W krainie wina i miłości - Joss Wood - ebook
Opis

Piękna i niezależna Remy rzuca stresującą pracę i wyrusza w podróż, by znaleźć swoje miejsce w życiu. Będąc przejazdem w Bellevue, poznaje Bo Tessiera, właściciela winnic i restauracji. Spędzają razem noc. Rano rozstają się na zawsze. Tak przynajmniej sądzą, bo życie przygotowało inny scenariusz…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 149

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Joss Wood

W krainie wina i miłości

Tłumaczenie: Jan Kabat

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Remy Draycott, popijając Belleaire Chardonay, spojrzała na otwartą broszurę. A więc to jest Bellevue, pomyślała, patrząc przez wielkie okno lokalu na główną ulicę miasta. Kosmopolityczne i nieostentacyjnie zamożne, odznaczało się europejską elegancją.

Podobało jej się.

Najbardziej ze wszystkich miejscowości, jakie dotąd widziała podczas krótkiej podróży przez dolinę Napa. Rozciągał się stąd zapierający dech w piersiach widok na góry Palisade, wyczuwało się tu też staroświecki czar dawnego świata.

Żałowała, że jest tu tylko przejazdem… Miasto aż się prosiło o dłuższy pobyt.

Stłumiła tę pokusę, przypominając sobie, że ma być za trzy dni w Portland, po czym dopiła wino i skinęła na barmana, by jej dolał.

Za jakieś siedemdziesiąt dwie godziny jej matka miała wydać na świat dziecko – jej przyrodniego brata albo przyrodnią siostrę – ona sama zaś obiecała, że będzie przy tym obecna, nie w poczekalni szpitalnej czy w domu, ale na porodówce. Ze swoją mamą, babką i nowym ojczymem, który był od niej starszy tylko o siedem lat.

Remy podniosła kieliszek do ust, nieco zdumiona, przerażona i zmieszana tą sytuacją.

Zdumiona, że będąc przez całe życie samotnym rodzicem – no, niezupełnie… babcia Rosie pełniła rolę drugiego rodzica – jej błyskotliwa i zajadle feministyczna matka związała się z trenerem szkolnym. Przerażona, ponieważ, jako kobieta czterdziestoczteroletnia nie była już pierwszej młodości. I zmieszana, bo… należało pamiętać o różnicy wieku między nią, Remy, a jej nowym braciszkiem czy siostrzyczką.

Dwadzieścia siedem lat… doprawdy dziwaczne.

Remy żywiła rozpaczliwą nadzieję, że Jan będzie inaczej wychowywał to dziecko niż ją. Bądź normalne, powtarzała pod adresem rychłej matczynej latorośli.

Remy poczuła nagle zmianę nastroju w winiarni. Zadowolona, że może uwolnić się na chwilę od niepokojących myśli, obejrzała się i zobaczyła nowego gościa w tym eleganckim lokalu. Mężczyzna przystanął, żeby pomówić z parą siedzącą blisko wejścia. Był obrócony plecami, a ona podziwiała szerokie barki pod białą koszulą i zgrabne pośladki pod czarnymi, szytymi na miarę spodniami.

Przesunął się do następnego stolika, a Remy czekała, aż się obróci, by zobaczyć jego twarz.

W kącie jakaś brunetka brzdąkała na gitarze i zawodziła do mikrofonu, w jednym z boksów siedziało kilka kobiet, a wokół baru w kształcie podkowy skupiły się niewielkie grupki ludzi; Remy dostrzegła pełne zainteresowania, drapieżne spojrzenia śledzące każdy ruch przystojniaka. Pomimo obecności wielu atrakcyjnych mężczyzn bez wysiłku skupiał na swojej osobie uwagę.

W końcu znalazł się tuż obok i Remy mogła wreszcie przyjrzeć mu się z bliska – ciemnokasztanowe, niemal czarne włosy, długi nos, głęboko osadzone oczy. Silnie zaznaczona szczęka, zmysłowe usta.

O, tak. Niewiarygodny przystojniak.

Kiedy wdał się w następną rozmowę, Remy zauważyła, że wszyscy słuchają go z uwagą. Emanował pewnością siebie. I to właśnie ją zaintrygowało. Samiec alfa: potężny, bogaty, władczy.

Kiedyś znała wielu takich. Zaludniali Nowy Jork, a ona nie zwracała na nich uwagi. Ten zwracał jej uwagę. Miał w sobie coś, co przyprawiało ją o dreszcz – z czego wcale się nie cieszyła.

Przejeżdżała tylko tędy i nie potrzebowała żadnych rozterek. Uświadomiła sobie instynktownie, że kobiety dla niego wariują.

Ale nie ona. Była na to za mądra.

Bo Tessier zauważył ją, gdy tylko wszedł do rodzinnej winiarni w samym sercu Bellevue – lokalu, który wieczorami przyciągał zarówno miejscowych, jak i turystów. Siedziała przy kontuarze, podpierając głowę. Miała bujne kasztanowe włosy, rzeźbione policzki, wyraźnie zaznaczoną brodę, która dowodziła uporu, i szczupłe, smukłe ciało.

‒ Słyszałeś, że Bella umarła?

Oderwał uwagę od piękności przy barze i spojrzał na pełne wyczekiwania twarze przy sąsiednim stoliku. Jasne, słyszał, że Bella Abram, jego sąsiadka i właścicielka pięcioakrowej posiadłości odeszła poprzedniej nocy we śnie.

‒ Ciekawe, kto będzie dziedziczył. Bella była bogata.

Kolejna rzecz, którą bezustannie słyszał. A jeśli chodziło o spadkobierców – któż mógł wiedzieć? Wciąż mówiło się o romansach Belli, ale nigdy nie wyszła za mąż i była jedynym dzieckiem swoich rodziców, którzy też nie mieli rodzeństwa. Wiedział, że jeśli pojawi się jakiś spadkobierca, to on jako pierwszy przedstawi ofertę kupna. Nie zależało mu na wielkiej rezydencji, ale pragnął tej ziemi. Oznaczało to więcej winnic i miejsca na egzotyczne owoce i warzywa, które można by dostarczać do jego restauracji.

Wiedział doskonale, że ten teren to także gratka dla deweloperów. Myślał o tym ze zgrozą.

Ruszył w stronę baru, gdy siedzący przy nim turyści wstali i skierowali się do wyjścia.

‒ To co zwykle, sir? – spytał barman, a kiedy Bo skinął głową, wziął do ręki butelkę kosztownej whiskey i omal jej nie upuścił.

Bo, poirytowany, zabębnił palcami po kontuarze, a potem przypomniał sobie słowa swojej siostry Ginny. „Budzisz cholerny strach w naszych pracownikach. Jesteś taki nieprzystępny, Bo. Uśmiechnij się do nich czasem, zażartuj, pochwal”. Przed laty – zanim stracił Anę i wziął na swe barki zarządzanie rodzinną firmą Belleaire Group – łatwiej byłoby mu to zrobić. Nawiązywanie bliższych relacji nie było jego mocną stroną, jak Ginny mu często przypominała. „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą” i tak dalej.

Wzruszył w myślach ramionami. Nie chciał tego zmieniać, mając na głowie warte miliardy przedsiębiorstwo – winnice, wytwórnię win, farmy, hotele, restauracje i bary serwujące firmowe trunki.

Napił się whiskey i zwrócił do barmana:

‒ Mój kuzyn się pojawił?

‒ Eli był tu i poszedł, sir. Czekał, ale powiedział, że spotka się z panem rano.

Dostrzegł kątem oka, że kobieta, którą wcześniej zauważył, przysłuchuje się tej rozmowie. Wyczuwał jej zainteresowanie. Nie miał nic przeciwko temu – do diabła, była niesamowita.

Jednak wiele takich pojawiało się w tym barze, w jego rodzinnej restauracji, galerii sztuki, hotelu… w jego życiu. Jeśli potrzebował żeńskiego towarzystwa – miał dopiero trzydzieści pięć lat – mógł zadzwonić do kilku kobiet, które znał i lubił. I które rozumiały, że zależy mu na zabawie wolnej od wszelkich zobowiązań.

Oparł się pokusie nawiązania z nią rozmowy. Wiedział, że powinien się udać do jednego z luksusowych domów przerobionych na hotele. Nazajutrz miał cały dzień zajęty, podobnie jak najbliższy tydzień. Sama myśl o pogawędce z tą pięknością była wariacka. Czuł instynktownie, że nie jest w jego typie. Lubił kobiety takie jak on sam – spokojne i opanowane. Mógł się zorientować po jej krótkiej sukience, kowbojskich butach, długich włosach i twarzy bez śladu makijażu, że to wolny duch. A on trzymał się od takich z daleka. Wolał te nieskomplikowane i wyrozumiałe.

Wiedział, że nie jest taka…

Zabieraj się stąd, Tessier. Nie ma sensu silić się na jakieś błyskotliwe pogawędki.

Bystry, taki, któremu się powiodło – na pewno bogaty – i odrobinę albo bardzo zagubiony, pomyślała Remy. Kciuk stukający o szklaneczkę, palce przeczesujące włosy…

Potrafiła dostrzec stres – sama była kiedyś jego uosobieniem. Potrzebował kolejnego drinka i rozmowy. Odprężenia, śmiechu i zapewne dobrego seksu.

Jej też przydałoby się to pierwsze i drugie, a trzeciego nie należało wykluczać. Cholernie ją pociągał.

Miejmy nadzieję, złotko, że odznaczasz się poczuciem humoru…

‒ Jest pan taki jak moja ulubiona kawa. Duży, ciemny i mocny.

Obrócił się do niej, a ona niemal westchnęła na widok jego stalowoszarych oczu. Zmarszczył czoło.

‒ Słucham?

Remy cmoknęła.

‒ Kiepskie? A może to: szukałam faceta z ZT… i znalazłam. ZT to zgrabny tyłek.

Przewrócił oczami, ale dostrzegła w nich błysk rozbawienia.

Dzięki Bogu. Gdyby nie to maleńkie światełko, zwiałaby gdzie pieprz rośnie.

‒ Poważnie? ‒ Drgnęły mu kąciki ust.

‒ Zabawne?

‒ Bardzo.

‒ Okej… ostatnia próba. Postawi mi pan drinka? No i jak?

Uśmiechnął się po chwili; nie sprawiał już wrażenia tak nieprzystępnego.

Musisz się częściej uśmiechać, złotko.

‒ Nic specjalnego, ale ujdzie.

Kiedy zamawiał jej drinka, pomyślała, że ma niski, melodyjny głos. Potem przysiadł się do niej i, zgodnie z jej oczekiwaniem, zamrugał, dostrzegając bladozłotą barwę jej oczu, jak większość ludzi. Nie skomentował tego jednak, tylko skrzyżował mocne ramiona na piersi. Miała ochotę poluzować ten idealnie zawiązany krawat i rozpiąć górny guzik białej koszuli… Zastanawiała się, jak wygląda nago.

‒ Więc te beznadziejne teksty sprawdzają się w pani przypadku? – spytał, a ona znów nie potrafiła wyczytać niczego z jego wzroku.

‒ Postawił mi pan drinka, prawda?

‒ Fakt. – Podsunął jej kieliszek z winem. – Ma pani inne?

‒ Teksty? Jasne.

‒ Chętnie posłucham.

‒ Są naprawdę okropne – uprzedziła.

‒ No cóż… ten z ZT rzeczywiście był okropny.

Remy udała, że się zastanawia.

‒ Okej… pańskie ciało to kraina czarów, a ja chciałabym być Alicją?

Jęknął.

‒ Lód mi się w szklance roztopi.

Znów ten uśmiech.

‒ Jest pan chodzącym słownikiem. Bo właśnie poznałam definicję słowa „cudowny”.

Dobrze, znów ten uśmiech.

‒ Jest pan tak gorący, że nawet strażak by pana nie ugasił.

Jego niespodziewany śmiech sprawił, że Remy poczuła, jak zalewa ją żar. Miała wrażenie, że zdobyła nagrodę w jakimś ważnym konkursie.

‒ Jestem Remy – oznajmiła z uśmiechem.

‒ Robert, ale wszyscy mówią mi Bo.

Pomyślała, że to miano pasuje do tego rozbawionego mężczyzny kryjącego się za sztywną fasadą. Mężczyzny niezwykle atrakcyjnego.

Odpowiednia chwila, by wstać i wyjść, Draycott. Zanim go poprosisz, żeby spenetrował twoje rozgrzane do czerwoności majtki. Pamiętasz swój ostatni seks? Pierwszy i jedyny skok w bok? Dwa lata temu? Był tak niezadowalający, że przysięgłaś sobie: nigdy więcej…

Była jednak głucha na głos rozsądku.

‒ Jak długo zostaniesz w Bellevue? – spytał, przerywając tok jej wariackich myśli.

‒ Z dziesięć godzin. Wyjeżdżam z samego rana. Mieszkasz w okolicy?

Skinął głową.

‒ Sama podróżujesz?

Badał sytuację. Wiedział, że ją pociąga. Dostrzegła to w jego oczach.

‒ Tak.

‒ Przyjemne wakacje… zwiedzanie krainy wina – zauważył obojętnym tonem, a ona zaczęła się zastanawiać, czy właściwie odczytała jego intencje.

Potem przesunął dłoń i musnął kciukiem jej nadgarstek. Uważaj, Remy, igrasz z ogniem, upomniała się w myślach. Niezdolna cofnąć się przed jego dotykiem, tak zwykłym i jednocześnie tak poruszającym, podniosła drugą ręką kieliszek i zwilżyła wargi.

‒ No i jak ci się podoba?

Patrzył na jej usta, w stalowych oczach malowała się namiętność. Jakim cudem miał tak spokojny ton głosu, kiedy ona była kłębkiem nerwów i namiętności? Pocałuj mnie, chciała go błagać.

‒ Och, to nie wakacje… Jestem zawodowym włóczęgą.

Kciuk na jej nadgarstku znieruchomiał.

Nie!

‒ Zechcesz to wyjaśnić?

Nie mogła. Potrafiła myśleć tylko o wrażeniu, jakie na niej robił, o swym pragnieniu, by go rozebrać i dotykać jego muskularnego ciała. Nie była w stanie powiedzieć mu, że trzy lata wcześniej mieszkała w Nowym Jorku i że dzięki doktoratowi z informatyki otrzymała wysokie stanowisko w Fortune 500.

Miała mieszkanie na Manhattanie, pracowała osiemdziesiąt godzin tygodniowo, nabawiła się wrzodu wielkości pięści i cierpiała na ataki paniki. Była nieszczęśliwa, niespełniona. Wredna, niecierpliwa. Nie mogła mu powiedzieć o tym, co uświadomiła sobie dopiero w szpitalu – że zaharowywała się na śmierć. I po co?

Czy zrozumiałby, dlaczego porzuciła to wszystko, czego nie lubiła? Że uciekła? Do Europy, a potem do Afryki i Azji? A gdy nie znalazła na tych obcych lądach tego, czego szukała – czegoś, co nadałoby jej życiu sens – postanowiła znaleźć to w swoim własnym kraju?

Wciąż czekał na odpowiedź.

‒ Podróżuję od dłuższego czasu.

‒ Dlaczego?

‒ Próbuję się odnaleźć… zrozumieć własne decyzje.

‒ I co… udaje ci się?

‒ Nie.

Musiała przyznać w duchu, że nigdy jej się to nie uda.

‒ Z czego żyjesz i za co kupujesz wino? – spytał, znów muskając jej nadgarstek kciukiem.

Pracowała tak ciężko, że nigdy nie miała czasu wydawać swej śmiesznie wysokiej pensji. Mogła podróżować bardzo długo. Wiedziała, że jeśli dopisze jej szczęście, znajdzie wkrótce to, czego szuka.

‒ Kiedy trzeba, znajduję pracę.

Jej skrzynka mejlowa zawsze była pełna różnych propozycji.

‒ A zajmujesz się…

‒ Tym i owym… Potrafię świetnie gotować, ale kiepska ze mnie kelnerka.

Znów się roześmiał, a ona poczuła podniecenie. Jak mu się to udawało?

‒ Dobrze wiedzieć.

‒ A ty co robisz?

‒ A jak myślisz?

Flirtował z nią?

‒ No dobrze, pobawmy się. Wyglądasz na średnio inteligentnego – oznajmiła żartobliwie. – Księgowy?

‒ Jezu!

‒ Prawnik?

‒ Podwójne Jezu!

‒ Ale mimo wszystko… biznes?

‒ Tak.

Wiedziała, że ten mężczyzna jest na szczycie. Nie wyobrażała sobie, by przyjmował od kogokolwiek polecenia. Nie w jej typie, nie ktoś na dłuższą metę. Wraz z karierą wyrzekła się miłości i marzeń o szczęśliwym życiu z dwójką dzieci.

Więc ponad trzy lata wcześniej przestała się w to bawić i skupiła wyłącznie na prostych i przelotnych związkach.

A między nią i Bo iskrzyło – namiętność, pożądanie, chemia.

Remy uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Poczuła falę namiętności przepływającą między nimi i westchnęła, kiedy Bo podniósł dłoń i musnął jej dolną wargę.

‒ Taka seksy – mruknął, chwytając ją drugą ręką za udo.

Popatrzyła w dół i bez trudu wyobraziła sobie te palce na swojej piersi, przesuwające się po jej pośladkach…

Potem nachylił się, a jego usta dotknęły jej ust… Remy, zaskoczona i podniecona, chwyciła go za ramiona, żeby nie spaść ze stołka. Przytrzymał ją w talii.

Pragnąc więcej tej słodyczy, przywarła do jego warg… ciepłych i pewnych. Tak, pewnych. Znów to słowo, które pasowało do niego, ale nie do niej.

Podsunął dłoń i dotknął jej nagich ramion, potem twarzy, muskając kciukiem policzek i wsuwając język w jej usta. Poczuła, jak przeszywa ją pożądanie. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz była całowana z taką maestrią. Chciała jeszcze więcej. Natychmiast, tej nocy. Jedna noc namiętności z mężczyzną, który był zdolny wstrząsnąć jej światem.

Cofnęła się, pragnąc zachować rozsądek choćby na chwilę.

‒ Wiem, że to osobiste pytanie, i liczę na szczerą odpowiedź. Jesteś żonaty? Związany z kimś?

Sprawiał wrażenie całkowicie opanowanego. Napił się.

‒ Nie.

Remy skinęła głową.

‒ To jedna z moich zasad. – Zmusiła się do następnego pytania. – Badałeś się ostatnio?

‒ Tak. Jestem czysty – odparł bez odrobiny zmieszania.

‒ Ja też, ale mimo wszystko spodziewam się, że użyjesz prezerwatywy.

‒ Załatwione.

‒ No to okej.

Mając nadzieję, że nie popełnia błędu życia, wstała i zarzuciła na ramię torebkę. Nie mogła uwierzyć, że zdobyła się na taką odwagę. Podenerwowana, spojrzała na jego stopy i uśmiechnęła się.

‒ Wiesz, co mówią o mężczyznach z dużymi stopami? Że wszystko mają duże – oznajmiła, licząc na rozładowanie napięcia.

Parsknął śmiechem.

‒ W porządku?

Remy skinęła głową, ocierając się czołem o jego ramię.

‒ Wspaniale, dzięki.

Nie przypominało to w ogóle jej ostatniego razu; sama była zaskoczona różnicą. Żadnego wrażenia niedosytu.

Czuła się zrelaksowana i, o dziwo, bezpieczna.

Nie miała jeszcze takiego kochanka. Seks z Bo był zabawą i miał w sobie coś romantycznego, rzecz niespotykana w przypadku jednorazówki. Wcześniej zawsze wyłączała umysł i skupiała się na przyjemności. Ale choć oczekiwała pośpiechu, Bo przez długie rozkoszne minuty wielbił jej ciało i pozwalał, by to samo robiła z nim. To, co miało być krótkim spotkaniem, stało się głębsze… bardziej osobiste.

Dlaczego miała nigdy więcej nie ujrzeć mężczyzny, który potrafił ją zaspokoić ponad wszelkie wyobrażenie?

Bo wziął do ręki zegarek i sprawdził godzinę. No tak. Za jakiś kwadrans miał opuścić jej łóżko i życie. Pragnęła z nim spędzić jeszcze jedną godzinę, jeden dzień.

Otarła się policzkiem o jego ramię; pragnęła wtulić twarz w jego szyję i prosić, by został. Poczuła, jak stuka palcami w jej biodro.

‒ Muszę iść. Za dwie godziny powinienem być na nogach.

Remy usiadła i zdobyła się na uśmiech, kiedy przerzucił nogi przez krawędź łóżka.

‒ Ja też wyjeżdżam wcześnie.

‒ Nie pytam dokąd, bo mógłbym ruszyć twoim śladem. Świetnie się bawiłem.

Dotknęła jego ramienia, powstrzymując się przed pokusą pieszczoty.

‒ Ja też. Sądziłam, że dojdzie od razu do samoistnego zapłonu.

Parsknął śmiechem, który przyprawił ją o dreszcz.

‒ Nie należało całować się w windzie. Ta druga para miała na co popatrzeć.

‒ Była w windzie jeszcze jedna para?

Wstał i włożył bokserki.

‒ Owszem – oznajmił z przebiegłym uśmiechem.

‒ No cóż… byłam lekko rozkojarzona.

‒ Podoba mi się, że dzięki mnie przestajesz dostrzegać otoczenie.

Remy uśmiechnęła się bezwiednie, widząc zadowolenie na jego twarzy.

Kiedy poszedł do łazienki, wstała i wygrzebała z walizki szorty i obszerny podkoszulek. Dostrzegła w lustrze na przeciwległej ścianie swoje niezbyt korzystne odbicie. Po co miałaby się tym przejmować, skoro miał za chwilę zniknąć za drzwiami?

Zniknąć z jej życia.

Jedna noc.

Nie powinna pragnąć, by pozostał.

Bo patrzył w hotelowej łazience na swoje odbicie w lustrze.

To tylko pojedynczy numer, mówił sobie.

Co z tego, że to był najlepszy seks w jego życiu? Spędzili ze sobą dwie godziny i zrobili to… z trudem mógł uwierzyć… trzy razy. Dotykał jej bezustannie, jakby mu zależało na tym, by liczyła się każda sekunda.

Nie chciał zabrać swoich rzeczy i odejść z jej życia. Po raz pierwszy od bardzo wielu lat nie czuł pętli na szyi, rozczarowania po dobrym seksie pozbawionym uczuć. Chciał tylko wrócić do łóżka i wśliznąć się w nią.

Nie byłoby to jednak mądre. Pomijając to, że go intrygowała – co mu się nie podobało – skończyły im się prezerwatywy. Nie był pewien, czy zdołałby nad sobą zapanować.

Wszedł pod prysznic i odkręcił zimną wodę, mając nadzieję, że przywróci mu zdrowy rozsądek. Dlaczego tak o niej myślał? To był tylko dobry seks – nic więcej!

Zaproponowała, on się zgodził, oboje mieli frajdę, koniec, kropka.

Remy była wspaniałą kochanką… dwie najlepsze godziny w jego życiu… więc dlaczego nie czuł się lepiej?

Od czasów Any celowo ograniczał się do przelotnych kontaktów seksualnych, a ten miał być najbardziej przelotny. Ładna dziewczyna, turystka, ktoś, kogo więcej nie zobaczy. Nie znał jej nazwiska, adresu ani numeru komórki, ale była pierwszą kobietą w ciągu ostatnich pięciu lat, która zdołała poruszyć w nim jakąś wewnętrzną strunę.

Właśnie dlatego wszedł zdecydowanie do pokoju i szybko się ubrał. Chciał jak najszybciej odzyskać zdrowy rozsądek.

Remy też zdążyła się ubrać, a on cieszył się, że nie jest już naga. Utrudniłoby to odejście.

Siedziała na brzegu łóżka ze skrzyżowanymi nogami. Wyglądała na opanowaną, zbliżył się więc do niej i pocałował ją przelotnie w policzek, nie chcąc ryzykować nic więcej, by nie ulec pokusie.

‒ Dzięki, Remy. Niech ci się wiedzie.

‒ Tobie też.

Bo wyszedł i zamknął za sobą drzwi, potrząsając głową. Gdyby ktoś mu wcześniej powiedział, że odejście będzie trudne, postukałby się w czoło. Nigdy nie było trudne.

Z tym wyjątkiem.

Tytuł oryginału: One Night, Two Consequences

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2015 by Joss Wood

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2865-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.