Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 459 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W obcej skórze - Sarah Hilary

Najlepszy kryminał minionego roku w Wielkiej Brytanii nagrodzony prestiżową nagrodą Theakstons Crime Novel of the Year 2015!

Ponury i deszczowy Londyn. W ośrodku dla ofiar przemocy domowej inspek­tor Mar­nie Rome i jej partner Noah Jake są świadkami dramatycznego zdarzenia. Natrafiają na mężczyznę z nożem wbitym w plecy. Okazuje się, że to mąż jednej z pensjonariuszek – Leo Procter. Choć para detektywów znalazła się w ośrodku przy okazji innego śledztwa, to teraz sprawa tajemniczej próby morderstwa w małżeństwie Leo i Hope jest dla nich priorytetem. Pytań jest wiele, a nagłe zniknięcie żony poszkodowanego dodatkowo komplikuje sytuację.

Detektyw Marnie Rome – na zewnątrz twarda, w środku pełna konfliktów, musi zmierzyć się z własnymi demonami – jej rodzice zostali zadźgani przez przybranego, nastoletniego syna. Marnie odwiedza go w więzieniu, próbując sobie odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego?”.

Pierwszy tom cyklu z inspektor Marnie Rome to niepokojące studium przemocy domowej, które wciska w fotel. Pełnokrwiści bohaterowie zachwycą nie tylko wielbicieli kryminałów.

Recenzje:

Hilary wkroczyła na scenę thrillera w nie lada stylu. Autorka pisze zręcznie, subtelnie i dyskretnie wciągając swojego czytelnika… jednak to fabuła napędza tę powieść, a jest pełna zwrotów akcji, podstępna, a czasem także naprawdę straszna. To niezwykle dobry debiut.

„The Observer” (Londyn)

 

Naprawdę wciągająca lektura od wyjątkowo utalentowanej pisarki. Hilary tworzy ze zniewalającą bezpośredniością, która już od pierwszej strony przenosi cię w sam środek stworzonego przez nią świata, a po ostatniej pozostawi z uczuciem niedosytu. Inteligentna, pełna emocji i zupełnie zaskakująca książka. Naprawdę ją uwielbiam.

Alex Marwood, autorka „Dziewczyn, które zabiły Chloe” i laureatka Edgar Award

Opinie o ebooku W obcej skórze - Sarah Hilary

Fragment ebooka W obcej skórze - Sarah Hilary

 

 

 

 

 

 

 

Przekład

Agnieszka Brodzik

 

 

 

 

Tytuł oryginału: Someone Else’s Skin

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Fotografie na okładce: www.shutterstock.com/ rozbyshaka

www.shutterstock.com/ Peter Dedeurwaerder

www.shutterstock.com/ goir

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-366-5

 

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Anny, na przekór

 

 

 

 

 

 

 

 

Pięć lat wcześniej

 

ZANIM UDAŁO JEJ SIĘ dotrzeć do domu, zdążyli już otoczyć budynek kordonem. Nieznajomy w mundurze właśnie rozwija taśmę policyjną.

Marnie obserwuje jego metodyczną pracę z bezpiecznej kryjówki w samochodzie, lodowatymi palcami trzymając klucz w stacyjce, nie zgasiwszy silnika, by móc szybko uciec, odjechać i nie wracać…

Rozumie, że nie przedostanie się przez kordon policyjny, lecz wie też, że musi. Cokolwiek ją czeka w tym domu — a boi się, boi się tak bardzo, że bolą ją zęby — znajdują się tam również odpowiedzi. Musi się dostać do środka.

Gasi silnik i ściska w pięści kluczyki, ich zęby wbijają się boleśnie w jej palce. Zaczyna się trząść, jeszcze zanim wysiądzie z samochodu.

Karetka, przed domem stoi karetka, jednak cicho, bez syreny i świateł. Jej załoga jest w środku, nikt się nie śpieszy z wyjściem. To zły znak. Najwyraźniej można porzucić nadzieję, bo zdarzyło się najgorsze. Marnie ma mokrą twarz i wypatruje deszczu, jednak niebo jest czyste, szare, jakby ktoś naciągnął na nie plandekę. Nie ma deszczu, jest za to tępe, zgrzytliwe napięcie przed burzą.

Padało cały miesiąc. Podobnie jak reszta londyńczyków, przyzwyczaiła się; w schowku trzyma jedną parasolkę, w szufladzie biurka na komisariacie drugą, a jeszcze inną w torebce na ramieniu. Nie chciała moknąć w kolejce po kawę albo wychodząc ze stacji metra czy stercząc na miejscu zbrodni. „Zawsze bądź przygotowana” to żadne motto, to zwykły rozsądek. A przynajmniej kiedy możesz. Kiedy nie staje przed tobą coś tak ogromnego i potwornego, że boisz się podejść bliżej.

Szuka wzrokiem funkcjonariusza wspierającego.

I oto jest, we fluorescencyjnej kamizelce, stoi przy samochodzie taty, brązowym vauxhallu, źródle dumy i radości. Wóz zdaje się błyszczeć mimo braku słońca, podobnie jak szyby w oknach, oślepiając Marnie. Zupełnie jakby wszystko za policyjną taśmą było kruche, zrobione ze szkła. Nawet wiszący nad drzwiami kosz petunii. Kruchy, łamliwy.

Marnie stoi na chodniku, zęby jej dzwonią z zimna, i wie, że musi się dostać do środka, i wie, że nie może.

Znowu ma czternaście lat i nadzieję wślizgnąć się z powrotem do domu, nie budząc przy tym rodziców. Oczy pieką od maskary, w ustach sucho po tequili. Czuje się, jakby wąż wpełzł jej do butów i dusił stopy, aż omdlały. Nie ma czucia w nogachi ogarnia ją panika. Prędzej umrze, niż tam dotrze…

Otrząsa się ze wspomnień. Nie ma czternastu lat, lecz dwadzieścia osiem, i jest przerażona tym, co znajdzie po drugiej stronie policyjnej taśmy: ciszę oraz ten mroczny smród, który zostanie na jej ubraniach na wiele godzin, a na skórze jeszcze dłużej.

Zmusza się do skupienia myśli na czymś innym. Innej zbrodni, która nie zdołała jej pokonać, znacznie gorszej niż to, co czekało ją w domu. Albie Crane…

W jej myślach pojawia się Albie Crane. Bezdomny w podeszłym wieku, bez rodziny. Spalony żywcem w porcie przez dzieciaki naćpane najtańszymi dragami, zanim jeszcze zaczęło padać, kiedy wciąż było dość sucho, żeby stary płaszcz i sześć spłaszczonych kartonów paliły się całą noc, zostawiając po sobie lepką masę oskórowanych żeber i zwęglonej czaszki. Stary Albie Crane, po którym nikt nie płakał. Zmusiła się do powtórzenia tego kłamstwa: „Spał, kiedy to się stało”, jakby dało się przespać coś takiego. Wydawało jej się, że nie zobaczy i nie poczuje nic gorszego, ale potem Albiego Crane’a przebiły dwie ofiary pożaru domu, stopione w jedno przez ogień.

Funkcjonariusz wspierający jest dość młody, żeby mieć trądzik, ale to nie ma znaczenia. On tu dowodzi. Mógłby zatrzymać nawet naczelnika policji.

Taśma, wprawionaw ruch przez powiew powietrza albo przejeżdżające samochody, furkocze, fur-fur-fur.

Kątem oka Marnie zauważa panią Poole, sąsiadkę rodziców, jak stoi skulona na podwórku przed domem numer dwanaście. Pod wpływem szoku na jej twarzy wykwitły plamy, na ramionach trzyma foliowy koc, jednak nikt jej nie towarzyszy. Cała akcja rozgrywa się w budynku obok. Nikomu innemu nie stała się krzywda, inaczej policyjna taśma odgrodziłaby większy teren.

Zazwyczaj by ją to pocieszyło; byłoby znakiem, że niebezpieczeństwo się nie rozprzestrzeniło. Że jest prywatną sprawą ofiar.

Widząc Marnie, pani Poole wydaje zduszony jęk i zakrywa usta dłonią.

Marnie schyla się i przechodzi pod taśmą.

— Pani nie może tu wejść.

Z bliska trądzik wygląda jeszcze gorzej, jest żółto-czerwony. Chłopak zbliża się do niej, powaga funkcji dodaje mu dobre dziesięć centymetrów wzrostu.

Marnie wyciąga odznakę, zbyt późno przypominając sobie, że oprócz stopnia zdradza własne nazwisko. Rome, zupełnie tak jak właściciele domu. Sierżant Marnie Rome. Córeczka Grega i Lisy.

Ktoś kładzie jej wielką łapę na ramieniu i Marnie aż podskakuje.

Tim Welland, jej przełożony.

Teraz kobieta już ma pewność: jest tak źle, że gorzej być nie może.

— Sierżant Rome — mówi cicho. — Marnie.

Zwraca się do niej po imieniu. Jest gorzej, znacznie gorzej.

— Proszę. — Marnie chce po prostu dostać się do środka. Tutaj trzęsie się z zimna. — Panie inspektorze, proszę… — Przytrzymując ją za ramię, Welland prowadzi ją z powrotemw stronę taśmy, która ociera się o jej koszulkę. — Proszę…

Welland ma strup nad lewą brwią, zbyt wysoko, żeby to było zwykłe zacięcie się przy goleniu. Jest poszarpany i tworzy go kilka okręgów nałożonych na siebie jak tarcza na strzelnicy. Czerwone żyłki znaczą białka jego oczu. Wygląda na chorego. Wygląda staro.

— Proszę mnie wpuścić do środka — mówi Marnie. — Proszę. Chcę ich zobaczyć.

— Jeszcze nie. Jeszcze… nie.

Swoją niedźwiedzią łapą przytrzymuje ją w miejscu, jednak nie może jej powstrzymać przed patrzeniem przez ramię na wychodzącego z budynku technika, z zakrwawionymi kolanami białego kombinezonu i plastikową torebką trzymaną w wyciągniętej przed siebie ręce.

Nóż. Nóż do krojenia chleba, ze stalowymi ząbkami obklejonymi strzępkami czerwonej skóry.

Najpierw słychać niski odgłos protestu jakby zwierzęcia cierpiącego na chroniczny ból, a potem suchy, urywany szloch. Marnie nie może tego znieść, chce zakryć uszy, lecz może powinna raczej zasłonić usta, bo to z nich dobiega ten dźwięk.

Welland popycha ją w stronę krawężnika. Marnie walczy. Nie chce być tą osobą — tą, która pada na chodnik i płacze, która nie potrafi znieść pukania do drzwi, która pada i nigdy więcej się nie podnosi.

Ofiarą. Marnie nie będzie ofiarą.

— Proszę dać sobie chwilę, pani sierżant. — Ciężka dłoń Wellanda ląduje na jej karku. Marnie nie ma innego wyjścia, musi położyć głowę na kolanach. — Po prostu… daj sobie chwilę.

 

 

 

 

 

 

 

Część 1

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

Teraz

 

OD STRONY ULICY dom komisarz Marnie był wąski i elegancki, pokryty stiukiem. Noah Jake wyobrażał sobie, że w środku znalazłby proste, funkcjonalne meble. Drewniane okiennice, wazę udającą kamień, z pomarańczowymi kwiatami. Mieszkanie z dwoma pokojami i korytarzem, zgadywał Noah. Miał ochotę zajrzeć do środka, jednak nie chciał się narzucać. Zamiast tego położył ręce na kierownicy i czekał, patrząc, jak światło słoneczne przebija się przez chmury nad Londynem i pada na stiuk.

Czasami łatwo było pamiętać, że miasto powstało na masowych grobach po pladze. Nic nie było równe, nawet droga, pełna samochodów jadących z centrum na West End. Przeczytał gdzieś — zapewne w jednym z przewodników Dana — że Primrose Hill omal nie zostało ogromnym cmentarzyskiem; plany z dziewiętnastego wieku przewidywały w tym miejscu wielokondygnacyjną piramidę, wyższą niż katedra św. Pawła, mającą pomieścić pięć milionów zmarłych mieszkańców miasta. W tamtym okresie architekci mieli obsesję na punkcie starożytnego Egiptu, wszędzie wciskali hieroglify, kierując się radami powracających z wypraw podróżników. Dzisiaj nad miastem górowało obracające się London Eye, z osią niczym kościelna iglica.

Noah zerknął na zegarek, a potem na dom.

Drzwi wejściowe były ciemnoniebieskie i błyszczące, tak jak jej oczy. Drzwi z zamkiem antywłamaniowym. Jeszcze chwila i będzie spóźniona. Noah nigdy nie słyszał, żeby jej się to przytrafiło. Powinien zapukać? Nie, to byłoby wścibstwo. Niewiele zdołał dowiedzieć się na temat Marnie Rome w ciągu pięciu miesięcy wspólnej pracy, zdawał sobie jednak sprawę, że pani komisarz bardzo pilnuje swojej prywatności.

W każdym razie nie minęła minuta, kiedy otworzyły się niebieskie drzwi. Komisarz zeszła po schodach do samochodu, ubrana w ciemny garnitur i białą koszulę, ze skórzaną torbą w wytłaczane wzory. Wszystko w jej wizerunku było starannie dobrane, począwszy od krótkich rudych loków po buty na niskim obcasie.

Noah zerknął na fotel pasażera, chociaż wiedział, że jest czysty, a potem strzepał niewidoczny pył z rękawów marynarki; chciał zaprezentować się należycie. Wyciągnął rękę, żeby otworzyć drzwi przed pasażerką.

— Dobry.

— Dzień dobry. — Wślizgnęła się na fotel, stawiając torbę na podłodze. — Poszczęściło ci się z parkowaniem.

— Przyjechałem wcześniej, bo pomyślałem, że lepiej, żebyśmy się dzisiaj nie spóźnili.

— I słusznie.

Noah przekręcił kluczyk, ale poczekał, aż Marnie zapnie pas. Zauważyła to i uśmiechnęła się, a potem zapięła klamrę z przesadną dbałością.

— Bezpieczeństwo przede wszystkim.

 

Pół godziny później, kiedy patrzył na zdjęcia leżące na biurku ich przełożonego, inspektora Tima Wellanda, „bezpieczeństwo” było ostatnim słowem, jakie przychodziło Noahowi do głowy.

— Nasif Mirza. — Welland rzucał fotografie jedna po drugiej, jakby rozdawał karty. — Podejrzany w sprawie o brutalną napaść z bronią w ręku. Tą bronią był bułat, jeśli nie zdążyliście się jeszcze domyślić. — Zdjęcia upodabniały go do reżysera, który właśnie pokazuje rozrysowane kadry jakiegoś horroru. Pretensjonalnego filmu tylko dla dorosłych, z którego wycinają bardziej makabryczne sceny i wydają je tylko na DVD.

Marnie Rome sięgnęła po jedną z fotografii, przyjrzała jej się, a potem ją odłożyła. Noah trzymał ręce poza zasięgiem wzroku, pod blatem biurka.

— Właśnie patrzycie na to, co zostało z prawej ręki Lee Hurrana — oznajmił Welland.

A zostało coś żółtego, tłustego i poszarpanego. Bułat odciął dłoń Hurrana w nadgarstku. Nie poszło gładko; amputacja wymagała dwóch czy trzech ciosów, odsłonięty kawałek kości był potrzaskany od siły uderzeń.

Palce Noaha zrobiły się mokre od potu. W biurze Wellanda było duszno i gorąco; Tim, w trakcie remisji raka skóry, okrągły rok podkręcał ogrzewanie. Nieczuły na wysoką temperaturę, nigdy się nie pocił. Podobnie Marnie Rome. Noah zerknął na nią i zobaczył świeży materiał bluzki, suchą skórę szyi. Tymczasem u niego kropla potu spływała powoli między łopatkami, łaskocząc go.

— Hurran nie chce zeznawać. Podobno boi się, że straci drugą dłoń, a może nawet jaja. — Welland kiwnął na zdjęcia. — Nasif nie jest zbytnio wybredny, jeśli chodzi o odcinanie części ciała.

— Hurran jest w szpitalu. — Marnie szybko omiotła wzrokiem leżące na biurku zdjęcia. — Lekarze sprawdzają, czy nie doszło do infekcji. W ranie było mnóstwo brudu… Może Hurran poczuje się bezpieczniej, kiedy wróci do domu.

— Domu, czyli tej dziury, gdzie go znaleźli? Nie liczyłbym na to.

— Mamy bułat. Z odciskami palców Mirzy. To nie wystarczy?

— Ani trochę. Koronna Służba Prokuratorska — Welland wymówił każdą sylabę z niesmakiem — potrzebuje więcej dowodów, zanim wniosą oskarżenie. Najwyraźniej ten… obiad dla psa to za mało.

Marnie chwyciła najgorsze ze zdjęć, żeby mu się przyjrzeć. Noah żałował, że nie jest dość twardy, żeby łatwo znosić tę część pracy. Zbyt często czuł obrzydzenie, musiał się przyzwyczaić do takich widoków. Takich widoków jak…

Jak odcięta, na wpół zjedzona dłoń Lee Hurrana. Dorwały się do niej szczury albo bezdomny kot. Nie znaleźli jej w magazynie, gdzie dokonano napaści. Nasif Mirza — albo ktoś inny — przerzucił ją na drugą stronę ściany, gdzie znajdowało się nielegalne wysypisko.

— Ayana Mirza… — zaczęła Marnie.

— Prokuratura chce jej zeznań — przerwał podkomendnej Welland — na temat wybuchowego temperamentu brata. A najlepiej, żeby w ogóle doniosła na niego za to, co jej zrobił.

— Możemy go aresztować bez zeznań siostry.

— Za to? — Welland pokazał na zdjęcia. — Czy to drugie?

Noah wolał nie myśleć o tamtym zdarzeniu; o tym, co Nasif Mirza zrobił Ayanie w ich rodzinnym domu. Fotografie na wpół zjedzonej dłoni Hurrana były wystarczająco paskudne.

Ani on, ani Marnie nie mieli okazji poznać dziewczyny. Przejęli sprawę z innego wydziału z powodu niedawnych cięć budżetowych.

— Prokuratura źle ocenia szanse na doprowadzenie Nasifa przed sąd — oznajmił Welland. — Na bułacie były inne odciski, ktoś mógł ukraść broń, bla, bla, bla. Ich zdaniem zeznania Ayany mogą przeważyć szalę. Dziewczyna jest chodzącym dowodem na brutalność brata. Nie ma wątpliwości, że świetnie wypadnie w sądzie.

— I nie uważają, że to nękanie ofiary?

— Są ostrożni, komisarz Rome. A oboje dobrze wiemy, co się dzieje, kiedy prokuratura robi się ostrożna.

— Wiem, co się stało Ayanie. — Oczy Marnie pociemniały. — Zresztą to nie był tylko Nasif. Wszyscy trzej bracia dziewczyny brali w tym udział.

— To, co się czasami dzieje w rodzinach… — Welland skrzywił się, jakby powiedział coś nietaktownego. Szybko odwrócił wzrok od Marnie.

Wzruszyła ramionami.

— Można na tym zarobić, gdy się jest psychiatrą.

Noah odniósł wrażenie, że coś mu umknęło, jakby nie dosłyszał czegoś ważnego. Od tego gorąca gotował mu się mózg. Jak Welland mógł pracować w takich warunkach?

— Doradzam ostrożność. Dziewczyna boi się, że bracia mogliby ją odnaleźć. Ukrywa się… — Welland zerknął w notatki.

— W ośrodku dla ofiar przemocy w Finchley — podpowiedziała Marnie. — Rozmawiałam z Edem Bellokiem.

— Tak, Finchley. — Welland kiwnął głową. — Co Ed ma do powiedzenia na jej temat?

Ed Belloc pracował w biurze wsparcia ofiar przemocy. Noah go nie poznał, lecz sądząc po tym, co mówiła o nim Marnie, był dobrym człowiekiem, wykonującym trudną pracę. Pomógł policji odnaleźć Ayanę Mirzę po ucieczce z domu.

— Będzie chciała uniknąć zakłócenia spokoju ośrodka — zauważyła Marnie — i nie zaryzykuje utraty miejsca w nim. Nie ma zbyt wielu opcji, nie stać jej na wynajem mieszkania. Jeśli znajdzie pracę albo zgłosi się po zasiłek, jej bracia mogliby ją wyśledzić poprzez numer ubezpieczenia społecznego. Dlatego… dziewczyna próbuje pozostać osobą zaginioną.

Welland kiwnął głową i wstał z krzesła.

— Sierżancie Jake, na pewno chce pan teraz sprawdzić pocztę. Komisarz Rome, mogę na słówko?

 

Marnie poczekała na wyjście Noaha z biura, wiedząc, co ją teraz czeka. Położyła ręce na kolanach, próbując w ten sposób powstrzymać się przed wierceniem. Opuszki palców kleiły się od dotykania zdjęć; chciała się umyć. Nie pomagały też warunki panujące w biurze Wellanda, przywodzące na myśl saunę. Mogła się założyć, że Noah właśnie brał zimny prysznic w łazience na komisariacie.

Kiedy zostali sami, Welland odchylił się i podparł brodę kciukami.

— Jak się pani czuje?

W świetle jarzeniówek kopuła jego czaszki była błyszcząca i piegowata. Twarz, pozbawiona rzęs i brwi, wydawała się naga. Otwarta. Świetna do wyciągania zeznań. Nowotwór omal nie pozbawił go oka. Chociaż od dwóch lat rak pozostawał w remisji, jego skóra wciąż nosiła oznaki choroby, przez co oko pozostawało ponuro odsłonięte, a ci, którzy nie znali historii Wellanda, jego walki, żartowali, że śpi z jednym okiem otwartym.

— Nic mi nie jest. — Posłała uśmiech na drugi koniec biurka. Światło odbijało się od błyszczących na blacie zdjęć. Ślady zębów na martwej dłoni Lee Hurrana. Zastanawiała się, czy prosił, żeby mu ją pokazano. Czy Hurran chciał na nią spojrzeć, wiedząc, że chirurdzy nie mieli szans jej przyszyć? Zanim ją odnaleziono, długo leżała martwa.

— Nic mi nie jest — powtórzyła.

Welland przyglądał się jej twarzy, szukając innej odpowiedzi. Część z jego zachowań, jak się domyślała, było zwyczajnym skreślaniem kolejnych pozycji z listy zadań. Sto pierwsza zasada zarządzania ludźmi: „Okaż swoim podwładnym troskę, zwłaszcza w kryzysowych sytuacjach”. Nie sprawiało mu to żadnej przyjemności.

— Może i doskonale udaję pozbawionego uczuć chama, ale wiem, jaki mamy dzień.

— Piątek — odparła i uśmiechnęła się.

Kiwnął głową na kalendarz wiszący na ścianie. Zdjęcia mostów. Welland uwielbiał mosty. Na marzec wybrano ten zwijany nad Paddington Basin. Wyglądał jak kołowrotek dla chomika giganta.

— Jutro… minie pięć lat, co do dnia. Jak sobie z tym radzisz?

— Nie licząc — rzuciła Marnie.

Nie licząc, nie wspominając. Nie rozmawiając o tym.

— Ale wciąż go odwiedzasz.

— Tak. — Nigdy nie ukrywała swoich wizyt, pewna, że Welland i tak by się o nich dowiedział; detektywi zajmujący się morderstwami nie mogą ot tak pojawiać się w poprawczaku, nie uruchamiając kilku alarmów w systemie. — Jutro też.

— Jutro — powtórzył Welland. — W rocznicę.

— Zaklepałam ten termin już dawno. Nie zamierzam kupować baloników. — Uśmiech bolał, ale postanowiła go utrzymać. — Jeśli to miał pan na myśli.

— Oczywiście, że nie miałem na myśli baloników. Chodziło mi o to, co zrobił. Co zrobił pięć lat temu…

— Pięć lat to szmat czasu. — Sięgnęła po zdjęcie odciętej dłoni Hurrana i udawała, że znowu mu się przygląda. Przynajmniej teraz mogła przestać się uśmiechać. — Dla niego. Pięć lat to szmat czasu dla Stephena.

— To i tak za krótko — warknął Welland, a potem chrząknął. — Pani komisarz… Marnie. — Skrzywił się. Nie lubił zwracać się do podwładnych po imieniu. Już pięć lat temu, przed domem jej rodziców, miał z tym problem, kiedy mówił do niej per Marnie i obejmował ją.

Postanowiła oszczędzić mu tych nieprzyjemności.

— Mam zadanie do wykonania — oznajmiła, wstając. — Muszę załatwić prokuraturze te zeznania, prawda?

Welland wyraźnie poczuł ulgę. Znowu odchylił się na fotelu, uwalniając palce, by otrzeć twarz, której skóra po wielu operacjach pozostawała nieustannie napięta.

— Jasne.

 

 

2

 

 

 

 

W FINCHLEY słońce przegrało potyczkę z chmurami.

Ośrodek dla kobiet będących ofiarami przemocy okazał się brązowym budynkiem z betonu, wpuszczonym nisko w ziemię, z dachem napuchniętym od zbyt wielu warstw papy. Przed fasadą ustawiono rusztowanie, czerwono-biała taśma upodabniała metalowe rozpórki do tradycyjnych reklam golibrodów. Wybrzuszona przez deszcz cienka warstwa folii otaczała krawędź dachu. Każde okno zostało zasłonięte, przez co budynek łatwo byłoby pomylić z ruiną, miejscem przeznaczonym do rozbiórki.

— Pierwsze wrażenie? — zapytała Marnie, gasząc silnik. — Nie mogę powiedzieć, żeby ujmował mnie ten szyk prefabrykatów.

— To poważny kandydat na najbardziej przygnębiające miejsce, jakie kiedykolwiek widziałem. — Noah popatrzył przez przednią szybę. — Może w środku wygląda lepiej…

— Tak twierdzi Ed. Przynajmniej w odniesieniu do większości innych ośrodków. — Marnie wysiadła z samochodu. — Nie jestem pewna, czy ten też miał na myśli.

Noah poszedł jej śladem. Podmuchy powietrza wywoływane przez ruch uliczny szarpały folią, a jej szum przypominał tarcie ziarenek piasku o podeszwy butów. Od rusztowania bił zapach rozgrzanego metalu. Na ścieżce prowadzącej do wejścia ziały dziury w miejscach, gdzie odstawiono fuszerkę przy wylewaniu asfaltu. Prawdziwa ruina.

— Co robią na dachu? — zapytał Noah.

— Nie mam pojęcia. Może przecieka. — Marnie stanęła, przyglądając się zasłoniętym oknom ośrodka. — Wyobraź sobie takie życie, bez śladu. Ja bym chyba nie dała rady. A ty?

— Gdybym znalazł się w dramatycznej sytuacji, może. Gdybym nie miał innego wyjścia.

— Tak, w dramatycznej sytuacji. — Potarła dłonią kark. — Jeśli właśnie tutaj Ayana Mirza czuje się bezpieczna, musimy to uszanować. Jeśli uda nam się ją przekonać do zeznawania przeciwko braciom, super. Ale musimy być delikatni.

Noah kiwnął głową. Nad nimi szare chmury przepuszczały pojedyncze promienie słońca.

— Zbiera się na deszcz — zauważył. — Mam nadzieję, że dobrze zabezpieczyli dach.

— To nie zwykły deszcz. — Marnie spojrzała na niebo. — To burza. Nie czujesz jej zapachu?

 

Powietrze wewnątrz wydawało się suche, naelektryzowane. Cisza panująca w ośrodku była sztuczna. Niegodna zaufania. Marnie spięła się, zerkając do tyłu na drzwi, które się za nimi zamknęły.

— Co z ochroną?

Cyklopowe oko kamery monitoringu, zainstalowanej na zewnątrz, odbijało ich twarze w pomniejszeniu. Marnie pokazała swoją legitymację, chociaż nikt o nią nie prosił.

— Drzwi były tylko zatrzaśnięte — powiedział Noah. — Prawda?

— Tak. — Komisarz Rome stała, wsłuchując się w ciszę.

— Może wyprowadzili wszystkich z budynku na czas remontu dachu.

— Ed twierdzi co innego. Mają tu swojego pracownika, w dni robocze od dziewiątej do siedemnastej. Ktoś powinien mieć nad wszystkim pieczę. Chodźmy.

Ruszyli pustym korytarzem, który pachniał zatęchłym dymem papierosowym, talkiem i mlekiem. Na samym końcu znajdowało się wyjście ewakuacyjne, zamknięte. Cisza była jeszcze bardziej wyraźna.

Noah potarł zmarznięte palce. Nie chodziło tylko o tę ciszę; wszystko tu wydawało się niepokojące, jakby ktoś zastawił na nich pułapkę albo…

Z prawej strony dobiegł ich krzyk.

Marnie Rome zaczęła biec.

Noah deptał jej po piętach, czując, jak na jego karku pojawia się gęsia skórka.

 

 

3

 

 

 

 

KIEDY DOTARLI do pokoju, krzyk ucichł nagle, jak po naciśnięciu przycisku. Otyła dziewczyna w czarnym dresie zakrywała usta dłonią, stojąc pośrodku zbitych w ciasną grupę, milczących kobiet. Pomieszczenie miało szerokie, zasłonięte okna, a na ścianach murale: dzikie zwierzęta w wysokiej trawie. Sceneria sprawiała wrażenie nierzeczywistej.

Na podłodze leżał mężczyzna, nad nim stała kobieta z nożem, mokrym od krwi.

Komisarz Rome wyciągnęła do niej rękę.

— Wszystko w porządku. Już po wszystkim.

Kobieta obrzuciła ją dzikim wzrokiem. Nóż w jej dłoni podskoczył.

Noah, który właśnie sięgał po telefon, zatrzymał się w pół kroku. Wolał mieć wolne ręce, na wypadek gdyby Marnie albo któraś z lokatorek ośrodka została zaatakowana. Serce waliło mu jak młotem. Mężczyzna na podłodze wierzgnął nogami. Noah powinien mu pomóc, jednak bał się ruszyć, kiedy napastniczka wyglądała w ten sposób: jak oszalała, zdolna do wszystkiego. Jej włosy naelektryzowały się i przykleiły do twarzy.

— To sierżant Noah Jake — powiedziała Marnie spokojnym, niewzruszonym głosem. — A ja nazywam się Marnie Rome. Jesteśmy tutaj, żeby wam pomóc. — Kiwnęła głową na Noaha, nie odrywając wzroku od pięści kobiety.

Nóż przestał podrygiwać. Kobieta spięła się, jakby słuchała całym ciałem, i zahipnotyzowana wpatrywała się w spokój malujący się na twarzy Marnie.

Noah zapomniał, że Rome potrafi to robić. Uspokajać ludzi. Widywał to już na komisariacie, jednak nigdy w sytuacji zagrożenia. Nie odwracając wzroku od noża, wyciągnął telefon i wykręcił numer alarmowy.

— Proszę wysłać karetkę — powiedział i podyktował adres, zdając sobie sprawę, że narusza regulamin; adres ośrodka był tajemnicą, ściśle strzeżoną ze względu na bezpieczeństwo kobiet.

To był nóż kuchenny, zwyczajny nóż kuchenny. W zaciśniętej dłoni kobiety.

Ktoś rzucił na podłogę bukiet żółtych róż. Mężczyzna nadal wierzgał, rozgniatając płatki na dywanie. Rzęził, a na jego piersi powiększała się czerwona plama.

— Sierżancie Jake — poganiała go Marnie.

Noah schował telefon i klęknął, żeby sprawdzić puls na szyi mężczyzny, jednocześnie wolną ręką szukając źródła krwawienia: pojedyncza rana kłuta między żebrami, po prawej stronie. Jego palce wślizgnęły się między poszarpane tkanki i opadł nieco do przodu, tylko odrobinę.

— Przepraszam, przepraszam…

Podparł się pięścią o podłogę, żeby odzyskać równowagę. Drugą ręką cały czas trzymał mocno ranę.

— Już dobrze — powiedziała Marnie. Dopiero po chwili Noah zdał sobie sprawę, że mówiła do stojącej za nim blondynki. — Oddaj mi nóż albo rzuć go na podłogę. Zajmę się tym. Zajmę się tobą.

Twarz zranionego mężczyzny była kwadratowa i dziobata, cera ziemista. Miał problem z zaczerpnięciem oddechu, z jego ust wydobywała się różowa piana. Noah podniósł wzrok, próbując zrozumieć, co tu się stało. Kobieta miała białą twarz i czarne oczy. Czerwoną pięść. Wbiła nóż w pierś mężczyzny z całej siły, dość głęboko, by zamoczyć sobie palce w jego krwi. Ostrze długości dobrych dwudziestu centymetrów. Aż po trzonek. A to oznaczało…

Noah czuł pod palcami ssanie. Z ust mężczyzny ciekła spieniona, jasnoczerwona plwocina. Miał przebite płuco.

Cholera.

Noah nie mógł dopuścić, żeby się zapadło. Musiał temu zapobiec, natychmiast.

Przycisnął lewą dłoń do zasysającej powietrze rany, a wolną wsunął pod głowę mężczyzny, żeby podnieść go do pozycji siedzącej. Nie było to łatwe. Człowiek miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i solidną budowę; góra mięśni i tłuszczu.

Noah poczuł na ręce ciepłą krew. Musiał zaczopować ranę, musiał zablokować dopływ powietrza.

Wiedział to…

Szkolenie z pierwszej pomocy. W teorii wszystko wiedział. Po raz pierwszy miał okazję zastosować teorię w praktyce.

— Proszę. — Szczupła dziewczyna o ciemnej karnacji klęknęła obok niego, wyciągając telefoniczną kartę prepaid i bawełniany, pomarańczowo-różowy szalik. — Weź to.

Fala ulgi pchnęła adrenalinę w odpowiednie miejsca.

— Dzięki. — Noah mógł wykorzystać kartę, jednak nie szalik. — Macie folię spożywczą? W kuchni?

Kiwnęła szybko głową i wyprostowała się, a potem zniknęła z jego pola widzenia. Noah podniósł mężczyznę:

— Wypluj, jeśli możesz — powiedział.

Im mniej różowej piany w jego ustach, tym lepiej.

Za nimi komisarz Rome obejmowała kobietę z jasnymi włosami. Noah nie widział już noża, słyszał jednak, jak napastniczka płacze i szczęka z nerwów zębami. Któraś z mieszkanek ośrodka zapytała:

— Jak się tu dostał? — Był to dziewczęcy głos, bliski krzyku. — Jak on się tutaj dostał, do cholery? — powtórzyła.

Marnie coś wymruczała i piskliwy głos ucichł. Dziewczyna o ciemnej karnacji wróciła do Noaha z rolką folii spożywczej. Przykrył ranę kartą telefoniczną w nadziei, że powstrzyma napływ powietrza do opłucnej, a potem sięgnął po rolkę folii i męczył się z nią, dopóty dziewczyna nie pomogła mu przytrzymać mężczyzny. Była silna, chociaż drobna. Podając sobie rolkę, owinęli go trzykrotnie folią, a potem ona przegryzła ją i oderwała. W ten sposób uszczelnili ranę.

— Dzięki — powiedział i po raz pierwszy na nią spojrzał. Zobaczył proste, czarne włosy, owalną twarz, migdałowe oczy, z których lewe było mleczną ruiną z popalonymi rzęsami i brwią. — Ayana?

— Tak.

Siostra Nasifa Mirzy, którą przyjechali przesłuchać. Skończyła dziewiętnaście lat, wyglądała jednak na młodszą.

Rome kucnęła obok nich.

— W jakim jest stanie?

— Jego płuco się zapada. Zrobiliśmy, co się dało, ale trzeba go jak najszybciej zawieźć do szpitala.

Marnie odgarnęła niesforny kosmyk sprzed oczu wierzchem dłoni.

— Nazywa się Leo. Leo Proctor. — Kiwnęła głową na Noaha. — Dobra robota, sierżancie.

— Miałem pomoc.

Marnie skinęła na Ayanę.

— Dobra robota.

Dziewczyna wytarła krew z ręki w materiał spódniczki.

— Nie rozumiem, jak się tu dostał. Ośrodek jest bezpieczny. Zawsze zamykają drzwi na klucz. Sprawdzałam. — Zawahała się, zdając sobie sprawę, że jej głos jest najdonośniejszym dźwiękiem w całym pomieszczeniu; zraniony mężczyzna przestał wierzgać i leżał spokojnie, rzężąc. — Zawsze zamykają drzwi — powtórzyła Ayana.

Ktoś pociągnął nosem; to jasnowłosa kobieta z zakrwawioną ręką. Czarnoskóra dziewczyna z warkoczykami obejmowała ją ramieniem. Obie miały na sobie takie same, bezkształtne ubrania: szare spodnie dresowe i T-shirty.

— Jest w szoku. To Hope Proctor. — Marnie spojrzała na rannego mężczyznę na podłodze. — A to jej mąż. Pójdę zadbać o to, żeby karetka trafiła na miejsce.

 

 

4

 

 

 

 

CHOLERA. Dwa radiowozy. Trzy, jeśli liczyć nieoznakowane mondeo.

Dziwka miała wsparcie.

Osunął się bardzo nisko na fotel, ciągnąc za czapkę z napisem I <3 London,którą kupił na stoisku dla turystów. Jej daszek zakrywał oczy i usta. Nie powinno go tu być. Nie powinien siedzieć w samochodzie, a już na pewno nie w zaparkowanym sto metrów od ośrodka dla ofiar przemocy. Nagłe wycie syreny sprawiło, że rzucił się po kluczyki i wbił je w stacyjkę, ukruszając przy tym ząbek. Niezdarny idiota.

To wszystko przez nią…

Opuścił rękę na kolana i spojrzał w lusterka. Nadal lało, jakby ktoś odkręcił kurek nieba; mokra ściana deszczu, gruba i zimna, sprawiała, że w samochodzie zaparowały okna. Uruchomił wycieraczki i wytarł szyby od środka mankietem, żeby nadal móc wyglądać na zewnątrz.

Ni cholery nie zamierzał stąd uciekać.

Kilka tygodni zajęło mu wyśledzenie jej w tej dziurze. Ośrodek śmierdział, nawet z takiej odległości. Zawilgocony. Zagrzybiały. Ona też tak pachniała. Kiedyś go to podniecało.

Karetka przecięła chodnik i zaparkowała przed budynkiem; gdy tylne drzwi się otworzyły, wypchnęły falę deszczu.

Cholera.

Opuścił się jeszcze niżej. Chciał zobaczyć, kogo wyniosą z ośrodka, kobietę czy mężczyznę, martwego czy żywego.

Lepiej nie ją…

Lepiej, żeby to nie była ona, kurwa.

Chciał ją zabić własnymi rękami, gołymi rękami. Tylko ona i on, tak jak kiedyś. Tylko że tym razem nie odwróci się do niej plecami.

Był taki głupi.

Nigdy więcej nie popełni tego błędu.

 

 

5

 

 

 

 

RATOWNICY MEDYCZNI — kobieta i mężczyzna — pojawili się tak mokrzy, że aż błyszczący. W którymś momencie w ciągu ostatniej godziny zaczęło padać. W tej chwili deszcz miał siłę monsunu, walił w dach ambulansu, dudnił o dziurawy chodnik.

— Już go przejmujemy, dzięki — powiedział ratownik, kiwając na Noaha.

Funkcjonariusz przesunął się, żeby mu nie zagradzać drogi, a potem wstał, zesztywniały i drżący.

Ratownik spojrzał na niego.

— Wszystko w porządku?

Noah kiwnął głową.

— Tak.

— Leo, prawda? Zaraz zrobi ci się wygodniej, Leo.

Noah odsunął się, żeby nie przeszkadzać ratownikom w pracy.

Na kanapie siedziała żona Leo, opatulona w koc ratunkowy, otoczona ramieniem czarnoskórej przyjaciółki. Obok nich klęczała ratowniczka i właśnie owijała bandażem prawą dłoń Hope; kobieta skaleczyła się nożem. Przyjaciółka w lewej pięści ściskała zwitek bawełny rdzawego koloru. Mural za ich plecami tworzył agresywny łuk zieleni, z wysokiej trawy wystawał różowy nos lwa.

Żółte światło wystrzeliło na sufit i kobiety się wzdrygnęły: błyskawica.

Rome słusznie wieszczyła burzę. Właśnie rozmawiała z policjantami, którzy przyjechali razem z karetką. Mówiła cicho, skupiała na sobie ich uwagę. Noah przyglądał się jej, wiedząc, co właśnie chodziło jej po głowie: musieli zadbać o dowody, zająć się świadkami tak, żeby ich zeznania miały wartość w sądzie. Mantra ze szkolenia: „Wszystko musi zagrać, jak trzeba; nie będzie drugiej szansy”.

— Zaraz położymy cię na noszach, Leo.

Ayana i reszta patrzyły na ratowników ze złudnym spokojem kogoś, kto już był świadkiem traumy, i to nie raz. Noah musiał zmyć krew z rąk, żeby nikogo nie straszyć.

Wyszedł z pokoju dziennego i znalazł kuchnię. Na trzech z czterech ścian wisiały dziecięce rysunki, kilka przyczepiono do lodówki magnesami. Za oknem widać było podwórko, puste, jeśli nie liczyć hałaśliwej ulewy. Aż zamrugał, tak zwyczajny był ten krajobraz. Czy Noah rzeczywiście właśnie zatkał czyjeś płuco kartą telefoniczną? Tak, jego palce lepiły się od krwi Leo Proctora, a ich końce drżały od adrenaliny. W ustach czuł miedziany posmak monet, tych o najmniejszym nominale.

Szuflada pod zlewem była otwarta. Domyślił się, że właśnie tutaj Ayana znalazła folię spożywczą. Wsunął ją, a pozostałe sprawdził, szukając sztućców. Chciał znaleźć nóż podobny do tego, który technicy właśnie pakowali do torebki na dowody — z ostrzem ze śladami tkanki płuca Leo Proctora. A jednak w szufladach nie dostrzegł nic ostrzejszego niż obieraczka do warzyw. Nie przerywał poszukiwań i wreszcie zobaczył noże na lodówce, w poczerniałym, tłustym bloku. Z dala od dzieci. Hope Proctor potrzebowałaby krzesła, żeby się do nich dostać. Noah ich nie dotykał. Odkręcił ciepłą wodę i zaczął myć ręce, szorując kciukami palce, czekając, aż krew przestanie w nim buzować.

Podwórze oświetlił piorun, jego jasny odblask na chwilę wpadł do zlewu. Noah doliczył do sześciu, zanim rozległ się grom. Burza się zbliżała.

— Jak się trzymasz? — Marnie stanęła w progu.

— Dobrze. — Oderwał kawałek papierowego ręcznika. Wytarł ręce. — Miałaś rację z tą burzą.

Brzmiało to, jakby ktoś właśnie smażył podwórze, plwociny deszczu wzbijały w powietrze splecione języki pary.

Marnie podeszła do zlewu.

— Trochę nam się zejdzie z przesłuchiwaniem świadków. Większość kobiet jest spokojna, jednak wątpię, żeby tak pozostało. — Zdjęła marynarkę i podciągnęła rękawy koszuli, a potem namydliła ręce, podobnie jak Noah. — Ratownicy byli pod wrażeniem pierwszej pomocy w twoim wykonaniu. Uznali, że nawet nieźle ci poszło, jak na glinę.

— Miałem szkolenie — odparł. — Mówili coś o jego szansach na przeżycie?

— Tylko tyle, że dobrze sobie poradziłeś, ale przebite płuco to przebite płuco.

— A kobieta przyznała się, dlaczego to zrobiła?

— Nic jeszcze nie powiedziała. — Marnie zerknęła na stojak z nożami na lodówce. Dotknęła dłonią karku, jakby ją coś zabolało. — Jej koleżanka z warkoczykami, Simone, twierdzi, że nóż należał do Leo, który najwyraźniej przyszedł tutaj uzbrojony. Jeśli to się potwierdzi, zapewne działała w obronie własnej.

— Wszedł tutaj z nożem? — Noah pomyślał o ciężkim, bezwładnym ciele Proctora, jego twarzy wykrzywionej bólem. Hope była połową swojego męża, ważyła może pięćdziesiąt kilogramów. Leo raczej powyżej stu. Noaha bolała ręka od trzymania ofiary w pozycji siedzącej do czasu przybycia ratowników. — Jakim cudem mu go odebrała?

— Nie wiem. Musimy to ustalić. Nie brakuje nam świadków, ale jeszcze za wcześnie, żeby zbierać od nich zeznania, a przynajmniej tak uważają ratownicy.

Kolejne błyskawice na podwórku. O barwie stali, jak wyrwane kable. Marnie opuściła rękawy, nie zapinając mankietów.

— Zaparzmy herbatę…

Noah zaczął szukać kubków w szafce nad kuchenką.

Marnie nalała wody do czajnika i podłączyła go do prądu.

— Radzą nam nie ruszać Hope, dopóki trochę nie ochłonie. — Spojrzała w stronę okna; deszcz spływał po szybie. — Simone mówi, że ona boi się wody. Że Leo kiedyś kazał jej siedzieć pod prysznicem przez kilka godzin, żeby się umyła. — Jej oczy wyrażały potępienie. — To jeden z wielu powodów, dla których się tutaj ukrywała.

Noah przypomniał sobie krzyk: „Jak on się tu dostał?” i chociaż kobiety miały na myśli Leo Proctora, równie dobrze mogłyby się bać jego. Nieznajomego. Mężczyzny. Zastanawiał się, dlaczego Marnie nie przyjechała sama.

— Jak Leo tu wszedł?

— Tego też nie potrafię wytłumaczyć. Jeanette… to ona krzyczała… upiera się, że zamknęła drzwi na klucz, to podobno standardowa procedura. Ona odpowiada za bezpieczeństwo, cokolwiek to znaczy. Sądząc po jej zapachu, miała przerwę na papierosa. Koniecznie chce nas przekonać, że niczego nie zaniedbała. Trochę zbyt usilnie.

— Myślisz, że próbuje chronić swój tyłek?

— Przyszło mi to do głowy.

— Aresztujemy ją?

— Hope? Powinnam ją ostrzec, zanim zacznę zadawać pytania. — Marnie wydawała się mówić z niechęcią. — Ale myślę, że możemy z tym poczekać, aż trochę się uspokoi. Nigdzie nie ucieknie.

Noah przypomniał sobie, jak Hope się trzęsła, kiedy jej mąż leżał z przebitym płucem, z zaciśniętymi, pustymi rękami po bokach. Leo miał na palcu obrączkę. Hope też? Nie pamiętał. Powinien zwracać większą uwagę na takie szczegóły.

— Co się stało z jej dłonią? Widziałem, jak ją opatrywali?

— Trochę nieumiejętnie złapała nóż, ale ratownicy mówią, że to powierzchowna rana, trochę poważniejsze skaleczenie, nic więcej. — Marnie nalała wrzątku do kubków. — Jeanette twierdzi, że widziała tyle co my. Była na posterunku, a kiedy przyszła do pokoju dziennego, Leo już leżał na podłodze. — Po jej ironicznym tonie dało się poznać, że nie wierzyła w tę wersję wydarzeń. Sięgnęła po zgnieciony żółty płatek, który przyczepił się do jej spodni. — Róże. Jakie to romantyczne…

— Myślisz, że planował ją dźgnąć tym nożem?

— A jaki miałby inny powód, żeby zabrać go ze sobą? Wydaje mi się, że bukiet mógł służyć do ukrycia broni do czasu, aż uda mu się wejść do środka.

Noah otworzył lodówkę, żeby wyjąć karton mleka.

— A co z naszymi świadkami?

— Simone. Ayana. Mab, która chowała się za kanapą, ale miała dobre pole widzenia. I jeszcze dwie inne kobiety, z którymi nie miałam okazji porozmawiać. Jeanette na razie odrzucam.

Pięciu świadków, pięć kobiet ukrywających się przed brutalnymi mężczyznami. Jak się poczuły, widząc Leo Proctora z nożem, wchodzącego do pokoju? Jak Hope dźga swojego męża, być może śmiertelnie?

— W pomieszczeniu jest zainstalowana kamera?

— Tylko przy wejściu, o ile w ogóle działa. Już posłałam przez komisariat prośbę o udostępnienie nagrań. W środku nie ma żadnego monitoringu. Dla przebywających tu kobiet bardzo ważne jest, by nikt ich nie inwigilował. Inaczej nie czułyby się bezpieczne… — Marnie podniosła tacę. — Myślisz o tym, o ile łatwiejsze mielibyśmy zadanie, gdybyśmy mieli obiektywne dowody na to, co się tutaj stało?

— Nieskończenie łatwiejsze.

— Mniej pracy, więcej szczęścia? — Wydawała się ponura. — Nikt nas tak bardzo nie kocha.

 

 

6

 

 

 

 

HOPE PROCTOR nie ruszyła się z kanapy; nadal siedziała pod zielonym muralem ze swoją przyjaciółką, Simone. Noah rozejrzał się, po raz pierwszy naprawdę przyglądając się wystrojowi pokoju. Panoramiczny telewizor zajmował większość powierzchni jednej ściany, tynk popękał wokół stalowych uchwytów. Kanapa i fotele zwrócone były w jego stronę, jakby zamiast urządzenia stał tam kominek. Wszystkie sprzęty w pokoju wyglądały na tanie i nietrwałe, błyszczące tylko z wierzchu, jak wszystko kupowane z katalogu. Cienki dywan znaczyła czerniejąca już plama. Ktoś zdążył pozbierać róże, zostawił tylko jeden czy dwa płatki, zgniecione pod butami.

Hope i Simone nie były same. Trzy inne kobiety siedziały na kanapie: dwie z nich młode, ciemnowłose, trzecia zaś zdecydowanie starsza, ubrana w kwiecistą sukienkę. Obleczone rękawiczkami dłonie trzymała na kolanach, jakby coś pod nimi ukrywała, usta miała wciągnięte, policzki zapadnięte przez braki w uzębieniu. Mab, domyślił się Noah. Jeanette, która powinna była pilnować drzwi, siedziała w pewnym oddaleniu. Ayana Mirza stała przy oknie, skręcając w rękach pomarańczowo-różowy szalik.

Grube zasłony nie pozwalały wyjrzeć na zewnątrz. Deszcz wybijał nieustannie swój rytm, dudniąc w szyby i ściany. Hope kuliła się od tego dźwięku, jakby krople były gorące i trafiały w jej nagie ciało. Simone obejmowała ją. Folia koca ratowniczego szeleściła pod jej ramieniem, na palcach błyszczała krew koleżanki.

— Przyniosłam herbatę. — Marnie Rome posłała wszystkim uśmiech. Był idealny; przynosił ukojenie, a jednocześnie nie sprawiał wrażenia zbyt poufałego. Noah próbował nauczyć się podobnego uśmiechu. — Nie wiem, kto pije z cukrem. Może ktoś mi pomoże? Simone, może ty?

Simone podniosła się z kanapy. W warkoczyki wplotła szklane cytrynowe koraliki. Stukały o siebie, gdy ruszyła się, skoncentrowana na zadaniu, jakie powierzyła jej komisarz Rome. Była mniej więcej w wieku Ayany, dość młoda, żeby cieszyło ją uznanie Marnie.

Hope Proctor złapała Noaha za rękę.

— Pan przy nim był. Czy on się bał? Wściekał? O Boże… — mówiła gorączkowym głosem, dość niskim i głębszym, niż się spodziewał. Na twarzy z nerwów wystąpiły jej plamy, obandażowana dłoń wyglądała jak należąca do dziecka, opuszki palców były lodowate od szoku. — Przepraszam, przepraszam. Czy wiedział, że umiera? Bardzo się wściekał?

Noah usiadł na miejscu, które wcześniej zajmowała Simone.

— Był w szoku — odparł cicho. — Tak jak ty.

— Ratownicy szybko przyjechali — dodała Marnie. — To dobrze. Może dzięki temu się z tego wyliże.

Hope obróciła się gwałtownie w stronę funkcjonariuszki, pobladła jeszcze o ton.

— Wyliże się… wyliże… O Boże. — Zakrywała twarz dłońmi. Szara bluza była o wiele za duża, rękawy opadły, pokazując siniaki na nadgarstkach i przedramionach. Noah musiał odwrócić wzrok.

Ayana sączyła herbatę, stojąc przy oknie. Podała mu kartę telefoniczną, wiedząc, że mógł użyć jej do zatkania rany w klatce piersiowej Leo Proctora. Jak na to wpadła i co jeszcze wiedziała?

Noah nie zapomniał, dlaczego w ogóle się tutaj pojawili, czego inspektor Welland spodziewał się po tej wizycie: zeznania potwierdzającego, że Nasif Mirza jest skłonny do przemocy.

Hope kołysała się na kanapie, przytrzymując włosy, by nie opadały jej na twarz. Noah czuł zapach krwi na jej rękach.

— Przepraszam — powiedziała równie silnym głosem, jak wcześniej. — Zaraz mi przejdzie. Możecie postawić mi zarzuty. Wiem, że na to czekacie. Rozumiem.

— Nie ma pośpiechu — odparła Marnie.

— Skąd się tu wzięliście? — Każde pytanie zadawała na wdechu, jakby mówienie wymagało wysiłku, którego była jednak gotowa się podjąć. — Dzięki Bogu, że tak było, ale skąd?

— Przyjechaliśmy do Ayany.

Hope spojrzała w stronę okna, potem na kobiety siedzące z parującymi kubkami herbaty.

— Nie dam rady niczego wypić. — Pochyliła głowę, przełknęła nerwowo ślinę. — Proszę, inaczej zwymiotuję.

Jej tęczówki cienko okalały rozszerzone źrenice. Zmarszczyła brwi, a rysująca się między nimi głęboka bruzda sugerowała, że ten stan podwyższonej nerwowości był dla niej normalny.

— Nie musisz niczego pić — uspokoiła ją Marnie.

Simone wróciła na kanapę, rozkładając ręce, żeby objąć Hope.

Noah podszedł do Ayany.

— Jak się czujesz?

— Nic mi nie jest. — Mówiła bardzo spokojnym głosem, patrzyła, nie mrugając. Miała akcent z południowego Londynu. Domyślał się, że podłapała go w szkole.

— Szybko wpadłaś na ten pomysł z kartą telefoniczną.

— Z folią spożywczą też. — Posłała mu cień uśmiechu. — Widziałam to w telewizji. W serialu policyjnym. Tutaj bardzo często gapię się w telewizor. Seriale. Konkursy audiotele. Bardzo mi to szkodzi. Wszystko tutaj ma na mnie zły wpływ. — Poszerzyła swój uśmiech, pokazując nawet zęby. — Podoba mi się to. Mogę też czytać i uczyć się. Zainteresowała mnie psychologia kryminalna.

— Jakiś kurs korespondencyjny?

Kiwnęła głową. Nie mogła wychodzić z ośrodka, tyle wiedział. Dziewczyna spojrzała na kanapę, gdzie w zupełnej ciszy siedziały trzy kobiety: Mab i dwie ciemnowłose. — Zaoferowali mi miejsce z innymi Azjatkami. Takich słów użyli: z innymi Azjatkami. Znałam kogoś z takiego ośrodka. Kobiety pracujące tam plotkowały w meczecie. — Podniosła kubek do ust. — Wolę być tutaj.

— Nawet teraz?

— Nie wiem, jak on się tu dostał. Ośrodek jest bezpieczny. Bardzo tego pilnują. Drzwi pozostają zamknięte na klucz, chyba że poprosimy o ich otwarcie. — Zmarszczyła czoło, patrząc na kobiety znajdujące się w pokoju. — Lubimy, gdy są zamknięte.

Ośrodek jest jak więzienie. Takie z telewizją i książkami jest szansą na podjęcie nauki i nawiązanie przyjaźni. Noah pomyślał o karcie telefonicznej. Czyj numer wybierała Ayana, kiedy chciała porozmawiać? Może dzwoniła tylko do telewizji.

Szyba w oknie obok trzęsła się od hałaśliwego, zimnego deszczu. Czuł jego zapach przez ciężkie zasłony.

— Straciłaś kartę. Masz komórkę? Kupię ci doładowanie.

— Tak. — Dotknęła plecionej torebki przy pasie. — Dziękuję. Niewiele zostało już na tej karcie. Mniej niż pięć funtów.

— Dam ci nową — obiecał Noah.

Nie mógł tak szybko zacząć wypytywać ją o Nasifa. Już wcześniej byłoby to trudne, zważywszy na to, co razem z braćmi jej zrobili.

Rodzeństwo Ayany. W ich własnym domu. Dwóch ją przytrzymywało, podczas gdy trzeci prysnął jej skoncentrowanym wybielaczem w oczy. Kiedy pozwolili dziewczynie wstać, udało jej się wybiec z domu na ulicę, wołając o pomoc.

Chirurdzy uratowali jej prawe oko. Niestety lewego już nie.

Jednak nie straciła całkiem wzroku.

Prokurator wierzył, że jej zeznania pomogą umieścić Nasifa za kratkami, ale dotychczas dziewczyna nie mówiła o tym, co wycierpiała z rąk braci. Zgodnie z notatkami, które Noah i Marnie otrzymali z innego wydziału, po ataku, podczas pobytu w szpitalu, nikt Ayany nie odwiedzał. Dopiero trzeciego dnia przyszła samotna kobieta, ściskając kurtkę z kapturem.

— Przyszłam, żeby zabrać córkę do domu.

To była pani Mirza. Matka Ayany.

Dziewczyna przestała krzyczeć dopiero wtedy, gdy tamta wyszła.

 

 

7

 

 

 

 

— NÓŻ? — powtórzył komisarz Tim Welland. — W ośrodku dla ofiar przemocy? Myślałem, że w takich miejscach powinno być bezpiecznie.

— Pracujemy nad tym w tej chwili. — Marnie zrobiła krok w bok, żeby przepuścić pracownika biura wsparcia ofiar, który szedł do pokoju dziennego. — Musimy się dowiedzieć, jak Leo dostał się do budynku i skąd wiedział, że znajdzie tutaj swoją żonę. Ale najpierw trzeba zadbać o to, by wszyscy znowu poczuli się bezpiecznie.

— Po takim ataku? — Usłyszała, jak Welland krzywi się po drugiej stronie linii: powodzenia. — A jak się ma Ayana Mirza?

— Pomogła uratować Leo Proctorowi życie.

— O ile faktycznie przeżyje. Z tego, co pani mówiła…

— Jego stan był stabilny, kiedy zabrała go karetka.

— Myśli pani, że żona chciała go zabić?

Marnie potarła kark, zgodnie z wyuczonym nawykiem, pieszcząc ból błąkający się po jej ciele.

— Świadkowie twierdzą, że to było w obronie własnej.

— A można im ufać? — W głosie Wellanda zabrzmiał sceptycyzm. — Nóż w płuco brzmi raczej jak próba zabójstwa. Nie twierdzę, że kobieta nie miała dobrego powodu, w końcu raczej nie trafiła do ośrodka przypadkiem.

— Gdyby ją pan widział albo słyszał… Jest przerażona, że jej mąż może przeżyć, nie próbuje jednak wymyślać wymówek. I tak jest cała w siniakach, oczywiście.

Marnie zabrała nóż z drżących rąk Hope. Zrozumiała wtedy po raz pierwszy, jak przerażające jest użycie ostrza jako śmiercionośnej broni.

— Zabiorę ją do szpitala — powiedziała Wellandowi. — Niech ją tam obejrzą.

— A jak się trzyma sierżant Jake?

— Dobrze. Kazałam mu się przebrać. Na komisariacie ma ubrania na zmianę.

— Aż tak?

— Aż tak. Proctor się na niego wykrwawiał.

Welland usłyszał chłód w jej głosie.

— A pani, pani komisarz?

Spojrzała na koniec korytarza, gdzie znajdowały się zamknięte drzwi ewakuacyjne.

— To przemoc domowa z użyciem noża. Połowa naszej roboty to przemoc domowa z użyciem noża, ale… Proctor jest w stanie stabilnym. Zdziwię się, jeśli się nie wyliże. To potężny facet, ma porządną wyściółkę. — Innymi słowy, to nie będzie morderstwo. — Szczerze mówiąc, bardziej martwię się o Hope. Chcę wiedzieć, co się wydarzyło, zanim się tu pojawiła, co ją skłoniło do ucieczki.

Odpowiedzi. Chciała odpowiedzi.

— Czyżby zmiana planów? — zapytał nagle Welland.

— Na jutro? — Gwałtownym gestem odgarnęła włosy z twarzy. — Nie. Oczywiście, że nie. Jeśli Proctor umrze… wtedy przełożę wizytę.

— Bądźmy w kontakcie — powiedział. — Muszę wiedzieć, że masz wszystko pod kontrolą.

— Oczywiście. — Wyobraziła sobie jego twarz, minę zachęcającą do zwierzeń. Osobiście nie miała nic przeciwko temu, by ukrywać przed nim jakieś tajemnice. I tak zbyt wiele już o niej wiedział. Cieszyła się z każdego sekretu, który udało jej się ukryć, dzięki czemu utworzyła warstwę ochronną przed jego dociekliwością, jego wiedzą.

On wie, jak umarli, myślała często, jak wyglądali po śmierci. Jak ja wyglądałam, zapłakana na ulicy przed domem, ale nie ma pojęcia, że lubię soloną czekoladę i głupie seriale szpiegowskie, gdzie główna bohaterka co tydzień ma inną perukę i potrafi skopać każdemu tyłek. A jeśli wszystko inne zawiedzie, zostaje jeszcze sekret słów. Słów na mojej skórze.