W mrokach niepamięci - Rita Herron - ebook
Opis

Dylan Acevedo, agent federalny, staje przed trudnym wyzwaniem. Musi rozwikłać tajemnicę seryjnych zabójstw w indiańskim rezerwacie. Jednak jeszcze trudniejsze okazuje się dla niego spotkanie z Aspen Meadows. Kiedyś spędził z nią romantyczny tydzień w Vegas – teraz musi ją chronić przed psychopatycznym mordercą. W dodatku Aspen cierpi na amnezję, nie pamięta ani Dylana, ani morderstwa, którego była świadkiem...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rita ‌Herron

W mrokach niepamięci

TłumaczyłaMałgorzata Fabianowska

Tytuł oryginału: ‌Collecting ‌Evidence

Pierwsze wydanie: Harlequin ‌Books, 2009

Redaktor serii: ‌Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: ‌Władysław Ordęga

Korekta: Małgorzata ‌Narewska, Władysław Ordęga

2009 by ‌Rita B. Herron

for ‌the ‌Polish ‌edition by ‌Arlekin ‌– ‌Wydawnictwo Harlequin ‌Enterprises sp. z o. o., ‌Warszawa ‌2011

Wszystkie ‌prawa zastrzeżone, łącznie ‌z prawem reprodukcji części lub ‌całości ‌dzieła ‌w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze ‌zostało opublikowane ‌w porozumieniu z Harlequin Enterprises II ‌B. ‌V.

Wszystkie postacie ‌w tej ‌książce są ‌fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do ‌osób rzeczywistych – ‌żywych lub umarłych ‌– jest całkowicie ‌przypadkowe.

Znak firmowy ‌Wydawnictwa Harlequini ‌znak serii Harlequin Romans ‌& Sensacja są ‌zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo ‌Harlequin Enterprises sp. z o. ‌o. 00-975 Warszawa, ul. ‌Starościńska 1B lokal 24-25

Skład ‌i łamanie: COMPTEXTO, Warszawa

ISBN ‌978-83-238-8094-3

Konwersja do formatu ‌EPUB: Virtualo ‌Sp. z o.o.virtualo.eu

OSOBY

Aspen ‌Meadows– ‌cierpi ‌na ‌amnezję. ‌Nie znając swojej przeszłości, ‌nie wie, dlaczego ktoś ‌chce ‌ją ‌zabić.

Dylan ‌Acevedo– ‌z determinacją ‌tropi zabójców zaprzyjaźnionej ‌z nim ‌agentki FBI, ‌uważając przy tym, ‌że kluczem ‌do rozwikłania zagadki jest ‌Aspen. ‌Czy utracona pamięć ‌Aspen skrywa tajemnicę, której ‌mu nie ‌wyjawiła, a która dotyczy jej ‌dziecka?

Jack– ‌synek Aspen. Kim jest ‌ojciec chłopca i czy ma coś wspólnego z prześladowcą Aspen?

Boyd Perkins – czy ten płatny zabójca próbuje zamordować Aspen, ponieważ widziała, jak pozbywał się ciała agentki FBI Julie Grainger?

Sherman Watts – Indianin z plemienia Ute. Czy pomaga Perkinsowi ukrywać się na terenie rezerwatu?

Kurt Lightfoot – filar społeczności Ute, który pragnie zdobyć Aspen. Czy działając na rzecz rezerwatu, łamie prawo? Czy próbował zabić Aspen, gdyż odrzuciła jego względy?

Frank Turnbull – Dylan był przekonany, że pozbył się seryjnego mordercy kobiet Ute raz na zawsze. Czy Turnbull rzeczywiście zginął, czy jednak udało mu się zbiec i powrócił, pałając chęcią zemsty?

SallyAnnMcCobb – pisała listy miłosne doodsiadującego karę Turnbulla. Czy pomogła mu w ucieczce?

Larry Gerome Sawyer – seryjny morderca, który zaprzyjaźnił się z Turnbullem w więzieniu. Czy to jego ciało znaleziono na miejscu wypadku?

Ulysses – czy podszywa się pod Turnbulla?

PROLOG

Agent specjalny FBI Dylan Acevedo przyłożył nóż do grubej szyi Franka Turnbulla.

– No dalej, zabij mnie – wycharczał zbrodniarz.

Dylan uśmiechnął się przerażająco, gdy na skórze pojawiła się kropla krwi. Powinien to zrobić. Facet zasługiwał na śmierć.

Te wszystkie młode kobiety brutalnie pozbawione życia, te ciała z poderżniętymi gardłami porzucone na pustyni i wsiąkająca w ziemię krew, która miała zwabić dzikie zwierzęta…

Wszystkie były rdzennymi Amerykankami. Zginęły z rąk seryjnego zabójcy. Zginęły, bo obłąkany umysł musiał zaspokoić swe chore żądze.

Dylan spojrzał na nóż. Należał do Turnbulla. To nim podrzynał kobietom gardła.

I w ten sam sposób powinien umrzeć, z gardłem rozpłatanym obrzędowym nożem plemienia Ute o ostrzu z białego kwarcu i z trzonkiem z cedru kanadyjskiego. Takim nożem Indianie Ute przecinali pępowiny noworodkom lub ścinali zioła używane podczas plemiennych obrzędów.

Turnbull, jak każdy seryjny morderca, zostawiał przy ciałach ofiar swoistą wizytówkę. W jego przypadku był to kawałek kory trafionego piorunem drzewa. Wybór takiej wizytówki był doskonale przemyślany, wiązał się bowiem w specyficzny sposób z plemieniem Ute, którego członkowie czuli wręcz religijny lęk przed dotykaniem takiego drzewa. Wierzyli, że sprowadzi to na nich śmierć od pioruna.

W zapuchniętych oczach Turnbulla groźba mieszała się z wyzwaniem. Milczącym wyzwaniem rzuconym agentowi specjalnemu FBI, by zakosztował rozkoszy zabijania.

Dylan zacisnął szczęki. Chciał zobaczyć w oczach mordercy strach. Chciał usłyszeć jego krzyk i błaganie o życie.

Zamiast tego usłyszał śmiech, czy raczej okropny, niski charkot, który przeszył noc niczym pomruk drapieżnika szykującego się do zatopienia kłów w upolowanej ofierze.

– Jesteś taki jak ja – wychrypiał Turnbull. – Widzę w twoich oczach zło.

Dylan mocniej zacisnął palce na rękojeści noża. W tej chwili rzeczywiście marzył, by uśmiercić wielokrotnego mordercę, tyle że to ekstremalne pragnienie wynikało nie ze zwyrodnienia duszy, lecz z chęci zemsty i poczucia sprawiedliwości.

Nagle gdzieś za nim rozległ się głos brata:

– Nie rób tego…

W porównaniu z nim Miguel był chodzącą świętością. Jako chłopiec służył do mszy, podczas gdy Dylan nieustannie sprawiał kłopoty.

Dawniej nie umieli się dogadać, ale z czasem wytworzyła się między nimi silna więź. Nauczyli się też szacunku dla swojej odmienności, bez czego owa więź nie byłaby tak trwała. Miguel był ekspertem kryminalistycznym, wnikliwym badaczem, naukowcem, natomiast Dylan człowiekiem czynu, niestrudzonym agentem realizującym się w akcjach. Często współpracowali, polegając wzajemnie na swoim doświadczeniu.

Miguel zbliżał się, brat słyszał jego kroki w nocnej ciszy.

– Daj spokój, Dylan. Dorwaliśmy go i powinien zapłacić za to, co zrobił. Stanąć twarzą w twarz z rodzinami tych dziewczyn.

Dylanowi zadrżała dłoń, gdy ponownie spojrzał w oczy potwora. Teraz zobaczył w nich strach. Turnbull wolał natychmiastową śmierć z jego ręki niż konfrontację z bliskimi swoich ofiar.

Miguel miał rację. Konieczność spojrzenia w pełne bólu oczy ojców i matek zamordowanych kobiet będzie największą karą.

Opuścił rękę, drasnąwszy przy tym skórę Turnbulla, i dał znać Miguelowi, by skuł drania.

Kilkanaście godzin później, po złożeniu raportu i po konferencji prasowej, na której ogłoszono aresztowanie seryjnego mordercy kobiet z plemienia Ute, Dylan wszedł do baru w Vegas. Pragnął rozładować wściekłość i alkoholem wymazać z pamięci obrazy dziewczyn, których nie był w stanie ocalić.

Tak jak nie ocalił swojej piętnastoletniej siostry Teresy, zabitej w ulicznej strzelaninie między gangami.

Nagle wyrosła przed nim najbardziej zmysłowa istota, jaką widział w życiu. Sięgające talii długie czarne włosy kołysały się zalotnie w rytm kroków. W spojrzeniu ciemnych, czekoladowych oczu krył się podziw.

Należała do plemienia Ute. Pasowała do profilu ofiar Turnbulla, mogłaby być numerem jedenastym na jego liście, a jednak stała przed Dylanem żywa i radosna z promiennym uśmiechem na ślicznej twarzy.

– Agencie Acevedo – powiedziała miękko z ledwie słyszalnym akcentem zdradzającym jej pochodzenie. – Widziałam pana w wiadomościach. Dziękuję za aresztowanie tego mordercy.

Dylan wzruszył ramionami.

– Żałuję, że nie dorwaliśmy go wcześniej.

W mądrym, współczującym spojrzeniu Indianki kryło się tak wiele zmysłowości, że przeszył go nagły dreszcz pożądania.

Był zahipnotyzowany jej urodą. Zapragnął, by ta kobieta znalazła się w jego łóżku i pomogła ugasić płomień oraz gniew trawiący duszę.

Kiedy skończyła zmianę, wdali się w długą rozmowę. Nazywała się Aspen Meadows. Pracowała jako barmanka, by zarobić na studia pedagogiczne.

W końcu odprowadził ją do domu. Nie zdążył zamknąć za sobą drzwi, a już była w jego ramionach. Błyskawicznie zdarł z niej ubranie. Kochali się na podłodze, przy ścianie, w łóżku i pod prysznicem.

Miłosne uniesienia nie uśmierzyły ani bólu w sercu, ani poczucia winy. Nie zasługiwał na nią. Nie zasługiwał na miłość i ukojenie, skoro zawiódł tyle kobiet.

Mimo to skradł Aspen cały tydzień w desperackiej próbie odreagowania piekła, w którym dotąd żył i do którego niedługo przyjdzie mu wrócić.

Wiedział bowiem doskonale, że ulga jest tylko chwilowa. Uczucie nie przetrwa, nie miało prawa przetrwać. Boleśnie przypomniał mu o tym telefon w piątkowy wieczór.

Kolejne morderstwo. Kolejne tajne zadanie.

Musiał iść.

Pocałował śpiącą Aspen na pożegnanie i wyszedł. Więcej miał jej nie zobaczyć. Nie mógł.

Jego praca stwarzała zagrożenie dla wszystkich, którzy byli mu bliscy.

Wystarczająco wiele martwych kobiet prześladowało go w snach.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rok później

Mijał dziewiąty tydzień od zaginięcia Aspen Meadows. Dziewięć tygodni niepokoju o jej życie. Dziewięć tygodni zadręczania się pytaniem, czy mógł zrobić coś, by ją ocalić.

Opuścił Aspen w zeszłym roku. Nie chciał jej narażać, lecz i tak było wielce prawdopodobne, że już nie żyła.

Z ogromnym niepokojem wpatrywał się w Emmę Richardson, obdarzoną nadzwyczajnymi mocami kuzynkę Aspen. Obawiał się najgorszego.

Możliwe, że padła ofiarą tego samego człowieka, który zamordował zaprzyjaźnioną z Dylanem agentkę specjalną Julie Grainger. FBI miało swoją teorię, wedle której Aspen widziała, jak Boyd Perkins i Sherman Watts pozbywają się ciała Julie.

Ta sprawa przywiodła ich do rezerwatu w Ute Mountain, do domu Aspen.

Emma przycisnęła dłoń do skroni. Otoczona przedmiotami należącymi do kuzynki, zaznała wizji.

– Żyje – powiedziała po chwili.

Nadzieja wstąpiła w serce Dylana. Rzadko ufał jasnowidzom, ale w tym przypadku było inaczej. Jak dotąd wszystkie wizje Emmy się potwierdziły. Jego brat Miguel, który zakochał się w tej kobiecie, wierzył bezgranicznie w jej zdolności.

A Dylan ufał bliźniaczemu bratu bardziej niż komukolwiek w świecie.

Musiał przełknąć, by wydobyć z siebie głos. Modlił się w duchu o takie wieści od chwili, gdy usłyszał, że w pobliżu rzeki San Juan odnaleziono samochód Aspen roztrzaskany o drzewo.

Jednak coś w udręczonej twarzy Emmy bardzo go zaniepokoiło.

– Jesteś pewna, że ona żyje?

Wprawdzie skinęła głową, potwierdzając dobrą wieść, zarazem jednak zachwiała się i pobladła, a w jej oczach pojawiło się coś mrocznego. Miguel rzucił się ku niej i podprowadził do kanapy. Emma odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz.

– Co widziałaś? – Dylana porażała myśl, że nawet jeśli Aspen jeszcze żyje, to i tak wkrótce zginie… i straci ją na zawsze.

Tak jak prawie wszystkie kobiety, na których mu zależało. Młodsza siostra Teresa, przyjaciółka Julie…

Miguel pogładził Emmę po rękach, po czym powiedział cicho z czułą troską:

– Kochanie…

– Nie wiem. Ta wizja… Wiem tylko, że Aspen żyje, ale jest przerażona. – Emma otworzyła oczy i z trwogą spojrzała na Dylana. – I coś jej grozi.

Zaczął chodzić po pokoju. Serce ścisnęło mu się z żalu, gdy rozległ się rozdzierający płacz Jacka, syna Aspen. Zupełnie jakby chłopczyk usłyszał słowa ciotki i zrozumiał, że coś złego dzieje się z jego mamą.

Emma chciała wstać z kanapy, lecz Dylan gestem nakazał jej, by się nie ruszała. Wyglądała fatalnie, jak ktoś ciężko chory i kompletnie pozbawiony sił. Wiedział, że był to stan przejściowy, jednak wizje kosztowały ją tak wiele.

Podszedł do wiklinowego łóżeczka. Zapłakany Jack wyrzucał piąstki w górę. Dylan wziął go na ręce.

– Ciii, malutki. – Zaczął kołysać dziecko.

Chłopczyk musiał bardzo tęsknić za mamą. W pierwszych tygodniach życia uczestniczył w wypadku samochodowym, został porzucony w rozbitym aucie, a potem wylądował u Emmy.

Dylan poklepał Jacka po plecach i przytulił go mocniej. Owionął go zapach zasypki i mleka dla niemowląt.

Skoro jego matka żyje, czemu nie wróciła po syna?

Owszem, zdarzają się wyrodne matki, psychologia kliniczna i psychiatria mają o tym coś do powiedzenia, lecz w żadnym razie nie mogło to dotyczyć Aspen. Z całą pewnością bardzo kochała swojego synka. Dylan podczas krótkiego romansu – przeżył wtedy najlepszy seks w życiu – poznał życiowe plany Aspen. Zamierzała wrócić do rezerwatu Ute i pracować jako nauczycielka, marzyła bowiem o tym, by pomagać dzieciom. Ponadto, choć o tym nie wspomniała, wyczuł, że marzy również o własnych dzieciach.

Jack wierzgał i krzyczał coraz głośniej, potęgując jeszcze napięcie panujące w pokoju. Jego śniada skóra przybrała ciemnoczerwoną barwę, kontrastując z ciem ną czupryną. Miał wydatne kości policzkowe po Aspen i jej grube, proste włosy, które zdradzały indiańskie pochodzenie. Patrząc na niego, Dylan zapragnął znów ją zobaczyć i chwycić w ramiona. Przekonać się, czy mogą zacząć od miejsca, w którym przerwali… Czy to, co między nimi zaiskrzyło, ma szansę przerodzić się w coś więcej niż tydzień upojnego seksu.

Tyle że Aspen miała teraz syna.

Wszystko się zmieniło.

Dylan mówił do chłopca ściszonym głosem:

– Ciii, już dobrze. Znajdziemy twoją mamusię. Obiecuję ci to, malutki.

Krzyk przeszedł w kwilenie. Dylan nieustannie kołysał Jacka, patrząc mu w oczy – tak niebieskie, że przez chwilę miał wrażenie, jakby patrzył w lustro.

Ten widok wywołał w nim chaos uczuć. Przyjrzał się buzi Jacka, usiłując określić jego wiek. Poznali się z Aspen i poszli do łóżka nieco ponad rok temu. Tydzień później opuścił ją, by już nigdy jej nie zobaczyć.

Aspen zaginęła przed dziewięcioma tygodniami.

Dzieciak mógł mieć teraz piętnaście tygodni.

Dobry Boże, czy to możliwe, że Jack jest jego synem?

Mały zaczął gaworzyć. Wydął pucołowate policzki, zaciskając malutką piąstkę na palcu Dylana.

Prześladowały ją koszmary. Szponiaste demony co noc wypełzały z cienia, usiłując strącić ją w otchłań szaleństwa.

Gdyby chociaż mogła przypomnieć sobie swoje imię; gdyby wiedziała, dlaczego omal nie straciła życia i jak trafiła do schroniska dla kobiet w Mexican Hat.

Tymczasem przeszłość jawiła się jako bezkresna próżnia zamykająca ją w więzieniu ciemności. Jedynie w snach odżywała w najgłębszych zakamarkach umysłu, usiłując przebić się przez barierę wzniesioną przez podświadomość. Przerażające wspomnienia, których w innych okolicznościach z pewnością wolałaby nie pamiętać.

W poszukiwaniu strzępków przeszłości zmusiła się do spojrzenia w lustro. Wiedziała, że jest Indianką z plemienia Ute. Dobitnie świadczyły o tym wydatne kości policzkowe, długie czarne włosy i brązowe oczy.

Na dnie tych oczu czaił się strach wywołany czymś, co widziała, a co zbłądziło na obrzeża świadomości.

Krew pulsowała jej w skroniach, napięcie zamieniało żołądek w kamień. Poruszyła ramionami, by rozprostować bolące mięśnie, ale wyczerpanie dawało o sobie znać. Po obrażeniach, hipotermii i siniakach nie było już śladu, lecz mimo tych wszystkich tygodni, które upłynęły od jej pojawienia się w schronisku, ciągle nie odzyskała pełni sił.

Reszta mieszkających tu kobiet i dzieci zebrała się w świetlicy na wieczornym spotkaniu grupy wsparcia. Czasem to ona siadywała z dziećmi na podłodze i opowiadała różne historie, lecz dziś jedna z matek zabawiała je robieniem indiańskich naszyjników.

Nie walczyła ze zmęczeniem. Położyła się na łóżku polowym pod ścianą. Zapadał zmierzch. Słońce zniżało się ku zachodowi, pokój spowijała coraz gęstsza ciemność. Zamknęła oczy, okryła nogi cienkim prze ścieradłem i przewróciła się na bok. Rosła w niej pustka. Czuła ją od chwili, gdy przemarznięta i majacząca obudziła się w schronisku. Wiedziała, że coś straciła. Coś bardzo cennego.

Może kogoś, kogo kochała.

Łzy pociekły jej po policzkach, lecz otarła je niecierpliwym gestem. Musi wreszcie przypomnieć sobie, co ją spotkało, inaczej nie wróci do domu.

Tylko co, jeśli przeczucie jej nie myliło?

Jeśli wyparła wspomnienia, ponieważ umarł ktoś, kogo bardzo kochała, a ona nie mogła tego znieść?

Wyczerpanie wreszcie wzięło górę. Zmorzył ją sen. I powróciły koszmary.

Ktoś ją gonił między głazami i rozpadlinami. Próbowała biec, lecz nogi miała coraz cięższe, a ciało nie słuchało poleceń. Poślizgnęła się na skarpie, kamienie spod jej stóp potoczyły się na dno kanionu, a ona osuwała się coraz niżej, kaleczona ostrymi krawędziami skał.

Potem czuła na sobie dłonie jak szpony, paznokcie wbijane w ramiona. Walczyła, machała rękami, usiłując zasłonić się przed ciosem, ale napastnik uderzył ją tak mocno, że głowa odskoczyła, a w oczach pociemniało. Następny cios wywołał eksplozję bólu w czaszce, odbierając oddech. W ustach poczuła krew. Desperacko próbowała odczołgać się, ale wróg złapał ją za kostki i wlókł po kamieniach, po kłującej trawie, która kaleczyła ręce, kolana, twarz, gdy usiłowała złapać się czegoś i stawić opór.

Boże, dopomóż! – błagała w duchu. Ten człowiek chciał ją zabić.

W pobliżu huczała rzeka, z furią rozpryskiwała się na kamieniach. Lodowata woda zagarnie ją i pochłonie, by unieść daleko od tego, kogo kocha.

Nie mogła na to pozwolić, musiała walczyć.

Znów czuła na sobie ręce prześladowcy. Tym razem zacisnął jej palce na szyi, uciskał krtań, odcinając dopływ tlenu. Walczyła rozpaczliwie, próbowała go kopnąć, ale z każdą sekundą traciła siły, stawała się coraz bardziej bezwładna, aż świat wokół niej zawirował i wszystko przykryła ciemność.

Łomotanie serca wyrwało ją ze snu. Zerwała się zdezorientowana i roztrzęsiona. To był tylko zły sen, ten sam powtarzający się koszmar…

Jest już bezpieczna.

Kiedy uspokoiła oddech, w otaczających ją ciemnościach zaległa martwa cisza. W powietrzu wisiało coś nieuchwytnego, co wzbudziło jej czujność.

Potem usłyszała westchnienie.

Słaby świszczący dźwięk.

Ktoś był w pokoju.

Modląc się w duchu, by była to jedna z sióstr, która przyszła sprawdzić, co się z nią dzieje, kurczowo zacisnęła dłonie na brzegu prześcieradła, usiłując przebić wzrokiem mrok. Naprzeciw otwartego okna ujrzała zarys wysokiej męskiej sylwetki. Biła od niej woń potu i papierosowego dymu.

Ogarnęła ją panika. Czyżby stał przed nią mężczyzna z nocnych koszmarów? Jeden z tych prześladowców, przed którymi kobiety schroniły się tutaj?

Dłoń mężczyzny powędrowała w stronę paska. Dojrzała błysk metalu. To był nóż.

Zamarła, czując zarazem nagły dopływ adrenaliny.

Musiała się ratować.

Powoli zsunęła się z łóżka, by rzucić się do ucieczki, ale mężczyzna był szybszy. Dopadł ją jednym susem, unieruchomił i zasłonił usta, by stłumić krzyk. Biła go po rękach, drapała, walczyła ze wszystkich sił, by zrzucić go z siebie.

Nagle w korytarzu zapaliło się światło. Usłyszała pośpieszne kroki, a potem drzwi pokoju otworzyły się z hukiem. Napastnik spojrzał w tamtą stronę, zaklął i jednym susem wyskoczył przez okno.

Do środka wpadły siostry zakonne i trzy podopieczne schroniska z kijami baseballowymi w rękach.

W pokoju rozbłysło światło, które niemal ją oślepiło. Siostra Margaret przypadła do niej i mocno ją objęła.

– Uciekł. Jesteś już bezpieczna, moje dziecko.

Dopiero po dłuższej chwili opanowała drżenie. A potem zalała ją fala złości. Dosyć już miała uciekania, ukrywania się, niepamiętania. Wszystkie obecne w pokoju kobiety przypuszczały, że zaatakował ją agresywny narzeczony lub mąż, od którego uciekła.

Dłużej tego nie wytrzyma. Musi poznać prawdę. Jeśli napastnikiem rzeczywiście był jej narzeczony lub mąż, to znów ją odnajdzie.

Gdzieś czekało na nią jej dawne życie. Chciała je odzyskać. Chciała, żeby mężczyzna, który ją skrzywdził, zapłacił za to.

A nade wszystko pragnęła dotrzeć do osoby, którą straciła. Z tą prawdą także musiała się zmierzyć.

– Trzeba zadzwonić na policję – wyszeptała. – Proszę wysłać im moje zdjęcie, siostro. Muszę się dowiedzieć, kim jestem i kto chce mnie zabić.

Myśl, że Jack może być jego synem, nie dawała Dylanowi spokoju. Malec poruszył się lekko w jego ramionach. W końcu zasnął, lecz Dylan nie chciał ułożyć go z powrotem w łóżeczku. Jeśli to rzeczywiście jego dziecko, chce o tym wiedzieć.

Musi to wiedzieć, do cholery!

Odżyły wspomnienia wspólnych biwaków i wypadów z ojcem na ryby. Wyobraźnia podsunęła mu ten sam obraz z nim i jego synem.

W porzuconym aucie Aspen znaleziono niemowlę.

Gdy Dylan dowiedział się o tym, uznał, że po rozstaniu z nim Aspen związała się z innym mężczyzną, być może z kimś z rezerwatu.

Przecież uważali. Poza tym ufał Aspen. Był przekonany, że poinformowałaby go o ciąży.

Teraz jednak, patrząc w niebieskie oczy Jacka, sam nie wiedział już, co myśleć.

Usiadł w bujanym fotelu. Miguel i Emma przygotowali herbatę ziołową. Po kilku łykach gorącego napoju na twarz Emmy wróciły rumieńce, chociaż niepokój jeszcze jej nie opuścił. Drżącą dłonią odstawiła filiżankę.

– Emma – zaczął cichym głosem Dylan – zanim pojedziecie do siebie, muszę cię o coś zapytać i chcę, żebyś była ze mną szczera.

Skinęła głową, chociaż nerwowo skubała skrawek pledu, którym Miguel troskliwie okrył jej ramiona.

– Powiedziałam wszystko, co widziałam.

– Nie o to chodzi – odparł szorstko.

Wzrok jej złagodniał, gdy zatrzymała spojrzenie na dziecku. W jej oczach można było wyczytać ogromną miłość do małego kuzyna.

– Kto jest ojcem Jacka? – spytał.

Emma zagryzła dolną wargę i odwróciła wzrok.

Wiedział, że jeśli Aspen komukolwiek się zwierzyła, to tylko jej. W wieku kilkunastu lat Emma straciła matkę w pożarze domu wywołanym przez jej agresywnego partnera. On sam także zginął w płomieniach. Emma zamieszkała z Aspen i jej mamą Rose. Odtąd z Aspen stały się siostrami.

– Nie wiem – odparła cicho. – Nigdy mi tego nie powiedziała.

Dylan uniósł brwi; napięty mięsień pulsował nerwowo w jego szczęce.

– Na pewno? Nie ukrywasz niczego?

Miguel w obronnym geście otoczył Emmę silnym ramieniem.

– Skoro twierdzi, że nie wie, to znaczy, że nie wie.

– To bardzo ważne – powiedział Dylan ze ściśniętym gardłem. – Spotykała się z kimś?

Emma zmarszczyła brwi.

– Interesował się nią Kurt Lightfoot, budowlaniec z rezerwatu. Owszem, spotkali się parę razy, ale nie myślę, by był ojcem. – Zawahała się. – W każdym razie nie występował o uznanie ojcostwa.

– Do czego zmierzasz? – zapytał Miguel. – Sądzisz, że ojciec Jacka mógł napaść na Aspen? Że to nie Perkins i Watts próbowali ją zabić?

– Po prostu biorę pod uwagę różne możliwości – wycedził Dylan przez zęby. – Dlatego powinniśmy wiedzieć, kto jest ojcem Jacka.

– Czemu to takie dla ciebie ważne? – spytała Emma, dziwnie spoglądając na niego.

Czyżby tym swoim szóstym zmysłem już wszystko wyczuła? – pomyślał, delikatnie przesuwając palcem po policzku Jacka. Uznał, że Emma zdradzi coś więcej, jeśli postawi sprawę jasno.

– Bo to ja mogę być ojcem.

Na twarzy Miguela odmalowało się zaskoczenie, natomiast we wzroku Emmy wyczytał aprobatę.

– Naprawdę nie wiem. Aspen powiedziała mi tylko, że ojciec Jacka o niczym nie ma pojęcia. Założyłam, że po prostu nie chce o niczym wiedzieć, i przestałam drążyć. Każda wzmianka na ten temat wyprowadzała ją z równowagi.

Dylan z trudem powstrzymał się przed wyjaśnieniami czy też tłumaczeniem się. Gdyby wiedział o ciąży, gdyby wiedział, że ma syna, nie dałby się spławić. Owszem, żył jak samotny szalony jeździec, ale przecież cenił rodzinę i uważał, że obowiązkiem ojca jest opieka nad dzieckiem.

– Byłeś z Aspen? – zapytał Miguel.

– Tak… I czas się zgadza. Poznaliśmy się w Vegas po sprawie Turnbulla. – Obrazy martwych dziewcząt z plemienia Ute, ofiar seryjnego mordercy, nadal go prześladowały.

– Właśnie wtedy umarła ciocia Rose – wtrąciła cicho Emma.

– Oboje kogoś potrzebowaliśmy… – cicho spuentował Dylan.

A teraz on potrzebował Aspen, a dziecko potrzebowało jej… Może i jego, bo jeśli był jego ojcem…

Gdzie się podziewała?

Emma twierdzi, że Aspen coś grozi. Czyżby Perkins albo Watts ją znaleźli?

Przyszła mu do głowy jeszcze jedna możliwość.

Jeśli jednak nie on jest ojcem Jacka, to w takim razie kto? W chwili wypadku mały był z Aspen w samochodzie i także mógł zginąć.

Jeśli ojcem dziecka jest inny mężczyzna, może właśnie on próbował zabić Aspen, by sprawa ojcostwa nie wyszła na jaw?

ROZDZIAŁ DRUGI

W pełną napięcia ciszę wdarł się dzwonek komórki Dylana, zakłócając sen Jacka. Malec zakwilił cicho. Dylan z ociąganiem oddał go Emmie i odebrał telefon.

– Acevedo, słucham.

– Dylan, tu Tom Ryan. Mamy przełom.

– Co jest?

– Dzwonię z biura. Właśnie dostaliśmy faks ze schroniska dla kobiet w Mexican Hat. Wygląda na to, że znaleźliśmy Aspen Meadows!

Serce Dylana przyśpieszyło. Z ulgą wymamrotał modlitwę dziękczynną i przeżegnał się.

– Jak się czuje?

-Żyje. Rozmawiałem z zakonnicą. Aspen Meadows przywieziono do schroniska z poważnymi obrażeniami.

Strach znów złapał go za gardło.

– Z jakimi?

– Tego nie wiem. Nie dopytywałem. Pomyślałem, że sam tam pojedziesz i z nią porozmawiasz.

– Dzięki. Tak zrobię. – Kiedyś, gdy na krótką chwilę dał się ponieść emocjom, wyznał Tomowi, że był związany z Aspen, dlatego poszukiwanie jej to dla niego również sprawa osobista.

– Muszę zadzwonić do Emmy i powiadomić, że odnaleźliśmy jej kuzynkę – ciągnął Tom.

– Właśnie jestem z Emmą i Miguelem. Zaraz wszystko im przekażę, a potem ruszam w drogę.

Gdy się rozłączył, Emma spytała nerwowo:

– Znaleźli Aspen?

– Tak. Jest w schronisku dla kobiet w Mexican Hat.

– Dzięki Bogu. – Emma odetchnęła z ulgą, lecz w następnym momencie zmarszczyła czoło. – Skoro żyje, czemu do nas nie zadzwoniła? Czemu nie wróciła po Jacka? Przecież kocha synka ponad życie.

– Nie wiem. – Dylan zacisnął zęby. – Tylko Aspen może nam to wyjaśnić. Przywiozę ją do domu.

– Jechać z tobą? – zapytał Miguel.

Dylan zerknął na małego.

– Nie. Pobierz próbkę DNA od Jacka i prześlij do laboratorium. Jedźcie do siebie, ale bądź przy Jacku i Emmie. Jeśli Aspen nadal coś grozi, jej syn też może być w niebezpieczeństwie. – Dylan szybkim krokiem wyszedł z domu i wsiadł do sedana. Czyżby Aspen odniosła tak ciężkie obrażenia, że nie była w stanie skontaktować się z Emmą? A może, nie wracając do domu, próbowała chronić swojego syna?

Uruchomił silnik i odjechał spod domu Aspen, kierując się na Mexican Hat.

Na litość boską, jeśli Jack jest jego synem, to musi wiedzieć, czemu Aspen nie powiedziała mu prawdy!

Wrócił do niego obraz niebieskich oczu dziecka. W głębi duszy czuł, że jest jego ojcem.

Nagle dopadło go poczucie winy.

Gdyby od początku był z Aspen i dzieckiem, mógłby ich chronić.

– Według agenta FBI nazywasz się Aspen Meadows – oznajmiła siostra Margaret.

Aspen zacisnęła dłonie.

– Aspen, Aspen… – Brzmiało dobrze. I znajomo. Czekając na dalsze informacje, poczuła nagły przypływ lęku. – Co jeszcze powiedział?

Siostra Margaret uspokajająco pogładziła jej dłoń.

– Zaginęłaś przed dziewięcioma tygodniami. Znaleźli twoje rozbite auto nad rzeką San Juan. Zjawi się tu agent, który z tobą porozmawia i zawiezie cię do rodziny.

– Do rodziny? – Aspen gwałtownie podniosła głowę. W jej oczach zalśniły łzy. – Mam rodzinę?

– Na pewno umierali z niepokoju. – Siostra Margaret uśmiechnęła się krzepiąco. – Uspokój się, moje dziecko. Wreszcie wracasz do domu.

Aspen przygryzła wargę. Coraz to nowe pytania cisnęły jej się do głowy. Skoro ma rodzinę, czemu jej nie pamięta? Jeśli rzeczywiście uciekła przed agresywnym narzeczonym lub mężem, czemu nie zwróciła się do rodziny o pomoc?

Wyobraźnia podsunęła jej kilka scenariuszy, jeden gorszy od drugiego. Może rodzina wcale jej nie kocha? Może ktoś z nich ją skrzywdził?

W tej myśli uderzyło ją coś znajomego. Odległe wspomnienie ukryte głęboko w zakamarkach podświadomości… A może to kontakt z kobietami w schronisku tak podziałał na wyobraźnię?

Od chwili przybycia nasłuchała się przerażających opowieści o mężach maltretujących żony i dzieci, o ojcach molestujących córki, o prześladowcach i chorob liwych zazdrośnikach grożących i poniżających partnerki, którymi przyrzekali się opiekować, o mężczyznach traktujących kobiety jak swoją własność.

Czy opuściła rodzinę, by chronić ją przed prześladowcą?