Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 478 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W plątaninie uczuć - Gabriela Gargaś

Historia o prawdziwej kobiecej przyjaźni i o tym, jak trudną sztuką jest pięknie żyć.

Dorota jest mężatką i matką dwójki dzieci, którą przytłacza codzienność i nadmiar obowiązków. Czy znajdzie w sobie siły, by przebaczyć zdradę?
Hanna to trzydziestopięcioletnia singielka, która pnie się po szczeblach kariery w międzynarodowej korporacji. Nie ma czasu na nic, a już na pewno nie na miłość.
Z kolei Kalina jest w szczęśliwym związku od dziesięciu lat. To właścicielka ekskluzywnego butiku, wiodąca spokojne i poukładane życie. Nagle jej życiu pojawia się dawna miłość i wywraca wszystko do góry nogami.

Życie trzech kobiet zmienia się, gdy stają w obliczu śmiertelnej choroby. Ich przyjaźń zostaje wystawiona na największą próbę.
Muszą zmierzyć się z własnymi słabościami i pomóc sobie nawzajem.

Bo życie składa się z miliona małych szczęść i kilku wielkich tragedii.
Czasem to właśnie przyjaźń pozwala przetrwać i uwierzyć w przyszłość.

Opinie o ebooku W plątaninie uczuć - Gabriela Gargaś

Fragment ebooka W plątaninie uczuć - Gabriela Gargaś

DOROTA

Robert znowu dłużej pracował, a ona nie miała już siły. Całe jej ciało domagało się odpoczynku.

Mięśnie były napięte i sztywne, kosmyki włosów lepiły się dospoconej twarzy… Nieprzespana noc i pracowity dzień dawały o sobie znać. Pranie, sprzątanie, gotowanie, mycie okien – nikt tego zanią nie zrobi. Nikt też zanią nie nakarmi piersią syna.

Michaś uwielbiał jej cyca. Poprostu nie mógł się bez niego obejść. Jego malutki świat kręcił się wokół jej piersi. Bolały jąsutki odtego memłania, ciągnięcia, ssania. Czasami czuła się jak dojarka. I mrówka – w mrowisku codzienności. W bezwolnym schemacie, w którym czas przeciekał przez palce. Karmienie, zmiana pieluchy, dwudziestominutowa drzemka i cyc… I tak w kółko. I w tym kółku jeszcze Tomek. Radosny czterolatek, który przeżywa właśnie okres dziecięcego buntu. Rozbrykany i pełen energii, ani przez chwilę nie może usiedzieć w miejscu.

Dorota kochała swoje dzieci, ale czasem miaławszystkiego dosyć. Samotna, sfrustrowana, wściekła, czuła się bezradna w tym pędzie przez życie bez wytchnienia. Bezradna i obarczona – jak wiele kobiet – nadmiernym poczuciem odpowiedzialności zarodzinę i jej sprawne funkcjonowanie. Kochała męża i dzieci, ale w tej miłości zatracała siebie. Zapomniała już, kim jest i dokąd zmierza. Napółkę odłożyła swoje marzenia. Ktoś kiedyś jej powiedział, żegdy człowiek przestaje marzyć, totak jakby umarł. Stała się robotem. Bez zastanowienia, bez cienia pasji odbębniała swoje życie.

Spojrzała w lustro. W wieku trzydziestu czterech lat wyglądała gorzej niż jej własna teściowa… Szare kręgi pod oczami wchodziły napoliczki, ziemista cera dodawała jej lat. Żyła od wieczora do wieczora, bo tylko wtedy miała chwilkę dla siebie. Choć i to nie zawsze. Przecież można coś jeszcze zrobić: poskładać pranie, rozmrozić mięso nanastępny dzień.

– Cześć, wróciłem! – Mąż trzasnął drzwiami tak mocno, żeobudził Michałka, którego usypiała przez ostatnią godzinę.

Jakbym nie zauważyła… – wypowiedziała w myślach, a nagłos odparła:

– Czy tyzawsze musisz tak trzaskać drzwiami, żeo mało nie wylatują z futryn?

Maluch zaczął głośno płakać. Wzięła go naręce.

– A tyzawsze musisz się czepiać? – odpowiedział pytaniem napytanie.

– Gdybyś zamknął te przeklęte drzwi, a nie trzaskał nimi z całej siły, nie czepiałabym się – czuła, żezaraz wybuchnie.

– Miałem ciężki dzień w pracy – oświadczył chłodno.

– A jaw domu.

– W domu? – parsknął, patrząc na nią ze zdziwieniem.

No tak, skoro nie pracuje, tomoże wylegiwać się nakanapie, piłować paznokcie i oglądać seriale. Poczuła, żew gardle rośnie jej ogromna gula. Przerabiali ten temat dziesiątki razy.

– Wyobraź sobie, żejestem zmęczona. Michał makolkę, Tomek pomalował ściany farbami i musiałam jeszorować. Ugotowałam obiad, zrobiłam pranie, prasowanie, zmieniłam pościel. Tomało?

Nie słuchał jej. Wszedł dokuchni, a ona podreptała zanim z krzyczącym dzieckiem.

– Mówiłem ci już, żemożemy zatrudnić opiekunkę. Stać nas nato.

– A jaci mówiłam, żenie chcę, aby obca kobieta zajmowała się naszymi dziećmi.

– Skoro nie chcesz, tomasz problem – podniósł pokrywkę odgarnka, w którym gotowało się mięso.

– Zjesz obiad? – zapytała, aby zakończyć tębezsensowną dyskusję.

– Znowu gulasz? – pokręcił z dezaprobatą głową.

– Poprzednio był tydzień temu. Jeśli masz ochotę nacoś innego, tomipowiedz.

– Nie będę jadł – rzucił oschle w jej stronę i wyszedł z kuchni.

– Tonie – odburknęła.

Podszedł dobarku i nalał sobie whisky. Lubił whisky. Poszklaneczce najszybciej zapominał o tej kobiecie, która ciągle narzekała. Ostatnio zauważył, żesiedzi w pracy pogodzinach tylko dlatego, żeby opóźnić powrót dodomu. Domu, który miał być ostoją i azylem, a dla niego stał się kanciastą klatką, naszpikowaną kolcami złości. Miejscem, w którym ciskało się śmiertelnymi kulami żalu i gniewu i strzelało pretensjami niczym serią z karabinu maszynowego. Nieustannie kaleczył się o słowa Doroty, był bombardowany jej złością, atakowany goryczą. Kochał swoje dzieci nad życie, ale nią był już zmęczony. Wiecznie niezadowoloną i zmęczoną żoną, która przestała o siebie dbać. Nie pamiętał, kiedy ostatnio widział jąw sukience, z odrzuconymi naplecy, rozpuszczonymi włosami. Miała piękne, falujące, kasztanowe pukle, którymi on kiedyś nieustannie się bawił. Przeczesywał jepalcami i zanurzał w nich nos. Pachniały morelami i wiatrem. Teraz Dorota wiązała jeciasno w kucyk, tak było praktyczniej.

Rutyna wypełniła też ich sypialnię, z dawnej namiętności nie zostało już niemal nic. Seks z nią spowszedniał, nie sprawiał mu już przyjemności. Zresztą prawie wcale go nie uprawiali, boalbo Michałek miał kolkę, albo Tomek wskakiwał doich łóżka, albo Dorotę bolała głowa. Kochali się raz w miesiącu, a czasami i rzadziej, w łazience lub w kuchni. Szybko, gwałtownie, w obawie, żektóreś z dzieci może się obudzić. Nie umieli siebie zadowolić, nie potrafili się już kochać. Wszystko przepadło. Bezpowrotnie?

Znowu pije – pomyślała Dorota z obrzydzeniem. – Będę musiała sama zajmować się dziećmi. Nie dość, żecały dzień, tojuż kolejny wieczór, noc…

Wybuchnęła płaczem.

– O coci znowu chodzi? – Ten jej płacz.

– Pijesz!!! – wykrzyczała mu w twarz.

Dziecko, które nachwilę ucichło, teraz zaczęło spazmatycznie szlochać.

– Byłem w pracy dziesięć godzin!

– Jateż pracuję w domu!

– Przestań histeryzować… – Denerwowała go tateatralna dramaturgia. Kiedy Dorota była zła, jej głos stawał się piskliwy.

Michałek płakał coraz głośniej. Robert stał z opuszczonymi rękoma, jakby nie wiedział, cozrobić.

– No, weź go i ucisz! – włożyła mu w ręce krzyczące zawiniątko w żółtym kocyku.

Szklanka wypadła mu z ręki. Złoty płyn rozlał się popodłodze.

Wziął synka naręce i mocno przytulił. Malutkie rączki chwyciły go zakoszulę. Rozczulił go ten gest.

– Mamusiu, co tu się stało? – Tomek jak burza wpadł dokuchni.

– Nic, synku, tatusiowi wypadła szklanka.

– Niegrzeczny tatuś – malec już był przy ojcu i kurczowo łapał się jego nogawki, jakby w obawie, żetata może znów gdzieś wyjść.

Dorota w przypływie gniewu chwyciła torebkę i kluczyki dosamochodu. Jej mąż stał bez ruchu z jednym synem naręku, a z drugim u boku.

– Dokąd idziesz? – zapytał.

– Wychodzę – rzuciła przez ramię. Nie może się teraz rozmyślić. Musi wyjść i zapomnieć. Zapomnieć nachwilę o tym, żejest matką, żoną i kurą domową. Tąprzeklętą umęczoną kobietą, którą nigdy nie chciała się stać.

– Ale ja?… – usłyszała zasobą głos męża.

– Bawcie się dobrze – otworzyła drzwi i wybiegła napodjazd.

W powyciąganym dresie i poplamionej koszulce wsiadła dosamochodu i ruszyła z piskiem opon. Jechała przed siebie, naciskając coraz mocniej pedał gazu. Uciekała.

Zatrzymała się dopiero pokilkunastu kilometrach naskraju lasu. Zamknęła oczy, pojej policzkach potoczyły się wielkie łzy. Myślała o Robercie. O tym, cobyło. Poraz kolejny wróciła doprzeszłości, ostatnio coraz częściej się natym łapała.

Poznali się naulicy, mało romantycznie. Ona zdążała naegzamin, on wyszedł naspacer z psem. I towłaśnie ten pies stał się przyczyną nieszczęścia, a raczej ich wielkiego szczęścia. Wpadł nanią z impetem, zostawiając odciski łap nabiałej spódnicy.

– Przepraszam cię – chłopak zaczął nerwowo strzepywać błotniste plamy z jej spódnicy, rozmazując jeprzy tym jeszcze bardziej. Zamiast dwóch małych plamek nabiałej tkaninie pojawił się ogromny szaro-czarny zaciek wielkości piłki.

– Nic nie szkodzi – odpowiedziała. W zasadzie najchętniej bygo opieprzyła, jednak wzruszyła jątajego nieporadność, skrępowanie.

– Spróbuję ci tojakoś wynagrodzić. Nie masz ochoty nakawę, ciastko? – zarumienił się.

– Nie mogę, właśnie pędzę naegzamin – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– Topójdziemy z tobą i zaczekamy naciebie.

W rezultacie nie zdała egzaminu, bojak tumyśleć o rachunkowości, kiedy zaoknem czeka ON?

Zakochali się w sobie błyskawicznie. Oszalała najego punkcie. Latała w chmurach, nie dotykając ziemi. Szczęście, żejej serce wytrzymało taką dawkę emocji. Nieustanne zawirowanie, radość nakażdym kroku, głębokie pożądanie, dzika namiętność. Urzekły jąjego pracowitość i zaradność. Choć był odniej tylko pięć lat starszy, miał stanowisko dyrektora generalnego w agencji reklamowej swojego ojca. Już wtedy firma dobrze prosperowała, a on nie narzekał nabrak pieniędzy. Dorota zawsze twierdziła, żewoli być biedna i szczęśliwa niż bogata i pogrążona w smutku. Stał się cud: miała i to, i to.

Jednak tonie jego pieniądze jej zaimponowały. Robert oczarował jąpoczuciem humoru i pięknymi zielonymi oczami, które spoglądały naświat spod firanek długich, gęstych rzęs. Był przystojny, szalenie przystojny. Dotej pory jest. Uganiały się zanim tabuny dziewczyn, a on był zakochany właśnie w niej. Wzięli ślub w drugą rocznicę poznania. Byli młodzi, szaleni i mieli cały świat u stóp. Przez pięć lat ich małżeństwo przypominało sielankę. Jeździli poświecie i odkrywali najdziksze zakątki globu. Posześciu latach wciąż było wspaniale. Zdecydowali się nadziecko. Urodził się Tomek, oczko w głowie tatusia. Trzy i pół roku później naświat przyszedł Michaś. Odtego momentu wszystko się zmieniło. Zaczęło się psuć. Może toona była zbyt zmęczona, a może toon nie miał wystarczająco czasu dla rodziny?

Otworzyła oczy.

Teraz ich związek jest już fikcją. Dzisiejszy Robert nie lubi psów, ponoć maalergię naich sierść. A może maalergię nanią? Przestali zesobą rozmawiać. Ciepłe słowa zastąpił krzyk, miłość – przyzwyczajenie się dosiebie. Czy tak jest w każdym długoletnim związku?

Przez te lata jakby jej nie było. Świat Doroty zniknął, pochłonęło go tsunami miłosnych uniesień i wyobrażeń. Toświat Roberta stał się dla niej jedyną przestrzenią. Była z nim zlepiona w jedną całość, a raczej doklejona doniego. Kiedy klej wysechł, mąż zaczął odniej odstawać… Ona jeszcze łatała pęknięcia między nimi papką poświęceń. Jednak szczelin było coraz więcej i konstrukcja zaczynała się sypać.

Marzyła o tym, aby znów się z nim całować, poczuć te motyle w brzuchu i te dreszcze przebiegające poplecach. Pamiętała, jak jądotykał. W tym dotyku było tyle czułości i zaangażowania. Kochała jego ręce, które potrafiły zdziałać cuda. Muskać, masować, głaskać, delikatnie uciskać jej sterczące sutki. Wszystko w niej nabrzmiewało, tam nadole, odsamych jego pocałunków i dotyku. Teraz nic nie nabrzmiewa…

HANNA

Była ładna, nawet bardzo ładna, jednak z jej oczu codziennie wyzierała pustka. Brak jej było tego błysku, charakterystycznego dla szczęśliwych kobiet, tej energii i uśmiechu. Wysoka i szczupła, bardzo szczupła, nosiła ubrania w rozmiarze trzydzieści cztery – typowa „XS-ka”. Miała mały biust i kościste ręce, oczy w kształcie migdałów i delikatne rysy twarzy. Mogłaby być modelką, gdyby była młodsza. Zamiast tego pięła się poszczeblach kariery w międzynarodowej korporacji.

Była nowoczesną singielką. Miała kiedyś kota, ale brakowało jej dla niego czasu, więc oddała zwierzaka koleżance. Potem hodowała rybkę, której nie poświęcała dość uwagi. Rybka zdechła. Nazwiązki też nie znajdowała czasu, a może nie chciała go mieć. Miłość przecież boli, zawsze… Pamięta, jak była zakochana w NIM. Kochała tak bardzo, jak tylko można kochać. Poświęciła mu swój cenny czas, swoje marzenia, całą siebie. Położyła się natacy, wołając: „Jestem twoja! Bierz mnie!”. A potem… Została zezłamanym sercem i poturbowaną duszą.

Stała się zimna i cyniczna, tak było prościej.

Pustkę zapełniała przelotnymi romansami z pracownikami korporacji, w bezdusznych hotelowych pokojach. Tobyły beznamiętne stosunki naskrzypiących łóżkach, w sztywnej pościeli. Miłosne igraszki utaplane w bezsensie, bez przyszłości. Jej koledzy chcieli się rozerwać, boznudził im się seks z żoną lub długoletnią partnerką. Była dla nich odskocznią od szarej rzeczywistości. Chwilą zapomnienia.

Każdy dzień miała zawsze zaplanowany. Kolejny był kopią wcześniejszego.

Budziła się pięć minut przed dzwonkiem budzika, o piątej czterdzieści. Brała szybki prysznic. Po zmyciu z siebie resztek snu wklepywała lekki energetyzujący krem. Następnie wcierała w ciało balsam. Po skończonym zabiegu tuszowała korektorem wszystkie niedoskonałości, po czym pokrywała twarz podkładem. Tobyła jej maska ochronna przed uśmiechem, zabardzo ludzkim w świecie, w którym musiał panować profesjonalizm. Następnie pociągała rzęsy maskarą, a nausta nakładała błyszczyk. Minimalizm z klasą. O szóstej czterdzieści piła kawę i jadła muesli z jogurtem o obniżonej zawartości tłuszczu. O siódmej piętnaście ubierała się. Wkładała białą bluzkę. Lubiła ten kolor, doskonale pasował dobiura. Dotego ciemny żakiet i spódnica lub dopasowane spodnie. O siódmej czterdzieści pięć wychodziła z domu. Była przed biurowcem zapięć ósma. Wraz z innymi „garsonkami” i „garniturami” wchodziła prężnym krokiem dofirmy. Pochłaniał jąbez reszty system. Bez uczuć, człowieczeństwa, z zaplanowanym grafikiem spotkań. W szumie drukarek, szeleście papierów spędzała cenne godziny swojego życia. W imię czego? Jakich wartości? Pieniędzy, których i tak miała wystarczająco? Izolacji odrodziny? A może tutaj, w tym szklanym biurowcu, było łatwiej niż w domu? Nie trzeba było się wysilać, byokazać komuś uczucia, zrozumieć, przytulić. Jej palce dotykały zimnego ksero, klawiatury komputera i przycisków telefonicznych. Życie z maszynami jest łatwiejsze.

Gdyby nie przyjaźń z Kaliną i Dorotą, stałaby się robotem. Tylko one nadawały jej życiu sens.

KALINA

Natknęli się nasiebie w supermarkecie. Oboje stali w jednej kolejce dokasy. Ona obładowana sprawunkami. On kupował tylko colę.

– Toty?

Jej serce zatrzepotało jak oszalałe. Tobył naprawdę on – Krzysztof.

– Toja– potwierdziła, jakby tonie było oczywiste.

– Tyle lat – powiedział.

– Tak…

Napięcie narastało z minuty naminutę. Jedna krótka chwila, a potrafi zmienić całe życie. Odtego dnia nic już nie miało być takie samo. W jednej minucie powróciły wszystkie wspomnienia.

Chciała odejść, tak poprostu, tak jak kiedyś zrobił on, ale nie mogła. Stała jak słup soli i patrzyła w jego piękne, duże, orzechowe oczy. Znów ujrzała w nich psotne figliki.

– Masz chwilę? – zapytał.

Nie miała chwili, spieszyła się dodomu, byugotować obiad, a potem pędziła naaerobik.

– Mam – odparła bez namysłu. Dla niego chciała mieć znów mnóstwo chwil.

Ich historia była banalna. Ktoś powiedziałby – dziecinna. Boprzecież kiedy się w sobie zakochali, byli dzieciakami, nieokrzesanymi nastolatkami. Chodzili dojednej klasy w liceum. Ona – wzorowa uczennica, prymuska. On – leser, ale zdolny. Któregoś dnia poprosił ją, aby wytłumaczyła mu coś z matematyki, tobyły chyba sinusy czy cosinusy. Zgodziła się. Nawet nie otworzyli zeszytów. Rzucili się nasiebie. Rozpaleni nastolatkowie. Całowali się nieumiejętnie, zachłannie, gorąco. Wysysali zeswoich ust całą młodość i szaleństwo.

Nie wie, dlaczego, ale zapamiętała, jak lizali lodowe sople. Był środek zimy, siarczysty mróz, a im zachciało się lodów. Żadne z nich nie miało przy sobie pieniędzy, dlatego z daszku pobliskiego warzywniaka zerwali sople. Lizali jei śmiali się dorozpuku. A potem całowali się pod jej domem, aż nie czuli ust, spierzchniętych odzimna i ich śliny.

Pisał dla niej wiersze, takie nieudolne rymowanki. Była dla niego muzą i boginią. Z nim przeżyła swój pierwszy raz. Kobiety pamiętają swoich pierwszych mężczyzn. Nieważne, czy było im z nimi dobrze, czy źle, ale pamiętają. Jej było z nim bardzo dobrze. A może była tak bardzo w nim zakochana, żetylko jej się zdawało? Comoże wiedzieć o seksie i spełnieniu osiemnastolatka?

Dotej pory zastanawia się, coon w niej widział. Była zwyczajną dziewczyną, raczej szarą myszką, a on wysokim, przystojnym blondynem o orzechowych oczach i silnie zarysowanej szczęce. Jego pełne usta smakowały migdałami. Toteż doskonale pamięta, a wszystko przez fakt, żetonami jadł ciasteczka migdałowe, które piekła mu babcia.

Chciała odgonić odsiebie przeszłość, jednak nie była w stanie, kiedy naniego patrzyła. Mężczyzna z przeszłości stał przed nią. Tak samo bosko przystojny. Topniała pod jego spojrzeniem niczym lody w lipcowe południe.

Nie – pomyślała. – On przecież mnie skrzywdził!

– Przepraszam cię, ale przypomniałam sobie, żejestem umówiona – powiedziała pochwili milczenia, jakie zapadło między nimi.

– Może kiedy indziej? Jutro, pojutrze? Kawa, lampka wina? Powspominamy stare dobre czasy. Tumasz namnie namiary – wcisnął jej w rękę wizytówkę.

Mogła jąwyrzucić, zgnieść, zdeptać, jednak zacisnęła dłoń nabiałym kartoniku i schowała go doportfela.

– Zadzwonisz? – spytał swoim lekko ochrypłym głosem.

– Nie wiem – odparła zgodnie z prawdą.

– Będę czekał – powiedział z uśmiechem. – Pięknie wyglądasz – rzucił jakby mimochodem w jej stronę, kiedy już odchodziła.

„Pięknie wyglądasz” – w jej sercu kolejna burza. W głowie kłębił się tabun sprzecznych emocji.

Wyszła zesklepu nadeszcz. Chciała złapać autobus, ale zrezygnowała. Musiała przewietrzyć umysł i pozbyć się głupich myśli, które ją nachodziły. Przystanęła przy kiosku, bezmyślnie wpatrywała się w wystawę, poczym kupiła miętówki.

Popółgodzinnym spacerze w ulewie postanowiła wrócić dodomu. Była cała mokra, ale jakoś dziwnie jej tonie przeszkadzało. Weszła domieszkania i postawiła torby z zakupami nablacie w kuchni. Z pokoju dobiegły ją dźwięki spokojnej muzyki. Uchyliła drzwi. Miękkie światło lampki oświetliło mężczyznę, jej mężczyznę, z którym była związana już oddziesięciu lat. Dziesięciu długich lat.

Przeżywali wzloty i upadki, jednak mimo wszystko się kochali, a przynajmniej tak się jej wydawało. Chociaż ostatnio w ich związku coś się psuło. Sama dokładnie nie wiedziała, w czym tkwi problem. Może zadużo kurzu osiadło natej długoletniej znajomości? Odczuwała pewien niedosyt. Czuła, żeutkwiła w martwym punkcie.

Męczył jąten niezalegalizowany związek. Dokoła niej koleżanki już dawno powychodziły zamąż i miały śliczne, pyzate dzieci. A ona? Nie była nawet zaręczona. Potrzebowała pewności, poczucia bezpieczeństwa. Nie mogą całe życie zesobą chodzić! Żyć z doskoku. Zawsze marzyła o cichym ślubie, gdzieś w małym, drewnianym kościółku w górach. Bez pompy i przepychu. Wypowiedzieliby sakramentalne „tak” w magicznym miejscu, a potem wspięli się najakąś górę i rozkoszowali wzniosłą chwilą. Kiedy tylko poruszała z Piotrem temat małżeństwa, on stawał się nerwowy, bąkał pod nosem, żejeszcze „nie teraz”, że„nie jest gotowy”. I to„nie teraz” trwało już dobre osiem lat. Może z tamtym mężczyzną, mężczyzną z przeszłości, już dawno założyłaby rodzinę?

– Cześć, kochanie! – Muskularne ramiona otuliły jąw pół.

– Cześć!

– Jak minął dzień? – pocałował jąw kark, a ona odskoczyła jak oparzona.

– Dobrze.

– Coś nie tak? – wyczuł napięcie.

– Wszystko w porządku.

Kłamała. Nie jest w porządku.

– Skoro tak twierdzisz… – Piotr odsunął się odniej, poczym z powrotem siadł nakanapie. – Przyszedł rachunek zaświatło.

– Znowu? Ile?

– Dużo.

– Nie wiem, dlaczego tyle płacimy zate cholerne rachunki! – wybuchła Kalina.

Piotr odtrzech miesięcy nie pracował. Redukcja etatów. Był grafikiem komputerowym w potężnej korporacji. Wydawać bysię mogło, żetociepła i pewna posadka. Aż tuktóregoś dnia bach! Praktycznie z dnia nadzień został wysadzony z siodła przez dziewiętnastoletniego siostrzeńca prezesa. Początkowo popadł w dziwny marazm. Nie, tonie była depresja, raczej zwątpienie, brak wiary w siebie, rozgoryczenie. Rozumiała, wspierała. Tylko żesama ledwo wiązała koniec z końcem. Pół roku temu zdecydowała się naotwarcie własnego biznesu – butiku z ekskluzywnymi kreacjami. Narazie tonęła w długach i kredytach. Biznes dopiero raczkował. Coprawda, z dnia nadzień przybywało klientów, ale droga doprawdziwych pieniędzy była jeszcze bardzo długa. Pomiesiącu Piotr zaczął szukać pracy, jednak żadna mu nie odpowiadała. Potrzech jakby spoczął nalaurach. A jej cierpliwość się kończyła.

– Może poszedłbyś dopracy?

– Kochanie…

– Nie, kochanie! – przerwała mu Kalina. – Zawsze możesz być dostawcą pizzy. Duma ci natonie pozwala? Ambicja? Mam tow nosie. Nie mam zamiaru dłużej cię utrzymywać, darmozjadzie – wiedziała, żeprzegięła. Przez pewien czas toon jąutrzymywał i nie usłyszała odniego słowaskargi.

Piotr otworzył szeroko oczy zezdziwienia.

– Właśnie chciałem ci powiedzieć, żezadzwonili domnie z agencji reklamowej w sprawie pracy. Zaczynam w przyszłym tygodniu.

Poczuła się cholernie głupio. Towszystko przez tospotkanie w sklepie. Nie potrafiła racjonalnie myśleć i wszystko dookoła jądrażniło, a najbardziej Piotr.

– Przepraszam – wymamrotała. Zrobiło się jej smutno.

– Nie masprawy – Piotrek dotknął jej dłoni. – Poprostu miałaś gorszy dzień.

– Tak. Masz rację, gorszy dzień – westchnęła ciężko. Jej mężczyzna, jak gdyby nigdy nic, uśmiecha się doniej promiennie, ale ona myślami jest już gdzieś indziej. Wspomina dawne czasy, swoją pierwszą miłość…

Wieczorem wzięła długi prysznic. Ciepła woda otuliła jej ciało, a ona myślała o tamtym przypadkowo spotkanym polatach. Czuła, żecoś się w niej budzi, żeodradza się w niej kobieta… Rozkwita. Myśli o nim. Roztrząsa wciąż odnowa każde wypowiedziane przez niego słowo. Analizuje. Wyobraża sobie siebie w jego ramionach. Jak jedzą wspólnie kolację w blasku świec. On otwiera butelkę wina i rozlewa purpurowy płyn dokieliszków. A potem karmi jąostrygami, które jeszcze bardziej rozbudzają pożądanie. Już pochwili jego usta wędrują pojej szyi. Sąciepłe i lepkie. Cała drży, tak jak wtedy… Tylko żetobyło wieki temu.

Zadzwoniła doDoroty i opowiedziała o spotkaniu z Krzyśkiem. ToDorota uratowała jąprzed totalnym zatraceniem się w rozpaczy, kiedy z nią zerwał… telefonicznie. Nakonfrontację twarzą w twarz nie miał odwagi.

Siedziała wtedy całymi dniami w mieszkaniu i ryczała. Tonawet nie był płacz, a ryk. Dziki, przepełniony bólem. Była jedną z tych żałosnych kobiet, które potrafią miesiącami płakać zafacetem. Ba, każdy jest w takiej sytuacji żałosny, mężczyźni też… A on nie rozpaczał. Już dwa dni poich rozstaniu miał czelność pokazać się naimprezie u ich wspólnych znajomych z tamtą – jego „nową blond miłością”. Obściskiwali się namiętnie najej oczach. Zapamiętała taki obraz: jej były ukochany bezceremonialnie trzyma dłoń natyłku nowej zdobyczy, podczas gdy ona stoi podrugiej stronie pokoju. Wyszła odznajomych podziesięciu minutach tego żałosnego przedstawienia.

Wtedy właśnie ogarnęła jączarna rozpacz. W kółko słuchała smętnych piosenek, całymi dniami i nocami oglądała komedie romantyczne, wszystkie z happy endem, w których jakiś „on” poburzliwych perypetiach wraca dojakiejś „niej”. Miała nadzieję, żew jej życiu będzie podobnie. Krzysztof w końcu oprzytomnieje i zapuka dojej drzwi, a ona rzuci mu się w ramiona i wybaczy pomyłkę. Oczywiście tak się nie stało. Jeszcze pokilku miesiącach podbiegała jak szalona dodrzwi, gdy tylko usłyszała dzwonek lub pukanie, w nadziei, żepodrugiej stronie ujrzy Krzyśka.

Kiedy jeszcze byli razem, wynajmowali malutką kawalerkę. Odkąd się wyprowadził, wszystkie koszty spadły nanią. Nie stać jej było naopłacanie czynszu, gdyż wpadła w otchłań rozpaczy i przestała pracować, a oszczędności topniały w zastraszającym tempie. Gdyby nie pomoc mamy, pewnie musiałaby opuścić tolokum, jednak nie chciała zmieniać miejsca zamieszkania, ponieważ bała się, żeKrzysiek mógłby wrócić któregoś dnia i jej nie odnaleźć. Nie przeżyłaby tego.

Nakażdą wzmiankę o nim reagowała emocjonalnie. W końcu zaczęła chadzać domiejsc, w których kiedyś bywał. Niestety – a może „stety” – nigdy go tam nie zastała. Miała wrażenie, żetego nie wytrzyma. W chwilach największej rozpaczy kobietom wydaje się, żebez tego jedynego wszystko się kończy, nie można dalej żyć, wszystko traci sens. Jednak tonieprawda. Można żyć dalej, a nawet trzeba.

Kiedy wpadła w największy dołek, pojawiła się Dorota, jej sąsiadka. Wtedy jeszcze niezamężna, pełna wigoru i energii. Zapukała dojej drzwi którejś soboty. Kalina podbiegła i otworzyła jez impetem w nadziei, żetojej ukochany. Rozczarowała się, a uśmiech zniknął z jej twarzy.

– Wychodzimy! – rzuciła w jej stronę Dorota.

– Nigdzie nie idę.

Powłóczystym krokiem Kala ruszyła w stronę kanapy, naktórej leżał koc i porozrzucane dookoła chipsy o smaku chili. Zawsze gdy miała zły humor, jadła właśnie takie, by„wypalić” niedobry nastrój. W tym wypadku jednak nie poskutkowało.

– Właśnie żeidziesz. Tylko wcześniej musisz wziąć prysznic i w coś się ubrać. Wyglądasz żałośnie z tymi przetłuszczonymi włosami i rozciągniętej piżamie.

– Nie chce misię żyć – wyjęczała słabo Kala.

– A mogę wiedzieć, dlaczego?

– Mam złamane serce.

– Z tym można żyć. Serce matodosiebie, żejak się jeposkłada, poskleja, tozaczyna bić nanowo. Nawet najgłębsze rany pojakimś czasie się goją.

– Odszedł doinnej. Bez słowa wyjaśnienia. Upokorzył mnie – wyjąkała, a pochwili wybuchnęła płaczem.

Dorota podeszła doniej i objęła jąmocno. Gładziła jądługo podrżących plecach. Kalina poczuła się bezpiecznie, niczym tulone w ramionach niemowlę.

– Tucię boli? Boli cię najbardziej, żetoon cię porzucił?

– Toteż – odpowiedziała Kala.

– W takim razie tonie była prawdziwa miłość, tajedyna i dokońca życia.

Dorota wstała raptownie, wyjęła z barku wino i pudełko czekoladek.

– Jedz – podała pudełko zasmarkanej dziewczynie, poczym poszła dokuchni poszukać korkociągu i kieliszków.

– Jago kochałam, bardzo kochałam.

– A on co? Okazał się cholernym dupkiem.

– Nie mów tak o nim! – oburzyła się Kalina.

– A toniby dlaczego? Porzucił cię z dnia nadzień i nawet nie raczył się z tobą spotkać i porozmawiać. Poswoje rzeczy przysłał kolegę. Tchórz jeden! – Dorota podniosła głos. – Zadzwonił i oznajmił, żetokoniec, bopoznał kogoś innego. I tygo jeszcze bronisz? Jakie tojest wszystko głupie! Facet cię skrzywdzi, sponiewiera, przywali z grubej rury, a tyi tak stoisz zanim murem, choćby nie wiem co.

– Bogo kocham.

Znowu ryk.

– Pokochasz kogoś innego.

– Nigdy w życiu! – zaperzyła się Kala.

– A jaci mówię, żetak. Wszystko z czasem przechodzi, nawet wielka miłość staje się mniejsza.

Kalina wzięła prysznic, przeczesała włosy, obmyła zapuchniętą od płaczu twarz. Włożyła dżinsy i biały T-shirt.

– Idziemy? – zapytała nieśmiało.

– Pewnie – uśmiechnęła się doniej sąsiadka.

I tak stały się najlepszymi przyjaciółkami. Kalina zakochała się jeszcze nie raz, ani nawet nie dwa, jednak wciąż myślami powracała doKrzysztofa.

Wrócił jak syn marnotrawny. Potylu latach nieśmiało pukał dobram jej serca. Tyle razy marzyła o tym spotkaniu. A teraz?

DOROTA

Kochała Roberta. Był dla niej całym światem. Jej nocą i dniem. Słońcem i gwiazdami. Nie wyobrażała sobie życia bez niego, pomimo tego wszystkiego, codziało się między nimi ostatnio. Zrobiłaby dla niego wszystko, nawet kosztem siebie. Opętana nim, zachorowała nawspółuzależnienie – tak nazywa się tachoroba, kiedy kocha się zabardzo. Kiedy pragnie się bliskości zawszelką cenę.

Robert nie mógł skupić się napracy. Zarzucił nogi nabiurko i bezmyślnie bębnił palcami w blat.

Tanowa sekretarka wyraźnie mnie adoruje – uśmiechnął się do swoich myśli.

Znów poczuł się prawdziwym mężczyzną. Z całych sił pragnął wyruszyć na łowy. Krew zaczęła mu szybciej krążyć w żyłach.

Zamknął oczy i myślami odpłynął w stronę nieziemskich, jędrnych i młodych piersi sekretarki. Po chwili oprzytomniał. Popatrzył smutno na swoją dłoń. Jest uwięziony. Na jego palcu lśniła obrączka. Ma żonę, którą kocha, i dzieci. Ale…

Nie układało się im tak, jak układać się powinno. Marzył o dzikim seksie, takim, jaki miał z Dorotą przed kilku laty. Teraz oboje stracili zapał i chęć. Nie potrafili ze sobą rozmawiać. Ona po prostu nie umiała go zrozumieć. Zrozumieć, jak ciężko on pracuje na ich utrzymanie, więc po pracy jest zmęczony i chciałby odpocząć, a nie słuchać wiecznego marudzenia, krzyku i płaczu dzieci. Czy można w życiu mieć wszystko? Ponoć nie, trzeba z czegoś zrezygnować. On nie chciał z niczego rezygnować.

Z zamyślenia wyrwało go pukanie dodrzwi.

– Proszę – odpowiedział łagodnym głosem, wiedząc, kto zaraz wejdzie dogabinetu.

Weszła para nieziemsko długich nóg. Przez chwilę wpatrywał się w nie, poczym podniósł wzrok nadziewczynę, która trzymała w ręku filiżankę z kawą.

– Gdzie postawić? – kobieta uśmiechnęła się słodko.

– Tutaj – wskazał podstawkę nabiurku.

Nachyliła się nad nim, a on poczuł słodki zapach jej perfum. Najchętniej złapałby jąw pół i rzucił nabiurko, zadzierając dogóry jej krótką spódniczkę.

– Coś jeszcze mogę dla pana zrobić? – spojrzała mu ciepło w oczy.

Jego ciało nie pozostało obojętne. Cieszył się, żesiedzi zabiurkiem i może ukryć wybrzuszenie w spodniach.

– Jak masz naimię? – zapytał.

– Słucham?

– Pytałem, jak masz naimię – powtórzył. – Pracujesz dla mojego ojca już odmiesiąca, a jawciąż nie znam twojego imienia.

– Pracuję także dla pana – uśmiech nie schodził z jej twarzy.

Oprócz długich, zgrabnych nóg miała również piękną twarz. Delikatną, o porcelanowej cerze. Wielkie niebieskie oczy i pełne, namiętne usta. Te usta pewnie potrafią wyczyniać cuda – pomyślał.

– Emilia – odparła. – Znajomi mówią domnie Mili lub Milka.

– Ładnie – wyciągnął rękę w jej kierunku. Uścisnęła jąlekko. – Robert jestem.

– Wiem – stwierdziła.

Zmieszał się. No tak, musiała towiedzieć.

– Możesz już iść dodomu – wypalił skrępowany.

– Jest dopiero czternasta – zerknęła naduży zegar, który wisiał nad jego biurkiem.

– Tak, piątek, czternasta. Pewnie chciałabyś zacząć wcześniej weekend. Znajomi, chłopak… – wciąż patrzyli sobie w oczy. Marzył o tym, aby zaprzeczyła, żemachłopaka.

– Nie mam chłopaka – odparła.

Uśmiechnął się. Wszystko już wiedział.

Emilia czekała naautobus ponad dwadzieścia minut. Nie lubiła czekać. Czekanie dziwnie kojarzyło się jej zestanem zawieszenia. W dodatku źle się czuła. Miała okres, bolał jąbrzuch. I jak zwykle wtedy mdliło ją. Z utęsknieniem wpatrywała się w drogę. Ktoś zatrąbił. Nie odwróciła się.

– Emilia! – usłyszała swoje imię.

Zza uchylonej szyby samochodu spoglądał Robert.

– Wsiadaj! – rzucił krótko.

Pochwili siedziała w fotelu pasażera.

– Dokąd mam cię zawieźć?

– NaWiśniową poproszę.

Przez moment jechali w ciszy.

– Słyszałem, żestudiujesz wieczorowo.

Interesował się nią. Schlebiało to jej.

– Tak. Reklamę i marketing. Totaki pospolity kierunek, jednak w przyszłości chciałabym pracować w agencji reklamowej.

– Przynajmniej wiesz, czego chcesz odżycia – uśmiechnął się, nie odwracając wzroku oddrogi.

– Chyba każdy z nas powinien wyznaczyć sobie w życiu jakiś cel.

– Masz rację. Choć czasami raz wyznaczone cele tracą naswoim znaczeniu, a podrodze pojawiają się przeszkody albo inne cele.

Zatrzymali się naświatłach. Robert bębnił palcami w kierownicę. Dziewczyna poprawiła odruchowo opadające ramiączko odsukienki.

– Nie sądzisz, żejak się chce, towszystko jest możliwe? – zapytała.

Zaczął się śmiać.

– W twoim wieku też tak myślałem. Myślałem, żemożna zmienić świat. Teraz wiem, żesię nie da.

– Zawsze można zmienić siebie…

W pewnym momencie dziewczyna zapiszczała. Robert popatrzył nanią zaskoczony.

– Tomoja piosenka! – Z głośników leciała Sade.

– Lubisz Sade?

– Żartujesz? Uwielbiam.

Podgłośnił.

– Jateż – jego twarz rozpromieniła się w wielkim uśmiechu. Dorota nie lubiła Sade. Uważała, żejej piosenki sąckliwe i wszystkie dosiebie podobne. A on uwielbiał ciepły głos ciemnoskórej piosenkarki.

Emilia śpiewała nacałe gardło:

I gave you all the love I got

I gave you more than I could give

I gave you love

I gave you all that I have inside

And you took my love

You took my love

Kiedy utwór się skończył, dziewczyna zaczęła się śmiać.

– Hm?

– Poprostu cieszę się z tej chwili. Dawno nie słyszałam No Ordinary Love – zarzuciła dotyłu swoje blond włosy.

– I dawno nie mogłaś sobie pośpiewać? – Niesamowita dziewczyna – pomyślał.

– Przepraszam. Zapomniałam się – zakryła usta dłońmi.

– Tobyło naprawdę super. Jedyne w swoim rodzaju wykonanie. Duet.

– Fałszowałam.

– Pięknie fałszowałaś.

– Totutaj – dziewczyna wskazała nabudynek z cegły.

Robert wysiadł z samochodu i otworzył dla niej drzwi. Szalenie jej się spodobał ten gest. W dzisiejszych czasach mężczyźni sątak mało szarmanccy – pomyślała. – Ten jest dżentelmenem z innej epoki.

Spojrzeli sobie głęboko w oczy. Zawiał zimny wiatr. Zadrżała. Sama nie wiedziała, czy dlatego, żejej zimno, czy też odnadmiaru emocji.

– Zimno ci?

Kiwnęła głową. Zdjął swój sweter i otulił ją.

– Ale jatutaj mieszkam. Wejdę dodomu i się rozgrzeję, a tobie może być zimno.

– Weź go.

Nie protestowała dłużej. Patrzyła najego pełne wargi. Górna większa oddolnej. Napodbródku miał zabawny dołeczek. On również spoglądał nanią wygłodniałym wzrokiem.

– Muszę już iść – wypowiedziała te słowa szeptem, aby nie zepsuć uroku chwili.

W jego kieszeni zawibrował telefon, a oczy straciły blask. W jednej chwili przypomniał sobie o żonie. Pewnie chciała mu przypomnieć, żeby kupił chleb i mleko dla dzieci. Totakie przyziemne.

Pieprzyć chleb i mleko. Ujął w dłonie twarz dziewczyny i delikatnie pocałował jąw policzek. Zwykły pocałunek w policzek, jednak ona cała zadrżała. Powtarzała sobie, żetak całują się miliony ludzi naprzywitanie lub pożegnanie. Tak całują się przyjaciele i dzieci. Nic nadzwyczajnego. Pocałunek w policzek jest taki niewinny.

Ale nie taki! Ten był zaproszeniem dowielkiej miłosnej uczty. Wiedzieli o tym oboje.

– Wiesz, nacomam ochotę? – zapytał cichutko.

Emilii przebiegły przez myśl wszystkie zakazane rzeczy, które mogłaby robić zeswoim szefem.

– Naco?

– Nakubek gorącego kakao w twoim towarzystwie. Masz w domu mleko i kakao?

– Mam…

Znowu odezwał się jego telefon. Warczał niczym groźny pies: „Strzeż się, dziewczyno, on jest zajęty”.

– Muszę już iść – powiedziała Emilia.

– Przepraszam.

Dziewczyna odwróciła się napięcie i odeszła, a on jeszcze długo patrzył naoddalającą się sylwetkę. Widział, jak jej biodra cudownie falują w rytm sprężystych kroków. Oparł się o maskę samochodu i zapalił papierosa. Wolno wydmuchiwał dym.

– Będzie ciąg dalszy – wyrzucił te słowa gdzieś przed siebie.

Emilia weszła domieszkania i opadła ciężko nałóżko. Kręciło się jej w głowie odnadmiaru emocji. Jej przełożony był nieziemsko przystojny, a oprócz tego bardzo sympatyczny. Spodobał się jej odsamego początku. Oddobrych kilku tygodni snuła najego temat fantazje. Jedyną przeszkodą była obrączka najego palcu i rodzinne zdjęcie nabiurku. Zawszelką cenę musi się opanować, nie dopuścić dotego, aby sprawy posunęły się zadaleko. Widziała jednak błysk w jego oczach. Czekał najej przyzwolenie.

Odtak dawna marzyła o tym, bysię zakochać. Jej koleżanki przeżywały już swoje wielkie miłości, a ona nie. Wciąż była sama. Onieśmielała mężczyzn swoją urodą. Z całych sił pragnęła się z kimś związać. Tojednak nie upoważniało jej, aby zabierać męża innej kobiecie.

Robert – wypowiedziała w myślach jego imię. Jest taki przystojny, ciepły i dowcipny. Jego żona jest szczęściarą…

– Stop! – opieprzyła się w myślach. Nie mogła sobie pozwolić napławienie się w absurdalnych, wyimaginowanych, doniczego nieprowadzących fantazjach. Rozbijanie małżeństw nie było w jej stylu.

A cobyło w jej stylu?

Późnym wieczorem wysłała mu esemes: „Nie uciekniesz przed przeznaczeniem”.

Sama nie wiedziała, cojąponiosło. Namiętność? Żądza? Chęć skosztowania zakazanego owocu? Nic nie odpisał, jednak wiedziała, żewcześniej czy później go zdobędzie. Skradnie jego żonie tych kilka nieznaczących chwil. A potem go odda. Zawinie w kokardkę i odstawi pod drzwi rodzinnego domu.

Telefon Roberta zabrzęczał w kieszeni bluzy. Dorota kąpała dzieci, a on relaksował się przed telewizorem. Bezmyślnie przełączał kanały. Kiedy odczytał wiadomość, poczuł, jak gorąca krew uderza w dolną część jego ciała. Jedna wiadomość zmieniła wszystko. Emilia doskonale wiedziała, corobi. Chciała, aby wyobraził sobie ciąg dalszy – w tych kilku słowach kryło się zaproszenie.

Nie chcę jej, mam przecież żonę – powiedział sobie w duchu. A zaraz potem: – Chcę tego, pragnę tej nieziemskiej dziewczyny. Chcę jąposiąść, uwieść i kochać się z nią… Nie, nie zrobię tego Dorocie. Ona byminie wybaczyła. A gdyby tak się nie dowiedziała? Jeden, jedyny raz…

HANNA

Martini z lodem smakuje najlepiej w nocy. Kiedy Hannie wydawało się, żew jej życiu wszystko jest tak, jak należy, wtedy niespodziewanie wkradła się ona. Dzika, nieokiełznana SAMOTNOŚĆ.

Lubi przychodzić nocą i zadawać ból. Pojawia się niczym nieproszony gość, wchodzi bez pukania. W ciemności, kiedy wszystko cichnie, Hanna łka – nostalgicznie, tęsknie, boleśnie. Otula się kocem, jest jej zimno. Cała skostniała, siedzi w jednej pozie nakanapie. Z dokrwi podrapaną duszą. Pozostawiona bez ludzkiego dotyku, opuszczona, zatopiona w bezradności swojego żalu dowszystkich tych, którzy kogoś mają. Jej mieszkanie mimo upalnego lata jest chłodne. Jest zamknięta w szczelnej skorupie, wyizolowana w obcości.

Pozostają jej ciepłe tęsknoty zaNIM. On nie majeszcze imienia. Jest czuły i inteligentny. Potrafi ją rozśmieszać i chce rozpieszczać. Kupuje dla niej bezy z nadzieniem pistacjowym. Kocha się z nią delikatnie, a nie dziko jak ci wszyscy troglodyci, którzy pragną jak najszybciej dotrzeć dofinału.

W świetle latarni Hanka marzy o spierzchniętych odcałowania ustach, o śladach ugryzień naszyi, otartej wewnętrznej stronie ud i sterczących z pożądania sutkach. On jest tym jednym jedynym i ona jest dla niego tąjedną jedyną. Książę i księżniczka, jak z dziecięcych bajek.

Otworzyła oczy. Jest zanurzona w pustce. Sama pośród porozwalanych chusteczek, z butelką trunku. Gdzie jesteś, mój Książę?

Ponoć nawszystko jest odpowiedni czas i miejsce. Czasami nachodziły ją myśli, żejej czas nie nastanie. Lata uciekają, a każdy kolejny dzień zmienia się w pustelnię. Wszyscy wokół kogoś mają. Sąbardziej lub mniej szczęśliwi, ale nie sami.

– Cozemną jest nie tak? – zapytała nagłos. Miliony samotnych ludzi się nad tym zastanawiają. Gdyby zebrać ich wszystkich razem w jednym miejscu, może jeden samotny odnalazłby drugiego i spasowaliby sobie? Mimo miłosnych rozczarowań, złamanych serc, rozwodów Hanna wierzyła, żeistnieje na świecie prawdziwa miłość.

Może to naiwne, głupie, śmieszne, ale wierzyła w teorię dwóch połówek jabłka czy też pomarańczy. Jak zwał, tak zwał. Może gdzieś tam na drugiej półkuli jest jej druga połówka, której nigdy nie będzie w stanie odnaleźć?

Znowu szloch. Tylko w samotności okazywała swoją słabość. Bała się swoich łez. A może nie bała, a wstydziła? Morze bólu, tęsknoty i żalu spływało po jej policzkach. Miało słono-gorzki smak.

Nastał nowy dzień.

Uśmiechnęła się do siebie. Sobotni ranek nastrajał ją pozytywnie do życia. Z każdym nowym dniem zakwitała w niej nadzieja.

Postanowiła pojechać do Doroty. Znały się od zawsze.

Ich mamy były przyjaciółkami, w tym samym roku zaszły w ciążę. Hanka była starsza od Doroty zaledwie o dwa miesiące. Kiedy była małą dziewczynką, jeździła z mamą do Warszawy do swojej przyjaciółki. To było jej małe święto, dwa, trzy razy w miesiącu. Zakładała najlepszą sukienkę, białe podkolanówki i lakierki z kokardką. A potem świat należał do nich. Tańczyły, bawiły się szmacianymi lalkami, wymieniały komiksami, grały w klasy lub skakały przez gumę. Tyle czasu minęło, a one wciąż są sobie bliskie.

Hanka pociągnęła usta błyszczykiem. Zerknęła w lusterko, znów wyglądała pięknie. Pod szczelną maską makijażu ukryła smutek.

Włączyła radio i odpaliła silnik. Wiedziała, że droga do przyjaciółki zajmie średnio godzinę (w tygodniu, kiedy są korki, zajmowała nawet dwie). Musi przejechać całą Warszawę, przebić się przez zatłoczone centrum. Lubiła prowadzić samochód. Relaksowała się za kierownicą i zapominała o wszystkich troskach.

Kiedy tylko otworzyły się drzwi, owiał jązapach domowych wypieków.

Tak, Dorota świetnie gotuje. Jest dobrą matką i żoną. Zawsze zorganizowana, uśmiechnięta i pełna energii. Taką ją widziała Hanka.

– Ile zjesz ciastek? – Dorota nałożyła słodkości na gustowny porcelanowy talerzyk.

– Dzięki, ale wolałabym nie jeść słodyczy.

Dorota spojrzała nanią kątem oka. Jest przecież nieskazitelnie piękna, manienaganną figurę. Ona, Dorota, zabardzo lubi słodycze, byz nich zrezygnować. Nigdy nie będzie taka jak Hanka. Jej piersi pourodzeniu dwójki dzieci straciły jędrność, skóra nabrzuchu nie jest już elastyczna. Trochę zazdrościła przyjaciółce tego jej życia, wolności, braku zmartwień, wzdychających doniej mężczyzn.

– Hania, tytomusisz się bardzo szczęśliwa. Masz wszystko, czego można chcieć od życia…

– Szczęśliwa? Mogę tosamo powiedzieć o tobie. Rodzina, dom, dzieci. Tymasz wszystko.

– Tozabawne – dodała Hanka pochwili. – Zawsze zazdrościmy innym. Uważamy, żemają lepiej. Gdybyśmy tylko mogli, z chęcią zamienilibyśmy się z nimi nażycia. Zaprzedali duszę diabłu, byznaleźć się w skórze innego człowieka. A u tego drugiego człowieka też nie panuje wieczna sielanka. Ma on swoje mniejsze i większe zmartwienia. Ukrywa swoje problemy pod płaszczykiem uśmiechu, spogląda nakogoś innego i myśli: „Jak fajnie byłoby być na jegomiejscu”.

KALINA

Kalina pędziła doDoroty, byopowiedzieć o spotkaniu z Krzyśkiem. Stała w ciasnym tramwaju i poraz kolejny rozmyślała o NIM.

Czy totylko przypadek, czy przeznaczenie? Może jest tak, żeistnieje naświecie jeden, jedyny człowiek, który jest nam pisany? Może tojest właśnie Krzysztof… Nie może zaprzepaścić szansy… Zaraz, zaraz… Szansy naco? Na kolejny ból? A może on się zmienił, wydoroślał, dojrzał?

Boże! – skarciła się w duchu. Przecież zamienili zesobą zaledwie kilka słów. To było zwyczajne spotkanie po latach…

W jej życiu nie mamiejsca dla Krzysztofa. Cóż, toprzebrzmiała melodia. Bezpowrotnie minęła.

Z wypiekami natwarzy weszła napodjazd. Żwirową ścieżką doczłapała do wejścia izastukała metalową kołatką. Pochwili drzwi otworzyły się i stanęła w nich Dorota, a zza jej pleców wyłoniła się Hanka.

Wymieniły uściski i usiadły nawysokich stołkach w kuchni.

– Dziewczyny – Kalina wzięła ciastko. – Widziałam go. Jest tak samo cudowny.

Zeszczegółami opisała wymianę zdań z Krzyśkiem w supermarkecie. Hanka zaczęła dusić się ześmiechu.

– Z czego rżysz? – zapytała Kalina.

– Z ciebie.

– Cocię tak rozbawiło? – Kalina nie kryła oburzenia.

– Kochana, dorabiasz dotego spotkania wielkie love story. Opamiętaj się, zwolnij. Nic o nim nie wiesz.

– Wiem dużo.

– Wiedziałaś. Dawniej. A teraz? Może mażonę i cały harem kochanek, dotego piątkę dzieci i podupadającą karierę.

– A może jest wolny i mawillę z basenem…

– Akurat! – Hanka zajrzała doplecionego koszyka z owocami i wybrała z niego kiść winogron.

– On jest całkiem inny niż Piotr. Taki subtelny i delikatny.

– Bonie masz go nacodzień. Nie pierzesz mu skarpetek i nie prasujesz koszul, nie sprzątasz zarostu pogoleniu, który zostawia naumywalce.

– Jesteś okropna – Kalina rzuciła przyjaciółce złowrogie spojrzenie.

– Pamiętaj, trawa jest zawsze bardziej zielona podrugiej stronie płotu – dorozmowy wtrąciła się Dorota.

– Kochałam go – powiedziała Kalina.

– I cierpiałaś przez niego, przypominam ci – Dorota wycięła gwiazdki z chleba. Posmarowała jecienko masłem i poziomkowym dżemem. Położyła natalerzyku i wręczyła smakołyki swojemu starszemu synkowi. – Chcesz wracać dokogoś, kto już raz cię zawiódł? – spojrzała ciepło w stronę przyjaciółki.

– Nie powiedziałam, żechcę, ale…

– Żadnego „ale”, ludzie…

– … się nie zmieniają – dokończył zanią Robert, wchodząc dokuchni z teczką wypchaną dokumentami.

– Cześć! – Kalina zwróciła się w stronę męża przyjaciółki, a Hanka machnęła doniego ręką. Kalina zawsze go lubiła. Był wzorem męża i ojca. Nigdy nie skrzywdziłby kobiety. Nie on. Zazdrościła Dorocie wspaniałego, oddanego, można bypowiedzieć kryształowego mężczyzny.

– Cześć, dziewczyny! Jak zwykle świetnie wyglądacie. Kopę lat! Powinnyście częściej nas odwiedzać – rzucił wesoło, poczym cmoknął żonę w policzek. – Cosłychać?

– W porządku. Doprzodu – odpowiedziała Kalina.

– A u ciebie? – zwrócił się doHanki.

– Jest, jak jest – odpowiedziała odniechcenia.

Kalina wyczuła między nimi jakieś dziwne napięcie. Jakby złość lub gniew, a może agresję.

– A co tam u ciebie słychać? – Kalina starała się podtrzymać konwersację.

– Dużo pracy – poklepał teczkę z papierami. – O czym rozmawiałyście, jeśli wolno spytać?

– Nie wolno – droczyła się z nim Dorota. – Tobabskie rozmowy.

– Natemat, czy ludzie się zmieniają? – dociekał, poczym porwał poziomkową gwiazdkę i zachłannie wepchnął doust. Dorota pacnęła go delikatnie podłoniach.

Rodzinna sielanka – skomentowała w myślach Kala.

– No dobrze, skoro totajemnica, idę przywitać się z moimi chłopcami.

– Tylko nie obudź Michałka – rzuciła w jego kierunku żona.

– Robert?! – zawołała zanim Kalina.

– Tak? – zatrzymał się naschodach i odwrócił głowę w jej kierunku.

Musiała towiedzieć, poznać opinię faceta. Zapytała więc: – Czy wierzysz w to, żeludzie się nie zmieniają?

– Raczej tak – odpowiedział.

– A mężczyźni?

– Nigdy.

Wszedł poschodach napiętro, a ona ogryzała wolno czekoladowe ciasteczko, wydłubując z niego rodzynki. Nigdy nie lubiła rodzynek, nie dlatego, żesmakują jakoś obrzydliwie, lecz dlatego, żewyglądają nieapetycznie, takie pomarszczone, brązowe, mało soczyste i w dodatku strasznie słodkie.

– Dorota, zazdroszczę ci takiego męża – wypaliła Kalina.

– Nie maideałów, pamiętaj o tym.

– Comasz namyśli? Coś nie tak?

– Narazie jeszcze wszystko tak, ale kto wie, jak długo – powiedziała bez przekonania Dorota.

Kalina nie pytała więcej, gdyż wiedziała, żeprzyjaciółka i tak byjej nie powiedziała. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, otworzy się. Ale tojeszcze nie ten czas.

– I cozamierzasz? – Hanka przerwała milczenie. – Zadzwonisz doniego?

– Nie wiem – powiedziała Kala.

– Ale jawiem. Zrobisz to– Dorota była nasto procent pewna.

– Skąd wiesz?

– Poprostu wiem. Zadługo cię znam, zresztą pewnie zrobiłabym tosamo. My, kobiety, już takie jesteśmy. Wierzymy święcie w tęprzeklętą miłość. I w to, żejeszcze będzie można wszystko odbudować, chociaż dokoła jest pobojowisko. Przebaczamy rzeczy, których przebaczyć się nie da: zdrady, zranienia, kłamstwa.

– A typrzebaczyłabyś zdradę? – Kalina popatrzyła w oczy przyjaciółce.

– Gdybym kogoś naprawdę kochała, myślę, żetak. Ale tylko raz, nie madrugich szans. Nie u mnie.

Zadzwoniła doniego podwóch tygodniach odtego przeklętego przypadkowego spotkania. W zasadzie nie wie, dlaczego tozrobiła. Może chciała się przekonać, żetojuż definitywny koniec i nic nie czuje dotego człowieka. A może chciała sprawdzić, czy jeszcze coś czuje… Dowiedzieć się, czy udałoby się jej wskrzesić z popiołów młodzieńczą miłość? Nie miała zamiaru opuszczać swojego partnera, kochała go przecież i pragnęła spędzić z nim resztę życia. Krzysztofa też kiedyś kochała, tylko ona sama wie, jak bardzo. Rozumiał, żejej miłość doniego była prawdziwa, dlatego zostawił jąwłaśnie w taki sposób. Oszalałaby z rozpaczy, gdyby powiedział jej o rozstaniu prosto w oczy. Może chciał jej oszczędzić bólu? Nie, nie był taki wspaniałomyślny. Dlaczego więc wciąż go tak broni?

Spotkali się w niewielkiej kawiarni naStarówce. Kalina nie lubiła takich miejsc. Lokal był ekskluzywny i zbyt nadęty jak najej gust. Krzysztof jednak czuł się tutaj jak ryba w wodzie. Kelnerki były piękne, jakby wyjęte prosto z żurnala. Kelnerzy również przystojni i usłużnie mili. Denerwowała jątasłodycz.

Usiedli w rogu sali, osłonięci odreszty gości rozłożystymi liśćmi fikusa. Zamówiła kawę i lody. Nie była pewna, czy jedno pasuje dodrugiego, raczej nie, ale miała ochotę właśnie nataką kombinację i nie obchodziło jej, copomyślą inni.

– Masz męża, dzieci? – zapytał ją.

– Nie – odpowiedziała w popłochu. Spuściła oczy, jakby się czegoś wstydziła. Pewnie tego, że w wieku trzydziestu jeden lat jest bezdzietną panną. – Ale mam kogoś – szybko się poprawiła.

– I on nie chce być twoim mężem?

Wyczuła w jego głosie sarkazm. Nic nie odpowiedziała. Bawiła się łyżeczką.

– Najego miejscu oświadczałbym ci się odrazu.

Gdy miałeś okazję, odszedłeś – pomyślała.

– I chciałbym mieć z tobą dziecko – dodał. Poczym położył dłoń najej dłoni.

Kalina zadrżała. Dziecko? Poczuła uścisk w sercu. Ostatnio coraz częściej marzyła o byciu mamą. Krzysiek powiedział to, coona oddawna chciała usłyszeć. Ktoś chce mieć z nią dziecko. On chce mieć z nią dziecko. Mężczyzna z jej snów. Jej pierwsza, wielka miłość.

– A cou ciebie? – zmieniła szybko temat. – Żona, gromadka dzieci?

– Wciąż wolny. Rozstałem się z kimś rok temu.

– Nie wytrzymała z tobą? – Kalina nie mogła się powstrzymać, bymu nie dogryźć.

Mimo ostrych słów Krzysiek uśmiechnął się doniej ciepło.

– Nic się nie zmieniłaś.

– Toznaczy?

– Nadal masz język cięty jak żyleta. Taką cię lubiłem. Lubiłem, to za mało powiedziane, kochałem…

Jego dłoń bawiła się jej palcami. Kalina powinna była ją odsunąć. Jednak nie zrobiła tego. Tapieszczota sprawiała jej ogromną przyjemność.

– Do czasu – znów pojawił się w niej ten ból. Na wspomnienie ich rozstania po raz kolejny pękało jej serce. Ile jeszcze razy będzie to przeżywać? Za dużo.

– Wciąż jesteś namnie zła? Byliśmy wtedy dziećmi. Zmieniłem się, dojrzałem.

– Ponoć ludzie się nie zmieniają.

– Niektórzy się zmieniają. Mówiłem ci, żeświetnie wyglądasz? – wytarty frazes jak z taniego romansu. Jednak serce Kaliny zaczęło szybciej bić, a w głowie zaszumiało niczym pokilku lampkach wina.

– Wiem, żeświetnie wyglądam. Nie jestem już tą