Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W ogniu namiętności - Carrie Alexander

 

Wystarczyło jedno spojrzenie, a oboje, Lara i Daniel, wiedzieli, że są dla siebie stworzeni. Że mogą wspólnie wspiąć się na najwyższy szczyt rozkoszy. Intuicja ich nie zawiodła – przeżywali razem niezapomniane, jedyne w swoim rodzaju chwile. Tylko że Lara nie chciała nawet słyszeć o trwałym związku. Wciąż wspomina toksyczne małżeństwo własnych rodziców. Daniel postanowił pomóc jej wyzwolić się z obsesji…

Opinie o ebooku W ogniu namiętności - Carrie Alexander

Fragment ebooka W ogniu namiętności - Carrie Alexander

OBLICZA NAMIĘTNOŚCI

Carrie Alexander

W ogniu namiętności

Tłumaczenie: Agnieszka Szyszko

Prolog

Polował na nią.

Lara czuła jego obecność każdą cząstką ciała. Drobne włoski na karku stały dęba ze strachu, krew w żyłach krążyła, roznosząc adrenalinę do każdej komórki. Oddychała szybko, próbując się uspokoić, stłumić pragnienie ucieczki. Jeśli straci głowę i zacznie uciekać na oślep, stanie się łatwą ofiarą.

To przecież tylko gra.

Wstrzymała oddech i nasłuchiwała. Czy był już blisko?

Słyszała jedynie dźwięki lasu – delikatne szelesty, skrobanie pazurków. Wiatr wzdychał wśród liści, gałęzie skrzypiały, ocierając się o siebie.

Kilka pożółkłych liści opadło powoli na ziemię. Zaalarmowana ruchem odwróciła szybko głowę i obserwowała je. Przez chwilę myślała, że słyszy bicie własnego serca, ale to tylko dzięcioł gdzieś daleko opukiwał pień drzewa w poszukiwaniu pożywienia. Schyliła głowę i zaczęła powoli wypuszczać powietrze. Stopniowo uspokajała się, ale wszystkie zmysły wciąż były w pogotowiu.

Nagle spod jej stóp zerwał się bażant. Instynktownie poderwała się na nogi. On musi być blisko. Czuła to, mimo że go nie widziała.

Oczekiwanie stało się nie do zniesienia. Gdy za jej plecami strzeliła gałązka, drgnęła, gotowa do biegu. Wiedziała, że nieprzemyślana ucieczka była niemądrym posunięciem, ale mimo to parła do przodu, roztrącała bijące po twarzy gałęzie, przemykała między drzewami, przeskakiwała nad powalonymi pniami.

Nagle usłyszała przeraźliwy, mrożący krew w żyłach krzyk myśliwego. Zatrzymała się, wzbijając fontannę suchych liści. Odwróciła głowę w stronę, z której doszedł okrzyk.

Zobaczyła jego sylwetkę. Stał pewnie z rozstawionymi nogami. Wydawał się odprężony, choć była pewna, że czatuje na jej ruch, podniecony polowaniem, które trwało już od paru godzin.

Lara oblizała nerwowo usta i rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu drogi do ucieczki. Nie zamierzała poddać się tak łatwo człowiekowi, który bezpodstawnie twierdził, że jest mu przeznaczona.

Uniósł lekko głowę, jakby węsząc.

Z trudnością przełknęła ślinę, gdy uzmysłowiła sobie, że tropił ją jak pies.

Kolana ugięły się pod nią. Ogarnęła ją słabość. To już niedługo...

Zacisnęła zęby, przymknęła na chwilę oczy i zdusiła w sobie pragnienie, żeby ulec mu, zatonąć w jego silnych ramionach.

Poczuła instynktownie, że dojrzał ją wśród drzew. Otworzyła oczy. Serce podskoczyło w piersi. Czekała, niepewna i... podniecona.

Nie poruszył się, obserwował ją tylko uważnie, powoli zaciskając dłonie w pięści, napinając się w gotowości.

Uniósł głowę. W słabych promieniach słońca widziała jego oczy, zmrużone jak u drapieżnika szykującego się do skoku.

– Lara... – zawołał niskim głosem. – La-aaaa-ra... – przeciągnął, aż głos zamienił się w szept.

Przez chwilę zastygła w bezruchu, jak zauroczona. Nie miała odwagi się ruszyć.

Kiedy zaczął wędrówkę w dół wzgórza, poczuła się uwolniona od uroku. Mogła uciekać dalej. Wystrzeliła jak z procy i pomknęła przez las.

Drzewa zlewały się w złoto-zielono-szarą ścianę, gdy pędziła jak szalona. Spódnicę trzymała mocno w ręku, żeby jej nie przeszkadzała w biegu, gołe uda i mokasyny do kostki migotały wśród zieleni. Słyszała, jak parł przez las, już nie krył się i nie próbował poruszać się cicho. Był coraz bliżej.

Miała nad nim przewagę – lepiej znała teren. Dotarła do szczytu kolejnego wzgórza i zniknęła mu z oczu, ześlizgując się na piętach w dół stromego zbocza. Zyskała kilka cennych sekund, szybko zakryła ślady suchymi liśćmi, sypiąc je pełnymi garściami na koleiny, które wyżłobiła w miękkiej ściółce.

Po chwili myśliwy pojawił się na górze. Znowu krzyknął triumfująco, a Larę przeszył lodowaty dreszcz. Biegła dalej, nie zatrzymując się.

U stóp wzgórza znalazła ścieżkę, która pięła się w górę kolejnego wzniesienia. Biegła teraz na północ, w kierunku domu, nie zostawiając odcisków stóp na twardej, udeptanej ziemi. Już odnalazł jej ślady na zboczu. Wiedziała, że zaraz wychynie z gęstego zagajnika i dojrzy jej jaskrawą spódnicę.

Przestała przejmować się śladami, biegła, byle szybciej. Nagle szyszka strzeliła pod jej stopą. Lara zastygła na chwilę, wstrzymała oddech i zaczęła nasłuchiwać.

Nic. Kompletna cisza. To zły znak. Wiedziała, że jej czas się kończy. Dom jest prawie o kilometr stąd, nie da rady dopaść go pierwsza.

Złapała gałąź najbliższego wiązu, odbiła się mocno od ziemi i uniosła. Była na drzewie. Po chwili znajdowała się już w połowie drogi na szczyt, tuląc się do pnia. Starała się oddychać po cichu, kiedy dojrzała prześladowcę na ścieżce. Kilka sekund zwłoki i nie zdołałaby uciec.

Przesunęła się bezszelestnie, ukrywając się za pniem, gdy myśliwy mijał drzewo, na którym siedziała. Powoli wypuściła powietrze i pozwoliła sobie na odrobinę wytchnienia. Miała nadzieję, że uda jej się go przechytrzyć.

Policzyła w myślach do sześćdziesięciu. Kiedy nabrała pewności, że jej nie zauważył, odważyła się wyjrzeć zza drzewa. Liście delikatnie pieściły jej twarz i ramiona, jak ręce kochanka. Wychyliła się jeszcze bardziej, mocno ściskając gałąź. Nigdzie go nie widziała. Ścieżka była pusta.

Odetchnęła z ulgą, opuściła głowę, zamknęła oczy. Nareszcie zdołała mu umknąć. Uniknęła kolejnej klęski.

Wygrała.

Po minucie poczuła jednak, że coś jest nie tak. Coś zakłócało jej poczucie triumfu. Powoli uniosła głowę.

Patrzyła prosto w stalowoszare oczy swojego prześladowcy.

Uśmiechał się szeroko, pokazując białe zęby. Jak wilk, jak drapieżnik, którego tak bardzo jej przypominał.

Rozdział pierwszy

Trzy tygodnie wcześniej.

Ten mężczyzna był urodzonym myśliwym.

Lara Gladstone wiedziała to od pierwszej chwili, gdy spoczęło na niej jego wygłodniałe spojrzenie. Nie próbował przewiercić jej wzrokiem, tylko wpatrywał się w nią, a ona czuła, że nie może się poruszyć. Miała wrażenie, że dotykał jej tym spojrzeniem.

– Jak w potrzasku – mruknęła Lara, przerywając bezcelową wędrówkę po sali.

Czuła palący wzrok nieznajomego na karku. Postanowiła jednak, że się nie obejrzy.

Popatrzyła dokładnie w przeciwnym kierunku i jej oczy zatrzymały się na witrażu. Światło migotało w szkle różnymi kolorami. Poczuła, że ogarnia ją spokój. Mimo panującego wokół zgiełku i chaosu, spojrzenie na kalejdoskop barw przyniosło jej natychmiastowy spokój i ukojenie. Zamarzyła o domu. Z niewiadomych przyczyn w jej marzeniu pojawił się nagle nieznajomy, który obserwował ją nieprzerwanie od piętnastu minut.

Ta kobieta była dla niego wyzwaniem.

Daniel Savage bardzo lubił wyzwania.

Podniósł kieliszek z winem i zamoczył usta, nie spuszczając z niej wzroku. Obserwował jej wędrówkę po sali, wśród zgromadzonych w restauracji tłumów. Gdy zniknęła mu na chwilę z oczu, zaczął jej szukać spojrzeniem. Taka niecierpliwość była u niego czymś zupełnie nowym.

Nareszcie ją dostrzegł. Stała nieopodal, wpatrując się w duży witraż zwisający z sufitu na łańcuchach. Kołysała się lekko, uniosła dłoń, dotknęła nią szczupłej szyi, zupełnie, jakby czuła na sobie jego wzrok. Daniel poczuł, że świerzbią go ręce, miał wrażenie, że wie, jak miękka i jedwabista jest jej skóra.

Podszedł do niej młody, przystojny mężczyzna. Wyglądał na artystę – nosił obcisłą koszulę i spodnie, jedno i drugie z cienkiej czarnej wełny, na nosie miał okulary w grubych oprawkach z niebieskimi szkłami. Co więcej, w nosie błyszczał kolczyk – małe srebrne kółko. Jak młody byczek, którego kolczykuje się, żeby łatwiej go było okiełznać, uznał Daniel.

Mężczyzna położył rękę na jej ramieniu i szepnął coś do ucha.

Kilka osób spojrzało na nią, gdy głośno się roześmiała. Daniel postanowił, że zachowa się jak cywilizowany człowiek i nie zrobi użytku z kolczyka w nosie młodego mężczyzny. Jej pełen życia śmiech sprawił, że musiał się uśmiechnąć. Powinien się domyślić, że jej śmiech nie będzie przypominał chichotu, jaki wydawała z siebie większość kobiet.

Mógł sobie pogratulować przenikliwości, zauważył z satysfakcją. Ta kobieta była mu przeznaczona. Wiedział to od pierwszej chwili, gdy ją ujrzał. Od dawna tego nie czuł. Zaczynał odczuwać dreszczyk emocji towarzyszący polowaniu – krew szybciej krążyła mu w żyłach, roznosząc adrenalinę do wszystkich komórek.

Stała wśród tłumu z burzą blond włosów, jak dumna lwica zdystansowana wobec stada hien żebrzących o chwilę uwagi. Zjawiskowa sukienka, która zdawała się uszyta z płynnego złota, opływała jej smukłe, jędrne ciało.

Daniel uśmiechnął się do siebie: wyobraził sobie jej bujne, niesforne włosy rozrzucone na poduszce. Tak. Osiągnie to. Zdobędzie ją.

Zaśmiała się jeszcze raz, poklepała młodego mężczyznę po ramieniu i odwróciła się do niego tyłem. Teraz patrzyła na Daniela.

Wciągnął szybko powietrze. Jej ciało było kuszące, ale dopiero jej anielska twarz pozwalała zrozumieć, co znaczy piękno. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Miała pełne policzki, chociaż drobną twarz – całkiem jak twarz dziecka. Tylko te szerokie, zmysłowe usta i kocie oczy... Przyciągały uwagę, jaśniały życiem. Wydawało mu się, że może zobaczyć w tych oczach jej niesforne myśli.

Starał się przyciągnąć ją myślami, a ona, zupełnie jakby je usłyszała, odwróciła w jego stronę kształtną głowę. Była świadoma jego zainteresowania i chciała, żeby to wiedział.

Ta kobieta, bez wątpienia, stanowiła wyzwanie.

Znów odwróciła od niego wzrok, obróciła się na pięcie i stanęła do niego tyłem.

Sukienka, którą przedtem mógł podziwiać od przodu, miała głębokie rozcięcie, które odsłaniało plecy. Drugie rozcięcie biegło od dołu, odkrywając całą prawą nogę. Daniel przez chwilę podziwiał cudowny zamysł krawca. Nigdy nie przypuszczał, że muskularna łydka może być tak seksowna, nie podejrzewał też, że dołeczek pod kolanem i kobiece udo mogą być tak pociągające. Gdy ośmielił się uczynić krok w jej kierunku, usunęła się sprytnie. Patrzył, jak zgrabnie przemyka między ludźmi. Każdy krok powodował, że rozcięcie w spódnicy pokazywało więcej uda, niż mógłby sobie wymarzyć.

Zamierzał iść za nią, odstawił więc kieliszek po winie na marmurowy bar. Tamar Brand, jego towarzyszka, zaczęła coś do niego mówić, gdy ją mijał, ale nie odpowiedział, pokręcił tylko głową i poszedł dalej. Kobieta uniosła pięknie wyregulowane brwi i uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Jak zwykle wiedziała, co zamierzał. Po jedenastu latach rozumieli się bez słów. Tamar znała go aż za dobrze. Czasem Danielowi wydawało się, że zna jego myśli lepiej niż on.

Skręcił w zaułek i tylko błyskawiczny refleks pozwolił mu uniknąć zderzenia z kobietą, na którą polował. Stała na środku niewielkiej sali, której ściany stanowiły tafle wypolerowanego srebrzystego metalu. Koniec polowania, pomyślał rozczarowany. Czyżby czekała na niego?

Zobaczył odpowiedź w jej niewinnych oczach, później w uśmiechu, który pojawił się na ustach. Jednak wyczuwał napięcie. Uznał, że wiedziała dokładnie, na co ją stać, ale nie była pewna jego zamiarów.

To dobrze.

– Gdzie masz kolczyk? – Zadał pierwsze pytanie, które przyszło mu na myśl.

– Skąd pewność, że jakiś mam? – Jej oczy się zwęziły.

Miała piękny głos – kontralt dźwięczny jak jej śmiech.

Wskazał tłum w głównej sali.

– Każdy przed trzydziestką ma teraz gdzieś kolczyk. Taka moda.

– Ale ja już mam trzydzieści lat. Przykro mi, jestem wyjątkiem od twojej reguły.

– Gdzie go ukrywasz?

Spojrzał na jej stopy, po czym wzrok powędrował w górę, aż do anielskiej twarzy. Nie używała wielu kosmetyków. Jej rozkosznie okrągłych policzków nie pociągnięto różem, na nosie dostrzegł piegi. Tylko powieki musnęła lekko matowymi cieniami w kolorach brązu i zieleni.

– A co ty sobie przekłułeś? – Uniosła ironicznie brwi.

– Za stary jestem na to.

– A konkretnie?

Przyjrzała się uważnie jego ubraniu: idealnie skrojony garnitur, za który zapłacił majątek. Zaczął się zastanawiać, czy kobieta studiuje jego strój, czy... to, co pod nim ukryte.

Stał bez ruchu, choć krew się w nim burzyła.

– Trzydzieści sześć.

– Żonaty?

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

– Czy ta kobieta jest twoją żoną?

Był prawie pewien, że ta wspaniała istota przyszła na przyjęcie później niż on i Tamar. Nie mogła zobaczyć ich razem.

– Która kobieta? – zapytał, udając niewinność.

Jej zielone oczy, przypominające tropikalne morze, napotkały jego spojrzenie. Uśmiechnęła się. Przejrzała go.

– To nie jest moja żona – zrezygnował z dalszego udawania.

– Wieloletnia towarzyszka?

– Nie.

– Zawahałeś się. – Najwyraźniej drażniła się z nim.

– Czy to ma jakieś znaczenie?

– Tak. – Nagle spoważniała, ale w jej oczach czaiły się swawolne ogniki. – Nie zadaję się z żonatymi mężczyznami.

Nie chciał pokazać po sobie zaskoczenia. Najwyraźniej już podjęła decyzję.

– Rozumiem.

To słowo, choć tak niewinne, było pytaniem. Czy ona myślała to, co on miał nadzieję, że myślała?

Kiwnęła głową, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie.

– Mam nadzieję, że rozumiesz. – Przechyliła lekko głowę. – To pozwoli uniknąć nieporozumień.

Daniel po raz pierwszy nie był pewien swojego następnego ruchu. Czy ona zgadzała się na romans? Może tylko na flirt? Pragnął więcej. Nagle zapragnął o wiele więcej.

– Niech zgadnę. Masz kolczyk w języku.

Jej brwi były o kilka tonów ciemniejsze niż włosy. Zmarszczyła czoło, przez co zbliżyły się do siebie.

– Pudło.

Znów się z nim drażniła. Wystawiła na chwilę język – różowy i mięsisty, tak samo długi i szczupły jak całe jej ciało – mógł więc zobaczyć, że nie było w nim nawet śladu metalu. Jej gest wydał mu się nagle bardzo erotyczny. Wyobraził sobie, co mogłaby zrobić tym językiem. Spuścił wzrok niżej, na piersi przykryte tylko cienką tkaniną sukienki, i dostrzegł, że była podniecona. Tam też nie zauważył śladu kolczyków.

– Więc gdzie?

Skrzyżowała ramiona.

– Nie tak szybko – odparła rozbawiona.

– Wydawało mi się, że tak lubisz. – W jego głosie słychać było napięcie.

– Masz rację – przyznała szczerze.

Uśmiechnął się usatysfakcjonowany. Właśnie zgodziła się na romans. Ona też uśmiechnęła się, odwróciła się na pięcie i odeszła.

– Czy wydarzyło się coś znaczącego? – zapytała Tamar, patrząc na wypukłość w jego spodniach.

Daniel pośpiesznie wepchnął ręce do kieszeni.

– Nie twój interes.

Tamar najwyraźniej świetnie się bawiła, obserwując jego zakłopotanie. Wiedziała dobrze, jak daleko może się posunąć. Odstawiła naznaczony szminką kieliszek po szampanie.

– Możemy już iść? Bairstow już wyszedł, obowiązek spełniony.

– Możesz iść, jeśli chcesz.

Pokręciła głową, widząc, jak się denerwuje. Włosy miała ściągnięte w koński ogon, którego koniec omiatał ramiona. Ubrana w skąpą bluzeczkę na ramiączkach i luźne jedwabne spodnie ściągnięte w biodrach cienkim sznureczkiem, ukazywała ponętny pępek, w którym tkwił kolczyk. Smukłe, lecz muskularne ramiona obejmowały metalowe obręcze. Tamar Brand nie była ładna, ale oryginalny styl i pewność siebie powodowały, że inne kobiety patrzyły na nią z zazdrością, starając się odkryć, na czym polegał jej sekret.

– Zachowujesz się jak pies wpatrzony w kość – skomentowała złośliwie. Sięgnęła do torebki, wyjęła lusterko i się przejrzała.

Daniel wyjął je z jej dłoni. Przypomniał sobie, że to prezent od niego, kupiony dwa lata wcześniej z okazji urodzin. Sama wybrała je u Tiffany’ego, kazała zapakować i dostarczyć do jego biura. Chciał dać jej coś osobistego.

Tamar czekała w milczeniu. Wrzucił lusterko do otwartej torebki.

– Idź już.

Skrzywiła się.

– Dzięki, szefie.

– Możesz wziąć samochód.

Przyjechali autem wynajętym specjalnie dla nich przez firmę maklerską Bairstow & Boone. Córka Franka Bairstowa, Ofelia, była współwłaścicielką restauracji, a Daniel jednym z młodszych udziałowców, więc musiał wziąć udział w uroczystym otwarciu restauracji. Przekonał Tamar, żeby przyszła z nim jako partnerka.

– Nie będziesz potrzebował samochodu? Widzę, że ta kobieta rzeczywiście zalazła ci za skórę. – Udała, że ogląda go, szukając ran odniesionych w słownym pojedynku. – Bardzo krwawisz? Zraniła twoje ego?

– Moje ego ma się świetnie. – Zacisnął zęby.

– Chyba się starzejesz. Ta kobieta najwyraźniej ci się oparła! – Tamar drażniła go, choć wiedziała, że nie poddaje się tak łatwo.

Daniel nie uważał się za kobieciarza. Zdobywał kobiety z łatwością, nigdy nie zastanawiając się dlaczego.

– O mnie się nie martw. Powinnaś się pomartwić o tego faceta z roleksem na ręku, tam, przy barze. Przygląda ci się cały wieczór.

– Nie ma o czym mówić. – Tamar machnęła lekceważąco, zupełnie nie okazując szacunku należnego zwierzchnikowi. – Już idę. – Uśmiechnęła się zadowolona, że wyprowadziła go z równowagi, wsadziła torebkę pod ramię i zaczęła przedzierać się przez tłum w kierunku drzwi.

Daniel odprowadził ją wzrokiem, ciekaw, czy uda jej się opędzić od mężczyzn, którzy zaczepiali ją po drodze do wyjścia. Chciał mieć pewność, że bezpiecznie wsiądzie do samochodu, który po nią podjechał. Tamar, chociaż bardzo zaprzyjaźniona, była dla niego zagadką. Nie znał jej nawet w połowie tak dobrze, jak ona znała jego. Od samego początku, gdy tylko rozpoczęła pracę dla niego, dała mu do zrozumienia, że nie życzy sobie wtykania nosa w życie osobiste. Może dlatego tak dobrze im się współpracowało – znajomi mówili, że Daniel był taki sam.

Jednak dziś coś się zmieniło. Zdziwiło go własne zachowanie, nie mógł zrozumieć, dlaczego tak bardzo pociągała go ta kobieta, dlaczego tak bardzo dążył do bliższej znajomości. Uśmiechnął się, krew zaczynała szybciej krążyć mu w żyłach. Zdobędzie ją.

Poczuł dłoń na ramieniu.

– Miałeś po mnie przyjść – usłyszał zachrypnięty szept tuż obok ucha. Stała za nim, ocierając się o jego plecy.

– Właśnie zamierzałem to zrobić.

– Jestem niecierpliwa.

Nie odwrócił się.

– To dobrze. Pościg będzie ciekawszy.

– Wiedziałam, że mnie zrozumiesz. – Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, teraz wyraźnie czuł jej jędrne, pełne piersi na plecach, tuż pod łopatkami. – Pozwolę ci zapolować na mnie – zamruczała mu do ucha, aż poczuł powiew powietrza na szyi. – Może nawet pozwolę ci się złapać.

Pozwoli mu? Roześmiał się cynicznie.

Zacisnęła dłonie na jego ramionach. Miała długie, silne palce.

– Czy to wyzwanie? – Czuł przypływ energii na myśl o czekającej go przygodzie.

– Właśnie. – odparła. – Nie chcę być tylko zabawką, jedną z wielu.

Nie mógł dostrzec jej twarzy, ukrytej w cieniu.

– Zabawką? – spytał, wpatrując się w miejsce, gdzie powinny być jej oczy, ale widział jedynie cień rzucany przez rzęsy. Drażniło go, że nie jest pewien, co miała na myśli.

– Taką, którą można się pobawić przez jakiś czas, a potem rzucić w kąt.

– Uważasz, że lubię się bawić?

Mocniej zacisnęła dłonie na jego ramionach.

– Mężczyźni tacy jak ty... – nie dokończyła.

Nie chciał wyjaśniać, jak bardzo się myliła. Zrobi to później.

– A co ty lubisz?

– Będziemy negocjować warunki? Myślałam, że traktujesz to jako wyzwanie, bez względu na to, co ja lubię. – Przechyliła lekko głowę. – Czy jesteś bardzo ustępliwy? Czy taki jesteś naprawdę?

Przełknął ślinę, gdy jej dłoń zsunęła się z jego ramienia. Zaczęła bawić się jego krawatem. Pieszczotliwie przesunęła rękę wzdłuż obojczyka. Przez cienką tkaninę koszuli czuł dokładnie dotyk jej palców. Zdał sobie sprawę, że twardnieje. Gdyby ona o tym wiedziała... Wsunął rękę do kieszeni, żeby zrobić trochę miejsca w spodniach – nie chciał, żeby erekcja była wyraźnie widoczna w miejscu publicznym. Znów przełknął nerwowo ślinę.

– Zawsze przestrzegasz reguł?

– Nie zawsze.

Wciąż nie mógł się odwrócić.

– Doprawdy? – drażniła się z nim. – Za dnia wzorowy biznesmen, w nocy...

Daniel parsknął śmiechem.

– Libertyn? Bawidamek? – próbowała dalej.

– Zimno, coraz zimniej.

– Szkoda, miałam nadzieję, że przy tobie rozerwę się nieco.

Odwrócił się szybko i ujął ją pod łokcie. Przez chwilę nie była pewna, czego może się po nim spodziewać, ale po chwili spojrzała mu w oczy i zatonęła w nich.

– Co ty właściwie o mnie wiesz? Nawet nie znasz mojego imienia. – Zaskoczyła go gwałtowność własnej reakcji.

– Daniel. Masz na imię Daniel. – Zagryzła dolną wargę. Najwyraźniej tylko udawała pewną siebie. – Słyszałam, jak twoja żona tak się do ciebie zwracała.

– Tamar jest moją asystentką.

– Asystentką? – Zobaczył ogniki zapalające się w jej kocich oczach. – Ach tak, substytut żony, teraz rozumiem. – Położyła dłonie na jego piersi i popchnęła lekko. – Typowy przedstawiciel Wall Street. Brak czasu dla rodziny, tylko godziny spędzane w biurze w towarzystwie wiernej sekretarki, która zna cię lepiej, niż ty sam. Tak dobrze radzi sobie z twoim biurem i życiem osobistym, że aż strach. Planuje wszystko, kontroluje, zupełnie jak... żona.

– Tamar nie kontroluje mojego życia. – Pogładził jej ramiona. – Poza tym jest rzeczywiście niezwykle efektywna. Nie przypuszczałem, że to widać.

Przyglądała mu się uważnie z bliska. Uśmiechnęła się nieśmiało. On też patrzył jej prosto w oczy, nie mogąc rozszyfrować wyrazu jej twarzy. Odwróciła się, uwalniając się z objęć.

– Co myślisz o wystroju? – zapytała obojętnym, wystudiowanym tonem, jakim prowadzi się rozmowy z nieznajomymi.

Podniosła głowę i spojrzała na witraż wiszący nad ich głowami, jak wyrwane z ramy okno kościelne. Wpatrywał się właśnie w kosmyki włosów na jej szyi, więc tylko zerknął pospiesznie w górę, po czym znów zaczął studiować jej niesforne loki. Chciał odgarnąć je na bok, pieścić delikatną skórę opuszkiem palca. Chciał sięgnąć i...

– Daniel?

– Kojarzy mi się bardziej z kościołem niż z restauracją – odparł bez zastanowienia.

Spuściła głowę.

– Aha.

Do diabła. Powiedział coś nie tak. Interesował się fotografią, ale sztuka przez wielkie S była mu obca. Przecież to tylko witraż. Czego od niego oczekiwała?

Spojrzał w górę. Rzeczywiście, witraż był wyjątkowo ładny. Składał się z tysięcy małych kawałeczków szkła, zielonych, czerwonych, brązowych, szkarłatnych z jaśniejszymi przebłyskami, białych, stalowoniebieskich i granatowych. Nie pasował do otoczenia. Cofnął się o kilka kroków, żeby przyjrzeć mu się z daleka, i nagle fragmenty ułożyły się w całość.

– Las – stwierdził zaskoczony, odkrywając ukryte dotąd piękno. – Promienie słońca przebłyskujące przez jesienne liście.

– Naprawdę ci się podoba?

Nie potrafił mówić jak koneser sztuki, ale ona najwyraźniej była zadowolona. Nie wiadomo dlaczego miał wrażenie, że go sprawdza. Uzmysłowił sobie, że widział ją wcześniej stojącą w kręgu ludzi, którzy przyglądali się witrażowi i zachwycali się nim głośno, a ona jako jedyna zachowała opinię dla siebie.

– Tak, podoba mi się – mówił szczerze, znów zaintrygowany jej tajemniczością.

Przysunęła się niebezpiecznie blisko.

– Chodźmy – wyszeptała mu do ucha, a szorstkość w jej głosie sprawiła, że zapomniał natychmiast o sztuce. Spojrzał jej w oczy.

– Jak sobie życzysz.

– Wstrzymaj się ze spełnianiem moich życzeń. Na razie po prostu stąd wyjdźmy.

Kiwnął głową i przepuścił ją przodem. Brnęli przez tłum i byli już blisko drzwi, kiedy jakiś wysoki mężczyzna oddzielił się od stojącej niedaleko grupki ludzi i dogonił ich.

– Chwileczkę, moja droga! – zawołał, a towarzyszka Daniela drgnęła, zupełnie jakby dotknęła rozgrzanego żelaza.

Gdy obejrzał się, zobaczył przyklejony uprzejmy, plastikowy uśmiech. Daniel widział jednak, że zaciska zęby z wściekłości.

– Nie możesz wychodzić tak wcześnie. – Mężczyzna był dużo wyższy od Daniela, który mierzył metr osiemdziesiąt. Nosił dwurzędowy czarny garnitur i lśniący ciemny krawat. Miał szlachetne rysy twarzy, do których nie pasowały rozbiegane, wygłodniałe oczy. Wypomadowane włosy przylegały gładko do głowy. – Właśnie przyjechali Peytonowie – ciągnął zaaferowany. Złapał ją za łokieć. – Wiesz, jacy oni są ważni.

Strząsnęła jego rękę.

– Zostanę innym razem.

Daniel otworzył drzwi, ignorując mężczyznę, który starał się zatrzymać kobietę, i sięgnął po jej rękę.

– Wiem, że cię to mało interesuje, ale zgodziłaś się...

Kobieta odwróciła się, pocałowała mężczyznę głośno w oba policzki, wprawiając go w osłupienie, po czym, korzystając z okazji, pociągnęła Daniela za sobą i wymknęła się za drzwi.

– Szybko, szybko.

W biegu rozcięta sukienka rozchylała się szeroko, ukazując smukłe uda.

– Nikt nas nie goni.

Daniel zwolnił, zmuszając ją, by się zatrzymała. Obejrzała się za siebie.

– Chyba jesteśmy bezpieczni – stwierdziła.

– Kto to był?

– Kensington Webb.

– A ty kim jesteś?

– Camille – odparła bez wahania.

– Camille?

Nawet nie drgnęła. Unikała jego wzroku.

– Ograniczmy się do imion.

– Jak sobie życzysz. – Postanowił, że na razie ustąpi.

Chyba ucieszyła ją jego reakcja. Nie ma jak porządny pościg, pomyślał, obejmując ją w talii. Lepszy jest chyba tylko moment, gdy dogania się ofiarę.

Rozdział drugi

W ciągu dnia padał deszcz, który zmył kurz z fasad domów i odświeżył miejskie powietrze. Odgłosy samochodów, kroki przechodniów, światła latarni tworzyły niepowtarzalną mieszankę, strumień płynący nieprzerwanie wąskimi uliczkami. Kamienny bruk lśnił w sztucznym świetle metalicznymi barwami jak łuski ryby dopiero wyciągniętej z wody.

Lara Gladstone spojrzała w górę i z przykrością przypomniała sobie, że tu, w mieście, gwiazdy nie były widoczne tak dobrze jak w domu. Światła wielkiego miasta zagłuszały ich blask. Przypomniała sobie ciemność panującą w górach, skąd pochodziła, zapach drewna cedrowego, z którego zbudowano jej dom rodzinny. SoHo w piątkowy wieczór nie było jej obce, ale tęskniła za domem. Zadrżała.

– Zimno ci?

Daniel, jak prawdziwy dżentelmen, zdjął marynarkę i zarzucił jej na ramiona, obejmując mocniej. Z przyjemnością zatonęła w jego ciepłych ramionach. Poczuła silne palce odgarniające włosy z jej szyi. Przechyliła lekko głowę, jak roślina, która ugina się pod zbyt ciężkim kwiatem. Wzruszyła ją jego rycerskość.

– Tak lepiej? – zapytał zachrypniętym głosem, przyprawiając ją o kolejny dreszcz.

Wyprostowała się, pokiwała głową.

– Dziękuję. Miałam szal, ale zostawiłam go w środku.

– Mam po niego wrócić?

– Nie! – odparła stanowczo, otulając się ciaśniej marynarką.

Najwyraźniej nie miała ochoty na spotkanie z Kensingtonem Webbem i jego ważnymi klientami.

Jakiś czas temu z przyjemnością zatopiłaby się w rozmowie z takimi ludźmi, ale teraz zdecydowanie nie była w nastroju. Gdyby mogła, najchętniej w ogóle nie przyszłaby na to przyjęcie. Wolałaby zostać z Bianką, popijać herbatę, śmiać się i jeść kolację w towarzystwie ludzi, którzy byli jej prawdziwymi przyjaciółmi. Ale Kensington omotał ją jak pajęczyną i przekonał, że musi się tu dziś zjawić. Tak samo starał się ją przekonać, że powinna więcej pracować. Niektórym ludziom wydawało się, że projektowanie witraży jest rzemieślniczą produkcją, a nie sztuką.

Daniel przyciągnął ją bliżej, a ona się nie odsunęła. Przypomniała sobie wyraz jego twarzy, gdy spojrzał w górę na jej witraż. Najwyraźniej dostrzegł to, co starała się w nim wyrazić. Nie musiała mu niczego wyjaśniać. Jego reakcja była nagrodą za trud włożony w tworzenie, o wiele cenniejszą niż zaszczyt, jakiego dostąpiła, gdy jej prace pokazano w najmodniejszej, najbardziej szykownej galerii w Londynie.

Zsunęła ręce z jego ramion. Splotła palce z palcami Daniela. Patrzyli sobie w oczy. Zdała sobie sprawę, jak wspaniałym był mężczyzną. Uścisnął lekko jej palce i uśmiechnął się. Chłonęła tę chwilę jak małe, łakome dziecko, instynktownie czując, że ten mężczyzna jest jej przeznaczony.

Ludzie ich mijali.

– Idźcie do jakiegoś hotelu – mruknął któryś z przechodniów.

Zaskoczeni oprzytomnieli i wybuchnęli śmiechem. Na chwilę odsunęli się od siebie, ale zaraz znów złapali się za ręce. Szli ulicą radośni jak dzieci.

– Chodźmy najpierw czegoś się napić.

Lara zaczęła się zastanawiać, co jego zdaniem nastąpi „potem”. Przecięli ulicę, lawirując między samochodami, i skręcili w Mercer Street, a ich kroki dudniły głucho na metalowych płytach pokrywających ulicę – pod nimi były puste magazyny.

Lara zastanawiała się nad sobą, zadziwiona swoją śmiałością. Jak daleko się posunie? Dokąd ją to zaprowadzi?

Daniel zwrócił na siebie jej uwagę, gdy tylko wszedł do restauracji i rozejrzał się po niej uważnie. Byli tam i inni biznesmeni wmieszani w tłum artystów, ale wyłącznie Daniel roztaczał wokół siebie niewidzialną aurę. Lara czuła się bardzo nieswojo w eleganckiej sukni i w roli osoby towarzyskiej, postanowiła więc rozerwać się trochę kosztem nieznajomego. Jej plany zakłócała trochę obecność jego towarzyszki, kobiety o bladej twarzy i burzy kruczoczarnych włosów, ale problem rozwiązał się sam, gdy okazało się, że jest to tylko jego asystentka.

Oboje z Danielem byli młodzi i bez zobowiązań. Nie istniały przeszkody – mogli sobie pozwolić na przygodę. Siła ich wzajemnego przyciągania była tak wielka, że aż niepokojąca. Lara nie wiedziała, czy zdoła nad nią zapanować. Nie wiedziała, czy chce panować nad czymkolwiek.

Trzymał mocno jej rękę, gdy otoczył ich rozbawiony tłum wychodzący z jednego z mijanych wieżowców. Zerknęła na Daniela z ukosa. Rzadko jej się zdarzało spotykać ludzi, którzy tak by ją pociągali jak on. Dlaczego nie miałaby tego wykorzystać?

Weszli do baru przez szerokie szklane drzwi. Miejsce było pełne stałych bywalców. Lara uniosła głowę i spojrzała na grube belki pod sufitem. Starała się zaczerpnąć oddechu, ale wszędzie wisiał gęsty dym.

Aż trudno uwierzyć, że kiedyś często bywała w takich klubach. Zanim sztuka stała się głównym źródłem jej dochodów, za dnia zwykle starała się zarobić na chleb, a w nocy balowała do upadłego. Po latach życia na pełnych obrotach wypaliła się wewnętrznie i uciekła z miasta, wybierając życie na wsi, w ciszy i spokoju. Tam wreszcie znalazła natchnienie.

Daniel mocniej ścisnął jej rękę.

– Chodź.

Cudem udało im się znaleźć mały stolik dla dwóch osób gdzieś w kącie. Zamówili dwa kieliszki martini, a Lara jednym haustem wypiła połowę, mając nadzieję, że alkohol trochę stępi jej zmysły. Teraz wielobarwny tłum falował przed nią jak marzenie senne. Zamrugała szybko i wszystko zawirowało.

Zawsze miałam słabą głowę, pomyślała. Miała ochotę wybuchnąć śmiechem, ale zdusiła go w środku. To wszystko przez to, że tak długo żyłam sama, zdecydowała. Dobrze czuła się wyłącznie w towarzystwie Bianki i jej przyjaciół. Alkohol pomógł jednak tylko na chwilę, zaraz uzmysłowiła sobie, że wróciła w miejsce, które kiedyś znała, ale teraz była starsza i mądrzejsza.

Nie, to nie to. To obecność Daniela sprawiała, że czuła się tak dziwnie. Kiedy spoglądał na nią tymi szarymi oczami, zapominała o wszystkim. Traciła poczucie rozsądku, nie mogła zebrać myśli, a kiedy po chwili odzyskiwała pełnię władz umysłowych, wciąż była niespokojna i mówiła rzeczy, na które przedtem nigdy by się nie zdobyła.

Jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie pociągał jej tak bardzo. Przypominał jej sławnego aktora, którego spotkała wiele lat wcześniej w domu ojca, w Umbrii. Mówił z mocnym walijskim akcentem, że chciałby zabrać ją do swojego domu na wyspie. Zauroczył ją całkowicie, była gotowa wskoczyć do łodzi i popłynąć z nim, dopóki nie wsadził jej ręki pod spódnicę.

Daniel działał zdecydowanie wolniej. Przynajmniej na razie. Położył rękę na jej kolanie. Poczuła ciepło rozchodzące się po całym ciele. Przysunęła się bliżej, zanurzając twarz w jego włosach. Miał uszy satyra, a ona nabrała ochoty, by pieścić je językiem.

– Camille... – wymruczał, gdy uległa pragnieniu i polizała koniuszek jego ucha.

To imię było częścią gry. Zapewniało jej ochronę. Dorastała jako córka legendarnego artysty, obserwowała ludzi, którzy mu schlebiali, jego uczniów i mecenasów sztuki, którzy krążyli wokół niego jak ćmy, znała więc dobrze cenę anonimowości.

– Powiedz mi coś o sobie. – Daniel ujął jej podbródek i zmusił, by na niego spojrzała. – Niech zgadnę. Jesteś... artystką?

Ukryła wzrok pod burzą niesfornych włosów.