W nieznane... czyli niespodziewana podróż ze Lwowa na Syberię - Roman Łuczkiewicz - ebook

W nieznane... czyli niespodziewana podróż ze Lwowa na Syberię ebook

Roman Łuczkiewicz

0,0
19,90 zł

lub
Opis

Kiedy w kwietniową noc 1941 roku jedenastoletni Roman, zbudzony prze funkcjonariuszy NKWD, pakował z bratem i mamą najpotrzebniejsze rzeczy, nie zastanawiał się, co go czeka. A czekała go niemal pięcioletnia podróż, która wiodła z rodzinnej willi przy ulicy Własna Strzecha we Lwowie przez Ural do Nowosybirska i Tomska i dalej – Obem, do Sosnowski, później przez Kargasok, Suzun, Moskwę, wreszcie Lwów do – polskich już – Przemyśla i Sanoka. Gdy się zatrzymali w tej podróży – czasem na kilka dni, czasem na kilka lat – chłonął nowe wrażenia: syberyjskie krajobrazy i przyrodę, tajgę, ludzi – niby innych, a jak podobnych, ich mądrość, obyczaje, opowieści. A oczy miał szeroko otwarte… Dlatego ta książka jest tak ciekawa.


Te ciekawe i wzruszające wspomnienia to inny obraz miejsc zesłania niż znamy z większości relacji osób , które wywieziono na Syberię po 17 września 1939 roku. Inny, bo widziany oczami inteligentnego kresowego chłopca, któremu w tej dramatycznej podróży na wschód nie towarzyszyły ani przepojone goryczą refleksje natury historycznej czy politycznej, ani koszmarna niepewność jutra. Obaj z młodszym bratem szybko uczyli się dorosłości i odpowiedzialności.
Ta książka to opowieść o ludziach oraz zdarzeniach – tych małych i tych wielkich – dzięki którym zdołali przetrwać i… wrócić do Kraju.

Prof. dr hab. Barbara Stefaniak

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 507




Spis treści:

Strona redakcyjna

Przerwany sen

Pożegnanie ze Lwowem

Bezpłatna podróż w nieznane

Mydło do bani

Statkiem na falach Obu

Do końca waszego burżuazyjnego życia

Pierwszy prawdziwy zarobek

Czeremchowe lądowanie

Pierwszy raz w tajdze

Wędkowanie bez wędki

Moja frapująca ciąża

Kontakty ze światem

Walka z owadami

Powiększenie rodziny

Samopoczucie

Pimy

Radosna wiadomość

Najważniejszy rytm

Lód w lecie

Zarobek

Rana

Płynie kino

Przygotowanie opału

Nowy duch

Jak to się zaczęło

Uratowane życie w gułagu

Znachorka

Mleko w worku

Nieoczekiwany gość

Bolesna Wigilia 1941 roku

W szkole — ręczna korekta historii

Zimowe dni powszednie

Boże Narodzenie

Codzienna nuda, perspektywy i marzenia

Szkoła podstawowa w Sosnowce

Oznaki zapowiedzianej pomocy

Perspektywy przeprowadzki

Orzechy

Kargasok

Wania Kuzniecow

Lawina różnych zdarzeń

Kolejna przeprowadzka

Znowu przeprowadzka

Wyprawa

Grom z jasnego nieba

Początek wielkiej podróży

Kołpaszewo

Nowosybirsk

Cięcie

Złowieszczy komunikat

Co robić dalej?

Suzun

Bania

Szkoła

Barinow

Polityczny zwrot?

Rynek i sklepy

Mongołki

Inne spotkanie

Rewelacje dotyczące obchodów święta rewolucji

Kolejne święta i nowy 1944 rok

Nowi ludzie

Wyprawa do lasu

Suzuński szpital

Pogrzeby

Uprawa roli

Wypadek

Otwarcie

Geograficzny skandał

Szczere wyznania

Wizyta

Nowe spojrzenia, wymiana poglądów

Wikt

Aresztowanie

Pracowita niedziela

Szczęście?

Trembowla

Szkoła, szkoła

Wizyta zootechnika

Urodziny

Bolszoj skandał

Pogodny czerwiec 1944 roku

Wykopki

Rozłąkowe perspektywy

Niecodzienne zdarzenia

Niepokojące nowiny

Kolejny rok szkolny, niestety nadal w Suzunie

Przekleństwa i nieprzyzwoite wyrazy

Mroźny styczeń 1945 roku

Zięć

Oblepicha

List od pani Grabowskiej z Kazachstanu

Dziwni goście

Święto Czerwonej Armii

Szkolne przygotowania

Transkrypcja

Wiosna

Święto

Koniec roku szkolnego 1944/1945

Niespodziewana letnia burza

Ostatnie lato na Syberii

Dzidziuś

Nareszcie!

Zdrajca

Znowu szkoła?

Pierwszy w życiu list

Ostatni etap pobytu w Suzunie

Na trasie długiej podróży

Moskwa — Lwów

Polsko-ukraińskie rozmówki lwowskie

Spotkanie z Rodziną

POSŁOWIE

O autorze

Roman Łuczkiewicz

W nieznane...

czyli niespodziewana podróż ze Lwowa na Syberię

Projekt okładki

Michał Bobrowski

Redakcja i korekta

Katarzyna Olędzka

Konwersja

© Copyright for text & illustrations by Roman Łuczkiewicz © Copyright for this edition of e-book by Roman Łuczkiewicz All rights reserved.

Wydanie I drukowane: Wydawnictwo Prodoks, Nowy Sącz 2007

ISBN 978-83-920515-4-1

Wydanie I elektroniczne, Warszawa 2016

ISBN 978-83-944548-0-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części e-booka zabronione bez pisemnej zgody autora. Rozpowszechnianie e-booka za pośrednictwem serwisu wydawniczego Rozpisani.pl.

Oferujemy szeroki zakres usług wydawniczych dla książek drukowanych i e-booków, w tym rozpowszechnianie ich do czytelników na całym świecie.

Kontakt:

www.rozpisani.pl

[email protected]

W hołdzie Mamie

Przerwany sen

Była wtedy wiosenna, ciepła noc. Kończył się właśnie kwiecień 1941 roku. Piękny, kochany, umęczony bezczelnym najazdem sowieckim, trzystadwudziestotysięczny wówczas Lwów spał, a wraz z nim — w jednopiętrowej willi numer dziewiętnaście, przy uroczej ulicy Własna Strzecha — my, to znaczy nasza Mama, licząca wówczas trzydzieści sześć lat, mój młodszy o dwa lata brat Jurek i ja — niespełna jedenastolatek. Nasza czteroipółletnia siostrzyczka Bożenka trzy dni wcześniej została zabrana do miejskiego szpitala zakaźnego — była chora na szkarlatynę. Nasz ojciec Jan, cztardziestojednoletni prokurent Banku Polskiego we Lwowie, 10 września 1939 roku, na polecenie władz polskich, został wraz z kilkoma innymi urzędnikami oddelegowany samochodem ciężarowym, ze skarbcem lwowskiego oddziału Banku Polskiego, przez Zaleszczyki i Rumunię do Francji.

W mieszkaniu tej nocy przebywał też z nami o cztery lata ode mnie starszy cioteczny brat Kazik Bogacz, którego matka Zofia Bogaczowa, żona pułkownika WP, niecały rok wcześniej została aresztowana przez NKWD[1], podczas próby przekraczania granicy na rzece San i wywieziona za to do ciężkiego łagru w miejscowości Jaja, na Syberii. Jeszcze trzy miesiące wcześniej mieszkały u nas także dwie młodsze ode mnie, kilkuletnie stryjeczne siostrzyczki Basia i Krysia Łuczkiewiczówny. Ich mama Danuta zginęła we wrześniu 1939 roku, podczas niemieckiego bombardowania Lwowa, a ich ojciec Zygmunt — brat mego ojca, inżynier geodeta, związany z polskim ruchem oporu, członek Związku Walki Zbrojnej — został aresztowany w naszym mieszkaniu 2 kwietnia 1940 roku. Przybył wówczas późnym wieczorem, aby zobaczyć się ze swoimi córeczkami, niestety po raz ostatni w życiu. 7 lutego 1941 roku został bowiem rozstrzelany przez oprawców NKWD w lwowskim więzieniu przy ulicy Łęckiego[2]. Zaraz po jego aresztowaniu obie dziewczynki, w trosce o ich bezpieczeństwo, zostały zabrane przez nasze trzy samotne ciotki nauczycielki mieszkające w odległej dzielnicy Lwowa, przy ulicy Hołówki.

Nagle, wśród ciszy nocnej, dały się słyszeć silne odgłosy przypominające walenie wielkim młotem w pustą drewnianą skrzynię.

Niestety nie był to sen, lecz prozaiczna rzeczywistość. Przed drzwiami naszego mieszkania stało czterech umundurowanych i uzbrojonych funkcjonariuszy NKWD.

[1]Narodnyj Komissariat Wnutrennich Dieł (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) — odpowiednik ministerstwa spraw wewnętrznych.

[2] Fakt ten opisany został w książce Ewy Kotarskiej „Proces Czternastu”, Oficyna Wydawnicza Volumen, 1998 rok, Warszawa.

Ubrani byli w wojskowe płaszcze, których dolna krawędź była po prostu ucięta i nawet niezaobrębiona. Na głowie mieli czapki z czerwoną, szmacianą gwiazdą i charakterystycznym, też szmacianym, szpikulcem. Obuci byli w wielkie buty z cholewami w formie harmonijki, które okropnie śmierdziały dziegciem. Był z nimi też wkradający się pilnie w łaski nowej sowieckiej władzy miejscowy cywil — dotychczasowy pracownik lwowskiej straży pożarnej, mąż ekspedientki z pobliskiego sklepu spożywczego spółdzielni „Jedność”.

Zamiast użyć czynnego dzwonka, przybysze — z „taktem i subtelnością” właściwymi funkcjonariuszom radzieckich służb specjalnych — waląc przy pomocy kolb karabinowych w cienkie, drewniane drzwi wejściowe, usiłowali dać sygnał akustyczny o bezwzględnej żądzy wkroczenia do naszego mieszkania. Kiedy już weszli, zamiast powiedzieć „dzień dobry”, a właściwie ze względu na porę — „dobra noc”, zaczęli wrzeszczeć, oczywiście w języku Puszkina, Tołstoja i Dostojewskiego, że mamy tylko piętnaście minut na spakowanie się i przejście do stojącego przed domem otwartego samochodu ciężarowego marki ZIS, który był koloru zielonego. Sami, z postawionymi nadal na sztorc bagnetami, przystąpili do rewizji polegającej na szukaniu czegoś — może broni, aparatu fotograficznego lub radiowego oraz nie wiadomo czego jeszcze. Zauważyliśmy z bratem, że wkładali do swoich kieszeni, co się dało z napotkanych, małych przedmiotów.

Autor (po lewej) wraz z siostrą Bożenką i bratem Jurkiem — Lwów 1939 r.

W pewnym momencie, w czasie przeprowadzanej rewizji, z pomieszczenia klozetu dał się słyszeć ryk triumfu. Jeden z mundurowych informował, że znalazł to, czego właśnie szukają! Mama w pierwszej chwili nie zrozumiała o co chodzi, bo nie wiedziała wówczas, co oznacza wykrzykiwane słowo wzrywczatka, czyli materiał wybuchowy. Dopiero śmiech mojego brata ciotecznego i będącego w ekipie enkawudzistów miejscowego strażaka wyjaśnił sprawę — z pudełka, rozpakowywanego na polecenie przez wystraszonego, młodego enkawudzistę, sypał się nie dynamit, lecz niewinny, biały proszek do prania firmy Radion. Na granatowym, tekturowym opakowaniu był bowiem umieszczony, w dolnym lewym rogu, wizerunek wschodzącego, złocistego słońca i strzelających zeń promieni. Stąd naiwne skojarzenie z materiałem wybuchowym.

Dla mnie i mego brata całe to nocne zajście byłoby zapewne zapowiedzią jakiejś nowej przygody, tym bardziej że nie wiedzieliśmy, po co i dokąd mamy się udać, gdyby nie to, że nasza Mama bardzo płakała i coś rozpaczliwie usiłowała tłumaczyć naszym niezapowiedzianym intruzom o swojej malutkiej córeczce. Oni bezczelnie uśmiechali się i zapewniali, że po pierwsze, imię naszego Ojca, Jan Mieczysław Zbigniew Władimirowicz (syn Włodzimierza), i imię naszego stryja (zamordowanego przez NKWD), Zygmunt Stanisław Józef Władimirowicz — to „nie ma znaczenia, eto wsio rawno”, że najważniejsze jest nazwisko i imię ojca. A po drugie, że „wasza córeczka tu, we Lwowie, w szpitalu zakaźnym, będzie miała na pewno znacznie lepiej niż wy na nowym miejscu zakwaterowania, zresztą całkiem niedaleko od Lwowa”.

Wobec tego, że Mama zajęta była bezskuteczną perswazją swoich racji naszym pozbawionym jakichkolwiek ludzkich uczuć i zdolności rozumowania nocnym intruzom, my z bratem sami zabraliśmy się do pakowania naszych... zabawek, strojów i obuwia, których używalismy w czasie przedwojennych wakacji i wycieczek szkolnych. Biedna Mama, zupełnie załamana, nieustannie szlochając, przekonała się ostatecznie, że nie ma szans na jakikolwiek kontakt umysłowy z przybyszami na temat pozostawionej w szpitalu Bożenki. Była w pełni świadoma, że chodzi o wywózkę na Syberię. Na natarczywe zapytania enkawudzisty jeszcze raz stanowczo powtórzyła, że nie wie, gdzie i u kogo znajdują się obie malutkie córki stryja Zygmunta, a następnie pospiesznie rozłożyła na podłodze kapy z łóżek, koce i prześcieradła, wrzucając na nie to, co uznawała za najpotrzebniejsze. Przede wszystkim jako kobieta i matka, a więc osoba nadzwyczaj praktyczna, nawet w tak tragicznej sytuacji wyjęła z podstawy maszynę do szycia (tak zwaną główkę) firmy Rast & Gasser. Wrzucała też na podłogę pościel, wcześniej jak zwykle wyprasowaną i równo ułożoną w stosiki w szafie, komplet małoformatowej trylogii Henryka Sienkiewicza, budzik firmy Jaz, a z kuchni wzięła naczynia kuchenne, pudełko świec i paczkę świeczek choinkowych oraz inne przedmioty rozmieszczone w mieszkaniu, składającym się z czterech pokojów, łazienki, kuchni i spiżarki. Wszystkie te rzeczy, stanowiące maleńki fragment całego stanu posiadania moich Rodziców, trzeba było w ciągu zaledwie piętnastu minut bezładnie zgromadzić na rozłożonych kapach.

Do podróżnego, brezentowego worka, używanego na wakacyjne wyprawy, powędrowały znajdujące się w spiżarni skromne artykuły spożywcze, gromadzone od początku wojny na tak zwaną czarną godzinę. Tam też trafiły podstawowe naczynia kuchenne, czajnik, prymus (spirytusowa maszynka do gotowania), komplet emaliowanych menażek, sztućce, kilka torebek polskich, wojskowych sucharów i parę paczek wojskowej, sprasowanej kawy zbożowej w kostkach, która dzięki błyszczącym w niej ziarnkom cukru, na długo zastępowała nam w kolejowej podróży... cukierki.

Przyglądając się stojącym z wypchanymi kieszeniami enkawudzistom, poczułem do nich po raz pierwszy chyba w swoim krótkim życiu nieznaną mi wcześniej prawdziwą nienawiść. Bynajmniej nie z pobudek politycznych czy narodowościowych. Byłem na to chyba za młody. Nienawidziłem ich za to, że doprowadzili moją kochaną Mamę, mój największy Autorytet, najwyższą Władzę i Obrończynię, do tak poniżającej sytuacji, że zupełnie bezsilna i bezbronna musiała ich, obcych, bezdusznych, antypatycznych i bezczelnych prosić i błagać. Że spowodowali jej płacz, którego nigdy wcześniej zupełnie nie znałem.

Wreszcie, że deptali brutalnie śmierdzącymi buciorami posadzkę naszego schludnego mieszkania i grzebali we wszystkich szafach oraz szufladach. Nie żal mi było skradzionego na moich oczach zegarka na rękę, który dostałem na imieniny od wujka (wuj zginął później w radzieckich kopalniach Karagandy), ani kompletu kostek domina z czekolady powleczonych złotą cynfolią, cudnego wiecznego pióra oraz ślicznego piórnika, który był moim skarbem. Żal mi było Mamy. Od prawie roku była bardzo wyczerpana i niewyspana. Zarabiała jako chałupniczka, szyjąc na maszynie przeważnie nocami białe, płócienne, stójkowe kołnierzyki do sowieckich mundurów oficerskich (wielce dociekliwych i zawsze czujnych lustratorów przeszłości łaskawie uprzedzam, że nie była to forma wsparcia Armii Czerwonej ani nawet próba kolaboracji z radzieckim okupantem, lecz była to walka o przeżycie!).

Mama usiadła, przytuliła mocno mnie z bratem i powiedziała szeptem:

— Zapamiętajcie chłopcy to miejsce, bo nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu tu powrócimy.

Bardzo szlochała. Objęła wzrokiem leżące na podłodze tobołki i ruszyliśmy do wyjścia. Na szczęście obecny był Kazik, nasz brat cioteczny, który pomógł nam znieść bagaż.

Pożegnanie ze Lwowem

Po chwili zrozpaczona i zapłakana Mama, pozostawiając nasze kochane, przytulne mieszkanie, a w nim swego siostrzeńca, ulokowała się wraz ze mną i moim bratem na tobołach, obok innych lwowskich rodzin, w skrzyni wielkiej, wojskowej ciężarówki. Ruszyliśmy na bocznicę lwowskiego dworca kolejowego, gdzie ze znaną tylko w Rosji „galanterią”, przy pomocy kolb karabinowych i ciągle zatkniętych na karabiny bagnetów, byliśmy kierowani do stojących na bocznicy bydlęcych poollmanów.

Jak rok wcześniej w czasie takich wywózek, na bocznicy kolejowej zgromadziło się wiele osób, które przybyły pożegnać swoich krewnych, sąsiadów, bliskich i znajomych. Okazało się, że przy naszym wagonie zebrała się szczególnie liczna grupa kobiet, które dowiedziały się, że wywożą na Syberię matkę malutkiej córeczki zabranej wcześniej do szpitala zakaźnego.

Wiele kobiet, nawet zupełnie obcych, szczerze współczuło i spontanicznie zgłaszało Mamie gotowość zaopiekowania się dzieckiem zaraz po opuszczeniu szpitala. Jak opowiadała mi później Mama, miała wówczas nawet miejsce swego rodzaju rywalizacja między deklarującymi serdecznie troskliwą opiekę paniami. Wreszcie przybycie na bocznicę kolejową Jadwigi Bielańskiej, kuzynki Mamy, rozstrzygnęło ostatecznie sprawę dalszych, względnie bezpiecznych losów mojej siostrzyczki.

Na bocznicy kolejowej nasz skład, złożony z kilkudziesięciu wagonów, czekał do późnych godzin popołudniowych na sygnał odjazdu. Drzwi wagonów były zamknięte od zewnątrz śrubami i pilnujący nas enkawudziści nie pozwalali zbliżać się do nich osobom żegnającym nas. Na zawsze utkwił mi w pamięci taki obrazek: odprowadzający wiedzieli, że przywiezieni byliśmy w nocy, między drugą a czwartą rano. Byliśmy bez jedzenia i picia. W tej sytuacji panie z przyniesionych wiktuałów, których nie wolno było podać, bo drzwi były zaśrubowane, zaczęły wyjmować lub naprędce przygotowywać kanapki i rzucać je do otwartych okienek bydlęcych wagonów. My, to znaczy chłopcy, siedzieliśmy wewnątrz przy okienkach i usiłowaliśmy łapać te kanapki. To, co spadało na ziemię było momentalnie rozdeptywane przez ideologicznie wyszkolonych i karnych funkcjonariuszy radzieckiego NKWD. Byliśmy naprawdę głodni i mieliśmy przedziwne odczucia, widząc kanapki z mięsem, jajkami, pasztetem i kawałkami kiszonych ogórków rozdeptywane butami sołdatów, w czapkach ze szpicem i szmacianą czerwoną gwiazdą. Nasz brat cioteczny próbował trafić w okienko, rzucając niby-zabawkę, ale z przywiązanym cienkim sznurkiem, aby za jego pomocą dało się wciągnąć paczkę z jedzeniem. Udało się w końcu i w momencie nieuwagi sołdata wciągnęliśmy sporą torebkę z jedzeniem.

Dopiero wieczorem, tuż przed odjazdem, żołdacy roznosili wodę do picia — jedno wiadro na wagon. Wiadro trzeba było za chwilę zwrócić.

Wagony różniły się od typowo bydlęcych tym, że posiadały nary, to znaczy grube, nieheblowane deski, które były umocowane poziomo nad podłogą, w połowie wysokości wagonu. Zwiększało to prawie dwukrotnie powierzchnię użytkową bydlęco-ludzkiego pojazdu, przeznaczonego według standardów radzieckich dla cztardziestu — szęśćdziesięciu dusz. W środkowej części wagonu umieszczona była parasza. Była to lejkowato zwinięta rura, wykonana z blachy i węższą częścią wyprowadzona skośnie w dół na zewnątrz wagonu, przez owalny otwór w jego bocznej ścianie, natomiast szerszą częścią połączona była z kwadratem nieheblowanej deski, umocowanej poziomo przy ścianie, z wyciętym okrągłym otworem. Nieosłonięta niczym całość stanowiła radziecką odmianę WC (water closet), z tym że był to raczej DC (dry closet), czyli suchy klozet, bowiem ekskrementy były usuwane jedynie siłą grawitacji lub spłukiwane uryną kolejnych użytkowników. Wody nie było.

Bezpłatna podróż w nieznane

Podróż stanowiła dla każdego z wywożonych oddzielny, tragiczny fragment życiorysu. Wszyscy stłoczeni w wagonie, nieznający się wcześniej passażyrowie, w ciągu całej piętnastodniowej podróży dopiero powoli uzmysławiali sobie wspólną, tragiczną i zupełnie nieznaną sytuację, w jakiej nieoczekiwanie znaleźli się nie z własnej winy i woli.

Nie mieliśmy żadnych wiarygodnych informacji o celu i czasie podróży. Panujący wśród dorosłych strach o to, co nas czeka, pogarszał nastroje grozy i rozpaczy. Stąd też w ciągu dnia, a zwłaszcza podczas ciemnych wieczorów, przy zapalonej świeczce, podejmowano często wspólne odmawianie modlitw i śpiewanie przeważnie religijnych pieśni. Pamiętam, że śpiewaliśmy też, ku pokrzepieniu ducha, wiele piosenek harcerskich, żołnierskich i szkolnych.

W naszym wagonie na sześćdziesiąt trzy osoby przypadało tylko dziewięciu mężczyzn i to w podeszłym wieku. Jak wynika z późniejszych opowiadań mojej Mamy, w naszym wagonie były cztery kobiety ciężarne, jeden samotny mężczyzna, bardzo sympatyczny adiunkt Politechniki Lwowskiej, który chorował na astmę (był bez żadnych leków!), pozostali panowie to emeryci z żonami. Razem z nami w wagonie było czternaścioro dzieci, w tym dwa niemowlaki, a reszta w wieku przedszkolnym i szkolnym.

Ci, którzy byli ulokowani na górnym poziomie wagonu, mieli lepszy dostęp do powietrza przez dwa wąskie, poziome okienka z obu stron wagonu i okazję oglądania wschodnich terenów Polski, a później, po przekroczeniu dawnej granicy polsko-sowieckiej, podziwiania rozległych krajobrazów ogromnego, „wspaniałego” kraju rad i „malowniczych” fragmentów mijanych miast. Różnica była ogromna. Bez informacji i śladów znaków granicznych można było się łatwo zorientować, że wjechaliśmy niestety w zupełnie inny, obcy nam wówczas, jeszcze wrogi, szary i smutny świat. U nich wojna jeszcze się nie zaczęła. Niektórzy wiedzieli tylko z gazety „Prawda”, że wielki Związek Radziecki „przygarnął litościwie” (nikogo o nic nie pytając) zachodnią Ukrainę i zachodnią Białoruś, a także Litwę, Łotwę i Estonię.

Te ponure na ogół obserwacje przejeżdżanych terenów kontrastowały z wrażeniami, jakie sprawiała, zwłaszcza o poranku, budząca się wiosna. Zarówno przeważnie liściaste lasy, jak i soczysta, ukwiecona zieleń łąk i krzewów sprawiały wrażenie obfitości i bogactwa przyrody. Jak się okazało, mijaliśmy niezbyt skażone jeszcze przemysłowymi zanieczyszczeniami rozległe tereny słynnych ukraińskich czarnoziemów.

Kontaktowanie się na postojach z passażyrami z innych wagonów było surowo zabronione na całej europejskiej trasie podróży. Piętnastoletni Zbyszek z naszego wagonu, który podczas pobierania wody na stacji, próbował złamać ten zakaz i dowiedzieć się, co słychać w innych wagonach, został nazwany burżujskim podonkiem, czyli burżuazyjnym łajdakiem, i dotkliwie skopany butem konwojenta-enkawudzisty.

Dopiero po minięciu Uralu zakaz ten nieco złagodzono. Na stacjach kolejowych, na których przypadały dłuższe postoje, bywaliśmy wypuszczani w oddzielnych grupach z poszczególnych wagonów, zazwyczaj dwa razy dziennie, i traktowani przez gospodarzy napojem w postaci gorącej wody, nazywanej tu melancholijnie kipiatok. Był to płyn tym różniący się od polskiego wrzątku, że miał charakterystyczny, na wszystkich stacjach jednakowy, zapach oraz smak przerdzewiałych blach i żelaznych rur, a także czegoś, co zapachowo jest niepowtarzalne i kojarzy się tylko z ogromnym Związkiem Radzieckim. Jedno było pewne — woda była bez bakterii, żadna zapewne nie przeżyłaby temperatury i rdzawego smaku. Gościnność oficjalnych gospodarzy na postojach rozciągała się jeszcze na dostęp do źródła zimnej wody, przy którym na wolnym powietrzu kobiety usiłowały dokonać ablucji, uprać bieliznę i pieluchy oraz zabrać do garnków trochę wody zmieszanej z wrzątkiem do mycia małych dzieci. Raz dziennie przydzielano kawałki jasnego, czerstwego chleba obficie spryskiwanego karbolem. Na niektórych stacjach można było pobrać łapszę, czyli pływający w wodzie biały, jałowy makaron z dodatkiem soli. Na kilku stacjach brzemienne i karmiące matki oraz niemowlaki dostały gorące i przeważnie przypalone mleko, którego — wychowane w burżuaznej Polsze — nie chciały pić.

W miarę upływu czasu naszej podróży koleją i wyczerpywania się zabranych z domów skromnych zapasów spożywczych łapsza zyskiwała na smaku. Mijane obiekty miejscowej architektury, powszechna bieda oglądanych z zewnątrz ponurych miejscowości, przeważnie smutne twarze oraz odmienne od naszych szare ubiory widzianych ludzi też stopniowo przestawały napawać grozą i stawały się dla nas coraz bardziej — o zgrozo! — normalne.

Zbliżając się do Uralu, udawało się czasem dokonywać drobnego, przeważnie wymiennego, handlu na stacjach kolejowych. Niektórzy tubylcy pamiętali, że przed ponad rokiem tą samą transsyberyjską magistralą w tym samym kierunku przejeżdżali nasi ziomkowie, a także Estończycy, Łotysze, Litwini i Mołdawianie, i też byli głodni. Ponadto często byli zmarznięci, bo wywożono ich w zimie w nieogrzewanych, identycznych bydlęcych wagonach, i też chcieli zdobyć żywność. Stąd cztery wielkie, jędrne, zeszłoroczne główki kapusty, które trafiły do naszego wagonu, wymienione za jakąś damską bluzkę czy jedwabne majtki, zostały natychmiast zjedzone na surowo przez dzieci i dorosłych, jak najlepszy rajski owoc o cudownym, ozdrowieńczym smaku. Nigdy chyba nie zapomnę tego smaku. Do dziś bardzo lubię surową kapustę. Konwojenci jakby obniżyli nieco czujność i przymykali oko na kontakty z innymi wagonami. Jak dowiedzieliśmy się później, przyczynił się do tego zegarek ręczny marki Omega, którego passażyrowie jednego z wagonów zdążyli zdjąć z ręki zmarłego właśnie samotnego staruszka, zabranego przez konwojentów do bolnicy, czyli szpitala. Zegarek ten został podarowany komendantowi konwojentów w zamian za zezwolenie na zakupy żywności na stacjach kolejowych.

Po przejechaniu pociągu przez wąwóz albo kanion, wykuty w poprzek biegnącego z północy na południe pasma Uralu, a więc już w Azji, coraz częściej w nocy na postojach dawały się słyszeć z poszczególnych wagonów spazmatyczne płacze kobiet, którym przyszło na zawsze żegnać kogoś najbliższego, zmarłego podczas podróży. Oficjalna wersja enkawudzistów była niezmiennie ta sama: czełowiek zabolieł (zachorował), trzeba więc było czełowieka zabrać na „leczenie” do bolnicy, czyli miejscowego szpitala. Pasażerowie odpowiedniego wagonu byli najczęściej naocznymi świadkami zgonu i wiedzieli, że czełowiek od kilku godzin był zimny, to znaczy nie żył.

Niezależnie od tych tragicznych zdarzeń w wielu wagonach miały miejsce liczne przypadki zasłabnięć, zachorowań, załamań psychicznych i innych przypadłości wymagających w normalnych warunkach pomocy lekarskiej. Tej jednak nie było. Samo oficjalne ubieganie się o nią byłoby jednak wielce ryzykowne, bo zagrożone ewentualnością przymusowego pozostania w miejscowym szpitalu i oddzielenia od transportu rodaków może na zawsze. Te obawy odnosiły się szczególnie do małych dzieci, które narażone były na brutalną rozłąkę z matkami. A przecież przejeżdżaliśmy przez kraj niedotknięty jeszcze wówczas wojną.

W pewnym momencie pociąg zatrzymał się w pobliżu okazałego obelisku, upamiętniającego przekraczanie kiedyś przez któregoś z carskich książąt granicy między Europą a Azją. Pamiętam, że rosyjski wąsaty kolejarz, który długim młotkiem opukiwał koła naszych wagonów, uśmiechnął się do nas wesoło, ale i szyderczo, przy szeroko rozsuniętych wówczas drzwiach wagonu, i raptem powiedział, wskazując w kierunku zachodnim:

— W zadi była Evropa, zdieś Urał, wot tam Azja, a wy — polskaja, panskaja, prokliataja burżuazja! — I spokojnie się oddalił.

Po przekroczeniu pasma Uralu szybko zmieniały się widziane przez nas krajobrazy. Spotykane wcześniej ogromne, otwarte przestrzenie stepów i wielkie obszary kołchozowych pól uprawnych albo ugorów zaczęły stopniowo zastępować coraz większe połacie lasów iglastych. Nie wiedzieliśmy, czy to już tajga, ale coraz mniej było jednak drzew liściastych, z wyjątkiem strojnych brzóz, które występowały licznie, zwłaszcza na leśnych polanach przecinanych linią kolejową.

Spotykani na stacjach Rosjanie informowali nas, że „skoro budiet nastojaszczaja Sibir’”. Powoli zbliżał się kres naszej kolejowej podróży. Enkawudziści poinformowali nas, że wkrótce „budiem was wygrużat’”, czyli „będziemy was wyładowywać”.

Zapowiedź przybycia do Nowosybirska — stolicy obłasti, czyli siedziby wielkiego województwa i właściwie stolicy całej Zachodniej Syberii, przyniosła nowe emocje i obawy.

Okazało się jednak, że wysadzono nas w Tomsku. Dużym mieście założonym w XVII wieku. Okolice Tomska stanowiły w XVIII i XIX wieku, ze względu na znajdujące się w pobliżu dawne kopalnie złota z carskich czasów, wielki ośrodek przemysłowy i górniczy, jedno z dawnych, licznych miejsc przeważnie dożywotniego pobytu skazanych i zsyłanych tu z całego rosyjskiego imperium.

Kiedy kazano nam w Tomsku wyjść z wagonów, tubylcy patrzyli na nas jak na ludzi rzeczywiście z innej części świata. Była to przede wszystkim uzasadniona ciekawość tych, którzy tam, na Syberii, często od urodzenia nie mieli okazji widzieć zwykłego obcokrajowca z Europy, zwłaszcza kobiet i dzieci w ich normalnym, jeszcze europejskim, a nie sowieckim ubraniu, uczesaniu, z zupełnie innym wyrazem twarzy. Brak w owych czasach telewizji, a nawet zupełny brak dostępu do zachodnich filmów i prasy zagranicznej, powodował, że dla wielu byliśmy naprawdę przybyszami z innego, kapitalistycznego, a więc wrogiego (bo tak byli od dziecka wychowywani), i egzotycznego świata. Nasz pan inżynier, chorujący na astmę, zwrócił uwagę, że ci nieszczęśnicy, którzy byli tu zsyłani z Europy za cara, w tym Polacy z podzaborowej Polski, byli pędzeni przeważnie piechotą, a więc ich stan fizyczny i żałosny wygląd nie wzbudzały zainteresowania tubylców, bo wtedy już niewiele różnili się od miejscowych. W spojrzeniach obserwujących nas dorosłych Rosjan można było dostrzec raczej pierwiastki współczucia niż wrogość czy nienawiść, czasem był to rodzaj swoistej Schadenfreude. No bo skoro ktoś już tutaj trafił i jest pod opieką niezawodnych bagnetów NKWD, to czego mu zazdrościć czy za co nienawidzić, chyba tylko można mieć satysfakcję, że oto ktoś inny również zasmakuje rozkoszy życia w tym przeklętym regionie, od zawsze skazanym na zesłanych. W niektórych oczach rozżarzała się pewnie czasem miła nadzieja na ewentualną możliwość dyskretnego przeniesienia praw własności w odniesieniu do elementów odzieży, wielkich tobołów i innego drobnego bagażu.

Mydło do bani

Pierwszy kontakt z miejscowym obiektem użyteczności publicznej to była wizyta w miejskiej, tomskiej łaźni i odwszalni. Podzielono nas na kilkanaście grup i kazano wszystkie wyniesione z pociągu bagaże, toboły i walizki złożyć do odpowiedniego pokoju, oznaczonego jakąś literą rosyjskiego alfabetu. Nam przypadły drzwi oznaczone rosyjską literą „Ż”. Potem pokoje z naszym dobytkiem zamknięto na dwie duże kłódki.

Jako chłopcy w wieku jedenastu i dziewięciu lat, wraz z bratem i innymi młodzieńcami w wieku do piętnastu lat, oddzieleni od dorosłych mężczyzn — skierowani byliśmy razem ze wszystkimi kobietami do wielkiej, tak zwanej żeńskiej sali, która przypominała ogromną, bardzo obskurną, szarą poczekalnię dworcową, tyle że nikomu nie dane było tu czekać na cokolwiek poza tym, co nastąpiło. Padła nagle komenda: „Wszyscy rozbierać się do naga!”. Nie było pobłażania dla żadnych majteczek, najskromniejszych fig czy staniczków, a nawet ręczników. Grube i opryskliwe rosyjskie baby miały właśnie swoje półgodziny władzy nad tłumem. Kontrola była bezwzględna i arogancka. Znaleźć się nagle i niespodziewanie wśród kilkuset naraz gołych osób płci żeńskiej, w wieku od kilku do kilkudziesięciu lat, w tym parunastu kobiet w zaawansowanej ciąży, to temat, który nie tylko na bardzo wielu chłopcach i dziewczętach, ale nawet na dorosłych kobietach wywiera wrażenie na długie lata życia. Jedna z pań zapytała:

— A co z dziećmi, z chłopcami, którzy są tu z nami?

Na to inna pani odpowiedziała rezolutnie:

— No, trzeba im chyba wyjaśnić, że tak mniej więcej wyglądał właśnie raj na obrazach dawnych mistrzów malarzy.

To lakoniczne stwierdzenie utkwiło mi głęboko w pamięci. Okazało się jednak, że przybyszom z dalekiej Polszi nie oszczędzono dalszych emocji. Przewidujący i zawsze ideowo czujni gospodarze zadbali bowiem o to, aby domniemywane, jeszcze do niedawna kapitalistyczne i burżuazyjne polskie wszy, które w przekonaniu tubylców zostały wyhodowane z wielkopańskich gnid w szlacheckich zamkach i burżuazyjnych pałacach, nie skaziły, uchowaj Boże, wrażym, zagranicznym robactwem niepokalanej ideologicznie socjalistycznej społeczności Syberii. Kazano absolutnie wszystkie zdjęte z siebie rzeczy: odzież, bieliznę, chusty, szaliki, pończochy, damskie torebki, kosmetyczki i tym podobne rzeczy zawiesić na metalowych hakach przytwierdzonych do długich łańcuchów, które zwisały z konstrukcji zawieszonej u sufitu nad naszymi głowami.

Kiedy wszystko było gotowe, osoby całkowicie nagie powędrowały do właściwej łaźni, aby u wejścia otrzymać na rękę coś, co miało konsystencję mazi, kolor ludzkiego kału i ostry zapach. Było to mydło do bani. Bania to po rosyjsku łaźnia parowa. Nikt oczywiście nikogo nie pytał o stan zdrowia, wielkość ciśnienia tętniczego i tym podobne. Natomiast podwieszona na hakach i następnie podniesiona do góry odzież powędrowała po chwili, wraz z ukrytymi w niej zegarkami, okularami i broszkami, po specjalnych szynach do tajemniczej odwszalni. Jak się okazało post factum była to komora o temperaturze wewnętrznej około 120-150oC. Dzieci pytały wtedy swoje mamy, co to właściwie znaczy WSZY? Jedna z dziewczynek zapytała:

— Mamo, dlaczego ta pani z siwymi włosami ma takie zmraszczki na brzuchu?

Usłyszałem, że jej mama odpowiedziała:

— Nie mówi się zmraszczki, tylko zmarszczki. Nietrudno sobie wyobrazić, jak wyglądały poszczególne części garderoby: jedwabne i fildekosowe pończoszki, apaszki, grzebienie, skórzane torebki i paski, gumki w bieliźnie, gorsety oraz inne drobiazgi po dwudziestominutowej wizycie w gorącej komorze Tomskiej Państwowej Odwszalni, przez dziesięciolecia doświadczonej i zahartowanej w okrutnej, ale przeważnie zwycięskiej (w samej łaźni) walce z rodzimymi radzieckimi wszami i gnidami. Dzieci z rozbawieniem obserwowały, jak zrozpaczone właścicielki z trudem i zgrozą rozpoznawały to, co jeszcze przed chwilą było stanikiem, gorsetem czy jedwabną halką lub delikatną pończochą. Na rozpaczliwe skargi kierowane do bezczelnego personelu łaźni, padała zwięzła i logiczna odpowiedź: „Wot Poliaczki, zdawałoby się kulturnyj narod, a nie wiedzą nawet, jak się należy zachować w normalnej, miejskiej, państwowej łaźni i odwszalni. Kak wy tam żyli u siebia bez bani?”.

Po łaźni było przejście do specjalnego pomieszczenia ze znakiem „Ż”, gdzie zostały zamknięte nasze toboły, walizki i bagaże. Pamiętam, że powszechne obawy okazały się płonne, bo naprawdę nic nikomu nie zginęło z zamkniętej komory. Następnie skierowano nas do drugiego budynku, do stołowej, czyli stołówki, gdzie poczęstowano nas zupą o dźwięcznej nazwie szczi, czyli przaśnym kapuśniakiem w wydaniu rosyjskim. Na drugie danie dostaliśmy kaszę (rodzaj jęczmiennego pęczaku) z dwoma wodnistymi kartoflami. Wszyscy byli bardzo głodni, jedliśmy więc łapczywie i nikt nie zastanawiał się nad smakiem tego, co było serwowane z niewyobrażalnie olbrzymich kotłów. Potem wymytych, odwszonych i nakarmionych skierowano nas na punkt rozdzielczy do gławnego dispetczera, czyli dyspozytora. Jedni byli kierowani znowu do pociągów, inni na przystań rzeczną. Dystrybucja odbywała się tutaj nie według zasad logicznych, politycznych czy socjalnych, lecz według kanonów arytmetycznych: dwieście pięćdziesiąt dusz żywych, dorosłych i dzieci na północ, dwieście pięćdziesiąt dusz na południe i dwieście trzydzieści pięć dusz na wschód. Jak więc dyskretnie zdążył przed rozstaniem z nami dowiedzieć się pan inżynier chory na astmę, z całego transportu ubyło na zawsze około dwanaście dusz, które nie wytrzymały nerwowo lub fizycznie deportacji i trudów dwutygodniowej podróży.

Statkiem na falach Obu

My trafiliśmy do pociągu, który wreszcie dowiózł nas po wielu godzinach do Nowosybirska. Tam skierowano nas do portu rzecznego. Naszą grupę — na statek parowy o melodyjnej nazwie „Dzierżynskij Feliks Edmundowicz”, który kursował po bardzo długiej, syberyjskiej rzece o niezwykle krótkiej nazwie Ob. Kiedy parowiec, obracając kołami łopatkowymi po obu stronach kadłuba, wreszcie ruszył, nie trudno było dociec, że płyniemy na północ, bo kurs był z prądem. Na pytania: „Dokąd płyniemy”, kierowane do marynarzy przez nasze panie, padała niezmiennie ta sama odpowiedź:

— Sami nie wiemy, a gdybyśmy nawet wiedzieli, to byśmy i tak nie powiedzieli, bo nie lzia, czyli nie wolno.

Kiedy z portu w Nowosybirsku wypłynęliśmy na pełne wody rzeki Ob, zrobiło to na wszystkich ogromne wrażenie. W sierpniu 1939 roku podczas pobytu z Tatą w Warszawie widziałem po raz pierwszy w życiu Wisłę, największą wówczas polską rzekę. To, co zobaczyliśmy z pokładu „Dzierżyńskiego”, to było jakieś wielkie podłużne morze, którego brzegi były bardzo odległe. Wielu z nas, dorosłych i dzieci ze Lwowa, płynęło statkiem po raz pierwszy. W przeciwieństwie do jadącego pociągu na statku panowała względna cisza. Dał się słyszeć jedynie rytmiczny odgłos maszyny parowej. Tu nie było już bagnetów na karabinach, nie było mundurowych enkawudzistów. Z Rosjan była tylko kilkuosobowa załoga statku i jeden cywil w skórzanym, brązowym płaszczu, który miał podciągnięte, wysoko ponad nadgarstki, rękawy płaszcza i na lewej ręce duży zegarek koloru złotego. Nasz pan inżynier ocenił, że to tombak. Nie wiedzieliśmy wtedy, co to oznacza, ale pamiętam, że wówczas wielu chłopców chciałoby mieć taki tombak na swojej ręce.

Załoga odnosiła się do nas obojętnie, ale nie wrogo. Wyczuwało się, że dla nich tacy passażyrowie to nie pierwszyzna. Pokazali, gdzie na pokładzie mamy się rozlokować do spania, gdzie są tualiety i zapowiedzieli, że wieczorem dostaniemy jedzenie i picie. Kiedy drugiego dnia podróży zapytałem po rosyjsku kapitana statku, czy mogę z braciszkiem i jeszcze jednym kolegą zobaczyć motorownię, zamiast odpowiedzi zapytał, skąd znam tak dobrze rosyjski. Odpowiedziałem dumnie, że w Polsce nawet małe dzieci uczą się poza polskim różnych języków, w tym też rosyjskiego, i że na przykład znałem wtedy też dość biegle, jak na dziecko, ukraiński. W lwowskiej klasie miałem kolegów, którzy znali francuski, niemiecki i jidysz. W tej informacji pominąłem fakt, że rosyjskiego uczyłem się przez prawie dwa lata w szkole powszechnej z woli i nakazu sowieckiego okupanta.

Znajomość została zawarta i po chwili sam kapitan oprowadzał nas trzech po maszynowni, informując co do czego służy i jak się nazywa. Powiedział, że ma synka w moim wieku, który mieszka ze swoją mamą w Nowosybirsku. Kiedy go zapytałem, dokąd płyniemy, odpowiedział mi, że tam dokąd płyniemy, zapewne nie dopłyniemy. Pamiętam, że wymienił nazwę Bieriozowo, nic jeszcze wtedy o tym sławnym z carskich czasów punkcie zsyłki nie wiedziałem. Dziwna to była odpowiedź, ale okazało się, że była trafna. Płynęliśmy bowiem w dół rzeki Ob w maju, kiedy wskutek nagłych w tym roku roztopów na południu wystąpiła powódź i rzeka od pewnego miejsca stała się nieżeglowna. Już trzeciego dnia podróży wpłynęliśmy na zalane tereny. Widok był niesamowity. Widać było w oddali drewniane domki zatopione po dach. Na dachach siedzieli ludzie i machając rozpaczliwie rękami, bezskutecznie błagali o pomoc. Na kilku drewnianych domach płonęły ogniska, zapewne do przygotowania strawy i ogrzania się. Nasz parowiec jednak dzielnie z nurtem rzeki pruł na północ. Kiedy moja Mama i jeszcze jedna pani zwróciły się do załogi o udzielenie pomocy tym biednym powodzianom, padła zwięzła odpowiedź: „Im pomocy nie potrzeba, rzeka im sama pomoże... kiedy opadnie”. Płynęliśmy coraz wolniej, bo jak wynikało z rozmów kapitana z Tombakiem (tak nazwaliśmy tego z zegarkiem) nie było widać żadnych znaków żeglugowych, co mogło narazić statek na uszkodzenie, a w najlepszym przypadku wylądowanie na mieliźnie, z której nie miałby kto nas ściągnąć. Na parowcu nie było radia do nawigacji, bo się zepsuło. Po trzech dniach żeglugi po rozlanym Obie Tombak otrzymał telegrammu z łódki, która podpłynęła do statku. Zaraz potem ustalili obaj, że nazajutrz nasz rejs zostanie zakończony. Moja znajomość języka rosyjskiego okazała się o tyle przydatna, że mogłem poinformować wszystkich Polaków na statku o tym, co usłyszałem o naszych dalszych losach na najbliższe godziny. Kiedy zapytałem kapitana, czy to dobrze, że już kończymy rejs — odpowiedział:

— Dzięki powodzi, macie szczęście, bo im dalej, tym klimat bardziej surowy. Tam daleko na północy jeszcze rzeka Ob skuta jest lodem i stąd zator kry, który spowodował powódź.

Pobyt na statku był mniej dokuczliwy niż podróż pociągiem. Byliśmy właściwie sami swoi i już zżyci we wspólnej biedzie, choć wcześniej zupełnie się nie znaliśmy. Dwa razy dziennie dostawaliśmy coś do jedzenia. Wody do picia i mycia było pod dostatkiem. Była oczywiście niepewność jutra. Co czeka nas na syberyjskim lądzie? Jak opowiadała mi później Mama, to co zobaczyliśmy już podczas podróży wskazywało, że — według jej oceny — wśród Rosjan tu zamieszkałych jest wielu ludzi bardzo, ale to bardzo biednych i żyjących prymitywnie.

Kapitan poinformował mnie nieoficjalnie, jak się wyraził „po starej znajomości”, że po zejściu ze statku nie nastąpi jeszcze koniec naszej podróży. W porcie docelowym będziemy podzieleni na cztery równe, mniejsze grupy i skierowani do barek rzecznych, którymi popłyniemy do MP, to znaczy do miejsca przeznaczenia. Moja „rewelacja” dotarła wkrótce do wszystkich passażyrów i zaczęły się wstępne podziały na grupy. Nazajutrz, wcześnie rano, Tombak ogłosił, że za trzy godziny cumujemy i kazał podzielić się na cztery równe grupy. Był zdumiony, kiedy już po paru minutach dostał, napisane w języku rosyjskim przez jednego ze starszych panów, dokładne i czytelne cztery listy z imionami i nazwiskami wszystkich polskich passażyrów. W porcie Kargasok po kilkugodzinnym postoju dwie barki były przygotowane. Kazali się do nich ładować grupie numer jeden i dwa. Pozostali mieli czekać na przystani na powrót obu barek. My trafiliśmy do drugiej barki.

Do końca waszego burżuazyjnego życia

Tego samego dnia wieczorem dobiliśmy do brzegu we wsi Sosnowka, położonej nad mniejszą rzeką, będącą dopływem Obu. Po przewiezieniu płaskimi furmankami, zwanymi tutaj tielegami, zakwaterowano nas wszystkich na noc w małej, drewnianej, czteroklasowej szkole. Już na barce nie było Tombaka. W szkole pojawił się przewodniczący kołchozu, czyli predsiedatiel. Był to około pięćdziesięcioletni, grubawy i gburowaty mężczyzna.

— Pozdrawiamy was w Sosnowce. Tu będziecie pracować w kołchozie, ale jeszcze nie jutro. Jutro będzie dniem posielenia, to znaczy zakwaterowania. Przyjdą tu nasi kołchoźnicy i zabiorą was do swoich domów. Tam będziecie mieszkać. — Potem zawrócił i dopowiedział: — Do końca waszego burżuazyjnego życia.

To była nasza pierwsza noc na docelowym lądzie stałym, na syberyjskiej ziemi. Pamiętam, że ostatnie słowa predsedatiela zrobiły bardzo złe wrażenie na wszystkich naszych. Mama długo płakała. Zmęczenie i zupełny brak światła elektrycznego w Sosnowce spowodowały, że wszyscy zalegli pokotem na podłodze i niektórzy szybko usnęli.

Następny ranek był słoneczny. To budziło jakąś nadzieję. Kiedy wstaliśmy, okazało się, że Sosnowka jest w miarę ładną, drewnianą wioską. Wiele miejscowych kobiet i kilku starych mężczyzn przyszło pod szkołę po kwartirantów, czyli swoich lokatorów. Dowiedzieliśmy się rychło, że za każdego lokatora dopiszą im odpowiednią ilość trudodni, to znaczy dniówek obrachunkowych w kołchozowych rozliczeniach rocznych. Nas, to znaczy Mamę, brata i mnie, panią Marię Rzucidłową z córką Ireną i synem Zbyszkiem oraz panią Janinę Heppe zabrali starsi ludzie o nazwisku Kuźmienko, którzy mieszkali w solidnej, drewnianej chacie, tak zwanym bliźniaku. Jedną stronę bliźniaka zajmowali wraz z synową i trzyletnim, bardzo sympatycznym wnuczkiem, a drugą, o dwóch pokoikach i kuchni, przeznaczono dla naszych dwóch lwowskich rodzin i pani Heppe z Przeworska, która była w wieku mojej Mamy.

Pierwsze dni, pierwsze wrażenia i refleksje. Okazało się już po krótkiej znajomości, że oni nam właściwie... szczerze współczują. Dziadek Kuźmienko otwarcie opowiedział nam, że niespełna dwadzieścia lat wcześniej zesłano ich tutaj z terenów wschodniej Ukrainy, kiedy trwał tam proces brutalnego rozkułaczania zamożnych rolników, którzy znali się na solidnym rolnictwie, ale nie byli entuzjastami kolektywizacji. Wyznał szczerze, że powinniśmy dziękować Bogu za to, że potraktowali nas, polskich burżujów, dużo łagodniej niż ich wtedy, kiedy zostali przywiezieni do tajgi. Nie było tu wówczas żadnych wsi ani zabudowań. Był las. Mróz. Sosny, świerki, brzozy i cedry. Szałasy klecono niemal gołymi rękami, a potem ziemianki i tak powoli, stopniowo powstawała Sosnowka. Powiedział, że we wsi prawie wszyscy to swojacy, przeważnie o ukraińsko brzmiących nazwiskach. Tylko na predsedatiela trzeba uważać, bo to łobuz i fałszywiec. Bogaty biednym nie pomoże. Nie trzeba było długo czekać, aby się o tym przekonać. Kiedy Mama pierwszy raz wybrała się na zakupy, poszła do predsedatiela, aby kupić mleko, bo wiadomo było, że miał dwie własne krowy i żadnego dziecka na utrzymaniu. Jego żona kategorycznie odmówiła. Natomiast mieszkająca w pobliżu wdowa Niura Pawłowa, matka sześciorga małych dzieci, sama zadeklarowała gotowość dostarczania codziennie pół litra mleka za minimalną opłatą.

W miarę poznawania wioski wiele zjawisk zaskakiwało. Przede wszystkim w całej wiosce nie było elektryczności, nie było także w chatach zamków ani kłódek. Drewniane skoble w drzwiach były jedynie zatykane zwykłymi kołkami (też drewnianymi), głównie w obawie przed zwierzętami albo bardzo małymi dziećmi. Na zdziwione zapytanie jednej z Polek, dlaczego brak zamków i kłódek, padła równie zdziwiona odpowiedź:

— A któżby tu co miał zabrać, przecież tu sami swoi i nie ma co zabierać.

W każdym obejściu, na zewnętrznej ścianie domu, obok drzwi wejściowych, zauważyliśmy blaszane, półcylindryczne naczynia, o pojemności od dwóch i pół do trzech i pół litra, z uchylną pokrywką od góry i z pionowym trzpieniem, umocowanym w poziomym dnie. Okazało się, że są to po prostu rukomojniki. Są niezwykle powszechne w całej Rosji, ale też ogromnie praktyczne. Do przymocowanego na stałe „rękomyjnika” wlewa się przez otwór od góry wodę do pełna i korzysta się wielokrotnie w ten sposób, że podkładając dłonie pod zakończony stożkowo trzpień, naciska się go lekko od spodu, powodując wypływ wody w ilości niezbędnej do umycia lub spłukania rąk. W ziemi poniżej przeważnie jest dołek albo rowek odpływowy. Całe urządzenie wykonane jest z mosiądzu, miedzianej lub ocynkowanej blachy. Na zimę nie trzeba go zdejmować, wystarczy tylko spuścić wodę. Zauważyliśmy, że żaden mieszkaniec Sosnowki nie usiadł nigdy do posiłku, jeśli nie spłukał rąk pod „rękomyjnikiem”.

Kiedy już zaczęliśmy mieszkać w domu Kuźmienków, do naszego mieszkania zaczęły od rana przychodzić tamtejsze dzieci z sąsiednich domów. Siadały, czworo lub pięcioro, na progu i patrzyły. Tylko patrzyły. Nie było żadnego proszenia o coś, o jedzenie lub jakieś drobiazgi. Dzieci jedynie obserwowały, jak rozmawiamy, poruszamy się, jemy. Jak posługujemy się naszymi przedmiotami codziennego użytku, metalowymi sztućcami, jak zmywamy naczynia, ścielimy posłania, klękamy do odmawianej głośno porannej i wieczornej modlitwy. Ta swoista asysta nie przeszkadzała nam, zwłaszcza że podyktowana była wyłącznie autentyczną ciekawością. Po kilku tygodniach Kolia, trzyletni wnuczek Kuźmienków, który najczęściej i najdłużej w ciągu dnia u nas przebywał, zaczął pewnego dnia, ni stąd ni zowąd, odmawiać razem z nami płynnie po polsku „Zdrowaś Mario” i „Ojcze Nasz”.

Któregoś dnia padał deszcz i wyszliśmy z domu z przywiezionym z Polski parasolem naszego Taty. Otwieranie parasola wywołało u obserwujących nas dzieci zdziwienie, a nawet przestrach — z cienkiego czarnego patyka robiło się raptem coś wielkiego, czarnego i okrągłego. Z kolei później wielokrotnie mieliśmy okazję zdumiewać się tym, co dla nich było tak naturalne i proste, jak dla nas... zwykły parasol.

Wszyscy dorośli Polacy, wśród nich nasza Mama, w trzecim dniu pobytu w Sosnowce zostali zatrudnieni w miejscowym kołchozie. Najpierw przy sadzeniu kapusty, potem w lesie przy zdzieraniu płatów kory brzozowej, a następnie przy karczowaniu lasu. Ta bardzo ciężka praca polegała na ręcznym odkopywaniu pni wraz z korzeniami, odcinaniu ich ręczną piłą lub siekierą oraz usuwaniu, bez żadnych maszyn, tych pozostałości wysokich sosen, które zostały ścięte wcześniej przez drwali na obszarze dawnego lasu. Było to przygotowywanie pola pod kołchozową uprawę kapusty w następnym roku. Istotnym utrudnieniem dla tych kobiet z miasta była nie tylko szczególnie ciężka praca fizyczna, do której zupełnie nie były przygotowane, ale też konieczność pokonywania codziennie piechotą odległości około siedmiu kilometrów w jedną stronę oraz przepływania łodzią rzeki w obie strony. Jedyną osobą nadzorującą ze strony kołchozu był około trzydziestoletni, zezowaty, miejscowy brygadzista. Był on wymagający, ale też na swój sposób wyrozumiały. Tłumaczył, że podpisze miejscowym i polskim kobietom odpowiednią ilość dniówek obrachunkowych w książkach kołchozowych, ale tylko wtedy, kiedy będzie dobrze przygotowana odpowiednia ilość pola. Brak dniówek oznaczało brak przydziału na zimę ziemniaków, mąki, kapusty i brukwi z kołchozowych magazynów.

Po kilku dniach pracy przy karczowaniu pojawiły się u naszych kobiet rany i pęcherze na delikatnych przecież dłoniach, a także dało o sobie znać potworne zmęczenie.

Szczególnym uzupełnieniem udręki były komary i meszki, które teraz, późną wiosną, kąsały jak wściekłe. Meszki są to malusieńkie muszki, które żywią się wyłącznie krwią dwu- lub czworonożnych ssaków. Występują na Syberii masowo, w zasadzie dwa razy w roku, przez okres od czterech do sześciu tygodni, na wiosnę i jesienią. Szczególnym miejscem żerowania są okolice w pobliżu otwartych zbiorników wodnych, rzek, jezior i stawów. Brygadzista uprzedził pracujące kobiety, że w przypadku ataku gęstej chmary meszek trzeba się odpowiednio ratować. W tym celu polecił przygotowanie w polu, w pobliżu miejsca pracy, tlącego się ogniska, przy którym należy zgromadzić dużą ilość suszu roślinnego (trawy, liści, gałęzi, łodyg roślin). W razie inwazji chmary muszek wszyscy powinni podbiec do ogniska i spalać susz. Wyjaśnił, że w tym niebezpiecznym okresie agresja meszek może doprowadzić nawet do zgonów. Wśród Polek szczególnie ucierpiała pani Brandstedterowa ze Lwowa. Pokąsana przez meszki, kiedy dotarła do Sosnowki, nie była rozpoznana przez własnych dwóch synków. Opieka ze strony wiejskiego medpunktu sprowadzała się do smarowania ukąszeń jakąś cieczą, udzielenia zwolnienia i orzeczenia, że za dwa dni będzie zdolna do pracy.

Dopiero wówczas niektóre starsze polskie kobiety były skierowane do innych prac w kołchozie. Mama, jako młodsza, pracowała nadal. Wstawała o piątej rano i wracała do domu o zmroku, a więc o siódmej lub ósmej wieczorem, bardzo zmęczona. Często wtedy przypominałem sobie, jak to we Lwowie sowiecka nauczycielka tłumaczyła nam w szkole, że jedną z podstawowych różnic między złowrogim kapitalizmem i naszym socjalizmem jest wyzysk, który polega między innymi na tym, że kapitaliści każą robotnikom pracować po dziesięć i dwanaście godzin, a w socjalizmie praca ponad osiem godzin jest ustawowo zabroniona i surowo karana.

Pan Szajger wytłumaczył, że tych meszek jest na świecie około sześćset odmian, niektóre z nich występują też nawet w Polsce i nazywają się „meszkami” i „mustykami”. Są niebezpieczne, bo ich ślina jest silnie toksyczna i dlatego czasem nawet niebezpieczna dla życia.

My, jako dzieci w wieku szkolnym, w Sosnowce zostaliśmy skierowani do szkoły rosyjskiej. Ze względu na język przyjęto zasadę, że każde polskie dziecko wstępuje we wrześniu do klasy o rok niższej od tej, do której uczęszczało w Polsce. Tylko wobec mnie, ze względu na zauważoną dobrą znajomość rosyjskiego, nie zastosowano tej reguły i od razu zostałem skierowany do czwartej klasy, tak jak wszyscy starsi ode mnie, bo wyższej klasy w Sosnowce nie było. Ustalono też, że wobec bliskiego końca roku szkolnego 1941/1942 wszystkie polskie dzieci będą na razie uczęszczać nadal do tych klas, które rozpoczną we wrześniu. Nie będą przepytywane, mają tylko być obecne, patrzeć, słuchać i priwykat’, czyli się przyzwyczajać. Po szkole małymi dziećmi pracujących Polek opiekowały się panie będące w ciąży i dwie panie w podeszłym wieku. Opieka obejmowała też pomoc w przygotowywaniu posiłków. Dzięki naszej Mamie, już po krótkim czasie wraz z moim bratem Jurkiem nauczyliśmy się sami sprawnie ugotować to, co było do zjedzenia dla siebie, Mamy i pani Heppe. Dużo więcej kłopotów sprawiało zdobycie czegoś do jedzenia. Początkowo stosunkowo dobry i smaczny chleb był dostępny w miejscowym sklepie Selpo (rodzaj naszej gminnej spółdzielni) za pieniądze i bez ograniczeń ilościowych. Można też było kupić żółty cukier (rodzaj melasy), cukierki, kaszę jaglaną, herbatę, marmoladę i mąkę. Ten komfort trwał niestety bardzo krótko, bo tylko miesiąc, do czerwca 1941 roku. Z chwilą wybuchu wojny sowiecko-hitlerowskiej praktycznie ustała sprzedaż nieracjonowana. Najpierw nastąpił okres wyczekiwania — przywiozą lub nie przywiozą. Częściej wcale nie przywozili. Wkrótce jednak wprowadzono kartki na chleb, cukier i kaszę. Dwieście gramów chleba dla pracującego i sto gramów na iżdiwieńca, czyli pozostającego na utrzymaniu. Stopniowo jakość pieczywa zaczęła się pogarszać. W miarę coraz częściej wypisywanych państwowych haseł-nakazów „Wszystko dla frontu, wszystko dla zwycięstwa” z aprowizacją stawało się coraz gorzej. Doszło do tego, że po chleb pieczony z prosa trzeba było chodzić z woreczkiem, bo rozsypywał się w czasie sprzedaży. Jedliśmy ten chleb tylko przy użyciu łyżeczki.

W lecie zdobywanie żywności było oczywiście łatwiejsze. Po zakończeniu lekcji w szkole zaczęliśmy odwiedzać pobliski las i poznawać jego syberyjskie bogactwa. Przede wszystkim jagody. Najwcześniej pojawiły się dzikie truskawki — lesnaja kłubnika. Ich smak był wspaniały. Zdaniem także naszych dorosłych osób były nieporównywalne smakowo i zapachowo do znanych nam odmian ogrodowych. Niestety, wobec zupełnego braku w sklepie cukru nadawały się przede wszystkim do spożycia na surowo. Podobnie jak grzyby syrojeszki, które były smaczne i — zdaniem miejscowych kolegów — całkowicie bezpieczne do jedzenia na surowo. Z jagód były również leśne, dzikie poziomki, niezbyt duże, ale słodkie i nadzwyczaj aromatyczne, pachnące subtelnymi zapachami różnych owoców. Pewnego dnia znaleźliśmy w lesie kępę dzikiego czosnku. W smaku i zapachu bardzo przypominał nasz polski czosnek, ale był łagodniejszy. Według zapewnień dziadka Kuźmienki ten czosnek z syberyjskich lasów jest bardzo zdrowy, szczególnie przeciwdziała cyndze, czyli szkorbutowi (wypadanie zębów), powszechnemu wśród zesłańców zamkniętych w obozach. Kiedy wracaliśmy do domu obładowani jagodami, czosnkiem i grzybami, byliśmy naprawdę dumni z naszych dokonań. Pomagali nam w tym szkolni, miejscowi koledzy. Byli nam przyjaźni, a my im. Wowka i Sasza z mojej klasy, obaj lnianozłoci blondyni, jeden starszy ode mnie o rok, a drugi — rówieśnik, często w czasie leśnych wędrówek pytali mnie o szereg szczegółów z mojego codziennego życia w Polsce. Mimo że jak na swój wiek byli bardzo oczytani, albo może właśnie dlatego, zamęczali mnie najróżniejszymi pytaniami. Na przykład pytali: Jak był urządzony nasz dom, nasze mieszkanie? Jakie miałem zabawki? Jak wyglądała klasa w szkole? Czy naprawdę w polskich szkołach chłopcy uczą się osobno, a dziewczynki osobno? Jak się zapala gaz, żeby uniknąć eksplozji? Czy prąd elektryczny jest bezpieczny? Jak mieszkałem na pierwszym piętrze, to gdzie chodziłem „na stronę”? Kiedy wyjaśniłem, że ubikacja była wewnątrz w mieszkaniu, to musiałem potem tłumaczyć, co to jest i jak działa spłuczka klozetowa i kanalizacja. Pytali ponadto, czy w Polsce można było swobodnie, bez przepustki, jechać z jednego dużego miasta do drugiego? Czy węglem kamiennym rzeczywiście można palić w piecu w zwykłym mieszkaniu? Czy węgiel kamienny (oni znali tylko węgiel drzewny) jest naprawdę twardy jak kamień? Kiedyś zadali mi pytanie, czy to prawda, że u nas są prywatne sklepy? A jeżeli tak, to gdzie ci kapitaliści kradną towar, żeby go potem sprzedawać kupującym? Przyznam, że jako chłopcu, imponowało mi trochę to udzielanie, czasem trudnych dla mnie, odpowiedzi na takie pytania, ale z drugiej strony przekonałem się wkrótce, że i ja mogę się od nich wiele dowiedzieć i nauczyć. Oni zdawali sobie sprawę, że pochodzimy z innego świata, gdzie czymś normalnie było w domu radio, światło elektryczne i gaz, a także ciepła i zimna woda. Szybko jednak przekonaliśmy się, że jako rówieśnicy, mamy znacznie więcej wspólnego niżby to wynikało z różnic narodowości, urodzenia w innych częściach świata i odmiennej sytuacji społeczno-politycznej.

W szkole my, jako polscy chłopcy, właściwie nie mieliśmy żadnych problemów, ani z kolegami, ani z nauczycielkami. Miejscowi chłopcy z mojej klasy, początkowo trochę nieufni, szybko wchłonęli nas, czwórkę Polaków, i nie było między nami żadnych bójek, kuksańców ani innych zgrzytów czy złośliwości. Pamiętam jeden drobny przypadek z... nauczycielką arytmetyki. Pewnego dnia, w czasie lekcji, nauczycielka ostrzyła ołówek, kiedy spadł jej ze stołu składany nożyk, rodzaj tak zwanego kozika. Jako nowy uczeń, siedziałem w pierwszej ławce, więc zerwałem się z miejsca, podbiegłem, schyliłem się na podłogę i chwyciłem kozik za ostrze, aby podać go nauczycielce. Ona jednak również nachyliła się gwałtownie, położyła rękę na mojej i powiedziała:

— Oddaj malczik, eto moj nożik.

Oczywiście oddałem. Potem obojgu nam było chyba trochę głupio. Zbliżał się koniec roku szkolnego. Jako nowi, nie mieliśmy nic zadane do domu, więc po lekcjach koncentrowaliśmy się na zdobywaniu produktów spożywczych.

Pierwszy prawdziwy zarobek

Tym razem zupełnie nieoczekiwanie udało mi się uczciwie i legalnie zarobić półkilową osełkę prawdziwego, świeżego masła. Jeden z kolegów zaproponował mi pracę w tak zwanych zielonych żniwach. Chodziło o ścinanie gałązek brzozowych, używanych powszechnie w baniach, czyli w łaźniach parowych, jako wieników. Są to miotełki z gałązek brzozowych wraz z listkami. Byłem specjalnie pouczony, jakie gałązki i jak należy je ścinać. Jak i czym je związywać oraz jaką powinny mieć grubość. Pamiętam, że uchwyt miotełki miał mieć pięć centymetrów średnicy, aby łatwo można było ją uchwycić i trzymać spoconą, mokrą ręką. Takie miotełki przygotowuje się późną wiosną, kiedy świeże łodygi i listki są jeszcze młode, ale już silne. Miotełki używane są do lekkiego biczowania rozgrzanego ciała w łaźni parowej. Dziadek Kuźmienko powiedział mi, że takie biczowanie ma, dzięki namoczonym listkom brzozowym, leczniczy wpływ na odporność ludzkiej skóry na liszaje, odmrożenia i inne kłopoty dermatologiczne. Na Ukrainie używa się też dębowych miotełek, ale na Syberii liściaste drzewa to tylko brzozy, olsze, wierzby i topole. Z nich wszystkich tylko brzoza ma najwięcej cennego garbnika i składników leczniczych. Zapasy miotełek suszy się i odpowiednio przechowuje, przeważnie na strychach, w niezbędnej ilości, aby wystarczyły aż do następnej wiosny. Bezpośrednio przed użyciem suszone miotełki moczy się w ciepłej wodzie, aby nie kruszyły się i zbyt nie drapały skóry. Babka kolegi zajmowała się właśnie przygotowywaniem tych miotełek na potrzeby własne i na późniejsze odsprzedanie ich tym sąsiadom, którym zabraknie. Takim sposobem za popołudniową, uczciwą i wydajną pracę, mając niecałe jedenaście lat, w ciągu trzech dni zarobiłem bardzo potrzebne nam masło.

Czeremchowe lądowanie

Pewnego dnia mnie i Jurka miejscowi koledzy zabrali na „lądowanie”. Nie bardzo wiedzieliśmy, o co chodzi, ale poszliśmy chętnie. Okazało się, że niedaleko Sosnowki, w pobliżu rzeczki, rośnie naturalna aleja czeremchowa. Były to wysokie krzewiaste drzewa, osiągające wysokość od trzech do czterech metrów. Obsypane były pachnącymi, białymi kwiatkami zebranymi w gronka. Kola powiedział, że latem obrodzą smacznymi owocami z pestką. No dobrze, pytamy z Jurkiem:

— Ale gdzie to lądowanie?

— A zaraz będziemy lądować, tylko najpierw trzeba się wdrapać jak można najwyżej.

Otóż, jak wspomniałem, czeremcha niema jednego grubego pnia i konarów, lecz liczne (do kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu z jednego korzenia), długie, elastyczne łodygi-gałęzie, o grubości chłopięcego ramienia. I właśnie na taką gałąź trzeba było się wspiąć o własnych siłach jak można najwyżej, ale tak żeby nie złamać gałęzi. Kola nam to zademonstrował. Wdrapał się na około trzy i pół metra, po czym powoli rozhuśtał gałąź objętą nogami na zewnątrz, aż w pewnym momencie zaczęła się uginać do ziemi. Wtedy opuszczony na dół Kola energicznie odbił się nogami od ziemi. Gałąź powoli wyprostowała się do pionu i znowu opadła z Kolą po przeciwnej stronie i tak na przemian. Ogromnie nam się to spodobało. Kiedy tak się wspinaliśmy, zacząłem się trochę obawiać o Jurka, ale dzięki temu że był on z nas najlżejszy, po paru minutach śmigał najlepiej z całej naszej piątki. Oczywiście każdy „lądował” z osobnego krzewu. Bawiliśmy się tak chyba ze dwie godziny. Żadna gałąź nie złamała się i nikt z nas nie podrapał się.

Pierwszy raz w tajdze

Kiedyś w letnią, pogodną sobotę Sasza zaprosił mnie na pieszą wędrówkę z jego dziadkiem, który chciał udać się do tajgi (z nocowaniem) do swego brata, pracującego z brygadą lesorubów (drwali) przy wyrębie przecinek. Dziadek zgodził się na mój udział, ale pod warunkiem uzyskania zgody mojej Mamy. Oczywiście pierwsze podejście było niepomyślne. Mama zdecydowanie odmówiła. Dopiero przekonujące poparcie ze strony Kuźmienki i jego zapewnienie, że zarówno dziadek-przewodnik, jak i dziadek-drwal to ludzie poważni i godni zaufania swojacy, zresztą też zesłańcy z Ukrainy, spowodowało, że Mama zgodziła się na moją eskapadę do lasu. Zwłaszcza, że dziadek Saszy miał ze sobą tulską dwururkę, bo był doświadczonym myśliwym. Wspierający moją wyprawę dziadek Kuźmienko przy Mamie i Jurku udzielił mi przestrogi, żeby będąc w lesie, nigdy nie zbliżać się do napotkanego padłego zwierzęcia. Obecnie przy ciepłej pogodzie znajdują się tam zazwyczaj roje różnych owadów, które atakując znajdującego się w pobliżu człowieka, mogą przenieść z padliny zarazki bardzo niebezpiecznej choroby, zwanej tutaj sibirskaja jazwa (wrzody syberyjskie). Są to nadzwyczaj trudno gojące się rany, które wyczerpują organizm ludzki i często kończą się nawet zejściem śmiertelnym.

Był to mój pierwszy wypad do głębokiego lasu, do prawdziwej tajgi. Po drodze wielokrotnie zatrzymywaliśmy się, a to na kępie smakowitych borówek, a to znów w gęstwinie malin, które chłonąc łapczywie promienie słoneczne, szybko nabierały słodkiego smaku i cudownego aromatu. W innym miejscu trafiliśmy na polanę grzybów jadalnych, których nazwy nie pamiętam, ale wiem, że nazywano je syrojeszki, czyli surowojadki. Było ich dużo. Zebraliśmy je do wielkiego plecaka, który na swoich plecach niósł dziadek. Plecak był oryginalny, bo wykonany... z kory brzozowej. Bez użycia nici, drutu albo innych metalowych części. Nazywał się kuzow, a więc tak samo, jak skrzynia ciężarowego samochodu. Okazało się, że nadaje się nawet do przenoszenia wody. Był szczelny i lekki. Szelki tego plecaka były również wykonane z dwóch albo trzech warstw kory brzozowej. Dziadek opowiadał, że takie plecaki są bardzo trwałe i wykonuje się je na wiosnę, kiedy dostatecznie gruba kora większych drzew brzozowych jest odpowiednio elastyczna. Są albo szyte młodymi gałązkami brzozowymi lub wąskimi paskami tejże kory brzozowej, albo szczelne klejone... sokiem, a właściwie płynną, rzadką żywicą brzozową. Ta żywica na wiosnę jest bardzo smaczna, trochę słodka i chętnie używana, zwłaszcza przez dzieci, jako zdrowy i orzeźwiający napój. Okazało się, że uformowany w kształt spłaszczonej rury plecak z odpowiednio wykonanym dnem po wymoczeniu w żywicy brzozowej jest przez chwilę „wypiekany” w gorącym wnętrzu pieca piekarskiego, nasadzony na specjalną formę wykonaną z drewna. Tam żywica brzozowa, z jakimś dodatkiem innej żywicy, nabiera właściwości skutecznie, trwale i szczelnie klejących. Oczywiście plecak ma też pokrywę. Jest bardzo lekki, wygodny i praktyczny w użyciu.

W czasie dalszej wędrówki trafiliśmy na rozległą polanę, na której źdźbła trawy wyłaniały się z powierzchni wody. Ten podmokły teren sprawił, że gwałtownie zaatakowały nas chmary komarów i maleńkich, szczególnie wrednych meszek. Dziadek był na to przygotowany. Wyjął z plecaka buteleczkę skipidara, czyli terpentyny — produkowanej tu w lesie sposobem rzemieślniczym przez leśników smolarzy. Następnie z tegoż plecaka wydostał spory kawałek siatki rybackiej o drobnych oczkach. Podzielił ją na trzy części i zmoczył obficie terpentyną. Z ułamanych gałązek wykonał trzy kółka o średnicy trochę większej od ludzkiej głowy. Rozpostarte siatki przymocował trawą do ułożonych na nich kółek i te położył na naszych głowach. Głowy i szyje pod takimi baldachimami były skutecznie chronione przed atakami rozwścieczonych owadów.

Kiedy pod wieczór dotarliśmy do szałasów lesorubów, ci czekali już na nas. Przystąpili do rozpalenia przygotowanego już wcześniej ogniska. Okazało się, że w pobliżu przepływała spora rzeka, którą spławiane były bale ściętego i ociosanego z gałęzi drewna. Na kolację przygotowano oczywiście zupę rybną, czyli uchę. Pamiętam, że była bardzo smaczna. Nie tylko dlatego, że byliśmy naprawdę głodni, ale dzięki licznym wonnym dodatkom pochodzącym wprost z tajgi. Była tam więc i dzika cebula, i jakieś zioła oraz korzenie leśnych roślin, na których gospodarz znał się doskonale. W czasie rybnej kolacji, podczas której po zupie podane były ryby pieczone na ognisku w glinie, drwale pytali z zaciekawieniem o różne nowiny. Mną nie interesowali się specjalnie. Byłem z tego zadowolony, bo dawało mi to okazję do przyglądania się im i wsłuchiwania w rozmowę. Dziadek wyjaśnił krótko, że jestem od piereseleńców, czyli przesiedlonych z Polski.

Dziadek, jak się zorientowałem, niewiele miał do opowiadania, bo w Sosnowce nie było radia, a jedyna okręgowa gazeta nowosybirska docierała pocztą rzadko i z opóźnieniem. Opowiadał więc o miejscowych zdarzeniach i plotkach. Szybko przekonałem się, że drwale nie obawiali się wiadomości o nowym poborze do armii, bo ze względu na swój zawód mieli liczne trwałe i widoczne kontuzje. Jeden z nich nie miał czterech palców u lewej ręki. Inny miał uszkodzony bark. Najmłodszy z nich był pozbawiony ucha, które kiedyś obciął konar zwalanego drzewa cedrowego. Potem przyszedł czas na muzykę. Była więc gitara i bałałajka. Grano liczne rosyjskie i ukraińskie melodie, które niczym niezakłócane, rozbrzmiewały wśród leśnej ciszy. Byłem oczarowany melodiami, dowcipnymi czastuszkami i solowymi występami starego drwala. W przerwie tej muzycznej uczty odezwałem się po rosyjsku i powiedziałem, że z wujkiem Griszą to jesteśmy właściwie krewni. Grisza to był ten drwal pozbawiony ucha. W Rosji jest przyjęte, że wobec braku formy zwracania się per pan albo pani dzieci zwracają się do mężczyzn per diadia, czyli wujek, a do kobiet per tiotia, czyli ciocia. Moje oświadczenie o pokrewieństwie z diadią Griszą wywołało nie lada zdziwienie. Otóż wyjaśniłem, że ojciec mojej Mamy, a więc mój dziadek, nosi nazwisko Bezucha. Wszyscy zaczęli się śmiać i zapytali, czy to prawda i czy oznacza to samo, co po rosyjsku. Potem dziadek-drwal wstał i powiedział do Griszy:

— Uszka wprawdzie nie masz, ale rodzinę masz w Ewropie, gratuluję ci, chłopcze.

Spaliśmy pokotem w leśnym szałasie. Przed szałasem przez całą noc paliło się ognisko, aby odstraszyć ewentualnych niepożądanych czworonogów. Nazajutrz przy pożegnaniu dostaliśmy od drwali po kilkanaście sztuk posolonych i wysuszonych na słońcu ryb, zwanych wobła. Grisza uściskał mnie i przekazał pozdrowienia dla rodziny. W drodze powrotnej spotkaliśmy trzech myśliwych na koniach, którzy polowali na borsuki i białe wiewiórki, zwane tam biełki. Te syberyjskie wiewiórki są nieco większe od europejskich, znanych u nas z parków i lasów, mają znacznie obfitsze futro o pięknym śnieżnobiałym kolorze. Myśliwi mówili, że w zimie trudno je dostrzec na śniegu. Pogawędzili chwilę z dziadkiem, wypalili samoskręty z machorki zawijane w gazetę, i pojechali dalej. Zaraz potem zatrzymali się i podziwiali olbrzymią sosnę cedrową. My natomiast trafiliśmy na skarpę leśnych, dzikich truskawek i uzbieraliśmy ich sporo, jako cenne trofeum z wyprawy. Wycieczka sprawiła mi nie tylko przyjemność, ale wywarła na mnie też wielkie wrażenie. Zobaczyłem, chyba po raz pierwszy w życiu, jak żyją i pracują, a także jak się odżywiają i śpiewają, w lesie zwyczajni, rosyjscy ludzie pracy. Bez bagnetów na karabinach, bez wojskowych mundurów oraz bez poczucia jakiejś bliżej nieokreślonej i nieograniczonej władzy. Zaskoczyło mnie też, że nie pili wódki ani samogonu, czyli bimbru.

Kiedy wróciłem do domu i opowiadałem o wyprawie, Mama zwróciła mi uwagę, że może sprawiłem przykrość Griszy. Ale w końcu uznała, że nie było to żartowanie z cudzego nieszczęścia, tylko zwrócenie uwagi na swego rodzaju autentyczny zbieg okoliczności.

Wędkowanie bez wędki

W szkole skończyły się zajęcia. Mieliśmy więc z bratem więcej czasu na zdobywanie różnymi sposobami pożywienia. Koledzy ze szkoły pokazali nam, jak łowi się ryby na pieremiot, czyli na przerzutkę. Polegało to na tym, że do wbitego na brzegu w ziemię kołka przywiązywało się sznurek długości kilkunastu albo kilkudziesięciu metrów, zależnie od szerokości rzeki. Do sznurka wcześniej należało przywiązać, w odstępie co trzydzieści centymetrów, ćwierćmetrowe przypony, czyli odcinki splecionego włosia z końskiego ogona z umocowanymi na końcu haczykami wędkarskimi. Na drugim końcu sznurka mocowało się cegłę, najlepiej wytoczoną w kształcie dysku z otworem w środku. W odległości około metra od cegły mocowało się pływak z suchej kory sosnowej. Po założeniu robaków lub małych, żywych rybek na haczyki, należało wprawnym, zamaszystym rzutem ceglany dysk umieścić w wodzie, jak najdalej od brzegu rzeki. Wspomniany pływak powodował, że haczyki nie spoczywały na dnie rzeki, lecz unosiły się około pół metra nad nim. Już po kilku minutach, chwytając w palce napięty sznurek w pobliżu kołka, wyczuwało się wyraźne szarpnięcia pojedynczych ryb. Oznaczało to, że należy jeszcze cierpliwie czekać. Dopiero wyraźnie odczuwalne drżenie sznurka wskazywało, że wiele ryb już chwyciło i można przystąpić do energicznego wyciągania przerzutki. Czasami po godzinie takich połowów mieliśmy ponad pół wiaderka ryb różnej wielkości, co stanowiło zadowalający połów na śniadanie dla całej rodziny. Z czasem nasze skromne umiejętności życzliwie poprawiali i uzupełniali starsi wędkarze, którzy mówili nam, w jakiej porze dnia i roku jest najlepsze branie i przy jakiej pogodzie. Kiedy i na które haczyki oraz jak należy nakładać nie robaki, ale żywce, to znaczy małe, żywe rybki.

Moja frapująca ciąża

Wobec tego, że miejscowy sklep, zwany tam Selpo, rodzaj naszej dawnej rodzimej Gminnej Spółdzielni (GS), coraz częściej świecił pustkami, jeszcze boleśniej dokuczał nam brak niektórych podstawowych składników pożywienia.

Był słoneczny wtorek, kiedy przyszedł do mnie szkolny kolega Dima, czyli Dimitrij, i powiedział, że jest bardzo głodny. Nie miałem czym go poczęstować i zgodnie z prawdą powiedziałem, że ja też jestem głodny. Wtedy Dima zaproponował, żebyśmy poszli zabawić się w bieriemiankę, czyli w ciążę. Propozycja była zaskakująca i szokująca. Nie miałem zielonego pojęcia, o co chodzi i jak się to właściwie robi, w końcu miałem dopiero jedenaście lat. Dima stwierdził stanowczo, że idziemy tylko we dwóch, bez mojego młodszego brata i bez jego młodszej siostry Kati. Nie ukrywam, że przeleciała mi przez głowę myśl o jakiejś bliżej nieokreślonej, dotychczas nieznanej i nieuświadomionej inicjacji. On ocenił, że moja koszula nie nadaje się do „ciąży”. Poszedł więc do siebie do domu i po chwili przyniósł, żeby mi pożyczyć, swoją drugą rosyjską rubachę, czyli koszulę ze stojącym kołnierzykiem, przepasywaną mocno na biodrach przepaską. Przebrałem się, ale nadal w strachu — nie wiedziałem bowiem, co to będzie. Wtedy Dima powiedział: „Paszli!”. Poszedłem w ślad za nim na drugi koniec wioski, gdzie stał ambar,