Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 517 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W niebie na agrafce - Iwona Grodzka-Górnik

Jak to możliwe, że nikt nie powiedział Zuzannie prawdy, choć jest już dorosła i samotnie wychowuje małego Łukasza? Jest w szoku, gdy przez przypadek odkrywa, że ukochany tata nie jest jej biologicznym ojcem. Domyśla się, że zdolności plastyczne odziedziczyła po tym prawdziwym – malarzu – który w czasach stanu wojennego przepadł bez wieści. Postanawia go odnaleźć. Jedyny trop prowadzi do Włoch, gdzie Zuzanna trafia na szajkę fałszerzy obrazów. A przy okazji poznaje też swoją wielką miłość… Wciągająca historia rodzinna z tajemnicą i romansem w tle.

Opinie o ebooku W niebie na agrafce - Iwona Grodzka-Górnik

Fragment ebooka W niebie na agrafce - Iwona Grodzka-Górnik

IwonaGrodzka-Górnik

W niebie na agrafce

Fragment

Nie zawsze się traci,

kiedy zostaje się czegoś pozbawionym.

Johann Wolfgang Goethe

Moim rodzicom, siostrze i bratu

za cudownie spędzone razem lata.

Mojemu mężowi – za miłość.

ROZDZIAŁ I

Zuzanna siedziała przed telewizorem wpatrzona w kolejny odcinek ulubionego serialu. Korzystała z nieobecności swojego czteroletniego synka Łukasza, którego zabrała na spacer z psem jej przyjaciółka Olga. Chłopiec i Scooby, trochę ponaddwuletni brązowy labrador, tworzyli parę o energii wściekłego tornada i głośności przekraczającej poziom, jaki może znieść ucho zdrowego człowieka. Czyli kobiety i matki w zamkniętym pomieszczeniu. Dlatego propozycja Olgi była wybawieniem i Zuzanna była jej za nią szczerze wdzięczna.

No i całe szczęście! Spacer to sport, sport to zdrowie, a ona w końcu nie musiała walczyć z hałasem i bić się o pilota z własnym dzieckiem. Gdyby zostali w domu, Zuzanna mogłaby się nie dowiedzieć, w jaki sposób Aurelia odnajdzie ojca, którego nigdy nie znała.

Wenezuelskie seriale! Nie ma w nich za grosz poczucia rzeczywistości, a jednak wciągają jak narkotyk. Zuza z reguły wystrzegała się takich tasiemców, co to w pierwszym odcinku bohater wchodzi, a dopiero w trzydziestym zamyka za sobą drzwi, ale ten serial jej się spodobał. Był po prostu nieco inny. Natknęła się na niego przypadkowo i po dwóch minutach stał się jej ulubionym. A dzisiaj był już ostatni odcinek, więc nareszcie wszystko miało się wyjaśnić.

Nagle słowa Aurelii zagłuszył sygnał telefonu.

– Cicho! Nie teraz! – krzyknęła Zuzanna w kierunku słuchawki. Telefon, niestety, nie chciał milczeć.

– Nikogo nie ma w domu! Później zadzwoń! Jak będą reklamy! – zawołała znów, nie podnosząc się z kanapy. – Słyszysz!?

Najwyraźniej usłyszał, bo zamilkł. Ale na krótko.

– Że też nie dadzą spokojnie obejrzeć! – powiedziała do siebie i podeszła do aparatu, kątem oka zerkając na telewizor. Kto tak brutalnie się do niej dobijał? „MAMA” – przeczytała na wyświetlaczu i odrzuciła połączenie.

Potem oddzwonię – pomyślała i wróciła do oglądania.

Telefon jednak był nieustępliwy. Odezwał się znowu, a Zuzanna zapragnęła wyrzucić go przez okno.

– Mamo, zlituj się! – powiedziała głośno do siebie i odebrała. – Halo!

– Cześć, córeczko! Czemu nie odbierasz? W ogóle nie można się do ciebie dodzwonić.

– Mamuś, oddzwonię za dziesięć minut, dobrze? – Chciała odłożyć słuchawkę, ale nie usłyszała potwierdzenia. Ta cisza ją zaniepokoiła.

– Mamo? Jesteś tam? – zapytała zdziwiona. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że matka mówiła dziwnym tonem. – Słyszysz mnie? Coś się stało?

– Córeczko... – matka odezwała się w końcu zdławionym głosem. – Basia... – dało się słyszeć pochlipywanie – umarła... Pogrzeb pojutrze.

Kiedy Zuzanna odłożyła słuchawkę, miała szkliste oczy. Wyłączyła telewizor i podeszła do dużego okna balkonowego. Jak zahipnotyzowana patrzyła na soczystą zieleń swojego ogrodu i modliła się, aby jego widok zatrzymał to przerażające uczucie. Uczucie, które tak dobrze znała, i o którym wiedziała, że za chwilę nadejdzie. Nic jednak nie mogło jej przed tym uchronić. Obraz za oknem stawał się niewyraźny i chociaż ze wszystkich sił wytężała wzrok, ogród widziała jak przez mgłę.

I stało się! Ból ścisnął jej krtań, a krzyk, którego nie zdołała z siebie wyrzucić, rozsadzał płuca. Nie mogła złapać oddechu. Miała wrażenie, że zaraz straci równowagę. Bezwiednie opadła na kanapę, a po policzkach popłynęły jej strużki łez.

Tak samo czuła się prawie pięć lat temu, gdy w wypadku samochodowym zginął Patryk. Cierpienie. Rozpacz. Ogromna bezsilność. Stało się to tego samego dnia, kiedy powiedziała mu, że spodziewa się dziecka.

Był taki szczęśliwy! Taki dumny! Wziął ją wtedy na ręce, całował i przytulał, i znowu całował... A potem spieszył się, żeby podzielić się tą radością z rodzicami, tylko że... Już do nich nie dojechał. Podczas wyprzedzania jego granatowy ford zderzył się czołowo z nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówką. Patryk zginął na miejscu, a wraz z nim umarły ich wspólne marzenia i plany. I ich ślub!

A teraz ten ból powrócił. Ze zdwojoną siłą.

Basiu! Dlaczego ty? Mój Boże, Basiu! – myśli dudniły w jej głowie jak rozpędzone stado dzikich koni.

Nie! To nie może być prawda! – mówiła do siebie w duchu. – To tylko zły sen! Zuza, błagam, obudź się! Wstań!

Zamknęła oczy. Chciała wierzyć, że kiedy je otworzy, będzie mogła odetchnąć z ulgą. Na próżno.

– O, Boże! – jęknęła i rozpłakała się jak małe dziecko, wyrzucając z siebie gniew, wściekłość i rozgoryczenie. Wtuliła się w po duszkę i długo szlochała.

A potem nastała cisza. Oddech Zuzanny powoli się uspokajał, bicie serca zaczęło wracać do pierwotnego rytmu, ale ból i bezsilność mocno zakotwiczyły w jej duszy.

Wstała, jeszcze raz spojrzała przez okno na ogród i wyszła na taras. Majowy wiatr rozczesywał jej kasztanowe loki i osuszał resztki łez, które jeszcze przed chwilą płynęły z jej dużych, piwnych oczu. Usiadła na schodach, spuściła głowę i ukrywając twarz w dłoniach, przywołała w pamięci uśmiechniętą postać Basi. Trzydziestojednoletniej, niewysokiej dziewczyny o jasnych jak promienie słońca, lekko falujących włosach, łagodnym spojrzeniu i wielkim sercu. Dziewczyny zaledwie trzy lata starszej od niej. Basia nie tylko była najmłodszą siostrą mamy, czyli właściwie ciotką, ale przede wszystkim przyjaciółką. Taką od serca. Najlepszą, jaką można mieć.

To właśnie Basia dała jej największe wsparcie po stracie Patryka. Często dzwoniła, przyjeżdżała. I to za jej namową Zuzanna sprzedała trzypokojowe mieszkanie w Krakowie, wykupiony kiedyś z kwaterunku prezent od rodziców i kupiła ten stary drewniany dom w Arabelinie pod Warszawą, do którego wprowadziła się z półtorarocznym Łukaszkiem. Rodzice na początku nie byli zadowoleni.

– Co ta Baśka nakładła ci do głowy? – pytała rozżalona mama, Pola Kostecka, nauczycielka w szkole podstawowej. – Gdzie ci będzie lepiej niż tu, przy nas? Kto pomoże ci przy dziecku? Grzesiek! – krzyknęła do męża. – Czy mógłbyś przetłumaczyć naszej córce, że to nie jest najlepszy pomysł?

– Kochanie. – Pan Kostecki czule objął żonę. – Ona jest już dorosła i sama powinna podejmować decyzje. A poza tym – dodał – zgadzam się z twoją siostrą, że Zuzia prędzej wróci tam do równowagi. Przecież tutaj każdy skrawek miasta przypomina jej o tym... – nie dokończył, patrząc na nie obie łagodnym, mądrym spojrzeniem.

Potem ojciec Zuzanny, inżynier budowlany, pomógł córce doprowadzić dom w Arabelinie do stanu używalności. Skrzypiącą pod nogami parkietową mozaikę zastąpiono nowymi dębowymi deskami w kolorze ciemnej czekolady. W takim samym stylu wykończono drewniane belki pod sufitem, kuchnia dostała ciemnobrązowe, stylizowane fronty szafek i szuflad, a łazienka nowe kafelki. Naprawiono dach i elewację, pomalowano płot, a Basia, projektantka zieleni, pieczołowicie zaplanowała oraz urządziła ogród wokół domu.

Ogród, który dawał Zuzannie ukojenie. Ogród, który był piękną oazą, jej małym, prywatnym światem, przyjazną przestrzenią dla jej wrażliwości, i wreszcie źródłem estetycznych wzruszeń oraz inspiracją dla jej ogromnej pasji – malarstwa.

Ojciec zawsze odradzał Zuzannie Akademię Sztuk Pięknych, na którą chciała startować zaraz po maturze. Tłumaczył, że nie ma sensu uczyć się tego, co już się poznało. Szkoda na to pięciu lat studiów. Przekonywał, że można być artystą i jednocześnie kształcić się w dziedzinie prawa, medycyny czy zarządzania, i jedno nie musi wykluczać drugiego. Posłuchała go. Ponieważ oprócz malowania lubiła też matematykę i bez problemów rozwiązywała najtrudniejsze zadania, pomyślała, że nauczy się bankowości. Może naiwnie, ale tak właśnie uznała.

– Zuzik, skarbeńku, nie bądź głupia! – mówiła jej wtedy Basia. – Rób tak, jak dyktuje ci serce. Nie sugeruj się tym, co mówią inni. To jasne, że ojciec cię kocha i chce dla ciebie jak najlepiej – tłumaczyła – ale jeśli chodzi o wybór studiów, powinna to być tylko twoja decyzja.

Zuzanna już na pierwszym roku bankowości pożałowała nieprzemyślanego wyboru, ale przeszło jej, kiedy poznała Patryka, który studiował na tym samym wydziale.

A teraz Patryka już nie ma... Basia też mnie zostawiła... – myślała, siedząc skulona na kamiennych schodach tarasu.

– Chcę jechać z tobą, mamusiu! – Synek Zuzanny zeskoczył z kolan Olgi i podbiegł do matki, kiedy ubrana na czarno, w ciemnych okularach, szykowała się do wyjścia.

– Łukaszku, już o tym rozmawialiśmy. – Wzięła go na ręce i mocno przytuliła. – Zostaniesz z ciocią Olgą, a mamusia obiecuje, że postara się szybko wrócić. Dobrze?

– Ale ja chcę! – nie dawał za wygraną.

– Kochanie, a kto będzie się opiekował Scoobym, jak ciebie nie będzie?

Malec przewrócił figlarnie oczami, chwilę się zastanowił i wskazał na siebie pulchnym paluszkiem.

– No, widzisz? – Zuza pogłaskała go po kędzierzawej główce. – Jesteś prawdziwym zuchem.

– Ciocia Basia posła do Nieba jak tatuś? – zapytał niespodziewanie, a Zuzanna znów poczuła ten okropny ucisk w gardle.

– Tak, skarbie – odparła z trudem i przyłożyła policzek do jego małej twarzyczki. – Tak, skarbie – powtórzyła.

– A kiedy Bozia ich wypuści? – pytał chłopczyk, a Zuzannie brakowało słów, którymi mogłaby wytłumaczyć swojemu ciekawemu świata dziecku, dlaczego ten świat jest taki skomplikowany.

– Chodź, Łukaszku, mamusia musi już jechać. – Olga zabrała malca z rąk matki i postawiła go na podłodze. – Daj mamie buzi i zobacz, co robi Scooby.

– Pa, pa, mamo. – Łukasz cmoknął Zuzę w policzek i zniknął w głębi domu.

– Uważaj na siebie, kochaniutka. – Olga uściskała przyjaciółkę – i nie martw się – dodała. – Nie ma tego złego... – Jak zwykle przemawiał przez nią spokój i niesamowity optymizm.

Olga Kordej i jej mąż Filip byli sąsiadami Zuzanny. Na działce za płotem wybudowali duży dom, do którego wprowadzili się mniej więcej pół roku po tym, jak Zuza zamieszkała w swoim.

Filip, trzydziestoletni facet z brzuszkiem, o kręconych ciemnych włosach do ramion, które często nosił spięte w kucyk, był dziennikarzem i komentatorem sportowym w lokalnym radiu. Jego pasją była piłka nożna, w którą często grywał z kolegami, ale brzuszka nie udało mu się pozbyć. Na dużym placu za domem urządził sobie nawet boisko piłkarskie z dwiema bramkami i trawą, którą każdej soboty z fryzjerską namiętnością strzygł kosiarką spalinową. Sam najwyraźniej obawiał się kontaktu z fryzjerem.

Olga, rówieśniczka Zuzanny, bardzo wysoka i szczupła szatynka z zawsze nienaganną, krótką fryzurką, również była dziennikarką. Ona jednak, dla odmiany, pracowała dla gazety „Prawo dla Każdego”, tłumacząc z polskiego na nasze ustawy i rozporządzenia, które w oryginale były zupełnie niepojęte dla zwykłego zjadacza chleba. Trzeba powiedzieć, że miała do tego smykałkę. Aż dziw brał, że nie została prawnikiem: prokuratorem jak jej matka albo sędzią jak ojciec. Najwidoczniej, dzieci nie zawsze idą w ślady rodziców. Zuza wiedziała coś na ten temat. Choć akurat Olga niewątpliwie była genetycznie obciążona miłością do interpretacji kodeksów. A przy tym sama była nad wyraz praworządna. Wkurzający był zwłaszcza jej niekontrolowany odruch, gdy prowadząc samochód, gwałtownie naciskała na hamulec, zobaczywszy znak z ograniczeniem prędkości. Nigdy jednak się nie spóźniała, nie zapominała, była niezwykle sumienna i dokładna. W odróżnieniu od Zuzanny, nie odkładała nic na ostatnią chwilę, nawet walizki miała zawsze spakowane na kilka dni przed wyjazdem. Pedantka w każdym calu. Kurz i brud nie miały najmniejszych szans na zagrzanie miejsca w jej domu, więc w ogóle tam nie zaglądały. Lśniąca jak lustro podłoga od samych drzwi zdawała się wrzeszczeć, aby nikt nie ważył się wejść w butach, bo jej pani znowu będzie ją polerować aż do zdarcia lakieru.

Olga twierdziła, że przyjaciółka mocno przesadza, mówiąc tak o jej podłodze, ale Zuza wiedziała swoje. Musiała też przyznać, że mimo pedanterii i przywiązania do zasad Olga była fajną dziewczyną, lubiącą się zabawić i pożartować. Nigdy też nie odmawiała pomocy, a czasem wręcz się z nią narzucała.

Kordejowie nie mieli jeszcze dzieci, ale Zuzanna czuła, że kiedyś będą wspaniałymi rodzicami.

Poznała ich dzięki swojemu synkowi. Na drugie urodziny Łukasz dostał od dziadka Grześka trzykołowy rowerek. Któregoś dnia poszli go wypróbować. Gdy przechodzili obok domu sąsiadów, chłopiec zaczął wołać:

– Mamo, hau! Tam, mama popa, hau! – krzyczał, tracąc jednocześnie zainteresowanie nową zabawką.

– Gdzie, synku? – zapytała zdziwiona Zuzanna, rozglądając się wokół siebie.

– Tam! Hau! Mamo, tam! – Łukaszek podekscytowany wystawił rączkę w kierunku płotu.

Zdjęła dziecko z rowerka, a ono, podskakując radośnie, natychmiast zaciągnęło ją pod furtkę sąsiadów. Chwytając się rączkami grubych prętów bramy i nie przestając krzyczeć, synek Zuzanny wlepił wzrok w małego, brązowego szczeniaczka. Piesek na widok dziecka ochoczo podbiegł do ogrodzenia i zaczął lizać chłopca po rączce. Zaraz za nim pojawił się jego właściciel.

– A kuku! – powiedział łagodnie do malca. – Któż to mi tu zagląda?

Chłopczyk przestraszony wycofał się na bezpieczną odległość, chwycił się matki i schował za nią, po chwili wystawiając tylko zaciekawioną, kędzierzawą główkę.

– Dzień dobry! – odezwała się Zuzanna. – Przepraszam, trudno go powstrzymać, kiedy coś go zaciekawi. Mieszkamy za tym płotem – dodała po chwili, wskazując swój dom.

– Dzień dobry! Jak miło w końcu poznać sąsiadów – ucieszył się mężczyzna. – Filip Kordej. – Stanął na murku ogrodzenia i wyciągnął do niej rękę.

– Zuza Kostecka. – Uścisnęła jego dłoń. – A to Łukasz, mój mały miłośnik zwierząt. – Uśmiechnęła się, wskazując na synka. Filip przykucnął.

– Cześć, Łukasz. Podoba ci się piesek?

Malec niepewnie pokiwał głową.

– Chciałbyś się z nim pobawić?

Chłopczyk uśmiechnął się i popatrzył na matkę błagalnym wzrokiem.

– Nie chcielibyśmy przeszkadzać.

– Żaden problem. – Mężczyzna podniósł się i otworzył furt kę. – Proszę, wejdźcie.

Łukasz natychmiast podbiegł w stronę szczeniaka i rzucił się obok niego na trawę. Pies obwąchał go i obszczekał, a potem, merdając radośnie ogonem, wskoczył na ręce malca. Był gotowy poddać się wszelkim torturom, aby tylko nowy kumpel chciał się z nim pobawić. I tak zaczęła się ich wielka przyjaźń.

– Jak się wabi? – zapytała Zuzanna.

– Właściwie to jeszcze nie ma imienia – odparł Filip, nie spuszczając wzroku z turlającej się po trawie dwójki. – Mamy go zaledwie kilka dni.

– Mąż dostał go w prezencie od kolegów z pracy – odezwała się młoda kobieta tuż za ich plecami. – Dzień dobry! – Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do Zuzanny. – Nazywam się Olga Kordej.

I takim oto sposobem Zuzanna zyskała nowych znajomych, którzy w niedługim czasie stali się jej serdecznymi przyjaciółmi. Łukaszowi natomiast przypadł w darze dwumiesięczny labrador. Kordejowie, ku wielkiej radości chłopca, zgodnie orzekli, że tacy przyjaciele powinni się trzymać razem.

– Oczywiście, jeśli mamusia się zgodzi.

A cóż biedna mamusia miała do gadania? Troje na jednego, tak? A właściwie to nawet czworo. Widząc radość na twarzy swojego dziecka – a niech tam – zgodziła się. No i pies w końcu przestał być bezimienny. Łukasz nawet nie chciał słuchać żadnych sugestii na ten temat – miał być Scooby i już.

W powietrzu unosiła się woń żałoby: zapach kadzidła, przemieszany z zapachem kwiatów.

Lubieniec, na ogół spokojna mieścinka niedaleko Poznania, położona była w malowniczej oprawie parku krajobrazowego. Od północy otulała ją gęstwina sosnowych lasów, obfitujących w grzyby i jagody, od południa zaś opływała łagodnie wijąca się rzeka Lubica. Tego dnia miasteczko przeżywało prawdziwe oblężenie. Ściągnęło tu mnóstwo ludzi, samochodów i autokarów z różnych zakątków kraju. Nic dziwnego. Basia miała mnóstwo znajomych i przyjaciół. Przyjechali też jej klienci, którym projektowała ogrody. Wydawać się mogło, że pojawili się wszyscy, którzy ją kiedykolwiek znali. A każdy zadawał sobie to samo pytanie: dlaczego odeszła tak wcześnie?

Basia długo nie miała szczęścia do mężczyzn. Kiedy tylko w którymś się zadurzyła, okazywał się złodziejem albo ją zdradzał. Aż w końcu poznała tego jedynego, wymarzonego i wyczekanego. Szybko wzięli ślub i na prośbę matki Basi, Eleonory Blichacz, która czuła się samotnie w dużym pustym domu (kilka lat wcześniej zmarł jej mąż Antoni), zamieszkali razem z nią, zajmując całe, kilkupokojowe piętro.

Paweł Hernik był dobrym, troskliwym mężem i do pełni szczęścia brakowało im tylko dziecka. Basia koniecznie chciała córeczkę.

– Chciałabym, aby była taka jak ty – powiedziała kiedyś do Zuzanny. – Taka kochana i silna.

– Wystarczy, aby była taka jak jej mama: kochana, silna i dobra, cioteczko – odpowiedziała Zuzanna z uśmiechem.

Jakiś czas temu Paweł zadzwonił do Zuzy, ponieważ Basia skarżyła się na częste bóle głowy, miała zawroty i traciła równowagę, ale za żadne skarby nie chciała pójść do lekarza, tłumacząc, że to tylko migrena. Zuza już następnego dnia przyjechała do Lubieńca i zaciągnęła ją do szpitala. Skierowano ją na badania. Tomograf wskazał przyczynę: guz mózgu. Zakwalifikowano ją do operacji.

– Zobaczysz, wszystko będzie dobrze – pocieszała ją Zuza, siedząc przy szpitalnym łóżku. – Tylko musisz zwolnić, bo żyjesz zbyt szybko. Te twoje częste wyjazdy. Więcej cię nie ma w domu, niż jesteś.

– Taką mam pracę, Zuzik, ale już niedługo. Skończę tylko ten ogród pod Koszalinem i robię przerwę. Muszę w końcu postarać się o córeczkę, prawda? – Uśmiechnęła się.

Lekarze twierdzili, że operacja się udała. Basię wypisano do domu, a Zuza wróciła do Arabelina. Niestety, po trzech tygodniach Basia zmarła.

Przed cmentarzem Zuza wypatrywała rodziców. Ojciec obiecał, że zawiezie ją na dworzec. Rozejrzała się. Kościół, ulice, las za cmentarzem, sklep, plac, na którym stał pomnik Małego Powstańca, to wszystko wydawało jej się kiedyś ogromne, a teraz?

Po prostu urosłam – pomyślała.

Chociaż większość swojego życia spędziła w Krakowie, Lubieniec uważała za swoją rodzinną miejscowość. W końcu tutaj przyszła na świat. Ale gdy miała rok, rodzice razem z nią przeprowadzili się do Krakowa. Ojciec dostał tam lepszą pracę i mieszkanie. Do Lubieńca przyjeżdżała rzadko, czasem na wakacje. Basia zabierała ją wtedy na długie wędrówki po kilkuhektarowym gospodarstwie dziadków. Zbierały maliny, chowały się w zbożu, a nawet wyjadały gorące kartofle z parnika przygotowywane przez dziadka dla świń. To były piękne czasy. Dziecięce, beztroskie i pełne głupich pomysłów.

Kiedyś, gdy wszyscy dorośli byli zajęci rwaniem wiśni, przywiązani do drzew jak ekolodzy w Dolinie Rospudy, dziewczynki (Zuza miała wtedy siedem lat), wybrały się do sklepu oddalonego o trzy kilometry. Wzięły ze sobą rower. Nie bardzo mieściły się na nim obie, więc jechały na zmianę. Potem jednak doszły do wniosku, że to bez sensu, zostawiły rower pod drzewem i dalej poszły pieszo. Droga prowadziła przez las. Sprzedawczyni była bardzo zdziwiona, kiedy pochwaliły się, że przyszły same, a one były z siebie bardzo dumne. Z paczką mordoklejek, to znaczy najlepszych w świecie krówek, ochoczo wracały do domu, bawiąc się przy okazji znakomicie, kiedy cukierki sklejały im zęby. W pewnym momencie w lesie pociemniało, korony drzew zaczęły upiornie szumieć, a na niebie pokazały się błyski piorunów. Ależ się wtedy bały!

Na szczęście ojciec i dziadek Zuzy w porę zorientowali się, że dziewczynki przepadły. Wzięli bryczkę zaprzężoną w dwa konie, psa i wyruszyli na poszukiwanie. Przestraszyli się, bo najpierw znaleźli rowerek pod drzewem, a potem sprzedawczyni powiedziała, że dzieci były w sklepie. Ojciec zostawił dziadka z końmi i pobiegł z psem do lasu, przypuszczając, że dzieci zboczyły z głównej drogi. Nie mylił się. Szybko znalazł ścieżkę utworzoną z papierków po mordoklejkach i tak do nich trafił.

Zuza mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienie tamtego wydarzenia.

*

– Przepraszam, pani Zuzanna? – usłyszała nagle.

– Tak? – Odwróciła się zaskoczona. Przed nią stał nieznajomy mężczyzna. Był od niej dużo wyższy, mógł mieć około pięćdziesięciu lat, ubrany był w ciemny garnitur. Miał siwiejącą już brodę, a na głowie czarny kapelusz.

– Pani Zuzanna Blichacz, zgadłem? – zapytał, przenikliwie wpatrując się w jej oczy. – Przepraszam, że się ośmielam... Widziałem panią z Polą. To pani matka, prawda?

– Moja mama od dawna nie nosi już tego nazwiska – wyjaśniła, choć sama nie wiedziała dlaczego. – Ja też nie.

– Ale jest pani jej córką?

– Owszem... – odpowiedziała niepewnie. – A pan jest...?

– Nazywam się Zygmunt Salke. – Zdjął kapelusz i lekko skłonił głowę. – Bardzo mi przykro z powodu śmierci Basi. To wielka strata. Proszę przyjąć moje kondolencje.

– Dziękuję – westchnęła zasmucona. – Znał ją pan?

– Pamiętam Basię jako malutką, szczebioczącą dziewczynkę. Dawno to już było... – Zamyślił się. – Nie mogła mieć więcej niż trzy lata, kiedy widziałem ją ostatni raz z pani mamą na spacerze. A pani była wtedy jeszcze w brzuszku. – Uśmiechnął się lekko.

– Wnioskuję zatem, że jest pan znajomym mojej mamy.

– Raczej pani ojca. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Wiele lat temu.

– Pokłóciliście się? – zaciekawiła się Zuzanna.

– Nic z tych rzeczy – sprostował. – Po prostu... Jak to w życiu bywa, nasze drogi się rozeszły. Nie widziałem go całe wieki.

– W takim razie, jeśli poczeka pan ze mną, będzie miał pan okazję się z nim spotkać. Właśnie na niego czekam.

– Obawiam się, droga pani... – zamilkł na chwilę, patrząc na nią uważnie – że go tu jednak nie ma.

– Ależ zapewniam pana, że jest – zaprotestowała. – Za chwilę tu będzie.

– Ech... – westchnął Salke. – No, cóż, pora na mnie. Cieszę się, że panią poznałem. – Dotknął ręką kapelusza. – Jest pani nawet trochę do niego podobna. Ma pani jego oczy. Do widzenia. – Odwrócił się i odszedł.

– Przepraszam! – krzyknęła za nim Zuza. – Halo! Proszę pana!

Ale Salke zniknął w tłumie.

– Co za dziwny gość – powiedziała do siebie.

Po chwili stanął przy niej Grzegorz Kostecki.

– Hej, skowronku. – Przytulił ją i jak zwykle pogładził po policzku. – To co? Mam cię odwieźć na dworzec czy może jednak zostaniesz do jutra? Twoim siostrom nie udało się przyjechać z Londynu, więc chociaż ty byś trochę posiedziała z mamą.

– Bardzo bym chciała, tatusiu. – Zuza miała zmartwioną minę. – Ale powiedziałam Łukaszkowi, że dzisiaj wrócę do domu. Nie chciałabym, aby czuł się zawiedziony. Rozmawiałam przed chwilą z mamą i obiecałam, że niedługo was odwiedzę. Przepraszam, ale dziś nie mogę zostać.

– Oczywiście, córeczko. – Wziął ją za rękę i poprowadził do samochodu. – A co słychać u mojego wnuka?

Przez całą drogę rozmawiali. Trochę o Łukaszu, dużo o Basi. Wspominali wakacje w Lubieńcu i przygodę z mordoklejkami w lesie.

– Zapomniałabym, masz pozdrowienia od Zygmunta Salkego. – Przypomniał jej się mężczyzna, który zaczepił ją przed cmentarzem.

– Dziękuję. A kto to?

– Nie znasz go? – Zuza spojrzała na ojca zdziwiona. – Salke.

– Nazwisko dość charakterystyczne – odparł. – Raczej bym je pamiętał. Na pewno nic nie przekręciłaś?

Zuza poczuła się dziwnie.

Na pewno – pomyślała. – Bardzo na pewno.

Z jednej strony chciała opowiedzieć ojcu o tajemniczym mężczyźnie, który podawał się za jego dawnego przyjaciela, z drugiej jednak... Dzisiaj, gdy na zawsze pożegnała Basię, nie chciała myśleć o niczym innym. Poza tym za chwilę miała pociąg do Warszawy.

– Nieważne. – Machnęła ręką. – Może i coś przekręciłam. Tam było tyle ludzi...

Na dworcu Zuza mocno wtuliła się w ojca.

– Wiesz... Dzisiaj ktoś w końcu powiedział, że jestem do ciebie podobna.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

ROZDZIAŁ II

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ III

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IV

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ V

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VIII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IX

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ X

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIV

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XV

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVIII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIX

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XX

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXIII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XXIV

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Wydawca

Agata Pieniążek

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Dominika Cieśla-Szymańska

Redakcja techniczna

Małgorzata Juźwik

Korekta

Anna  Zawadzka

Elżbieta  Jaroszuk

Copyright © by Iwona Grodzka-Górnik 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-273-0127-7

Nr 90452897

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl