Opis

Z luksusowej rezydencji w Brighton zostają skradzione kosztowności warte miliony funtów. Prowadzący śledztwo detektyw Roy Grace szybko ustala, że jedno ze skradzionych precjozów stanowiło bezcenną pamiątkę. Wpływowa familia zrobi wszystko, by odzyskać własność zamordowanej seniorki rodu. Detektyw Grace ściga się z czasem, a tropy wiodą go do mrocznego świata handlarzy dziełami sztuki. Jednak Brighton to dopiero początek, sprawa znajdzie finał w Nowym Jorku, gdzie przed stu laty popełniono brutalne morderstwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 528

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

O książce

Nowa powieść zdobywcy nagrody Diamond Dagger, przyznawanej najlepszym autorom kryminałów za całokształt twórczości.

Autor, który pracę policji zna z własnego doświadczenia.

Postać detektywa, która urosła do rangi kultowej.

Kryminał, który łączy to, co najlepsze w klasyce gatunku, z nowoczesnością.

NIEKTÓRZY, ŻEBY DOKONAĆ ZEMSTY, MUSZĄ CZEKAĆ CAŁE ŻYCIE.

Włamanie, tortury, morderstwo i kradzież. Ofiarą jest 98-letnia Aileen McWinter. Z jej domu zniknęły antyki o wartości 10 milionów funtów, ale dla 95-letniego brata ofiary, Gavina Daly’ego, liczy się tylko jedna zaginiona rzecz - zegarek z 1910 roku marki Patek Philippe. I wcale nie dlatego, że jest wart fortunę. Należał do ich zamordowanego ojca, a Gavin otrzymał go kilka dni po jego śmierci, wraz z zaszyfrowaną wiadomością od mordercy. Przez całe życie nie dowiedział się, co oznaczała.

Kiedy nadinspektor Grace prowadzi dochodzenie, rodzina Daleów bierze sprawiedliwość we własne ręce. I nie przebiera w środkach. Wkrótce nadinspektor będzie musiał radzić sobie nie tylko z grzęznącym śledztwem, ale też z labiryntem kłamstw, które narastały przez lata. Nie wie też, że on i jego rodzina są obserwowani… A prawdziwym przeciwnikiem Roya Grace’a okaże się ten najgroźniejszy – człowiek od lat ogarnięty furią, który nie ma nic do stracenia.

PETER JAMES(ur. 1948 r.)

Angielski autor kryminałów, sztuk teatralnych, odznaczony nagrodą Diamond Dagger za całokształt twórczości. Jest jedynym brytyjskim pisarzem, który regularnie towarzyszy oddziałom policji w przeprowadzanych akcjach i uczestniczy w konferencjach na temat technik śledczych. Wśród policjantów ma reputację człowieka, który doskonale wie, o czym mówi, a przez fanów został uznany za Najlepszego Autora Kryminałów Wszech Czasów.

James ma za sobą karierę producenta filmowego i scenarzysty, ale od kiedy powołał do życia postać Roya Grace’a, który stał się jednym z ulubionych bohaterów czytelników na całym świecie, zdecydował się na pełnoetatową karierę pisarską.

Peter James jest zdobywcą wielu ważnych międzynarodowych nagród, m.in. Prix Polar International, francuskiej Prix Coeur Noir, niemieckiej Krimi-Blitz i amerykańskiej Barry Award.

Polscy czytelnicy nagrodzili jego powieść Dom na wzgórzu mianem najlepszego horroru roku 2016 w plebiscycie portalu Lubimy czytać!

peterjames.com

Tego autora

DOM NA WZGÓRZULUDZIE DOSKONALIW GODZINIE ŚMIERCI

Tytuł oryginału:

DEAD MAN’S TIME

Copyright © Really Scary Books/Peter James 2013

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Magdalena Koziej 2017

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: Pexels

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-6578-183-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

DLA PATA LANIGANATa książka nigdy by nie powstała, gdybyś nie podzielił się ze mną tak szczodrze historią swojej rodziny.

1

Brooklyn, luty 1922

Ojciec pocałował chłopca na dobranoc po raz ostatni, choć żaden z nich jeszcze nie wiedział, że tak jest.

Chłopiec nie potrafił zasnąć bez tego pocałunku. Każdego wieczoru, późno, kiedy już od dawna był w łóżku, leżał wyczekująco w ciemnościach, dopóki nie usłyszał, jak otwierają się drzwi jego pokoju, i nie zobaczył światła wlewającego się z podestu schodów. Potem pojawiała się ciemna sylwetka ojca i rozlegały jego ciężkie kroki na gołych deskach podłogi.

– Cześć, Mały, nie śpisz jeszcze? – pytał ojciec swoim niskim, tubalnym głosem.

– Nie śpię, Duży. Pokażesz mi zegarek?

Ojciec wyjmował zegarek z kieszeni i unosił go, trzymając za dewizkę. Błyszcząca cebula miała dużą tarczę, a na górze koronkę okoloną uszkiem do dewizki. Na górnej połowie tarczy przedstawiono kolejne fazy księżyca. Niebo za księżycem było ciemnoniebieskie, a gwiazdy złote. Czasami księżyc zdawał się prawie niewidoczny, ledwie wyzierał. Innymi razy pokrywał całą tarczę o barwie ochry.

Każdego wieczoru chłopiec prosił ojca, by opowiedział mu o Człowieku z Księżyca. Ojciec zawsze spełniał tę prośbę. Potem mierzwił chłopcu włosy, całował go w czoło i pytał, czy zmówił pacierz.

Chłopiec kiwał głową.

– Śpij już – mówił ojciec.

Później, stąpając ciężko, wychodził z pokoju i zamykał za sobą drzwi.

Ostatnim razem też tak było.

2

Czterech mężczyzn szło chwiejnym krokiem do domu mężczyzny, którego mieli zabić. Trzech z nich zataczało się, bo za dużo wypili, a czwarty dlatego, że za dużo wypił i miał drewnianą nogę.

Chlali, by opanować nerwy, dla kurażu, uspokajali się nawzajem przy brzęku kufli z wodnistym piwem, którym niedawno przepijali whisky w zatłoczonym barze Vinegar Hill. Ten z drewnianą nogą nie był przekonany, że postępują właściwie, ale poszedł z kumplami, bo tak się robi, kiedy się należy do gangu. Idziesz z innymi albo ciebie też zabiją.

Dochodziła północ, ulica była ciemna i wyludniona, bruk lśnił od padającego nieprzerwanie deszczu. Każdy z nich miał rewolwer, a dwóch niosło też kije baseballowe, ukryte pod połami płaszczy. Noc była cholernie zimna. Wszyscy mieli na dłoniach rękawiczki bez palców.

– To tu – powiedział przywódca, wpatrując się w numer na drzwiach jednego z szeregowców.

Para snuła się z jego ust i nozdrzy jak dym.

Na drzwiach widniał numer dwadzieścia jeden.

– Czy na pewno?

– Tak.

– Gdzie Johnny?

– Zaraz dojdzie. Został trochę w tyle.

Nawet w ciemności dom wyglądał nędznie, jak wszystkie sąsiednie w tej nabrzeżnej okolicy Brooklynu. Na prawo od drzwi było zasłonięte okno, a w środku nie paliło się światło. Wyjęli z kieszeni kominiarki i z trudem naciągnęli je na mokre głowy. Przywódca uniósł kij baseballowy i postąpił naprzód.

3

Chłopiec leżał w ciemności, w cieple, jakie dawały piżama i ciężka kołdra, i słuchał tykania dużego okrągłego zegara w sypialni. Nasłuchiwał znajomych odgłosów nocy. Buczenia statku przepływającego po ruchliwych atramentowych wodach pobliskiej East River. Turkotu pociągu wysoko nad głową. Skrzypienia sprężyn łóżka za cienką ścianą, gdzie była sypialnia rodziców, jęków ich obojga. Okrzyków matki. Głośnych postękiwań ojca. Łagodnego bębnienia deszczu o dach. Noc miała całą gamę odgłosów. Swoistą muzykę.

Brzęk tłuczonego szkła był całkiem nie na miejscu.

Chłopiec zamarł. Dźwięki dobiegły z dołu, brzmiało to tak, jakby coś stało się tuż pod nim. Czyżby kot przewrócił butelkę whisky i szklankę, którą ojciec co wieczór zostawiał, opróżnioną? Potem chłopiec usłyszał kroki na schodach. Nie kroki ojca. On był już na górze, w łóżku.

Liczne kroki.

Chłopiec leżał w bezruchu, coraz bardziej wystraszony. Drzwi się otworzyły. Silne światło latarki uderzyło go w twarz, oślepiło, więc zamknął oczy. Usłyszał kroki w swoim pokoju. Wyczuł, że ludzi jest kilku, i zaczął trząść się ze strachu. Czuł zapach tytoniu i alkoholu, mokrych ubrań i potu. Gardło miał ściśnięte, z trudem oddychał, serce biło mu jak szalone. Otworzył oczy, ale ujrzał tylko oślepiające światło. Znów zacisnął powieki, roztrzęsiony, drżący z przerażenia. Kroki zbliżyły się do łóżka.

Czyjaś ręka poklepała go żartobliwie po głowie, następnie po prawym policzku, poczuł szorstkość wełny na skórze.

Potem ktoś odezwał się tuż nad nim, zachrypniętym, cichym głosem, z irlandzkim akcentem. Dyszał ciężko.

– Tylko sprawdzamy, jak się masz, dzieciaku.

– Wy… wy… Obudzicie mamę i tatę – wyjąkał chłopiec do obcego, nagle zdobywając się na to, by przemówić, a potem znów otworzyć oczy. Ale widział jedynie rażące światło.

– A gdzie ich znajdziemy?

Mrużąc oczy, chłopiec wskazał kierunek.

– O tam. – Przyłożył palec do ust. – Śpią. Bądźcie cicho. Bo ich obudzicie, i moją siostrę.

Może teraz, jak im to powiedział, wreszcie sobie pójdą.

Światło latarki spełzło z twarzy chłopca. Jednak nadal był oślepiony, przez parę chwil widział jedynie różowe rozbłyski. Usłyszał oddalające się kroki. Szli na palcach. Zaskrzypiała deska. Potem drzwi się zamknęły.

Może sobie poszli. Ludzie często przychodzili do tego domu, o różnych porach nocy. Pili, palili, krzyczeli, śmiali się i kłócili. Głównie się kłócili, a czasem nawet bili. Kiedy się bili, ojciec wyrzucał ich za drzwi. Był dużym mężczyzną. Nikt nie kłócił się z jego ojcem.

Chłopiec naciągnął kołdrę na głowę, żeby tamci go nie zobaczyli, jak wrócą.

Po paru chwilach usłyszał wrzask ojca. Później głośny łomot, a po nim kolejny. I krzyk matki. Straszny, okropny krzyk. Potem zawołała:

– Zostawcie go, zostawcie! Proszę! Dajcie mu spokój!

Chłopiec usłyszał, jak jeden z obcych mówi głośno:

– Ubieraj się!

Następnie rozległ się drżący głos matki:

– Dokąd go zabieracie? Powiedzcie mi, proszę! Dokąd?

Minęła minuta. Chłopiec leżał struchlały, dygocząc z przerażenia.

Matka znów krzyknęła:

– Nie! Nie możecie go zabrać! Nie puszczę go!

Huknęło pięciokrotnie, jakby raz za razem zatrzaskiwano drzwi gdzieś w pobliżu.

– Mamo! Tato! – zawołał chłopiec, trzęsąc się cały z lęku o rodziców.

Teraz tupot na schodach był o wiele głośniejszy, jakby schodzącym nie zależało już na tym, by zachowywać się cicho. Chłopiec usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi na dole, potem ryk silnika i pisk opon. Ale nie było trzasku zamykanych drzwi.

Słyszał tylko okropne echo krzyków matki w swojej głowie.

Potem nastąpiła cisza.

I właśnie ta cisza brzmiała najdonośniej.

4

Leżał przykryty i nasłuchiwał. Wokół panowała cisza. Tylko w uszach mu dudniło i słyszał swój własny sapiący oddech. A może to był tylko zły sen? Cały się trząsł.

W końcu wygramolił się z łóżka, w samej piżamie, kuląc się z zimna, po czym przebiegł po gołych deskach podłogi do drzwi, namacał w ciemności klamkę i chwiejnym krokiem wyszedł na podest. Czuł lodowaty przeciąg, jakby drzwi wejściowe rzeczywiście pozostawiono otwarte. W powietrzu unosiła się słaba woń spalin.

Były też inne, nieznane zapachy. Smród ropy i słodszy, intensywniejszy zapach, który mgliście kojarzył mu się z fajerwerkami na Czwartego Lipca. I jeszcze jakaś miedziana, metaliczna woń.

Macając ścianę, wreszcie odnalazł włącznik światła i go nacisnął. I natychmiast tego pożałował. Wolałby, żeby na zawsze już zapadła ciemność. Żeby nigdy nie zobaczył tego strasznego widoku.

Matka leżała na podłodze obok łóżka. Krew ściekała z jej ramienia; cały przód koszuli nocnej był nią nasączony, ciemnoszkarłatna plama wciąż się powiększała. Wszędzie krew, rozbryzgana na ścianach, prześcieradłach, poduszkach, suficie. Matka leżała na plecach, jej czarne włosy zmatowiały od krwi. Brakowało części głowy, z dziury wystawało coś mokrego, skręconego, brązowoszarego. Drgała i trzęsła się.

A potem, jakby ktoś nacisnął wyłącznik, nagle się uspokoiła.

Chłopiec podbiegł, wołając: „Mamo, mamo!”. Nie odpowiedziała.

– Mamo, obudź się! – Potrząsnął nią. – Mamo, gdzie tata? Mamo!

Nie poruszyła się.

Opadł na kolana, podpełzł do matki i ją pocałował.

– Mamo, obudź się! – Objął ją, znowu potrząsnął. – Obudź się, mamo! Gdzie tata?

Trwała w bezruchu.

– Mamo! – Zaczął płakać, bezradny. – Mamo! – Czuł, że jego twarz i ręce są lepkie. – Mamo, obudź się, obudź…!

– Co się dzieje? Gavin? Co jest? – rozległ się głos jego siostry.

Chłopiec cofnął się, zrobił krok do przodu, potem znów w tył, niepewnie. Idąc tyłem, cofał się ku drzwiom, aż wpadł na swoją trzy lata starszą siostrę, Aileen, ubraną w koszulę nocną i żującą warkoczyk, co robiła zawsze, gdy była wystraszona.

– Co się dzieje? – spytała. – Słyszałam hałas.

– Gdzie tata? – odpowiedział pytaniem chłopiec. – Gdzie tata? Nie ma go! – Łzy płynęły mu po twarzy.

– Nie ma go w łóżku?

Pokręcił głową.

– Wyszedł ze złymi ludźmi.

– Jakimi złymi ludźmi?

– Gdzie tata? Musi obudzić mamę! Ona nie chce się obudzić!

– Jakimi złymi ludźmi? – powtórzyła, bardziej natarczywie.

Na podeście była krew. I na schodach. Zbiegł po nich, wzywając tatę, i przez otwarte drzwi wypadł na dwór.

Ulica była wyludniona.

Poczuł krople deszczu na twarzy, a także słonawą woń rzeki. Jego krzyki zagłuszył turkot kolejnego pociągu, który przejeżdżał w górze.

5

Brighton, 28 czerwca 2012

Z daleka mężczyzna wyglądał bardzo elegancko. Dużo wytworniej niż przewalające się po bulwarze nadmorskim w Brighton tłumy ludzi w pstrokatych kostiumach, sandałach, japonkach i kroksach. Dostojny dżentelmen miał na sobie granatową marynarkę ze srebrnymi guzikami, starannie wyprasowane spodnie, rozpiętą pod szyją koszulę i szykowny fular. Dopiero przy uważniejszym spojrzeniu widać było, że kołnierzyk koszuli jest wystrzępiony, marynarka tu i ówdzie nadgryziona przez mole, a gładko zaczesane do tyłu włosy są przerzedzone i miejscami zrudziałe po kiepskim farbowaniu siwizny. Twarz miał wynędzniałą, z trudną do pozbycia się bladością, typową dla więźniów, i malowała się na niej złośliwość. Pomimo drobnej postury – zaledwie metr sześćdziesiąt w butach na słupku – mężczyzna przechadzał się nonszalancko, jakby był właścicielem całej promenady.

Na swojej porannej przechadzce Amis Smallbone rozglądał się wokół i przez okulary przeciwsłoneczne patrzył na wszystko z nienawiścią. Bo nienawidził wszystkiego. Przyjemnego ciepła czerwcowego poranka. Rowerzystów, którzy dzwonili na niego, kiedy przez nieuwagę zbaczał na ich ścieżkę. Durnych opasłych urlopowiczów ze spaloną od słońca skórą, opychających się różnorakim świństwem. Młodych zakochanych, którzy trzymali się za ręce i mieli całe życie przed sobą.

W przeciwieństwie do niego.

Nienawidził więzienia. A współwięźniów jeszcze bardziej od strażników. Kiedyś był w swoim mieście nie lada figurą, ale wszystko prysło, jak poszedł do ciupy. Nie udawało mu się nawet załapać na lukratywny rynek narkotykowy w więzieniach, w których siedział.

A teraz był na zwolnieniu warunkowym i swojej wolności też nienawidził.

Kiedyś miał wszystko – duży dom, drogie samochody, motorówkę i willę w Marbelli na hiszpańskim wybrzeżu Costa del Sol. Teraz gówno miał. Ledwie parę tysięcy funtów, kilka zegarków i trochę kradzionej zabytkowej biżuterii w pewnej skrytce bankowej, której policja nie zdołała znaleźć.

To swoje trudne położenie zawdzięczał jednemu człowiekowi. Był nim nadinspektor Roy Grace.

Nie czekając na zmianę świateł, przeciął ruchliwą czteropasmową King’s Road. Samochody wokół hamowały, kierowcy naciskali klaksony, klęli i wymachiwali pięściami, ale on miał to gdzieś. Jego rodzina wiele kiedyś znaczyła w przestępczym światku tego miasta. Kilka dziesiątków lat wcześniej nikt by się nie ośmielił zatrąbić na Smallbone’a. Teraz z pogardą ich wszystkich zignorował.

Ruszył chodnikiem i gdy kawałek dalej wszedł do kiosku, aż go odrzuciło na widok surowej, poważnej twarzy tego cholernego gliniarza, gapiącej się na niego z pierwszej strony „Argusa”. Krótko ostrzyżone włosy, niebieskie oczy, krzywy nos, a pod tym sensacyjny tytuł:

WZNOWIENIE PROCESU POTWORA Z BRIGHTON

Jak co dzień kupił gazetę i paczkę papierosów oraz wypełnił kupon na loterię, bez zbytniej nadziei.

* * *

Wkrótce potem Amis Smallbone wrócił do swego mieszkania w suterenie i usiadł w zniszczonym skórzanym fotelu z połamanymi sprężynami. Na stoliku obok miał szklankę z whisky Chivas Regal, a w ustach tlącego się papierosa, i z zainteresowaniem czytał o sprawie. Venner został oskarżony o morderstwo, porwanie i handel nielegalnymi kasetami wideo. W zeszłym roku jeden z oficerów nadinspektora Grace’a odniósł ranę postrzałową przy próbie aresztowania Vennera. Szkoda, że to nie Grace został postrzelony. Najlepiej śmiertelnie.

Fajnie by było.

Ale Amis Smallbone wymyślił coś fajniejszego. Uśmiercenie nadinspektora Grace’a to za mało. On chciał, by ten gliniarz naprawdę cierpiał. Żeby ból towarzyszył mu do końca życia. O tak. To będzie o wiele lepsze. Ból, który nigdy nie minie!

Smallbone zaciągnął się papierosem, po czym zgniótł niedopałek w popielniczce i osuszył szklankę. Trafił do więzienia jako względnie młody facet, w wieku pięćdziesięciu lat. Wyszedł jako stary, sześćdziesięciodwuletni mężczyzna. Nadinspektor Grace odebrał mu wszystko. A co najważniejsze, te kluczowe dwanaście lat życia.

Oczywiście wówczas Grace nie był jeszcze nadinspektorem – był tylko zarozumiałym, świeżo upieczonym komisarzem, który upatrzył go sobie, namierzył i wrobił, fałszując dowody, a działał cholernie sprytnie. Przez to, że Grace się na niego uwziął, on był teraz skazany na to paskudne wynajęte mieszkanie z tandetnymi meblami i ze znakami zakazu palenia w każdym pomieszczeniu oraz musiał zgłaszać się regularnie do pieprzonego kuratora sądowego, a do tego się przed nim płaszczyć.

Odłożył gazetę, wstał nieco chwiejnie i poszedł do cuchnącego wilgocią aneksu kuchennego, gdzie wrzucił do szklanki kilka kostek lodu wyjętych z zamrażalnika. Minęło dopiero południe, a on ostro główkował. I myślał o tym, jaką frajdę sprawi mu skrzywdzenie Roya Grace’a. Tylko to trzymało go teraz przy życiu. Reszta narodu gorączkowała się olimpiadą – igrzyska zaczynały się już za miesiąc. On miał to w nosie. Zależało mu tylko na wyrównaniu rachunków z Royem Grace’em.

Tylko o tym potrafił teraz myśleć.

Doprowadzi do tego. Usta rozciągnęły mu się w uśmiechu. Musi tylko znaleźć odpowiednią osobę. Znał różnych ludzi z czasów sprzed więzienia, a tam też nawiązał parę kontaktów. Ale ktokolwiek to będzie, nie wyjdzie tanio, a obecnie to stanowiło poważny problem.

Zadzwoniła jego komórka. Na wyświetlaczu pojawiła się informacja, że numer jest zastrzeżony.

– Tak? – odezwał się podejrzliwie.

– Amis Smallbone?

Nie rozpoznawał tego głosu. Mocny akcent z Brighton.

– Kto mówi? – spytał chłodno.

– Poznaliśmy się dawno temu, ale nie będziesz mnie pamiętał. Potrzebuję pomocy. Masz kontakty w branży antyków, prawda? Za granicą? Chodzi o przedmioty dużej wartości.

– A jeśli tak?

– Powiedziano mi, że potrzebujesz pieniędzy.

– A nie powiedziano ci, żebyś nie dzwonił do mnie na pieprzoną komórkę?

– Tak, wiem.

– To czemu, kurwa, dzwonisz?

– Mowa o dużej forsie. Parę milionów funtów.

Nagle Amis Smallbone bardzo się zainteresował.

– Powiedz coś więcej.

Połączenie zostało przerwane.

6

Ci wszyscy ludzie, którzy mówili, że dziecko całkiem odmieni jego życie, mieli rację, pomyślał Roy Grace. Ziewnął, wykończony po ciągłych niespokojnych nocach, podczas których Cleo wstawała za każdym razem, kiedy Noah się obudził, bo potrzebował karmienia albo zmiany pieluszki. Jeden z kolegów Roya, Nick Nicholl, który niedawno zadebiutował jako ojciec, powiedział mu, że zaczął sypiać w osobnym pokoju, żeby dziecko mu nie przeszkadzało. Ale Roy postanowił, że nigdy tak nie zrobi. Dziecko było wspólnym przedsięwzięciem i musiał sprostać swojej roli. Tyle że czuł się taki cholernie zmęczony – i złachany. W ten lepki sierpniowy dzień, choć otworzyli wszystkie okna, powietrze było nieruchome, ciepłe i wilgotne.

W telewizji leciało nagranie ceremonii zamykającej olimpiadę, sprzed niecałych dwóch tygodni. Oboje z Cleo zasnęli wtedy, oglądając ją na żywo wieczorem. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek w życiu czuł się tak zmęczony, a to wpływało na jego koncentrację w pracy. Bez wątpienia cierpiał na syndrom „odmóżdżenia poniemowlęcego”.

Ray Davies, solista jednego z jego ulubionych zespołów, The Kinks, śpiewał Waterloo Sunset, więc Roy trochę podkręcił dźwięk, by lepiej słyszeć. Ale Cleo nie oderwała wzroku od książki.

Grace przekroczył ostatnio rubikon czterdziestych urodzin. Od kilku lat z coraz większym przerażeniem myślał o tym kamieniu milowym. A kiedy wreszcie się pojawił, oboje z Cleo byli zbyt zmęczeni, by odpowiednio to uczcić. Otworzyli butelkę szampana i zasnęli, nie wypijając nawet połowy.

Teraz mieli przed sobą kolejną okazję do świętowania. W tym tygodniu, po długim czasie, zakończyły się formalności rozwodowe związane z tym, że jego żona Sandy została oficjalnie uznana za zmarłą, i wreszcie mógł poślubić Cleo.

Sandy zaginęła w dniu jego trzydziestych urodzin, czyli przed dziesięciu laty, a on nadal nie miał pojęcia, co się z nią stało, czy w ogóle żyje, jak nadal pragnął wierzyć, czy też od dawna jest martwa, jak przekonywali go przyjaciele i krewni, i pewnie mieli rację. W każdym razie po raz pierwszy poczuł się uwolniony i naprawdę gotów, by ruszyć do przodu. Kolejną ważną sprawą było to, że w końcu znalazł się kupiec na dom, w którym razem z Sandy mieszkali.

Popatrzył z miłością i niebywałą dumą na swego siedmiotygodniowego syna. Na tego maleńkiego cherubinka z usteczkami jak pączek róży, na te pulchne różowe rączki i paluszki jak u lalki. Noah Jack Grace, ubrany w biały pajacyk bez rękawów, spał na jego kolanach, wtulony w jego ręce. Przez cienkie pasma jasnych włosów, sczesanych do przodu, przeświecała łysa główka. Grace dostrzegał w twarzy dziecka zarówno rysy Cleo, jak i swoje, a jedna speszona minka, którą Noah czasem robił, przypominała Grace’owi jego nieżyjącego już ojca, również oficera policji. Zrobiłby dla Noaha wszystko. Bez chwili wahania oddałby za niego życie.

Cleo siedziała obok na kanapie, zaczytana w Pięćdziesięciu twarzach Greya. Miała na sobie czarną bluzeczkę bez rękawów, a jasne włosy, ścięte krócej niż zazwyczaj, upięła z tyłu. W mieszkaniu unosił się mleczny zapach zasypki dla dzieci i świeżo upranych rzeczy. Dużo miękkich zabawek walało się na macie do raczkowania, wśród nich pluszowy miś i malutka lokomotywa z serialu Tomek i przyjaciele. W górze powoli obracał się mobil ze zwierzątkami i ptaszkami w jaskrawych kolorach.

Humphrey, młody czarny mieszaniec labradora i border collie, ponuro obgryzał kość w swoim koszyku na drugim końcu pokoju. Kiedy tylko Noah pojawił się w domu, pies rzucił mu kilka pogardliwych spojrzeń, a potem odszedł z podkulonym ogonem, jakby uświadomił sobie, że już nie jest numerem jeden w oczach swego pana, i od tamtej pory jego podejście nie uległo zmianie.

Roy Grace strzelił palcami, przyzywając psa.

– Hej, Humphrey, dajże spokój! Chodź się zaprzyjaźnić z Noahem.

Humphrey spojrzał na niego spode łba.

Był wtorek, sam środek dnia, a Roy Grace wymknął się na parę godzin do domu, ponieważ wieczorem czekało go długie spotkanie. Umówił się w Old Bailey z prawnikiem, który był oskarżycielem w procesie szczególnie odrażającego przestępcy, Carla Vennera, mózgu szajki produkującej „filmy ostatniego tchnienia”, aresztowanego w poprzednim roku przez Grace’a. Proces odroczono na kilka tygodni, bo oskarżony twierdził, że odczuwa bóle w klatce piersiowej. Jednak lekarze uznali, że może brać udział w dalszym procesie, który został wznowiony wczoraj.

W tej chwili Roy Grace szczerze wierzył, że nigdy w życiu nie był szczęśliwszy niż teraz. A jednocześnie czuł na sobie brzemię odpowiedzialności. Ta mała, krucha istota, którą on i Cleo powołali do życia. Jaką przyszłość miał przed sobą Noah? Jaki będzie świat za dwadzieścia lat czy więcej, kiedy on stanie się dorosły? Jaki będzie świat przez najbliższych dwadzieścia lat – po których upływie Grace’owi stuknie sześćdziesiątka? Co może zrobić, by go zmienić? Uczynić bezpieczniejszym miejscem dla Noaha? Chronić swoje dziecko przed złem w rynsztoku życia, w którym Venner był tylko jednym z wielu szczurów?

Co może zrobić, by pomóc swojemu synowi radzić sobie z tym całym świństwem, z którym nieuchronnie się w życiu spotka?

Tak bardzo go kochał. Pragnął być najlepszym ojcem na świecie i wiedział, że to oznacza poświęcanie dziecku wiele czasu. Chciał jak najwięcej przebywać z synem, ale zdawał sobie sprawę, że przy jego zawodzie nie zawsze będzie to możliwe.

Od chwili, gdy Noah się urodził, Grace spędzał z synem o wiele mniej czasu, niż zamierzał, z powodu swoich obowiązków zawodowych. Jeśli dopisze mu szczęście i nie dojdzie do żadnych poważniejszych przestępstw, to najbliższy weekend może okazać się w miarę luźny. Był dyżurnym starszym oficerem śledczym i kończył służbę o szóstej rano w poniedziałek. Zazwyczaj każdy na jego miejscu liczył na jakieś efektowne morderstwo, które odbiłoby się echem w ogólnokrajowej prasie, pozwoliło śledczemu zabłysnąć i zwrócić na siebie uwagę szefa policji. Ale Roy Grace miał nadzieję, że telefon będzie milczał.

Czekało go jednak coś innego.

7

Starsza pani usłyszała, że ktoś puka do drzwi po raz trzeci.

– Idę! – zawołała. – O rety, już idę!

Zdjęła z palnika rondel z gotującą się fasolką szparagową, chwyciła swój chodzik na kółkach i ruszyła wolno przez kuchnię.

Wtedy odezwał się telefon. Zawahała się. Jej brat dzwonił codziennie, punktualnie o siódmej wieczorem, obojętnie, czy był akurat w Anglii, czy we Francji, by sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Była właśnie siódma. Staruszka złapała telefon, z wielkimi cyframi ze względu na jej słaby wzrok, i przekrzykując temat muzyczny z czołówki serialu Emmerdale, który leciał w telewizji, zawołała do słuchawki:

– Zaczekaj chwilę!

Ale to nie był jej brat. Usłyszała miękki, aksamitny głos jakiegoś młodszego mężczyzny.

– Zabiorę pani zaledwie chwilkę.

– Ktoś czeka pod drzwiami! – odkrzyknęła, gmerając przy pilocie, by nieco ściszyć dźwięk w telewizorze.

Potem przyłożyła zniekształconą przez artretyzm dłoń do mikrofonu słuchawki. Mimo podeszłego wieku wciąż miała silny głos. Tylko on jeszcze pozostał jej silny, stwierdzała z żalem.

– Proszę zaczekać! Rozmawiam przez telefon! – krzyknęła w stronę drzwi wejściowych, po czym odjęła dłoń od mikrofonu. – Już jestem, ale proszę się pospieszyć – powiedziała ze swym śpiewnym irlandzkim akcentem.

– Dzwonię z polecenia pani dobrego przyjaciela – oznajmił rozmówca.

– Mianowicie?

– Gerarda Scotta.

– Gerarda Scotta?

– Kazał panią pozdrowić.

– Ależ ja nie znam żadnego Gerarda Scotta.

– Dzięki nam oszczędza dwa tysiące pięćset funtów rocznie na ogrzewaniu.

– A w jakiż to sposób? – spytała z pewnym zniecierpliwieniem, patrząc na drzwi i martwiąc się, że fasolka za długo stoi w gorącej wodzie.

– W przyszłym tygodniu przedstawiciel naszej firmy będzie pracował w pani okolicy. Może mógłbym umówić go na spotkanie w dogodnym dla pani terminie?

– Czym dokładnie zajmuje się ta firma?

– Izolacją cieplną poddaszy.

– A po cóż mi izolacja poddasza?

– Jesteśmy najlepszymi specjalistami w Anglii. Izolacja, którą zakładamy, jest tak skuteczna, że jej koszty w pełni się zwrócą w ciągu zaledwie dziewięciu lat, bo tak dużo zaoszczędzi pani na rachunkach za ogrzewanie.

– Dziewięć lat, powiada pan?

– Tak jest, proszę pani.

– No cóż, mam teraz dziewięćdziesiąt osiem lat. Śmiem twierdzić, że w wieku stu siedmiu lat nie będę zaprzątać sobie głowy rachunkami za ogrzewanie. Ale uprzejmie panu dziękuję.

Odłożyła słuchawkę, po czym ruszyła w stronę drzwi wejściowych.

– Idę! Idę, jeszcze chwila!

Brat od dawna starał się ją namówić na sprzedaż domu i przeprowadzkę do mieszkania dla osób wymagających częściowej opieki, ale czemu, u diabła, miałaby tak zrobić? Mieszkała w tym domu od ponad pięćdziesięciu lat. Tu wiodła szczęśliwe życie ze swoim mężem, Gordonem, który odszedł przed piętnastu laty, tu wychowała czworo swoich dzieci, które także już umarły. Tu stworzyła niegdyś piękny ogród, w którym nadal pracowała. Wszystkie jej wspomnienia były związane z tym domem, były tu również wszystkie wspaniałe obrazy i antyki, które kolekcjonowali z mężem przez całe życie – pod fachowym i bystrym okiem jej brata. Raz w życiu została pozbawiona swoich korzeni i to się więcej nie powtórzy. Zapowiedziała stanowczo, że jeśli kiedykolwiek opuści to miejsce, które tak kocha, to tylko nogami do przodu.

Jedynymi ustępstwami wobec niepokojów brata były dzwonek alarmowy, który nosiła zawieszony na szyi, oraz gosposia, która zjawiała się dwa razy w tygodniu.

Spojrzała przez judasz. W świetle letniego wieczoru zobaczyła dwóch mężczyzn w średnim wieku, w brązowych uniformach, z zawieszonymi na szyjach identyfikatorami.

Zdjęła łańcuch i otworzyła drzwi.

Mężczyźni uśmiechnęli się grzecznie.

– Przepraszamy, że przeszkadzamy, proszę pani – odezwał się ten z prawej. – Jesteśmy z przedsiębiorstwa wodociągowego. – Podsunął jej swój identyfikator, by mogła go przeczytać.

Była bez okularów, ale spodobał jej się jego irlandzki akcent. Twarz na identyfikatorze, choć nieco zamazana, wydawała się podobna do twarzy mężczyzny z ogoloną głową, stojącego właśnie przed nią. Richard Carroll, tak się chyba nazywał – nie miała co do tego pewności.

– W czym mogę panom pomóc?

– Badamy wyciek wody. Czy zauważyła pani spadek ciśnienia w ciągu ostatniej doby?

– Nie, raczej nie – odparła.

Jednak wiedziała, że ostatnio umyka jej wiele rzeczy. Chociaż bardzo ją to złościło, stawała się coraz bardziej zależna od innych. Ale i tak nadal usiłowała panować, nad czym się dało.

– Czy pozwoli pani, że wejdziemy i zmierzymy ciśnienie wody? Nie chcemy, by policzono pani za wodę, której pani nie zużywa.

– No cóż, ja również bym nie chciała – odrzekła z błyskiem w oku, ze swoim miękkim dublińskim akcentem. Wszystkie te cholerne udogodnienia służyły tylko temu, by człowieka wycyckać, a ona nie z tych, co na to pozwolą. Pieczołowicie sprawdzała rachunki telefoniczne, rachunki za elektryczność, gaz i wodę. – Zastanawiało mnie, że rachunki za wodę są ostatnio dość wysokie.

– To tym bardziej wskazuje, że jest jakiś problem – powiedział przepraszającym tonem Richard Carroll.

– Proszę wejść.

Trzymając chodzik jedną ręką, odsunęła się na bok, by wpuścić mężczyzn, po czym zamknęła za nimi drzwi.

Niemal od razu nie spodobał jej się ich rozbiegany wzrok. Zlustrowali piękne olejne obrazy na ścianach, a potem stolik w stylu Ludwika XIV, stojący w korytarzu. Georgiańską komodę. Georgiańską szafkę. Dwa krzesła w stylu chippendale. Wszystko kupione po okazyjnej cenie, wszystko wskazane przez brata, który nieźle znał się na antykach wszelkiego rodzaju.

– Gdzie chcecie zacząć kontrolę, panowie?

Zauważyła śmignięcie pięści mężczyzny ułamek sekundy przed tym, jak uderzyła ją w brzuch, odbierając oddech. Zgięła się wpół, a jej krucha ręka sięgnęła do dzwonka alarmowego.

Jednak został zerwany z jej szyi na długo wcześniej, zanim zdołała go nacisnąć.

8

„Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony”1, pomyślała posterunkowa Susi Holiday, mocno zbudowana dwudziestoośmioletnia kobieta z ciemnymi kręconymi włosami i zawsze radosną twarzą. Zdanie to kołatało jej się po głowie od samego rana. Wczoraj miała dzień wolny i spędziła go głównie na oglądaniu sześcioodcinkowej ekranizacji Dumy i uprzedzenia w BBC, objadając się przy tym śmieciowym żarciem i paląc szlugi – poszła cała paczka. Jej mąż, James, patrzył na nią z niedowierzaniem, ale taka już była. Przez jeden tydzień żyła zdrowo, męczyła się na siłowni, nie paliła, a w następnym wszystko sobie odpuszczała.

Teraz, prześmiewczo, uznała, że drugą powszechnie znaną prawdą jest to, że nikt nie wygląda najlepiej, siedząc na sedesie, ze spodniami spuszczonymi do kostek.

Zwłaszcza jak jest martwy.

„Zanotować w pamięci. Proszę, błagam, nie umieraj na kiblu”.

Potrzeba skorzystania z toalety bywa zwiastunem ataku serca. Aż nadto wielu ludzi umiera w ten sposób.

Jak ten gruby stary mężczyzna, którego widzieli tutaj, w obskurnej, wąskiej toalecie zapuszczonego mieszkania spółdzielczego o gołych bladoniebieskich ścianach, pełnego brudnych gaci, skarpetek i koszul, walających się po podłodze we wszystkich pomieszczeniach. Potwornie tu cuchnęło: zjełczały, serowaty fetor i najgorszy smród na świecie – rozkładającego się ludzkiego ciała. Lokator nazywał się Ralph Meeks i posterunkowa Holiday przypuszczała, że to na niego właśnie patrzy z odrazą przemieszaną ze smutkiem. Jak wszyscy G5 martwi od paru dni, bardziej przypominał figurę woskową niż prawdziwego człowieka. Zupełny bezruch trupa zawsze wydawał jej się zarówno upiorny, jak i fascynujący.

Zwaliste cielsko mężczyzny było wciśnięte między ściany. Na jego dłoniach widniały plamy wątrobowe, a na twarzy i innych odsłoniętych partiach ciała – szkarłatne i zielone wybroczyny, wskazujące na zaawansowany rozkład. Rój much plujek pełzał uporczywie po jego twarzy, szyi i dłoniach, bzyczał wokół niego.

Obwisłe fałdy brzucha mężczyzny osłaniały jego partie intymne. Miał niemal łysą czaszkę, tylko po bokach sterczały małe kępki włosów. W prawym uchu tkwił aparat słuchowy, a jego otwarte usta zastygły w grymasie zaskoczenia, odbijającym się również w jego przestraszonych martwych oczach. Jakby umieranie, pomyślała prześmiewczo, nie znajdowało się na liście jego zadań na ten dzień, a już na pewno nie w tak pozbawiony godności sposób.

Telewizor w skąpo umeblowanym salonie był wciąż włączony i leciał w nim właśnie, jak na ironię, talk-show, w którym dyskutowano o trudnej sytuacji starych ludzi.

Holiday rozejrzała się, szukając jakichś przedmiotów osobistych. Jednak na ścianach nie było żadnych zdjęć ani obrazów. Zobaczyła popielniczkę pełną niedopałków, a obok zapalniczkę i paczkę papierosów, puszkę po piwie i do połowy opróżnioną szklankę. Na podłodze leżał niewielki stos bezładnie rzuconych starych magazynów ogrodniczych, obok sterty „Daily Mirror”.

Ralph Meeks najwyraźniej umarł jakiś czas temu, właśnie tu i zupełnie sam. To smutna, lecz dość powszechna historia w miastach. Znajdowali się na drugim piętrze niskiego bloku mieszkalnego. Ale Ralph Meeks nie miał przyjaciół ani sąsiadów, którym chciałoby się sprawdzić, czy u niego wszystko w porządku, i nikomu nie wydało się dziwne, że skrzynka pocztowa z każdym dniem jest coraz bardziej zapchana. Dopiero gdy zaczął się rozkładać, a sąsiedzi poczuli smród na korytarzu, pofatygowano się, by sprawdzić, co z Meeksem.

Odór w korytarzu wydawał się niczym w porównaniu z tym, który panował w mieszkaniu. Tu był sto razy gorszy. Smród i bzyczenie much. Holiday zbierało się na wymioty, a jej kolega, posterunkowy Dave Roberts, wciąż zatykał sobie nos dłonią w rękawiczce.

Teraz musieli przede wszystkim zadzwonić do sierżanta, aby pomógł im ustalić, czy to była śmierć naturalna, czy też są jakieś podejrzane okoliczności, bo wtedy trzeba by włączyć wydział kryminalny i opieczętować mieszkanie jako miejsce zbrodni. Następnie należało wezwać ratowników medycznych, by potwierdzili śmierć mężczyzny. Oczywiście w tym wypadku nie było to potrzebne, ale tak stanowiły przepisy. Kolejny obowiązek to sprowadzenie koronera. A wreszcie, jeśli zapadnie decyzja, że nie jest konieczne przybycie specjalistów medycyny sądowej w celu oględzin zwłok na miejscu, trzeba będzie zadzwonić do kostnicy Brighton i Hove, by zabrano ciało.

Nagła śmierć – albo G5, jak określano formularz dla niej przeznaczony – była to dla większości patroli interwencyjnych najmniej lubianym wezwaniem. Jednak Susi Holiday właściwie je lubiła i uważała za ciekawe. To był już piętnasty taki przypadek, którym się zajmowała, od kiedy przed trzema laty wstąpiła do policji.

Odwracając się do kolegi, starszego od niej o osiemnaście lat, spytała:

– Czy coś cię tu niepokoi?

Pokręcił głową, z trudem pokonując mdłości.

– Nie. – Wzruszył ramionami. – Oprócz myśli, że sam tak mogę skończyć.

Uśmiechnęła się szeroko.

– Najlepiej spróbować uniknąć starości. Starość w końcu zabija.

– Tak, chyba wolałbym umrzeć młodo, ale w spodniach.

Posłała mu szelmowski uśmiech.

– To chyba zależy, z kim byś wtedy był?

9

Roy Grace zawsze, gdy tylko wychodził za próg własnego domu, miał się na baczności. Po ponad dwudziestu latach służby w policji rozglądanie się za czymś, co wydawało się niezwykłe albo nie na miejscu, stało się jego drugą naturą. Bardzo irytowało to jego byłą żonę, Sandy. Pewnego razu, kiedy od niedawna był posterunkowym, w zatłoczonym pubie zauważył, że pewien mężczyzna bierze czyjąś torebkę wiszącą na oparciu krzesła, i gonił go ponad kilometr przez Brighton, a potem złapał za nogi, chwytem rugbysty, i aresztował. Tak skończył się wspólny wieczór z żoną, bo kolejne cztery godziny musiał spędzić ze złodziejem w areszcie i wypełniać formularze.

Często, gdy jedli z Sandy gdzieś na mieście, zauważała, że Roy błądzi wokół wzrokiem, i kopała go mocno pod stolikiem, sycząc: „Przestań, Grace!”.

Jednak on nie mógł się przed tym powstrzymać. W żadnym publicznym miejscu nie potrafił się rozluźnić, dopóki nie przekonał się, że nie ma tam jakichś łajdaków ani wyraźnych sygnałów, że zaraz coś się wydarzy. Sandy nieraz żartowała, że gdy inne kobiety muszą mieć się na baczności, jak ich faceci gapią się na dziewczyny, ona musi znosić, że on wypatruje szumowin w Brighton.

Niemniej było coś, czego jej nigdy nie powiedział, ponieważ nie chciał jej martwić. Zdawał sobie sprawę, jak wszyscy policjanci, że zawsze istnieje zagrożenie ze strony jakiegoś poszkodowanego drania, który zechce się mścić. Większość kryminalistów akceptowała aresztowanie – jedni uważali, że to część gry, inni wzruszeniem ramion kwitowali jego nieuchronność, a niektórzy całkiem tracili ducha w chwili, gdy zakładano im kajdanki. Ale byli i tacy, którzy żywili urazę.

Sędziowie tradycyjnie nosili peruki, częściowo po to, by zmienić swój wygląd, tak aby później nie mogli być rozpoznani przez tych, których skazali. Policjanci nie mieli takiego zabezpieczenia. A nawet gdyby mieli, ktoś bardzo zdeterminowany znalazłby mnóstwo innych sposobów, żeby ich namierzyć.

Właśnie taki człowiek, dokładnie w tej chwili, siedział w swoim samochodzie, przed staroświeckim sklepem, którego specjalnością były kominki, naprzeciwko bramy eleganckiego osiedla jednorodzinnych domów szeregowych w centrum Brighton.

Żywił urazę do konkretnego oficera policji z Sussex, a mianowicie do komisarza Roya Grace’a.

Dziecko tego gliniarza było tam, w trzecim domu po lewej. Plany domu otrzymał w biurze projektowym, gdzie przed piętnastu laty dołączono je do podania o przekształcenie starego magazynu w siedem jednorodzinnych domów szeregowych.

Dziecko śpi zapewne w pokoiku po przeciwnej stronie, z oknem wychodzącym na podwórze.

Jednak teraz mężczyznę najbardziej zainteresowało ogłoszenie przymocowane przez agenta nieruchomości do ściany po prawej stronie metalowej bramy, odgradzającej podwórze: DOM DO WYNAJĘCIA.

Zabawnie byłoby zostać sąsiadem Roya Grace’a. I co za wygoda.

Będzie mógł mieć go stale na oku. Wyczekać właściwego momentu.

Znów nastały szczęśliwe czasy!

10

Dwie godziny po tym, jak weszli do mieszkania Ralpha Meeksa, Susi Holiday i Dave Roberts znów byli w samochodzie patrolowym, jeżdżąc po ulicach Brighton. Prowadziła Susi. Uwielbiała swoją pracę. Lubiła nazywać ją polowaniem, mając na myśli cały ten czas, którego nie spędzali przy tak zwanym zgłoszeniu.

Czterdziestosześcioletni Dave był jednym ze starszych posterunkowych w jednostce. Patrole interwencyjne uważano za odpowiednie dla młodych ludzi, bo czasami praca wymagała dużej sprawności fizycznej – interwencje w brutalnych bijatykach domowych, awantury w pubach, ściganie złodziei i włamywaczy. Jednak Dave był w tej jednostce od dwudziestu lat i nie interesował go awans oraz związana z nim robota papierkowa ani też żadne inne możliwości pracy w policji.

Gdyby ktoś spytał, co najbardziej lubi w swojej pracy, odpowiedziałby, że ta robota go kręci, bo nie wiadomo, co się wydarzy w ciągu najbliższych pięciu minut. No i uwielbiał gnać przez miasto, wciskając gaz do dechy, z wyjącym kogutem na dachu. Niemal każdy uprawniony do pościgu policjant, z którym rozmawiał, przyznawał, że to jeden z większych kopów, jakie daje ta praca.

Jechali po North Street w stronę Wieży Zegarowej, jednego z najbardziej charakterystycznych obiektów miasta. Obserwowali twarze ludzi snujących się po chodnikach z obu stron jezdni, od czasu do czasu rozpoznając w tłumie jakiegoś łobuza. I przez cały czas nasłuchiwali swoich krótkofalówek, czekając na kolejne wezwanie z centrum powiadamiania ratunkowego.

Dochodziło południe tego pogodnego czwartku pod koniec sierpnia. Zmianę zaczęli o siódmej rano i miała trwać do szesnastej. Jak dotąd otrzymali zgłoszenie alarmowe w sprawie przypuszczalnego incydentu z użyciem broni palnej na torze wyścigowym, ale okazało się, że to tylko jakiś facet strzelał do królików. Następnie grzali na sygnale przez miasto do zderzenia skutera i śmieciarki, które na szczęście nie było tak poważne, jak się zapowiadało. Kolejne zgłoszenie dotyczyło kobiety rzekomo wzywającej pomocy. Okazało się jednak, że to był tylko napad złości małego dziecka. Wreszcie Ralph Meeks, G5.

Przez ostatnie pół godziny panował spokój. Pomyśleli, że wrócą do komisariatu, zjedzą kanapki i po chwili odpoczynku załatwią papierkową robotę związaną z Meeksem.

– Jakie masz plany na weekend? – spytał Dave Roberts.

Regularnie mieli wspólną służbę i dobrze się dogadywali.

– Idę do Albionu z Jamesem. A ty?

– Maxim ma w sobotę piętnaste urodziny. Marilyn i ja zabieramy go z paczką kumpli na rybę z frytkami na molo, w Palm Court. Najlepsza ryba z frytkami w Brighton!

– Tiffany też się wybiera? – spytała.

Chodziło o jego nastoletnią córkę.

Już miał odpowiedzieć, gdy odezwały się ich krótkofalówki.

– Charlie Romeo Zero Trzy?

– Tak, tak, Charlie Romeo Zero Trzy – odpowiedział Dave.

– Charlie Romeo Zero Trzy, odebraliśmy telefon od zaniepokojonego mężczyzny, który zazwyczaj codziennie rozmawia ze swoją wiekową siostrą. Mówi, że od dwóch dni nie może się do niej dodzwonić. Jest za granicą, w przeciwnym razie sam by przyjechał sprawdzić, co się z nią dzieje. Ta kobieta nazywa się Aileen McWhirter. Jej adres: Withdean Road sto czterdzieści sześć, Brighton. Proszę o kontrolę, stopień drugi.

Wszystkie telefony do centrum powiadamiania ratunkowego były klasyfikowane w czterostopniowej skali. Stopień pierwszy oznaczał konieczność natychmiastowej interwencji, w czasie poniżej piętnastu minut. Drugi przewidywał szybką reakcję, z czasem docelowym nie dłuższym niż godzina. Stopień trzeci zakładał planową akcję, po wcześniejszym ustaleniu terminu, który mógł wypaść wiele dni później. Wreszcie stopień czwarty nie wymagał obecności policjantów, tylko sprawę załatwiało się telefonicznie.

– Charlie Romeo Zero Trzy, jesteśmy w drodze – zameldował Dave Roberts, a po szybkim wyliczeniu dodał: – Będziemy tam za jakieś piętnaście minut.

Oboje policjanci spojrzeli po sobie. Nie mieli G5 od wielu tygodni, aż do dzisiejszego ranka. Jeden z kolegów żartował, że G5 jest jak autobusy. Najpierw przez całe wieki nie ma żadnego, a potem przyjeżdżają dwa naraz.

11

Zdenerwowana Sarah Courteney położyła się na niebieskiej kozetce z regulowanym oparciem. Nie bała się igły ani bólu, lecz bała się wielu innych rzeczy. Niektóre wynikały z tego, że za dwa tygodnie kończyła czterdzieści lat, a z tym kamieniem milowym wiązało się wiele okropności. Takich jak zmarszczki, które stawały się coraz bardziej trwałe, siwe włosy, które zaczynały się już pojawiać. Jej kariera prezenterki wiadomości w lokalnej telewizji była wciąż zagrożona przez te wszystkie młodsze, świeższe twarze.

Jednak najbardziej obawiała się swego męża, Lucasa. Lęk przed nim narastał z każdym dniem. Zaczynało mu nieźle odbijać. Obwiniał ją o wszystko, poczynając od jego rosnących długów hazardowych, poprzez sporadyczną impotencję – której przysłużyć się mogło jego ostre picie – a skończywszy na wybuchach złości. Stale wściekał się o to, że po ośmiu latach prób – łącznie z piekłem czterech zabiegów in vitro – nie mogła donosić ciąży. Miała syna z poprzedniego małżeństwa, ale jego relacje z ojczymem były fatalne, z nią zresztą niewiele lepsze. W domu wciąż dochodziło do spięć.

Royce Revson stał w swoim małym sterylnym gabinecie, pośród licznej aparatury, i wpatrywał się w ekran monitora, na którym wyświetlały się szeregi turkusowych znaków. Choć miał prawie pięćdziesiąt sześć lat, mógłby uchodzić za czterdziestoparolatka. Był krępym energicznym mężczyzną o krótkich kruczoczarnych włosach, emanującym czarem. Miał teraz na sobie fioletową koszulę z krótkimi rękawami, uczelniany krawat, czarne spodnie, niebieskie rękawiczki chirurgiczne, a na głowie okulary chroniące przed podczerwienią. Odwrócił się od aparatury i posłał pacjentce promienny, zniewalający chłopięcy uśmiech, który wyrażał szczery entuzjazm i pewność siebie człowieka z misją.

I rzeczywiście miał misję: pomagać kobietom – a często również mężczyznom – odeprzeć z pomocą chemikaliów okrutne efekty starzenia. Kobietom takim jak ta, która leżała właśnie na jego niebieskiej kozetce. Kruczowłosej piękności, ubranej w czarną krótką sukienkę, czarne legginsy i czarne zamszowe sandały z dużymi sprzączkami.

Zwierzyła się Revsonowi, co zresztą czyniło wiele pacjentek, że jej brutalny mąż często posuwa się do bicia. Był jednym z ważniejszych handlarzy antyków w Brighton, uganiał się za spódniczkami i miał wredny charakter, który jeszcze bardziej się pogarszał, w miarę jak słabł rynek antyków – po części za sprawą klimatu finansowego, ale głównie ze względu na zmianę mody. Obecnie ludzie woleli nowoczesny wystrój mieszkań.

Dlaczego Sarah nie opuściła tego bydlaka, było tajemnicą, która dotyczyła wielu kobiet, jak wiedział z długiego doświadczenia Royce. Miał nadzieję, że dzięki niemu utrzyma młody i atrakcyjny wygląd do czasu, gdy jej małżeństwo się wreszcie rozpadnie, a wtedy będzie mogła znaleźć sobie kogoś nowego, oby lepszego. Może nawet tym kimś będzie on sam? Jednak natychmiast odsunął od siebie tę myśl. Nie miało sensu lecieć na pacjentki. Nawet gdy bardzo go kusiło. A Sarah Courteney była rzeczywiście niezwykle pociągająca.

W przeciwieństwie do części jego klienteli, do której należało wiele bardzo bogatych, rozwydrzonych bab z miasta, Sarah okazała się naprawdę miłą i sympatyczną osobą. Przez ostatnie dwa lata, kiedy była jego pacjentką, odwalił kawał dobrej roboty, utrzymując jej młody wygląd dzięki botoksowi i kolagenowi, a od czasu do czasu usuwając laserem niepożądane naczynka z jej twarzy.

Oczywiście zaufanie klientek wzrastało dzięki temu, że sam często poddawał się zabiegom niechirurgicznym. Miał za sobą również parę chirurgicznych, o których raczej nie wspominał: redukcję zmarszczek na szyi, podniesienie opadających powiek. Nienawidził tego, co nazywał „tyranią starzenia się”, i spory kawał życia poświęcił na to, żeby nie tyle ten proces powstrzymać czy odwrócić, ile przynajmniej oszukać, usuwając najgorsze szkody.

– Jesteś bardzo opalona, Sarah – powiedział.

– Właśnie wróciłam z Dubaju.

– Wakacje?

Skinęła głową.

– Z mężem?

– Nie, z przyjaciółką. Jeździmy razem co roku. Bardzo mi się tam podoba. I mam okazję obkupić się w ciuchy.

Revson ucieszył się, że spędziła trochę czasu z dala od tego potwora. Zauważył na jej nadgarstku błyszczący zegarek Cartier Tank.

– Nowy?

Uśmiechnęła się.

– Tak, tam go kupiłam. Kilka lat temu znalazłam małą pracownię jubilerską, której właściciel wytwarza dobrej jakości kopie, nie takie jak większość sprzedawanej tandety. To prawdziwy rzemieślnik, potrafi w kilka dni skopiować, co tylko zechcesz.

– Moja żona chciałaby mieć jedną z tych bransoletek Cartiera – powiedział, po czym zmarszczył brwi. – Chyba nazywa się Tennis. Kosztują majątek.

– On umiałby ją zrobić, a żona w życiu nie zauważyłaby różnicy.

– Czy to legalne?

Wzruszyła ramionami.

– Mogę dać ci jego adres mejlowy. Wyślesz mu zdjęcie tego, co chcesz, a on ustali cenę.

– Hm, dzięki, może tak zrobię.

Opuścił okulary na oczy, wziął strzykawkę, którą podała mu jedna z dwóch asystentek ubranych w identyczne granatowe fartuchy, i podszedł do Sarah, przecinając szaro-białą cętkowaną podłogę.

– No dobrze, gotowa?

Sarah skinęła głową. Wiedziała, że będzie bolało. Ale ból był małą ceną za odmianę, jaką się spodziewała ujrzeć na swoich ustach.

– Żeby być piękną, trzeba pocierpieć – rzuciła.

Royce wsunął cienką igłę w jej górną wargę. Skrzywiła się.

– W porządku? – spytał.

Potwierdziła ruchem powiek. „Żeby być piękną, trzeba pocierpieć”, powtarzała sobie w myślach jak mantrę.

Royce systematycznie opracowywał górną, a potem dolną wargę.

– Przez kilka dni będzie wyglądało jak reakcja alergiczna – powiedział. – Zanim się wchłonie.

– Mam występ w telewizji dopiero we wtorek.

– Do tej pory wszystko już będzie doskonale.

– Tak myślisz?

– Czy nie jest zawsze tak, jak mówię?

– Jest.

Uśmiechnął się. Jasne, klientki, takie jak ona, pomogły mu się wzbogacić, ale pieniądze nigdy nie były dla niego główną motywacją. Za każdym razem, gdy taka piękna kobieta jak Sarah Courteney opuszczała jego kozetkę z uśmiechem na twarzy, miał ochotę wystrzelić pięścią w górę i zwycięsko pokazać dwa palce okrutnemu bożkowi starzenia się, temu sadyście.

12

Withdean Road to był jeden z elegantszych adresów w mieście. Domy stały w odosobnieniu, za wysokimi murami albo ścianami drzew i krzewów, na cichej, wijącej się, wysadzanej drzewami uliczce. Susi Holiday jechała powoli, a Dave Roberts odczytywał na głos numery.

Parzyste były po prawej stronie.

– Tutaj! – oznajmił.

Wjechała przez starą drewnianą bramę i ruszyła po opadającym stromo, krętym, wyboistym asfaltowym podjeździe. Po prawej stronie rosły rododendrony, a po lewej, w dole, za skalniakiem i stromym trawnikiem, ujrzeli krytą tynkiem kamyczkowym fasadę wielkiego edwardiańskiego domu z pewnymi cechami architektury naśladującej styl Tudorów, z oprawnymi w ołów szybkami i zwieńczoną wysokimi szczytami. W górze na ścianie umocowana była czerwona skrzynka alarmowa systemu antywłamaniowego LanGuard.

W końcu podjazdu, na tyłach budynku, znajdowało się podwórze przed dwoma rozpadającymi się garażami. Susi zatrzymała samochód i oboje wysiedli. Płot po ich prawej stronie, za którym rosły wysokie drzewa osłaniające sąsiedni dom, był zaniedbany, ale tarasowe trawniki zostały niedawno skoszone i w powietrzu unosił się zapach trawy i róż. Z posiadłości rozpościerał się ładny widok na dolinę, gdzie u podnóża stromej kredowej skarpy przebiegała linia kolejowa z Londynu do Brighton, oraz na domy wznoszące się na obrzeżach stadionu Withdean, dzielnicy Patcham i boisk Varndean School.

Z bliska zobaczyli, że dom jest w kiepskim stanie: zaprawa była miejscami wykruszona, fasadzie bardzo by się przydało malowanie, a z ram okiennych łuszczyła się farba. Taki stan często oznaczał, że należy spodziewać się mieszkańców w podeszłym wieku. Drozd kąpał się w kamiennej wanience dla ptaków, stojącej na małym prostokątnym trawniku okolonym drzewkami różanymi.

– Wstyd, żeby nie dbać o tak piękne miejsce – powiedział Dave Roberts.

Susi Holiday skinęła głową, rozglądając się wokół. Pomyślała, że jej pies byłby przeszczęśliwy na tej posesji, i zastanawiała się, ile milionów mogłaby ona kosztować, nawet w obecnym stanie.

Ruszyli ścieżką wiodącą wokół domu ku drzwiom frontowym, wypatrując w każdym z mijanych okien jakichkolwiek oznak życia. Przecięli trochę zapuszczony ogród różany i dotarli do dużego, wyłożonego płytkami ceramicznymi ganku. Zwinięte w rulon egzemplarze „Daily Telegraph” i „Argusa” były wciśnięte w skrzynkę na listy. Inne gazety i jakaś korespondencja leżały pod drzwiami. Niedobry znak.

Susi Holiday uklękła i zerknęła na daty.

– Wczorajsze, środowe, i dzisiejsze – oznajmiła.

Dave Roberts zadzwonił do drzwi. Czekali. Żadnej odpowiedzi. Potem zapukał. Nieraz chwalił się, że doprowadził pukanie do perfekcji i że potrafiłby obudzić nim umarłego.

Nadal panowała cisza. Wsunął dłoń w szczelinę skrzynki pocztowej, wyciągając garść korespondencji. Listy i broszurki reklamowe. Pośród nich pojawiła się szara koperta zaadresowana do pani Aileen McWhirter, co potwierdziło, że trafili pod właściwy adres.

Dave przycisnął nos do szpary w skrzynce na listy i głęboko wciągnął powietrze, by sprawdzić, czy wyczuje charakterystyczny ciężki, lepki, zjełczały zapach śmierci. W przeciwieństwie do domu Ralpha Meeksa, tu go nie wyczuł, ale to nie upewniło go jeszcze, że pani McWhirter żyje. Nawet w tych letnich miesiącach mógł minąć i tydzień, zanim ciało zaczynało cuchnąć.

Zapukał znowu, a potem wybrał numer, który podała im dyspozytorka z centrum powiadamiania ratunkowego. Usłyszeli, że telefon dzwoni gdzieś w głębi domu, ale nikt nie odbierał. Po kilku chwilach włączyła się automatyczna sekretarka.

Obeszli cały dom, zaglądając uważnie we wszystkie okna. W kuchni był włączony telewizor. Dostrzegli na stole egzemplarz „Sussex Life”. Obok talerz, nóż i widelec. Rondel stał obok piecyka Aga.

– Co o tym sądzisz? – spytała posterunkowa Holiday.

W odpowiedzi jej kolega włożył rękawice ochronne, wyjął z kabury pałkę policyjną i roztrzaskał oprawną w ołów szybkę obok drzwi frontowych. Potem wsunął ostrożnie rękę przez otwór, uważając na odłamki, odnalazł zasuwkę i otworzył drzwi.

Weszli do wielkiego, wyłożonego dębem holu, gdzie leżało kilka ładnych, choć podniszczonych perskich dywaników. Od razu rzuciły im się w oczy ciemne prostokąty na gołych ścianach, jakby wisiały tam kiedyś obrazy. Zresztą cały hol wydawał się, jak na tak okazały dom, dziwnie pusty.

Podobnie jak większość pokojów na dole, które przeszukali.

Dave Roberts zostawił Susi na parterze, żeby szukała dalej, a sam ruszył po spiralnych, bogato zdobionych schodach na górę. Kilka chwil później zawołał:

– Susi, szybko! Tutaj!