W ogniu walki - Marko Kloos - ebook
Opis

Nadeszła pora, aby przenieść walkę na terytorium Dryblasów.

Mars znajduje się pod kontrolą obcych już od ponad roku. Przez ten czas zdziesiątkowane siły ziemskich sojuszy odbudowały swoje floty i obsadziły stare okręty świeżo wyszkolonymi żołnierzami. Naczelne dowództwo, rozdarte między chęcią wyprzedzenia planów Dryblasów i potrzebą zebrania odpowiedniej potęgi bojowej, postanawia uderzyć natychmiast.

Weterani Andrew i Halley znów stają na czele niedoświadczonych żółtodziobów, gdy połączone ziemskie siły występują przeciwko najeźdźcom. Wojny kierują się jednak regułą, że prawie żaden plan nie wytrzymuje pierwszego kontaktu z nieprzyjacielem...

A Dryblasy równie mocno chcą utrzymać się na Marsie, jak ludzie pragną go odzyskać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1. Pobór

2. Ewakuacja

3. Natarcie

4. Łańcuch dowodzenia

5. W ogniu walki

Rozdział 1Przerwany bieg

Dryblas w moim celowniku wydawał się ogromny, znacznie większy niż dotąd widywane przeze mnie osobniki. Całkowicie wypełniał wizjer karabinu M-90, nawet przy zerowym powiększeniu i odległości kilkuset metrów. Szedł niespiesznie w moją stronę, wykonując leniwe kroki brzmiące niczym wybuchające pociski artyleryjskie. Z każdym ruchem trójpalczaste stopy podrywały obłoki pyłu.

Wycentrowałem krzyżyk celownika na środku klatki piersiowej obcego i pociągnąłem spust, ale miałem wrażenie, jakby jego ciężar zwiększył się po stokroć. Naciskałem z całą siłą, do jakiej byłem zdolny, mimo to ustępował z bolesną powolnością. Stwór przede mną, mierzący przynajmniej sto metrów wzrostu, zrobił kolejny krok, o połowę zmniejszając dzielącą nas odległość. W końcu języczek uruchomił mechanizm uderzeniowy i pocisk wyrwał się z lufy. Zamiast silnego odrzutu i donośnego grzmotu usłyszałem jedynie cichy odgłos, a kolba ledwo naparła mi na bark. Głowica bojowa wyleciała i trafiła obcego w górną część potężnego korpusu, ale zanim jeszcze ujrzałem niewielki obłoczek uderzenia, wiedziałem już, że strzał okazał się nieskuteczny. Ręcznie przeładowałem broń, żeby wystrzelić kolejny raz, choć chyba nie miało to sensu. Opróżniłem tak cały magazynek, lecz Dryblas wydawał się tego nawet nie zauważyć. Zupełnie jakbym ciskał żwirem o skałę.

I nagle stwór znalazł się tuż przede mną, wznosił się w szare niebo niczym wieża, a jego szeroka tarcza czaszkowa przesunęła się z lewej do prawej, gdy obrócił głowę. Zamachnął się jedną z pajęczych łap i niedbałym ciosem bez wysiłku odrzucił mnie na bok. Świat zawirował szaleńczo na wyświetlaczu hełmowym, gdy wzniosłem się raptownie w powietrze.

Wiedziałem, że nie jest to prawdziwe, ponieważ w momencie, gdy uderzyłem w odległy o kilkadziesiąt metrów głaz, powinienem zginąć na miejscu, zgnieciony niczym insekt na poliplastowej szybie hydrobusu, i pancerz bojowy na nic by mi się nie zdał. Zamiast tego osunąłem się na ziemię, w pełni świadomy i przytomny, w ogóle nie czując bólu. W prawej dłoni wciąż ściskałem kawałek roztrzaskanego karabinu. Odrzuciłem bezużyteczny przedmiot i podniosłem się.

Dryblas nie zwracał już na mnie uwagi. Odchodził na lewo ode mnie wielkimi krokami. Choć był wielki, poruszał się tak szybko, że terenówka na pełnym gazie miałaby problemy z dogonieniem go, nawet jeśliby się szczególnie nie spieszył. Wiedziony impulsem, pobiegłem za stworem, nie do końca wiedząc, co zrobię, gdy już go dopadnę.

Obcy oddalał się teraz długimi, hałaśliwymi stąpnięciami. Skaliste wzniesienie, na którym się znajdowałem, opadało przede mną w szeroką dolinę. Niebo miało barwę brudnej stali, a grunt – bladej ochry marsjańskiego pyłu. Zatrzymałem się na skraju i rozglądałem po rozciągającej się w dole panoramie. Dryblas miał już nade mną przewagę kilometra i kroczył ku osiedlu, bo właśnie w ten nieprawidłowy sposób określaliśmy ich osady. Terytoria zamieszkiwane przez obcych zajmowały znaczne obszary i składały się z przeplatających się szkieletowych budowli w sporym stopniu kojarzących się z rafami koralowymi i wydających się paradoksalnie kruchymi, jak na wytwór tak ogromnych istot. Całą nieckę przede mną wypełniały takie właśnie konstrukcje. Pokrywały powierzchnię Marsa całymi kilometrami kwadratowymi, aż do granic zasięgu mojej hełmowej optyki. W otwartych miejscach pomiędzy setkami, czy też raczej tysiącami schronień, widziałem poruszających się samotnie i grupami obcych. Całe mrowie, więcej niż kiedykolwiek dotąd.

Stwór, który mnie zaatakował, schodził dalej zboczem w stronę skupiska budynków. W połowie pochyłości zatrzymał się i obrócił. Wielka głowa przekręcała się w moim kierunku, aż wydawała się spoglądać bezpośrednio na mnie. Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę i nagle Dryblas wydał z siebie skowyt, ogłuszający nawet z dystansu ponad kilometra. Wrzask taki jak ten słyszałem już dziesiątki razy na polu walki i w snach, jednak wciąż nie przestawał wzbudzać niepokoju, zupełnie jakby wyzwalał jakąś instynktowną reakcję w pierwotnych obszarach ludzkiego mózgu, tych samych, które każą nam się bać, gdy znajdujemy się sami w ciemności. Ryk przetoczył się nad okolicą niczym dźwiękowe tsunami, oblał mnie i odbił się od zbocza za moimi plecami, miałem wrażenie, jakby dobiegał ze wszystkich kierunków jednocześnie. Trwał około minuty, po czym zanikł powoli, kończąc się posępnym jękiem.

W dolinie inne Dryblasy podjęły zew i odpowiedziały obcymi głosami, najpierw setki, później tysiące, może nawet dziesiątki tysięcy. Czułem te dźwięki przez glebę i podeszwy butów, czułem je w otaczającym mnie powietrzu, zupełnie jakby każda molekuła atmosfery została poruszona energią soniczną tego potężnego chóru. Wydawało się, jakby wszyscy na planecie mogli słyszeć tę swoistą pieśń, choć składało się na nią tak wiele nieharmonijnych głosów. Wołanie rozlegało się długo, zanim wreszcie zamarło powoli.

Nastąpiła cisza, która brzmiała mi w uszach bardziej złowieszczo i znacznie mniej naturalnie niż wcześniejszy hałas. Podniosłem wzrok ku ciemnoszaremu, pustemu niebu i poczułem, jak moje serce stopniowo ogarnia narastająca groza. Pojawił się nowy odgłos, słaby na wietrze, ale niewątpliwie obecny i z każdą sekundą nabierający mocy. Ostry, przenikliwy dźwięk, przypominający gwizd. Podobnie jak wcześniejszy zew Dryblasów, ten również słyszałem już wiele razy w atmosferze i wiedziałem, co zapowiada. Nie bałem się, gdy Dryblas odtrącił mnie z drogi ani gdy dziesiątki tysięcy obcych skowyczały swój nieziemski chorał, ale teraz odczuwałem śmiertelne przerażenie przed tym, co leciało ku powierzchni. Nie dostrzegałem głowic bojowych, ale czułem instynktownie ich złowrogą obecność. Nadciągał koniec świata i nic nie mogło go powstrzymać, żaden schron nie był dość głęboki, żeby się w nim ukryć, żadna istota dość silna, żeby przetrwać to, co miało się wydarzyć.

W ostatnich chwilach przed detonacją rozległ się rozdzierający trzask wywołany małymi, zwartymi pociskami spychającymi sprzed siebie powietrze, gdy pędziły z naddźwiękową prędkością ku ziemi. I nagle w rozpościerającej się przede mną dolinie Dryblasy oraz ich zawiłe, koronkowe budowle zniknęli w oślepiająco białym rozbłysku, a na powierzchni planety rozkwitło nowe słońce. Natychmiast poczułem palący żar promieniujący z miejsca eksplozji i miałem wrażenie, jakbym stał przed dyszą wylotową rakiety fuzyjnej. Powinienem się z miejsca spalić, w nanosekundę rozłożyć na atomy, ale moje ciało wytrzymało zalewające mnie fale światła i gorąca. Zostałem w jednym kawałku wystarczająco długo, by dotarły do mnie również fale dźwiękowa i uderzeniowa. Wybuch okazał się niemożliwie głośny, niczym huk zwiastujący koniec świata. Stało za nim tyle fizycznej siły, że wydawał się niemal materialny. Pomimo tego wszystkiego wciąż mogłem słyszeć i widzieć, wciąż słyszałem dudniące mi w piersi serce, choć podmuch uniósł mnie w powietrze, wycisnął oddech z płuc i rzucił mną o ziemię. Trafiłem głową w coś twardego i nagłe, niespodziewane doznania, które poczułem, wyrwały mnie ze snu.

Obudziłem się na podłodze sypialni. Bok głowy pulsował tępym bólem, a serce wciąż kołatało. Przekręciłem się na wznak i przez minutę czy dwie spoglądałem w sufit, dopóki częstość akcji serca nie spadła do rozsądnego poziomu. Miałem na sobie jedynie wojskowe majtki i podkoszulek. Klimatyzację w budynku wyłączano na noc, żeby oszczędzać energię, a przez filtry zainstalowane w otwartych oknach dostawał się chłodny jesienny wietrzyk, ale mimo to czułem pot spływający mi po plecach. Zerknąłem na zegar na suficie: 04:38.

Podniosłem się powoli i bez szczególnego entuzjazmu. W łóżku obok mnie spała Halley. Oddychała głęboko i miarowo, wiedziałem więc, że jej sny – jeśli je miała – były nieco mniej widowiskowe niż moje. Przypięła sobie do ręki automatyczną strzykawkę, która monitorowała jej stan i utrzymywała we śnie dzięki kontrolowanym dawkom zastrzyków nasennych. Minął już ponad miesiąc od naszego powrotu z systemu Leonidas, a siniaki na twarzy i ciele mojej żony wciąż do końca nie zniknęły.

Pokój gościnny na piętrze u chorążego Kopki był maleńki, liczył może z połowę metrażu i tak już ciasnej kwatery, którą dzieliliśmy na Lunie przez rok poprzedzający misję do Leonidasa, ale znajdował się w ziemskiej strefie cywilnej, a nie placówce wojskowej. Poza tym dzieliło nas tylko piętnaście minut jazdy koleją magnetyczną od Bazy Lotniczej Sił Obrony Ziemi Burlington, dokąd Halley udawała się co drugi dzień na rehabilitację. Przeżyła katapultowanie z rozpadającego się okrętu desantowego, ale tytanowa pokrywa kapsuły bezpieczeństwa zatrzasnęła się przedwcześnie, doszczętnie niszcząc lewą połowę ciała Halley. Miała strzaskaną rękę, nogę i biodro, odniosła liczne obrażenia wewnętrzne, a w jej czaszce znajdował się teraz tytanowy implant. Wiedziałem, że wciąż odczuwała spory ból, ale miałem świadomość, że rany skrzywdziły ją zdecydowanie mniej niż pozbawienie statusu pilota. W kwestii znoszenia fizycznego cierpienia Halley była najtwardszą osobą, jaką znałem. Nie chciałem patrzeć na jej udrękę, ale coraz bardziej martwiłem się, co taki stan zawieszenia robi z jej głową.

Przeszedłem do łazienki, zamknąłem za sobą drzwi i przemyłem sobie twarz. Woda z Vermont nadal smakowała nieco dziwnie. Nie mogłaby być czystsza – w piwnicy budynku znajdowała się pompa sięgająca do zwierciadła wód gruntowych pod ziemią – ale przez całe życie miałem do czynienia z wodą przetworzoną i przefiltrowaną, najpierw w Dzielnicach Zakwaterowania Komunalnego, a później podczas służby, i to ona wciąż stanowiła dla mnie punkt odniesienia.

Obok umywalki znajdowało się okno, otworzyłem więc je, żeby wpuścić więcej chłodnego jesiennego powietrza. Na ulicy panowała cisza. O tej porze nie było przechodniów ani hydrosamochodów, a zamieszkane przez wyższą klasę średnią miasteczko Liberty Falls nie posiadało nocnej ścieżki dźwiękowej typowej dla DZK. Gdy nocowałem tu po raz pierwszy, brak nieustannego szumu tła okazał się dla mnie tak niepokojący, że musiało minąć pół nocy, zanim zasnąłem.

Kiedy wróciłem do łóżka, zobaczyłem, że Halley już nie śpi. Mrugała w moją stronę zaspanymi oczyma, a jej głowę otulała nadmuchiwana poduszka dopasowująca się do kształtów użytkownika. Przez lewą stronę twarzy mojej żony, od linii włosów aż do żuchwy, biegł solidny siniak. Z początku był czarny, następnie zbladł do zielononiebieskiego, a teraz nabrał niezdrowego, żółto-brązowego zabarwienia.

– Cześć – powiedziałem. – Przepraszam, że cię obudziłem.

– Fposządku – wymamrotała Halley. Zmrużyła oczy, wpatrując się w holograficzny zegar na suficie. – O rany. Wracasz spać?

– Raczej nie – odparłem. – Pójdę pobiegać.

– Teraz?

– To najlepsza pora. Nie muszę wymijać cywilów.

– Dobra – odrzekła. – Ale tym razem nie idę z tobą.

Automatyczna strzykawka na jej ręce wydała z siebie ciche piśnięcie. Halley sięgnęła do niej prawą dłonią i nacisnęła czujnik, aby urządzenie nie uśpiło jej na powrót dawką środków przeciwbólowych.

– Dlaczego wstałeś? Gówniane sny?

– Gówniane sny – potwierdziłem.

– Dobrze się czujesz?

– Nie tak źle. Potruchtam trochę, żeby oczyścić głowę.

– W porządku. – Popatrzyła na mnie z troską. – Ale wróć na śniadanie, inaczej wezwę siły szybkiego reagowania.

– Tak jest, pani kapitan.

Powietrze na zewnątrz było przyjemnie rześkie. Zrobiła się już późna jesień i temperatury w nocy od tygodnia czy dwóch spadały poniżej zera, ale lubiłem biegać w takich warunkach. Ruszyłem ulicą, mijałem sklepy i lokale zamknięte o tej porze, z każdym stąpnięciem wydychając małe obłoczki pary. Ćwiczyłem w kamuflażowych spodniach mundurowych oraz podkoszulku, z pistoletem przypiętym do pasa i tabletem osobistym w kieszeni na biodrze. Teoretycznie poza służbą zawsze powinienem mieć przy sobie worek ze sprzętem, ale trudno się biega z ponad dziesięcioma kilogramami lekkiego pancerza i automatyczną bronią obrony osobistej na ramieniu.

Nie przepadałem wcześniej za bieganiem, ale jakoś się do niego przyzwyczaiłem, a nawet polubiłem, odkąd przed miesiącem wróciliśmy z Leonidasa. Pozwalało mi uspokajać myśli, gdy nie mogłem spać lub przez chwilę wolałem pobyć sam ze sobą. W ramach efektu ubocznego wróciłem do wagi z okresu, zanim na rok przyjąłem posadę instruktora szkolenia w obozie Orem i nieco się spasłem na garnizonowym żarciu.

Choć już od jakiegoś czasu dyszałem na tych uliczkach, wciąż czułem się nieco surrealistycznie, gdy przebywałem tam sam po zmroku. W DZK nie minęłoby dziesięć minut, zanim ktoś by mnie obrabował lub zabił, lecz Liberty Falls było schludnym, bezpiecznym miasteczkiem. Zwykle podczas przebieżki widywałem przynajmniej jeden patrol policyjny i ta noc nie należała do wyjątków. Kiedy minąłem bibliotekę w centrum, wyprzedził mnie policyjny hydrosamochód. Zerknąłem w bok i ujrzałem taksującego mnie wzrokiem gliniarza, który jednak zaraz uniósł dłoń w geście powitania, a ja odmachałem mu lekko. Radiowóz pojechał dalej, napędzany elektrycznym silnikiem tak cichym, że słyszałem jedynie szelest opon na asfalcie.

Tuż za ratuszem odchodziła w bok droga biegnąca ostro na wzgórze. Nie udało mi się jeszcze pokonać jego kilometrowego zbocza, nie zatrzymując się dla nabrania tchu, ale każdego ranka docierałem coraz dalej. Dziś wbiegłem dalej niż do połowy, zanim nogi zaczęły robić się ciężkie. Może to właśnie teraz uda mi się osiągnąć szczyt i tamtejsze osiedle willowe, pomyślałem.

Znajdowałem się już w trzech czwartych podbiegu, zmęczony, lecz wciąż w nastroju bojowym, gdy mój OTI wydał z siebie ćwierknięcie oznaczające nadejście wiadomości. Sygnał składający się z trzech krótkich, trzech długich oraz trzech krótkich dźwięków zarezerwowany dla komunikatów o najwyższym priorytecie. Zatrzymałem się i przez chwilę łapałem oddech. Następnie wyciągnąłem tablet z kieszeni, zerkając na szczyt, oddalony ode mnie zaledwie o kilkaset metrów i parę minut sapania przy nachyleniu dziesięciu stopni.

Może jutro.

Na ekranie OTI ujrzałem krótką wiadomość. Jej treść sprawiła, że organizm wygenerował solidny wyrzut adrenaliny, po którym zupełnie opuściło mnie zmęczenie.

Nastąpiło wtargnięcie Dryblasów – cały personel na przepustkach ma się natychmiast zgłosić do RWPZ – to nie są ćwiczenia.

Mianem RWPZ określano regionalne wojskowe punkty zgrupowania, najbliższe w stosunku do miejsc, w których znajdowaliśmy się na przepustce, bazy dysponujące lądowiskami lotniczymi lub kosmicznymi. Dla mnie i Halley była to Baza Lotnicza Sił Obrony Ziemi w Burlington, oddalona o piętnaście minut. Wsunąłem OTI z powrotem do kieszeni na nogawce i zacząłem zbiegać w dół zbocza.

Gdy przemknąłem po schodach i wpadłem do pokoju gościnnego nad restauracją, Halley wstała już z łóżka i była na wpół ubrana. Ściągnąłem przepocony podkoszulek, rzuciłem napodłogę, po czym wyjąłem czysty z komody.

– Śniadanie będzie musiało zaczekać – powiedziałem.

– Dostałam wiadomość – odparła. – Też jadę.

– Taa, jasne. Jesteś na rehabilitacji i nie możesz latać, dopóki lekarz ci nie pozwoli.

– Spróbujcie mnie powstrzymać, poruczniku – oznajmiła. – I tak musiałabym pojechać dzisiaj do Burlington na kolejną sesję tortur fizycznych. Równie dobrze mogę mieć na sobie kombinezon lotniczy, w razie gdyby wylało się szambo i mieliby akurat do dyspozycji więcej okrętów niż pilotów.

Wiedziałem, że lepiej nie kłócić się z nią na ten temat,zwłaszcza żejuż dopinała kombinezon. Chciałem, żeby wróciła do łóżka i pogodziła się z faktem, że nie jest w odpowiedniej formie, by latać, iże żaden dowódca skrzydła nie umieści jej za sterami desantowca, jeśli lekarz wojskowy ją uziemił. Wiedziałem jednak również, że nie mam prawa podejmować za nią tej decyzji, więc mimo wszystko wyjąłem z komody kaburę i pomogłem Halley przypiąć ją pod pachą. Skrzywiła się lekko, przekładając lewą rękę przez uprząż, ale po chwili była już w pełni ubrana i wyposażona do walki, pierwszy raz, odkąd przed miesiącem wróciliśmy do Układu Słonecznego, ona w kapsule pourazowej w izbie chorych na OWPA „Portsmouth”. Prawą dłonią poklepała umieszczony w kaburze pistolet.

– Miłe uczucie – stwierdziła.

– Od miesiąca nie było żadnego wtargnięcia – oznajmiłem. – Miałem nadzieję, że kolejne nie nastąpi aż do Marsa.

– Oby to był jeden okręt, a nie cała ich cholerna flota – odrzekła Halley. – Byłoby paskudnie, gdyby zaczęli inwazję tuż przed tym, kiedy zamierzaliśmy odpalić własną ofensywę.

Podniosłem worek ze sprzętem i przerzuciłem przez ramię. Wziąłem też torbę Halley leżącą po jej stronie łóżka.

– Przekonamy się za dwadzieścia minut – uznałem. – Chodźmy. W pociągu włożymy pancerze i załadujemy broń.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

O autorze

Marko Kloos urodził się i wychował w niemieckim mieście Münster. Bywał żołnierzem, księgarzem, dokerem i administratorem sieci w korporacji, zanim uznał, że najbardziej w życiu chciałby robić coś twórczego.

Pisze przede wszystkim science fiction i fantasy, ponieważ pasjami uwielbia te gatunki, odkąd zaczął wydawać kieszonkowe głównie na pulpowe serie SF. Jest autorem bestsellerowej serii Frontlines w realiach militarnego science fiction oraz członkiem pisarskiej grupy George’a R.R. Martina tworzącej we wspólnym uniwersum „Dzikie karty”.

Marko rezyduje w Mroźnym Zamku w amerykańskim stanie New Hampshire wraz z żoną, dwójką dzieci i wędrowną sforą bezwzględnych jamników. Jego oficjalna strona to www.markokloos.com. Można się z nim skontaktować pod adresem [email protected] oraz na Twitterze (na którym spędza zdecydowanie zbyt wiele czasu), gdzie występuje jako @markokloos.

COPYRIGHT © 2017 BY Marko Kloos. COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2018

TYTUŁ ORYGINAŁU Fields of Fire

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-379-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Postacie i wydarzenia przedstawione w tekście są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest przypadkowe i niezamierzone przez autora.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Dark Crayon

PROJEKT OKŁADKI Dark Crayon, black gear Paweł Zaręba

TŁUMACZENIE Piotr Kucharski

REDAKCJA Karolina Kacprzak

KOREKTA Anna Samolej, Agnieszka Pawlikowska

SKŁAD „Grafficon” Konrad Kućmiński

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ [email protected]

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabryka