Opis

Ósma część serii o zabójstwach w Sandhamn

Każdego lata setki dzieci przyjeżdżają na letni obóz żeglarski na małą wyspę Lökholmen. Niestety, wychowawcy nie radzą sobie z nadzorem nad uczestnikami obozu. Nic więc dziwnego, że dochodzi do przykrych sytuacji. Dzieci znajdują sobie „ofermę obozową”. Nękanie z każdym dniem staje się coraz dotkliwsze. Tymczasem w okolicznych lasach kryje się ktoś, kto obserwuje otoczenie…

Nora Linde – prokurator w Biurze do Walki z Przestępczością Gospodarczą – przygotowuje się do najważniejszego procesu w swoim życiu zawodowym. Oskarżyła byłego dyrektora generalnego firmy budowlanej o oszustwa finansowe. Mężczyzna robi wszystko, by uniknąć więzienia. Nie liczy się przy tym z kosztami, przez co proces sądowy ma katastrofalne konsekwencje.

Thomas Andreasson z ulgą wraca do pracy na komendzie policji po krótkim okresie zatrudnienia w firmie ochroniarskiej. Niestety, jego relacje z partnerką, Pernillą, stają się napięte. Kiedy na obozie żeglarskim jeden z opiekunów zgłasza zaginięcie chłopca, Thomas musi odłożyć na bok swoje rodzinne zmartwienia. Policja rozpoczyna poszukiwania. Czasu na odnalezienie dziecka jest coraz mniej…

***

Pełna napięcia powieść kryminalna. Napięcie utrzymuje się przez cały proces sądowy, w którym Nora musi położyć na szalę wszystkie swoje umiejętności zawodowe… W połowie książki akcja przyspiesza, zaczynamy ją czytać coraz szybciej, aby dowiedzieć się, jak potoczą się poszczególne wątki. Pod koniec przestajemy prawie oddychać i dostajemy gęsiej skórki.

DAST MAGAZINE

To najlepsza powieść Viveki Sten. Autorka żongluje wątkami i dokonuje nagłych zwrotów akcji, przez co czytelnik błądzi bezradnie pośród wszelkich możliwych poszlak i aż do ostatnich stron nie zna rozwiązania.

DAGENS NYHETER

Viveca Sten pisze coraz lepiej… Przestępczość gospodarcza, zbrodnia na tle seksualnym, uzależnienie od hazardu, działalność finansowo-pożyczkowa, dramat z rozwodem w tle… A wszystko to podane w świetny sposób. Pasjonująca i wciągająca książka z poważną, a zarazem nastrojową atmosferą.

KRISTIANSTADSBLADET

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


0

Dzieci jeszcze spały. Słońce miało dopiero wzejść nad trawnikiem przed czerwonymi barakami. Na jolkach leżących na drewnianej rampie skrzyła się rosa.

Każdy domek mieścił dwie słoneczne sale, w których przebywało po osiem dziewczynek albo ośmiu chłopców. Niektóre dzieci miały zaokrąglone policzki i szczupłe ciała, u dziewcząt pojawiły się zalążki piersi.

Mężczyzna stał przez chwilę za pniem drzewa, po czym naciągnął czapkę i rozejrzał się wokół siebie. Szybko robiło się jasno, coraz głośniej śpiewały ptaki.

Podszedł bliżej.

Okno w najbliższym baraku było uchylone. W środku widać było sylwetki śpiących dzieci z potarganymi włosami i opalonymi twarzami. Czoła miały spocone od upału, ręce zwisały im znad krawędzi łóżek.

Mężczyzna przyjrzał się dokładnie drzwiom wejściowym. Wyglądało na to, że nie są zamknięte na klucz, bo między ich krawędzią a futryną powstała wąska szpara.

Odwrócił głowę i jeszcze raz rozejrzał się po całym terenie. Kilkaset metrów od miejsca, w którym stał, mieszkali instruktorzy, ale widok na baraki zasłaniał im sosnowy zagajnik. Spać położyli się po północy, gdy zgasły wszystkie światła.

Nagle ciszę przerwał lekki plusk. Nad gładką jak lustro powierzchnią zatoki pojawiła się rybitwa. Na wodzie powstało kilka ledwo widocznych kręgów, po czym jej toń znowu się zamknęła.

Mężczyzna był pewien, że na wykonanie zadania potrzebuje niewiele czasu. Dokładnie wiedział, co i jak ma zrobić.

Czwartek, 12 czerwca 2014

1.

– NIE RÓB takiej nieszczęśliwej miny – powiedziała Åsa Dufva, próbując uśmiechnąć się zachęcająco do swojego syna, Benjamina. – Mnóstwo dzieci byłoby zachwyconych, gdyby tak jak ty mogły pojechać na obóz żeglarski.

Chłopiec nie odpowiedział. Siedział na brzegu łóżka z pochyloną głową i telefonem komórkowym w ręce. Pokój wypełniały słabe dźwięki elektronicznej melodii, która towarzyszyła grze.

Åsa zwinęła drugą parę dżinsów i wsunęła ją do torby stojącej na podłodze. Wcześniej włożyła do niej kilka T-shirtów, kangurkę, sztormiak i używany kapok, który pożyczyła od koleżanki.

– Na pewno poznasz tam nowych kolegów – powiedziała. – A może nawet spotkasz kogoś ze szkoły?

Ale Benjamin milczał. Siedział ze wzrokiem wbitym w iPhone’a, którego podarował mu tata.

Na myśl o prezencie urodzinowym, który jej syn dostał od Christiana niecałe pół roku wcześniej, Åsa zacisnęła zęby. Benjamin tak bardzo się z niego ucieszył, że nawet niezbyt się przejął, gdy Christian oznajmił, że na urodzinowym przyjęciu zostanie niecałą godzinę. Jej uwadze nie umknęła jednak zestresowana mina byłego męża, gdy wyszedł na długo przed innymi gośćmi. Tak bardzo się spieszył do Ninny i ich dziecka.

W końcu Benjamin uniósł głowę.

– Czy ja koniecznie muszę tam jechać?

Ton głosu wskazywał, że chłopiec nie do końca jest do tego przekonany. Nigdy jednak nie odważył się postępować wbrew woli ojca.

Åsa otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć, ale się rozmyśliła.

Powinna była powiedzieć Christianowi, że obóz żeglarski to głupi pomysł. To, że on kochał życie obozowe, wcale nie musiało oznaczać, że jego synowi też się tam spodoba. Benjamin nie jest aż tak wysportowany, otwarty ani towarzyski. Większość czasu spędza samotnie, woli siedzieć na kanapie i grać w gry komputerowe.

Jednak Christian jak zwykle postawił na swoim.

Później się okazało, że kiedy ich informował o przyjęciu Benjamina na obóz, wszystko miał już załatwione. Wyjazd miał trwać siedem dni, ona miała odebrać syna przed długim weekendem czerwcowym. Jutro obaj popłyną promem do Sandhamn, a stamtąd na obóz na wyspie Lökholmen.

Åsa westchnęła.

– Nie zapomnij, żeby rano i wieczorem umyć zęby – przypomniała, składając w kostkę ostatnią koszulkę. – Słyszałeś, co powiedziałam?

– Będę tam najmłodszy ze wszystkich – odparł Benjamin, unosząc wzrok znad telefonu. – Większość dzieci chodzi do siódmej albo do ósmej klasy. W moim wieku nie będzie tam nikogo.

Åsa wiedziała, że to prawda. Jej syn trafi do grupy złożonej z najmłodszych dzieci. W swojej klasie jest prawie najniższy. Także pod tym względem różni się od Christiana, który jest wysoki i barczysty.

Usiadła na łóżku, tuż obok syna.

Benjamin siedział oparty plecami o ścianę, z nogami podciągniętymi pod brodę. Jasnobrązowa grzywka opadała mu na czoło, ale Åsa wiedziała, że nie powinna jej odgarniać. Jeśli spróbuje to zrobić, Benjamin od razu się zdenerwuje.

Nie patrząc jej w oczy, powiedział:

– Nie znam się na żeglowaniu.

– I właśnie dlatego jedziesz na ten obóz – odparła Åsa. – Tam cię tego nauczą.

Starała się z nim rozmawiać zachęcającym tonem, ale przez cały czas walczyła ze sobą, żeby nadać swojemu głosowi naturalne brzmienie.

To Christian zmusił Benjamina do wyjazdu, nie ona. Gdyby to od niej zależało, pojechaliby razem do dziadków w Smålandzie. Robią to co roku.

Wiedziała jednak, że gdyby rzuciła jakiś sarkastyczny komentarz na temat swojego byłego, Benjamin nie poczułby się od tego ani trochę lepiej. Christian… ciągle mu się wydaje, że od wszystkiego może się wymigać.

– To tylko tydzień – powiedziała. – Zobaczysz, że czas szybko ci zleci. Sam wiesz, jak tacie zależało, żebyś tam pojechał.

Nie mogła się powstrzymać i potargała mu włosy. Chłopiec natychmiast się od niej odsunął. Jak zwykle.

Dochodziła dziewiąta. Powinna się pospieszyć, bo w końcu muszą pójść spać. Christian przyjedzie po Benjamina o wpół do ósmej rano, a ona jest zmęczona po długim dyżurze w szpitalu. Jak zwykle brakuje położnych.

Wstała z łóżka i z górnej szuflady komody wyjęła jasnoniebieską flanelową piżamę. Była delikatna i miękka w dotyku.

Znowu ogarnął ją niepokój.

Wprawdzie to Christian nalegał, żeby Benjamin pojechał na obóz, ale to ona musi go teraz pocieszać. To nie Christian będzie się niepokoił, czy ich synowi nie będzie smutno albo czy nie tęskni za domem.

– Wszystko będzie dobrze – powtórzyła. Zastanawiała się tylko, kogo tak naprawdę próbuje uspokoić: Benjamina czy siebie. – Czekają cię wspaniałe wakacje nad morzem.

2.

NORA LINDE zamknęła segregator z protokołami przesłuchań i odsunęła go od siebie. Proces zacznie się w poniedziałek. To ostatnia rzecz, którą zajmie się przed ślubem.

Uśmiechnęła się w myślach. W wigilię nocy świętojańskiej, dokładnie o piętnastej, wezmą z Jonasem ślub w kaplicy w Sandhamn. Mała Julia wejdzie w skład dziecięcej świty, Wilma, siostra Jonasa, będzie druhną, a Simon i Adam zostaną świadkami.

Od pewnego czasu zaglądała na meteorologiczne strony internetowe. Jonas śmiał się z niej, że próbuje sobie w ten sposób zagwarantować ładną pogodę na dzień ślubu. Na razie świeciło słońce, jego promienie rozświetlały jej biuro. Niestety, pogoda o tej porze roku bywała zdradliwa.

W pewnej chwili jej wzrok spoczął na ekranie monitora. Uśmiech natychmiast zgasł na jej twarzy.

Dziś rano dostała kolejny anonimowy mail dotyczący procesu. Zawierał tę samą treść, co poprzedni, był pełen agresywnych oskarżeń skierowanych przeciwko jej najważniejszemu świadkowi.

NIE UFAJ TEMU GNOJKOWI!

Wiadomość napisana była złym, nienawistnym językiem. Nie udało jej się ustalić tożsamości autora.

Nagle ktoś zapukał do uchylonych drzwi. Nora uniosła wzrok. W progu stał Jonathan Sandelin, prokurator z I Wydziału Biura do Walki z Przestępczością Gospodarczą.

– Jesteś zajęta? – spytał, zdejmując wąskie rogowe okulary przeciwsłoneczne.

– Niespecjalnie – odparła Nora, wskazując krzesło dla gości stojące po drugiej stronie biurka. – Wejdź.

Sandelin usiadł na obitym zielonym materiałem siedzeniu i zerknął na numer sprawy wypisany na segregatorze, który Nora przed chwilą od siebie odsunęła: B 1216-14, Państwo przeciwko Niklasowi Winnermanowi i Bertilowi Svenssonowi.

– Byłem pewien, że przygotowujesz się właśnie do tej sprawy – powiedział.

Nora skinęła głową.

Wiosną poświęciła wiele czasu, żeby się odpowiednio przygotować do procesu przeciwko firmie budowlanej Byggallians. Dyrektor naczelny dopuścił się oszustw na tak wielką kwotę, że doprowadziło to firmę do bankructwa. Oskarżyła go o nadużycie zaufania wobec wspólnika i zażądała wysokiej kary więzienia.

– Jak się czujesz? – spytał Sandelin.

– Bardzo dobrze.

W ciągu ostatnich lat ich biuro doznało wielu dotkliwych porażek. Kilka dużych spraw przegrali nie tylko w sądzie rejonowym, ale także okręgowym i apelacyjnym. Media nie omieszkały im wytknąć braku sukcesów. Nora wiedziała, że naczelnemu dyrektorowi zależy na poprawie statystyki.

– Wygramy tę sprawę – dodała.

– A nie obawiasz się, że pan dyrektor Winnerman się z tego wywinie?

Jonathan jak zawsze trafił w sedno.

Winnerman od samego początku nie przyznawał się do winy. Jego linia obrony była prosta: ich biuro na niczym się nie zna i dlatego całą winę próbuje zrzucić na niewinnego człowieka.

– Shit happens, jak podczas jednego z wcześniejszych przesłuchań stwierdził jego adwokat. Błędy w działalności gospodarczej nie są przestępstwem. Na razie.

– O wszystkim zadecyduje zeznanie dyrektora sprzedaży – odparła Nora.

Mówiąc to, wykonała zamaszysty gest w kierunku jasnobrązowej teczki z aktami.

– Przed chwilą ponownie przejrzałam wszystkie protokoły przesłuchań. Christian Dufva przysięga, że to Winnerman jest odpowiedzialny za całą aferę, która w efekcie doprowadziła ich firmę do bankructwa. Jego zdaniem to Winnerman sprawił, że firma zapłaciła dziesięć milionów koron za bezwartościową zgodę na budowę. Potem ukrył pieniądze za granicą, zanim sprawa wyszła na jaw.

– Ładna sumka – stwierdził Jonathan.

Nora przyznała mu w myślach rację.

– Kwota była zbyt duża jak na firmę tej wielkości – stwierdziła. – Kiedy zaczęły wpływać faktury, szybko zbankrutowali.

Na korytarzu ktoś zamknął drzwi na klucz. Kończył się kolejny pracowity dzień. Wkrótce większość pokojów opustoszeje.

– Gdyby syndyk nie odkrył, na czym polegał przekręt, Winnerman prawdopodobnie uniknąłby odpowiedzialności karnej – dodała Nora.

– O ile dobrze pamiętam, stosował bardzo wyszukane metody – powiedział Sandelin, zakładając nogę na nogę.

Nora skinęła głową.

Winnermann ukrył się za fasadą fikcyjnej spółki i posłużył się „słupem”, który miał ponieść konsekwencje jego czynów. Ów „słup” nazywał się Bertil Svensson i był zaawansowanym alkoholikiem, który wysiadywał na ławkach w centrum handlowym w Hallundzie. On też został oskarżony – o współsprawstwo, bo za kilkadziesiąt tysięcy koron i kilka butelek wódki podpisywał wszystkie dokumenty. Dzięki temu Winnerman może uniknąć odpowiedzialności za współudział.

– To dlatego zeznanie dyrektora sprzedaży ma dla nas tak duże znaczenie – wyjaśniła Nora. – Dzięki niemu zdołam przekonać sąd do prawdziwej wersji wydarzeń.

W czasie przesłuchań Dufva nawet nie krył, jak bardzo jest rozżalony postępowaniem Winnermana. Nora była przekonana, że Dufva zrobi wszystko, aby posłać swojego dawnego wspólnika za kraty. Przepracowali razem dziesięć lat, a Winnerman tak mu się za tę współpracę odwdzięczył. Dufva mówił o tym z głębokim rozgoryczeniem.

– Rozumiem, że nie udało wam się trafić na ślad tych pieniędzy? – upewnił się Sandelin.

– Niestety – odparła Nora.

Dla ich biura to porażka. Pieniądze, które opuściły konto firmy, zostały przekazane na anonimowe konto za granicą. W tej części oskarżenia będą się musieli oprzeć na poszlakach.

Złościło ich, że nie znaleźli pieniędzy zawłaszczonych przez Winnermana. Nora wiedziała, że obrona wykorzysta tę okoliczność do podważenia ich argumentów. Leila Kacim – młoda, energiczna inspektor policji kryminalnej, która też pracowała nad tą sprawą – przeszukała wszystkie możliwe miejsca, ale niczego nie znalazła.

– Czy masz jakąś teorię na temat tego, co się mogło z tymi pieniędzmi stać? – spytał Sandelin.

Nora pokręciła głową.

Winnerman nie miał na swoim koncie milionów. Wiedziała o tym, bo zostało dokładnie sprawdzone. Mieszkał w kupionym na wysoki kredyt trzypokojowym mieszkaniu w centrum miasta i razem z siostrą był współwłaścicielem domku letniego na wyspie Ingarö. Innych dochodów ani aktywów nie posiadał.

Często się zastanawiała, dokąd trafiły tamte pieniądze, ale nie udało jej się wymyślić nic mądrego. Czy powinna opowiedzieć Sandelinowi o anonimowych mailach? Wahała się, bo na razie nie przywiązywała do nich zbyt dużej wagi. Większość prokuratorów dostaje co jakiś czas podobne groźby. Zanim jednak zdążyła się odezwać, Sandelin wstał z krzesła.

– Widzę, że masz sytuację pod kontrolą – stwierdził. – To dobrze.

Wychodząc z pokoju, zatrzymał się w progu.

– À propos… chyba już wiesz, że na jesieni zwolni się stanowisko zastępcy prokuratora? Jeśli uda ci się wygrać tę sprawę…

Sandelin nie dokończył, tylko znacząco uniósł brwi. Nora się uśmiechnęła. Na myśl o ewentualnym awansie zrobiło jej się gorąco. Zaczęła nawet formułować w myślach treść wniosku o przeniesienie jej na to stanowisko.

– Naczelny dyrektor przygląda się tej sprawie – powiedział Sandelin, wychodząc z pokoju. – Mówię ci o tym, żebyś wiedziała. Nie zawiedź go.

3.

DOCHODZIŁA CZWARTA, zaraz zamkną piekarnię. Mężczyzna wiedział, że musi się pospieszyć, bo inaczej nie zdąży kupić chleba. Kiedy kilka minut później wyszedł z torebką pieczywa na schody, ujrzał małą dziewczynkę.

Żywopłot z krzaków bzu oddzielający sąsiedni budynek od piekarni jaśniał pełnią barw. Powietrze było ciężkie od zapachu pęków fioletowych kwiatów. Białe metalowe krzesła z kutego żelaza przeznaczone dla klientów piekarni kąpały się w promieniach popołudniowego słońca.

Mężczyzna był tam sam. Sezon jeszcze się nie zaczął, chociaż było ciepło i lato w pełni.

Dziewczynka ubrana była w jasnoniebieską bawełnianą sukienkę, która kończyła się tuż nad jej kolanami. Ramiączka były spięte rozetką na karku. Na nogach miała japonki w podobnym kolorze co sukienka.

Mężczyzna zastanawiał się, ile może mieć lat. Jedenaście?

Uznał, że to chyba właściwy wiek, bo oznaczało to, że dziewczynka nadal jest dzieckiem. Wiosenne słońce wywabiło na jej nos mnóstwo piegów, maj był tego roku naprawdę piękny. Wiele popołudni spędził na ławkach, w parkach albo naprzeciwko szkół i przedszkoli. Nikt nie zwracał uwagi na mężczyznę o przeciętnym wyglądzie, który cieszył się promieniami wiosennego słońca.

Podszedł trochę bliżej.

Dziewczynka miała brązowe włosy związane w kitkę, z której wymknęło się kilka kosmyków. Bardzo mu się podobały jej loki. Właśnie loki lubił najbardziej, prawie fizycznie czuł w palcach dotyk miękkich jak jedwab włosów. Wiedział, w którym miejscu za jakiś czas pojawią się zalążki piersi.

Dziewczynka nie miała pojęcia, że jest obserwowana. Całą swoją uwagę skupiła na tłustym labradorze, który siedział z wywieszonym na wierzch językiem przy schodach prowadzących do Zajazdu w Sandhamn. Smycz przywiązana była luźno do metalowego słupka zamontowanego przed wejściem do sali restauracyjnej.

Dziewczynka podeszła do niego i wyciągnęła rękę, żeby go pogłaskać. Pies podniósł się na cztery łapy, a gdy zaczęła go głaskać po grzebiecie, nie protestował. Uniósł pysk i poddał się jej pieszczotom, merdając ogonem.

W chwili gdy dziewczynka przed nim uklękła, pochyliła głowę, co mężczyzna uznał za zaproszenie. Nie mógł się mylić. Promienie słońca padały prosto na jej skórę, która w odsłoniętych miejscach była jaśniejsza i delikatniejsza niż reszta ciała, które sukienka chroniła przed słońcem.

Mężczyzna zaczął sobie wyobrażać jej nagą, delikatną skórę. Oczami wyobraźni widział, jak opuszkami palców przesuwa po jej delikatnym meszku. Czuł dotyk młodego dziewczęcego ciała. Mocniej ujął w dłoń torebkę z pieczywem i oblizał wargi.

– Przepraszam – usłyszał nagle czyjś głos.

Wysoka, mocno zbudowana i ubrana w ciasne dżinsy kobieta położyła mu dłoń na ramieniu.

– Stoi pan w przejściu.

Mężczyzna mruknął coś przepraszającym tonem i instynktownie spuścił wzrok, żeby nie patrzeć jej w oczy. Udawał, że jest zajęty wąchaniem kiści bzu. Instynkt mu podpowiadał, że nie powinien zwracać na siebie niczyjej uwagi.

Kiedy kobieta przeszła obok niego i ponownie uniósł wzrok, dziewczynki już nie było. W miejscu, gdzie przed chwilą stała, na ziemi siedział czarny pies.

Mężczyzna wiedział jednak, że w Sandhamn zostanie jeszcze kilka dni. Jutro też przyjdzie tu po chleb.

4.

LEDWO THOMAS ANDREASSON otworzył drzwi swojego mieszkania na Södermalmie, Elin wpadła do przedpokoju i pobiegła do toalety. Fakt, że musiał otworzyć zamek zakładkowy, oznaczał, że Pernilla była jeszcze w pracy.

Wcześniej wysłała mu SMS-a z prośbą, aby odebrał Elin z przedszkola, chociaż tego dnia przypadała jej kolej. Nie był więc zaskoczony jej nieobecnością, chociaż już trzeci wieczór z rzędu została w biurze po godzinach. Miał nadzieję, że przynajmniej wrócą do domu o tej samej porze.

Zamknął za sobą drzwi, zdjął dżinsową, znoszoną kurtkę, powiesił ją na wieszaku i przeciągnął dłonią po jasnych włosach.

– Co będzie na kolację? – spytała Elin. Wyszła z toalety i zdjęła swoje różowe buciki z obrazkiem Barbie na palcach.

– Umyłaś ręce?

Dziewczynka uniosła dłonie, żeby mu je pokazać.

– Czy mama szybko wróci?

– Dzisiaj wieczorem zjemy kolację tylko we dwoje.

– To znaczy, że dziś wieczorem też jej nie będzie?

Twarz Elin w jednej chwili posmutniała. Thomas podniósł ją z podłogi i kilka razy podrzucił pod sufit. Połaskotał ją pod brodą, aż znowu się uśmiechnęła.

– Zjemy na balkonie, jeśli chcesz – powiedział i odwrócił się w taki sposób, żeby dziewczynka mogła widzieć drzwi balkonowe. Za oknem rozciągało się stare podwórze. Wyglądało tak, jakby od początku dwudziestego wieku, gdy budynek powstał, czas zatrzymał się w miejscu. – A co byś powiedziała na domowej roboty hamburgera taty? Zawsze ci smakuje.

– Chcę, żeby mama też z nami jadła.

Elin ukryła głowę pod jego ramieniem.

Thomas nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Pogłaskał ją tylko po głowie, posadził na podłodze i poszedł do kuchni, która o tej porze dnia była już zacieniona. W lodówce powinny być jeszcze jakieś hamburgery. Wystarczy dla dwóch osób.

Odwrócił się plecami do blatu pod wiszącymi szafkami.

Pernilla dostała nową pracę. Od dziewięciu miesięcy była zatrudniona w dużej skandynawskiej sieci telekomunikacyjnej jako dyrektor marki. Pracowała na okrągło, Elin miała całkowitą rację. Po powrocie do domu rozmawiała przez telefon albo wysyłała długie maile z laptopa. Kiedyś o pierwszej w nocy dostała SMS-a. Kiedy budziła się rano, od razu sprawdzała pocztę. Większą część weekendów poświęcała na to, aby „przygotować plan pracy na kolejny tydzień”.

Te frustrujące rozważania przerwał mu dźwięk telefonu. Margit Granqvist. A przecież zaledwie kilka godzin temu pożegnali się na komendzie policji. Ze względu na Elin miał nadzieję, że sprawa nie okaże się pilna.

– Chciałabym cię poprosić o przysługę – zaczęła Margit.

Jego przełożona jak zwykle przeszła od razu do rzeczy.

– O co chodzi?

– Czy mógłbyś jutro rano poprowadzić odprawę? O ósmej mam zamówioną wizytę u dentysty. Boli mnie ząb mądrości.

Thomas przypomniał sobie, że po południu Margit wyglądała na zmarnowaną.

– Oczywiście. Nie ma sprawy.

– Dzięki. Mam nadzieję, że zjawię się około dziesiątej. Chyba że mój dentysta pozbawi mnie życia.

Ostatnie zdanie miało być żartem, ale wcale tak nie zabrzmiało.

Thomas schował telefon do kieszeni.

To głównie dzięki Margit wrócił do zawodu. Poprzedniego lata zrezygnował z pracy w policji, bo skusiła go oferta, którą otrzymał od prywatnej firmy. Od kwietnia znowu pracował w swoim dawnym zawodzie. Wiedział, że Margit musiała pociągnąć za kilka sznurków, żeby dostał zgodę na powrót.

Wyjął z szafki zużytą patelnię i postawił ją na kuchence.

Kiedy Pernilla otrzymała propozycję pracy, sam ją zachęcał, żeby się zgodziła. Wtedy nawet się nie domyślał, jak bardzo będzie pochłonięta nowymi obowiązkami. Często podróżowała służbowo między czterema stolicami. Doszło do tego, że na widok jej walizki w przedpokoju zaczynał mieć wszystkiego dosyć.

Kwestię odbioru Elin rozwiązali w ten sposób, że przychodzili po nią on albo jego mama, która na szczęście chętnie się na to zgodziła.

Nauczył się przygotowywać kolacje dla dwóch osób, ale bez jej pomocy nie poradziłby sobie z codziennymi obowiązkami. To prawdziwe szczęście, w domu panował teraz taki spokój i porządek.

W zamrażalniku znalazł kilka hamburgerów. Wyjął je, pokroił cebulę i pomidora, a potem poszedł do spiżarni po keczup.

W kuchennym oknie ujrzał około czterdziestopięcioletniego mężczyznę. Miał ponurą minę i pierwsze głębokie zmarszczki ciągnące się od nosa do ust. Dopiero po chwili się zorientował, że patrzy na swoje własne odbicie w szybie.

Pernilla zaczęła nową pracę prawie w tym samym czasie, kiedy z nim skontaktował się Erik Blom, dawny kolega z policji, który kilka lat wcześniej przeszedł do prywatnej firmy. Erik przedstawił mu w imieniu swoich przełożonych ciekawą ofertę, która obejmowała między innymi znacznie wyższe wynagrodzenie niż jego policyjna pensja. A ponieważ Pernilla podjęła nową pracę z ogromnym entuzjazmem, propozycja Erika też go skusiła. Może nadszedł czas, żeby rozejrzeć się za czymś innym? Nie wolno tkwić w miejscu. Tak sobie przynajmniej wmawiał.

Tymczasem rzeczywistość okazała się inna: Pernilla pięła się w górę, a on siedział przy biurku. Sporządzał raporty na temat zabezpieczeń, uczestniczył w spotkaniach dotyczących budżetu i ofert dla klientów. Wszystko ma swoją cenę, więc stale musiał sprawdzać, czy koszty nie przekroczą zysku.

Pierwsze wątpliwości ogarnęły go już po miesiącu.

Tęsknił za policyjną pracą bardziej, niż sobie wyobrażał. Brakowało mu suchych komentarzy Margit, codziennych rozmów z Aramem Gorgisem i innymi kolegami na komendzie.

Czuł, że wszystko się zmieniło.

Może to banalne, ale po tym, jak zrezygnował z pracy w policji, wszystko to zaczęło mieć dla niego o wiele większe znaczenie, niż się spodziewał.

W końcu zadzwonił do Margit i spytał, czy mógłby wrócić. Wcześniej mu się wydawało, że czegoś mu brakuje, ale praca w sektorze prywatnym mu tego nie dała.

Erik był niezmiernie rozczarowany jego nagłą rezygnacją, od tamtej pory prawie ze sobą nie rozmawiali. Natomiast Pernilla stwierdziła, że jego decyzja o powrocie do pracy w policji świadczy tylko o tym, że ma nie po kolei w głowie.

Żebyś mi się tylko później nie skarżył.

Być może właśnie wtedy zaczęło się między nimi psuć. Powstała rysa, która coraz bardziej się pogłębiała.

Wyjął mięso z lodówki i zamknął ją z trzaskiem.

– Jesteś zły, tato?

Elin stanęła w progu i popatrzyła na niego uważnym wzrokiem.

– Nie, córeczko – odparł Thomas. Pochylił się i pogłaskał ją po policzku. – Nic się nie stało. Po prostu za mocno zatrzasnąłem lodówkę. To nie ma z tobą nic wspólnego.

Spojrzał na zegarek. Wpół do szóstej. Pernilla wróci do domu najwcześniej przed ósmą. Oby.

Zrobiło mu się przykro.

5.

– WRÓCIŁEM!

Jonas wszedł do przedpokoju i od razu usłyszał głos Nory.

– Jestem w kuchni – zawołała cicho, żeby nie zbudzić Julii.

Dochodziło wpół do dziesiątej, ich czteroletnia córka już spała. Zaczęły się wakacje, więc Simon przepadł gdzieś z kolegami, a Adam poszedł do swojej dziewczyny, Freji.

Jonas podszedł do Nory, która stała przy stole kuchennym, i delikatnie pocałował ją w policzek. Jego brązowe włosy były wilgotne od wieczornego deszczu. Kilka kropel nadal ściekało po srebrnym lampasie jego munduru pilota. Jonas poluzował krawat i usiadł naprzeciwko Nory. Popatrzył na kartki leżące na blacie i spytał:

– Planujesz rozłożenie sztućców na weselnym stole?

– Próbuję posadzić naszych gości. Chyba się domyślasz, ile jest kombinacji, jeśli się zaprasza czterdzieści pięć osób?

– To chyba nieważne, jak będziemy siedzieć? I tak będzie fajnie.

– No to sam spróbuj – odparła Nora, podsuwając mu notatnik. – Jeśli chcesz, możesz się tym zająć. Musisz tylko zdecydować, kto usiądzie obok twojej siostry i jej męża. Nie wspomnę już o twojej ciotce.

– Tylko spokojnie.

Jonas wziął Norę za rękę, przycisnął ją do policzka i uśmiechnął się. Nora od razu poczuła, jak ogarnia ją niezwykłe uczucie. Jak zwykle.

Tak bardzo cię kocham.

– Przepraszam – powiedziała. – Nie chciałam cię obarczać tymi sprawami tuż po twoim powrocie do domu. Po prostu mam zbyt wiele na głowie. W przyszłym tygodniu zaczyna się proces w sądzie, zaraz potem bierzemy ślub. Powinnam się rozmnożyć, żeby ze wszystkim zdążyć.

Jonas miał taką minę, że zaczęła przeczuwać coś niedobrego.

– O co chodzi? – spytała, wysuwając dłoń z jego ręki.

– Co masz na myśli?

– Przecież widzę, że chcesz mi coś powiedzieć.

Oparła się o krzesło, czekając na wyjaśnienia.

Jonas nie umie udawać. Od razu zdradzają go rozbiegane oczy.

Zdjął marynarkę i powiesił ją na oparciu krzesła. Nora od razu się domyśliła, że próbuje w ten sposób zyskać na czasie.

– Po prostu mi powiedz, co się stało. Widzę po tobie, że coś jest nie tak.

– Dzwonili do mnie z sekcji planowania.

Jonas umilkł, ale Nora od razu się domyśliła, co zaraz usłyszy.

– No i? – spytała. Nie potrafiła zapanować nad głosem, więc zabrzmiał niepotrzebnie ostro. Jonas położył dłoń na jej ręce.

– Chcą, żebym w sobotę poleciał do Bangkoku.

Nora wypuściła długopis z palców.

– Ale to oznacza, że nie będzie cię przez cały następny tydzień. To wykluczone, rozumiesz? Od poniedziałku do środy będę na procesie, potem od razu musimy pojechać do Sandhamn, żeby przygotować wszystko do ślubu.

Jonas zrobił zdesperowaną minę i Nora od razu się domyśliła, że już się zgodził. Nawet tego z nią nie przedyskutował.

– Mamy podbramkową sytuację – powiedział. – Obdzwonili wszystkich pilotów z listy tych, którzy są w stałej gotowości. Gdyby któryś mógł polecieć, nie zwracaliby się do mnie. Termin lotu zahacza o długi weekend czerwcowy, wielu moich kolegów wzięło urlopy i wyjechało.

– Przecież mamy wziąć ślub!

Nora wykrzyczała te słowa falsetem.

Rzadko się kłócili, właściwie nigdy. Z Henrikiem było inaczej. Ciągłe sprzeczki i otwarte kłótnie… Jonas był inny. Przez ostatnie pięć lat dzieci rzadko słyszały w domu ich podniesione głosy.

Niestety, miał pewną wadę: nie umiał odmawiać. Nie znosił kłótni ani konfliktów w pracy.

– Wszystko będzie w porządku – odparł łagodnym głosem.

Stanął za Norą i zaczął ją masować po karku i ramionach. Najwyraźniej bardzo mu zależało, żeby odzyskała dobry humor.

– Wylatuję w sobotę wieczorem, w niedzielę rano ląduję w Bangkoku. Potem mam czterdzieści osiem godzin odpoczynku i we wtorek wieczorem wracam do Szwecji. W Sztokholmie będę w środę rano. Na pewno ze wszystkim zdążymy.

– W środę rano? – spytała Nora, patrząc na niego niepewnie. – To tylko dwie doby przed ślubem.

– Przecież do Sandhamn planowaliśmy pojechać dopiero w czwartek, prawda?

– A jeśli coś pójdzie nie tak? Nie będziemy mieli żadnej rezerwy czasowej.

Dlaczego tak bardzo brakuje mu wyczucia sytuacji? Trzeba być lojalnym wobec pracodawcy, ale wszystko ma swoje granice.

– Kiedy wrócisz do domu, będziesz kompletnie wykończony… z powodu różnicy czasu i w ogóle.

– To żaden kłopot. Nie zdążę się przestawić na naszą strefę czasową, bo upłynie zbyt mało godzin.

Nora zacisnęła wargi.

Na stole leżały kartki z nazwiskami gości. Przed ślubem muszą jeszcze załatwić tyle rzeczy, omówić mnóstwo szczegółów. Czy teraz sama będzie musiała się tym wszystkim zająć?

– Czasem trzeba ludziom pomóc – powiedział Jonas. – Masz tyle pracy, że sama wiesz najlepiej.

Nora wyczuła aluzję, ale postanowiła nie ustępować.

– Proces zaczyna się w poniedziałek – stwierdziła. – Jest dla mnie bardzo ważny. Co zrobimy z Julią podczas twojej nieobecności? Ja będę bez przerwy zajęta.

Jonas przestał ją masować i poprawił kartki leżące na stole. Potem wziął szmatę i wytarł nią kilka plam w miejscu, gdzie zawsze siedziała Julia.

– Może Adam mógłby nam pomóc? Albo Simon? To przecież tylko kilka dni. Gdyby Wilma była już w Szwecji, poprosiłbym ją o pomoc, ale ona ląduje dopiero w środę wieczorem.

Najstarsza córka Jonasa pracowała przez rok w USA jako opiekunka do dziecka. Do kraju wróci na tyle wcześnie, że na pewno zdąży na ceremonię.

Nora rozpięła sprzączkę do włosów i po chwili ponownie ją zapięła.

Adam zacznie wakacyjną pracę w sklepie spożywczym Westerberg w Sandhamn dopiero po długim weekendzie. Simon też jest w domu. Mogliby na przemian opiekować się młodszą siostrą.

Mimo to nadal była poruszona niespodziewaną nowiną i wolała o tym nie myśleć.

Ze ślubem wiąże się tyle przygotowań. Zaproszenia, uzgodnienia z personelem hotelu Sand, gdzie odbędzie się uroczystość weselna. Już teraz na samą myśl o tym, że coś może pójść nie tak, robiła się nerwowa.

Jonas pochylił się nad nią i przycisnął ją do siebie.

– Nie kłóćmy się dłużej z tego powodu, dobrze? – spytał, dotykając ustami jej skroni. – Przecież mamy się w końcu pobrać.

Nora poczuła, jak złość topnieje w niej w błyskawicznym tempie. Oparła głowę o jego ramię.

– Musisz mi obiecać, że wrócisz do domu w środę rano – powiedziała. – Nie chcę być panną młodą, która czeka na swojego wybranka przy ołtarzu. – Po tych słowach uśmiechnęła się słabo do Jonasa. – Obiecaj.

6.

DOCHODZIŁA PÓŁNOC, w stojącym naprzeciwko budynku stopniowo gasły światła. Mimo to Niklas Winnerman nie mógł się uspokoić. Wiedział, że nie ma sensu kłaść się spać. Wczoraj leżał tak do świtu i nie mógł zasnąć, bo w głowie miał kompletny mętlik. Działo się tak każdej nocy, od wielu miesięcy.

Bez względu na to, co się wydarzyło, nie może trafić do więzienia. Nie miał złudzeń, co się stanie, jeśli do tego dojdzie. Ci, którzy pożyczyli mu pieniądze, wyraźnie dali mu do zrozumienia, jakie będą konsekwencje, jeśli nie zwróci ich na czas. Na pewno mają za murami swoich ludzi.

Już na samą myśl o tym, co może mu się tam przydarzyć, oblał się zimnym potem. Nie miał pojęcia, jak przeżyje w takim środowisku.

Wiele razy zastanawiał się poważnie nad tym, czy nie powinien ze wszystkim skończyć. Raz na zawsze. Firma nie istnieje, dzieło jego życia zostało zniszczone. Za każdym razem, gdy spotyka się z synami – Albertem i Natanem – odczuwa wyrzuty sumienia. Są za młodzi, żeby doświadczać tego, na co ich naraził.

Wiedział jednak, że do popełnienia takiego czynu potrzebny jest szczególny rodzaj odwagi. Tymczasem on był tchórzem i sam sobą z tego powodu gardził.

Wpatrywał się w czarną ścianę widoczną za oknem. Mieszkał w brzydkim domu z lat sześćdziesiątych, który wyraźnie różnił się wyglądem od innych budynków w tej dzielnicy. Większość z nich powstała na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego stulecia.

Poczuł, jak ogarnia go coraz większy niepokój. Wstał i poszedł do kuchni, żeby nalać sobie wody mineralnej. Od poniedziałku nie pił alkoholu. Wiedział, że powinien zachować jasny umysł, bo od tego zależy jego los. Wszystko rozstrzygnie się w ciągu kilku najbliższych dni.

Napełnił szklankę i wypił jej zawartość tak szybko, że oblał się wodą. Krople ściekały mu po brodzie. Niestety, woda mu nie pomoże, przez cały czas tęsknił za porządnym drinkiem.

Z oddali dobiegły go dźwięki syreny. Karetka pogotowia.

W poniedziałek zaczyna się proces. Christian całkowicie go pogrąży swoimi zeznaniami.

Wyjął komórkę i przez chwilę jej się przyglądał. Wiele razy dzwonił do Christiana, prosząc go o wycofanie zeznań. Numer jego telefonu znał na pamięć. Może znowu powinien spróbować? Tylko po co, skoro Christian nigdy nie odbierał. Po prostu odrzucał połączenie. Robił to w taki sposób, jakby się opędzał od natrętnej muchy.

Wbił palce w blat zlewozmywaka z taką siłą, że zbielały mu kłykcie. Otworzył lodówkę. Na najwyższej półce leżała schłodzona butelka wódki. Jakby na niego czekała.

Uniósł ją do góry i popatrzył na nią. Butelka pokryta była szronem. Wychylił łyk i poczuł, jak po całym ciele rozchodzi się fala ciepła. Znowu sobie nalał i wypił kolejny porządny łyk.

Z wódką w ręce wrócił do salonu i usiadł w fotelu. Sięgnął po telefon i jeszcze raz wybrał numer Christiana. Jego były wspólnik jak zwykle nie odebrał.

Popatrzył na laptop leżący na nocnej szafce i z trudem stłumił westchnienie. Czuł, że coś go gryzie. Jak zawsze. W całe to bagno wpakował się przez hazard. Musi w końcu przestać grać, bo go nie stać, żeby dalej tracić pieniądze.

Tymczasem laptop leżał przed nim jak żywy, pulsował obietnicami, kusił go i przyciągał do siebie. Wszystko jest możliwe, podpowiadał mu głos dochodzący z czarnego futerału. Możesz się odegrać i odzyskać to, co straciłeś. Wystarczy ci na spłacenie długów. Zaczniesz wszystko od nowa. Nie wahaj się.

Powinien przestać o tym myśleć.

Wyciągnął rękę i uniósł pokrywę laptopa. Poczuł, jak ogarnia go podniecenie. Tylko na chwilę, pomyślał. Najwyżej pół godziny. Potem się wyloguje i pójdzie spać.

– To ja o tym zdecyduję – mruknął, wypijając głęboki łyk ze szklanki.

Piątek, 13 czerwca

7.

CHRISTIAN DUFVA długo nie mógł się zmusić do naciśnięcia dzwonka przy drzwiach, a potem to zrobił. Przez kilka sekund panowała cisza, ale w końcu usłyszał kroki.

Drzwi otworzyła mu Åsa. Wskazała ręką na torbę i śpiwór leżące na podłodze w przedpokoju.

– To rzeczy Benjamina – powiedziała bez słowa powitania.

Christian zamknął na chwilę oczy.

Miał już po dziurki w nosie jej zawziętości. Przecież dostała wszystko, czego zażądała. Nadal mieszkała w ich dużym mieszkaniu w dzielnicy Vasastan i nie brakowało jej pieniędzy na życie. Bardzo się starał, żeby zaspokoić wszystkie żądania, jakie wysunęła w związku z rozwodem. Mimo to przyglądała mu się z niesmakiem.

– Co słychać? – spytał.

– Nie powinno cię to obchodzić.

Na szczęście do przedpokoju wbiegł Benjamin.

– Czołem – zawołał Christian, obejmując syna. – Zobaczysz, że wszystko będzie super. Jest lato, a ty jedziesz na swój pierwszy obóz żeglarski.

Benjamin skinął głową, a Christian podniósł torbę z podłogi. Nie pozwoli, żeby Åsa popsuła im ten dzień. Długo czekał na okazję, żeby razem z synem pojechać na szkiery. Spędzają ze sobą za mało czasu.

– Weź śpiwór. Musimy się pospieszyć.

Christian wszedł do windy. W chwili gdy naciskał guzik, zadzwonił jego telefon.

Popatrzył na numer i od razu stracił dobry humor.

Dlaczego Niklas nie zostawi go wreszcie w spokoju?

– Patrz pod nogi – powiedział do syna. Słysząc głos ojca, Benjamin potknął się i przewrócił. Stało się to, kiedy miał zejść na ląd z dużej łodzi motorowej, która przywiozła grupę pasażerów. Dwaj starsi chłopcy, którzy zeszli na ląd przed nim, wybuchnęli śmiechem. Poczuł, że cały poczerwieniał na twarzy.

Żeby tylko nie jechali na ten sam obóz.

Łódź, która dobiła do wyspy Lökholmen, była wypełniona rodzicami i ich dziećmi. Wszyscy byli obładowani torbami, walizkami i plecakami. Większość miała specjalne worki żeglarskie i kapoki przerzucone przez ramię. Prawie wszystkim dzieciom towarzyszyli ich rodzice.

– Chodź już, przestań się krzywić.

Christian wypowiedział te słowa zniecierpliwionym tonem. Tak samo rozmawiał z Benjaminem w samochodzie, w drodze do Stavsnäs, gdzie mieli wsiąść na prom. Z początku Benjamin był uszczęśliwiony, że spędzą razem trochę czasu, ale później przez cały czas dzwonił telefon, co popsuło mu humor. Jego tata ani razu nie odebrał, ale za każdym razem wyglądał na coraz bardziej zniecierpliwionego.

Benjamin skulił się w fotelu i zajął jakąś grą w swojej komórce. Po pewnym czasie pojawiły się objawy choroby morskiej, więc przestał.

Christian wszedł na wąską leśną ścieżkę prowadzącą z wyspy Trollharan, do której przybił prom. Benjamin chwycił torbę ze śpiworem i pobiegł za nim.

Minęli śmietnik i most pontonowy prowadzący na wyspę Lökholmen. Na prawo od nich znajdowała się marina z szerokim drewnianym pomostem biegnącym wzdłuż skały. Było przy niej zacumowanych kilka łodzi.

Benjamin odwrócił głowę i po drugiej stronie zatoki zobaczył miejsce, w którym znajdował się obóz żeglarski.

Na szerokiej rampie leżało dwanaście małych żaglówek. Pośrodku obozu rosły jasnozielone trzciny, w głębi jaśniały czerwone baraki. Na wysokim maszcie stojącym pośrodku piaszczystego placu łopotała szwedzka flaga.

Benjamin obserwował, jak przez wąski przesmyk wpływa do zatoki duża żaglówka. Na jej dziobie stał chłopiec w tym samym wieku co on. Najprawdopodobniej też zapisał się na obóz.

– Nie stój tak i nie rozmyślaj – powiedział Christian. – Popatrz tylko, jak tu ładnie.

Benjamin przyspieszył, żeby się z nim zrównać.

Christian przeszedł po rozległym trawniku przed restauracją i minął duży biały namiot ustawiony przed budynkiem przypominającym górską chatę. Ścieżka biegła dalej, do obozu zostało już tylko pięćdziesiąt metrów.

Znowu się zatrzymał. Na dużym trawniku wprost roiło się od dzieci. Nie spodziewał się, że będzie ich tu aż tyle.

Christian, który znowu go wyprzedził, podszedł do dziewczyny w dżinsowych szortach, żeby ją spytać, do którego baraku ma zaprowadzić swojego syna.

– Chodźmy – powiedział, gdy dziewczyna udzieliła mu niezbędnych wyjaśnień. – Będziesz mieszkał w budynku o nazwie „Gwiazda”. Ładnie brzmi, prawda? – Ruszył w kierunku jednego z czerwonych baraków i otworzył na oścież białe drzwi, które były już uchylone. – To chyba tutaj.

Po obu stronach wąskiego korytarza znajdowały się dwa duże, pomalowane na biało pokoje. W każdym z nich wzdłuż ścian stały zwykłe łóżka. Prawie wszystkie były już zajęte. Na materacach leżały w nieładzie torby i kapoki. Ostatnie wolne łóżko zostało z przodu, przy samym oknie. Christian podszedł i położył na nim rzeczy Benjamina.

– Tutaj będziesz spał, to chyba dobre miejsce? – spytał, wyglądając przez okno. – Masz stąd nawet widok na morze. Nie jest źle. To najlepsze miejsce w całym pokoju.

Benjamin zdążył już zauważyć zakurzone odciski stóp na szaro-niebieskiej podłodze przykrytej gumoleum. Pod jego łóżkiem leżał zmięty celofan, który ktoś tam rzucił. Doszedł do wniosku, że skoro nikt go do tej pory nie zajął, musi to być najgorsze miejsce.

– I co myślisz? – spytał lekko podenerwowanym głosem Christian.

– W porządku – odparł szybko Benjamin.

– Możesz tu zostawić swoje rzeczy – powiedział Christian, dotykając jednej z półek. Ponownie zerknął na swoją komórkę. Benjamin wiedział, że od kiedy zeszli na wyspę, telefon dzwonił już cztery razy. Dokładnie liczył.

Przy drzwiach wisiała kartka z wypisanymi na niej imionami i nazwiskami. W pokoju miało zamieszkać ośmiu chłopców.

– Znasz któregoś? – spytał Christian.

Benjamin podszedł bliżej i przeczytał na głos:

Linus Andersson

Markus Grönvall

Lukas af Helsing

Sebastian Grandin

Samuel Karlberg

Oscar Hagander

Martin von Post

Benjamin Dufva

W odpowiedzi na pytanie ojca pokręcił głową. Dlaczego jego nazwisko jest na samym końcu? Czy ma to jakieś znaczenie?

– To nieistotne – odparł Christian. – Na pewno szybko zostaniecie kolegami. Tak to jest, gdy się przyjeżdża na obóz. Zwłaszcza w waszym wieku.

Wzrok mu na chwilę złagodniał, zmarszczki na czole wygładziły się. W tym momencie nie wyglądał na zmęczonego.

– Kiedy pojechałem na swój pierwszy obóz, miałem dziesięć lat. To było najlepsze lato w moim życiu. Poznałem wtedy wielu nowych kolegów.

W sposobie, w jaki Christian się do niego uśmiechnął, Benjamin dostrzegł swojego dawnego ojca – tego sprzed rozwodu z mamą.

W tym samym momencie uświadomił sobie, że istnieje życie „przed” i „po” tym, co się wydarzyło, podobnie jak istnieje „dawny” tata i ten obecny.

Przeczytał ostatnie zdanie z kartki wiszącej na ścianie:

Instruktorzy: William Sjölund i Isak Andrén.

Ich nazwiska też mu nic nie mówiły. Zastanawiał się, czy obaj okażą się dobrymi kumplami.

W tym momencie ponownie zadzwonił telefon. Dźwięk odbił się echem od ścian pokoju. Rysy twarzy Christiana stwardniały. Zacisnął wargi i wyjął komórkę.

Benjamin pomyślał, że jego ojciec znowu odrzuci rozmowę, ale tym razem Christian odebrał.

– Już ci tyle razy mówiłem!

Christian wykrzyczał to zdanie do słuchawki tak głośno, że Benjamin aż się wzdrygnął.

– Przestań wreszcie dzwonić! – zawołał. – Zostaw mnie w spokoju!

Zakończył rozmowę i gwałtownym ruchem wsunął aparat do tylnej kieszeni spodni. Z emocji aż pobladł na twarzy. Z całej siły uderzył prawą pięścią o lewą dłoń. Dźwięk, który rozszedł się po pokoju, przypominał wymierzony komuś mocny policzek.

Benjamin spojrzał na ojca. Nigdy go nie widział w takim stanie. Nie miał odwagi się odezwać, a tym bardziej spytać, co się stało. Dopiero teraz usłyszał hałas dobiegający z placu przed barakiem. Były to głosy dziesiątek dzieci cieszących się słonecznym dniem. Wszystkie wydawały się takie szczęśliwe.

Benjamin stał nieruchomo i wpatrywał się w jakiś punkt na ścianie, na której wisiały resztki pajęczyn.

– Chyba wzywają wszystkich na plac – powiedział Christian i bez słowa wyjaśnienia wyszedł z sali. Benjamin ruszył za nim.

Po tak długim pobycie w na wpół zacienionym pomieszczeniu ostre światło na chwilę go oślepiło. Jego oczy dopiero po dłuższej chwili przyzwyczaiły się do jasnego blasku. Zaczął się rozglądać, czy wśród dzieci zgromadzonych na placu nie ujrzy znajomej twarzy.

Przeciągnął stopą po piasku. Mama zapewniała go, że na pewno spotka tu kogoś znajomego, ale na razie nikogo takiego nie dostrzegł. Przeciwnie: było tak, jak się obawiał. Wszyscy wyglądali na starszych od niego.

Nieopodal zauważył kilka dziewczyn. Stały w cieniu wysokiej sosny i głośno się śmiały. Może z niego?

– Chodźmy – powiedział Christian, ruszając w kierunku stołu, na którym stał duży kosz.

Było w nim pełno telefonów komórkowych. Benjamin domyślił się, że powinien tu zostawić swoją komórkę. Mama uprzedziła go o tym poprzedniego dnia. Używanie telefonów w obozie było zabronione, a na zakup słodyczy będą mieli tylko godzinę dziennie.

Jakiś chłopak w barwnej bandanie na głowie wszedł na ostatni stopień schodów i zaczął przemawiać przez megafon.

– Zaraz zacznie się apel – powiedział. – Niech wszyscy ustawią się na placu. Za chwilę pożegnacie się z rodzicami.

Uniósł rękę i przesadnym ruchem wykonał pożegnalny gest.

– Zobaczymy się za tydzień. Nie musicie się niepokoić o wasze dzieci, zaopiekujemy się nimi.

Cała młodzież została rozdzielona na cztery grupy: Zieloną, Niebieską, Czerwoną i Żółtą.

Benjamin trafił do Niebieskiej. Znalazły się w niej te dzieci, które znały podstawy żeglowania. Wiedział, że nie powinno go w niej być, bo do tej pory wypływał w morze tylko z ojcem. Mimo to Christian uznał, że to właściwy poziom dla jego syna, i nie przejmował się jego zastrzeżeniami.

– Do zobaczenia – powiedział. – Twoja grupa stoi koło masztu z niebieską flagą. Pamiętaj, żeby zawsze wykonywać polecenia instruktorów.

Pochylił się i poklepał Benjamina po plecach. Ten chciał go objąć, zmusić, żeby został, ale wiedział, że byłoby to niemądre, zwłaszcza na oczach innych dzieci.

Przy okazji zauważył, że jego ojciec posiwiał. Nigdy przedtem nie zwrócił na to uwagi. Tylko gdzieniegdzie przebijały brązowe pasemka.

Słońce świeciło coraz mocniej. Christian założył ciemne okulary.

– Muszę już znikać, kolego – powiedział łagodniejszym tonem. – Mam nadzieję, że to będzie super tydzień.

W tym momencie znowu zadzwonił jego telefon. Christian zrobił poirytowaną minę.

– Trzymaj się – powiedział, i zanim Benjamin zdążył się z nim pożegnać, odwrócił się i odszedł. Z telefonem mocno przyciśniętym do ucha ruszył w kierunku Trollharan, gdzie do brzegu dobijał kolejny prom.

8.

KIEDY NIKLAS WINNERMAN wszedł do salki konferencyjnej, Jacob Emilsson siedział już przy owalnym mahoniowym stole. Przed nim piętrzył się stos dokumentów i otwartych segregatorów.

Niklas miał nadzieję, że tabletka na gardło, którą połknął przed wejściem na salę, zlikwiduje przykry zapach. Mimo dwóch dawek magnecylu nadal huczało mu w głowie.

– Jest pan – zaczął Emilsson. Na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech, chociaż Niklas spóźnił się dwadzieścia minut. – Mamy dzisiaj mnóstwo pracy. Proces zaczyna się w poniedziałek.

W tym samym momencie do sali weszła asystentka Emilssona z kilkoma segregatorami pod pachą. Niklas od razu ją poznał. Miała na imię Carin albo Carmen.

– Kawy? – spytał Emilsson, wskazując na tacę, na której stały trzy filiżanki i elegancki termos.

Niklas skinął głową.

Żeby rano wstać z łóżka, musiał się zdobyć na duży wysiłek. Nie zjadł śniadania, tylko poszedł pod prysznic i przez dłuższy czas stał pod strumieniem ciepłej wody. Na myśl o tym, co się wydarzyło poprzedniego dnia, robiło mu się niedobrze. Nie spał do czwartej nad ranem, w zlewie leżała pusta butelka po wódce. A to, co robił w międzyczasie… Wolał o tym nie myśleć. Wiedział tylko, że znowu wpakował się w bagno. To nie może się powtórzyć, obiecał sobie w myślach, siadając na krześle.

– Mam nadzieję, że na procesie będzie pan wyglądał lepiej? – spytał adwokat.

Niklas skinął głową, ale się skrzywił. Czuł się tak, jakby ktoś mu wbijał w głowę małe ćwieki.

– Musi pan włożyć koszulę i elegancki garnitur – kontynuował Emilsson. – No i krawat, ale nie jaskrawy, tylko szary albo granatowy. Proszę się też ogolić, żeby przyzwoicie wyglądać.

Niklas przeciągnął dłonią po brodzie. Niedawno się skaleczył. Rana porządnie krwawiła i musiał ją zakleić plastrem.

Asystentka Emilssona podała mu filiżankę z kawą. Niklas opróżnił ją jednym haustem. Poczuł się trochę lepiej. Kofeina zaczęła działać. Oparł się o krzesło i zamknął oczy.

– Proszę potraktować tę sprawę poważnie – powiedział Emilsson. – W przeciwnym razie nie będę mógł panu pomóc.

– Wiem. Rozumiem – mruknął Niklas. Wprawdzie spóźnił się na spotkanie, ale nie jest głupkiem. – Jestem tylko… – zaczął. – To dość wczesna pora dnia.

Dochodziło wpół do jedenastej, ale Emilsson nie skomentował jego słów.

– Prokurator zrobi wszystko, żeby pana posadzić. Zażądała czterech lat więzienia. Jeśli nie wygra tej sprawy, będzie to prestiżowa porażka nie tylko dla niej, ale i dla całego biura. – Emilsson skrzyżował ręce w taki sposób, że spod marynarki wysunęły się mankiety koszuli. – Największym problemem jest pański były wspólnik, Christian Dufva. Jego zeznanie może pana dobić.

W pokoju zrobiło się nagle gorąco. Niklas poczuł, że koszula lepi mu się do ciała. Spojrzał na siebie oczami adwokata i poczuł się całkowicie bezradny. Ogarnął go dobrze znany strach. Wiedział, że nie może pójść do więzienia, dlatego gotów był zrobić wszystko, żeby tego uniknąć.

– Niech mi pan poradzi, jak mam zeznawać – powiedział. – Zrobię, jak pan każe.

9.

BENJAMIN OBSERWOWAŁ inne dzieci, które były zajęte przygotowywaniem łodzi. Znajdowali się na drewnianej rampie, przy której w szeregu leżały żaglówki przydzielone ich grupie.

Większość dzieci wiedziała, co ma robić. Zdążyły przynieść z szopy żagle i teraz spuszczały łodzie na wodę.

Clara i Stina, z którymi Benjamin miał popłynąć w tej samej łodzi, dobrze się znały. Chodziły do tej samej szkoły w centrum miasta. Były od niego o rok starsze i właśnie zdały do siódmej klasy.

– Jak leci? – spytał Isak, który wyrósł jak spod ziemi. Czapkę miał odwróconą daszkiem do tyłu, a okulary przeciwsłoneczne były uniesione tak wysoko, że prawie na niej leżały. Benjamin ocenił jego wiek na dziewiętnaście albo dwadzieścia lat. Isak był prawie tego samego wzrostu co jego tata.

– Chyba w porządku… – odparł. Zabrzmiało to dość niepewnie. Benjamin zdobył się na odwagę i wskazał na wiszącą luzem linę. – Nie bardzo wiem, do czego jest potrzebna – powiedział.

Isak się roześmiał, ale Benjamin nie wyczuł w jego śmiechu pogardy ani lekceważenia. Od razu się rozluźnił. To chyba dobry kumpel.

– Żaden problem – odparł Isak. – Na początku musisz się wielu rzeczy nauczyć. Za tydzień będziesz żeglował jak prawdziwy wilk morski.

Trzej chłopcy z sąsiedniej łodzi byli prawie gotowi do odpłynięcia. Niecierpliwym wzrokiem spoglądali na Benjamina. Ten rozpoznał w jednym z nich chłopaka, który stał na dziobie dużego jachtu wpływającego do zatoki. Miał na imię Samuel i tak jak on mieszkał w Gwieździe.

– Pospieszcie się – powiedział Isak do Clary i Stiny, które miały taką minę, jakby też na niczym się nie znały. – Jalla, jalla1.

Clara obrzuciła Benjamina przelotnym spojrzeniem, a potem pochyliła się i szepnęła coś swojej koleżance, która zachichotała. Stina była ładną dziewczyną, włosy miała związane w kitkę. Clara miała brązowe, krótko obcięte włosy i bardziej zdecydowaną minę.

– Ruszajcie się – przynaglał ich Isak. – Najwyższy czas wypłynąć. Już wiecie, na czym to polega. Przed południem pływaliście z instruktorem, teraz macie to zrobić sami.

Uderzył dłonią w burtę łodzi i sprawdził stan rumpla.

– Róbcie dokładnie to, o czym wam mówiliśmy na zajęciach instruktażowych, a wszystko będzie w porządku. Przez cały czas będą za wami płynęli instruktorzy, którzy nawet na moment nie spuszczą z was wzroku. Pamiętajcie o tym. Zresztą taki bączek bardzo trudno jest przewrócić, ale nawet gdyby do tego doszło, nic wielkiego wam się nie stanie. Po prostu trochę się wykąpiecie. Jesteście gotowi? – Isak uniósł dłoń z trzema wyprostowanymi palcami. – Kiedy następnym razem spytam, czy jesteście gotowi, odpowiecie mi w ten sposób, unosząc trzy palce. Oznacza to „Zawsze gotowi”.

Stina stuknęła Benjamina w bok i szeroko się uśmiechnęła. Czy ona też uważa, że Isak za dużo gada?

– Chodźcie ze mną – powiedział Isak, kierując się do szopy.

Pomógł im wybrać właściwy żagiel i wciągnąć go na maszt. W jego wykonaniu trwało to zaledwie kilka minut i wyglądało na prostą czynność.

– Włożyliście kapoki? – spytał, sprawdzając każdą z załóg oddzielnie. – Byliście w toalecie? Napiliście się wody?

Benjamin skinął w milczeniu głową.

– To dobrze. W takim razie jeszcze was policzę i wypływamy.

Isak ciągle ich liczył. Robił to przed każdymi zajęciami i przed każdym posiłkiem.

Benjamin wszedł do łodzi za Stiną. We wszystkim starał się ją naśladować. Clara usiadła na rufie i chwyciła za ster, jakby to, że pokieruje łodzią, było oczywiste.

– Wszystko będzie dobrze – zawołał z brzegu Isak.

10.

KIEDY MĘŻCZYZNA wrócił do piekarni, dziewczynki już tam nie zastał. Poszedł więc do mariny i zaczął jej szukać.

Obszedł pomosty należące do Królewskiego Szwedzkiego Towarzystwa Żeglarskiego i wypił kawę w kawiarni Pod Kotwicą. Przez cały ten czas wypatrywał niebieskiej sukienki. Niestety, nigdzie jej nie zauważył, także na plaży we Fläskberget, dokąd w końcu trafił. Na szerokich ręcznikach leżeli tam nieliczni miłośnicy słonecznych kąpieli.

Domyślił się, że dziewczynka była nim zainteresowana. Poznał to po jej kokieteryjnym zachowaniu: sposobie, w jaki machała końskim ogonem i poruszała smukłymi biodrami.

Z czasem nauczył się oceniać ich zachowanie. Teraz od razu potrafi powiedzieć, czy jakiś dzieciak ma na niego ochotę. Bez względu na to, czy chodziło o chłopca, czy o dziewczynkę. On to po prostu wie. Wyciąga wnioski na podstawie wysyłanych sygnałów, takich jak zachęcające ruchy pośladków albo oblizywanie warg, co jest ukrytą formą zaproszenia.

Dochodziła czwarta po południu, ale słońce nadal stało wysoko na niebie. O tej porze roku noc trwa krótko, dlatego około północy niebo przybiera tylko bardziej granatowy kolor.

Czasem czekał przez całą noc, aż znowu robiło się jasno, albo surfował po internecie w poszukiwaniu stron, które oferowały mu to, czego pożądał. Trwało to tak długo, aż udawało mu się to pożądanie zaspokoić.

Niestety, od ostatniego razu, gdy z kimś był – tak naprawdę, blisko – upłynęło wiele czasu.

Zachciało mu się jeść, więc zdecydował się na smażoną kiełbaskę. Jeśli szybko nie znajdzie dziewczynki, będzie musiał wrócić promem na Lökholmen.

Jego mała motorówka stała zakotwiczona w zatoce. W marinie był prawie sam, co bardzo go cieszyło. Niski sezon ma swoje zalety. Nigdy nie lubił tłumów, wolał unikać dużych skupisk i zgromadzeń. Poza tym nie chciał ryzykować. Ktoś mógłby go potem rozpoznać, chociaż ryzyko i tak było małe. Wyrok odsiadywał w zakładzie karnym koło Göteborga. Potem przeprowadził się do Sztokholmu, żeby zacząć anonimowe życie.

W barku przy nabrzeżu dla promów nikogo nie było. Zapłacił za kiełbaskę i napój i stanął kilka metrów z boku. W tym samym momencie koło sklepu spożywczego zauważył dziewczynkę. Czy to ta sama, której szukał?

Nagle usłyszał za sobą trąbienie. Odsunął się, żeby zrobić miejsce czerwonemu wózkowi transportowemu, który przyjechał na nabrzeże po artykuły spożywcze dostarczone przez prom transportowy „Oliver”. Kiedy wózek przejechał, okazało się, że koło sklepu stała inna dziewczynka niż ta, której szukał. Nie była nawet ładna. Włosy miała krótsze od tamtej i była od niej starsza.

Mężczyzna odwrócił głowę i zjadł ostatni kawałek kiełbaski. Papier, w który była owinięta, rzucił na ziemię. Zaraz odpłynie prom, więc powinien się udać do Seglarhotellet, gdzie czekają pasażerowie.

Dręczył go fakt, że pierwsza dziewczynka już się nie pokazała. Sandhamn to mała mieścina: żeby przejść przez całą marinę, wystarczy dziesięć minut. Gdyby tu była, już by ją zauważył. Pod warunkiem że w ogóle jest jeszcze na wyspie. Przypomniało mu się jej nagie ramię, gdy się pochyliła, żeby pogłaskać psa. Wyobraził sobie jej płaski brzuch wystający spod sukienki, z lekkim wgłębieniem w miejscu, gdzie był pępek. Bardzo by chciał nakręcić na palce kosmyki jej włosów.

Cóż, trzeba będzie spróbować gdzie indziej. Na Lökholmen zaczął się właśnie obóz żeglarski. Wczoraj na placu zebrały się wszystkie dzieci. Ich rodzice wrócili do domu. Ile dzieci przyjechało na obóz? Pewnie z siedemdziesięcioro albo osiemdziesięcioro. Instruktorów jest ponad dwadzieścioro. Oni też są młodzi. Tak, będzie miał w czym wybierać!

11.

WYPŁYNĘLI Z ZATOKI i pożeglowali na otwarte morze, w kierunku Svängen położonego na wysokości wejścia do Sandhamn.

Clara trzymała ster i głośno wydawała polecenia, jakby robiła to przez całe życie. Benjamin i Stina siedzieli przy maszcie. Benjamin trzymał w ręce szot od grota, podczas gdy Stina obsługiwała fok.

Za ich łodzią ciągnęła się smuga spienionej wody, a gdy przepływała obok nich jedna z żaglówek, sternik pozdrowił ich ręką. Benjamin odpowiedział mu w taki sam sposób. Na razie wszystko przebiegało bez zarzutu. Odważył się nawet uśmiechnąć do Stiny.

Mniej więcej po godzinie wiatr lekko się wzmógł. Teraz wiał od strony rufy. Grot coraz bardziej się wzdymał. Benjamin musiał się mocno wysilić, żeby go utrzymać.

Inne łodzie przypominały mu drobne punkciki na wodzie. W pewnej chwili niebo zaciągnęło się szarymi chmurami. Temperatura spadła, fale sięgały coraz wyżej.

Zerknął na Stinę, bo dość szybko oddalili się od innych żaglówek. Ona też była chyba zaskoczona dużym dystansem, jaki pokonali.

– Gdzie oni wszyscy są? – zawołała, przekrzykując wiatr. – Przecież mieliśmy się wszyscy trzymać razem.

Benjamin wpatrywał się w horyzont, głównie po to, żeby sprawdzić, gdzie jest ich łódź towarzysząca z instruktorem. Na dziesięć żaglówek przypadały po dwie takie łodzie. Dopóki świeciło słońce, taka ich liczba była wystarczająca. Teraz, przy zmienionej pogodzie, pomyślał, że przydałoby się ich więcej.

– Nie wiem – odparł. Zrobiło się chłodno. Zmarzły mu stopy, nie miał żadnego okrycia.

Nagle Clara głośno krzyknęła.

– Patrz!

W ich stronę zmierzała ogromna fala, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Chwilę później uderzyła o burtę z taką siłą, że Benjamin prawie stracił równowagę. Woda zmoczyła całą ich trójkę, ale najbardziej dostało się Clarze, która nią wprost ociekała. Wierzchem dłoni otarła twarz.

– Shit, shit, shit – syknęła, otrząsając się energicznie, chociaż w niczym jej to nie pomogło. Dżinsowe szorty miała całkiem przemoczone, a jej włosy przypominały mokre strąki.

– Co robimy? – spytała. – Jestem przemoczona do suchej nitki.

Benjamin próbował zapanować nad strachem.

Clara wyglądała na taką, co zna się na tych sprawach lepiej niż Stina, która była w tej sytuacji bezużyteczna. Miała niespokojne spojrzenie i gryzła koniec kciuka.

– Może powinniśmy zawrócić? – spytała, patrząc na Clarę przestraszonym wzrokiem. – Wiatr jest coraz silniejszy. Co będzie, jeśli łódź się wywróci i nie będziemy mogli się spod niej wydostać?

Niebo zaczęło przybierać stalowoszarą barwę. Spienione fale ze wzmożoną siłą uderzały o burtę łodzi.

– Nie wolno nam zawrócić bez pozwolenia – zaoponował Benjamin.

Isak zapowiedział wszystkim, że ze względów bezpieczeństwa nikomu nie wolno zawrócić na własną rękę.

Benjamin rozejrzał się z nadzieją, że nagle pojawi się łódź towarzysząca z instruktorem. Przecież Isak ich zapewniał, że nie muszą się o nic niepokoić, bo motorówki przez cały czas będą się trzymać blisko nich.

Lökholmen była już prawie całkiem niewidoczna, jakby się stopiła z innymi wyspami. Okolicę spowiła gęsta mgła. Tylko na wschodzie widać było skrawek szarego morza. Na spotkaniu instruktarzowym poinformowano ich, że gdyby chcieli pożeglować na wschód, trafią do Estonii, bo po wypłynięciu z Sandhamn nie natrafią już na żadne inne wyspy.

– Chcę do domu – powiedziała płaczliwym tonem Stina.

Clara zacisnęła wargi. Miała tak wściekłą minę, że Benjamin wolał milczeć.

– Wracamy – zawołała Clara. – Benjamin, szykuj się do zluzowania szota. Stina?

Stina skinęła głową na potwierdzenie, że jest gotowa. Benjamin czekał na komendę. Bał się sprzeciwić Clarze, chociaż wiedział, że bez zgody instruktorów nie wolno im zawrócić.

– Teraz! – zawołała Clara, przekrzykując wiatr.

Benjamin zwolnił linę i biały żagiel zatrzepotał jak oszalały. Bom uderzał we wszystkie strony jak poirytowany tygrys, który macha ogonem.

Nagle łódź niebezpiecznie się przechyliła. Wszystko odbyło się bardzo szybko. Wiatr okazał się zbyt silny.

– Łap szot! – zawołała Clara.

Woda zaczęła się przelewać przez bakburtę, przykrywając dno łodzi, a gdy sięgnęła kolan, Benjamin wydał z siebie przeraźliwy okrzyk. Stina rzuciła się do przeciwnej krawędzi, która uniosła się pod niebezpiecznym kątem. Wysunęła się nad wodę i walczyła, żeby dociążyć łódź.

– Pomóż mi! – zawołała do Benjamina. – Sama sobie nie poradzę!

Ale on bał się poruszyć. Gapił się na nią i siedział bez ruchu, bo nogi i ręce odmówiły mu posłuszeństwa.

To nie może być prawda, pomyślał, zaciskając oczy, żeby niczego nie widzieć. Utopimy się już pierwszego dnia.

– Benjamin!

Stina wykrzyknęła jego imię.

Ich los rozstrzygnie się w ciągu kilku najbliższych sekund. Maszt się pochylił, żagiel prawie dotykał powierzchni morza, krawędź łodzi skryje się zaraz pod wodą. Clara próbowała przejść nad rumplem, żeby pomóc Stinie. W tym samym momencie przewaliła się przez nich nowa fala. Benjamin zdążył jeszcze zauważyć spienioną kipiel, która całkowicie ich zakryła.

Potem wszystko się uspokoiło.

Benjamin obserwował zdziwionym wzrokiem, jak bom przesunął się w drugą stronę, a łódź wyprostowała się siłą własnej energii. Linia horyzontu znowu znalazła się na swoim miejscu.

Zgrabiałymi, wilgotnymi dłońmi chwycił szot od grota, mocno zaciskając palce na linie. Żagiel od razu zareagował na komendę. Złapał wiatr i łódź pomknęła w odwrotnym kierunku, jakby przed chwilą nic się nie stało.

Płynęli w kierunku Lökholmen.

Benjamin zsunął się na dno łodzi. Woda wypełniała ją do wysokości dziesięciu centymetrów. Był przemoczony do suchej nitki, bolały go mięśnie i skaleczył się w kolano.

Jego krew kapała do wody, znacząc ją różowymi kręgami, które powoli ulegały rozcieńczeniu, żeby chwilę później zniknąć.

Stina się rozpłakała, za to w oczach Clary pojawił się gniew.

– Nienawidzę tego pieprzonego obozu – zawołała.

12.

THOMAS SIEDZIAŁ obok Arama Gorgisa i bawił się kubkiem do kawy. Czuł, że jest spięty. Prawie za każdym razem, gdy Margit zwołuje odprawę z tak krótkim wyprzedzeniem, ma do zakomunikowania coś niedobrego. Mimo to wszyscy stawili się o umówionej godzinie. Salka konferencyjna była pełna.

Od czasu gdy zmienił pracę, w policji wiele się wydarzyło, chociaż minęło niecałe pół roku. Komenda główna rozpoczęła największą w historii policji rekonstrukcję swoich struktur organizacyjnych. Pojawiło się wiele nowych inicjatyw, ale tylko nieliczne udało się doprowadzić do końca.

Nawet Margit była zestresowana. Thomas nigdy przedtem jej takiej nie widział. Pojawiły się ogłoszenia o naborze na stanowiska kierownicze. Wcześniejsze zasługi i sukcesy przestały się liczyć.

Do sali wszedł Adrian Karlsson. W wydziale śledczym pracował od niedawna, wcześniej był zwykłym policjantem i brał udział w kilku większych akcjach w Sandhamn.

Po chwili drzwi znowu się otworzyły i w progu stanął Kalle Lidwall. Twarz okalał mu świeży zarost przyprószony siwizną. Lidwall usiadł obok Thomasa, który jeszcze do niedawna odnosił się do niego jak do kogoś młodego, chociaż Kalle dobiegał czterdziestki. Powodem był jego chłopięcy wygląd. Teraz wyglądał na starszego.

Margit usiadła przy krótkim brzegu stołu. Jej twarz nadal wyrażała cierpienie. Najwidoczniej wizyta u lekarza w niczym jej nie pomogła.

– Otrzymaliśmy trochę więcej danych na temat planowanej reorganizacji – zaczęła. – W przyszłości na terenie podległym naszej komendzie dojdzie do pewnych zmian. Obawiam się, że część z nich nie wzbudzi waszego zachwytu.

Aram odstawił kubek z kawą i odsunął go lekko od siebie.

– Na razie wiemy niewiele – kontynuowała Margit. – Wydaje się jednak, że wydział śledczy zostanie przeniesiony z Nacki do Flemingsbergu.

Thomas zauważył, że jego zdumienie podzielają też inne osoby obecne na sali. Jako pierwsza odezwała się asystentka Karin Ek.

– Chcą nas przenieść? To chyba jakiś żart?

– Zgodnie z nową propozycją do Flemingsbergu będzie przeniesiona cała działalność operacyjna. Nacka zostanie zredukowana do poziomu lokalnego posterunku. Zmiany wejdą w życie w dwa tysiące piętnastym roku.

– Przecież nie mogą nam tego zrobić – zaprotestował Adrian.

– Niestety mogą.

Flemingsberg, pomyślał Thomas. To przecież w gminie Huddinge. Wcześniej zapadła decyzja, że zostanie tam przeniesiona szkoła policyjna. W Södertorn już działa sąd rejonowy, który ostatnio rozpatruje coraz poważniejsze sprawy. To spory kawałek od Nacki.

– Pewnie chcą prowadzić śledztwa blisko obywateli – mruknął Aram.

Kalle zapisał coś w swym oprawionym w skórę notatniku.

– Co się stanie z naszymi stanowiskami? – spytał Aram, pociągając dłonią po swoich jasnobrązowych włosach. Na stanowisku inspektora policji kryminalnej pracował dopiero od siedmiu miesięcy. Zasada „zatrudniony jako ostatni wypada jako pierwszy” uderzyłaby między innymi w niego.

– Za wcześnie o to pytać – odparła Margit. – Wszyscy nasi przełożeni muszą się ponownie ubiegać o zajmowane stanowiska. Sądzę jednak, a raczej mam nadzieję, że nasz wydział zostanie przeniesiony w całości. Ja już dostałam nowy przydział. Mianowano mnie pełniącą obowiązki. – Margit się skrzywiła. – W moim wieku, pełniąca obowiązki!

Thomas westchnął. Komenda w Nacce była jedną z najlepszych jednostek organizacyjnych w kraju, z wysoką wykrywalnością przestępstw. Dlatego znalezienie odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś chce rozbić tak sprawnie działającą strukturę, przekraczało jego zdolność. Dla niego taka przeprowadzka oznaczała konieczność spędzania długiego czasu w korkach. Trudniej by mu było odwozić i odbierać Elin, zwłaszcza jeśli Pernilla nadal będzie pracować tak dużo i w takim tempie.Kiedy składał podanie z prośbą o przywrócenie go do pracy, nie spodziewał się takich zmian. Teraz Pernilla zyska kolejny argument. Od początku była przeciwna jego rezygnacji z pracy w tamtej firmie.

– Dopóki nie poznamy więcej szczegółów, będziemy pracować jak zwykle – zakończyła Margit. – Powiadomię was, jak tylko dowiem się czegoś nowego.

13.

NORA WYCIĄGNĘŁA przed siebie ręce i wykonała kilka ruchów głową. Po kilkugodzinnej lekturze materiału śledczego zesztywniały jej plecy i ramiona.

Niepokój przez cały czas jej nie opuszczał.

W poniedziałek będzie walczyć o wyrok skazujący dla Winnermana, chociaż nadal nie udało jej się odnaleźć pieniędzy, a pewność siebie, którą okazywała w rozmowach z Jonathanem, powoli słabła.

Wstała z krzesła i przeszła do pokoju Leili Kacim, żeby zamienić z nią kilka słów. Obie urzędowały na tym samym korytarzu. Chociaż do procesu pozostało niewiele czasu, ciągle miała nadzieję, że Leila znajdzie coś, co pomoże wyjaśnić, gdzie się podziały miliony koron.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Jalla (arab.) – Pospieszcie się! Szybciej! (przyp. tłum.). [wróć]