W palarni opium - Władysław Reymont - ebook

W palarni opium ebook

Władysław Reymont

0,0
4,49 zł

lub
Opis

W palarni opium„ to opowiadanie Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

„ Statek znowu skoczył tak raptownie, jak koń, uderzony niespodziewanie ostrogą; kilku podróżnych z wyższego pomostu I-ej klasy zleciało z trzcinowych foteli na sąsiadów, ja uderzyłem głową jakiegoś jasnowłosego olbrzyma, schowanego w żółty waterproof.

— Do djabła! — zaklął po polsku.

Odpowiedziałem również energicznie, bo jednocześnie uderzyłem ramieniem w poręcz fotelu.

— O, rodak! — zawołał, pomagając mi wrócić do równowagi.

— Tak!

Zajrzeliśmy sobie w oczy zbliska, bo tylko jedna latarnia, przyczepiona do masztu, słabo oświetlała pomost.

— Widziałem obywatela w Paryżu, na Łuku Triumfalnym.

— Istotnie, byłem… — ale nie mogłem sobie przypomnieć jego twarzy. — Obywatel z Królestwa? — zapytałem, aby coś powiedzieć.

— Ze świata! — odpowiedział zimno.

Nie pytałem się więcej, i siedzieliśmy w milczeniu.”

Fragment książki „W palarni opium


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 13




Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-291-9
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

W PALARNI OPIUM

Statek znowu skoczył tak raptownie, jak koń, uderzony niespodziewanie ostrogą; kilku podróżnych z wyższego pomostu I-ej klasy zleciało z trzcinowych foteli na sąsiadów, ja uderzyłem głową jakiegoś jasnowłosego olbrzyma, schowanego w żółty waterproof.  — Do djabła! — zaklął po polsku.  Odpowiedziałem również energicznie, bo jednocześnie uderzyłem ramieniem w poręcz fotelu.  — O, rodak! — zawołał, pomagając mi wrócić do równowagi.  — Tak!  Zajrzeliśmy sobie w oczy zbliska, bo tylko jedna latarnia, przyczepiona do masztu, słabo oświetlała pomost.  — Widziałem obywatela w Paryżu, na Łuku Triumfalnym.  — Istotnie, byłem… — ale nie mogłem sobie przypomnieć jego twarzy. — Obywatel z Królestwa? — zapytałem, aby coś powiedzieć.  — Ze świata! — odpowiedział zimno.  Nie pytałem się więcej, i siedzieliśmy w milczeniu.  Morze w dalszym ciągu pieniło się w bezsilnej złości. Świst wichru i rytmiczny łoskot machin okrętowych zlewał się z burzliwym i dzikim krzykiem morza, które ze wszystkich stron, falami powichrzonemi, błyskającemi gipjurą pian, szło, rzucało się, biło bezustannie w boki żelazne statku i spadało zmiażdżone w otchłanie, ze zgiełkiem, podobnym do łkania złości bezsilnej.  Noc bez chmur i bez gwiazd przysłoniła zielonawą czarnością przestrzenie, wsączała się cicho w morze i jakby obejmowała je w swoją moc posępną. Czuło się jej chłodne i wilgotne dotknięcie. Ta świadomość, że się jest zawieszonym pomiędzy dwiema otchłaniami, wody i przestrzeni, że się jest na łasce żywiołu, który co chwila miota się w paroksyzmie wściekłości, i czyha, aby pochłonąć wszystko, co mu się opiera, przenika dziwnym dreszczem rozkosznego niepokoju. Siedzi się oczarowanym i jest wtedy prawdziwą rozkoszą i wiatr, i burza, i smaganie — żyje się życiem morza.  Płynie się na