Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 556 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze na Hokkaido - Will Ferguson

Nie mniej entuzjazmu niż dziwaczne teleturnieje i maleńkie gadżety wywołuje u Japończyków wiosenne święto wiśniowych kwiatów, które przesuwa się ku północnemu krańcowi ich ojczyzny - wyspie Hokkaido.

Will Ferguson uczestniczył w typowych obchodach tego święta. Po spożyciu stanowczo zbyt dużej ilości sake oświadczył, że zostanie pierwszą w historii osobą, która dotrzyma kroku kwitnieniu kwiatów w ich wędrówce na północ. A chcąc, by wyzwanie było jeszcze trudniejsze, postanowił odbyć całą podróż autostopem, który w Japonii jest praktycznie nieznany, i polegać na uprzejmości obcych ludzi. Jak się okazało, ci byli nieraz cudowni, a kiedy indziej cudaczni.

Powstała dzięki tej przygodzie książka podróżnicza jest jednym z najzabawniejszych, a zarazem najbardziej pouczających tekstów o Japonii, jakie dotychczas napisano.

Opinie o ebooku W drodze na Hokkaido - Will Ferguson

Fragment ebooka W drodze na Hokkaido - Will Ferguson

Tytuł oryginału
Hokkaido Highway Blues. Hitchhiking Japan
Projekt serii
MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografia na okładce
© Kenichi Minoruta/Amana Images/Getty Images
Redakcja
STANISŁAW LEJDA
Korekta
ANNA KURZYCA
Redakcja techniczna
JOLANTA KRAWCZYK
© Will Ferguson 2003
Published by arrangement with Canongate Book Ltd,
14 High Street, Edinburgh EH1 1TE.
Polish edition © Publicat S.A. MMXI, MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5411-8
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
Przedmowa do wydania skróconego

Gratuluję. Trzymają Państwo w ręku udoskonaloną wersję książki W drodze na Hokkaido. Pierwsze wydanie ukazało się w twardej oprawie w Stanach Zjednoczonych, liczyło 433 strony (prawdziwa cegła!) i roiło się od celnych obserwacji i głębokich spostrzeżeń.

Niestety! Moi brytyjscy wydawcy poprosili mnie, abym pozbawił nowe wydanie dziewięćdziesięciu stron doskonałej prozy, ponieważ wymagał tego format wydania w miękkiej oprawie. (Trudno nie pokochać wydawców za ich sposób myślenia. „Świetny obraz, Leonardo. Cudowny! Tylko że niezupełnie mi akurat pasuje do ramy. Weź go może przytnij z piętnaście centymetrów po tej stronie i tak gdzieś pięć po drugiej, dobra?”)

Prawdę mówiąc, ucieszyła mnie możliwość ponownego zabrania się do W drodze na Hikkaido. Cały czas czułem potrzebę skondensowania treści tej książki, z radością więc zabrałem się do pracy, usuwając całe rozdziały, a kiedy indziej przycinając pojedyncze zdania. A rezultat? Mam nadzieję, że będzie nim szybsza i łatwiejsza lektura.

W księgarniach mogą się Państwo natknąć na dłuższą, oryginalną wersję W drodze na Hokkaido, która niewątpliwie stanie się rzadkim wydaniem cenionym przez kolekcjonerów, poszukiwanym na całym świecie przez zamożnych bibliofilów i koneserów dobrej literatury podróżniczej. A zatem jeśli będą Państwo mieli dość szczęścia, by znaleźć pełną wersję książki, zalecam natychmiastowe kupno tuzina egzemplarzy i strzeżenie ich jak oka w głowie. Albo można, po prostu, wysłać czek bezpośrednio do mnie.

Will Ferguson

Gdzieś w podróży między Japonią a Ameryką Północną

DIABELSKA TARA Południowa Kiusiu
1

Sata Misaki – tak Japończycy zwą przylądek Sata – to kraniec Japonii.

Gdy staniemy tyłem do morza i spojrzymy na północ, cały kraj balansuje nam nad głową niczym stojący pionowo miecz. To podłużna, wulkaniczna ziemia: państwo złożone z wysp, które zbliża się do swoich sąsiadów, ale nigdzie się z nimi nie styka. Kraina ta jest źródłem częstych metafor. Porównywano ją do kolejnych warstw cebuli, pod którymi... nie kryje się nic. Opisywano jako labirynt, fortecę, ogród. Albo więzienie. A nawet raj. Są jednak i tacy, którym Japonia nie przypomina żadnej z tych rzeczy. Dla nich Japonia jest drogą. A przylądek Sata to jej koniec.

Szosa wije się, opadając ku morzu. Na poboczu tłoczą się palmy i zarośla. Kolejne wsie przesuwają się za oknami samochodu. Serpentynowa droga wspina się pomiędzy góry, ostro skręca i nagle znika – pośród lasu pełnego cedrów i sosen. We wnętrzu góry niknie też tunel.

Dalej trzeba iść na piechotę. W zaskakująco wilgotnym i chłodnym powietrzu, mijając wszechobecne budki z pamiątkami, wchodzi się na ścieżkę wyciętą pomiędzy drzewami. Stoi nad nią leśna świątynia. Uderzając w znajdujący się w niej dzwon, budzimy bogów, potem zapuszczamy się w zieleń roślinności.

Na krawędzi klifu ostatniej piędzi stałego lądu uczepił się budynek z wyblakłych pustaków. Wewnątrz, kobieta o zmęczonym wyrazie twarzy sprzedaje kalmary – nadziane na pałeczki i pokryte gęstym, lepkim sosem sojowym. Przybysz jednak unika pokusy. Wspina się po stromych schodach na platformę obserwacyjną, by przez okna pokryte smugami kurzu i plamami pozostawionymi przez nosy innych wędrowców spoglądać na majestat otaczający przylądek Sata.

Wokół kręci się kilku turystów, niepewnych, co ze sobą zrobić po obejrzeniu widoku. Kupują porcje kalmarów, wrzucają drobne, by popatrzeć przez lunety i marszczą czoła w wyrazie skupienia. „Oto zatem jest Sata Misaki” – mówią. – „Koniec świata”.

Sata sprawia wrażenie takiego miejsca.

Ląd spotyka się tu z morzem. Wybrzeże rozpada się na głazy. Sosny pochylają się nad przepaścistymi urwiskami, daleko w dole fale niemal bezgłośnie przewalają się i roztrzaskują, a poszarpane skały i nagle wyrastające wysepki wznoszą się nad wodę niczym płetwy rekinów. Nad Sata bez przerwy wieje – wiatr nadciąga z otwartego oceanu i bucha w górę klifów.

– Patrzcie. – Pan Migita podchodzi, zaganiając przed siebie dzieci. – Patrzcie tam.

Wyciąga palec w kierunku gór, ku bladoróżowej plamie pośród iglaków.

– Sakura – mówi.

Nadeszła pora kwitnienia wiśni. Rozpoczęła się podróż, wyzwanie zostało rzucone.

– Sakura! Naprawdę? Już?

Znów patrzy w tamtą stronę.

– A może i nie. Chcecie zjeść kalmarów?

2

Każdej wiosny przez Japonię przewala się fala kwiecia. Wypływa na Okinawie, przelewa się z wysepki na wysepkę, aż wreszcie wpada na wyspy macierzyste. Atakuje przylądek Sata i, piętrząc się, prze na północ, aż dociera na sam czubek odległej Hokkaido, gdzie roztrzaskuje się i wpada do morza.

Nazywają to Sakura Zensen – Frontem Kwitnienia Wiśni – a jego ruchy śledzą z powagą, jaką zazwyczaj rezerwuje się dla obserwacji marszu nacierającej armii. Co wieczór programy informacyjne przekazują relacje z postępów zjawiska, ilustrując za pomocą skomplikowanych map linie frontu i tyłów oraz odsetek kwitnień na danym obszarze. „Z Shimabara doniesiono dziś o rozkwitnięciu trzydziestu siedmiu procent pąków”.

Nigdzie na świecie nadejściu wiosny nie towarzyszy tyle dramatyzmu co w Japonii. Kwitnienie wiśni spada na kraj jak tajfun. Sękate drzewka, ignorowane przez większość roku, eksplodują kolorami niczym nagle włączone fontanny.

Nadejście sakura oznacza koniec zimy. Przynosi też rozpoczęcie roku szkolnego i zamknięcie cyklu gospodarczego. To gorączkowy okres, czas egzaminów końcowych i sprawozdań rocznych. Trzeba zamknąć budżety, finalizować rozliczenia, kończyć pracę. Karoshi (śmierć z przepracowania) zbiera w marcu największe żniwo. Nieprzekraczalne terminy, egzaminy końcowe, płatności transferowe – a potem nagle wiosenny wiatr przywiewa kwitnienie wiśni. I następuje jeden z tych radykalnych zwrotów, które są charakterystyczne dla japońskiego życia: od intensywnej pracy wszyscy przechodzą do intensywnej zabawy. W cieniu kwiatów gromadzą się tłumy, sake płynie strumieniami, rozluźniane zostają węzły krawatów, na potęgę układa się i recytuje szalone haiku.

Te przyjęcia pod kwiatami wiśni, zwane banami, są okazją do zastanowienia się nad przeszłością i spojrzenia w przyszłość, utopienia smutków albo uczczenia kolejnego udanego roku. Wznosi się toasty za kolegów z pracy, nieobecnych przyjaciół, dalekich krewnych i za same sakura. A potem – równie szybko jak nadeszły – kwiaty wiśni opadają. Sypią się niczym konfetti, a przemijając, pozostawiają po sobie ciemnozielone, drgające od gorąca lato, ponurą wilgoć pory deszczowej, tajfuny końca sierpnia. Szczytowy okres sakura – gdy kwitną wszystkie kwiaty, a drzewa wyglądają najpiękniej – trwa zaledwie kilka dni.

Mówi się, że ta krótkotrwała eksplozja symbolizuje przejmującą estetykę przemijającego piękna: jej urok jest ulotny i delikatny. Sposobem na uczczenie tej wzruszającej chwili jest, rzecz jasna, picie ogromnej ilości sake i śpiewanie wrzaskliwych piosenek do chwili, aż świętujący padnie na wznak. Wszystko to jest bardzo przelotne i niezwykle piękne.

I ma też dziwnie formalny charakter. W jakim innym kraju, na tablicy ogłoszeń w zakładowej kantynie, można dostrzec notatkę następującej treści: „ZACHOWAJ CZYSTOŚĆ. SPRAWOZDANIA KOŃCOWE ODDAĆ DO PIĄTKU. I NIE ZAPOMNIJCIE, ŻE DZIŚ PO PRACY IDZIEMY KONTEMPLOWAĆ KWIATY WIŚNI”.

Na miejsca do organizacji przyjęć pod kwiatami wiśni wybierane są nie tylko parki i pałacowe ogrody, ale również cmentarze. Wtedy charakter otoczenia stanowi kontrapunkt dla uroczystości i przypomina, że to piękno, ta radość – przeminą, jak wszystko. Nasz świat jest nietrwały, cechują go ciągłe zmiany, wypełniają iluzje i smutek – nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by się uchlać i trochę zabawić. (W każdym razie, tak odczytuję buddyjskie przesłanie leżące u podstaw tego rytuału).

Prócz kontemplacji kwiatów wiśni, jest też kontemplacja księżyca, śniegu, kwiatów polnych, liści jesiennych oraz letnia obserwacja gwiazd. Każda z nich wymaga zaangażowania i wykonywania konkretnych procedur w określonych porach roku. Aby dopomóc Czytelnikowi, przygotowałem podręczną listę zawierającą nazwę każdego ze zjawisk, porę jego występowania oraz odpowiedni sposób jego obserwacji.

Pod koniec XIX wieku pewien brytyjski uczony zauważył, że ten, kto potrafiłby pogodzić niebotyczną wzniosłość ideałów Japonii z ziemskimi ograniczeniami mieszkających tam ludzi, mógłby zrozumieć istotę charakteru tego czarującego narodu. Nic dziwnego, że wyjechał stamtąd jako rozgoryczony i zgorzkniały człowiek. Co do mnie, nawet nie próbuję zrozumieć niekończących się sprzeczności Japonii, ale kwiaty wiśni i tak zwalają mnie z nóg.

*

Pierwsze dwa lata pobytu w Japonii spędziłem, ucząc angielskiego w ogólniakach na odległych wyspach Amakusa. Z pracą tą wiązały się pewne korzyści. Jedną z nich była absurdalnie wysoka pensja, drugą – więzy koleżeństwa łączące tamtejszych nauczycieli. Z uczniami było jednak zupełnie inaczej. Nie tyle uczyli się oni angielskiego, co w ich obecności wykładano ten język. Nie miałem wrażenia, by cokolwiek pojmowali. Po latach zajęć i wiecznych testów wciąż nie potrafili zgłębić zawiłości zwyczajnego: „Jak leci?”. Gdy próbowałem prowadzić z nimi najprostszą rozmowę w języku angielskim, spoglądali na mnie bez wyrazu i mówili „Wakranai” („Hę?”) Zapewne robili tak tylko po to, żeby mnie zirytować. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ci młodzieńcy byli grzeczni, pilni i dobrze wychowani, ale mimo to byli nastolatkami, a w tym wieku młodzi ludzie są zwykle dosyć nieznośni, niezależnie od miejsca zamieszkania.

Bawiłem się dopiero po szkole. W Japonii nauczyciele, duchowni i policjanci stanowią tradycyjnie najbardziej zbereźny, najostrzej pijący segment społeczeństwa, a ci nauczyciele, z którymi pracowałem, niewątpliwie nie wyłamywali się spod tej tradycji. Kulminacyjnym punktem roku było przyjęcie dla grona pedagogicznego z okazji kontemplacji kwiatów wiśni. Zbieraliśmy się pod kępą wisien, według wersji oficjalnej po to, by patrzeć na kwiaty i dumać o przemijalności życia, ale w rzeczywistości impreza była pretekstem do wyszalenia się, puszczenia w obieg wrednych plotek, wlania w siebie, ile się da, i bezwstydnego flirtowania. Taka była, w każdym razie, moja motywacja.

Na tych przyjęciach zawsze świetnie się bawiłem – przynajmniej do chwili, gdy nazajutrz trzeźwiałem i odkrywałem, że minionej nocy zdołałem wydać dwieście dolarów. (Absurdalnie wysoka pensja czasami się przydawała). Najlepsze imprezy odbywały się nocą, w cieniu kwiecia oświetlonego przez reflektory. Towarzyszyły im dziesiątki podobnych przyjęć pod innymi drzewami. Pod wpływem sakura i piwa, siedząc pośród hulanki i radosnego szaleństwa, zdołałem nawet ułożyć własne haiku. Recytując ten wiersz, głęboko poruszyłem moich japońskich kolegów:

Już wiosna –

Spada kwiecia deszcz.

Podajcie piwko, dobra?

Zamieszkały w pobliskiej miejscowości inny nauczyciel, zatrudniony na podobnej zasadzie jak ja, Bill Robinson, także napisał haiku o szkolnych przyjęciach. Jego wiersz jest tak subtelny, tak skomplikowany, tak  g ł ę b o k i, że wręcz nie może się obejść bez przypisów. Kurczę, on się nawet rymuje:

Enkai[1] czas

Śmiech i łzy są wraz –

Ichi-man en[2] pójdzie w las.

Pewnego roku, gdy byłem bardziej pijany niż zazwyczaj, oświadczyłem pracującym ze mną japońskim nauczycielom, że ruszę z frontem kwitnienia wiśni i dotrę aż na Hokkaido, na północnym krańcu Japonii. A raczej o czymś takim nazajutrz usłyszałem. Nie pamiętałem momentu składania tej obietnicy, ale ciągle mi o niej przypominano. Na przykład przewodniczący mojego zespołu przedmiotowego bez przerwy niepokoił się tymi planami.

– Jeśli ruszysz w drogę z kwiatami wiśni, zajmie ci to co najmniej miesiąc. Powinieneś załatwić sobie bilet okresowy na kolej.

– Aha, no tak, chodzi o ten mój pomysł. Kiedy mówiłem, że ruszę w drogę z kwiatami wiśni, użyłem przenośni, chodziło mi o to, że...

– Twoje zdecydowanie wywarło wielkie wrażenie na dyrektorze. Mówi, że wiesz, czym jest prawdziwe serce Japonii.

Oczywiście, tego rodzaju pochwały są bez znaczenia. Japończycy obsypują ludzi Zachodu pustymi komplementami. Jeżeli ktoś taki opanuje sztukę jedzenia pałeczkami, chwalą go za doskonałą koordynację wzrokowo-ruchową; jeżeli złapie leniwą, wysoką piłkę podczas gry w baseball, chwalą go za wysportowanie; jeżeli nauczy się mówić „cześć” po japońsku, chwalą go za opanowanie języka. Najczęściej słyszany w takich sytuacjach zwrot to jōzu desu ne! Można go przełożyć jako: „Rety, ależ jesteś zdolny!”, lecz w dokładniejszym tłumaczeniu brzmiałby: „Nieźle, jak na debila”.

Znaczenie wyrażenia jōzu desu ne! najlepiej ilustruje przebieg nauki jazdy na rowerze, której moja sąsiadka udzielała swojemu pięcioletniemu synkowi. Rezygnując ze stosowania dodatkowych kółek, po prostu wsadzała dziecko na rowerek i spychała je w dół podjazdu. Za każdym razem wpadało na drzewo albo po krótkim poślizgu upadało. Po kilku takich lekcjach chłopak był w koszmarnym stanie: miał pozdzierane kolana i posiniaczone łokcie. Jednak wciąż wracał i próbował po raz kolejny, pociągając nosem i połykając łzy. Było to bardzo zabawne i dostarczyło mi wielu godzin rozrywki – siedziałem za stołem kuchennym, popijając kawę i sporządzając wykresy postępów małego Taro. Oklaskiwałem najefektowniejsze wywrotki. Z niezmienną konsekwencją, za każdym razem, gdy chłopiec wyruszał do kolejnej szarży – a jeszcze nie minęła ta krótka chwila, podczas której panował nad pojazdem – jego matka krzyczała: „Jōzu desu ne!” Po czym następowała kraksa. A potem wszystko odbywało się od nowa. I tak w kółko.

Ilekroć jakiś mieszkaniec Japonii chwali moją znajomość obcego języka, wykrzykując „Jōzu desu ne!”, myślę o małym Taro ledwie utrzymującym się na rowerku i gnającym ku wywrotce. To uczy pokory.

W każdym razie, zobowiązałem się do odkrycia prawdziwego serca Japonii. „William będzie podążał za sakura aż po Hokkaido” – mówił przewodniczący różnym osobom i krzywił się, nadając twarzy wyraz, który omyłkowo można było wziąć za uśmiech. Ociągałem się przez trzy lata.

Gdy w końcu wyruszyłem, by wraz z frontem kwitnienia wiśni podążać na północ, byłem uzbrojony jedynie w podstawowe narzędzia podróży po Japonii: mapę, kilka grubych zwitków banknotów oraz poważnie ograniczony arsenał japońskich zwrotów, z których większość najwyraźniej dotyczyła picia lub pogody („Bardzo dzisiaj gorąco, napijmy się piwa”).

Wbrew temu, co na ten temat mogą sądzić sami mieszkańcy, Japonia nie jest małym krajem. Jedna tylko główna wyspa, Honsiu, przewyższa rozmiarami Wielką Brytanię. Gdyby państwo to leżało w Europie, zdominowałoby kontynent. Japonia jest większa niż Włochy, Norwegia czy Niemcy. Odległość od przylądka Sata Misaki na południu do przylądka Sōya Misaki wynosi trzy tysiące kilometrów. W Ameryce Północnej odpowiadałoby to dystansowi z Miami do Montrealu – przy czym punkty końcowe położone są na podobnych szerokościach geograficznych.

Skąd więc bierze się to wyobrażenie Japonii jako maluteńkiego kraiku? Jedną z przyczyn są kartograficzne iluzje optyczne. Na mapie Japonia wydaje się niewielka, bo otaczają ją największe państwa na Ziemi: Chiny, Rosja, Kanada, Stany Zjednoczone i Australia. Jest jednak coś jeszcze. Japonia jest mała niejako z własnego wyboru. Próbuje zachować własne wyobrażenie o sobie – według niego jest ona atakowanym przez wszystkich czarnym koniem, mikrusem posiadającym nadspodziewanie potężną siłę, małą lokomotywką, której się udało. Jeżeli powiemy przeciętnemu Japończykowi, że jego kraj ma większą liczbę ludności i powierzchnię niż Wielka Brytania, to albo będzie nam miał to za złe, albo nie uwierzy.

Co ciekawe, moi japońscy przyjaciele, pomimo przekonania, że mieszkają w małym kraju, także uważali jego północne regiony za koszmarnie oddalone. Dla nich nawet wyspa Hokkaido była innym światem, a gdy omawialiśmy moje plany podróży, nie dawali mi wielkich szans.

– To bardzo daleko – ostrzegali. – Bardzo daleko.

Dodatkowo pogorszyłem sprawę, decydując się na jazdę autostopem. Przyjmując heroiczną pozę, oznajmiłem, że zamierzam być pierwszą osobą w historii, która przejedzie „okazją” Japonię na całej długości – od końca do końca, od przylądka do przylądka, od morza do morza. Nie wywarło to na moich japońskich przyjaciołach aż takiego wrażenia, na jakie liczyłem.

– A dlaczego miałbyś tak jechać? – pytali ze szczerym zdziwieniem. – Nie ma powodu, żeby jechać stopem. Właśnie po to zbudowaliśmy superszybki pociąg.

Inni niepokoili się o moje bezpieczeństwo.

– Ale przecież – argumentowałem – Japonia jest bardzo bezpiecznym krajem, nie?

– O tak. Bardzo bezpiecznym. Najbezpieczniejszym na świecie.

– No to dlaczego nie miałbym zabierać się „okazją”?

– Bo Japonia jest niebezpieczna.

I tak dalej.

Należy zaznaczyć, że przejazd na sępa przez całą Japonię nie jest jakimś ogromnym osiągnięciem – czymś w rodzaju rejsu łodzią wiosłową w górę Amazonki, odkrycia penicyliny i tak dalej – niemniej jednak jestem pierwszą, i jak dotąd jedyną osobą, która tego dokonała, a zatem mam się czym chełpić.

Gdy, wyekwipowany w plecak i wyćwiczony do zatrzymywania samochodów kciuk, opuszczałem mieszczące mój dom miasto Minamata podążającym na południe pociągiem, miałem dość odwagi.

– Zamierzam przejechać stopem przez cała Japonię – powiedziałem do pasażera siedzącego obok mnie.

Uśmiechnął się i pokiwał głową.

– Wyruszam w drogę z kwiatami wiśni.

Skinął głową.

– Aż po Rosję – powiedziałem.

Znów się uśmiechnął, a wkrótce potem usiadł na innym miejscu.

3

Miasto Kagoshima to Neapol Japonii. Wszystkie przewodniki tak mówią. Jako że w Neapolu nigdy nie byłem, trudno mi wypowiadać się na ten temat. Miasta te powiązane są umową partnerską, która sprawia wrażenie deklaracji zbiorowego samobójstwa. Oba znane są przede wszystkim z tego, że ich mieszkańcom grozi niechybna zagłada, ponieważ leżą w cieniu wulkanów.

Obok miasta Kagoshima wyrasta z zatoki dominujący nad całym krajobrazem gotycki kształt Sakurajimy, czynnego wulkanu, który swym potencjałem, jeśli chodzi o ewentualne łupnięcie, znacznie przewyższa Wezuwiusza. Ponad milion osób mieszka w promieniu dziesięciu kilometrów od Sakurajimy, czyli wewnątrz strefy wybuchu. Sam wulkan jest niezwykle ohydny. Przypomina unoszącą się na powierzchni wody osmoloną, kopcącą kupę wosku ze świecy. Początkowo był on wyspą, ale w 1914 roku, podczas jednej z bardziej gwałtownych erupcji, wydobyło się tyle lawy, że spoiła ona wulkan z przeciwległym brzegiem zatoki.

[...]

Przypisy
[1]Enkai: przyjęcie dla pracowników.
[2]Ichi-man en: dziesięć tysięcy jenów; około stu dolarów amerykańskich.