W pogoni za cieniem - Robert Kurson - ebook
lub
Opis

Prawdopodobnie jest to najlepsza książka o nurkowaniu, jaką kiedykolwiek napisano; obowiązkowa pozycja na każdej marynistycznej półce. Historia dwóch przyjaciół, których determinacja i odwaga pozwoliła na wyjaśnienie jednej z ostatnich zagadek drugiej wojny światowej – pochodzenia tajemniczego wraku okrętu podwodnego u wybrzeży New Jersey. Od odkrycia do identyfikacji minęło sześć lat, w trakcie których ginęli nurkowie, rozpadały się małżeństwa i przyjaźnie, o prawo do nurkowania na wraku walczyły konkurencyjne zespoły, a poszukiwania odpowiedzi na pytanie o jego pochodzenie rozciągnęły się na dwa kontynenty. Z czasem historyczna ciekawość ustąpiła chęci oddania czci poległym na dnie morza przez tych, których ojcowie walczyli po drugiej stronie frontu. By nikt nie spoczywał nieznany na dnie oceanu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 610


Czytasię jak najlepszy thriller. Trzyma w napięciu do ostatnichstron, funduje wzruszenia, dramaty i zwroty akcji niczym seans najlepszegokina. Jest przy tym książką pod wieloma względami mądrą – autorposzukuje prawdy i z wielkim taktem opisuje historie bardzo trudne.To doskonały reportaż o ludziach ogarniętych wielką pasją – nurkowania i wyjaśniania podwodnych tajemnic.

Marcin Jamkowski

autor książki „Duchy z głębin Bałtyku.

Steuben, Gustloff, Goya”

Lodowate wody Atlantyku, poszukiwacze skarbów,tajemniczy okręt, nierozwikłana zagadka, wartka akcja i sprawna narracja. Towszystko składa się na doskonałą powieść. Ale to nie powieść,lecz opowieść o początkach nurkowania technicznego, o pasji, która przeradzasię w obsesję, o cenie, jaką trzeba za to zapłacić.W końcu o dwóch poszukiwaczach przygód, których los poprowadził drogązupełnie niespodziewaną, nawet dla nich samych. Wyborna lektura dla każdego.Małgorzata Popienia

Wielki Błękit

Jest w odkrywaniu historii ukazanej w „W pogoni za cieniem” coś mistycznego... Z jednej strony bowiemzadowoleni będą fani nurkowania,  miłośnicy literatury eksploatacyjnej i wątków historycznych. Z drugiej zaś to wciągające przedstawienie zmagań człowieka z ogromemnatury, jej skrywającym liczne tajemnice obliczem. Napisana przyjaznym i angażującymjęzykiem książka pozostanie na długo w pamięci czytelnika. Polecam!

Dawid Zaraziński

Dziennik Turystyczny

Robert Kurson

W pogoni za cieniem

W przekładzie

Jakuba Urbańskiego

Mayfly

Warszawa 2014

Tytuł oryginału:

Shadow Divers

Copyright © 2014 by Robert Kurson andU-869 Partnership

This translation published by arrangement with Random House, an imprint of The Random House Publishing Group, a division of Random House, Inc.

Ilustracja na okładce:

Wojtek Wilk na podstawie „Vom Originall zum Modell: Uboottyp IX C”

Fritza Kohla i Axela Niestlégo

Grafika:

Wojtek Wilk

Skład wydania:

Joanna Merklejn

Redakcja:

Maciej Cegiełła

Olo Sawa

Korekta:

Hanna Kus

ISBN 978-83-62827-21-3

Wydawca:

Mayfly sp. z o.o.

02-093Warszawa, ul. Pasteura4/6/54

Oto historia dwóch Amerykanów, którzy postanowili zaryzykować wszystko, by wyjaśnić jedną z ostatnich tajemnic drugiej wojny światowej.

Przedmowy

RichieKohler Paweł Poręba

Zdumiewa mnie, gdy wracam myślami do wydarzeń opisanych w tej książce i dostrzegam, jak ogromny wpływ miały na moje życie na przestrzeni ostatnich dwudziestu trzech lat. To niesamowite, gdy weźmiecie pod uwagę, że książka ta nie opowiada historii, którą ‒ jak sądziłem ‒ napisze RobertKurson. Dla mnie i dla Johna Chattertona była to opowieść o zaginionej łodzi podwodnej ‒ tajemniczym wraku, którego istnienia nie był w stanie wyjaśnić żaden rząd, historyk ani ekspert. Była to historia o niebezpiecznym świecie głębokiego nurkowania i eksploracji wraków. Jednak dla RobertaKursona historia ta w równym co najmniej stopniu opowiadała o Johnie i o mnie: kim byliśmy jako ludzie, jakie łączyły nas relacje i co skłaniało nas i nam podobnych do podejmowania tak wysokiego ryzyka. Przy okazji opowieści o nurkach wrakowych przesuwających granice ludzkich możliwości i nazistowskich łodziach podwodnych, Robert rzucił oślepiające światło na nasze życie osobiste. Prawdę mówiąc, czuję się znacznie bardziej komfortowo jako nurek eksplorujący niebezpieczne wraki niż jako przedmiot dogłębnej psychoanalizy.

Dla mnie i dla Johna bycie nurkiem było nie tyle hobby, ile stylem życia. Większość naszych przyjaciół nurkowała iwszyscy spędzaliśmy lwią część wolnego czasu na rozmowach o nurkowaniu, planowaniu zejść i przygotowywaniu kolejnych wypraw. Z perspektywy naszych żon spędzaliśmy pod wodą zbyt wiele letnich weekendów, wydając na to zdecydowanie za dużo pieniędzy. Książki, tabele nurkowe i schematy budowy łodzi zalegały na półkach i stołach, konkurując z naszymi rodzinami o miejsce i uwagę. W każdym znaszych domów można było znaleźć kolekcję bulai i innych przedmiotów wydobytych z zatopionych statków. Zabawne, że chociaż byliśmy z Johnem do siebie podobni, u zarania tej historii nie łączyła nas przyjaźń, a wręcz przeciwnie. Musiał się pojawić niezbadany, tajemniczy wrak, byśmy dostrzegli wspólnotę naszych losów i dostrzegli ścieżkę wiodącą ku czemuś, co miało się okazać przyjaźnią na całe życie. Była to wyboista droga, która nie tylko nadała naszemu życiu zupełnie nowy kierunek, ale też pozwoliła mi zredefiniować samego siebie jako człowieka.

Była to epoka poprzedzająca narodziny „nurkowania technicznego”. Nie dysponowaliśmyrebreatherami, specjalnymi mieszankami gazów czy komputerami nurkowymi. Mając do dyspozycji jedynie sprzęt z lat 60., przesunęliśmy granice wyznaczone przez tabele dekompresyjne amerykańskiej marynarki wojennej, by nurkować na wrakach takich jakAndreaDoria leżąca na głębokości 75 metrów. Zmagając się z przejmującym zimnem i otępiającą umysł narkozą azotową, zdobyliśmy uznanie wbranży, wczołgując się do wraków, by wydobyć pożądane artefakty, nurkując na granicy możliwości sprzętu i przekraczając przyjmowane wówczas granice nurkowania na powietrzu. Był to niebezpieczny sport, za którego uprawianie zbyt aroganccy lub źle przygotowani nurkowie płacili najwyższą cenę. Ten rodzaj nurkowania nie znosił głupców, lecz tolerował niewielką grupę nurków opierającą się na wewnętrznych normach selekcji i samokształceniu (w przypadku tego rodzaju nurkowania nie istniały formalne kursy przygotowawcze), która wyprawiała się w morze coraz dalej i głębiej, niestrudzenie poszukując i nieustannie pielęgnując nadzieję na odnalezienie nieuchwytnego świętego Graala nurków wrakowych: „dziewiczego” wraku. Kiedy rozniosło się, że dziewiczy wrak ‒ U-Boot ‒ został odnaleziony w odległości stu kilometrów od wybrzeża, choć nigdy nie zgłoszono zaginięcia tego rodzaju łodzi podwodnej w tym regionie, wiedziałem, że muszę ruszyć na kolejną wyprawę, by tam zanurkować.

Kiedy John po raz pierwszy zidentyfikował wrak jako niemiecki U-Boot z okresu drugiej wojny światowej, chciałem po prostu zdobyć kawałek historii tej wojny, pokryty plamami rdzy element stołowej zastawy ozdobiony swastyką, który mógłbym postawić na kominku, uzupełniając wten sposób zbieraną przez całe życie kolekcję pamiątek z innych wraków. Tak bardzo go pragnąłem, że miałem wrażenie, jakbym już go trzymał w rękach. Im więcej jednak czytałem o U-Bootach ibitwie o Atlantyk, im częściej przyglądałem się czarno-białym zdjęciom tych marynarzy, poznając ich nieludzkie życie i makabryczną śmierć, tym bardziej uświadamiałem sobie głęboką przemianę zachodzącą w moim życiu. Nie wydarzyło się to od razu, zauważcie, lecz stopniowo, gdy ostrożnie przeszukiwałem wrak wśród kości wystających spod osadu zalegającego tę zimną, żelazną trumnę. Zacząłem odczuwać pokrewieństwo, pewien rodzaj odpowiedzialności za tych poległych młodych ludzi. Był może częściowo winne było moje niemieckie pochodzenie, ale istotniejsze wydaje się to, że sądziłem, że nikogo nie obchodzą ani ci młodzi ludzie, ani to, co się z nimi stało. W 1944 roku byli wrogami mojego kraju igdybym został powołany do służby, walczyłbym z nimi na śmierć i życie, by ochronić swój dom i swój kraj, ale w 1991 roku, kiedy ich odnaleźliśmy, byli już tylko zaginionymi nieszczęśnikami spoczywającymi w nieoznaczonym grobowcu, o którym nie wiedział nikt z wyjątkiem nas. Nikt nie powinien spoczywać na wieczność nieznany z imienia i nazwiska na dnie oceanu.

Podczas każdego przeprowadzonego wtym wraku nurkowania mierzyłem się z grozą ich doczesnych szczątków spoczywających w wypełnionym osadem grobie. Zanurzony w głębokiej wodzie, wciśnięty w trzewia rozbitego statku, konfrontowałem się z własną moralnością i śmiertelnością. Wizja wydobycia trofeum straciła na znaczeniu, a wkrótce całkowicie zbladła w obliczu misji pozbierania odłamków zapomnianej historii tej łodzi podwodnej i opowiedzenia światu prawdy otym, co znaleźliśmy. Kimkolwiek byli ci ludzie, pięćdziesiąt lat temu powiedziano ich rodzinom, że zginęli podczas wojny, a ich U-Boot zatonął. Nie znali jednak prawdy. Nie wiedzieli, gdzie są ich bliscy i co się z nimi stało. Ci ludzie byli czyimiś synami, braćmi, mężami i ojcami. Miałem poczucie, że muszę doprowadzić do ponownego nawiązania zerwanej więzi, dopowiedzieć ostatni rozdział ich życia. Chciałem opowiedzieć rodzinom poległych, że nurkowie, którzy odnaleźli ich bliskich, potraktowali ich szczątki i miejsce ich spoczynku z szacunkiem.

Oto historia, którą powinien napisać RobKurson. Oto historia, którą chcieliśmy przekazać rodzinom zaginionych żołnierzy i światu.

Oto historia, która zmieniła bieg mojego życia.

RichieKohler

RichieKohler (ur. 1962) – amerykański nurek wrakowy,szklarz, jeden z odkrywcówU-869, organizator wypraw eksploracyjnych na wrakiSSAndreaDoriaiRMSTitanic.

* * *

Wlutym 1945 roku w pobliżu Nowego Jorku dwa niszczyciele,USS Howard D. Crow i USS Koiner, zrzuciły bomby głębinowena kontakt sonarowy. Nikt wtedy nie wiedział, że udało imsię zatopić niemiecki okręt podwodny. Leżący na 73 metrach głębokościwrak tego okrętu stał się jedną z najsłynniejszych zagadek nurkowegoświata, wyzwaniem dla amatorów pragnących odkryć jego historię. Któż bymógł przypuszczać, że mimo iż w czasie wojny nie udałomu się odegrać roli, do jakiej został wyznaczony, pół wiekupóźniej przyniósł śmierć penetrującym go amerykańskim płetwonurkom.

„W pogoniza cieniem” to wciągająca opowieść o ludziach pasjonujących się odkrywaniemhistorii wraków. Zarówno tych, którzy nurkując na wraku, szukali wskazówekpozwalających je zidentyfikować, jak i tych, którzy szperali w archiwach, jeździli do żyjących jeszcze niemieckich marynarzy Kriegsmarine i pasjonatów historii. Autor wspomina również o budzących liczne kontrowersje amatorach-archeologach, którychambicją jest posiadanie w domu kolekcji wyciągniętych z wraków pamiątek, oraz opisuje współzawodnictwo pomiędzy ludźmi i zespołami, kłótnie i wojny, a także wymyślne psikusy, jakie sobie nawzajem robili.

RobertKurson opisuje nie tak dawne czasy, kiedy tworzyło się to,co współcześnie nazywamy nurkowaniem technicznym. Pisze o ludziach, których częstotragiczny los przekuty został na obowiązujące dziś zasady bezpiecznego nurkowania.Historie te są dla nas tak ciekawe, ponieważ owe nurkowaniaodbywały się na podobnych głębokościach i w podobnych warunkach, wjakich nurkujemy w Bałtyku. Wśród wielu wspaniałych wraków mamy izatopionego blisko Helu U-Boota. Wrak tego okrętu znajduje sięniemal na tej samej głębokości coU-869, który stał się kanwą opowieści.

Paweł Poręba

Paweł Poręba (ur. 1970) – instruktor nurkowania trymiksowego i jaskiniowego, autor książki „Nurkowanie techniczne”.

* * *

Odgłoswłasnego oddechu i niesamowita koncentracja, te dwie rzeczy towarzysząnurkowi przed wejściem do wraku. Są z nami zawsze przyoglądaniu czegoś, czego inni nie mogą sami przeżyć, wprowadzają wniesamowity stan − swoistego przeniesienia się w czasie. Dla niektórych nurkowaniewrakowe jest tak wciągające, że narażają własne życie i szczęścienajbliższych. Potrafią szkolić się latami, gromadzić sprzęt, dane o nowychi starych wrakach, a na nurkowanie wydawać fortunę. A wszystkopo to, by przez chwilę przeżyć emocje nieporównywalne z niczyminnym.

Brzmi to jak szaleństwo i tak pewnie jest.

Choć w dzisiejszych czasach wiemy o nurkowaniu wrakowym dużo więcejniż kiedyś, stosujemy lepszy i bezpieczniejszy sprzęt, a także wypracowaneprzez lata procedury, to nadal jest to zajęcie dla naprawdęniezwykłych zapaleńców.

Czytając tę książkę, zdałem sobie sprawę z czegośbardzo ważnego. Zrozumiałem, co naprawdę znaczy słowo „prekursor” i jaksilną trzeba mieć motywację i psychikę, aby „odkryć nieznane”, imimo wielu przeciwności dopiąć swego. Obecnie w wysokie góry orazna dno morza schodzi wielu ludzi. Czasami traktują to jakododatkową atrakcję podczas wakacji. Jednak to nie oni, tylko ten, który pierwszywejdzie tam, gdzie wcześniej nikogo nie było, jestprawdziwym eksploratorem, reszta po prostu podąża jego śladami.

To,co zrobili John i Richie na początku lat 90. ubiegłegowieku, mając do dyspozycji prymitywny sprzęt, graniczy z prawdziwym szaleństwem.Jak wiemy dzisiaj, opłacili to problemami osobistymi i śmiercią kolegów.

Czy było warto? Przekonaj się sam.

Moja babcia zwykłamawiać: „Jeden pije lampkę szampana od czasu do czasu, ainny codziennie letnią herbatę”.

Tomasz Stachura

Tomasz Stachura (ur. 1965) – nurek wrakowy, fotograf, założyciel firmy SANTI Diving oraz współzałożyciel Konferencji Nurkowej Baltictech.

spis treści

Przedmowa

Od autora

1. Księga liczb

2. Wizura zero

3. Kształt mocy

4. John Chatterton

5. Wariacka głębokość

6. Richie Kohler

7. Nóż Horenburga

8. Tam nic nie ma

9. Ciężki łup

10. Zakłamana historia

11. Przegapiony znak

12. Żaden z nas już nie wróci

13. Ten okręt to nasze przeznaczenie

14. Kreisläufer – zabłąkana torpeda

15. Brawurowy plan

Epilog

Lista załogi U-869

Informacja o źródłach

Podziękowania

O autorze

Plan sytuacyjny nurkowań wraku na U-869

Dla Amy,

odpowiedzi na moje życiowe poszukiwania

Dla Nate’a,

już poszukiwacza

Od autora

Kilka lat temu jeden z przyjaciół opowiedział mi niesamowitą historię. Dwóch płetwonurków amatorów odkryło wrak niemieckiego U-Boota spoczywający u wybrzeży New Jersey. Na pokładzie znajdowały się szczątki 56-osobowej załogi. Ani rząd, ani historycy, ani też specjaliści od badań podwodnych nie mieli pojęcia, co to był za okręt, kim była jego załoga i jak wrak znalazł się w pobliżu New Jersey.

Początkowo nie bardzo chciało mi się wierzyć w całą tę historię. Wszystko brzmiało zbyt niesamowicie, by mogło być prawdziwe. W związku z tą opowieścią odżyły jednak wspomnienia z dzieciństwa. Wieki temu, jeszcze w szkole podstawowej, jeździliśmy z klasą na wycieczki do Muzeum Nauki i Przemysłu w Chicago. Zawsze odwiedzaliśmy dwie główne ekspozycje: działającą kopalnię węgla i U-5051, niemiecki okręt podwodny, przechwycony w 1944 roku. Większość dzieciaków wolała kopalnię z prawdziwymi ruchomymi wagonikami i wybuchami. Mnie zdecydowanie bardziej pociągał okręt podwodny. Przypominająca gigantycznego węgorza maszyna bojowa, z niesamowitym wnętrzem pełnym rur, drutów i zaworów, wyglądała zdecydowanie groźniej niż bombowiec czy czołg Sherman. Patrząc na nią spoczywającą w tym miejscu, zaledwie kilka metrów od brzegów jeziora Michigan, wyobrażałem sobie niewidzialnego myśliwego, przemierzającego przybrzeżne wody, w których pływam. Ten okręt mógł przecież podpłynąć zaledwie kilometr czy dwa od mojego domu.

Zadzwoniłem do Johna Chattertona i Richiego Kohlera, owych dwóch płetwonurków z New Jersey. Spytałem, czy mogę przylecieć, by wysłuchać ich opowieści. Spotkaliśmy się u Chattertona. Przed domem zaparkowany był jego wiekowy motocykl Royal Enfield, obok stał nieco nowszy model Harleya, na którym przyjechał Kohler. John Chatterton był zawodowym płetwonurkiem, pracował przy podwodnych robotach budowlanych w pobliżu Manhattanu. Richie Kohler był właścicielem zakładu szklarskiego. W weekendy obaj nurkowali w poszukiwaniu wraków. Wydawali się zupełnie zwykłymi facetami.

Obiecałem, że nie zabiorę im zbyt dużo czasu. Czternaście godzin później ciągle słuchałem ich historii. Opowiedzieli mi nie tylko o samym odkryciu U-Boota, lecz również o tajemnicy, przygodzie, rywalizacji na morzu, zaciekłych waśniach i przynależności do pogrążonej w obsesji grupy niezwykle odważnych ludzi. Zrelacjonowali mi także swoją odyseję intelektualną, która uczyniła z nich wytrawnych badaczy. To, jak przekopywali się przez dokumenty źródłowe, uczyli niemieckiego, szukali śladów za granicą, budowali teorie, spierali się z zawodowymi historykami, by w końcu zupełnie od nowa zapisać karty historii i dać świadectwo wydarzeniom, które wcześniej poczytywane były za plotkę.

– Brzmi jak powieść sensacyjna? – zapytał z twardym brooklyńskim akcentem Kohler, siadając na swojego harleya. Kiedy w nocy jechałem na lotnisko, trudno było mi uwierzyć we własne szczęście. Spotkałem dwóch całkiem zwyczajnych ludzi, którzy zmierzyli się z wyjątkowo niebezpiecznym światem i rozwiązali zagadkę historii, z którą nie mogły poradzić sobie kolejne rządy. Ich opowieść stwarzała fascynujące możliwości. Wystarczyło to tylko pozbierać. Taka okazja do napisania książki zdarza się tylko raz w życiu. Nie mogłem jej zaprzepaścić. Tak jak oni nie mogli zaprzepaścić okazji do odkrycia tajemnicy U-Boota. W pewnym sensie miałem coś wspólnego z Chattertonem i Kohlerem.

Oto ich historia. Prawdziwa i dokładna. Nic nie jest zmyślone i nic nie jest moją interpretacją, nie dałem tu upustu wyobraźni. Napisałem tę książkę na podstawie setek godzin rozmów z Kohlerem i Chattertonem, niezliczonych wywiadów z płetwonurkami, historykami, specjalistami i wreszcie naocznymi świadkami opisanych tutaj wydarzeń lub ich krewnymi i znajomymi. Dialogi, nawet te z czasów drugiej wojny światowej, zaczerpnąłem bezpośrednio z wywiadów z ludźmi, którzy tam byli. Starałem się wszystko potwierdzić w tylu źródłach, w ilu było to tylko możliwe.

Kiedy zgłębiałem zagadnienie niebezpieczeństw związanych z nurkowaniem na leżących w głębinach wrakach, uderzyły mnie uwagi nurków na temat głębokości. Według nich, tajemniczy U-Boot spoczywa w tak głębokich i ciemnych wodach, że nurkuje się w zupełnym niemal mroku. Mrok spowija całą opowieść, zmarłych członków załogi, drugą wojnę światową, pozornie wiarygodne źródła historyczne i to, z czym musieli zmierzyć się sami nurkowie. Przez sześć lat Kohler i Chatterton nurkowali w mroku. Sześć lat trwała ich niesamowita podróż. Napisałem tę książkę, abyście mogli im w niej towarzyszyć.

1 Niemiecka łódź podwodna typu IXC przechwycona przez flotę amerykańską 4 czerwca 1944 roku po udanym ataku rakietowymi bombami głębinowymi (Hedgehog). Po rozbrojeniu ładunków wybuchowych zostawionych przez dowódcę U-Boota, Haralda Langego, łódź została odholowana do bazy alianckiej na Bermudach. Łupem Amerykanów padły kody do maszyny szyfrującej Enigma, a także dwie nienaruszone torpedy G7 z mechanizmem naprowadzania akustycznego (przyp. red.).

Rozdział1

Księga Liczb

Wspaniałość życia otacza każdego człowieka i to zawsze całą pełnią swej gotowości, ale przysłonięta, skryta w głębi, niewidzialna, bardzo odległa. Lecz tkwi tam wcale nie wroga, nie oporna, nie głucha. Gdy się ją wezwie właściwym słowem, po imieniu, przyjdzie.

Franz Kafka, Dzienniki 1910-1923 w przekładzie Jana Wertera

Brielle w stanie New Jersey, wrzesień 1991.

ałe życie Billa Nagle’a zmieniło się w dniu, kiedy w jednym z zapuszczonych portowych barów wysłuchał opowieści pewnego rybaka o tajemnicy odkrytej przez niego na dnie Atlantyku. Zupełnie nieoczekiwanie rybak obiecał powiedzieć Billowi, jak tam dotrzeć. Umówili się na spotkanie następnego dnia na rozwalającym się drewnianym pomoście, przy którym cumował Seeker1. Kapitan Bill Nagle zbudował tę łódź, by czekać na okazję.

Jak dotąd więcej ludzi wylądowało na Księżycu, niż nurkowało na głębokich wrakach. Nadeszła umówiona godzina, ale rybaka jeszcze nie było. Bill chodził w tę i z powrotem, uważnie omijając dziury w przegniłych deskach pomostu. Większą część życia spędził na oceanie i znakomicie wyczuwał moment, w którym coś się miało zmienić. Z reguły czuł coś takiego, kiedy nadchodziła burza lub gdy miała rozbić się łódź. Wiedział, że dzisiaj coś się wydarzy, gdy rybak wręczy mu świstek papieru, zabazgrany liczbami prowadzącymi do zatopionej tajemnicy. Patrzył w dal, próbując dostrzec rybaka, nikogo jednak nie zauważył. Od morza, w kierunku małego rybackiego miasteczka Brielle, powiała słona bryza. Rozbujały się zacumowane przy nabrzeżu łodzie, a w oczy Nagle’a poleciały słone bryzgi. Kiedy opadła mgiełka, znów popatrzył na brzeg. Tym razem dostrzegł nadchodzącego rybaka, który ściskał w dłoniach małą kwadratową karteczkę. Mężczyzna wyglądał na zaniepokojonego. Tak jak Bill spędził całe lata na oceanie i doskonale czuł nadchodzące zmiany.

***

W powiewach nadchodzącej jesieni Brielle traci cały blichtr i obnaża swoje prawdziwe oblicze małego portowego miasteczka na środkowym wybrzeżu New Jersey, zamieszkanego przez kapitanów łodzi i rybaków, gdzie do późna w nocy otwarte są sklepiki w sąsiedztwie, a dzieciaki reperują siatki na małże. W takich miejscach pełno jest nieudaczników. Po ulicach chodzą przebrzmiałe sławy i przegrani – trzyma ich przy życiu tylko wiara w morze. Kiedy Brielle opuszczają letnicy, ujawnia się jego prowincjonalny charakter. Widać wtedy prawdziwe życie jego mieszkańców egzystujących dzięki temu, co przyniesie morze, i próbujących utrzymać się na powierzchni.

Seeker góruje nad innymi łodziami uwiązanymi w przystani. Uwagę przyciąga nie tylko niemal 22-metrowej długości pokład. Połatany drewniany kadłub i wyszczerbione śruby świadczą o tym, że łódź naprawdę dużo przeszła i była w wielu miejscach. Bill Nagle wymyślił ją i zbudował tylko w jednym celu: by pływać z płetwonurkami do najbardziej niebezpiecznych wraków na Atlantyku.

Miał wtedy czterdziestkę. Szczupły, spalony słońcem były Sprzedawca Roku Składanych Narzędzi. Widząc go w tym miejscu, czekającego na rybaka, ubranego w poszarpaną koszulkę i sandały z second-handu, z nieodłączną butelką najlepszego przyjaciela, Jima Beama, w ręku, nikt nie ośmieliłby się przypuszczać, że był kiedyś prawdziwym artystą i miał swoje wielkie dni.

W wieku dwudziestu paru lat Bill stał się legendą wśród osób nurkujących na wrakach. Był cudownym dzieckiem imającym się sportu, który zwykle zabija swoich adeptów. W tych czasach nurkowanie na głębokich wrakach było domeną łowców przygód. Niezliczone wraki, nawet te sławne, leżały niezbadane na dnie Atlantyku. Polowanie na nie, na ich pogięte żelastwo i zatrzymaną w miejscu historię, było niczym film pobudzający wyobraźnię Nagle’a.

Nurkujący na wrakach na północnym wschodzie nigdy nie myśleli o skarbach. Wyładowane po brzegi złotymi dublonami i srebrnymi piastrami hiszpańskie galeony nie zapuszczały się w te rejony. Nawet jeśliby się zapuszczały, Bill nic by sobie z tego nie robił. Wyrósł w sąsiedztwie szlaków wodnych wiodących do New Jersey i Nowego Jorku, wód pełnych frachtowców, liniowców oceanicznych, statków pasażerskich i okrętów wojennych, od których zależały interesy i bezpieczeństwo Ameryki. W tych wrakach niekiedy trafiały się rzadkie okazy porcelany lub biżuterii, ale on i jemu podobni szukali tam czegoś innego. Oglądali zniekształcone dzioby zniszczonych statków, widzieli zatrzymane na zawsze ostatnie sceny z życia członków załogi, cały dramatyzm rozpaczliwych prób ratowania sytuacji. Widzieli wszystko własnymi oczami, tak jak wyglądało to naprawdę, a nie jak kazali im postrzegać historycy i badacze.

Robili to, by odkrywać. Wielu spośród spoczywających w głębinach wraków nigdy nie widziały oczy ludzkie, jako ostatni patrzyli na nie ludzie idący razem z nimi na dno. Pozostałyby niezbadane, dopóki siły natury nie obróciłyby ich w proch. W epoce lotów na Księżyc dno Atlantyku wciąż pozostawało niezmierzonym pustkowiem, a leżące na nim wraki czekały tylko na odkrywców.

Trzeba było być facetem z prawdziwymi jajami, by robić to, czym zajmował się za swoich młodych lat Bill Nagle. W latach 70. i 80. ekwipunek nurkowy był wciąż dosyć prymitywny. Tak naprawdę niewiele zmienił się od 1943 roku, kiedy to Jacques Cousteau2 pomógł opracować system zbiorników i regulatorów pozwalający człowiekowi oddychać pod wodą. Nawet na głębokości 45 metrów, uznawanej przez większość organizacji nurków za granicę bezpieczeństwa, drobna usterka sprzętu mogła zabić najbardziej wytrawnego płetwonurka. Badając najciekawsze wraki, Bill i inni królowie tego sportu schodzili na głębokość 60 metrów3, niekiedy nawet głębiej. Zupełnie zapominając o swojej biologii, prosili się wręcz, by siły natury przeniosły ich w zaświaty. Ludzie ginęli, i to często, nurkując na wrakach, które czekały na Nagle’a.

Nawet jeśli jego ciało i sprzęt mogły sprostać atlantyckim głębinom, kapitan Seekera bezustannie stawiał czoła niezliczonym niebezpieczeństwom. Każde mogło w mgnieniu oka przynieść mu śmierć. Była to stosunkowo młoda dziedzina sportu, brakowało dawnej wiedzy i informacji przekazywanych z ojca na syna, całego kolektywnego doświadczenia, dzięki któremu utrzymują się przy życiu współcześni nurkowie. Dzisiaj kumple dzielą się ze sobą przy piwie przestrogami i wskazówkami, dostępne są czasopisma specjalistyczne i liczne kursy. On uczył się tego wszystkiego na własnej skórze, na nieludzkich głębokościach. Kiedy trafiał na jakieś zupełnie nieprawdopodobne, potworne okoliczności, a przy leżących głęboko wrakach zdarzało się to często, był pierwszą osobą, która mogła o tym opowiedzieć. Gdy udawało mu się przeżyć, a także jemu podobnym, pisały o tym czasopisma.

Bill docierał coraz głębiej. Nurkując na głębokość ponad 60 metrów, w miejscach, których nigdy nie odwiedzali amatorzy, zaczął robić coś, co trudno było do końca pojąć naukowcom. Kiedy penetrował spoczywające na tych głębokościach wraki, był często jedną z pierwszych osób, które widziały statek od czasu zatonięcia. Jako pierwszy otwierał sejf, w którym zamknięte były drogocenne przedmioty, i spoglądał na szczątki ludzi zaginionych w morzu. Oznaczało to także, że był zdany wyłącznie na siebie. Nie dysponował mapami naszkicowanymi przez poprzedników. Gdyby ktoś odwiedził te wraki przed nim, mógłby go ostrzec: „Nie dotykaj zewnętrznej belki sufitowej w nadbudówce. Kiedy tam podpłynąłem, trochę się obluzowała, wygląda tak, jakby całe pomieszczenie miało się zawalić na głowę”. Bill musiał odkryć to wszystko sam. Gdy w niemal zupełnym mroku prześlizgujesz się przez labirynt poskręcanego i połamanego cielska wraku, każde pomieszczenie może okazać się pułapką bez wyjścia. Czyhają na ciebie ruchome piaski i wiszące na włosku struktury wraku. Potwierdzi to chyba każdy nurek zajmujący się eksploracją wraków. Zupełnie inaczej jest płynąć ze świadomością, że ktoś już tam był i udało mu się wyjść cało.

Dno Atlantyku było za czasów Nagle’a zupełnie dziewicze i niezbadane. Niczym pionierzy Dzikiego Zachodu odkrywcy musieli wykazać się olbrzymią determinacją. Pojedynczy wypadek we wraku mógł odstraszyć i zniechęcić do wyzwań wszystkich poza najtwardszymi. Pierwsi płetwonurkowie, tacy jak Bill, mieli wypadki niemal codziennie. Z branży dosyć szybko odpadali niedzielni nurkowie i ciekawscy. Ci, którzy pozostawali, wydawali się należeć do innego gatunku. Brutalnie zmagali się ze światem i byli niezwykle porywczy. Wyciągniecie młota i przebicie nim dziury w burcie wraku nie było dla nich żadnym problemem, nawet jeśli ich organizm miał być skazany na przyswojenie większej ilości dwutlenku węgla, co w połączeniu z narkozą azotową stanowiło iście zabójczą mieszankę.

Pod wodą nie istnieje prawo własności. Często nurkowie wykradają trofea z plecionych siatek innych nurków, zgodnie z zasadą: „Właścicielem jest ten, kto wypłynie z tym na powierzchnię”. Bywało, że spory rozstrzygano brutalnymi pojedynkami na pięści na pokładach łodzi, a nawet pod wodą. Przedmiotów wyciągniętych z wraków strzeżono niczym oka w głowie i często wyciągano w ich obronie noże. Pierwsi nurkowie eksplorujący leżące na dużych głębokościach wraki mieli w sobie coś z piratów.

Bill Nagle był inny. W najbardziej brutalnych latach sportu zawsze kierował się rozumem. Pochłaniał rozprawy naukowe, dokumenty źródłowe, powieści, mikrofilmy i wszystko, co tylko mogło być związane z historycznymi okrętami, dopóki nie został prawdziwym ekspertem. Ze swoją wiedzą mógł stanąć ramię w ramię ze szkutnikami w dowolnej stoczni na przestrzeni setek lat. Był koneserem części statków i rozkoszował się siłą, jaką okręt czerpał ze współgrania wszystkich swoich elementów. Ta wiedza pozwalała mu patrzeć na okręty z podwójnej perspektywy. Z jednej strony doskonale rozumiał narodziny statku, z drugiej zaś znakomicie zdawał sobie sprawę, na czym polega jego śmierć. Zwyczajni nurkowie, zbliżając się do wraku, postrzegają mieszaninę pogiętej stali i połamanego drewna, plątaninę rur i przewodów jako kupę śmieci. Złomowisko, które może kryć w swojej głębi kompas lub inne trofeum. Podpływają w przypadkowe miejsce i zaczynają grzebać z zapałem szukającego kości szczeniaka. W tych samych okolicznościach Bill poskładałby w umyśle zniszczone części i ujrzał okręt w pełni chwały. Jednym z najcenniejszych znalezisk kapitana był ponadmetrowej długości mosiężny gwizdek z parowca łopatkowego Champion4, zasilana parą piszczałka o dumnym dźwięku, umieszczona na szczycie masztu. Gwizdek był naprawdę majestatyczny, ale najpiękniejsze w całym odkryciu było to, że pod wodą wyglądał jak kawał bezwartościowej rury. Pływając wśród szczątków wraku, Bill ujrzał oczami duszy, jak statek łamie się i tonie. Znał jego anatomię i widząc, jak się rozpada, dostrzegł miejsce, w którym znajdował się gwizdek. Właśnie tam umieszczona była ta pozornie bezwartościowa rura. Kiedy w ciągu zaledwie jednego dnia Bill odnalazł dwa stery z brytyjskiego tankowcaCoimbra(rzadko zdarzało się, by ktoś odkrył w swojej karierze chociaż jeden ster), jego zdjęcie powieszono tuż obok portretuLloyda Bridgesa na mostku jednego znajsławniejszych w tych czasach statku poszukiwaczySea Hunter.Bill Nagle miał wtedy 25 lat.

Nigdy nie mierzył wartości przedmiotów takich jak ów miedziany gwizdek parowy w walorach estetycznych i pieniądzach. Dla niego ważna była ich symbolika. Nieco dziwny jest widok dorosłego faceta zbierającego z narażeniem życia filiżanki oraz spodki i budującego wspaniałe gabloty, by pomieścić w nich te delikatne relikwie. Ale dla Nagle’a i jemu podobnych cacka te były tożsame z wyprawami odkrywczymi i przekraczaniem barier. Telegraf wystawiony na widok w salonie nurka to coś więcej niż tylko lśniący przedmiot. To wiadomość: „Gdyby ktokolwiek dotarł przede mną na mostek tego okrętu, z pewnością nie zostawiłby tam tego telegrafu”.

Instynkt musiał zaprowadzić Billa do wraku AndreiDorii, stanowiącego dla nurków coś na miarę Mount Everestu. Była to tylko kwestia czasu. Olbrzymi włoski liniowiec pasażerski poszedł na dno w 1956 roku. Zderzył się w gęstej mgle ze szwedzkim liniowcem Stockholm5 w pobliżu wyspy Nantucket. Zginęło wtedy 51 osób. Zanim liniowiec zatonął, by spocząć na burcie na głębokości 75 metrów, uratowano 1659 osób. Doria nie była typowym celem Nagle’a. Powszechnie znano jej położenie, a nurkowie zaczęli badać wrak już następnego dnia po zatonięciu statku. Jednak syreny Dorii nieodparcie wzywały wielkich poszukiwaczy wraków. Nawet po tylu latach pełno było na niej zdobyczy: między innymi serwisy ze wspaniałej włoskiej porcelany, zdobione owianym legendą znakiem „Italia”, srebra, bagaże, płytki ceramiczne projektowane przez znanych artystów, posrebrzane patery, biżuteria i tabliczki. Nie tylko za czasów Nagle’a, ale i po dziś dzień nurkowie mogą badać Dorię, obawiając się jedynie o to, czy starczy im sił, by wydobyć na powierzchnię wszystkie zdobyte trofea.

Gdyby Doria miała do zaoferowania tylko swoje skarby, nie pociągałaby Billa tak niemiłosiernie. Prawdziwym wyzwaniem było badanie wraku. Statek spoczywał na burcie, toteż nawigacja była niezwykle trudna i niebezpieczna. Nurek musiał w myślach obrócić swój świat o 90 stopni, by zrozumieć, dlaczego drzwi znajdują się w podłodze, a sufity po prawej stronie. Wrak leżał bardzo głęboko, w najpłytszym miejscu było 60 metrów, w najgłębszym, tam gdzie kadłub uderzył w dno oceanu, ponad 75. Zdarzało się, że ludzie zupełnie tracili orientację, niektórym kończyło się powietrze, inni odchodzili od zmysłów w stanie narkozy i umierali na Dorii. We wraku było tak ciemno i niebezpiecznie, że niektóre z pokładów pozostały niezbadane przez całe dziesięciolecia po zatonięciu. Te pokłady były celem Nagle’a.

Z czasem Billowi udało się spenetrować wrak w miejscach, które inni przez długie lata uznawali za niedostępne. Półka nad kominkiem w jego salonie stała się miniaturowym muzeum Dorii. Po dosyć krótkim czasie kapitan postanowił skupić się na dzwonie. Dzwon jest koroną statku, jego głosem, nie ma chyba cenniejszej zdobyczy dla nurka. Wiele sław przez całą swoją karierę nie było nawet blisko zdobycia tej nagrody. Bill postawił sobie za cel zdobycie dzwonu Dorii. Ludzie uważali, że kompletnie mu odbiło. Przez 30 lat dziesiątki nurków bezskutecznie szukały dzwonu i nikt nie wierzył, że jeszcze tam jest.

Kapitan przystąpił do pracy. Studiował plany pokładów, albumy z dokumentacją fotograficzną i dzienniki członków załogi. W końcu tak jak wielu jego poprzedników opracował plan. Potrzebował kilku dni, może nawet tygodnia, by wyciągnąć dzwon. Niestety, żadna z czarterowych łodzi nie zabrałaby nurka na tak długo na Dorię. Bill miał jednak trochę oszczędności z czasów Składanych Narzędzi, postanowił zatem kupić za nie własną łódź. Statek stworzony w jego wyobraźni miał tylko jedno zadanie: wydobyć dzwon Dorii.

Był to pierwszy Seeker, 12-metrowy kuter przybrzeżny zbudowany w New Jersey, w szkutni Henrique. W 1985 roku kapitan zwerbował pięciu najlepszych nurków, ludzi, którzy dzielili jego pasję odkrywczą. Umówili się, że zabiera ich na Dorię na swój koszt. Cel wyprawy był jasno i z góry określony: nurkowie płynęli po dzwon.

Przez pierwszych kilka dni nurkowie działali zgodnie z planem Nagle’a. Niczego jednak nie znaleźli. Nie było żadnego dzwonu. W takiej sytuacji nawet najbardziej żarliwi nurkowie po prostu by się wycofali. Jeden dzień na otwartym oceanie w 22-metrowej łodzi potrafi wywrócić wnętrzności na drugą stronę; Bill i jego drużyna spędzili cztery dni na pokładzie 12-metrowej wanny. Ale człowiek nie poddaje się łatwo, kiedy widzi perspektywy, nawet mgliste. Kapitan porzucił dziób Dorii, na którym prowadził poszukiwania wraz ze swoją załogą, i skierował się ku rufie. Od tej pory mogli polegać wyłącznie na intuicji i doświadczeniu. Była to pełna improwizacja, i to na najbardziej zabójczym wraku na Atlantyku. Nikt nie był jeszcze na rufie. Postrzegając Dorię nie jako stertę sześciometrowych kawałków drewna i stali, lecz pojedynczy złożony organizm, Bill i jego koledzy postanowili zbadać to, co pozostało jeszcze niezbadane.

Piątego dnia trafili w dziesiątkę – znaleźli dzwonAndreiDorii. Odgrzebali go, wybili młotem trzpień mocujący kielich dzwonu i za pomocą potężnego worka wypornościowego wydobyli trofeum na powierzchnię. W środowisku nurków zawrzało. Zgodnie z umową właścicielem połowy dzwonu byłBill, reszta należała do pięciu pozostałych członków wyprawy, aostatecznie dzwon miał przejść w ręce tego, kto jako ostatni zostanie przy życiu. Kapitan załadował 70-kilogramowy dzwon na pakę, pick-upa swojej żony, i poprosił ją, by odwiozła zdobycz do domu. Kiedy dotarła na miejsce, okazało się, że dzwonu nie ma. Zadzwoniła do Nagle’a i oznajmiła: „Nie wiem, co się z nim stało!”. Bill był bliski zawału serca. Obdzwonił patrole policyjne z pytaniem: „Czy ktoś nie znalazł gdzieś gigantycznego dzwonu?”. Okazało się, że w rzeczy samej, ktoś zgłosił na policję takie znalezisko. Jeden z patroli odebrał doniesienie: „Znalazłem coś dziwnego, nie wiem, co to jest, ale wygląda jak wielki dzwon z napisem AndreaDoria”. Bill o mało nie dostał zawału po raz drugi. Odebrał dzwon i ubezpieczył go na 100 tysięcy dolarów. Stał się bogiem.

Wkrótce w jego umyśle wykiełkował nowy pomysł. A gdyby tak zrobić z Seekera profesjonalną czarterową łódź dla płetwonurków? Mógłby zarabiać pieniądze, robiąc jednocześnie to, co najbardziej w życiu kochał.

– Dochrapię się na tym sławy – opowiadał przyjaciołom.

Rocznie był w stanie przeprowadzić sześć wypraw na Dorię, w wolnym czasie szukając wraków Caroliny, Texela, Nornessy i Pan Pennsylvanii6, wspaniałych statków, których los był nieznany od wielu dziesięcioleci. Jego żona mieszkała z dwójką ich dzieci w Pensylwanii. On sam osiadł w Brielle, spotykał się z inną kobietą i wiódł żywot kawalera. Żona żyła nadzieją, że któregoś dnia Bill wróci do domu, i wychowywała dzieci w szacunku dla ojca. Kapitan mógł urzeczywistnić swoje plany i rozkręcić własny interes. Zbudował drugiego Seekera, niemal dwukrotnie większego niż pierwszy. Statek miał być specjalnie przystosowany do przewożenia nurków do wielkich wraków, tych, których eksploracja wymagała serca pioniera.

Niemal natychmiast Bill zaczął borykać się z przeciwnościami. Bynajmniej nie brakowało mu klientów. Kłopot polegał na tym, że nie był w stanie ich przy sobie zatrzymać. Była to odwrotna strona medalu. Okazało się, że na wyprawie nurkowej jedyną rolą kapitana jest zabawianie klientów pogawędką. Przeciętny niedzielny nurek pod koniec dnia chce zaprzyjaźnić się z prawdziwym człowiekiem morza. Bill wyobrażał sobie swój interes jako serię niezliczonych wypraw do głębokich i niebezpiecznych wraków, takich jak Doria czy Choapa7. Jego klienci woleli jednak pływać do pobliskich zwykłych wraków, jak Stolt Dagali8, SSMohawk9 lub Tolten10. Dla niego ludzie ci nie byli nurkami, tylko zwykłymi turystami. Patrzył, jak wdrapują się na pokład Seekera ze swoimi nowiutkimi jaskrawozielonymi płetwami – jaskrawozielonymi!!! – i słuchał o ich szalonych planach robienia zdjęć homarom i dotykania „prawdziwego” wraku. Nie potrafił ukryć niesmaku. Otworzył swój interes, by badać nieznane, tymczasem związał się z klientami, którzy podniecali się czymś zupełnie zwyczajnym.

Zaczął pić. Jim Beam nie znosił klientów Seekera jeszcze bardziej niż sam kapitan. Dosyć szybko Bill stał się opryskliwy i chamski. Często stał na mostku i słał w dół zjadliwe uwagi na temat klientów.

– Nie na tym polega nurkowanie! – krzyczał. – Popatrzcie na siebie, żółtodzioby. Popłyńcie na Karaiby ze swoimi zielonymi płetwami! Że też sprzedawcy ze sklepów nurkowych mają czelność sprzedawać te śmieci niewinnym ludziom. Banda oszustów!

Pod koniec wyprawy, po kilku godzinach picia, zdarzało mu się rzucić:

– Zabierzcie do cholerne bydło z mojej łodzi!

Przyjaciele i załoga błagali Nagle’a:

– Bill, na rany Chrystusa, nie możesz tak mówić do ludzi, którzy ci płacą. To twój interes!

Kapitan nie zważał jednak na ich słowa. Pił jeszcze więcej. Podczas jednego z czarterów postanowił samowolnie zmienić trasę i popłynąć do innego wraku, trudniejszego miejsca, które pobudzało jego wyobraźnię i aż prosiło się o odkrycie. Głębokość 50 metrów leżała poza granicami możliwości nurków na pokładzie. Człowiek, który wynajął łódź, był wściekły.

– Co ty do cholery wyprawiasz, Bill? Mieliśmy popłynąć na wrak na 30 metrach. Moi ludzie nie poradzą sobie na tej głębokości.

Kapitan odburknął:

– Czas zatem nauczyć ich nurkowania dekompresyjnego!

Po czym zatrzasnął się na mostku.

To było właśnie to. Bill płynął tam, gdzie chciał – nie był cholernym taksówkarzem, nie był na sprzedaż i nie chciał sprzeniewierzać się duchowi nurkowania. Pod koniec lat 80. picie Nagle’a wzięło jednak górę nad jego sławą i umiejętnościami. Z wychudłych pleców sterczały kościste łopatki, skóra przybrała niezdrowy żółty odcień, a na głowie sterczały skołtunione, zaniedbane włosy. Wciąż jeszcze pięknie pływał, przypominał trochę emerytowane gwiazdy bejsbolu, które nadal potrafią nieźle rzucać w czasie rozgrywek „dinozaurów”. Doświadczeni nurkowie zauważyli jednak, że jego wypady na Dorię nie były już tak brawurowe. Bill już nie pływał tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

– Muszę złapać odpowiedni nastrój – mówił najbliższym przyjaciołom.

Wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę oznacza to: „Muszę skończyć z piciem”. W 1990 roku Bill po raz ostatni zanurkował na Dorii. Takiego wraku nie da się pokonać, nie dając z siebie wszystkiego. Świadczyło o tym kilka całkiem świeżych ciał spoczywających w jego wnętrzu. Kapitan wciąż tracił klientów. Każdego dnia opowiadał kilku osobom, które jeszcze szanował, jak piękne i wspaniałe było nurkowanie za starych dobrych czasów.

Tak wyglądały życie i interes Billa Nagle’a późnym latem 1991 roku. W Brielle skończył się sezon turystyczny, miasteczko powróciło do swojego normalnego, monotonnego życia. Bill spędził niemal cały sierpniowy dzień, czyszcząc Seekera i rozmyślając nad swoim życiem. Kiedy słońce miało się już ku zachodowi, ruszył powoli na przechadzkę. Szedł nabrzeżem, potem przez pełen dziur żwirowany parking, aż do drzwi obiektu, który postawiono tam jakby z myślą o nim. Portowa Oberża czynna była do późna przez okrągły rok. Był tam Jim Beam, a on był potwornie spragniony.

Nikt nie pamięta już, kiedy zaczęto nazywać ten przybytek Potworną Oberżą, każdy mógł jednak powiedzieć, skąd się ta nazwa wzięła. Zagorzali palacze pokasływali w osnuwającej bar gęstej chmurze dymu papierosowego. W okolice grilla dolatywały bezlitośnie cuchnące wyziewy z toalet. Wszystko kleiło się od brudu. Przesiąknięte na wskroś nikotyną ściany pokryte były wyznaniami miłosnymi nasmarowanymi przez pijanych rybaków. Pewnego razu właściciel postanowił je umyć i do wnętrza baru weszło kilku uzbrojonych w szlauchy ludzi. Kiedy odkręcili wodę, strumienie przebiły ściany na wylot.

Nie lepiej prezentowała się klientela. Potworna Oberża nie miała zbyt wielu gości, grupa stałych bywalców ograniczała się do miejscowych twardzieli. Harleyowcy, rybacy, faceci z pobliskiej siłowni, mechanicy i ludzie nurkujący na wrakach, cała lista nieogolonych bywalców Potwornej Oberży. Ci faceci (nikt nie ośmieliłby się przyprowadzić tutaj kobiety) nie byli bynajmniej zainteresowani stojącymi pod ścianą automatami do gier i stołami bilardowymi. Nie przeszkadzał im również zwyczaj napełniania przez barmana miseczek z orzeszkami ziemnymi resztkami z innych miseczek. Pili piwo i gorzałę z plastikowych kubków, potem gasili w nich niedopałki. Co chwila wybuchały bójki, ale Bill nigdy nie został wywalony z knajpy. Kiedyś przez miasto przeszła plotka, że barman wyrzucił go na ulicę za nieprzyzwoite zachowanie. Nikt w to nie wierzył. Bynajmniej nie dlatego, że nikt z miasta nie potrafił sobie wyobrazić, że kapitan może zachowywać się nieprzyzwoicie. Po prostu ludziom nie mieściło się w głowie, że ktoś może zachowywać się aż tak nieprzyzwoicie, by wywalono go z tego typu speluny.

Tego wieczoru Bill zajął swoje stałe miejsce przy barze. Zamówił Jima Beama. I jeszcze jednego. Pół godziny później do knajpy wszedł ubrany w brudną koszulę 38-letni kapitan łodzi rybackiej. Przyszedł uregulować rachunek za paliwo. Ludzie znali go jako Skeetsa. Pojawiał się w porcie od lat, zawsze cumował swoją łódź kilka kroków od Seekera. Wynajmował ją rybakom, brał na pokład zaledwie cztery czy pięć osób – interes był niewielki, ale potrafił go prowadzić. Oznaczało to dwie rzeczy: wiedział, gdzie są ryby, i umiał trzymać gębę na kłódkę.

Znalezienie ryb było oczywiście kluczowe. Klienci wynajmujący łodzie rybackie nie wracali, jeśli za pierwszym razem kapitan zabrał ich na pustynię. Faceci tacy jak Skeets wciągali nosem powietrze, patrzyli w niebo i mówili:

– Panowie, dzisiaj czuję tuńczyka.

I kapitan musiał zabrać ich do któregoś z tych małych miejsc, zapisanych w zabazgranych po brzegi notesach, wetkniętych na sam spód szuflad na mostku. Czasami było to miejsce tuż przy plaży, niekiedy wymagało dłuższej podróży na otwarte morze, do jednego z podwodnych kanionów. Najczęściej oznaczało jednak wycieczkę do jednego z wraków.

Dla rybaków wraki to życie. Masa stali i drewna, pod którą pogrzebane mogły zostać istoty ludzkie, dosyć szybko staje się gwarnym skupiskiem życia morskiego pośród dna oceanu. Tutaj cały łańcuch pokarmowy dosłownie pozuje do zdjęć. Drobne żyjątka przyczepiają się do spoczywających na dnie przedmiotów. Stworzonka te przyciągają drapieżniki, w ślad za nimi podążają polujące na nie większe drapieżniki i tak dalej. Wrak staje się odrębnym ekosystemem. Przypływają tu także żerujące na otwartych wodach ryby pelagialne – tuńczyki, dorsze i wątłusze. Mogą się tu porządnie odpaść – jeszcze bardziej „odpasają się” kapitanowie łodzi rybackich.

Trzymanie gęby na kłódkę jest też niezmiernie ważne. Każdy kapitan wynajmujący swoją łódź rybacką ma na podorędziu spis powszechnie znanych i regularnie odwiedzanych wraków. Ale tak naprawdę liczą się tylko te nieznane, to właśnie dzięki nim zostaje się prawdziwym kapitanem. W ciągu całej swojej kariery dobry kapitan, taki jak na przykład Skeets, tworzy swoją prywatną listę kilkunastu obiektów, znanych tylko sobie i garstce wtajemniczonych. Może odkryć jakieś wraki, bacznie śledząc wskazania sondy i szukając nietypowych pagórków na dnie oceanu. Tajemnice kilku takich miejsc może też poznać od jakiegoś wybierającego się na emeryturę rybaka, któremu oddał w swoim czasie przysługę. Im więcej znasz wraków, tym więcej zarabiasz pieniędzy. Im więcej znasz sekretnych miejsc, tym więcej klientów wynajmuje twoją łódź.

Kapitanowie pilnie strzegli swoich tajemnic. Klienci nie mogli brać ze sobą na pokład żadnych przyrządów nawigacyjnych i nie wpuszczano ich na mostek, by nie podejrzeli pozycji łodzi. Kiedy kapitan dostrzegł podczas połowu inną łódź, podnosił kotwicę i płynął dalej, czekając, aż potencjalny szpieg odpłynie. Jeśli jakaś łódź śledziła go od wyjścia z portu, płynął zygzakiem przez środek morza, rzucał kotwicę byle gdzie i udawał, że łowi, dopóki konkurent się nie oddalił. Musiał być cały czas czujny, bo od tego zależało, czy zarobi na życie. Ludzie wciąż opowiadają historię o kapitanie Viking Fleet11 z Montauk. Facet zażądał fortuny za zabranie na połów dwóch braci. W nocy, kiedy zasnął, bracia weszli cichaczem na mostek i sfilmowali jego notatniki z pozycjami. Rok później na złotych łowiskach kapitana pełno było łodzi.

Przez ostatnich kilka lat Skeets łowił w miejscu, na jakie trafia się raz w życiu, jakieś 60 mil od Brielle. Dotarł tam pewnego mglistego dnia, trałując na tuńczyka. Technika ta polega na tym, że łódź ciągnie za sobą w wodzie pojedynczą linę z przyczepionymi do niej przynętami przypominającymi płynące kalmary lub inną drobnicę. Ponieważ łódź jest cały czas w ruchu, kapitan musi uważnie obserwować inne statki w pobliżu. We mgle robi to za pomocą radaru. Skeets obserwował swój radar i po krótkim czasie na ekranie zobaczył inną łódź. Zielony punkcik pozostawał jednak w bezruchu, co oznaczało, że łódź stoi na kotwicy. Mogło oznaczać to tylko jedno – ktoś polował na wrak.

Skeets skierował się do portu, ale po chwili wziął kurs na zakotwiczony statek. Zanim zdążył odpowiedzieć, złapał go i spisał pozycję. Okazało się, że łódź należy do jego kumpla. Skeets dostał od niego przez radio komunikat: „Nie zdradź nikomu tego miejsca. Niech nie przyjdzie ci do głowy o nim mówić. Ono jest naprawdę wyjątkowe”.

Kilka dni później Skeets powrócił w to miejsce. Było po prostu niesamowite, wystarczyło zarzucić haczyk, a rzucały się na niego całe stada tłustych tuńczyków, strzępieli i dorszy. Najlepsze było to, że o miejscu wiedzieli tylko on i jego kumpel, co oznaczało, że Skeets może przypłynąć tu w każdym momencie bez obawy, że inny kapitan sprzątnie mu zdobycz sprzed nosa.

Coś dziwnego jednak działo się ze Skeetsem za każdym razem, gdy odwiedzał to miejsce. Pławił się w jego bogactwach, ale nie mógł przestać myśleć o przedmiocie, który spoczywał w samym sercu tego podwodnego raju. Musiał być olbrzymi – tyle można było wywnioskować na podstawie wielkiego zielonego bąbla, jaki pojawiał się na monitorze sondy pokazującym obraz dna. Spoczywał na głębokości co najmniej 60 metrów i był zrobiony ze stali. Skeets doszedł do tego wniosku, oglądając płatki rdzy, które przyklejały się do przynęt. Poza tym nie był w stanie powiedzieć niczego więcej. Zżerała go ciekawość. Było w tym miejscu coś, co budziło w nim instynkty. Spędziwszy całe życie na morzu, rybak zaczyna podświadomie czuć, czy coś ma jakieś znaczenie, czy nie. Dla niego to miejsce miało znaczenie.

Przez całe lata, kiedy Bill widywał Skeetsa na parkingu lub płacącego rachunki za paliwo w Potwornej Oberży, zaczepiał go pytaniem:

– Hej, Skeets, natknąłeś się może na jakieś wraki, których nie ruszali jeszcze nurkowie?

A ten odpowiadał niezmiennie:

– Przykro mi, Bill, niestety nie.

Tego wieczoru jednak Skeets popatrzył na Nagle’a i powiedział co innego.

– Łowiłem w tym miejscu. Nie uwierzysz. Tuńczyki. Dorsze. Same wielkie sztuki.

Bill uniósł brew, patrząc na dno szklanki z bourbonem.

– Czyżby?

– Tak, 60 mil od brzegu. Głęboko, i to według twojej miary, może 70 metrów wody. Coś jest tam na dole. Powinieneś to sprawdzić. Myślę, że na dnie leży coś naprawdę dużego.

Nawet po kilku szklankach Jima Beama Bill potrafił poznać różnicę między pustą portową gadaniną a słowami płynącymi z głębi serca. Uważał Skeetsa za dobrego kapitana i faceta, który naprawdę zna ocean. Nie miał cienia wątpliwości, że można zaufać jego instynktowi. Mimo to nie mógł i nie chciał poprosić o namiary. Kapitanowie długo pracują na swoją reputację, a spytanie o coś takiego byłoby brutalnym naruszeniem etyki zawodowej.

Skeets sam wysunął propozycję.

– Szukam małego wraku w pobliżu brzegu. Jest tam pełno okoni. Wiem, że tam często nurkujesz. Daj mi namiary na to miejsce, a ja dam ci namiary na moje. Muszę je jednak zatrzymać dla siebie. Nikomu o nich nie mów.

Bill pokiwał głową.

Umówili się, że wymienią się namiarami następnego dnia na łodzi Nagle’a. Tej nocy Bill nie mógł spać. Z niecierpliwością czekał na spotkanie. Następnego dnia przyszedł godzinę wcześniej i wałęsał się po przegniłym drewnianym pomoście, przy którym stał Seeker. Instynkt szarpał niespokojnie całym ciałem mężczyzny. To spotkanie wiązało się z czymś więcej niż tylko obiektem spoczywającym na dnie oceanu. Ono miało zupełnie odwrócić koleje losu.

Kiedy w końcu pojawił się Skeets, Bill zaprosił go na mostek Seekera. Stali w ciasnym pomieszczeniu, w otoczeniu przyrządów nawigacyjnych, opróżnionej do połowy butelki Jima Beama i wymiętoszonego śpiwora w kowbojów i Indian, w którym od wczesnej młodości sypiał Bill. Spojrzeli sobie w oczy.

– Muszę ci coś powiedzieć – rzucił Skeets. – Miejsce, które znalazłem, jest złe. Ten obszar oceanu jest niebezpieczny. Wrak leży w małym zagłębieniu, nad nim jest krawędź i potężny prąd płynący w górę nad szelf kontynentalny, naprawdę mnóstwo wody w ruchu.

– Nie obawiaj się – odpowiedział kapitan.

– Billy, to naprawdę złe miejsce. Musisz mieć nurków z najwyższej półki. Nawet jeśli będzie zupełna flauta i spokojna woda, łódź będzie dryfować ze trzy węzły. Wiesz, co to znaczy i jak niebezpieczne są te prądy pod powierzchnią. Do tego jest głęboko. Myślę, że jakieś 70 metrów. Nie mam pojęcia o nurkowaniu, ale lepiej uważaj na swoich ludzi.

– Jasne, Skeets. Wiem, wiem. Nie martw się. Wymieńmy się tymi namiarami.

Żaden nie mógł znaleźć czystej kartki. Bill sięgnął do kieszeni i wyciągnął dwie serwetki z Potwornej Oberży. Napisał namiary – małe, pełne okoni morskich wzniesienie na południe od Seaside, sterta skał wymarzona wręcz do świetnego połowu. Kiedy skończył, Skeets zaczął przepisywać na zatłuszczonym przez Nagle’a masłem orzechowym kawałku serwetki różnice czasów w systemie LORAN-C12. Kapitan nie powinien zdradzać położenia tak cennych miejsc. Ale tylko Bill mógł mu powiedzieć, co jest tam na dole. Był jedynym znanym mu facetem, który potrafił zejść na głębokość 70 metrów. Poza tym wyglądał na równego gościa, który nie wypapla nikomu namiarów i nie odsprzeda ich właścicielowi konkurencyjnego interesu.

Wręczył Nagle’owi serwetkę.

– Zatrzymaj to dla siebie – przypomniał. – I na litość boską, uważaj.

Skeets wyszedł ze sterówki, zszedł po stromych, białych, drewnianych schodkach i wrócił do doku, na swoją łódź. Po chwili Bill poszedł w jego ślady. Z długopisem w jednej dłoni i ściśniętą mocno serwetką w drugiej udał się do Potwornej Oberży. Zamówił Jima Beama i zaczął przepisywać podane przez Skeetsa namiary swoim kodem na kolejnej serwetce. Zazwyczaj trzymał księgę z namiarami na pokładzie Seekera, ale były to publiczne namiary. Możecie je sobie ukraść, sukinsyny. Na to, co najlepsze, zarezerwowany był jego portfel. Można było zabić Nagle’a i ukraść jego portfel, ale cyfry nic nie znaczyły bez właściwego klucza, a on nigdy nikomu go nie zdradził. Złożył nową serwetkę i wsunął do portfela, sejfu, w którym spoczywały marzenia. Podniósł się i poszedł zadzwonić do Chattertona.

Jeśli Bill Nagle potrafił odnaleźć cząstkę siebie w innym nurku, to był nim John Chatterton. Wysoki, przystojny 40-letni zawodowy nurek, którego dudniący, naznaczony akcentem z Long Island głos stał się nieodłącznym elementem ścieżki dźwiękowej większości ważnych odkryć wraków w tym okresie. Na co dzień pracował na podwodnych budowach w okolicach Manhattanu. Zajmował się robotą wymagającą mosiężnego hełmu i palnika Broco o temperaturze 5000 stopni. W weekendy kierował jednymi z najbardziej pomysłowych i odważnych nurkowań, jakie kiedykolwiek przedsięwzięto na Wschodnim Wybrzeżu. Bill widział w nim odbicie swoich najlepszych dni.

Spotkali się po raz pierwszy w 1984 roku na pokładzie Seekera. Johna nie obchodził specjalnie cel wyprawy, przyłączył się tylko po to, by obserwować Billa, żywą legendę. Wkrótce potem wynajął Seekera, by popłynąć do Texas Tower, starych urządzeń radarowych sił powietrznych, jakieś 60 mil od brzegu. Wieża zawaliła się w czasie sztormu w 1961 roku, a cała załoga zginęła. Podstawa Texas Tower leżała na głębokości 70 metrów wbita w piasek. Miejsce to było zbyt niebezpieczne dla wszystkich poza najbardziej wytrawnymi nurkami. Czubek można było jednak eksplorować z łatwością już na głębokości niecałych 30 metrów i bez problemu mogli dotrzeć tam wszyscy uczestnicy wyprawy.

Jeden z nurków zaczął się strasznie puszyć. Od dawna cieszył się opinią narwańca, nikogo więc nie zaskoczyło, gdy podsunął plan zejścia na samo dno. Nie trzeba było czekać długo, żeby głębiny się odezwały. Facet chciał za wszelką cenę wyjąć mosiężne okno. Kończyło mu się powietrze, a on uparł się, żeby skończyć. Utonął. Na tych głębokościach takie rzeczy dzieją się niezwykle szybko.

Teraz na dnie niebezpiecznego wraku było jeszcze ciało. Ktoś musiał po nie zejść. Była to robota Nagle’a. Zwykle sam schodził po trupa lub robił to jeden z jego kumpli-pomocników. Wszyscy jednak dopiero wyszli z wody i nie mogli do niej wrócić, dopóki nie pozbyli się nadmiaru azotu zgromadzonego w ich ciałach. Proces ten zajmował kilka godzin.

Chatterton zgłosił się na ochotnika. Nieznający dna nurek mógł z łatwością stracić orientację i zgubić drogę powrotną na Seekera. Bill zapytał go, czy zna z grubsza topografię wraku.

– Szczerze mówiąc niezbyt, ale i tak zejdę – powiedział John.

Ta odpowiedź przemówiła do Nagle’a.

Chatterton dotarł do dna Texas Tower i ruszył na rekonesans. Wkrótce odnalazł nurka. Nie wygląda źle jak na trupa – pomyślał. Przyczepił jego butle do worka o wyporności 100 kilogramów i zaczął napełniać go powietrzem. Ciało zaczęło powoli unosić się ku powierzchni. Na wszelki wypadek przywiązał je długim zwojem liny do wraku – jakby coś poszło nie tak, zawsze łatwiej będzie je znaleźć.

No i coś poszło nie tak. Podczas wynoszenia do góry gwałtownie zmniejszające się ciśnienie wody sprawiło, że powietrze w skafandrze zaczęło pęcznieć, zamieniając nurka w martwą wersję ludzika z reklamy Michelina. Gdy wypłynął na powierzchnię, potężna fala uszkodziła worek wypornościowy i ciało opadło z powrotem na dno. Zapadał już zmrok i ponowne nurkowanie było niestety trochę niebezpieczne.

John zgłosił się na ochotnika, by rano zejść po ciało. Zrobiło to ogromne wrażenie na Nagle’u. Zostali na noc na morzu, a na śniadanie musieli zadowolić się chipsami Doritos. Chatterton zszedł pod wodę i ponownie odnalazł ciało. Tym razem biedny gość nie wyglądał zbyt dobrze. Coś zjadło jego powieki, a nadgryzione usta odsłoniły zęby, stał się czymś, co nurkowie określają mianem „pokraka”13. Kiedy ciało wypłynęło na powierzchnię, Bill wciągnął je na pokład.

– Odwaliłeś kawał niezłej roboty – powiedział Johnowi. – Jesteś dobrym nurkiem.

Od tej pory stali się przyjaciółmi.

Wkrótce Chatterton został członkiem załogi Seekera. W 1987 roku po raz pierwszy popłynął na Dorię. Kręcił się wokół wraku, ale nie odważył się na nic więcej. Miejsce było na tyle niebezpieczne i przerażające, że postanowił nigdy tam nie wracać. Podczas tej samej wyprawy Bill znalazł ważącą blisko 100 kilogramów drewnianą tablicę z napisem „ZACHOWAJ CZYSTOŚĆ ŚRUB”. Był to najpiękniejszy napis tego typu, jaki Chatterton widział w swoim życiu. Uścisnął dłoń Nagle’a, podziękował mu za okazję i rzekł:

– Odbyłem wyprawę na sam szczyt. Raz mi wystarczy.

Ale Bill wiedział lepiej. John nie mógł zapomnieć o wraku. Podziwiając majestatyczność Dorii, dostrzegł cień tajemnic, jakie odsłania wrak przed tymi, którzy patrzą oczami duszy. Wrócił. Ogrom Dorii stanowczo go przytłaczał, człowiek mógł nurkować dziesięć razy po 25 minut i nie był w stanie zobaczyć całości. Wrócił więc po raz kolejny. Fascynowało go odwiedzanie takich miejsc, bycie obecnym w tym niezmierzonym składzie drobiazgów, które niegdyś znaczyły coś dla ludzi. Doria bardzo szybko stała się jego pasją. Grabiąc liście, oglądając mecz futbolowy Giants i podchodząc do stoiska nabiałowego w sklepie, Chatterton układał w głowie swoje wrażenia z wraku. Z oderwanych obrazów i doświadczeń w jego umyśle powstawał stopniowo spójny obraz Dorii.

– Dlatego właśnie nurkuję – powiedział Nagle’owi. – Chcę, żeby właśnie na tym polegało nurkowanie.

Wkrótce John zaczął pływać do miejsc i odkrywać rzeczy, do których nikt wcześniej nie dotarł – nawet Bill ze swoimi stadami nurków w najlepszych czasach. Jego osiągnięcia zyskały rozgłos wśród nurków na Wschodnim Wybrzeżu. Wciąż uczył się od Nagle’a. Był pełen podziwu dla jego instynktu i umiejętności wyobrażania sobie statków takimi, jakimi były w chwilach swojej chwały. Fascynowała go wytrwałość, z którą Bill studiował plany pokładów i dzienniki okrętowe, łatwość, z jaką stawiał się w sytuacji nawigatora statku, i niesamowita umiejętność opracowywania planów wypraw nurkowych obejmujących cały wrak, mimo iż znana była zaledwie skromna jego część. Świetnie się bawił, wydobywając z ukrytych zakamarków Dorii bezwartościowe, kompletnie zardzewiałe przedmioty tylko po to, by Bill rzucił na nie okiem i zgadł, z którego miejsca dokładnie pochodzą.

Nagle’a i Chattertona łączyła przede wszystkim filozofia. Obydwóm w nurkowaniu chodziło o odkrywanie, docieranie we wszystkie zakątki, do tego, co nieznane. Jeśli postrzegało się świat w ten sposób, to było naprawdę wiele miejsc, w które nie dało się dotrzeć, ale trzeba było do cholery przynajmniej spróbować. Musiałeś zaryzykować. Po co żyć, skoro nie chcesz tam dotrzeć?

Następnego dnia po tym, jak Skeets zdradził mu swój sekret, Bill umówił się z Johnem na pokładzie Seekera. Weszli po schodkach do sterówki, kapitan zamknął drzwi i opowiedział przyjacielowi całą historię zasłyszaną od Skeetsa. Co może leżeć w tym miejscu na dnie? Mężczyźni snuli kolejne domysły. Może to okręt wojenny lub statek handlowy z okresu wojny? Prawie niemożliwe – w czasie żadnej z wojen źródła wojskowe nie odnotowały w tym rejonie nasilonych działań. Czy mógł być to Corvallis, statek zatopiony podobno w latach 30. przez ludzi z Hollywood w czasie kręcenia filmu katastroficznego? Też raczej niemożliwe, podobno filmowcy zapisali jedynie przybliżone informacje dotyczące miejsca, w którym kręcono film. Owszem, obszar ten obejmował łowisko Skeetsa, ale również kilkaset mil kwadratowych oceanu wokół. A może wagon metra? Też mało prawdopodobne – władze New Jersey zatapiały je celowo, by przyciągnąć zwierzęta morskie, ale lokalizacje wszystkich były starannie zapisywane.

Bardziej realne wydawały się mniej romantyczne scenariusze. Mogła być to sterta skał albo bezwartościowa barka wykorzystywana przy budowie rurociągu. Najprawdopodobniej była to zwykła stara barka wyładowana śmieciami. W ostatnich latach często zdarzało się, że władze miast wyładowywały prehistoryczne szkunery odpadkami, ucinały ich maszty i zatapiały byle gdzie. Bill i John byli w wielu takich miejscach.

Możliwe jednak, że było to coś naprawdę wielkiego.

Kapitan Seekera wymyślił plan. Zorganizują wyprawę w to miejsce. Każdy z nich zwerbuje sześciu najlepszych nurków, takich, którzy dadzą sobie radę, nurkując w nieznane, na głębokość 70 metrów. Podróż nie będzie przyjemna – sześć godzin w jedną stronę w chłodnym wrześniowym powietrzu. Każdy z nurków zapłaci 100 dolarów na pokrycie kosztów paliwa i innych wydatków. Żadnych obietnic. Inni kapitanowie konfidencjonalnym szeptem oferowali wycieczki do dziewiczych miejsc, a potem zawsze okazywało się, że to jakiś humbug. Schodziłeś na dno tylko po to, by znaleźć nowiutki jaskrawopomarańczowy łom dla płetwonurków leżący wśród pozostałości po kutrze rybackim. Kończyło się na tym, że kapitan patrzył ci w oczy ze słowami: „Kurczę, chłopaki, nie miałem pojęcia, że to tak wygląda”. Bill i John byli inni. Organizowali wyprawę ze swoim zwykłym podejściem: pewnie nic tam nie ma, ale musimy spróbować.

Wyznaczyli termin na Święto Pracy 1991 roku. Obdzwonili wszystkich dobrych nurków, jacy przyszli im do głowy. Większość odrzuciła zaproszenie. Nawet kilka prawdziwych sław – faceci, których powinny podniecać tego typu pomysły – odmówiło udziału w wyprawie. Z reguły tłumaczyli się banalnym:

– Wolę wydać moje pieniądze na coś pewnego, a nie wyprawę w ciemno po nie wiadomo co.

Jeden z nich, Brain Skerry, powiedział Chattertonowi:

– Wiesz co, stary? Urodziłem się zbyt późno. Wszystkie fajne wraki już znaleziono. Epoka wielkich odkryć się skończyła.

Tak wyglądało to w 1991 roku. Ludzie chcieli czegoś pewnego. Bill i John dzwonili dalej. W końcu, kiedy wyczerpała się już lista kontaktów, udało im się znaleźć dwunastego nurka. Chatterton był zniesmaczony.

– Nikt nie chce odkryć niczego nowego! Co się do cholery dzieje?

Bill, zwykle pełen entuzjazmu przed nową wyprawą, smutno potoczył wzrokiem po czerwonych krzyżykach na swojej liście i niemal szeptem odpowiedział:

– Ci faceci nie mają serca do nurkowania na wrakach, John. Oni po prostu tego nie czują.

Tuż po północy 2 września 1991 roku całe Brielle pogrążone było we śnie. Bill, John i dwunastu nurków, którzy zgodzili się wziąć udział w ekspedycji, załadowali na Seekera butle, maski, automaty oddechowe, noże, latarki i całe sterty innego sprzętu. Czekał ich sześciogodzinny rejs do miejsca wskazanego przez Skeetsa. Niektórzy wdrapali się na koje i poszli spać. Pozostali usiedli wokół kołyszącego się stołu. Skorzystali z okazji, by trochę się poznać, i śmieli się, że wyjdą na skończonych idiotów, jeśli okaże się, że zapłacili ciężkie pieniądze za to, by nurkować wśród sterty kamieni. O pierwszej nad ranem kapitan Seekera sprawdził, czy wszystkie osoby wpisane na listę są na pokładzie. „Zabezpieczcie cały sprzęt” – rzucił do tych, którzy jeszcze nie poszli spać, i wszedł po schodkach do sterówki. Chatterton dał sygnał, by przerzucić się z zasilania portowego na generator. Lampki w mesie zamigotały i zgasły, a światło potężnych reflektorów halogenowych zalało białym blaskiem tylny pokład. Jeden z nurków odłączył przewody zasilające, wąż doprowadzający wodę i telefon stacjonarny z nabrzeża. Bill odpalił bliźniacze silniki Diesla. Zatrzęsły się i zakasłały, jakby buntowały się przeciwko nagłemu przerwaniu ich drzemki. Po chwili zaskoczyły.

John ściągnął cumy.

– Cuma dziobowa oddana. Trzymam cumę rufową… trzymam… trzymam… okej, rzucam! – zawołał do Nagle’a, rzucając na brzeg ciężką linę.

Seeker był gotowy do drogi. Kapitan zapalił w sterówce czerwone, przyćmione światła, sprawdził krótkofalówkę, nadajnik, LORAN-C i radar. Uruchamiając silniki jeden po drugim, delikatnie wyprowadził łódź z doku. Po kilku minutach Seeker przeszedł pod wiaduktem kolejowym i wypłynął na ocean. Najprawdopodobniej płynęli z tymi ludźmi do jakiejś barki ze śmieciami. Może rzeczywiście epoka wielkich odkryć podwodnych już się skończyła. Jednak gdy za rufą powoli znikały światła portu w Brielle, John i Bill dostrzegli na horyzoncie cień nadziei. Na chwilę świat stał się piękny i wspaniały.

1 Poszukiwacz (przyp. tłum.).

2 Jacques-Yves Cousteau – francuski oficer marynarki, badacz mórz, podróżnik oraz filmowiec i pisarz, zwany „kapitanem” lub „komendantem Cousteau” (przyp. red.).

3 Do początku lat 90. nurkowania wrakowe w USA wykonywane były na powietrzu w wodzie o temperaturze wahającej się między 4 a 11ºC. W 1991 r. Tom Mount, założyciel organizacji szkolącej nurków – IANTD, opublikował pierwsze standardy nurkowania z trimiksem (przyp. red.).

4SSChampion – zatopiony 7 listopada 1879 roku parowiec łopatkowy w kolizji z szkunerem Lady Octavia. W wyniku kolizji śmierć poniosło 28 pasażerów. Wrak leży na głębokości 35 m (przyp. red.).

5 Szwedzko-amerykański liniowiec płynął na trasie z Nowego Jorku do Göteborga i Kopenhagi (przyp. red.).

6 Ofiara U-550, jeden z największych tankowców na świecie, została storpedowana 16 kwietnia 1944 r. przez niemiecką łódź podwodną, a następnie zatopiona przez aliancki samolot. Większość z 25 ofiar zginęła w morzu, próbując w panice opuścić tonący statek. Wraku SS Pan-Pennsylvania nie odnaleziono do dzisiaj (przyp. red.).

7SSChoapa – amerykański frachtowiec zatopiony u wejścia do nowojorskiego portu w wyniku kolizji z tankowcem Voco 21 września 1944 roku. Najgłębsza część wraku leży na głębokości 60 m. Widoczność nie przekracza często metra, a wrak spowity jest sieciami i fragmentami żyłek (przyp. red.).

8SSStolt Dagali – liczący 178 m norweski tankowiec poszedł pod wodę w wyniku kolizji z izraelskim liniowcem SS Shalom 26 listopada 1964 roku. W katastrofie ocalała część dziobowa statku, która została odholowana do portu. Rufa leży na głębokości 40 m. Po rekonstrukcji tankowiec ten pływa do dzisiaj (przyp. red.).

9SSMohawk – zbudowany w 1926 r. parowiec pasażerski utonął po kolizji z norweskim transportowcem Talisman. W wyniku zderzenia śmierć poniosło 45 członków załogi. Do dzisiaj na wraku parowca znajdowana jest porcelana, srebrne sztućce, butelki i utensylia kuchenne (przyp. red.).

10SSTolten– przypadkowa ofiara ataku torpedowego kapitanaU-404Ottona von Bullowa, który widząc zaciemnioną sylwetkę transportowca, posłał go na dno 13 marca 1942 r. W rzeczywistościSSToltenbył częścią floty komercyjnej Chile, która nie pozostawała w stanie wojny z Niemcami AdolfaHitlera, a wygaszenie świateł związane było z koniecznością przestrzegania instrukcji US Navy. W wyniku ostrzału w Atlantyku śmierć poniosło 27 członków załogi, a Chile stanęło w wojnie po stronie aliantów. W czeluściach wraku dwóm nurkom udało się wyciągnąć rekordowego homara ważącego prawie 12 kg (przyp. red.).

11 Cumująca w Montauk na Wschodnim Wybrzeżu flota kutrów rybackich, należąca od pięciu pokoleń do rodziny Forsberg (przyp. red.).

12 LORAN (LOng RAnge Navigation) – system działający u wybrzeży namierzający pozycję za pomocą sygnałów odbieranych od nadajników rozmieszczonych na brzegu. Dziś używa się urządzeń wyposażonych w odbiorniki satelitarne (GPS) (przyp. red).

13 Oryg. creature-feature (przyp. tłum.).

Rozdział2

Wizura zero

urkowanie na głębokich wrakach jest jednym z najbardziej niebezpiecznych sportów na świecie. Tylko w kilku innych dyscyplinach przyroda, fizjologia, sprzęt, instynkt i przedmioty mogą się wszystkie naraz sprzysiąc, by bez ostrzeżenia i ze wszystkich stron uderzyć w twój umysł i osłabić ducha. We wnętrzach wraków znaleziono zwłoki wielu nurków, którzy mieli jeszcze wystarczająco dużo powietrza, żeby wypłynąć na powierzchnię. Nie chcieli umrzeć, raczej nie potrafili już się zorientować, jak przeżyć.