Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 611 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W mroku nocy - Dean Koontz

Christopher Snow urodził się z rzadką wadą genetyczną - musi unikać światła. Wychodzi z domu tylko nocą i wędruje po okolicy ze swoim psem Orsonem. Podczas tych wędrówek natrafia na ślad mrocznej tajemnicy, którą kryje spokojne miasteczko Moonlight Bay. Mały Jimmy zostaje porwany i uwięziony w Forcie Wyvern, gdzie niegdyś prowadzono eksperymenty genetyczne. Rozpoczyna się dramatyczny wyścig z czasem o życie chłopca... i losy całego świata.

Opinie o ebooku W mroku nocy - Dean Koontz

Fragment ebooka W mroku nocy - Dean Koontz

O książce

Christopher Snow, z powodu choroby zmuszony do życia w mroku, nie boi się ciemności. Podczas jednej ze swoich nocnych wędrówek, prowadzony przez Orsona – psa wykazującego się inteligencją nieprawdopodobną u czworonoga – trafia do Fortu Wyvern. W tym położonym na uboczu, otoczonym tajemnicą miejscu niegdyś prowadzono eksperymenty genetyczne. Christopher domyśla się, że badań nie zaprzestano, a zaginione dzieci wciąż żyją i są przetrzymywane w bazie wojskowej.

Policji nie może ufać, więc w misji ratunkowej pomaga mu jego dziewczyna, Sasha, przyjaciele oraz… pewien kot.

Wydanie elektroniczne

DEAN KOONTZ

Jeden z najpopularniejszych współczesnych autorów amerykańskich, legitymujący się imponującą liczbą 450 milionów sprzedanych egzemplarzy książek. Karierę literacką rozpoczął w wieku 20 lat, startując w konkursie na opowiadanie zorganizowanym przez „Atlantic Monthly”. Po ukończeniu studiów pracował jako nauczyciel, jednocześnie sporo publikował, głównie science fiction i horrory. Należy do pisarzy niezwykle płodnych: jego dorobek to kilkadziesiąt powieści oraz liczne opowiadania wydane pod własnym nazwiskiem i paroma pseudonimami. Do najpopularniejszych powieści Koontza należą: Opiekunowie, Intensywność, Przepowiednia, Odd Thomas, Dobry zabójca, Prędkość, Mąż, Recenzja, Bez tchu, Co wie noc, Dom śmierci, Apokalipsa Odda. Wiele z nich zostało przeniesionych na ekran telewizyjny lub kinowy.

www.deankoontz.com

Tego autora

TRZYNASTU APOSTOŁÓWAPOKALIPSAPRZEPOWIEDNIAPRĘDKOŚĆINWAZJAINTENSYWNOŚĆNIEZNAJOMIMĄŻOCALONANIEZNISZCZALNYDOBRY ZABÓJCAPÓŁNOCOSZUKAĆ STRACHOCZY CIEMNOŚCIANIOŁ STRÓŻTWOJE SERCE NALEŻY DO MNIEMASKAMROCZNE POPOŁUDNIEZŁE MIEJSCESMOCZE ŁZYRECENZJAOPIEKUNOWIEBEZ TCHUDOM ŚMIERCICO WIE NOCW MROKU NOCYNIEWINNOŚĆKĄTEM OKAW ŚWIETLE KSIĘŻYCAKLUCZ DO PÓŁNOCYPIECZARA GROMÓW

Odd Thomas

ODD THOMASDAR WIDZENIABRACISZEK ODDKILKA GODZIN PRZED ŚWITEM

Tytuł oryginału:

SEIZE THE NIGHT

Copyright © Dean Koontz 1999

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Janusz Ochab 2014

Korekta: Jolanta Rososińska

Zdjęcie na okładce: Anton Gvozdikov/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-073-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego.

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Tę drugą przygodę Christophera Snowa dedykujęRichardowi Aprahamianowi i Richardowi Hellerowi,którzy przynoszą chwałę wymiarowi sprawiedliwościi którzy jak dotąd uchronili mnieprzed więzieniem!

Przyjaźń jest drogocenna nie tylko w mroku życia, ale i w jego pełnym blasku. A dzięki pomyślnemu układowi rzeczy większa część naszego życia toczy się w blasku.

Thomas Jefferson

Najpierw

Nazywam się Christopher Snow. Przedstawiona tu relacja to część mojego prywatnego dziennika. Skoro ją czytacie, to prawdopodobnie już nie żyję. Jeśli jednak nadal chodzę po ziemi, to z powodu tego właśnie opisu jestem — albo wkrótce będę — jednym z najsłynniejszych ludzi na naszej planecie. Jeśli nikt i nigdy nie przeczyta tych słów, to stanie się tak dlatego, że świat w znanej nam postaci przestanie istnieć, a cywilizacja ludzka zginie w otchłani zapomnienia. Nie jestem bardziej próżny niż większość ludzi i nad ogólne uznanie i sławę przedkładam spokój anonimowości. Niemniej jednak, jeśli będę musiał dokonać wyboru pomiędzy Armagedonem i sławą, zdecyduję się na to drugie.

CZĘŚĆ PIERWSZAZaginieni chłopcy

1

W innych miejscach na ziemi ciemność po prostu zapada, lecz w Moonlight Bay podkrada się do nas bezszelestnie niczym wielka szafirowa fala liżąca piasek plaży. O świcie noc cofa się przez Pacyfik ku odległej Azji, czyni to jednak powoli i niechętnie, pozostawiając plamy głębokiej czerni w alejkach parkowych, pod samochodami, wokół studzienek kanalizacyjnych i pod baldachimami z liści starych dębów.

Tybetańczycy wierzą, że pewne tajemnicze sanktuarium ukryte w Himalajach jest domem i kolebką wszystkich wiatrów, miejscem, gdzie rodzi się najlżejsza bryza i najstraszniejsze tornado. Jeśli noc także ma swój dom, to bez wątpienia jest nim nasze miasto.

Jedenastego kwietnia, kiedy podczas swej wędrówki na zachód noc przechodziła przez Moonlight Bay, zabrała ze sobą pięcioletniego chłopca — Jimmy’ego Winga.

Około północy jeździłem na rowerze, przemierzając zadbane uliczki dzielnicy mieszkaniowej położonej na niewysokich wzgórzach w pobliżu Ashdon College, gdzie niegdyś wykładali moi nieżyjący już rodzice. Przedtem byłem jeszcze na plaży, ale drobne leniwe fale nie nadawały się zupełnie do surfowania, toteż nie próbowałem nawet wkładać kombinezonu i wyciągać deski. Orson, wielki labrador o kruczoczarnej sierści, truchtał obok mnie.

Tej nocy nie wyszliśmy z domu na poszukiwanie przygód, chcieliśmy po prostu zaczerpnąć świeżego powietrza i trochę się poruszać. Często prześladuje nas obu nieokreślony niepokój, który zmusza do wyjścia na zewnątrz i wędrowania ciemnymi ulicami miasta.

Zresztą tylko głupiec albo szaleniec z własnej woli szukałby przygód w malowniczym Moonlight Bay, które jest jedną z najspokojniejszych i jednocześnie jedną z najbardziej niebezpiecznych społeczności na naszej planecie. Wystarczy, że postoicie przez chwilę w jednym miejscu, a przygoda waszego życia znajdzie was sama.

Lilly Wing mieszka przy ulicy porośniętej wielkimi sosnami, wydzielającymi intensywny zapach. W ciemnościach, których nie rozprasza tutaj ani jedna latarnia, pnie i pokrzywione gałęzie drzew były czarne jak smoła. Jedynie w kilku miejscach blask księżyca przebijał się z trudem między rozłożystymi gałęziami i srebrzył chropowatą korę.

Zauważyłem ją dopiero wtedy, gdy między drzewami pojawił się żółty blask. Snop światła rzucany przez niewielką latarkę przesuwał się niczym wahadło po chodniku i wycinał z mroku chwiejne cienie drzew. Wołała syna po imieniu, starała się robić to jak najgłośniej, ale strach i rozpacz odbierały jej głos, wprawiały go w drżenie, zamieniając „Jimmy” w sześciosylabowe słowo.

Ponieważ o tej porze nie jeździły żadne pojazdy, jechałem środkiem ulicy, a Orson biegł równolegle do mojego roweru; byliśmy władcami drogi. Zatrzymaliśmy się przy krawężniku.

Kiedy Lilly wyszła spomiędzy drzew, zawołałem do niej:

— Co się stało, Borsuczku?

Nazywałem ją tym czułym przezwiskiem od dwunastu lat, od czasu, kiedy oboje byliśmy szesnastolatkami. W owym czasie Lilly nosiła nazwisko Travis, kochaliśmy się i wierzyliśmy, że resztę życia spędzimy razem. Na długiej liście naszych wspólnych upodobań i pasji miejsce szczególne zajmowała książka Kennetha Grahame’a O czym szumią wierzby, której bohater, mądry i odważny Borsuk, był nieugiętym obrońcą wszystkich dobrych zwierząt z Dzikiego Lasu. „W tej krainie każdy z moich przyjaciół może chodzić tam, gdzie zechce — obiecał Borsuk Kretowi — a jeśli ktoś mu przeszkodzi, będzie miał ze mną do czynienia!”. Podobnie wszyscy ci, którzy dręczyli mnie z powodu mej nietypowej ułomności, nazywali mnie „wampirem” ze względu na to, że od urodzenia nie tolerowałem światła, ci nastoletni psychopaci, którzy chcieli torturować mnie pięściami i blaskiem latarek, ci, którzy drwili i wyśmiewali się ze mnie za moimi plecami, jakbym sam wybrał sobie życie z xeroderma pigmentosum — wszyscy oni musieli najpierw stawić czoło Lilly, która reagowała na każdy przejaw dyskryminacji słusznym gniewem. Jako mały chłopiec z konieczności nauczyłem się walczyć i nim poznałem Lilly, potrafiłem już sam dochodzić swoich praw; niemniej jednak Lilly mocno nalegała, by mogła stanąć u mojego boku i bronić mnie tak dzielnie, jak szlachetny Borsuk zawsze bronił swego przyjaciela Kreta.

Choć jest dość drobna, kryje się w niej wielka siła. Ma tylko pięć stóp i cztery cale wzrostu, zawsze jednak wydaje się, że góruje nad przeciwnikiem. Potrafi być przerażająca, gwałtowna i niepohamowana, ale jest też człowiekiem wielkiej dobroci i bardzo atrakcyjną kobietą.

Tej nocy jednak uleciał gdzieś jej naturalny wdzięk, a przerażenie wykrzywiło twarz w nienaturalnym grymasie. Kiedy zawołałem, odwróciła się gwałtownie w moją stronę. W szerokich dżinsach i rozpiętej koszuli wyglądała jak strach na wróble, ożywiony jakimś cudownym sposobem, zdumiony i przerażony tą przemianą, zmagający się z krępującym go drewnianym krzyżem.

Skierowała światło latarki na moją twarz, jednak rozpoznawszy mnie, natychmiast przesunęła je na ziemię.

— Co się stało? — spytałem ponownie i zsiadłem z roweru.

— Jimmy zniknął.

— Uciekł?

— Nie. — Odwróciła się ode mnie i ruszyła w stronę domu. — Tędy, chodź, sam zobacz.

Posiadłość Lilly otoczona jest białym drewnianym płotem, wykonanym przez nią własnoręcznie. Bramkę tworzą dwa krzewy, wyhodowane i przycięte w ten sposób, by układały się w żywy, szeroki baldachim. Do skromnego domku prowadzi chodnik ułożony z kolorowych kamieni, tworzących skomplikowany wzór. Lilly sama zaprojektowała i ułożyła tę ścieżkę, nauczywszy się tego z kilku książek.

Drzwi frontowe stały otworem. Za nimi dostrzegłem rzęsiście oświetlone pokoje.

Zamiast zaprosić mnie i Orsona do wnętrza, Lilly zeszła z chodnika i szybko przecięliśmy trawnik. Kiedy prowadziłem rower po krótko przyciętej trawie, terkot łożysk był najgłośniejszym dźwiękiem, jaki zakłócał ciszę nocy. Przeszliśmy na północną stronę domu.

Łóżko w sypialni było rozłożone. Wewnątrz świeciła się tylko jedna lampka, rzucając na ściany bursztynowy blask i miodowe cienie przesączone przez składany żółty abażur. Po lewej stronie łóżka ciągnęły się półki na książki, na których ustawiono szereg figurek z Gwiezdnych wojen. Zimny przeciąg poruszał białą zasłoną, trzepotała niepewnie niczym duch, który jeszcze nie chce opuścić tego świata.

— Myślałam, że okno jest zamknięte na zatrzask, ale widocznie nie było — powiedziała Lilly, a teraz w jej głosie pobrzmiewały nutki wściekłości. — Ktoś je otworzył, jakiś sukinsyn, i zabrał Jimmy’ego.

— Może nie jest tak źle.

— Jakiś chory dupek — upierała się Lilly.

Światło latarki zadrżało, a Lilly skierowała je na grządkę z kwiatami, starając się opanować drżenie dłoni.

— Nie mam pieniędzy — powiedziała cicho.

— Pieniędzy?

— Żeby zapłacić okup. Nie jestem bogata. Nikt nie porwałby Jimmy’ego dla okupu. To coś gorszego.

Klomb przesłonięty pierzastymi płatkami białych kwiatów, które w sztucznym blasku latarki lśniły jak lód, został podeptany przez nieznanego napastnika. Ślady stóp odcisnęły się w zgniecionych liściach i wilgotnej, miękkiej ziemi. Nie były to ślady dziecka, lecz dorosłego człowieka w sportowych butach. Sądząc po rozmiarach i głębokości wgniecenia, musiał to być ktoś duży i ciężki, najprawdopodobniej mężczyzna.

Dopiero teraz zauważyłem, że Lilly jest bosa.

— Nie mogłam zasnąć, oglądałam telewizję, jakiś głupi film — wyszeptała tonem samooskarżenia, jakby wierzyła, że mogła przewidzieć tę sytuację i ocalić Jimmy’ego.

Orson wepchnął się pomiędzy nas, by powąchać zdeptany klomb.

— Niczego nie słyszałam — mówiła dalej Lilly. — Jimmy nawet nie krzyknął, ale miałam takie dziwne przeczucie…

Jej szlachetna uroda, piękno czyste i głębokie jak odbicie wieczności, zostało teraz zniszczone przez strach, porysowane ostrymi liniami gniewu, pod którym kryła się rozpacz. Gdyby nie przekorna nadzieja, zapewne całkiem by się załamała. Choć widziałem ją tylko w rozproszonym blasku bijącym od latarki, nie mogłem znieść widoku bólu malującego się na jej twarzy.

— Wszystko będzie w porządku — oświadczyłem, wstydząc się swego kłamstwa.

— Zadzwoniłam na policję — powiedziała. — Powinni tu być lada moment. Gdzie oni są, do diabła?

Osobiste doświadczenia nauczyły mnie już, że nie można ufać policjantom z Moonlight Bay. Są skorumpowani. I nie chodzi tutaj tylko o zepsucie moralne, przyjmowanie łapówek i żądzę władzy; to zjawisko ma głębsze i przerażające korzenie.

Ciszy nocy nie rozdzierało wycie policyjnych syren, ale ja wcale nie spodziewałem się ich usłyszeć. W naszym dziwnym mieście policja działa z daleko posuniętą dyskrecją, nie używa nawet cichego sygnału świateł alarmowych, ponieważ często przyjeżdża nie po to, by odszukać sprawcę i doprowadzić go przed oblicze sprawiedliwości, lecz by zatrzeć ślady zbrodni i uciszyć jej ofiarę.

— On ma tylko pięć lat, pięć lat — powtarzała Lilly płaczliwie. — Chris, a jeśli porwał go ten facet, o którym mówili w wiadomościach?

— Jaki facet?

— Seryjny zabójca. Ten, który… pali dzieci.

— Przecież on tutaj nie działa.

— W całym kraju. Co kilka miesięcy. Pali żywcem grupki małych dzieci. Dlaczego to nie miałby być właśnie on?

— Bo nie jest — uciąłem krótko. — To ktoś inny.

Odwróciła się od okna i zaczęła przeszukiwać podwórze, jakby miała nadzieję, że odnajdzie swego rozczochranego i zaspanego synka pomiędzy suchymi liśćmi i kawałkami kory, które zaścielały ziemię pod rzędem drzew eukaliptusowych.

Orson pochwycił jakiś podejrzany zapach, warknął cicho i odsunął się od klombu z kwiatami. Spojrzał na parapet okienny, wciągnął powietrze, znów przyłożył nos do ziemi i po chwili wahania skierował się na tyły budynku.

— Znalazł coś — powiedziałem.

Lilly odwróciła się do mnie.

— Co?

— Jakiś ślad.

Orson poruszał się coraz pewniej i po chwili zaczął truchtać.

— Borsuczku — poprosiłem — nie mów im, że Orson i ja byliśmy tutaj.

Strach ścisnął jej gardło tak mocno, że nie mogła wydobyć z siebie nic oprócz szeptu.

— Nie mówić komu?

— Policji.

— Dlaczego?

— Wrócę tu. Wytłumaczę ci. Przysięgam, że znajdę Jimmy’ego. Przysięgam.

Mogłem dotrzymać dwóch pierwszych obietnic. Trzecia była jednak jedynie wyrazem moich pobożnych życzeń i wypowiedziałem ją tylko po to, by dać Lilly odrobinę nadziei.

W rzeczywistości w tej samej chwili, kiedy pchałem rower przez trawnik i goniłem mojego niezwykłego psa, byłem przekonany, że Jimmy Wing przepadł na zawsze. Przypuszczałem, że uda mi się co najwyżej odnaleźć zwłoki chłopca, a przy odrobinie szczęścia i człowieka, który go zamordował.