

oraz

AME­RY­KAŃ­SKIE DZIEW­CZY­NY PO­SZU­KU­JĄ SZCZĘ­ŚCIA

(współ­au­tor­ka)

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

CHA­SING HAR­RY WIN­STON

Co­py­ri­ght © Lau­ren We­is­ber­ger 2008

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2009

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Han­na Sza­jow­ska 2009

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cja na okład­ce: CGin­spi­ra­tion/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-196-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Mike’a, z mi­ło­ścią

„Majtki” to ohydne słowo

Kie­dy o dzie­wią­tej w po­nie­dział­ko­wy wie­czór nie­spo­dzie­wa­nie ode­zwał się dzwo­nek u drzwi, Le­igh nie po­my­śla­ła: Rany, cie­ka­we, kto to może być. Po­my­śla­ła: Cho­le­ra. Idź so­bie. Czy na­praw­dę ist­nie­ją lu­dzie lu­bią­cy nie­za­po­wie­dzia­nych go­ści, któ­rzy wpa­da­li „po­wie­dzieć cześć” albo „spraw­dzić, co sły­chać”? Pew­nie ja­cyś pu­stel­ni­cy. Albo przy­jaź­ni lud­ko­wie ze Środ­ko­we­go Za­cho­du spor­tre­to­wa­ni w Big Love, któ­rych w rze­czy­wi­sto­ści nig­dy nie spo­tka­ła – tak, im to pew­nie nie ro­bi­ło róż­ni­cy. Zgro­za! Praw­dzi­wy afront. Po­nie­dział­ko­we wie­czo­ry były świę­te i nie­do­stęp­ne dla resz­ty świa­ta, Czas Bez Kon­tak­tów Mię­dzy­ludz­kich, kie­dy Le­igh mo­gła wy­le­gi­wać się w dre­sie i je­den po dru­gim oglą­dać na­gra­ne na TiVo ko­lej­ne cu­dow­ne od­cin­ki Pro­jek­tu Wy­bieg. Był to je­dy­ny mo­ment w ty­go­dniu spę­dza­ny przez nią w sa­mot­no­ści i po prze­pro­wa­dze­niu in­ten­syw­ne­go szko­le­nia przy­ja­cie­le, ro­dzi­na oraz jej chło­pak, Rus­sell, w koń­cu się do tego do­sto­so­wa­li.

Dziew­czy­ny prze­sta­ły py­tać o pla­ny na po­nie­dział­ko­wy wie­czór pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych, Rus­sell, któ­ry na po­cząt­ku związ­ku wy­raź­nie się bo­czył, te­raz po­wstrzy­my­wał się od gło­śnych ża­lów (a w se­zo­nie roz­gry­wek fut­bo­lo­wych wręcz cie­szył się z wol­nych po­nie­dział­ków), mat­ka zmu­sza­ła się, żeby prze­trwać ten je­den wie­czór w ty­go­dniu bez pod­no­sze­nia słu­chaw­ki, by po­roz­ma­wiać z cór­ką, po la­tach przy­jąw­szy do wia­do­mo­ści, że Le­igh nie ode­zwie się aż do wtor­ko­we­go ran­ka bez wzglę­du na to, ile razy wci­śnie się „re­dial”. Na­wet wy­daw­ca, dla któ­re­go pra­co­wa­ła, nie śmiał zle­cać jej na po­nie­dział­ko­we wie­czo­ry żad­nej lek­tu­ry… ani, broń Boże, prze­szka­dzać te­le­fo­na­mi. I wła­śnie dla­te­go dźwięk dzwon­ka był tak trud­ny do po­ję­cia – nie­zro­zu­mia­ły i wy­wo­łu­ją­cy pa­ni­kę.

Za­kła­da­jąc, że to do­zor­ca w spra­wie wy­mia­ny fil­tra w kli­ma­ty­za­cji, do­staw­ca z Hot En­chi­la­das z no­wym menu albo ktoś, kto po­my­lił jej drzwi z drzwia­mi są­sia­dów, wci­snę­ła na pi­lo­cie „wy­cisz” i na­wet nie drgnę­ła. Prze­chy­li­ła gło­wę na bok jak la­bra­dor, sta­ra­jąc się uzy­skać po­twier­dze­nie, że in­truz so­bie po­szedł, ale usły­sza­ła tyl­ko stłu­mio­ne nie­prze­rwa­ne dud­nie­nie do­bie­ga­ją­ce z góry. Cier­pia­ła na coś, co jej psy­chia­tra na­zy­wał „uwraż­li­wie­niem na ha­łas”, a całą resz­tę „pie­przo­ną neu­ro­zą”.

Le­igh oczy­wi­ście do­kład­nie obej­rza­ła so­bie są­sia­dów z góry, a do­pie­ro po­tem wto­pi­ła oszczęd­no­ści ca­łe­go ży­cia: miesz­ka­nie mo­gło so­bie być naj­lep­szym, ja­kie wi­dzia­ła pod­czas pół­to­ra­rocz­nych po­szu­ki­wań, ale nie chcia­ła ry­zy­ko­wać.

Za­py­ta­ła Ad­ria­nę o plot­ki na te­mat ko­bie­ty z miesz­ka­nia pię­tro wy­żej, lo­ka­lu 17D, ale przy­ja­ciół­ka tyl­ko ścią­gnę­ła peł­ne usta i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Mimo że Ad­ria­na miesz­ka­ła w zaj­mu­ją­cym całe pię­tro bu­dyn­ku apar­ta­men­cie od dnia, gdy jej ro­dzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się do No­we­go Jor­ku z Sao Pau­lo, od razu przy­ję­ła no­wo­jor­ską za­sa­dę „obie­cu­ję, że nie ob­da­rzę cię uwa­gą, je­że­li wy­świad­czysz mi tę samą grzecz­ność” i nie mo­gła po­dać Le­igh żad­nych in­for­ma­cji o są­siad­ce. I tak pew­nej wietrz­nej gru­dnio­wej so­bo­ty, tuż przed Gwiazd­ką, Le­igh w sty­lu god­nym Bon­da wsu­nę­ła odźwier­ne­mu w garść dwa­dzie­ścia do­la­rów i za­cze­ka­ła w holu, uda­jąc, że czy­ta ma­szy­no­pis. Przez trzy go­dzi­ny spę­dzo­nych stu­dio­wa­ła tę samą aneg­do­tę, aż wresz­cie odźwier­ny gło­śno kaszl­nął i zna­czą­co spoj­rzał znad oku­la­rów. Pod­no­sząc wzrok, Le­igh od razu po­czu­ła ulgę. Przed nią, wyj­mu­jąc z pocz­to­wej skrzyn­ki ka­ta­log „QVC”, sta­ła tęga ko­bie­ta w po­dom­ce w grosz­ki. Co naj­mniej osiem­dzie­siąt­ka, po­my­śla­ła Le­igh i ode­tchnę­ła z ulgą. Żad­nych szpi­lek stu­ka­ją­cych o par­kie­ty, noc­nych im­prez, pa­ra­dy ha­ła­su­ją­cych go­ści.

Za­raz na­stęp­ne­go dnia wy­pi­sa­ła czek na kwo­tę za­licz­ki i dwa mie­sią­ce póź­niej ra­do­śnie wpro­wa­dzi­ła się do wy­ma­rzo­ne­go apar­ta­men­tu w ide­al­nym sta­nie z jed­ną sy­pial­nią. Skła­da­ła się na nie­go od­no­wio­na kuch­nia, wiel­ka wan­na i bar­dzo przy­zwo­ity wi­dok na Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding od pół­no­cy. Może i było to jed­no z naj­mniej­szych miesz­kań w bu­dyn­ku – no do­brze, naj­mniej­sze – ale i tak wy­ma­rzo­ne, pięk­ne, speł­nio­ne ma­rze­nie w bu­dyn­ku, któ­ry Le­igh po­cząt­ko­wo uzna­ła za zbyt dro­gi, a każ­dy nie­przy­zwo­icie dro­gi metr kwa­dra­to­wy po­wierzch­ni opła­ci­ła z wła­snej cięż­kiej pra­cy i oszczęd­no­ści.

Skąd mo­gła wie­dzieć, że ta po­zor­nie nie­szko­dli­wa są­siad­ka z góry oka­że się za­pa­lo­ną zwo­len­nicz­ką po­tęż­nych drew­nia­nych tre­pów or­to­pe­dycz­nych? W każ­dym ra­zie Le­igh re­gu­lar­nie ro­bi­ła so­bie wy­rzu­ty za to, że uzna­ła wy­so­kie ob­ca­sy za je­dy­ne źró­dło po­ten­cjal­ne­go ha­ła­su. Ty­po­wy błąd ama­to­ra. Za­nim wy­pa­trzy­ła są­siad­kę w pro­ble­ma­tycz­nym obu­wiu, wy­pra­co­wa­ła za­wi­łe wy­ja­śnie­nie dla nie­ustan­ne­go ha­ła­su z góry. Uzna­ła, że ko­bie­ta musi być Ho­len­der­ką (wszy­scy wie­dzą, że Ho­len­drzy no­szą tre­py) i przy­wód­czy­nią wiel­kie­go, dum­ne­go, ho­len­der­skie­go kla­nu, przyj­mu­ją­cą nie­ustan­ne wi­zy­ty licz­nych dzie­ci, wnu­ków, sio­strze­nic, bra­tan­ków, ro­dzeń­stwa, ku­zy­nów i roz­ma­itych in­te­re­san­tów. a wszy­scy w ho­len­der­skich tre­pach. Gdy przy­uwa­ży­ła są­siad­kę w sta­bi­li­za­to­rze na no­dze, uda­ła za­in­te­re­so­wa­nie jej sto­pa­mi i ich cho­ro­ba­mi o okrop­nie brzmią­cych na­zwach, wśród któ­rych zna­la­zło się (i nie tyl­ko) za­pa­le­nie po­wię­zi po­de­szwy, wra­sta­ją­ce pa­znok­cie, ner­wia­ki i od­ci­ski, po czym, cmo­ka­jąc jak naj­bar­dziej współ­czu­ją­co, po­gna­ła na górę po swój eg­zem­plarz prze­pi­sów do­ty­czą­cych wspól­no­ty. Oczy­wi­ście stwier­dza­ły, że wła­ści­cie­le są zo­bo­wią­za­ni przy­kryć dy­wa­nem osiem­dzie­siąt pro­cent drew­nia­nych pod­łóg – co po­zo­sta­wa­ło wy­mo­giem czy­sto teo­re­tycz­nym, z cze­go zda­ła so­bie spra­wę, od­kry­wa­jąc na ko­lej­nej stro­nie, że są­siad­ka z góry jest prze­wod­ni­czą­cą rady wspól­no­ty.

Le­igh prze­cier­pia­ła nie­mal czte­ry mie­sią­ce nie­ustan­ne­go stu­ka­nia tre­pa­mi, co mo­gło­by być za­baw­ne, gdy­by przy­tra­fi­ło się ko­muś in­ne­mu. Stan jej ner­wów był bez­po­śred­nio za­leż­ny od po­zio­mu gło­śno­ści i czę­sto­tli­wo­ści sta­łe­go łup-łup-łup, któ­re zmie­nia­ło się w bum-łup-bum-łup-łup, gdy ser­ce Le­igh za­czy­na­ło do­sto­so­wy­wać się do tego ryt­mu. Pró­bo­wa­ła od­dy­chać po­wo­li, ale jej wy­de­chy sta­wa­ły się krót­kie i chra­pli­we, prze­ry­wa­ne wde­cha­mi „na ryb­kę”. Gdy w lu­strza­nych drzwiach sza­fy w przed­po­ko­ju oglą­da­ła swo­ją bla­dą cerę (w do­brych dniach my­śla­ła o niej jako o „ete­rycz­nej”, we wszyst­kie po­zo­sta­łe ak­cep­to­wa­ła okre­śle­nie „nie­zdro­wa”), na czo­le mia­ła cien­ką war­stwę potu.

Zda­rza­ło się to co­raz czę­ściej, całe to po­ce­nie z dy­sze­niem – i nie tyl­ko wte­dy, gdy sły­sza­ła wa­le­nie drew­nem o drew­no. Cza­sa­mi Le­igh bu­dzi­ła się ze snu tak głę­bo­kie­go, że aż bo­le­sne­go, by od­kryć, że ser­ce jej wali, a po­ściel jest wil­got­na. W po­przed­nim ty­go­dniu pod­czas cał­ko­wi­cie re­lak­su­ją­cej sa­wa­sa­ny – choć in­struk­tor czuł się zmu­szo­ny pu­ścić przez gło­śni­ki śpie­wa­ną a cap­pel­la wer­sję Ama­zing Gra­ce – przy każ­dym ryt­micz­nym od­de­chu pierś Le­igh prze­szy­wał ostry ból. A tego sa­me­go ran­ka, gdy przy­glą­da­ła się ludz­kiej fali wci­ska­ją­cej się do po­cią­gu N – zmu­sza­ła się do jaz­dy me­trem, ale ser­decz­nie tego nie­na­wi­dzi­ła – za­ci­snę­ło jej się gar­dło, a puls z nie­wy­ja­śnio­nych po­wo­dów przy­spie­szył. Wy­glą­da­ło na to, że są tyl­ko dwa sen­so­we wy­ja­śnie­nia i cho­ciaż tro­chę hi­po­chon­drycz­ka, na­wet Le­igh nie uwa­ża­ła się za praw­do­po­dob­ną kan­dy­dat­kę do za­wa­łu. To był kla­sycz­ny atak pa­ni­ki.

W da­rem­nym wy­sił­ku uspo­ko­je­nia się Le­igh przy­ci­snę­ła pal­ce do skro­ni i po­ru­sza­ła gło­wą na boki, co ni cho­le­ry w ni­czym nie po­mo­gło. Mia­ła wra­że­nie, że jej płu­ca wy­peł­nia­ją się w za­le­d­wie dzie­się­ciu pro­cen­tach i gdy wła­śnie za­sta­na­wia­ła się, kto znaj­dzie jej zwło­ki – i kie­dy – usły­sza­ła stłu­mio­ny szloch i ko­lej­ny dzwo­nek.

Po­de­szła na pal­cach do drzwi i spoj­rza­ła przez wi­zjer, ale zo­ba­czy­ła tyl­ko pu­sty ko­ry­tarz. Lu­dzie w No­wym Jor­ku są na­pa­da­ni i gwał­ce­ni do­kład­nie w taki spo­sób – na­mó­wie­ni przez ja­kie­goś mi­strza zbrod­ni do otwar­cia drzwi.

Ja się na to nie na­bio­rę, po­my­śla­ła, ukrad­kiem wy­krę­ca­jąc nu­mer por­tie­ra. I co z tego, że za­bez­pie­cze­nia bu­dyn­ku mo­gły kon­ku­ro­wać z za­bez­pie­cze­nia­mi w sie­dzi­bie ONZ, że pod­czas ośmiu lat spę­dzo­nych w mie­ście nie po­zna­ła oso­bi­ście ni­ko­go, kto padł­by ofia­rą cho­ciaż kie­szon­kow­ca, że szan­se na to, by psy­cho­pa­tycz­ny mor­der­ca spo­śród po­nad dwu­stu in­nych miesz­kań wy­brał wła­śnie jej apar­ta­ment… Tak się to wszyst­ko za­czę­ło.

Por­tier ode­brał po czte­rech dłu­gich jak wiecz­ność dzwon­kach.

– Ge­rar­dzie, to Le­igh Eisner z szes­na­ście D. Ktoś jest pod mo­imi drzwia­mi. Chy­ba pró­bu­ją się wła­mać. Mo­żesz przy­je­chać na górę? Czy mam dzwo­nić pod dzie­więć­set je­de­na­ście? – Sło­wa wy­le­wa­ły się z niej bez­ład­nie, gdy krą­ży­ła po nie­du­żym ko­ry­ta­rzy­ku i wprost z fo­lio­we­go opa­ko­wa­nia wrzu­ca­ła do ust kwa­dra­ci­ki ni­co­ret­te.

– Oczy­wi­ście na­tych­miast ko­goś przy­ślę, pan­no Eisner, ale może bie­rze pani pan­nę So­lo­mon za ko­goś in­ne­go? Zja­wi­ła się kil­ka mi­nut temu i po­szła pro­sto do pani miesz­ka­nia… Co jest do­zwo­lo­ne w przy­pad­ku osób z li­sty ze sta­łą zgo­dą na wej­ście.

– Emmy tu jest? – zdzi­wi­ła się Le­igh. Zu­peł­nie za­po­mnia­ła o swo­jej nie­uchron­nej śmier­ci z po­wo­du cho­ro­by lub za­bój­stwa i sze­ro­ko otwo­rzy­ła drzwi, by zna­leźć Emmy z ko­la­na­mi cia­sno przy­ci­śnię­ty­mi do pier­si, ki­wa­ją­cą się na pod­ło­dze w przód i w tył z po­licz­ka­mi mo­kry­mi od łez.

– Czy mogę jesz­cze w czymś po­moc? Czy mam mimo wszyst­ko…

– Dzię­ku­ję za po­moc, Ge­rar­dzie. Już wszyst­ko w po­rząd­ku – za­pew­ni­ła Le­igh, gwał­tow­nie za­my­ka­jąc ko­mór­kę i wpy­cha­jąc ją do kie­sze­ni na brzu­chu blu­zy dre­so­wej. Bez na­my­słu pa­dła na ko­la­na i wzię­ła Emmy w ra­mio­na.

– Ko­cha­nie, co się dzie­je? – wy­szep­ta­ła, od­gar­nia­jąc mo­kre od łez wło­sy z twa­rzy Emmy. – Co się sta­ło?

Te ozna­ki tro­ski wy­wo­ła­ły nowy stru­mień łez. Emmy szlo­cha­ła tak roz­pacz­li­wie, że jej drob­nym cia­łem wstrzą­sa­ły drgaw­ki. Le­igh za­sta­na­wia­ła się, co mo­gło wy­wo­łać taką roz­pacz, i do­szła do wnio­sku, że tyl­ko trzy rze­czy: śmierć w ro­dzi­nie, zbli­ża­ją­ca się śmierć w ro­dzi­nie albo fa­cet.

– Czy cho­dzi o two­ich ro­dzi­ców, ko­cha­nie? Coś się im sta­ło? Coś z Iz­zie?

Emmy po­krę­ci­ła gło­wą.

– Ode­zwij się, Emmy. Czy z Dun­ca­nem wszyst­ko w po­rząd­ku?

Spro­wo­ko­wa­ło to jęk tak ża­ło­sny, że Le­igh po­czu­ła ból. Bin­go.

– Ko­niec. – Emmy pła­ka­ła, a głos wiązł jej w gar­dle.

– To ko­niec na do­bre.

Emmy wy­gła­sza­ła to oświad­cze­nie nie mniej niż osiem razy w cią­gu pię­ciu lat spę­dzo­nych z Dun­ca­nem, ale dziś za­brzmia­ło ja­koś in­a­czej.

– Ko­cha­nie, to na pew­no tyl­ko…

– Po­znał ko­goś.

– Co? – Le­igh opu­ści­ła ręce i przy­sia­dła na pię­tach.

– Prze­pra­szam, ujmę to in­a­czej: ku­pi­łam mu ko­goś.

– O czym ty ga­dasz?

– Pa­mię­tasz, jak na trzy­dzie­ste pierw­sze uro­dzi­ny opła­ci­łam mu człon­ko­stwo w Clay, bo roz­pacz­li­wie chciał wró­cić do for­my? I po­tem nig­dy z tego nie sko­rzy­stał, ani razu przez cho­ler­ne dwa lata, bo, jak to ujął, sta­nie na bież­ni nie jest „efek­tyw­nym wy­ko­rzy­sta­niem cza­su”. Aja, za­miast wszyst­ko od­wo­łać i za­po­mnieć o tej cho­ler­nej spra­wie, ja, wy­jąt­ko­wy ge­niusz, po­sta­no­wi­łam wy­ku­pić mu se­rię za­jęć z oso­bi­stym tre­ne­rem, żeby nie mu­siał tra­cić ani jed­nej cen­nej se­kun­dy na ćwi­cze­nia ta­kie jak dla wszyst­kich.

– Chy­ba ro­zu­miem, w któ­rą stro­nę to zmie­rza.

– Co? My­ślisz, że się z nią pier­do­lił? – Emmy ro­ze­śmia­ła się bez śla­du roz­ba­wie­nia. Lu­dzie by­wa­li za­sko­cze­ni, sły­sząc Emmy z za­pa­łem uży­wa­ją­cą brzyd­kich wy­ra­zów – mia­ła tyl­ko metr sie­dem­dzie­siąt dwa wzro­stu i wy­glą­da­ła na na­sto­lat­kę – ale Le­igh już pra­wie tego nie za­uwa­ża­ła.

– Jak dla mnie to już wy­star­cza­ją­co kiep­sko brzmi, ko­cha­nie. – Oka­za­ła jak naj­szczer­sze zro­zu­mie­nie i wspar­cie, ale Emmy nie wy­glą­da­ła na po­cie­szo­ną.

– Pew­nie się za­sta­na­wiasz, co może być gor­sze­go, tak? Do­bra, po­zwól, że ci po­wiem. On jej nie pier­do­lił… z tym może bym so­bie po­ra­dzi­ła. Nie­ee, nie mój Dun­can. On się w niej „za­ko­chał”. – Emmy wy­ry­so­wa­ła w po­wie­trzu cu­dzy­słów, uży­wa­jąc wska­zu­ją­cych i środ­ko­wych pal­ców obu rąk i wzno­sząc w górę prze­krwio­ne oczy. – On „cze­ka na nią” – otwo­rzyć cu­dzy­słów, za­mknąć cu­dzy­słów – aż bę­dzie „go­to­wa”. Bo jest DZIE­WI­CĄ, do kur­wy nę­dzy!

Znio­słam pięć lat jego zdrad, kłamstw i dzi­wacz­ne­go sek­su, żeby mógł się ZA­KO­CHAĆ W TRE­NER­CE DZIE­WI­CY, KTÓ­RĄ SAMA MU WY­NA­JĘ­ŁAM? Za­ko­chać! Co ja te­raz zro­bię, Le­igh?

Le­igh, czu­jąc ulgę, że wresz­cie może się czymś za­jąć, wzię­ła Emmy pod rękę i po­mo­gła jej wstać.

– Wejdź, ko­cha­nie. Chodź­my do środ­ka. Zro­bię her­ba­ty i opo­wiesz mi, co się sta­ło.

Emmy po­cią­gnę­ła no­sem.

– O Boże, za­po­mnia­łam… jest po­nie­dzia­łek. Nie chcę ci prze­szka­dzać. Dam so­bie radę…

– Nie bądź śmiesz­na. Nic ta­kie­go nie ro­bi­łam – skła­ma­ła Le­igh. – Wchodź za­raz.

Za­pro­wa­dzi­ła Emmy do sofy i po­kle­pa­ła ta­pi­ce­ro­wa­ny pod­ło­kiet­nik, by wska­zać, gdzie ma oprzeć gło­wę, po czym znik­nę­ła za ścia­ną od­dzie­la­ją­cą sa­lon od kuch­ni. Z bla­ta­mi z na­kra­pia­ne­go gra­ni­tu i wy­po­sa­że­niem z nie­rdzew­nej sta­li kuch­nia była ulu­bio­nym po­miesz­cze­niem Le­igh w ca­łym miesz­ka­niu. Wszyst­kie garn­ki i pa­tel­nie wi­sia­ły na ha­czy­kach pod szaf­ka­mi, usze­re­go­wa­ne we­dług wiel­ko­ści, a przy­bo­ry i przy­pra­wy z ob­se­syj­ną schlud­no­ścią umie­ści­ła w pa­su­ją­cych po­jem­ni­kach ze sta­li i szkła. Okru­chy, pla­my, opa­ko­wa­nia, brud­ne na­czy­nia nie mia­ły tu ra­cji bytu. Lo­dów­ka wy­glą­da­ła, jak­by ktoś ją przed chwi­lą od­ku­rzył, na bla­tach nie było ani śla­du smug. Gdy­by po­miesz­cze­nie mo­gło sta­no­wić per­so­ni­fi­ka­cję neu­ro­tycz­nej oso­bo­wo­ści wła­ści­cie­la, kuch­nia i Le­igh by­ły­by jed­no­ja­jo­wy­mi bliź­niacz­ka­mi.

Na­peł­ni­ła czaj­nik (ku­pio­ny za­le­d­wie w ubie­głym ty­go­dniu na wy­prze­da­ży sprzę­tów go­spo­dar­stwa do­mo­we­go u Blo­oming­da­le’a, bo kto po­wie­dział, że czło­wiek ma pra­wo do no­wych rze­czy tyl­ko z oka­zji ślu­bu?), po­sta­wi­ła na tacy ta­le­rzy­ki z se­rem i kra­ker­sa­mi, po czym zaj­rza­ła przez okno do sa­lo­nu, by upew­nić się, że Emmy wy­god­nie leży. Wi­dząc ją pła­sko na ple­cach, ra­mie­niem za­kry­wa­ją­cą oczy, ukrad­kiem wzię­ła ko­mór­kę i zna­la­zła w książ­ce te­le­fo­nicz­nej na­zwi­sko Ad­ria­ny. Na­pi­sa­ła: „SOS. E. i D. ze­rwa­li. Zejdź tu TE­RAZ”.

– Masz ad­vil?! – za­wo­ła­ła Emmy z sa­lo­nu. A po­tem, znacz­nie ci­szej, do­da­ła: – Dun­can za­wsze no­sił przy so­bie ad­vil.

Le­igh otwo­rzy­ła usta, żeby po­wie­dzieć, że Dun­can za­wsze no­sił przy so­bie mnó­stwo rze­czy – wi­zy­tów­kę ulu­bio­nej agen­cji to­wa­rzy­skiej, wła­sne zdję­cie z cza­sów dzie­ciń­stwa. Cza­sem no­sił też coś w so­bie, na przy­kład bro­daw­ki na ge­ni­ta­liach, któ­re, jak przy­się­gał, wca­le nie były we­ne­rycz­ne. Opa­no­wa­ła się jed­nak. Po pierw­sze nie chcia­ła przy­spa­rzać Emmy wię­cej cier­pień, po dru­gie uni­ka­ła hi­po­kry­zji: wbrew po­wszech­ne­mu prze­ko­na­niu zwią­zek Le­igh też był da­le­ki od ide­ału. Od­su­nę­ła jed­nak od sie­bie myśl o Rus­sel­lu.

– Ja­sne, za­raz przy­nio­sę – po­wie­dzia­ła, wy­łą­cza­jąc gwiż­dżą­cy czaj­nik. – Her­ba­ta go­to­wa.

Dziew­czy­ny upi­ły po łyku her­ba­ty, gdy ode­zwał się dzwo­nek. Emmy spoj­rza­ła na Le­igh, któ­ra po­wie­dzia­ła tyl­ko:

– Ad­ria­na.

– Otwar­te! – za­wo­ła­ła go­spo­dy­ni w stro­nę drzwi fron­to­wych, ale Ad­ria­na zdą­ży­ła sama to spraw­dzić. Wpa­dła do sa­lo­nu i z rę­ka­mi na bio­drach przyj­rza­ła się ca­łej sce­nie.

– Co się tu dzie­je? – za­żą­da­ła od­po­wie­dzi. Lek­ki bra­zy­lij­ski ak­cent, nie­wie­le wię­cej niż mięk­kie sek­sow­ne se­ple­nie­nie, gdy była spo­koj­na, spra­wiał, że nie­mal nie moż­na jej było zro­zu­mieć, gdy czu­ła się, we­dług wła­snych słów, „roz­na­mięt­nio­na” przez coś lub ko­goś. Czy­li wła­ści­wie za­wsze. – Gdzie na­po­je?

Le­igh wska­za­ła kuch­nię.

– Woda jest jesz­cze go­rą­ca. Zaj­rzyj do szaf­ki nad mi­kro­fa­lów­ką. Mam masę róż­nych sma­ków.

– Żad­nej her­ba­ty! – wrza­snę­ła Ad­ria­na i wska­za­ła Emmy. – Nie wi­dzisz, że dziew­czy­na się sy­pie? Po­trzeb­ne nam praw­dzi­we na­po­je. Przy­go­tu­ję ca­ipi­rin­has.

– Nie mam mię­ty. Ani li­mo­nek. Wła­ści­wie na­wet nie wiem, czy mam wła­ści­wy al­ko­hol – stwier­dzi­ła Le­igh.

– Wszyst­ko przy­nio­słam. – Ad­ria­na unio­sła nad gło­wę dużą pa­pie­ro­wą tor­bę i uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

Le­igh czę­sto uwa­ża­ła ob­ce­so­wość Ad­ria­ny za iry­tu­ją­cą, cza­sem na­wet tro­chę przy­tła­cza­ją­cą, ale dziś wie­czo­rem była jej wdzięcz­na za prze­ję­cie kon­tro­li nad sy­tu­acją. Mi­nę­ło dwa­na­ście lat, od­kąd Le­igh po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła uśmiech Ad­ria­ny, a wciąż spra­wiał, że czu­ła się oszo­ło­mio­na i za­nie­po­ko­jo­na. Jak ktoś może być tak pięk­ny? – za­sta­na­wia­ła się po raz ty­sięcz­ny. Jaka to wyż­sza siła za­aran­żo­wa­ła tak ide­al­ne po­łą­cze­nie ge­nów? Kto uznał, że ta jed­na po­je­dyn­cza du­sza za­słu­ży­ła na ta­kie cia­ło? To było zde­cy­do­wa­nie nie fair.

Mi­nę­ło jesz­cze kil­ka mi­nut, za­nim drin­ki zo­sta­ły przy­go­to­wa­ne i roz­da­ne, a dziew­czy­ny usa­do­wi­ły się wy­god­nie. Emmy i Ad­ria­na wy­cią­gnię­te na ka­na­pie, Le­igh po tu­rec­ku na pod­ło­dze.

– No więc mów, co się sta­ło – po­pro­si­ła Le­igh, ła­piąc Emmy za kost­kę. – Nie spiesz się i po pro­stu wszyst­ko nam opo­wiedz.

Emmy wes­tchnę­ła i po raz pierw­szy, od­kąd przy­szła, wy­glą­da­ła na spo­koj­ną.

– Nie mam zbyt wie­le do opo­wia­da­nia. Jest ab­so­lut­nie roz­kosz­na… Uro­cza do wy­rzy­ga­nia. I mło­da. Bar­dzo, bar­dzo mło­da.

– Co to zna­czy „bar­dzo, bar­dzo mło­da”? – chcia­ła wie­dzieć Le­igh.

– Dwa­dzie­ścia trzy.

– To nie taka mło­da.

– Ma pro­fil na My­Spa­ce – do­da­ła Emmy.

Le­igh się skrzy­wi­ła.

– I jest na Fa­ce­bo­oku.

– Do­bry Boże – mruk­nę­ła Ad­ria­na.

– Tak, wiem. Jej ulu­bio­ny ko­lor to la­wen­do­wy, a ulu­bio­na książ­ka Die­ta So­uth Be­ach. Po pro­stu „uwiel­bia” su­ro­we cia­sto, spo­tka­nia przy ogni­sku i so­bot­nie po­ran­ne kre­sków­ki. Och, i po pro­stu „musi” prze­spać dzie­więć go­dzin, bo robi się bar­dzo, bar­dzo draż­li­wa.

– Co jesz­cze? – za­py­ta­ła Le­igh, cho­ciaż po­tra­fi­ła prze­wi­dzieć od­po­wiedź.

– A co jesz­cze chcesz wie­dzieć?

Ad­ria­na roz­po­czę­ła run­dę py­tań:

– Na­zwi­sko?

– Brian­na Shel­don.

– Col­le­ge?

– Uni­wer­sy­tet Me­to­dy­stów w Dal­las, ko­mu­ni­ka­cja, Kap­pa Kap­pa Gam­ma. – Emmy wy­mó­wi­ła trzy ostat­nie sło­wa, ide­al­nie na­śla­du­jąc wy­mo­wę roz­pusz­czo­nej próż­nej dzie­wu­chy.

– Po­cho­dzi z…

– Uro­dzo­na w Rich­mond, wy­cho­wa­na na przed­mie­ściach Char­le­sto­nu.

– Mu­zy­ka?

– Jak­byś nie wie­dzia­ła. Ken­ny Che­sney.

– Sport w li­ceum?

– Po­wiedz­my to jed­no­cze­śnie… – za­pro­po­no­wa­ła Emmy.

– Che­er­le­ader­ka! – Ad­ria­na i Le­igh krzyk­nę­ły ra­zem.

– Ja­sne. – Emmy wes­tchnę­ła, ale po­tem lek­ko się uśmiech­nę­ła. – Na stro­nie ja­kie­goś fo­to­gra­fa zna­la­złam jej zdję­cia ze ślu­bu sio­stry. Wy­glą­da ład­nie na­wet w szma­rag­do­wej taf­cie. Do­słow­nie mnie od tego mdli.

Dziew­czy­ny się ro­ze­śmia­ły, wszyst­kie obzna­jo­mio­ne z naj­star­szą tra­dy­cją, sprzy­ja­ją­cą two­rze­niu wię­zi mię­dzy ko­bie­ta­mi. Kie­dy two­je ży­cie spły­wa w ki­blu, bo były chło­pak na­gle po­ja­wił się na stro­nie dla no­wo­żeń­ców wed­ding­chan­nel.com, nic tak nie po­cie­sza, jak ob­ga­da­nie jego no­wej dziew­czy­ny. Od tego zresz­tą za­czę­ła się ich przy­jaźń. Le­igh i Emmy po­zna­ły się na astro­no­mii. Obie wy­bra­ły te za­ję­cia, by zre­ali­zo­wać wy­ma­ga­nia pro­gra­mo­we w kwe­stii przed­mio­tów ści­słych. Żad­na nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że astro­no­mia to w rze­czy­wi­sto­ści wy­bu­cho­wa mie­szan­ka che­mii, ra­chun­ku róż­nicz­ko­we­go oraz fi­zy­ki, a nie oka­zja, by po­znać wszyst­kie kon­ste­la­cje i po­oglą­dać ślicz­ne gwiaz­dy, jak mia­ły na­dzie­ję. Na ćwi­cze­niach były naj­gor­sze i mia­ły naj­niż­sze oce­ny, a ich opie­kun na­uko­wy do­ło­żył do tego ka­za­nia wy­star­cza­ją­co dłu­gie, by do­tar­ło do nich, że albo za­czną się uczyć, albo nie do­sta­ną za­li­cze­nia. Skło­ni­ło to dziew­czy­ny do spo­ty­ka­nia się trzy razy w ty­go­dniu w po­miesz­cze­niu do na­uki w aka­de­mi­ku Emmy, prze­szklo­nej, oświe­tlo­nej ja­rze­niów­ka­mi klit­ce, wci­śnię­tej mię­dzy kuch­nię a ła­zien­kę. Za­czę­ły wła­śnie zma­gać się z no­tat­ka­mi do zbli­ża­ją­cych się eg­za­mi­nów, gdy usły­sza­ły bęb­nie­nie, a po­tem zde­cy­do­wa­nie ko­bie­ce wrza­ski. Spoj­rza­ły na sie­bie z uśmie­chem, słu­cha­jąc peł­nych zło­ści słów, rzu­ca­nych na dole w ko­ry­ta­rzu, pew­ne, że to ko­lej­na kłót­nia mię­dzy wzgar­dzo­ną stu­dent­ką a pi­ja­nym fa­ce­tem, któ­ry „dzień po” nie za­dzwo­nił. Krzy­ki prze­nio­sły się wy­żej i po chwi­li Emmy oraz Le­igh zo­ba­czy­ły, jak do­kład­nie pod ich drzwia­mi wspa­nia­łą blon­dyn­kę o mio­do­wych wło­sach i sek­sow­nym ak­cen­cie za­le­wa fala słów blon­dyn­ki roz­hi­ste­ry­zo­wa­nej, czer­wo­nej na twa­rzy i znacz­nie brzyd­szej.

– Nie mogę uwie­rzyć, że na cie­bie gło­so­wa­łam!

– Wrzesz­cza­ła ta o czer­wo­nej twa­rzy. – Wy­stą­pi­łam przed całą ka­pi­tu­łą, żeby wy­po­wie­dzieć się na two­ją ko­rzyść, i tak się od­wdzię­czasz? Sy­pia­jąc z moim chło­pa­kiem?

Pięk­ność z ak­cen­tem wes­tchnę­ła, po czym ode­zwa­ła się ze spo­koj­ną re­zy­gna­cją:

– An­nie, już mó­wi­łam, że mi przy­kro. Nig­dy bym tego nie zro­bi­ła, gdy­bym wie­dzia­ła, że to twój chło­pak.

Krzy­kacz­ki to nie uspo­ko­iło.

– Jak mo­głaś nie wie­dzieć? Je­ste­śmy ra­zem od mie­się­cy!

– Nie wie­dzia­łam, bo to on mnie wczo­raj za­cze­pił, on ze mną flir­to­wał, ku­po­wał mi drin­ki i za­pro­sił na im­pre­zę brac­twa. Prze­pra­szam, że nie przy­szło mi do gło­wy, że ma dziew­czy­nę. Gdy­by przy­szło, za­pew­niam cię, że nie by­ła­bym za­in­te­re­so­wa­na. – Dziew­czy­na prze­pra­sza­ją­cym ge­stem wy­cią­gnę­ła rękę na zgo­dę. – Pro­szę. Fa­ce­ci nie są tacy waż­ni. Za­po­mnij­my o tym, do­brze?

– Za­po­mnij­my? – Roz­złosz­czo­na dziew­czy­na syk­nę­ła, a wła­ści­wie pra­wie wark­nę­ła przez za­ci­śnię­te zęby: – Je­steś tyl­ko małą ku­rew­ką z pierw­sze­go roku, któ­ra sy­pia z se­nio­ra­mi, bo my­śli, że ją lu­bią. Trzy­maj się z da­le­ka ode mnie i trzy­maj się z da­le­ka od nie­go. I precz z mo­je­go ży­cia z tym głu­pim pusz­czal­stwem. Zro­zu­mia­no?! – Jej głos na­bie­rał siły, py­ta­nie do Ad­ria­ny, czy zro­zu­mia­ła, zo­sta­ło już wy­krzy­cza­ne.

Emmy i Le­igh przy­glą­da­ły się, jak Ad­ria­na zmie­rzy­ła dziew­czy­nę prze­cią­głym spoj­rze­niem, naj­wy­raź­niej za­sta­na­wia­jąc się, co od­po­wie­dzieć, a po­tem, zmie­nia­jąc zda­nie, po­wie­dzia­ła po pro­stu:

– Bar­dzo do­brze zro­zu­mia­łam.

Wście­kła blon­dyn­ka okrę­ci­ła się na pię­cie bu­tów fir­my Puma i wy­bie­gła. Ad­ria­na wresz­cie po­zwo­li­ła so­bie na uśmiech, i to za­nim jesz­cze za­uwa­ży­ła, że Emmy i Le­igh przy­glą­da­ją jej się z po­ko­ju.

– Wi­dzia­ły­ście to? – za­py­ta­ła, sta­jąc w drzwiach.

Emmy kaszl­nę­ła, a Le­igh za­czer­wie­ni­ła się i kiw­nę­ła gło­wą.

– Była na­praw­dę wku­rzo­na – stwier­dzi­ła.

Ad­ria­na się ro­ze­śmia­ła.

– Jak to uprzej­mie za­uwa­ży­ła, je­stem tyl­ko głu­pią stu­dent­ką pierw­sze­go roku. Skąd mam wie­dzieć, kto tu z kim cho­dzi? Szcze­gól­nie, kie­dy rze­czo­ny fa­cet spę­dził pół nocy, opo­wia­da­jąc mi, jak wspa­nia­le jest być sin­glem po trwa­ją­cym czte­ry ostat­nie mie­sią­ce związ­ku. Mia­łam za­cią­gnąć go do wy­kry­wa­cza kłamstw?

Le­igh od­chy­li­ła się na krze­śle i wy­pi­ła łyk die­te­tycz­nej coli.

– Może po­win­naś za­cząć no­sić ze sobą li­stę wszyst­kich stu­den­tek po­wy­żej pierw­sze­go roku z nu­me­ra­mi te­le­fo­nów? W ten spo­sób za każ­dym ra­zem, kie­dy spo­tkasz fa­ce­ta, mo­żesz je ob­dzwo­nić i spraw­dzić, czy jest wol­ny.

Twarz blon­dyn­ki roz­ja­śnił sze­ro­ki uśmiech i Le­igh zo­sta­ła ocza­ro­wa­na: od razu zro­zu­mia­ła, dla­cze­go chło­pak z po­przed­nie­go wie­czo­ru w obec­no­ści Ad­ria­ny zu­peł­nie za­po­mniał o swo­jej dziew­czy­nie.

– Je­stem Ad­ria­na – przed­sta­wi­ła się pięk­ność, ma­cha­jąc naj­pierw w stro­nę Le­igh, a po­tem Emmy. – Naj­wy­raź­niej zna­na też jako kró­lo­wa suka rocz­ni­ka dwa ty­sią­ce.

– Je­stem Le­igh. W na­stęp­nym se­me­strze chcia­łam się za­pi­sać do brac­twa, ale to było, za­nim po­zna­łam two­ją zna­jo­mą. Dzię­ki za po­ży­tecz­ną lek­cję.

Emmy za­gię­ła róg w skryp­cie i uśmiech­nę­ła się do Ad­ria­ny.

– Mam na imię Emmy, zna­na też jako ostat­nia dzie­wi­ca z rocz­ni­ka dwa ty­sią­ce, w ra­zie gdy­byś nie sły­sza­ła. Miło cię po­znać.

*

Dziew­czy­ny roz­ma­wia­ły tego wie­czo­ru przez trzy go­dzi­ny, a kie­dy skoń­czy­ły, mia­ły usta­lo­ny plan gry na kil­ka na­stęp­nych ty­go­dni: Ad­ria­na wy­stą­pi z brac­twa, do któ­re­go się za­pi­sa­ła pod przy­mu­sem (na­cisk ze stro­ny mat­ki), Le­igh wy­co­fa swo­je po­da­nie o przy­ję­cie do brac­twa na wio­snę, a Emmy stra­ci dzie­wic­two, gdy tyl­ko spo­tka od­po­wied­nie­go chło­pa­ka. Pod­czas dwu­na­stu lat, któ­re mi­nę­ły od tam­tej nocy, dziew­czy­ny le­d­wie mia­ły czas za­czerp­nąć po­wie­trza.

– I tak się też zło­ży­ło, że na jej stro­nie we Friend­sta­ir prze­czy­ta­łam, że… oczy­wi­ście ko­rzy­sta­jąc z ha­sła Dun­ca­na… że ma­rzy o dwóch chłop­cach i dziew­czyn­ce i chce być mło­dą mamą. Czy to nie roz­kosz­ne? Nie wy­glą­da­ło na to, żeby Dun­can się tym prze­jął.

Le­igh i Ad­ria­na wy­mie­ni­ły spoj­rze­nia, a po­tem zer­k­nę­ły na Emmy, któ­ra w sku­pie­niu usu­wa­ła skór­kę przy pa­znok­ciu w aż na­zbyt wi­docz­nym wy­sił­ku, by się nie roz­pła­kać.

Więc o to cho­dzi. Wiek no­wej dziew­czy­ny, to, że była che­er­le­ader­ką, a na­wet roz­kosz­niut­kie imię mo­gły być wku­rza­ją­ce, ale do znie­sie­nia. Praw­dzi­wym gwoź­dziem do trum­ny oka­zał się fakt, że ona też chcia­ła zo­stać mamą naj­wcze­śniej, jak to moż­li­we. Od­kąd kto­kol­wiek się­gał pa­mię­cią, Emmy bar­dzo wy­raź­nie ar­ty­ku­ło­wa­ła pra­gnie­nie po­sia­da­nia dzie­ci. Mia­ła na tym punk­cie ob­se­sję. Każ­de­mu, kto chciał słu­chać, opo­wia­da­ła, że chce mieć wiel­ką ro­dzi­nę i to naj­szyb­ciej, jak się da. Czwór­kę, piąt­kę, szóst­kę dzie­ci – chłop­ców, dziew­czyn­ki, kil­ko­ro każ­dej płci, dla Emmy nie mia­ło to zna­cze­nia pod wa­run­kiem, że wy­da­rzy się… wkrót­ce. I cho­ciaż Dun­can le­piej niż kto­kol­wiek inny wie­dział, jak bar­dzo Emmy pra­gnie zo­stać mamą, uda­ło mu się wy­krę­cić od ja­kiej­kol­wiek po­waż­nej dys­ku­sji na ten te­mat. Przez pierw­sze dwa lata związ­ku Emmy za­cho­wy­wa­ła to ma­rze­nie dla sie­bie. Mie­li po dwa­dzie­ścia pięć lat i na­wet ona wie­dzia­ła, że ma masę cza­su. Jed­nak w mia­rę, jak mi­ja­ły ich wspól­ne lata, i to z ko­smicz­ną pręd­ko­ścią, Emmy za­czę­ła na­le­gać, a Dun­can za­czął być ostroż­ny. Mó­wił rze­czy typu „sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc, są szan­se, że pew­ne­go dnia będę miał dzie­ci”, a Emmy igno­ro­wa­ła jego brak en­tu­zja­zmu i wy­bór za­im­ka oso­bo­we­go, sku­pia­jąc się na fak­cie, że Dun­can wy­po­wie­dział te trzy cza­ro­dziej­skie sło­wa: „będę miał dzie­ci”. To z po­wo­du owych trzech ma­gicz­nych słów Emmy zga­dza­ła się na noc­ne nie­obec­no­ści Dun­ca­na „z po­wo­dów służ­bo­wych” i raz – bóg je­den wie dla­cze­go – za­ak­cep­to­wa­ła nie­wy­ja­śnio­ny wy­syp chla­my­dii. Aż wresz­cie zgo­dził się zo­stać oj­cem jej przy­szłych dzie­ci.

Ad­ria­na prze­rwa­ła mil­cze­nie, ro­biąc to, co za­wsze ro­bi­ła, gdy czu­ła się nie­swo­jo: zmie­ni­ła te­mat.

– Le­igh, qu­eri­da, na dwo­rze jest dwa­dzie­ścia stop­ni, dla­cze­go je­steś ubra­na jak w środ­ku zimy?

Le­igh spoj­rza­ła na swo­je gru­be spodnie z po­la­ru i blu­zę do kom­ple­tu i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie czu­jesz się do­brze? Jest ci zim­no?

– Nie wiem, po pro­stu mia­łam to pod ręką. Ja­kie to ma zna­cze­nie?

– Nie, żeby mia­ło zna­cze­nie, po pro­stu to dziw­ne, że ktoś tak, jak by to ująć, wraż­li­wy na tem­pe­ra­tu­rę, te­raz na­wet nie ob­le­wa się po­tem.

Le­igh nie mia­ła za­mia­ru przy­znać, że wła­ści­wie jest jej cie­pło – za cie­pło – ale ist­nia­ły oko­licz­no­ści ła­go­dzą­ce. Ad­ria­na mo­gła py­tać, jed­nak sta­now­czo nie chcia­ła usły­szeć, że Le­igh opa­tu­li­ła się tak szczel­nie, bo nie zno­si­ła, kie­dy jej ra­mio­na i uda przy­kle­ja­ły się do skó­rza­nej sofy, że oczy­wi­ście wo­la­ła­by sie­dzieć w bok­ser­kach i to­pie, ale z po­wo­du lep­ko­ści skó­ry w kon­tak­cie z cia­łem, nie wspo­mi­na­jąc już o iry­tu­ją­cym dźwię­ku za każ­dym ra­zem, gdy zmie­nia­ła po­zy­cję, nie było to moż­li­we. Le­igh wie­dzia­ła, że uzna­ły­by ją za wa­riat­kę, gdy­by wy­ja­śni­ła, że zu­ży­ła już wszyst­kie lek­kie dłu­gie spodnie od pi­ża­my i na­wet spodnie do jogi, a to dla­te­go, że wo­la­ła no­sić je bez bie­li­zny pod spodem, przez co funk­cjo­no­wa­ły jako jed­no­ra­zów­ki i szyb­ko tra­fia­ły do pra­nia. Więc tak na­praw­dę mia­ła na so­bie dres z po­la­ru tyl­ko dla­te­go, że był je­dy­ną czy­stą rze­czą mo­gą­cą ochro­nić ją przed okrop­ną skó­rza­ną sofą, któ­rą i jej mat­ka, i Emmy uzna­ły za naj­od­po­wied­niej­szą, cho­ciaż Le­igh tak na­praw­dę chcia­ła sofę obi­tą tka­ni­ną, sie­dze­nie na któ­rej nie przy­po­mi­na­ło­by tkwie­nia w ka­dzi z lep­kim ce­men­tem. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że za kil­ka krót­kich mie­się­cy (sześć) na­dej­dzie zima, a ona nadal bę­dzie ska­za­na na strój Eski­mo­sa, po­nie­waż, choć­by w miesz­ka­niu było cie­pło jak w uchu, ka­na­pa przy ze­tknię­ciu z gołą skó­rą bę­dzie zim­na jak lód, a nie przy­tul­na i cie­pła jak mi­kro­zamsz, za któ­rym gło­so­wa­ła cała resz­ta. Nie, naj­le­piej po pro­stu to wszyst­ko prze­mil­czeć.

– Hmm – mruk­nę­ła Le­igh, ma­jąc na­dzie­ję za­koń­czyć roz­mo­wę bez udzie­la­nia od­po­wie­dzi. – Chy­ba je­ste­śmy go­to­we na ko­lej­ną run­dę.

Dru­gi drink wszedł ła­twiej niż pierw­szy, praw­dę mó­wiąc z taką ła­two­ścią, że na­wet wzmo­żo­ny ło­mot z góry nie spra­wiał, że Le­igh czu­ła się… wy­trą­co­na z rów­no­wa­gi. Przy­szedł czas na przy­ja­ciel­ską ofen­sy­wę.

– No do­brze, po­wiedz nam o Dun­ca­nie trzy rze­czy, któ­re na­peł­nią che­er­le­ader­kę praw­dzi­wym obrzy­dze­niem – za­żą­da­ła Le­igh, łą­cząc po­de­szwy stóp i przy­ci­ska­jąc ko­la­na do pod­ło­gi, co spra­wi­ło, że po­czu­ła, jak na­cią­ga­ją jej się we­wnętrz­ne mię­śnie ud.

– Tak, tak, świet­ny po­mysł. – Ad­ria­na kiw­nę­ła gło­wą.

Ko­smyk na­tu­ral­nie ciem­nych wło­sów Emmy – jako je­dy­na ko­bie­ta na ca­łym Man­hat­ta­nie nig­dy nie far­bo­wa­ła, nie roz­ja­śnia­ła i nie pro­sto­wa­ła wło­sów ani nie ro­bi­ła trwa­łej, nie spry­ski­wa­ła na­wet dłu­giej do ra­mion czu­pry­ny so­kiem cy­try­no­wym – wy­su­nął się z koń­skie­go ogo­na, za­kry­wa­jąc po­ło­wę czo­ła i całe lewe oko. Le­igh mia­ła ocho­tę wsu­nąć go Emmy za ucho, ale się po­wstrzy­ma­ła. Za­miast tego wsu­nę­ła do ust ko­lej­ny ka­wa­łek ni­co­ret­te.

Emmy pod­nio­sła wzrok.

– O co ci cho­dzi?

– No wiesz, ja­kie ma wady. Ohyd­ne przy­zwy­cza­je­nia. Wstręt­ne se­kre­ty – wy­ja­śni­ła Le­igh.

Ad­ria­na z iry­ta­cją wy­rzu­ci­ła ręce w po­wie­trze.

– Daj spo­kój, Emmy. Co­kol­wiek! Dzi­wac­twa, za­ha­mo­wa­nia, ob­se­sje, uza­leż­nie­nia, se­kre­ty… le­piej się po tym po­czu­jesz. Po­wiedz nam, co jest z nim nie tak.

Emmy po­cią­gnę­ła no­sem.

– Nic…

– Nie waż się po­wie­dzieć, że nic – prze­rwa­ła jej Le­igh.

– Dun­can był oczy­wi­ście bar­dzo… – umil­kła, chcąc po­wie­dzieć „nie­szcze­ry”, „skłon­ny do ma­ni­pu­la­cji” albo „pod­stęp­ny”, ale w samą porę się po­wstrzy­ma­ła – …cza­ru­ją­cy, ale mu­sia­ło być coś, o czym nam nie po­wie­dzia­łaś. Ja­kaś taj­na in­for­ma­cja, któ­ra spra­wi, że re­zo­lut­na Brian­na za­wie­si swo­je pom­po­ny na koł­ku.

– Nar­cy­stycz­ne za­bu­rze­nie oso­bo­wo­ści? – pod­su­nę­ła Ad­ria­na.

Le­igh pod­ję­ła prze­ko­ma­rza­nie.

– Za­bu­rze­nia erek­cji?

– Uza­leż­nie­nie od ha­zar­du?

– Pła­kał wię­cej od cie­bie?

– Był agre­syw­ny po al­ko­ho­lu?

– Miał kło­po­ty z ma­mu­sią?

– Się­gnij głę­biej – przy­na­gli­ła Le­igh.

– No więc była taka rzecz, któ­rą za­wsze uwa­ża­łam za tro­chę dziw­ną… – przy­zna­ła wresz­cie Emmy.

Dziew­czy­ny spoj­rza­ły na nią wy­cze­ku­ją­co.

– Nie, żeby to było coś po­waż­ne­go. I nie pod­czas sek­su ani nic – do­da­ła szyb­ko.

– Od razu zro­bi­ło się cie­ka­wiej – stwier­dzi­ła Ad­ria­na.

– Wy­rzuć to z sie­bie, Emmy – za­chę­ci­ła przy­ja­ciół­kę Le­igh.

– On… – Kaszl­nę­ła i od­chrząk­nę­ła. – Wła­ści­wie nig­dy o tym nie roz­ma­wia­li­śmy, ale on, eee, cza­sa­mi no­sił do pra­cy moje majt­ki.

Ta re­we­la­cja spra­wi­ła, że dwie oso­by, któ­re uwa­ża­ły się za pro­fe­sjo­nal­ne ga­du­ły, za­mil­kły. Plo­tły trzy po trzy na se­sjach u psy­cho­lo­ga, po­tra­fi­ły wy­łgać się z man­da­tów i wkrę­cić do re­stau­ra­cji bez jed­ne­go wol­ne­go miej­sca, ale przez wie­le se­kund – moż­li­we, że całą mi­nu­tę – żad­na nie była w sta­nie zdo­być się na choć­by w naj­mniej­szym stop­niu lo­gicz­ną czy ra­cjo­nal­ną re­ak­cję na tę in­for­ma­cję.

Pierw­sza do­szła do sie­bie Ad­ria­na.

– „Majt­ki” to ohyd­ne sło­wo – stwier­dzi­ła. Ścią­gnę­ła brwi i opróż­ni­ła dzba­nek, wle­wa­jąc resz­tę kok­taj­lu do swo­je­go kie­lisz­ka.

Le­igh się na nią za­ga­pi­ła.

– Nie mogę uwie­rzyć, że je­steś taka try­wial­na. Jed­na z na­szych naj­lep­szych przy­ja­ció­łek wła­śnie ci po­wie­dzia­ła, że jej chło­pak, z któ­rym spę­dzi­ła pra­wie pięć lat, lubi no­sić jej majt­ki, a ty naj­więk­szy pro­blem masz z sa­mym sło­wem?

– Wska­zu­ję tyl­ko na jego re­la­tyw­ną ohy­dę. Wszyst­kie ko­bie­ty nie­na­wi­dzą tego sło­wa. „Majt­ki”. Po pro­stu to po­wiedz. „majt­ki”. Mam od tego gę­sią skó­rę.

– Ad­ria­no! On no­sił jej bie­li­znę.

– Wiem, mo­żesz mi wie­rzyć, że sły­sza­łam. Zro­bi­łam tyl­ko uwa­gę, za­uważ, że w na­wia­sie, że w przy­szło­ści nie po­win­ny­śmy ra­czej uży­wać tego sło­wa. „Majt­ki”. Fuj. Nie jest obrzy­dli­we?

Le­igh za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę.

– Tak, chy­ba tak. Ale nie to sta­no­wi isto­ty spra­wy.

Ad­ria­na na­pi­ła się i zna­czą­co spoj­rza­ła na Le­igh.

– Więc co w ta­kim ra­zie?

– Fakt, że jej chło­pak – Le­igh wska­za­ła Emmy, któ­ra przy­słu­chi­wa­ła się tej wy­mia­nie zdań z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i zdez­o­rien­to­wa­ną miną – co­dzien­nie wkła­dał gar­ni­tur i wy­cho­dził do biu­ra, że pod tym gar­ni­tu­rem miał na so­bie parę roz­kosz­nych maj­te­czek z ko­ron­ka­mi. Czy to nie po­ru­sza cię bar­dziej niż sło­wo „majt­ki”?

Do­pie­ro gdy Emmy gwał­tow­nie na­bra­ła po­wie­trza, Le­igh zda­ła so­bie spra­wę, że po­su­nę­ła się za da­le­ko.

– O mój Boże, prze­pra­szam, ko­cha­nie. Nie chcia­łam, żeby to za­brzmia­ło tak okrop­nie, jak…

Emmy unio­sła dłoń, roz­sta­wia­jąc pal­ce.

– Prze­stań, pro­szę.

– By­łam taka nie­de­li­kat­na. Przy­się­gam, że na­wet…

– Cho­dzi o to, że wszyst­ko źle zro­zu­mia­łaś. Dun­can nig­dy nie in­te­re­so­wał się mo­imi ko­ron­ko­wy­mi gat­ka­mi. Ani bio­drów­ka­mi czy szor­ta­mi, je­śli już o to cho­dzi. – Emmy uśmiech­nę­ła się szel­mow­sko. – Ale naj­wy­raź­niej da­rzył uczu­ciem moje strin­gi.

*

– Hej, suko, te­raz mogę cię wziąć. – Gil­les klep­nął Ad­ria­nę w ra­mię, prze­cho­dząc obok i nie­mal wy­trą­ca­jąc jej ko­mór­kę, któ­rą przy­trzy­my­wa­ła mię­dzy pod­bród­kiem a le­wym ra­mie­niem. – I rusz się. Mam cie­kaw­sze rze­czy do ro­bo­ty niż słu­chać, jak upra­wiasz seks przez te­le­fon.

Star­sze pa­nie pod­nio­sły wzrok znad swych „Vo­gue’ów” i „Town and Co­un­tries”, z dez­apro­ba­tą przyj­mu­jąc to nie­sto­sow­ne za­cho­wa­nie, tę kom­plet­ną igno­ran­cję w kwe­stii pod­sta­wo­wych za­sad wła­sne­go wy­cho­wa­nia. Pod­nio­sły wzrok w samą porę, by zo­ba­czyć, że Ad­ria­na od­sta­wia por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę na spodek i, ma­jąc jed­ną rękę wol­ną, uno­si pra­we ra­mię nad gło­wę, po czym wy­sta­wia środ­ko­wy pa­lec. Zro­bi­ła to, nie od­wra­ca­jąc się, wciąż po­grą­żo­na w pro­wa­dzo­nej roz­mo­wie.

– Tak, qu­eri­do, tak, tak, tak. Bę­dzie ide­al­nie, ide­al­nie.

– Zni­ży­ła głos, ale tyl­ko o pół tonu. – Nie mogę się do­cze­kać, brzmi pysz­nie. Mmm. Cmok, cmok. – Stuk­nę­ła po­la­kie­ro­wa­nym na czer­wo­no pa­znok­ciem w ekran do­ty­ko­wy ipho­ne’a i wrzu­ci­ła go do sze­ro­ko otwar­te­go wor­ka Bot­te­ga Ve­ne­ta.

– Kto w tym ty­go­dniu miał szczę­ście zo­stać two­ją ofia­rą?

– Gil­les za­py­tał o to Ad­ria­nę, gdy tyl­ko do nie­go po­de­szła. Ob­ró­cił krze­sło w jej stro­nę, a ona, świa­do­ma, że sku­pia się na niej uwa­ga ca­łe­go sa­lo­nu, le­ciu­teń­ko się na­chy­li­ła, po­zwa­la­jąc, by je­dwab­na bluz­ka zsu­nę­ła się o kil­ka cen­ty­me­trów z jej pier­si i pupy – cał­kiem spo­rej, ale za­okrą­glo­nej i jędr­nej tak, że za­chwy­ca­ła męż­czyzn – po czym z ide­al­ną gra­cją opa­dła na skó­rę.

– Pro­szę cię, na­praw­dę cię to ob­cho­dzi? To nu­dziarz w łóż­ku, więc tym bar­dziej nie war­to o nim mó­wić.

– Ktoś jest dzi­siaj w do­brym hu­mo­rze. – Sta­nął za Ad­ria­ną, prze­cze­su­jąc jej krę­co­ne wło­sy grze­bie­niem o gru­bych zę­bach, i zwra­ca­jąc się do jej od­bi­cia w lu­strze:

– Ro­zu­miem, że to, co zwy­kle?

– Może tro­chę ja­śniej­sze wo­kół twa­rzy? – Wy­są­czy­ła ostat­nie kro­ple kawy, a po­tem opar­ła gło­wę na pier­si Gil­le­sa i wes­tchnę­ła. – Po­pa­dłam w ru­ty­nę, Gil­les. Zmę­czy­li mnie wszy­scy ci fa­ce­ci, wszyst­kie imio­na i twa­rze, któ­rych nie wol­no po­my­lić, że nie wspo­mnę o ko­sme­ty­kach! Moja ła­zien­ka wy­glą­da jak dro­ge­ria. Mam tyle róż­nych opa­ko­wań pian­ki do go­le­nia i my­deł, że mo­gła­bym otwo­rzyć biz­nes.

– Adi, ko­cha­nie – wie­dział, że nie­na­wi­dzi tego zdrob­nie­nia, więc z roz­ko­szą uży­wał go przy każ­dej moż­li­wej oka­zji – je­steś taka nie­wdzięcz­na. Zda­jesz so­bie spra­wę, ile dziew­czyn za­mie­ni­ło­by się z tobą w mgnie­niu oka, żeby choć na jed­ną noc mieć cia­ło ta­kie jak two­je? Cho­le­ra, do­kład­nie dziś rano cze­sa­łem dwie wscho­dzą­ce gwiaz­dy to­wa­rzy­stwa, któ­re plo­tły, ja­kie to cu­dow­ne masz ży­cie.

– Na­praw­dę? – Wy­dę­ła usta, pa­trząc na sie­bie w lu­strze, ale wy­czuł, że spra­wi­ło jej to przy­jem­ność.

To praw­da, że na­zwi­sko Ad­ria­ny re­gu­lar­nie po­ja­wia­ło się we wszyst­kich li­czą­cych się ko­lum­nach to­wa­rzy­skich – ale cóż mo­gła po­ra­dzić, że fo­to­gra­fo­wie cią­gnę­li za nią sta­da­mi? I oczy­wi­ście znaj­do­wa­ła się na li­ście go­ści nie­mal każ­de­go przy­ję­cia, pro­mo­cji, otwar­cia czy li­czą­cej się im­pre­zy cha­ry­ta­tyw­nej.

I tak, gdy­by była zu­peł­nie uczci­wa, mu­sia­ła­by przy­znać, że w swo­im cza­sie spo­ty­ka­ła się z na­praw­dę bo­ga­ty­mi, wspa­nia­ły­mi i sław­ny­mi fa­ce­ta­mi, jed­nak po­wszech­ne za­ło­że­nie, że atry­bu­ty ba­śnio­we­go ży­cia wy­star­czą jej do szczę­ścia, do­pro­wa­dza­ło Ad­ria­nę do sza­łu. Nie, żeby nie były wspa­nia­łe – albo że skłon­na by­ła­by zre­zy­gno­wać z choć­by jed­nej se­kun­dy wła­snej eg­zy­sten­cji – jed­nak w tak za­awan­so­wa­nym wie­ku (zbli­ża­ła się do trzy­dziest­ki) za­czę­ła po­dej­rze­wać, że może ist­nieć jesz­cze coś in­ne­go.

– Na­praw­dę. Więc uszy do góry, dziew­czy­no. Mo­żesz so­bie roz­ta­czać aniel­ski czar na im­pre­zach, ale w głę­bi du­szy je­steś ze­psu­tą suką i za to cię ko­cham. Poza tym na ostat­niej se­sji zaj­mo­wa­li­śmy się tobą. Te­raz moja ko­lej.

– Z wy­su­nię­tym bio­drem nie­cier­pli­wie wy­cią­gnął rękę i asy­stent­ka, ty­ko­wa­ta bru­net­ka z ocza­mi je­lon­ka Bam­bi i prze­stra­szo­ną miną, w te pędy umie­ści­ła na jego dło­ni ka­wa­łek fo­lii.

Ad­ria­na wes­tchnę­ła i ru­chem ręki wy­sła­ła asy­stent­kę po ko­lej­ne cap­puc­ci­no.

– No do­brze, a co u cie­bie?

– Jak miło, że py­tasz! – Gil­les po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją w po­li­czek. – Niech po­my­ślę. W kwe­stii po­szu­ki­wań męża po­sta­no­wi­łem sku­pić się na fa­ce­tach, któ­rzy są już w po­waż­nych związ­kach. Oczy­wi­ście to do­pie­ro po­czą­tek, ale mam już pew­ne po­zy­tyw­ne re­zul­ta­ty.

Ad­ria­na znów wes­tchnę­ła.

– Czy nie wy­star­czy sin­gli, żeby za­pew­nić ci za­ję­cie? Czy na­praw­dę mu­sisz ba­wić się w nisz­czy­cie­la?

– Wiesz, jak to mó­wią, ko­cha­nie, je­że­li nie mo­żesz mieć szczę­śli­wej ro­dzi­ny, to ja­kąś zniszcz.

– Kto tak mówi?

– Ależ ja oczy­wi­ście. Nie do­wiesz się, co zna­czy mę­ska ra­dość z do­brze zro­bio­nej la­ski, do­pó­ki nie zo­ba­czysz fa­ce­ta, któ­re­mu ktoś ob­cią­gnął ostat­nio dzie­sięć lat temu.

Ad­ria­na ro­ze­śmia­ła się i szyb­ko spu­ści­ła wzrok na ko­la­na. Za­wsze uda­wa­ła non­sza­lan­cję i sta­ra­ła się spra­wiać wra­że­nie, że wy­ra­zi­ste i bez­po­śred­nie opi­sy ge­jow­skie­go sek­su w wy­da­niu Gil­le­sa jej nie bul­wer­su­ją, ale w grun­cie rze­czy czu­ła się z tym tro­chę nie­swo­jo, co z ko­lei ją iry­to­wa­ło. Winą za to sta­ro­świec­kie po­dej­ście do ero­ty­ki obar­cza­ła ro­dzi­ców, któ­rzy, choć wiel­ko­dusz­ni w kwe­stiach fi­nan­so­wych i wy­da­ją­cy pie­nią­dze w wy­ra­fi­no­wa­ny spo­sób, nie na­le­że­li do pio­nie­rów oby­cza­jo­wych. Oczy­wi­ście w kwe­stii wła­sne­go ży­cia mi­ło­sne­go nie była spe­cjal­nie kon­ser­wa­tyw­na – stra­ci­ła dzie­wic­two w wie­ku trzy­na­stu lat i od tam­tej pory spa­ła z dzie­siąt­ka­mi fa­ce­tów.

– Na­praw­dę uwa­żam, że coś w tym jest. – Gil­les z prze­chy­lo­ną na bok gło­wą i czo­łem zmarsz­czo­nym w sku­pie­niu zręcz­nie ukła­dał ka­wał­ki fo­lii wo­kół jej twa­rzy, for­mu­jąc srebr­ną au­re­olę.

Ad­ria­na przy­wy­kła do czę­stych zmian do­ko­ny­wa­nych przez Gil­le­sa „w sty­lu ży­cia” i uwiel­bia­ła re­la­cjo­no­wać je dziew­czę­tom. Po­przed­nie spo­tka­nia za­owo­co­wa­ły pe­reł­ka­mi mą­dro­ści w ro­dza­ju „W ra­zie wąt­pli­wo­ści użyj wo­sku”, „Praw­dzi­wi fa­ce­ci za­trud­nia­ją de­ko­ra­to­rów” i „Pra­cuj nad rzeź­bą, a rand­ka sama cię znaj­dzie”, któ­rych to za­sad trzy­mał się z za­ska­ku­ją­cym upo­rem. Z tru­dem przy­cho­dzi­ło mu trzy­ma­nie się tyl­ko jed­ne­go po­sta­no­wie­nia, po­czy­nio­ne­go pod­czas czter­dzie­stych uro­dzin, kie­dy to wy­rzekł się pro­sty­tu­tek i chłop­ców z agen­cji. („Kur­wi­szo­ny są dla dzie­ci. Od tej chwi­li tyl­ko cy­wi­le”). Ko­lej­na przy­się­ga, że wy­rzek­nie się Ve­gas, od razu skoń­czy­ła się nie­po­wo­dze­niem.

Za­dzwo­ni­ła ko­mór­ka Ad­ria­ny. Za­glą­da­jąc jej przez ra­mię, Gil­les jako pierw­szy zo­ba­czył, że to Le­igh.

– Po­wiedz jej, że je­że­li nie prze­ko­na tego ado­ni­sa, któ­re­go ma za chło­pa­ka, żeby nie­dłu­go wsu­nął jej ob­rącz­kę na pa­lec, po­rwę go i za­po­znam z uro­ka­mi ge­jow­skie­go ży­cia.

– Uhumm, na pew­no jest prze­ra­żo­na. – Do te­le­fo­nu:

– Sły­sza­łaś, Le­igh? Mu­sisz na­tych­miast wyjść za Rus­sel­la albo Gil­les go uwie­dzie.

Gil­les gład­kim ru­chem, po któ­rym na­stą­pi­ło lek­kie wstrzą­śnię­cie nad­garst­ka, wtarł płyn w ko­smyk wło­sów. Po­tem zwi­nął lok i za po­mo­cą pre­cy­zyj­ne­go stuk­nię­cia grze­bie­niem z chrzę­stem otu­lił fo­lią cały lep­ki ba­ła­gan.

– Co po­wie­dzia­ła?

– Że mo­żesz go so­bie wziąć. – Gil­les otwo­rzył usta, ale Ad­ria­na po­krę­ci­ła gło­wą i unio­sła rękę w ge­ście „stop”.

– Świet­nie! Mo­żesz na mnie li­czyć. Oczy­wi­ście mam pla­ny na dzi­siej­szy wie­czór, ale z ulgą przy­wi­tam po­wód, żeby je od­wo­łać. Poza tym, sko­ro Emmy chce wyjść, jak mo­gły­by­śmy ją po­wstrzy­my­wać? O któ­rej? Świet­nie, qu­eri­da, spo­tka­my się w holu o dzie­wią­tej, pa!

– Co się sta­ło Emmy? – za­py­tał Gil­les.

– Dun­can po­znał dwu­dzie­sto­trzy­lat­kę, któ­ra nie może się do­cze­kać, żeby uro­dzić mu dzie­ci.

– Ach, oczy­wi­ście. Jak się trzy­ma?

– Wła­ści­wie to nie wy­da­je mi się, żeby była za­ła­ma­na – stwier­dzi­ła Ad­ria­na, zli­zu­jąc z warg mlecz­ną pian­kę.

– Po pro­stu uwa­ża, że po­win­na być. Gada w sty­lu „już nig­dy ni­ko­go nie po­znam”, ale tak na­praw­dę ma to nie­wie­le wspól­ne­go z tę­sk­no­tą za Dun­ca­nem. Nic jej nie bę­dzie.

Gil­les wes­tchnął.

– Ma­rzę o tym, żeby do­brać się do jej wło­sów. Zda­jesz so­bie spra­wę, jak nie­spo­ty­ka­ne są w dzi­siej­szych cza­sach dzie­wi­cze wło­sy? To coś w ro­dza­ju świę­te­go Gra­ala far­bo­wa­nia.

– Nie za­po­mnę jej tego prze­ka­zać. Masz ocho­tę na wie­czor­ne wyj­ście? Idzie­my na ko­la­cję i drin­ki. Nic wiel­kie­go, same dziew­czy­ny.

– Wiesz, że uwiel­biam bab­skie wie­czo­ry, ale mam rand­kę z kie­row­ni­kiem sali z ze­szłe­go week­en­du. Mam na­dzie­ję, że wska­że mi dro­gę wprost do ci­che­go ką­ci­ka na ty­łach jego sy­pial­ni.

– Będę trzy­ma­ła kciu­ki.

Gil­les za­bez­pie­czył ostat­ni ko­smyk wło­sów fo­lią i roz­ło­żył ręce w ge­ście vo­ila, jed­no­cze­śnie po­dą­ża­jąc wzro­kiem za spoj­rze­niem w stro­nę drzwi.

– Skoń­czy­łem, ko­cha­nie. – Asy­stent­ka o oczach je­lon­ka Bam­bi chwy­ci­ła Ad­ria­nę za ra­mię i za­pro­wa­dzi­ła do su­szar­ki. Gil­les, nie ru­sza­jąc się sprzed lu­stra, za­wo­łał dość gło­śno, żeby wszy­scy – a z pew­no­ścią nowy gość – usły­sze­li:

– Po pro­stu tam siedź i skup się na tym, żeby trzy­mać ko­la­na ra­zem. Wiem, że to nie­ła­twe, ale pro­szę tyl­ko o pięt­na­ście mi­nut.

Ad­ria­na te­atral­nie prze­wró­ci­ła ocza­mi i po­ka­za­ła mu środ­ko­wy pa­lec, tym ra­zem uno­sząc dłoń od­po­wied­nio wy­so­ko, by zo­ba­czył ją cały sa­lon. Z przy­jem­no­ścią za­re­je­stro­wa­ła spoj­rze­nia wstrzą­śnię­tych pań z to­wa­rzy­stwa, któ­re wy­glą­da­ły jak jej mat­ka. Ką­tem oka za­uwa­ży­ła, że męż­czy­zna, któ­ry przy­glą­dał się jej i Gil­le­so­wi, uśmie­cha się z roz­ba­wie­niem. Je­stem już na to za sta­ra, po­my­śla­ła, po­now­nie zer­ka­jąc ukrad­kiem na przy­stoj­ne­go nie­zna­jo­me­go. Męż­czy­zna prze­szedł obok i ob­da­rzył ją uśmie­chem. Wie­dzio­na w rów­nym stop­niu wy­ra­cho­wa­niem, jak wro­dzo­nym in­stynk­tem, Ad­ria­na pod­nio­sła na nie­go sze­ro­ko otwar­te oczy, któ­re mó­wi­ły: „Kto, ja?” i czub­kiem ję­zy­ka do­tknę­ła środ­ka gór­nej wagi. Po­win­na, i to ko­niecz­nie, prze­stać się tak za­cho­wy­wać, sta­now­czo. Tyl­ko w tej chwi­li było to ta­kie za­baw­ne.

*

Ci­chut­ko krzą­ta­jąc się po miesz­ka­niu, żeby nie obu­dzić Oti­sa, Emmy zda­ła so­bie spra­wę, że nie bar­dzo ma co po­rząd­ko­wać. Miesz­ka­nie było małe na­wet jak na ka­wa­ler­kę na Man­hat­ta­nie, ła­zien­ka nie­co po­nu­ra, a świa­tło – szcze­gól­nie w so­bot­nie po­po­łu­dnia, kie­dy czło­wiek przy­wykł za­trzy­my­wać się w miesz­ka­niu chło­pa­ka – prak­tycz­nie tu nie do­cie­ra­ło, ale na co in­ne­go moż­na li­czyć, kie­dy chce się miesz­kać w naj­bar­dziej za­drze­wio­nej czę­ści West Vil­la­ge za nie­ca­łe dwa i pół ty­sią­ca do­la­rów mie­sięcz­nie? Urzą­dzi­ła miesz­ka­nie naj­le­piej, jak po­zwa­lał jej po­dy­plo­mo­wy bu­dżet, to zna­czy skrom­nie, ale przy­najm­niej uda­ło jej się po­ma­lo­wać ścia­ny na ja­sno­żół­to, za­in­sta­lo­wać eko­no­micz­ne łóż­ko Mur­phy’ego, a na wy­jąt­ko­wo pu­szy­stym dy­wa­nie roz­rzu­cić wy­god­ne po­dusz­ki, któ­re zna­la­zła na wy­prze­da­ży w skle­pie z reszt­ka­mi. Nic spe­cjal­ne­go, ale miesz­ka­nie było przy­tul­ne. Do­pó­ki Emmy nie za­czy­na­ła my­śleć o kuch­ni Iz­zie w apar­ta­men­cie w Mia­mi albo o no­wym lo­kum Le­igh z jed­ną sy­pial­nią czy pa­ła­co­wych wnę­trzach pen­tho­use’u Ad­ria­ny – szcze­gól­nie ta Ad­ria­na – mo­gła je na­wet lu­bić. Rzecz w tym, że nie­moż­ność po­sia­da­nia kuch­ni przez ko­goś, kto ko­cha je­dze­nie tak bar­dzo jak ona, kto z roz­ko­szą spę­dza każ­dą wol­ną mi­nu­tę albo przy garn­kach, albo na ryn­ku, za­kra­wa na okru­cień­stwo. Czy ist­nie­je dru­gie ta­kie miej­sce na zie­mi, gdzie rocz­ny czynsz w wy­so­ko­ści trzy­dzie­stu ty­się­cy do­la­rów nie upraw­nia czło­wie­ka do po­sia­da­nia pie­kar­ni­ka? Tu była zmu­szo­na za­do­wo­lić się zle­wem, mi­kro­fa­lów­ką i lo­dów­ką bar­dziej na­da­ją­cą się do aka­de­mi­ka. Wła­ści­ciel – i to do­pie­ro po upo­ka­rza­ją­cych bła­ga­niach i proś­bach – ku­pił jed­nak dla Emmy no­wiut­ki pod­grze­wacz. Przez pierw­szych kil­ka lat dziel­nie wal­czy­ła, by w tak trud­nych wa­run­kach jed­nak go­to­wać, ale w koń­cu zmę­czy­ła się tym, że wszyst­ko oprócz pod­grze­wa­nia sta­no­wi­ło tu wy­zwa­nie. Te­raz, po­dob­nie jak więk­szość no­wo­jor­czy­ków, była stu­dent­ka szko­ły ku­li­nar­nej za­ma­wia­ła je­dze­nie na wy­nos albo sto­ło­wa­ła się poza do­mem.

Emmy zre­zy­gno­wa­ła ze sprzą­ta­nia, klap­nę­ła na nie­po­ście­lo­ne łóż­ko i za­czę­ła prze­rzu­cać stro­ny al­bu­mu fo­to­gra­ficz­ne­go w twar­dej opra­wie, któ­ry za­pro­jek­to­wa­ła na ko­dak­gal­le­ry.com, by upa­mięt­nić pierw­sze trzy lata swo­je­go związ­ku z Dun­ca­nem. Całe go­dzi­ny po­świę­ci­ła na wy­bór naj­lep­szych zdjęć, przy­cię­cie ich do od­po­wied­nich roz­mia­rów i usu­wa­nie czer­wo­nych oczu. Klik, klik, klik – kli­ka­ła mysz­ką, aż zdrę­twia­ły jej pal­ce i roz­bo­la­ła ręka, zde­ter­mi­no­wa­na, by osią­gnąć per­fek­cję. Na nie­któ­rych stro­nach umie­ści­ła ko­la­że, inne pre­zen­to­wa­ły po­je­dyn­cze dra­ma­tycz­ne uję­cia. Na okład­kę wy­bra­ła swo­je naj­bar­dziej ulu­bio­ne, czar­no-bia­łe zdję­cie, któ­re zro­bił ktoś na osiem­dzie­sią­tych pią­tych uro­dzi­nach dziad­ka Dun­ca­na w Le Ci­rque. Z tam­te­go wie­czo­ru naj­le­piej za­pa­mię­ta­ła nie­ziem­skie­go dor­sza za­pie­ka­ne­go w se­za­mie. Do­pie­ro te­raz, po la­tach, za­uwa­ży­ła, jak obron­nym ge­stem obej­mu­je ra­mio­na Dun­ca­na i pa­trzy na nie­go z uśmie­chem, gdy on z re­zer­wą uno­si ką­ci­ki ust i pa­trzy w inną stro­nę. Spe­cja­li­ści od ję­zy­ka cia­ła z US We­ekly mie­li­by uży­wa­nie. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że sam al­bum, wrę­czo­ny przy ko­la­cji dla uczcze­nia trze­ciej rocz­ni­cy, wy­wo­łał en­tu­zjazm z ro­dza­ju tych za­re­zer­wo­wa­nych na oka­zję otrzy­ma­nia sza­li­ka i pary rę­ka­wi­czek (na­wia­sem mó­wiąc, do­kład­nie to jej wrę­czył, kom­plet, pro­fe­sjo­nal­nie opa­ko­wa­ny). Dun­can ze­rwał pa­pier i wstąż­ki z ta­kim sta­ra­niem wy­bra­ne ze wzglę­du na ich mę­ski cha­rak­ter, nie za­da­jąc so­bie na­wet tru­du, by od­kle­ić – nie wspo­mi­na­jąc już o czy­ta­niu – kart­kę umiesz­czo­ną z tyłu. Po­dzię­ko­wał jej i po­ca­ło­wał w po­li­czek, a po­tem prze­rzu­cił stro­ny z peł­nym na­pię­cia uśmie­chem, po czym wy­mó­wił się ko­niecz­no­ścią ode­bra­nia te­le­fo­nu od sze­fa. Tego wie­czo­ru po­pro­sił, żeby za­bra­ła al­bum do sie­bie, żeby nie mu­siał no­sić go z po­wro­tem do biu­ra, i w ten spo­sób prze­le­żał w jej sa­lo­nie ko­lej­ne dwa lata, otwie­ra­ny tyl­ko przez przy­pad­ko­wych go­ści, któ­rzy oczy­wi­ście mu­sie­li sko­men­to­wać, jaką to ład­ną parę two­rzą Dun­can i Emmy.

Otis obu­dził się w klat­ce sto­ją­cej w ką­cie przy­po­mi­na­ją­ce­go li­te­rę L miesz­ka­nia. Ob­jął dzio­bem je­den z me­ta­lo­wych prę­tów, po­trzą­snął nim z de­ter­mi­na­cją i za­chry­piał:

– Otis chce wyjść. Otis chce wyjść.

Po­nad je­de­na­ście lat, a Otis wciąż mie­wa się świet­nie. Emmy prze­czy­ta­ła gdzieś, że afry­kań­skie pa­pu­gi sza­re do­ży­wa­ją sześć­dzie­siąt­ki, jed­nak co­dzien­nie mo­dli­ła się, żeby oka­za­ło się to błę­dem dru­kar­skim. Nie­spe­cjal­nie lu­bi­ła Oti­sa, na­wet kie­dy znaj­do­wał się pod wy­łącz­ną opie­ką Mar­ca, pierw­sze­go z jej trzech chło­pa­ków, ale od­kąd dzie­li­ła z pta­kiem li­czą­ce po­nad sto me­trów kwa­dra­to­wych miesz­ka­nie i po­zna­ła opa­no­wa­ne przez nie­go (zero tre­nin­gu i ab­so­lut­ne zero za­chę­ty) nie­do­god­nie ob­szer­ne słow­nic­two, nie­mal wy­łącz­nie ogra­ni­czo­ne do żą­dań, kry­ty­ki i dys­ku­sji o sa­mym so­bie pro­wa­dzo­nych w trze­ciej oso­bie, lu­bi­ła go jesz­cze mniej. Z po­cząt­ku od­mó­wi­ła opie­ki nad pa­pu­gą przez trzy ty­go­dnie, na któ­re po zro­bie­niu w czerw­cu dy­plo­mu Marc po­je­chał do Gwa­te­ma­li szli­fo­wać hisz­pań­ski. Jed­nak tak pro­sił, że się ugię­ła. Ty­po­we. Za­po­wia­da­ne przez Mar­ca trzy ty­go­dnie zmie­ni­ły się w mie­siąc, mie­siąc prze­dłu­żył się do trzech, trzy prze­szły w sty­pen­dium Ful­l­bri­gh­ta na ba­da­nie wpły­wu woj­ny do­mo­wej na po­ko­le­nie gwa­te­mal­skich dzie­ci. Marc już daw­no temu oże­nił się z uro­dzo­ną w Ni­ka­ra­gui i wy­kształ­co­ną w Sta­nach ochot­nicz­ką z Kor­pu­su Po­ko­ju i prze­pro­wa­dził się do Bu­enos Aires, a Otis tkwił u Emmy.

Otwo­rzy­ła klat­kę i za­cze­ka­ła, aż ptak pchnie drzwicz­ki, otwie­ra­jąc je na oścież. Nie­zręcz­nie wy­sko­czył na pod­sta­wio­ne ra­mię i spoj­rzał Emmy pro­sto w oczy.

– Gro­no! – skrzek­nął.

Wes­tchnę­ła i wy­grze­ba­ła jed­no z mi­ski sto­ją­cej w za­głę­bie­niu zmię­tej koł­dry. Emmy wo­la­ła owo­ce, któ­re mo­gła po­kro­ić albo obrać ze skór­ki, ale Otis miał od­jazd na punk­cie wi­no­gron. Ptak wy­rwał wi­no­gro­no spo­mię­dzy jej pal­ców, po­łknął w ca­ło­ści i na­tych­miast za­żą­dał jesz­cze.

Jest taka ba­nal­na! Rzu­co­na przez or­dy­nar­ne­go fa­ce­ta, za­stą­pio­na młod­szą ko­bie­tą, go­to­wa po­drzeć na­ma­cal­ny sym­bol swo­je­go peł­ne­go kłamstw związ­ku, ska­za­na na to­wa­rzy­stwo nie­wdzięcz­ne­go zwie­rza­ka. By­ło­by to dość za­baw­ne, gdy­by nie cho­dzi­ło o jej wła­sne ża­ło­sne ży­cie. Cho­le­ra, rzecz była za­baw­na, kie­dy cho­dzi­ło o Re­nee Zel­l­we­ger w roli słod­kiej pulch­nej dziew­czy­ny, urzą­dza­ją­cej w opa­rach al­ko­ho­lu se­sję uża­la­nia się nad sobą, ale nie wy­da­wa­ła się już taka ko­micz­na, kie­dy sama za­ję­ła po­zy­cję słod­kiej, pulch­nej dziew­czy­ny. No do­brze, ko­ści­stej i to w nie­zbyt atrak­cyj­ny spo­sób. W każ­dym ra­zie jej ży­cie wła­śnie zmie­ni­ło się w ża­ło­sny żart. Pięć lat do spusz­cze­nia w ki­blu. Mię­dzy dwu­dzie­stym czwar­tym a dwu­dzie­stym dzie­wią­tym ro­kiem ży­cia ist­niał tyl­ko Dun­can, przez cały czas, i co jej te­raz zo­sta­ło? Nie przy­ję­ła po­sa­dy, któ­rą szef Mas­sey za­pro­po­no­wał rok temu, a któ­ra da­ła­by jej moż­li­wość po­dró­żo­wa­nia po świe­cie w po­szu­ki­wa­niu miejsc na nowe re­stau­ra­cje i nad­zo­ro­wa­nia ich or­ga­ni­za­cji – Dun­can bła­gał ją, by za­cho­wa­ła sta­no­wi­sko głów­ne­go me­ne­dże­ra w No­wym Jor­ku, żeby mo­gli się czę­ściej wi­dy­wać. No i z pew­no­ścią nie do­cze­ka­ła się za­rę­czy­no­we­go pier­ścion­ka, to było za­re­zer­wo­wa­ne dla nie­mal nie­let­niej dzie­wi­cy, któ­ra nig­dy, prze­nig­dy, nie bę­dzie zmu­szo­na do prze­ży­wa­nia wy­ra­zi­stych kosz­ma­rów na te­mat kur­czą­cych się jaj­ni­ków. Emmy mu­sia­ła za­do­wo­lić się srebr­nym wi­sior­kiem w kształ­cie ser­ca od Tif­fa­ny’ego, któ­ry Dun­can dał jej na uro­dzi­ny. Iden­tycz­nym jak te, co od­kry­ła póź­niej, któ­re ku­pił na uro­dzi­ny tak­że sio­strze i bab­ci. Oczy­wi­ście gdy­by fak­tycz­nie chcia­ła do­ko­nać aktu sa­mo­udrę­cze­nia, mo­gła­by za­uwa­żyć, że tak na­praw­dę to mat­ka Dun­ca­na wy­bra­ła i ku­pi­ła wszyst­kie trzy, by oszczę­dzić za­pra­co­wa­ne­mu sy­no­wi tru­du zwią­za­ne­go z na­by­wa­niem pre­zen­tów.

Kie­dy zro­bi­ła się taka zgryź­li­wa? Ja­kim spo­so­bem wszyst­ko tak się uło­ży­ło? Sama jest so­bie win­na, co do tego mia­ła ab­so­lut­ną pew­ność. Ja­sne, kie­dy za­czę­li się uma­wiać, Dun­can był inny – chło­pię­cy, cza­ru­ją­cy i je­śli nie dało się po­wie­dzieć, że po­świę­cał jej uwa­gę, to przy­najm­niej był tro­chę bar­dziej obec­ny – ale po­dob­nie było z Emmy. Wła­śnie rzu­ci­ła pra­cę kel­ner­ki w Los An­ge­les, żeby wró­cić do szko­ły ga­stro­no­micz­nej, o któ­rej ma­rzy­ła od dziec­ka. Po raz pierw­szy od cza­sów col­le­ge’u była z Le­igh i Ad­ria­ną i, roz­ra­do­wa­na po­by­tem na Man­hat­ta­nie, czu­ła dumę, że pod­ję­ła tak zde­cy­do­wa­ne dzia­ła­nia. Ja­sne, szko­ła oka­za­ła się tro­chę inna od jej wy­obra­żeń: za­ję­cia czę­sto były sztyw­ne i nud­ne, a ko­le­dzy z kla­sy jak sza­le­ni kon­ku­ro­wa­li o prak­ty­ki i inne sta­no­wi­ska w re­stau­ra­cji. Po­nie­waż miesz­ka­ła w No­wym Jor­ku tym­cza­so­wo i nie zna­ła ni­ko­go oprócz in­nych stu­den­tów, ży­cie to­wa­rzy­skie szyb­ko na­bra­ło ka­zi­rod­cze­go po­sma­ku. A, był jesz­cze ten in­cy­dent z od­wie­dza­ją­cym ich sze­fem kuch­ni wy­so­ko oce­nio­nym przez Mi­che­li­na, któ­ry trwał na­wet kró­cej niż czas po­trzeb­ny na przy­go­to­wa­nie grzan­ki cro­que mon­sieur.

Emmy nadal ko­cha­ła go­to­wa­nie, ale stra­ci­ła złu­dze­nia co do szko­ły ga­stro­no­micz­nej, kie­dy za­ła­pa­ła się na prak­ty­kę w re­stau­ra­cji sze­fa Mas­seya, Wil­low. Po­zna­ła Dun­ca­na wła­śnie w cza­sie prak­ty­ki, sza­lo­ne­go, nie­mal po­zba­wio­ne­go snu okre­su, gdy za­czę­ła zda­wać so­bie spra­wę, że znacz­nie bar­dziej od­po­wia­da jej pra­ca z klien­ta­mi niż w kuch­ni, i tru­dzi­ła się jak sza­lo­na, żeby od­kryć dla sie­bie ja­kieś miej­sce w prze­my­śle re­stau­ra­cyj­nym. Nie­na­wi­dzi­ła wy­bu­ja­łe­go ego sze­fów kuch­ni i bra­ku kre­atyw­no­ści, bo za­le­d­wie od­twa­rza­li sta­ran­nie prze­dyk­to­wa­ne prze­pi­sy. Drę­czy­ła ją nie­moż­ność kon­tak­tu z ludź­mi, któ­rzy fak­tycz­nie je­dli to, co po­ma­ga­ła przy­go­to­wy­wać. Nie zno­si­ła za­mknię­cia na osiem czy dzie­sięć go­dzin w go­rą­cej, po­zba­wio­nej okien kuch­ni, gdzie tyl­ko krzy­ki przy wy­da­wa­niu dań i brzęk garn­ków przy­po­mi­na­ły, że nie zna­la­zła się w pie­kle. Nic z tego nie pa­so­wa­ło do jej ro­man­tycz­nej wi­zji ży­cia świa­to­wej sła­wy ku­cha­rza. Jesz­cze bar­dziej za­sko­czy­ło ją, że uwiel­bia ob­słu­gi­wać sto­ły i zaj­mo­wać się ba­rem, po­ga­wę­dzić z klien­ta­mi i resz­tą per­so­ne­lu, a póź­niej pro­wa­dzić jako asy­stent­ka głów­ne­go me­ne­dże­ra, pil­no­wać, żeby wszyst­ko to­czy­ło się gład­ko. Był to dla niej nie­spo­koj­ny czas po­now­ne­go okre­śle­nia, ja­kiej na­praw­dę chce ka­rie­ry za­wo­do­wej i ży­cia. Te­raz zda­wa­ła so­bie spra­wę, że aż się pro­si­ła o ko­goś w ro­dza­ju Dun­ca­na.

Wła­ści­wie pra­wie moż­na było zro­zu­mieć – pra­wie – dla­cze­go na­tych­miast za­ko­cha­ła się w Dun­ca­nie w nocy po przy­ję­ciu dla mło­dych przy­ja­ciół tego czy tam­te­go, jed­nej z dzie­sią­tek im­prez, na któ­re tego roku za­cią­gnę­ła ją Ad­ria­na.

Emmy za­uwa­ży­ła go całe wie­ki wcze­śniej, nim do niej pod­szedł, cho­ciaż wciąż nie umia­ła­by po­wie­dzieć dla­cze­go. Może cho­dzi­ło o po­gnie­cio­ny gar­ni­tur i po­lu­zo­wa­ny kra­wat, jed­no­cze­śnie peł­ne sma­ku i kon­ser­wa­tyw­ne oraz ide­al­nie do­bra­ne, tak od­mien­ne od wor­ko­wa­tych po­lie­stro­wych ku­char­skich uni­for­mów, do któ­rych się przy­zwy­cza­iła. A może dla­te­go, że wy­da­wał się znać wszyst­kich i roz­da­wał klep­nię­cia w ple­cy, po­ca­łun­ki w po­li­czek i, od cza­su do cza­su, peł­ne ga­lan­te­rii ukło­ny przy­ja­cio­łom oraz przy­szłym przy­ja­cio­łom. Jak moż­na być tak pew­nym sie­bie? Jak moż­na z taką ła­two­ścią po­ru­szać się wśród lu­dzi, nie zdra­dza­jąc ani odro­bi­ny nie­pew­no­ści? Emmy śle­dzi­ła go, gdy prze­miesz­czał się po sali, z po­cząt­ku dys­kret­nie, a po­tem z na­tę­że­niem, któ­re­go sama nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć. Do­pie­ro gdy więk­szość mło­dych pro­fe­sjo­na­li­stów wy­szła zjeść póź­ne ko­la­cje albo wcze­śnie po­ło­żyć się spać, a Ad­ria­na od­pły­nę­ła ze swo­im ak­tu­al­nym męż­czy­zną, Dun­can do niej pod­szedł.

– Cześć, je­stem Dun­can. – Bo­kiem wśli­zgnął się mię­dzy jej sto­łek a pu­ste sie­dze­nie, pra­we ra­mię opie­ra­jąc o bar.

– Och, prze­pra­szam. Wła­śnie wy­cho­dzi­łam. – Emmy zsu­nę­ła się ty­łem ze stoł­ka, umiesz­cza­jąc sie­dze­nie mię­dzy nimi.

Uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Nie cho­dzi mi o two­je miej­sce.

– Och, ummm, prze­pra­szam.

– Chcę za­pro­sić cię na drin­ka.

– Dzię­ki, ale wła­śnie, eeeee…

– Wy­cho­dzi­łaś.

– Tak.

– Już to mó­wi­łaś, ale mam na­dzie­ję, że zdo­łam cię prze­ko­nać, że­byś zo­sta­ła tro­chę dłu­żej.

Zma­te­ria­li­zo­wał się bar­man z dwo­ma kie­lisz­ka­mi mar­ti­ni, ma­lut­ki­mi w po­rów­na­niu do tych wiel­ko­ści akwa­rium, któ­rych uży­wa­no w więk­szo­ści knajp. Przej­rzy­sty płyn w jed­nym, męt­ny w dru­gim, w obu szpad­ki z ogrom­ny­mi zie­lo­ny­mi oliw­ka­mi.

Dun­can prze­su­nął w jej stro­nę ten po le­wej, przy­ci­ska­jąc pal­ce do pła­skie­go szkła two­rzą­ce­go pod­sta­wę kie­lisz­ka.

– Oba są z wód­ką. Ten nor­mal­ny, a ten – gdy po­ru­szył pra­wą ręką, za­uwa­ży­ła, jak czy­ste i bia­łe ma pa­znok­cie, jak mięk­kie i za­dba­ne skór­ki – spe­cjal­nie wzmoc­nio­ny. Któ­ry wo­lisz?

Do­bry Boże! Moż­na by po­my­śleć, że to wy­star­czy, by włą­czyć sys­tem wcze­sne­go ostrze­ga­nia przed gnoj­ka­mi, ale nie, nie u Emmy. Uzna­ła, że fa­cet jest wręcz znie­wa­la­ją­cy i kil­ka chwil póź­niej ra­do­śnie zgo­dzi­ła się to­wa­rzy­szyć mu do domu. Oczy­wi­ście nie spa­ła z Dun­ca­nem ani tam­tej nocy, ani w na­stęp­ny week­end, ani w ko­lej­ny. W koń­cu mia­ła przed nim tyl­ko dwóch fa­ce­tów (fran­cu­ski szef się nie li­czył, pla­no­wa­ła seks z nim do chwi­li, gdy ścią­gnę­ła z nie­go wy­jąt­ko­wo ob­ci­słe bia­łe spodnie i od­kry­ła, co do­kład­nie mia­ła na my­śli Ad­ria­na, upie­ra­jąc się, że Emmy „bę­dzie to po pro­stu wie­dzia­ła”, gdy znaj­dzie się sam na sam z nie­obrze­za­nym). Do tego obaj byli jej dłu­go­let­ni­mi chło­pa­ka­mi. De­ner­wo­wa­ła się. Jej pru­de­ryj­ność, coś, z czym nie spo­tkał się jesz­cze u żad­nej dziew­czy­ny, wzmo­gła de­ter­mi­na­cję Dun­ca­na i Emmy zu­peł­nie nie­chcą­cy za­czę­ła od­gry­wać rolę trud­nej do zdo­by­cia. Im dłu­żej się opie­ra­ła, tym bar­dziej na nią na­ci­skał i pod tym wzglę­dem ich kon­tak­ty za­czę­ły przy­po­mi­nać zwią­zek. Były wte­dy ro­man­tycz­ne ko­la­cje na mie­ście i ko­la­cje przy świe­cach w domu, były wy­staw­ne nie­dziel­ne brun­che w mod­nych bi­strach w cen­trum. Dzwo­nił tyl­ko po to, żeby po­wie­dzieć „cześć”, przy­sy­łał jej do szko­ły gu­mi­sie i cze­ko­lad­ki z ma­słem fi­stasz­ko­wym, za­pra­szał z du­żym wy­prze­dze­niem, chcąc mieć pew­ność, że nie za­pla­nu­je cze­goś in­ne­go. Kto mógł prze­wi­dzieć, że całe to szczę­ście ze zgrzy­tem sta­nie w miej­scu pięć lat póź­niej, że ona sta­nie się cy­nicz­na, a Dun­can stra­ci po­ło­wę wło­sów.

I że zwią­zek z naj­dłuż­szym wśród przy­ja­ciół sta­żem roz­sy­pie się jak za­mek z pia­sku przy pierw­szych ozna­kach tro­pi­kal­nej bu­rzy? Emmy za­da­ła to py­ta­nie sio­strze w chwi­li, gdy pod­nio­sła słu­chaw­kę. Od­kąd Dun­can rzu­cił Emmy, Iz­zie dzwo­ni­ła dwa razy czę­ściej niż nor­mal­nie. W tej chwi­li już czwar­ty raz w cią­gu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin.

– Czy na­praw­dę wła­śnie po­rów­na­łaś swój zwią­zek do zam­ku z pia­sku, a che­er­le­ader­kę do tro­pi­kal­nej bu­rzy? – za­py­ta­ła Iz­zie.

– Prze­stań, Iz­zie, bądź przez chwi­lę po­waż­na. Czy kie­dy­kol­wiek przy­szło ci do gło­wy, że to się tak skoń­czy?

Na­stą­pi­ła pau­za, gdy Iz­zie roz­waż­nie do­bie­ra­ła sło­wa.

– Cóż, nie je­stem pew­na, czy to do­kład­nie tak.

– Do­kład­nie jak?

– Krą­ży­my po obrze­żach te­ma­tu, Em.

– Więc mów pro­sto z mo­stu.

– Mó­wię tyl­ko, że nie jest to cał­ko­wi­te za­sko­cze­nie – mięk­ko stwier­dzi­ła Iz­zie.

– Nie ro­zu­miem, co masz na my­śli.

– Po pro­stu nie je­stem pew­na, czy mó­wiąc, że wszyst­ko za­ła­mu­je się na wi­dok… hmm, in­nej dziew­czy­ny, ści­śle trzy­masz się fak­tów. Nie, żeby ści­słość mia­ła ja­kieś zna­cze­nie, oczy­wi­ście. Tak czy owak to idio­ta i głu­pek, w ogó­le kom­plet­nie nie na two­im po­zio­mie.

– No do­brze, może nie był to fak­tycz­nie pierw­szy raz. Ale każ­de­mu na­le­ży się dru­ga szan­sa.

– To praw­da. Ale szó­sta czy siód­ma?

– O rany. Nie ża­łuj so­bie te­raz, Iz­zie. Po­waż­nie, po­wiedz mi, co na­praw­dę my­ślisz.

– Wiem, że to brzmi bru­tal­nie, Em, ale taka jest praw­da.

Ra­zem z Le­igh i Ad­ria­ną Iz­zie wspie­ra­ła Emmy przy więk­szej, niż da­ło­by się po­li­czyć, licz­bie „po­my­łek” Dun­ca­na, błęd­nych ocen, prze­oczeń, wy­pad­ków, po­tknięć i (ulu­bio­nych przez wszyst­kich) „na­wro­tów”. Emmy wie­dzia­ła, że sio­stra i przy­ja­ciół­ki nie­na­wi­dzą Dun­ca­na za to, że tak ją drę­czył. Ich dez­apro­ba­ta była wy­czu­wal­na i po pierw­szym roku zo­sta­ła wy­raź­nie wy­ar­ty­ku­ło­wa­na. Ale cze­go nie ro­zu­mia­ły, cze­go nie po­tra­fi­ły zro­zu­mieć, to uczu­cia, któ­re­go do­świad­cza­ła, gdy od­naj­do­wał wzro­kiem jej spoj­rze­nie na gwar­nym przy­ję­ciu. Albo kie­dy za­pra­szał ją pod prysz­nic i ro­bił pe­eling pach­ną­cą ogór­kiem solą mor­ską, albo kie­dy pierw­szy wsia­dał do tak­sów­ki, żeby nie mu­sia­ła prze­su­wać się na tyl­nym sie­dze­niu. Kie­dy wie­dział, że ma za­mó­wić dla niej su­shi z tuń­czy­kiem z ostrym so­sem, ale bez im­bi­ru. Tego typu dro­bia­zgi ist­nie­ją oczy­wi­ście w każ­dym związ­ku, ale Iz­zie i dziew­czy­ny po pro­stu nie mo­gły wie­dzieć, ja­kie to uczu­cie, kie­dy Dun­can kon­cen­tro­wał swo­ją roz­pro­szo­ną uwa­gę i rze­czy­wi­ście sku­piał się na niej, na­wet je­śli tyl­ko na kil­ka chwil. W tym mo­men­cie wszyst­ko inne wy­da­wa­ło się ro­bie­niem ha­ła­su o nic, jak za­wsze za­pew­niał ją Dun­can. To były nie­win­ne flir­ty, nic wię­cej.

Co za bzdu­ra!

Wpa­dła w złość na samą myśl o tym. Jak mo­gła ak­cep­to­wać jego wy­wo­dy, że zej­ście na ka­na­pie ja­kiejś dziew­czy­ny było zro­zu­mia­łe – cho­le­ra, po pro­stu lo­gicz­ne, kie­dy wy­pi­ło się tyle whi­sky co on. Co so­bie my­śla­ła, kie­dy wpu­ści­ła Dun­ca­na z po­wro­tem do swo­je­go łóż­ka, nie szu­ka­jąc za­do­wa­la­ją­ce­go wy­ja­śnie­nia po od­słu­cha­niu dość nie­po­ko­ją­cej wia­do­mo­ści na jego po­czcie gło­so­wej, wia­do­mo­ści od „sta­rej przy­ja­ciół­ki ro­dzi­ny”? Nie wspo­mi­na­jąc o zda­rze­niu, któ­re wy­ma­ga­ło pil­nej wy­pra­wy do gi­ne­ko­lo­ga, gdzie, dzię­ki Bogu, wszyst­ko oka­za­ło się w po­rząd­ku, nie li­cząc opi­nii jej le­ka­rza, że „nie­istot­ny wy­prysk” Dun­ca­na był naj­praw­do­po­dob­niej świe­żą zdo­by­czą, a nie – jak twier­dził Dun­can – roz­dra­pa­nym prysz­czem ze stu­denc­kich cza­sów.

Głos Iz­zie prze­rwał te roz­my­śla­nia.

– I nie mó­wię tego tyl­ko dla­te­go, że je­stem two­ją sio­strą, któ­rą je­stem, ani dla­te­go, że czu­ję się do tego zo­bo­wią­za­na, do cze­go oczy­wi­ście czu­ję się zo­bo­wią­za­na, ale dla­te­go, że je­stem szcze­rze prze­ko­na­na: Dun­can nig­dy się nie zmie­ni i wy dwo­je nie bę­dzie­cie, nie mo­gli­by­ście, te­raz ani nig­dy, być ra­zem szczę­śli­wi.

Nie­mal ją za­tka­ło od pro­sto­ty tego stwier­dze­nia. Iz­zie, młod­sza od Emmy o dwa­dzie­ścia mie­się­cy i bę­dą­ca nie­mal jej klo­nem, jesz­cze raz do­wio­dła, że jest nie­skoń­cze­nie bar­dziej spo­koj­na, mą­drzej­sza i znacz­nie doj­rzal­sza. Od jak daw­na tak my­śla­ła? I dla­cze­go pod­czas wszyst­kich tych nie­koń­czą­cych się dziew­czyń­skich roz­mów o chło­pa­ku (obec­nie mężu) Iz­zie, Ke­vi­nie, albo ro­dzi­cach czy Dun­ca­nie, Iz­zie ani razu tak wy­raź­nie nie wy­po­wie­dzia­ła tej jak­że oczy­wi­stej praw­dy?

– To, że nig­dy wcze­śniej tego nie sły­sza­łaś, nie zna­czy, że tego nie po­wie­dzia­łam. Emmy, wszy­scy to mó­wi­li­śmy. Po­wta­rza­li­śmy. To ty jak­by stra­ci­łaś ro­zum na pięć lat.

– Je­steś po pro­stu słod­ka. Za­ło­żę się, że każ­dy chciał­by mieć taką sio­strę jak ty.

– Pro­szę cię. Obie wie­my, że je­steś no­to­rycz­ną mo­no­ga­mist­ką i masz kło­po­ty z okre­śle­niem się poza związ­kiem. Brzmi zna­jo­mo? Bo je­śli chcesz znać moje zda­nie, bar­dzo mi to przy­po­mi­na mamę.

– Dzię­ku­ję ci za tę do­głęb­ną ana­li­zę. Może oświe­cisz mnie tak­że, jak to wszyst­ko wpły­wa na Oti­sa? Je­stem pew­na, że ze­rwa­nia tak­że na pa­pu­gi mogą wpły­wać de­struk­cyj­nie. Je­śli się nad tym za­sta­no­wić, po­win­nam pew­nie za­ła­twić mu ja­kąś te­ra­pię. Boże, by­łam taka sa­mo­lub­na. A ten ptak cier­pi!

– Cho­ciaż Iz­zie była te­raz re­zy­dent­ką na gi­ne­ko­lo­gii w szpi­ta­lu uni­wer­sy­tec­kim w Mia­mi, mia­ła za sobą prze­lot­ny flirt z psy­chia­trią i rzad­ko kie­dy po­wstrzy­my­wa­ła się od ana­li­zo­wa­nia wszyst­kie­go – ro­śli­ny, czło­wie­ka czy zwie­rzę­cia – na­po­tka­ne­go po dro­dze.

– Żar­tuj, sko­ro chcesz, Em. Za­wsze ra­dzi­łaś so­bie ze wszyst­kim dzię­ki żar­tom i nie mó­wię, że to naj­gor­sze roz­wią­za­nie. Chcia­ła­bym cię tyl­ko skło­nić, że­byś spę­dzi­ła tro­chę cza­su sama. Skup się na so­bie, rób to, co lu­bisz, kie­dy chcesz, nie bio­rąc pod uwa­gę ni­czy­ich po­trzeb.

– Je­że­li zno­wu za­czniesz te bzdu­ry o dwóch po­łów­kach, któ­re nie two­rzą ca­ło­ści, czy coś w tym ro­dza­ju, chy­ba rzy­gnę.

– Wiesz, że mam ra­cję. Po­święć tro­chę cza­su so­bie. Prze­nieś śro­dek cięż­ko­ści swo­je­go wy­obra­że­nia wła­sne­go „ja”. Na nowo od­kryj, kim je­steś.

– In­ny­mi sło­wy, bądź sin­glem. – Ła­two ra­dzić, ma­jąc ko­cha­ją­ce­go męża – po­my­śla­ła Emmy.

– Czy to na­praw­dę brzmi tak okrop­nie? By­łaś w bli­skich związ­kach od­kąd skoń­czy­łaś osiem­na­ście lat. – Nie po­wie­dzia­ła tego, co było oczy­wi­ste: i były to uda­wa­ne związ­ki.

Emmy wes­tchnę­ła i spoj­rza­ła na ze­gar.

– Wiem, wiem. Do­ce­niam tę radę, Iz­zie, na­praw­dę, ale mu­szę le­cieć. Le­igh i Ad­ria­na za­bie­ra­ją mnie na wiel­ką im­pre­zę pod ty­tu­łem „Bez nie­go jest ci le­piej” i mu­szę się przy­go­to­wać. Po­ga­da­my ju­tro?

– Za­dzwo­nię na two­ją ko­mór­kę ze szpi­ta­la, po pół­no­cy, kie­dy wszyst­ko się uspo­koi. Wy­pij dziś kil­ka drin­ków, do­bra? Po­chodź po klu­bach. Po­ca­łuj nie­zna­jo­me­go. Tyl­ko pro­szę, nie po­zna­waj swo­je­go na­stęp­ne­go chło­pa­ka.

– Po­sta­ram się – obie­ca­ła Emmy. W tym mo­men­cie Otis czte­ro­krot­nie wy­skrze­czał to samo sło­wo.

– Co on mówi? – za­py­ta­ła Iz­zie.

– „Majt­ki”. Po­wta­rza „majt­ki”.

– Po­win­nam za­py­tać? Nie, sta­now­czo nie.

*

Po raz pierw­szy, od­kąd Le­igh wpro­wa­dzi­ła się do tego bu­dyn­ku, Ad­ria­na wy­prze­dzi­ła ją w dro­dze do holu. Zro­bi­ła to z ko­niecz­no­ści: wła­śnie wró­ci­ła z re­lak­su­ją­cej wi­zy­ty w sa­lo­nie – rand­ka z sek­sow­nym nie­zna­jo­mym za­kle­pa­na na przy­szły week­end – by od­kryć, że wła­dzę nad jej apar­ta­men­tem prze­ję­li ro­dzi­ce. Teo­re­tycz­nie rzecz bio­rąc, był to ich apar­ta­ment, ale po­nie­waż za­trzy­my­wa­li się w nim za­le­d­wie na kil­ka ty­go­dni w roku, czu­ła się uspra­wie­dli­wio­na, uwa­ża­jąc go za swo­ją wy­łącz­ną wła­sność. Byli go­ść­mi. Trud­ny­mi do znie­sie­nia, okrop­ny­mi go­ść­mi. I je­że­li nie po­do­ba­ło im się, że za­stą­pi­ła nud­ne dy­wa­ny skó­ra­mi au­ten­tycz­nych afry­kań­skich zebr albo że za­ła­twi­ła, by wszyst­kie świa­tła, ża­lu­zje i sprzęt elek­tro­nicz­ny dzia­łał na pi­lo­ta, cóż, to nie jej pro­blem. I nikt, na­wet ro­dzi­ce, nie mógł twier­dzić, że woli ręcz­nie rzeź­bio­ny, spe­cjal­nie spro­wa­dzo­ny z Włoch mar­mu­ro­wy prysz­nic i wan­nę od su­per­no­wo­cze­snej ka­bi­ny z kur­ty­ną wod­ną, sau­ną i łaź­nią pa­ro­wą, któ­re umie­ści­ła w głów­nej ła­zien­ce. W każ­dym ra­zie nikt przy zdro­wych zmy­słach. Do­kład­nie dla­te­go Ad­ria­na mu­sia­ła się ubrać i zmy­kać naj­szyb­ciej jak się da: pod­czas czte­rech krót­kich go­dzin jej ele­ganc­kie sank­tu­arium zmie­ni­ło się w szar­pa­ny kon­flik­ta­mi krąg pie­kiel­ny.

Nie, żeby ich nie ko­cha­ła. Tata się sta­rzał i na tym eta­pie ży­cia był znacz­nie ła­god­niej­szy, niż kie­dy Ad­ria­na do­ra­sta­ła. Wy­da­wał się za­do­wo­lo­ny, zda­jąc się na żonę, i rzad­ko upie­rał się przy czym­kol­wiek oprócz wie­czor­ne­go ku­bań­skie­go cy­ga­ra i za­cho­wa­nia tra­dy­cji, że wszyst­kie jego dzie­ci – tro­je z pierw­szą żoną, tro­je z dru­gą, Ad­ria­na z obec­ną i, miej­my na­dzie­ję, ostat­nią – spo­ty­ka­ły się w po­sia­dło­ści w Rio de Ja­ne­iro na ty­dzień przed i po Gwiazd­ce. Z mat­ką spra­wy mia­ły się do­kład­nie od­wrot­nie. Pani de So­uza była wy­lu­zo­wa­na i peł­na zro­zu­mie­nia dla na­sto­let­niej Ad­ria­ny i wszyst­kich jej eks­pe­ry­men­tów z sek­sem i nar­ko­ty­ka­mi, jed­nak jej li­be­ral­ne na­sta­wie­nie nie obej­mo­wa­ło nie­za­męż­nych dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nich có­rek – szcze­gól­nie tych, któ­rych upodo­ba­nie do sek­su i nar­ko­ty­ków trud­no już było na­zwać „eks­pe­ry­men­to­wa­niem”. Nie cho­dzi o to, że nie ro­zu­mia­ła po­trze­by wy­god­ne­go ży­cia, w koń­cu była Bra­zy­lij­ką. Je­dze­nie (ni­sko­tłusz­czo­we, ni­sko­ka­lo­rycz­ne), al­ko­hol (jed­na za dru­gą bu­tel­ki dro­gie­go bia­łe­go wina), mi­łość (kie­dy nie dało się już uda­wać ko­lej­ne­go bólu gło­wy) – sta­no­wi­ły esen­cję ży­cia. Oczy­wi­ście w sto­sow­nej sy­tu­acji: w przy­pad­ku bez­tro­skiej mło­dej dziew­czy­ny, a po­tem nie wcze­śniej, niż po zna­le­zie­niu i za­bez­pie­cze­niu so­bie od­po­wied­nie­go męża. Sama jako na­sto­lat­ka po­dró­żo­wa­ła, pra­co­wa­ła jako mo­del­ka i im­pre­zo­wa­ła – nie­któ­rzy wciąż na­zy­wa­li ją Gi­zel­le jej po­ko­le­nia. Ca­mil­la de So­uza za­wsze jed­nak ostrze­ga­ła Ad­ria­nę, że męż­czyź­ni są tyl­ko nie­co mniej ulot­ni niż uro­da. Przed ukoń­cze­niem dwu­dzie­ste­go trze­cie­go roku ży­cia za­kle­pa­ła so­bie ba­jecz­nie bo­ga­te­go, star­sze­go męża, i po­sta­ra­ła się o ślicz­ną có­recz­kę. I tak wła­śnie po­win­no być.

*

Na myśl o słu­cha­niu ga­da­nia mat­ki przez ko­lej­ne dwa ty­go­dnie Ad­ria­nie zro­bi­ło się sła­bo. Wy­cią­gnę­ła się na pod­nisz­czo­nej so­fie w holu i opra­co­wa­ła stra­te­gię. Licz­ne za­ję­cia w cią­gu dnia, po­wrót do domu póź­no albo wca­le, prze­ko­ny­wa­nie ro­dzi­ców przy każ­dej moż­li­wej oka­zji, że cała jej ener­gia – nie wspo­mi­na­jąc o znacz­nym fun­du­szu po­wier­ni­czym – skie­ro­wa­na jest na zna­le­zie­nie od­po­wied­nie­go męża. Je­że­li bę­dzie ostroż­na, nig­dy się nie do­wie­dzą o nie­chluj­nym bry­tyj­skim mi­ło­śni­ku roc­ka, któ­ry miesz­kał w domu bez win­dy w East Vil­la­ge, ani sek­sow­nym chi­rur­gu z prak­ty­ką na Man­hat­ta­nie oraz żoną i dzieć­mi w Gre­en­wich. Je­że­li bę­dzie spryt­na, mogą nie wpaść na ślad cu­dow­ne­go Izra­el­czy­ka, któ­ry twier­dził, że prze­kła­da pa­pie­ry w izra­el­skiej am­ba­sa­dzie, ale, Ad­ria­na była o tym prze­ko­na­na, pra­co­wał dla Mos­sa­du.

Chra­pli­wy głos Le­igh – jed­na z nie­wie­lu jej na­tu­ral­nie sek­sow­nych cech, Ad­ria­na za­wsze jej to po­wta­rza­ła, co nie zna­czy, że ktoś tego słu­chał – prze­rwał jej my­śli.

– Rany – wes­tchnę­ła Le­igh, sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi wpa­tru­jąc się w Ad­ria­nę. – Ge­nial­na su­kien­ka.

– Dzię­ku­ję, qu­eri­da. Ro­dzi­ce są w mie­ście, więc mu­sia­łam im po­wie­dzieć, że idę na rand­kę z ar­gen­tyń­skim biz­nes­me­nem. Mama była taka szczę­śli­wa, że po­ży­czy­ła mi jed­ną ze swo­ich su­kie­nek od Va­len­ti­na. – Ad­ria­na prze­su­nę­ła dłoń­mi po krót­kiej czar­nej suk­ni i za­krę­ci­ła się w miej­scu. – Czyż nie jest pięk­na?

Su­kien­ka rze­czy­wi­ście była wspa­nia­ła – je­dwab spra­wiał wra­że­nie my­ślą­cej isto­ty, któ­ra wie­dzia­ła, gdzie przy­lgnąć do wy­pu­kło­ści, a gdzie zręcz­nie się udra­po­wać – ale prze­cież Ad­ria­na wy­glą­da­ła­by rów­nie cu­dow­nie owi­nię­ta ser­we­tą w czer­wo­ną krat­kę.

– Pięk­na – po­twier­dzi­ła Le­igh.

– Chodź­my, za­nim zej­dą na dół i zo­ba­czą mnie z tobą za­miast z ja­kimś po­łu­dnio­wo­afry­kań­skim gra­czem w polo.

– My­śla­łam, że miał być biz­nes­me­nem?

– Wszyst­ko jed­no.

Tak­sów­ka peł­zła przez