Wydawca: 12 Posterunek Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 210 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W otchłani Imatry - Aleksander Ławrow

Jest rok 1893. W pociągu Kolei Nikołajewskiej, w tajemniczych okolicznościach umiera rosyjski milioner Jegor Pawłowicz Worobiow, który tuż przed śmiercią próbuje wyjawić córce mandżurski sekret jej rodu. W śledztwo natychmiast angażuje się Metody Kobyłkin - znany w całej Rosji detektyw, wielokrotnie porównywany do francuskiego Vidocqa. Z pozoru sympatyczny starszy pan, w rzeczywistości jest śmiertelnie groźną bronią wymiaru sprawiedliwości. Wraz z zaufanymi agentami, Kobyłkin podejmuje się rozwiązania mrocznej zagadki rodu Worobiowów. Obfitujące w nieoczekiwane zwroty akcji śledztwo odkrywa przed Czytelnikami kolejne zbrodnie, przenosząc bohaterów w coraz bardziej egzotyczne zakątki naszego globu...

Opinie o ebooku W otchłani Imatry - Aleksander Ławrow

Fragment ebooka W otchłani Imatry - Aleksander Ławrow

ALEKSANDER ŁAWROW

W OTCHŁANI IMATRY

Przekład:Agnieszka Papaj-Żołyńska

Wydawnictwo 12 Posterunek
Tytuł oryginalny: ПОД ВОЛНАМИ ИМАТРЫ
Seria: Przygody detektywa Metodego Kobyłkina, tom 1
Przekład: AGNIESZKA PAPAJ-ŻOŁYŃSKA
Redaktor prowadzący: ŁUKASZ ŚMIGIEL
Redakcja: TOMASZ SMEJLIS
Korekta: TOMASZ SMEJLIS, KRZYSZTOF WICHARY, MICHAŁ KARKUCIŃSKI, KATARZYNA GODYCKA
Projekt graficzny okładki: DOMINIK SZUSTAKOWSKI
W otchłani Imatry Copyright © by Wydawnictwo 12 PosterunekПод волнами Иматры Copyright © by Aleksander Ławrow
Wydanie nowe, poprawione Warszawa 2015
ISBN 978-83-63737-21-4
www.12posterunek.plkontakt@12posterunek.pl
Konwersja: eLitera s.c.

WSTĘP

Kryminały rosyjskie od samego początku prześladował ogromny pech. Niektórzy twierdzą nawet, że samo określenie „kryminał rosyjski” brzmi nienaturalnie. A już na pewno nie sposób zliczyć osoby, które uważają go za niegodne uwagi, bulwarowe czytadło. Badacze prześcigają się w zapewnieniach, że gatunek ten nie rozwinął się na gruncie rosyjskim i nie znajdzie się tu ani jeden pisarz, którego można by uznać za mistrza powieści detektywistycznej.

Bardziej krytyczni literaturoznawcy, jak Abram Rejtblat, twierdzą nawet, że czegoś takiego, jak rodzimy detektiv w ogóle nigdy nie było, a czytelnicy zadowalali się jedynie przekładami prozy angielskiej i francuskiej pióra Arthura Conan Doyle’a czy Émila Gaboriau.

Mimo to, chociaż krytycy zaprzeczają ich istnieniu, kryminały rosyjskie nie tylko powstawały, ale nawet cieszyły się sporą popularnością wśród odbiorców. Szczerze mówiąc, w drugiej połowie XIX wieku nie było pisarza, który nie odwoływałby się w żaden sposób do tematów, związanych z ze sferą przestępczości. Wystarczy zajrzeć do utworów słynnych klasyków, jak Fiodor Dostojewski, Lew Tołstoj czy Anton Czechow. Jednak to nie ich uważa się za prekursorów gatunku.

Na długo przed rozterkami Raskolnikowa powstawały opowieści o czołowych ówczesnych szajkach i znanych kryminalistach. Swoje pięć minut przeżywała też zapożyczona z Hiszpanii powieść łotrzykowska i inspirowane nią utwory. Przykładem mogą być chociażby przygody Wańki Kaina, humorystyczne szkice autorstwa Matwieja Komarowa Powieść tę uważa się również za jeden z pierwowzorów rodzimego kryminału. Pisarz ukazuje w niej losy moskiewskiego złodzieja i rozbójnika, który dzięki swojemu sprytowi i znajomości przestępczego półświatka zyskuje przychylność władz i, jako detektyw Iwan Osipow, sam zaczyna ścigać złoczyńców.

Oczywiście nie sposób zaprzeczyć, że wpływ na rozwój nowej gałęzi rosyjskiej literatury miały przede wszystkim wzorce płynące z Zachodu. Zachwyceni czytelnicy łapczywie pochłaniali tanie, drukowane na marnym papierze książeczki i z wypiekami na twarzy śledzili przygody kolejnych słynnych detektywów – Nicka Cartera, Nata Pinkertona czy wykreowanego przez Gaboriau, Pana Lecoqa. Nie bez przyczyny nawet we współczesnych rosyjskich powieściach spotyka się określenia: „rosyjski Sherlock Holmes”, „rosyjski Vidocq” i tym podobne. A i sami pisarze nie od dziś naśladują swoich zagranicznych kolegów i koleżanki.

Już w drugiej połowie XIX wieku zaczęły pojawiać się opowiadania z cyklu Przygody Sherlocka Holmesa i Nata Pinkertona w Rosji. Autorzy, duet Nikitin i Orłowiec, stworzyli wiarygodną, alternatywną wersję historii, w które mogli zostać uwikłani słynni detektywi. W ślad za tymi utworami powstała cała lawina analogicznych opowiadań, opiewających czyny rodzimych bohaterów, jak Karl Freyberg czy Iwan Putilin.

O życiu kryminalnym Moskwy i Petersburga snuto najrozmaitsze opowieści. Często przybierały one formę opowiadań o postępowaniach sądowych, a niejednokrotnie twórcy korzystali z autentycznych dokumentów i zapisów z ówczesnych rozpraw. Pojawiały się nawet wątki polskie, jak w Sprawie korneta Jełagina Iwana Bunina. W historii o śmierci polskiej aktorki, Marii Wisnowskiej, zamordowanej przez oficera gwardii carskiej, wykorzystane zostały akta procesu, przeprowadzonego w Petersburgu pod koniec XVIII wieku. To właśnie tam, w mrocznych zaułkach miasta nad Newą, narodziła się moda na zbrodnię, a co za tym idzie – na jej literacką kreację. Trzeba zaznaczyć, że kryminał, choć nie najmłodszy, nie schodzi dziś z rosyjskich list bestsellerów i potrafi przyciągnąć nie tylko czytelników, ale i samych autorów. Na czym polega fenomen tego gatunku? Miłośnicy Akunina czy Buszkowa na pewno zgodnie stwierdzą, że tajemnica tkwi w stylizacji.

A zatem, czym jest ów osławiony rosyjski kryminał retro? Mianem tym utarło się określać powieści, których akcja rozgrywa się na terytorium carskiej Rosji, a wszelkie wydarzenia nie przekraczają rewolucji październikowej. W Europie moda na „starocie” rozpoczęła się jeszcze w latach 40. XX wieku. Każdy z nas pamięta przynajmniej jedną książkę, w której obdarzony nieprzeciętnym intelektem detektyw rozwiązuje starożytne, średniowieczne czy też wiktoriańskie zagadki kryminalne. Wystarczy wspomnieć zażywnych mnichów z Imienia róży Umberto Eco lub uśmiechnąć się do zakurzonych pierwszych opowiadań Edgara Allana Poe.

Warto podkreślić, że rosyjskie kryminały, choć czerpały i nadal czerpią z wzorców brytyjskich i francuskich, mimo wszystko rządzą się swoimi prawami. Wystarczy zauważyć, że większość z nich została napisana w oparciu o losy prawdziwych śledczych – naczelników policji. Często nawet sami detektywi spisywali swoje doświadczenia. W ten sposób powstała chociażby powieść naczelnika petersburskiej policji, Iwana Putilina 40 lat wśród grabieżców i zabójców. Podobne wspomnienia zawarł w swoich szkicach Arkadij Koszko, szef moskiewskiego wydziału kryminalnego.

Swoją drogą, Putilin zapoczątkował pewną wieloletnią tradycję, by po latach samemu stać się „rosyjskim Sherlockiem Holmesem” i znaleźć się na kartach powieści współczesnego autora, Leonida Józefowicza. Nie mówiąc już o tym, że jeszcze za życia detektywa zaczęły pojawiać się książki z cyklu: Geniusz rosyjskiego śledztwa – I.D. Putilin autorstwa Romana Dobrego.

Za kolejną typowo rosyjską cechę należy uznać nieszablonową konstrukcję powieści. W przeciwieństwie do zachodnich autorów, pisarze nie koncentrują swojej uwagi na samym śledztwie. Często już od pierwszych stron wiemy, kto jest mordercą, natomiast nie mamy pojęcia, jak doszło do popełnienia zbrodni. Dla autorów najważniejsza jest zatem motywacja i rys psychologiczny – zachowanie przestępcy, tok myślenia detektywa, emocje, jakie towarzyszą wykrywaniu sprawcy. W ten sposób został ukazany Porfiry Pietrowicz, śledczy, który próbował wyjaśnić śmierć starej lichwiarki w Zbrodni i karze.

Jednak największą różnicą, a zarazem zaletą rosyjskich kryminałów jest głębokie zakorzenienie w kulturze i rodzimych realiach. Niemal w każdej powieści tego gatunku między wierszami ukryta jest druga, o wiele głębsza historia, nakierowana na współczesną problematykę. Opisywane wydarzenia i dialogi bohaterów, specyficzny język, światopogląd, moralność, a także komentarze samego narratora – wszystko to składa się na zróżnicowany, wieloaspektowy obraz Rosji Carskiej i jej nietuzinkowych mieszkańców.

Zatem śmiało można stwierdzić, że czytelnicy w przedrewolucyjnej Rosji zaczytywali się powieściami o słynnych detektywach. Książek było wiele, we wszystkich pojawiał się ten sam główny bohater, a niektóre łączyła nawet jedna linia fabularna. Wówczas takie historie z kontynuacją utarło się nazywać powieścią w felietonach, w Polsce lepiej znaną, jako powieść w odcinkach. Felietonem redaktorzy nazywali również całe działy w gazecie, w których publikowano utwory literackie.

Z czasem pojęcie to wyszło z użycia, lecz serie książek ze znanym, charakterystycznym bohaterem do dziś nie tracą na popularności. Wystarczy wejść do pierwszej lepszej księgarni i rzucić okiem na dział „Kryminał”. Akunin, Mankell, Marinina – wszyscy próbują powtórzyć sukces Christie czy Conan Doyle’a i uczynić ze swojego detektywa nieśmiertelną ikonę kultury.

Aż dziw, że lubujący się w podróżach Erast Fandorin nigdy nie spotkał na swojej drodze genialnego żandarma Aleksieja Bestużewa. A przecież ten ostatni, bohater powieści Aleksandra Buszkowa, rozpracował szereg intryg w dzisiejszym Krasnojarsku, a nawet powstrzymał zamach na cesarza Austro-Węgier, Franciszka Józefa. A już na pewno któryś z nich powinien słyszeć o obrotnym studencie prawa Władimirze Uljanowie, który w wolnych chwilach ścigał przestępców w zapomnianych wioskach guberni samarskiej.

W oceanie rosyjskich konceptów niekiedy trudno wyłowić prawdziwą perłę. Wielu współczesnych autorów kryminałów powiela, rozszerza lub na siłę udoskonala znane motywy. A szkoda, gdyż Rosja Carska ma w sobie pewną monumentalną magię, urok, któremu do dziś nie można się oprzeć.

Jednym z takich pasjonatów, który próbował utrwalić w swych dziełach ten okres, był Aleksander Krasnicki. O pisarzu mało kto dziś pamięta – został on niesłusznie zapomniany już w czasach władzy bolszewickiej. A tymczasem na początku XX wieku był on najpopularniejszym autorem powieści kryminalnej w odcinkach, a jego książki rozchodziły się w milionowych nakładach. Opublikował on ponad sto powieści, wiele opowiadań, wierszy, nie mówiąc już o reportażach czy szkicach.

Szczególnym sentymentem autor darzył powieść awanturniczą, a zwłaszcza kryminał. Był bowiem mistrzem w tworzeniu zmyślnych intryg. Pod pseudonimem A.Ławrow napisał cykl książek, w których wykreował niezapomnianą postać Metodego Kiryłowicza Kobyłkina. Ten prostolinijny, wścibski detektyw starej daty, w rzeczywistości był słynnym na całą Rosję pogromcą przestępców. Na pozór dobroduszny, nieco ekscentryczny dziwak, to jednocześnie niesamowicie przenikliwy i konsekwentny śledczy, który potrafi rozwikłać najbardziej skomplikowane, tajemnicze zbrodnie.

W otchłani Imatry to pierwszy tom z cyklu „Caryca hunhuzów”, w którym czytelnik poznaje nie tylko Kobyłkina, ale i Marię Worobiową – córkę słynnego mandżurskiego bogacza, Pawła Jegorowicza. Porywająca fabuła, zachwycający, orientalny koloryt, a przede wszystkim charakter Metodego Kiryłowicza sprawiają, że ta dość wiekowa powieść jest atrakcyjna również dla współczesnego czytelnika.

Agnieszka Papaj-Żołyńska

I. Nad Imatrą

Był cichy czerwcowy wieczór. Dochodziła godzina jedenasta, gdy na peron stacji Imatra wjechał niewielki, niemal pusty pociąg. Zupełnie nietypowy jak na tę porę roku chłód lub być może inne wydarzenia, które rozgrywały się w tym czasie w Finlandii, odstraszały turystów. Dlatego też mało kto odwiedzał tę słynącą z niezwykłej urody wodospadu miejscowość, która zazwyczaj przyciągała niezliczone tłumy podróżników. Gospodarze skarżyli się na marne interesy, kelnerzy, z subtelnością petersburskich kupców, nawoływali i wlekli za sobą nielicznych przyjezdnych.

Z wagonu pierwszej klasy wyszedł młody człowiek średniego wzrostu, o zmęczonej, smutnej twarzy, na której dało się dostrzec ślady zarówno fizycznego, jak i psychicznego cierpienia. Mężczyzna nie miał przy sobie żadnego bagażu, w rękach trzymał jedynie parasol, a przez ramię przerzucił małą torbę podróżną. Żadnego kufra ani walizki – nie wziął niczego, co zazwyczaj mają przy sobie turyści.

Po wyjściu z wagonu zaczął rozglądać się na wszystkie strony, a minę miał zdecydowanie bezradną.

– Jeśli potrzebny panu nocleg – podszedł do niego jeden z kelnerów – to mogę zaproponować...

Przyjezdny ucieszył się jak dziecko.

– O tak! Z nieba mi pan spadł! – odrzekł pośpiesznie – mówi pan po rosyjsku?

– Oczywiście! Tutaj nie ma innego wyjścia – wzruszył ramionami kelner – nad Imatrę przyjeżdża tylu Rosjan... Proszę za mną! Powóz czeka przy zejściu z peronu. Naszym turystom gwarantujemy wszelkie udogodnienia...

– A do pańskiego hotelu daleko? – jakby ze strachem zapytał przybysz.

– Wręcz przeciwnie! Raptem parę kroków... Nasz ośrodek znajduje się najbliżej stacji.

– W takim razie pojazd nie będzie potrzebny. Chciałbym jak najszybciej znaleźć się nad wodospadem. Czy to daleko stąd?

– Proszę się wsłuchać! – odrzekł kelner z uśmiechem.

Rzeczywiście, z oddali dolatywał jakiś huk. Zupełnie jakby w kolosalnej fabryce puszczono w ruch setki maszyn parowych. Ich miarowy stukot przeistaczał się w niemilknący zgiełk, z daleka przypominający wściekły ryk ukrytego gdzieś nieopodal, gigantycznego potwora.

– To właśnie wodospad? – spytał mężczyzna.

– O tak! Mieszkańcy już dawno do niego przywykli i szum w niczym im nie przeszkadza... Ale turyści, a w szczególności damy... nie to, żeby się bały, o nie! Ale mimo wszystko Imatra źle wpływa na ich nerwy.

Ostatnie zdanie kelner wypowiadał już w drodze do powozu. Przybysz posłusznie szedł za nim. Wiedząc, że jest już blisko celu, bez sprzeciwu wsiadł do niewielkiej bryczki. Zadowolony koń od razu ruszył z miejsca. Kelner szedł obok.

Hotel faktycznie był dosyć blisko. Po trzech minutach powóz stał już przed werandą jednopiętrowego, drewnianego domku. Dookoła rozpościerał się bujny ogród.

– Proszę obejrzeć pokój! – Gestem zaprosił kelner, otwierając drzwi.

– Wszystko mi jedno, proszę wybrać którykolwiek – padła odpowiedź. – Ja udam się już nad wodospad...

– W takim razie ostatnia kwestia. Planuje pan zatrzymać się u nas na kilka dni?

– Najprawdopodobniej wyjadę jutro... Ale nie wiem jeszcze którym pociągiem.

Kelner ze zdziwieniem spojrzał na gościa.

– Nie planuje pan udać się nad Małą Imatrę? Zapewniam, że jest na co popatrzeć.

Gość jakby się zmieszał.

– Nie wiem... nie! – rzekł niepewnie. – Zresztą, być może... Zobaczymy.

– Wszyscy turyści bezwzględnie wybierają się nad obie nasze Imatry – pouczył mężczyznę i wskazał ręką na księgę gości, leżącą na stole między dwiema lampami. Mocne żarówki oświetlały również wiszące nad stołem lustro. – Uprzejmie proszę się wpisać...

– Do czego? – spytał przybysz z zakłopotaniem.

– Do księgi. Imię, nazwisko, skąd raczył pan przyjechać...

– Czy to naprawdę konieczne?

– Owszem. Takie są przepisy. Bardzo pana proszę.

Ostatnie zdanie wypowiedziane zostało tak stanowczo, że nie pozostawało nic innego, jak poddać się prośbie. Gość nachylił się nad księgą, wziął do ręki pióro i, jakby w zadumie, zaczął obracać je w dłoni. Kelner uważnie spoglądał w lustro, w którym widać było bladą, wymęczoną twarz nieznajomego. Twarz o głęboko zapadniętych oczach, ostro zarysowanym nosie i kościach policzkowych, gotowych niemal w każdej chwili przebić żółtą, woskową skórę mężczyzny.

Przez ramię nieznajomego kelner dostrzegł, jak ten po chwili zastanowienia wyraźnie wypisał w księdze: Aleksiej Nikołajewicz Kudriński[1], z Petersburga.

– To już wszystko – uśmiechnął się kelner. – Chce pan zobaczyć swój pokój? Numer trzy, okna z widokiem na ogród...

– Dziękuję bardzo... Jednak mimo wszystko pójdę już nad wodospad. Proszę mi pokazać, którędy...

– To niedaleko stąd. Pójdzie pan wzdłuż szosy, najpierw trzeba skręcić w lewo, a potem na prawo. Wtedy dojdzie pan do rzeki Vuoksi. Wystarczy przejść przez most i będzie pan na miejscu. Wynajmuje pan pokój numer trzy – krzyknął już w ślad za oddalającym się Kudrińskim. – Będziemy na pana czekać. Nie trzeba dzwonić, zazwyczaj czekamy, dopóki wszyscy nasi goście nie wrócą do hotelu.

Kudrińskiego już nie było. Kelner wzruszył ramionami, jeszcze raz rzucił okiem na zapis w księdze gości, pokręcił głową i udał się do właściciela, by zameldować mu o przybyciu dziwnego osobnika.

W tym czasie Kudriński szedł już wskazaną mu trasą. Było po jedenastej, jednak panująca nad tą częścią świata biała noc nie rozwiała jeszcze popielatego półmroku.

Aleksiej Nikołajewicz poruszał się bardzo wolno, ledwie powłócząc nogami. Szedł kilkanaście metrów, zatrzymywał się i odpoczywał. Wyrywającemu się z piersi, ciężkiemu oddechowi towarzyszyło nieprzyjemne rzężenie. Mężczyzna nabierał sił i znów rozpoczynał swój marsz.

Ryk wodospadu stawał się coraz głośniejszy. Szosa gwałtownie skręciła w lewo, omijając okoloną wysokimi drzewami polanę. Potem, zawijając w przeciwną stronę, pomknęła całkiem prosto, docierając do wysokiego mostu, garbiącego się nad jakąś, póki co niedostrzegalną przepaścią.

Kudriński wspiął się na most. W tym miejscu Vuoksi osuwała się w dół z ustępu, mknąc przed siebie z oszałamiającą prędkością. Aż do samego mostu, nad całą tą wodną masą roztaczała się biała pierzyna, jak gdyby narzuciła ją ręka jakiegoś mocarnego tytana. To tu, to tam na białej pokrywie, niczym oczy tego ryczącego potwora, czerniły się kamienie. Fale z szaleńczą wściekłością rzucały się na nie i w tejże chwili odskakiwały do tyłu. Rozbijały się, oblewając całą powierzchnię obłokami wodnego pyłu i, pochłaniane przez kolejne potoki, mieszały się z nimi, ponownie rzucając się na kamienie i ponownie, z łoskotem, jękiem, szalonym chichotem i świstem rozbijając się o nie. Ostatecznie, pokonane w nierównej walce, ze wstydem ustępowały i opływały nieprzystępną skałę tysiącami szemrzących strug.

Kudriński stał i z zachwytem wpatrywał się w tę wściekle żywą masę. Czuł, że nie może oderwać wzroku od dzikiego obrazu. Przeszywał go dreszcz, przeraźliwa wilgoć przenikała do samych kości. Aleksiej trząsł się całym ciałem, lecz nie ruszył się z miejsca. Jego nogi jak gdyby przyrosły do desek mostu. Oddał się obserwacji.

Na lewym brzegu, nad mostem, niemal na skraju tych szaleńczych fal stała malutka chatka. Najwidoczniej należała do stróża, który razem z żoną całe życie spędził wśród tego nieustającego, piekielnego huku.

Wizja takiego życia, w sąsiedztwie z nieposkromionym żywiołem doprowadziła Aleksieja do przytomności. Na moment jego zachwyt zniknął. Kudriński przeszedł na drugą stronę mostu i spojrzał z góry w kipiącą otchłań. W dole, pod jego nogami kłębiły się obłoki białej piany.

Aleksiej Nikołajewicz zszedł z mostu i zbliżył się do furtki, od której po niemal pionowej skarpie do samego brzegu wiodły strome, drewniane schody. Otwierając furtkę, Kudriński zawahał się na chwilę, po jego twarzy przemknął cień, usta zadrżały dziwnie, jakby zawładnął nim jakiś niepokój. Zdjął kapelusz, otarł krople potu, które pomimo chłodu wystąpiły mu na czoło i ciężko, ciężko westchnął.

– Tak trzeba... zło konieczne! – wyszeptał zupełnie cicho. – Istne piekło... do piekła... z piekła do piekła!..

Pokonawszy chwilowe zdenerwowanie, równym, pewnym krokiem, nie trzymając się nawet poręczy, zszedł ze schodów i śmiało podszedł do brzegu wodospadu. Imatra powitała go ogłuszającym rykiem. Z dołu wyglądała ona zupełnie inaczej niż z mostu. W tym miejscu wodospad ukazał się w pełnej, dzikiej krasie. Masa wody z wściekłością pędziła na lewy brzeg. W ślad za nią, rycząc i świszcząc, mknęła kolejna.

Kudriński szedł wzdłuż brzegu, nie odrywając wzroku od wirujących i pieniących się fal.

Aleksiej Nikołajewicz dwukrotnie przeszedł tę samą trasę do miejsca, gdzie Imatra wyraźnie traciła impet i Vuoksi płynęła już nieporównywalnie ciszej.

Za trzecim razem mężczyzna zatrzymał się na środku brzegu. Wychylił się nad drewnianą balustradą, kończącą się daleko, nad samą kipielą szalejącej wodnej masy. Kręciło mu się w głowie od tej wściekłej, dzikiej szarży. Nieposkromiony, potężny żywioł wciągał go za balustradę. Ryczący potwór rozpościerał piekielne ramiona i przyzywał go w swoje objęcia.

[1] Nazwisko Kudriński wywodzi się z wyrazu kudri, co po rosyjsku oznacza kędziorki, kręcone włosy – przyp. wyd.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

NOTA O AUTORZE

„Najsłynniejszy autor powieści

kryminalnej w odcinkach!”

(Lira Publishing)

A. ŁAWROW (1866–1917) to pseudonim Aleksandra Iwanowicza Krasnickiego, słynnego autora kryminałów, którego dzieła rozeszły się w milionowych nakładach. Zaczynał jako reporter, później zajął się literaturą. Opublikował ponad sto powieści, wiele opowiadań, wierszy, nie mówiąc już o reportażach i szkicach. Pod pseudonimem A. Ławrow napisał powieściowe cykle pt. „Caryca hunhuzów” oraz „Fatalna tajemnica” – wielopłaszczyznowe utwory, w których po raz pierwszy pojawia się postać słynnego detektywa Metodego Kobyłkina. Szczególnym sentymentem pisarz darzył powieść awanturniczą, a zwłaszcza kryminał. Był bowiem mistrzem w tworzeniu zmyślnych intryg.

DALSZY CIĄG PRZYGÓDDETEKTYWA METODEGO KOBYŁKINA

W TOMIE II CYKLU „CARYCA HUNHUZÓW”

PT. „PIERŚCIEŃ WĘŻA”