Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 185 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 12/2017 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 12/2017 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 12/2017 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

każdy zna jakiegoś księdza – katechetę, proboszcza, spowiednika, rekolekcjonistę, misjonarza czy telewizyjnego komentatora. Wśród nich są tacy, którzy byli dla nas ważni, bo mówili o Bogu inaczej, bo żyli na co dzień Ewangelią – radykalnie i bezkompromisowo. Wojtyła, Wyszyński, Macharski, Tischner, Popiełuszko, Twardowski, Badeni OP, Góra OP. Latami będziemy przypominać ich słowa i barwne anegdoty z życia.

Oczywiście zawsze można też znaleźć antyprzykład – kogoś, kto powiedział głupie kazanie, obcesowo potraktował nas przy kratkach konfesjonału, a w parafialnej kancelarii był bezdusznym urzędnikiem. Dopiero takie zestawienie składa się na obraz tego, co to znaczy być księdzem. Bo świętość i wielkość wciąż się mieszają z grzesznością i małością.

W tym numerze miesięcznika piszemy o tym, jaki ma być i kim ma być ksiądz. Nie szukamy sensacji, ale zrozumienia, że kapłaństwo to droga, na której ksiądz dalej jest mężczyzną ze swoimi potrzebami i wadami. Przypominamy przy tej okazji wywiad z księdzem arcybiskupem Grzegorzem Rysiem, którego udzielił nam, będąc jeszcze rektorem krakowskiego seminarium. Mówił wtedy, że: „Ksiądz jest człowiekiem, który gromadzi Kościół. Ale to nie ma być zapędzanie baranów do zagrody, tylko rozbudzanie w ludziach poczucia wspólnoty, współtworzenia Ciała Chrystusa”. To wciąż prawdziwe i zaskakująco aktualne słowa.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowy w drodze

ROBOTY PO PAcHy

TO NIE BYŁ MÓJ POMYSŁ

Ksiądz też człowiek

DAĆ LUDZIOM PRAWO DO SIEBIE

POSŁUCHAJMY, CO MÓWIĄ INNI

ŚWIĘTY AUGUSTYN NIE WYSTARCZY

PIĘTNAŚCIE PRZEPROWADZEK

Adwent inaczej

DOBRZE JEST W ŻYCIU NIE PRAGNĄĆ WIELE

LITANIA DO BLIŹNIEGO NIEZNOŚNEGO

ŚWIĘTY CHARAKTERNY

Początki chrześcijaństwa

CZY BÓG URODZIŁ SIĘ W GRUDNIU

Orientacje

NOTATNIK KINOMANA

KSIĄŻKI Z ICH PÓŁKI

ZWYKŁY ROK Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Felietony

ZAPANOWAĆ NAD BOGIEM

WSZYSTKO ROZPROSZONE

ZA CO JESTEM WDZIĘCZNY MARII TERESIE

SŁOWO STAŁO SIĘ WYROKIEM

NIEZNOŚNY FLORENTYŃCZYK

Pytania w drodze

NIE UDAWAĆ BOGA

Dominikanie na niedziele

PRZEBUDZENIE

WIERNOŚĆ OBIETNICY

PROSTUJCIE DROGĘ PAŃSKĄ!

DOM

POSZUKIWANY

PO TO WŁAŚNIE

MINĘŁY CZY SIĘ WYPEŁNIŁY?

Rozmowy w drodze

ROBOTY PO PAcHy

•••

Niedawno prowadziłam spotkanie z nowymi pracownikami. Mówiłam im, że najważniejszą rzeczą w naszej pracy, obok profesjonalizmu, jest entuzjazm i wiara w to, że można zrobić rzeczy, które czasami wydają się nam niemożliwe.

Z JANINĄ OCHOJSKĄ, założycielką Polskiej Akcji Humanitarnej, rozmawia Katarzyna Kolska

FOT. BARTPOGODA / PAH

Katarzyna Kolska: Kiedy wyjeżdżaliście?

Janina Ochojska: 26 grudnia 1992 roku.

Pamiętasz dobrze ten dzień?

No pewnie. Nigdy nie zapomnę uczucia, które mi towarzyszyło, kiedy siedziałam w moim malutkim czerwonym renault clio, mając za sobą dwanaście ciężarówek i autokar z dziennikarzami. Jechaliśmy do Sarajewa.

Skąd ty się tam wzięłaś?

Dwa miesiące wcześniej byłam w Sarajewie, gdzie od kilku miesięcy trwała wojna. Pojechałam tam z francuską organizacją EquiLibre, zajmującą się pomocą humanitarną. Zobaczyłam ludzi, którzy stracili swoje domy, bliskich, cały dobytek. Nie mieli nic. Mieszkali stłoczeni w jakichś pomieszczeniach, które ocalały, biurach, szkołach, ściśnięci, pozbawieni jakiejkolwiek intymności, zdani całkowicie na innych.

No i wtedy postanowiłam, że trzeba im jakoś pomóc. Powiedziałam moim francuskim kolegom: Wiecie co, wrócę do Polski i zorganizuję konwój do Sarajewa. Co oni myśleli na ten temat, tego wolę nie wiedzieć, ale popatrzyli na mnie ze zdziwieniem. A z jeszcze większym zdziwieniem i niedowierzaniem patrzyli na mnie moi znajomi w Polsce, kiedy po powrocie powiedziałam o swoim pomyśle. Zapytali mnie: Janka, skąd ty weźmiesz ciężarówki, pieniądze, paliwo, dary, kierowców? Nie wiedziałam skąd, ale wiedziałam, że muszę to zrobić.

Janina Ochojska, nikomu nieznana kobieta, poruszająca się o kulach, wpada na pomysł, że zorganizuje konwój?

To był 1992 rok. Nie byliśmy bogaci, ale mieliśmy już czym się dzielić. Byliśmy trzy lata po wolnych wyborach. Pomyślałam sobie, że skoro mój kraj doświadczył tyle pomocy, to nie możemy siedzieć z założonymi rękami. Musimy coś zrobić. Przecież ta wojna toczyła się w Europie, 1500 kilometrów od Krakowa!

Od czego zaczęłaś?

Z doświadczenia francuskiego wiedziałam, że trzeba to nagłośnić w mediach, więc skontaktowałam się z Kostkiem Gebertem, który w „Gazecie Wyborczej” pisał o wojnie w byłej Jugosławii. On z kolei umówił mnie z Tomkiem Kowalczewskim – dziennikarzem radiowej Trójki, który również jeździł do Sarajewa. Poszłam na spotkanie z zamiarem, że wspólnie zastanowimy się, co możemy zrobić. Tymczasem on, gdy tylko mnie zobaczył, powiedział: Wiesz co, mam właśnie wolną antenę, chodź do studia. Byłam przerażona, to był mój pierwszy występ w mediach. Usiadłam przed mikrofonem, a on powiedział: Byłaś w Sarajewie, co widziałaś? Wtedy się rozkręciłam. W pewnym momencie on mówi: Słyszałem, że chcesz zorganizować konwój do Sarajewa. Czego potrzeba? Odpowiedziałam, że potrzeba wszystkiego – pieniędzy, paliwa, kierowców, ciężarówek, darów. Tomek zapytał o numer telefonu, pod który można dzwonić. Podałam numer stacjonarny znajomej Kostka, starszej pani, uczestniczki Powstania Warszawskiego, która po spotkaniu u niego powiedziała mi: Przyjdź do mnie, to się zastanowimy, co zrobić. Ja mam dużo znajomych, więc pomyślimy wspólnie, jak to zorganizować. Dzwonię do niej po programie i nie mogę się dodzwonić. Tomek Kowalczewski wyczuł moment i mówi: Wiesz co, to ja z tobą do niej pojadę.

Pojechaliście?

No tak. Z duszą na ramieniu dzwoniłam do drzwi. Spodziewałam się ochrzanu, a Magda otwiera i mówi: Janka, dzwonią, dzwonią! Jej mąż Krzysztof siedział ze słuchawką w ręku i zapisywał coś na kartce. To było niesamowite. Bardzo szybko zgłosili się wolontariusze i zaczęły napływać dary.

Gdzie je zbieraliście?

Najpierw wypełniliśmy sypialnię Magdy i Krzysztofa. Potem drugi pokój, a następnie zwróciliśmy się do pobliskiej parafii, a potem jeszcze do szkoły na Bednarskiej, bo tyle tego było.

Co ludzie przynosili?

Ubrania i żywność w puszkach. Jedna z firm dała nam leki, przede wszystkim antybiotyki, bo były bardzo potrzebne, inna dostarczyła jabłka, a jabłko w Sarajewie to był rarytas. Pamiętam, jak do Magdy do domu przyszedł taki wielki pan. Była zima, miał na sobie białą rozchełstaną koszulę, złoty łańcuch na szyi, złotą bransoletkę na przegubie, złoty zegarek, w ogóle cały był złoty i mówi: Ja mam dwa nowe renault magnum, mogę je dać do konwoju. A renault magnum to była ciężarówka, która miała w środku ekspres do kawy, nie mówiąc już o prysznicu. W życiu nie widziałam wcześniej takich ciężarówek.

Dziennikarze tłoczyli się w kuchni u Magdy i Krzyśka. Potem dostaliśmy małe biuro w urzędzie miasta od prezydenta Warszawy.

Skąd taki odzew na apel nikomu jeszcze wtedy nieznanej Janiny Ochojskiej?

Ludzie byli gotowi, żeby pomóc mieszkańcom oblężonego Sarajewa, tylko nie wiedzieli, od czego zacząć. Potrzebowali kogoś, kto powie: Ja to zrobię. Znane nazwisko nie było wtedy potrzebne.

Ale entuzjazm to nie wszystko. Jest jeszcze mnóstwo formalności, które trzeba załatwić.

Wszystkiego uczyliśmy się w biegu, nikt nie miał przepisu, jak zorganizować konwój. Na kilka dni przed wyjazdem dowiedzieliśmy się na przykład, że potrzebne są jakieś przejazdówki na każdy kraj. Nie mieliśmy ich, więc wyglądało na to, że konwój nie wyjedzie przed świętami. Ale w ministerstwie transportu trafiliśmy na niezwykle miłych ludzi, którzy nie dość, że bardzo szybko nam wydali te przejazdówki, to jeszcze nie wzięli od nas za to ani grosza. Zresztą na każdym kroku spotykaliśmy się z ogromną życzliwością, każdy chciał pomóc. Przy drugim konwoju już tak nie było.

Ile dni jechaliście?

Wyjechaliśmy 26 grudnia, a 1 stycznia byliśmy już na miejscu. Całą noc sylwestrową spędziliśmy na posterunku serbskim pod Sarajewem, czekając na zezwolenie na wjazd. Widzieliśmy bombardowanie miasta, słyszeliśmy strzały. Serbowie nie chcieli nas przepuścić. Było potwornie zimno.

Gdy tylko pozwolono nam wjechać, jak najszybciej chcieliśmy się dostać do w miarę bezpiecznego miejsca, to znaczy pod dwie wieże telewizyjne, prawie całkowicie zniszczone. W podziemiach pod tymi wieżami mieściły się magazyny Czerwonego Krzyża. Tam rozładowywaliśmy dary.

Tego samego dnia, późnym popołudniem, w jakimś kinie zorganizowano spotkanie ekumeniczne – obecni byli przedstawiciele wszystkich religii, no i mieszkańcy Sarajewa. Sala pękała w szwach, siedzieliśmy w zimnie, po ciemku, bo nie było elektryczności. Mówili nam o tym, jak im się żyje i jakiej potrzebują pomocy. Zabrałam głos. Powiedziałam, że przyjechaliśmy z Polski, że jesteśmy wolnym krajem, że to jest pierwszy konwój i że na pewno tu wrócimy. Ludzie reagowali bardzo emocjonalnie i entuzjastycznie, byliśmy ich nadzieją.

Polska Akcji Humanitarna jeszcze nie istniała?

Konwój zorganizowaliśmy pod egidą Polskiej Fundacji EquiLibre, którą zarejestrowaliśmy w 1989 roku, zaraz po wolnych wyborach. Polska Akcja Humanitarna powstała w 1994 roku, stąd czasami mamy kłopot, kiedy obchodzić urodziny. Dla mnie jednak rok 1992 i pierwszy konwój do Sarajewa to jest początek wszystkiego. Chociaż oczywiście pamiętam, jak powstawała Polska Akcja Humanitarna. Ta nazwa odzwierciedla dokładnie to, co robimy. To jest polska pomoc, to są akcje pomocy i to jest pomoc humanitarna.

Co najbardziej zapamiętałaś z tego pierwszego wyjazdu?

Zimowe Sarajewo skute lodem, takie martwe. I lęk, kiedy jechaliśmy Aleją Snajperów. Wiedziałam, że wszystko może się wydarzyć…

Zostało w tobie coś z tego pierwotnego entuzjazmu? Czy teraz, po 25 latach, jesteś urzędnikiem?

Nie potrafię być urzędnikiem. Niedawno prowadziłam w PAH-u spotkanie z nowymi pracownikami. Mówiłam im, że najważniejszą rzeczą w naszej pracy, obok profesjonalizmu oczywiście, jest entuzjazm i wiara w to, że można zrobić rzeczy, które czasami wydają się nam niemożliwe.

Kiedy wierciliśmy pierwszą studnię w Sudanie Południowym, do głowy mi nie przyszło, że będziemy mieć tych studni ponad 700. Czyli średnio co pięć dni powstawała jedna. Dziś dzięki naszej pracy dostęp do wody w Sudanie Południowym ma 1 300 000 osób.

Ale kiedy zaczynamy coś organizować, nie można myśleć o tym, żeby pomagać milionom. Trzeba zacząć od jednego człowieka, od jednej wioski. Bo każda z tych osób to jest jakaś historia, niejednokrotnie ludzki dramat.

Zaczynałaś od spontanicznego apelu w radiu, nie mając nic. Jakimi pieniędzmi obecnie dysponuje PAH?

W zeszłym roku budżet wynosił 66 milionów złotych, z czego 26 milionów to była pomoc dla Syrii. Oczywiście te 66 milionów to są pieniądze, które pochodzą w większości od ofiarodawców instytucjonalnych, takich jak Unia Europejska, OFDA, czyli humanitarna agenda USAID, są pieniądze z Norwegii i Czech – Caritas czeski przekazuje nam fundusze na pomoc dla Syrii i dla Iraku. Mniej więcej 30 procent tych środków to są pieniądze od Polaków – zarówno od firm, jak i od osób prywatnych. Na przykład budowa sześciu szkół po trzęsieniu ziemi w Nepalu została całkowicie sfinansowana przez ofiarodawców indywidualnych. O instytucjonalne pieniądze staramy się wtedy, gdy potrzebne jest wsparcie długofalowe. Tak było na przykład w Syrii. Zaczynaliśmy pomoc z pieniędzy zebranych od ludzi, ale wojna trwa tak długo, że tej pomocy nie wolno przerwać, wręcz trzeba ją cały czas powiększać. Mamy pod opieką około 300 000 osób w samej Syrii, w prowincjach Hama, Aleppo i Idlib, więc bez pieniędzy instytucjonalnych nie moglibyśmy tego robić.

Po trzęsieniu ziemi czy po tsunami jesteśmy bardziej ofiarni?

Właśnie do tego zmierzam. My już wiemy, że jeżeli wydarzy się jakaś katastrofa naturalna, o której będzie głośno w mediach, to Polacy bardzo chętnie dadzą pieniądze na pomoc ofiarom tych katastrof. Gorzej jest natomiast z pomocą regularną, długofalową. W Syrii na przykład rozwozimy wodę do obozów. Dostarczenie wody dla jednej rodziny na jeden dzień to jest złotówka. Czyli codziennie potrzebuję określoną kwotę pieniędzy, żeby kontynuować rozwożenie wody. A oprócz rozwożenia wody jest oczywiście wiele innych rzeczy, które robimy – stawiamy toalety i prysznice, rozdajemy żywność, środki czystości, namioty dla rodzin, sprzęty codziennego użytku. Nie myślimy o tym, że łyżka może być pomocą humanitarną. A przecież człowiek, który ucieka przed bombardowaniem, nie bierze ze sobą łyżki i garnka. Tyle że potem ta łyżka i garnek są mu bardzo potrzebne.

Idąc na spotkanie z tobą, spotkałam dwie żebrzące osoby. Dałabyś im jakiś datek czy nie?

Nie dałabym.

Dlaczego?

Raczej zapytałabym, jakie mają potrzeby. Jeżeli są bezdomne, to wysłałabym je do schroniska dla bezdomnych, a jeśli byłyby głodne, to wskazałabym jakąś jadłodajnię. Jeżeli rzeczywiście chcemy pomóc ludziom, to musimy się dowiedzieć czegoś konkretnego o ich sytuacji. A dając pięć złotych i idąc dalej, nie dowiadujemy się tego, prawda? W związku z tym jakoś ryzykuję, że moje pieniądze nie zostaną przeznaczone na ten cel, na który je daję. Oczywiście czasami ludzie mnie za to krytykują i wtedy mówię tak: Ofiarodawca może zrobić ze swoimi pieniędzmi, co chce. Chce dać komuś, kto wyda to na piwo albo wódkę – proszę bardzo. Ale ja chcę pomagać świadomie, z poczuciem, że naprawdę pomagam temu człowiekowi, a nie robię sobie dobrze na sumieniu. Podoba mi się model z Europy Zachodniej, gdzie niemal każdy obywatel wybiera sobie jakieś organizacje i wspiera ich działania.

A my źle pomagamy?

Nie chodzi o to, że źle. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do systematycznego pomagania. I mamy raczej małe zaufanie do instytucji, którym mielibyśmy powierzyć nasze pieniądze. Tymczasem każda organizacja zajmująca się pomocą musi planować swoją działalność w oparciu o budżet, którym dysponuje. Jeśli, dajmy na to, w tym roku dostaliśmy sześć milionów od prywatnych osób, to patrzymy, czy te wpłaty były regularne i czy możemy liczyć na to, że w przyszłym roku również będziemy mieli do dyspozycji podobne środki. Jeżeli na przykład teraz w grudniu ktoś nam daje pieniądze na budowę studni w Sudanie Południowym, to ta studnia zostanie wybudowana dopiero w przyszłym roku, bo wszystkie wiercenia, które można robić mniej więcej do końca maja, kiedy kończy się pora sucha, już mamy zaplanowane.

Czyli nie tylko odruch serca, ale długofalowe myślenie o problemie jest potrzebne, tak?

Odruch serca to za mało. On jest oczywiście ważny. Dzięki odruchom serca działa na przykład Jurek Owsiak, ale on ma inny system: najpierw zbiera dużo pieniędzy, a potem w ciągu roku je wydaje.

Czy zdarza się, że ktoś odmawia ci pomocy?

Rzadko. Ale też trzeba powiedzieć, że ja osobiście coraz rzadziej proszę. Kiedyś zajmowałam się i kontaktami z mediami, i kontaktami z firmami. Siedziałam przy telefonie, wydzwaniałam. Teraz mamy od tego ludzi. Choć oczywiście, kiedy myślimy o jakimś dużym ofiarodawcy, to często ja jestem tą osobą, która wykonuje pierwszy telefon. I nie mam problemu z tym, żeby prosić.

Wszystko ci się udawało przez te 25 lat?

Nie wszystko. Ale staram się takich rzeczy nie rozpamiętywać.

Co się nie udało?

Był pewien konwój do Kosowa, który nie pojechał. Nie znaleźliśmy żadnej ciężarówki, która by tam pojechała. Płakałam wtedy rzewnymi łzami.

W naszej pracy jest trochę tak, że każde działanie można określić jako coś, co się udało, ale jednocześnie się nie udało. Wybudowanie 700 studni to dużo. Ale gdybyśmy wybudowali 1400, toby było lepiej, bo potrzeby są ogromne. Nie pomożemy wszystkim, więc niedosyt zawsze pozostaje. Dlatego nie możemy patrzeć, że tu odnieśliśmy sukces, a tam nie. Sukces mamy zawsze, bo nasza pomoc dociera do konkretnych ludzi. W Nepalu zbudowaliśmy sześć szkół. Fajnie byłoby, gdybyśmy zbudowali dziesięć, ale pieniędzy starczyło tylko na sześć. Czy to jest mało, czy to jest dużo, czy to jest sukces, czy to nie jest sukces? Ileś setek dzieci ma piękne szkoły, w dodatku zabezpieczone przed trzęsieniami ziemi, bo są zbudowane specjalnymi metodami. No ale jednocześnie wiem, że tych szkół potrzeba więcej.

Słyszysz czasami słowo „dziękuję” od tych, którym pomagacie?

Bardzo często. Teraz mniej jeżdżę, bo trudno mi się poruszać, ale w grudniu lecę do Sudanu Południowego, na co niezwykle się cieszę. Ludzie są tam bardzo spontaniczni. Kiedy wybudujemy studnię i tryska z niej woda, tańczą wokół tej studni, ściskają się, podsuwają naczynia, żeby nabrać wody. Tego nie da się opowiedzieć.

Teraz, kiedy rząd mojego kraju boi się przyjmować uchodźców, zwłaszcza muzułmanów, to myślę sobie o tym, że nigdy od żadnego muzułmanina nie usłyszałam złego słowa ani nie zaznałam przykrości. Tyle czasu spędziłam czy to w Sarajewie, czy w Czeczenii i zawsze doświadczałam ogromnej przyjaźni i wdzięczności. Zawsze byliśmy też zapraszani do prywatnych domów, chociaż rzadko z tego korzystaliśmy, bo nie chcieliśmy objadać tych, którzy i tak nie za wiele mają. Mam dużo drobnych pamiątek, które dostawałam od ludzi. Trzymam na przykład takie małe serduszko wycięte z kartonu, na którym niezgrabnymi, koślawymi literami jest napisane „PAH”. Dostałam je od jakiejś dziewczynki, mam z nią zdjęcie, jak mi to serduszko wręcza. Pewien nasz pracownik w Sudanie Południowym nazwał swoją córeczkę PHO, bo dla nich byliśmy Polish Humanitarian Organisation. I ona naprawdę ma na imię PHO. To są ich dowody miłości i to, co oni mogą nam dać w podziękowaniu. Ich wdzięczność przejawia się też w tym, że kiedy jesteśmy na miejscu, opiekują się nami, żebyśmy mogli spokojnie pracować, żeby nam się nic nie stało.

Dziwi cię ta nasza zachowawczość w stosunku do uchodźców?

Nie tylko dziwi, ale przede wszystkim bardzo boli. Nie chcę powtarzać argumentów, że też byliśmy uchodźcami, wystarczy trochę wyobraźni. Warto też poczytać, zwłaszcza że ukazało się kilka ciekawych książek na ten temat. Jest świetna publikacja wydana w Karakterze, którą wszystkim polecam – Migranci, migracje. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie. To są odpowiedzi na różne pytania, na przykład, czy to prawda, że migranci mają więcej dzieci. Nie mają. Czy to prawda, że najwięcej ludzi migruje do Europy? Nieprawda. Czy to prawda, że migranci zabierają największą część pomocy społecznej? Nieprawda. Jest to poparte liczbami i przykładami. Jest też część poświęcona Polsce. Każdemu tę książkę bardzo polecam. Wyszła też Nowa Odyseja Patricka Kingsleya. Autor opisuje drogi, jakie uchodźcy muszą przejść, żeby dotrzeć nawet nie do Europy, ale do jakiegoś bezpiecznego miejsca. Jest także taka świetna książka Na południe od Lampedusy włoskiego autora Stefana Libertiego. Człowiek powinien wiedzieć, co przeżywają ci ludzie i dlaczego uciekają z tego świata, a do tego mieć świadomość, że po części jest to nasza wina, bo susze, powodzie i katastrofy naturalne biorą się między innymi ze zmian klimatycznych, które my sami powodujemy.

Wyrzucamy jedzenie, marnujemy wodę, chcemy co roku mieć nowy model komórki i tanią żywność, która często jest produkowana w krajach afrykańskich, albo tanio kupować ubrania, które szyją na czarno uchodźczynie syryjskie w Turcji lub dzieci w Bangladeszu. Czyli to my, w tym bogatym świecie, wpływamy na coraz gorszy standard życia ludzi w krajach ubogich. Gdybyśmy mieli tego świadomość – gdyby mówiono o tym w szkołach, pisano w mediach, gdybyśmy czytali książki, o których mówiłam – to nie wierzę w to, że nie chcielibyśmy tych ludzi przyjmować. Co więcej, jestem głęboko przekonana, że my, Polacy, jesteśmy otwarci na uchodźców i gdyby oni się tu pojawili, to my byśmy im pomogli.

Patrzysz na te 25 lat z satysfakcją? Wybiegasz już w przyszłość?

Patrzę z satysfakcją, dlatego że widzę, jak ta nasza misja zmienia świat na lepsze. I że dzięki dobrej woli tak wielu ludzi my, pracownicy humanitarni, możemy tej zmiany dokonywać. Patrzę też z satysfakcją, bo w fundacji pracują ludzie, którzy wiedzą i potrafią już więcej ode mnie, kończą odpowiednie szkoły i mają o wiele większe doświadczenie, korzystają z bardzo nowoczesnych narzędzi, z których ja też korzystam, ale nie w takim stopniu jak oni. Mam też poczucie, że zbudowałam coś trwałego, co wpływa na wizerunek Polski. To jest dla mnie bardzo ważne.

Ale patrzę też w przyszłość, bo kiedyś przyjdzie mi odejść. I myślę o tym, co jeszcze powinnam po sobie pozostawić, żeby rzeczywiście Polska Akcja Humanitarna była czymś trwałym. Choć oczywiście jeszcze chcę pracować, bo Polska Akcja Humanitarna to moje życie. Kiedy ktoś mnie pyta, co ja robię poza tym, to oprócz czytania książek, spania i jedzenia niewiele więcej. Mam jednak takie poczucie, że jeszcze coś mogę zrobić. Nie potrafię nazwać tych wyzwań, ale wiem, że przede mną są jakieś zadania, których może po prostu jeszcze się nie spodziewam.

I gdy je zobaczysz…

…to się ich podejmę. Nawet już coś mam na oku. Zależy mi na tym, by zmienić w Polsce sposób myślenia i mówienia o uchodźcach. Dowiedziałam się na przykład, że w mszale, z którego odprawia się mszę świętą, jest przewidziana specjalna msza za uchodźców i wygnańców. Pytałam o to kilku księży i nie mieli o tym pojęcia. „Bóg rozkazał swoim aniołom, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach” – antyfona. Albo: „Pan mówi: Myśli moje są myślami pokoju, a nie udręczenia. Wzywać mnie będziecie, a ja was wysłucham i sprowadzę do domu ze wszystkich krajów waszego wygnania”. No i tak dalej. Jest kolekta, a potem modlitwa nad darami, antyfona na komunię, modlitwa po komunii. Są tam takie słowa: „Pozwól im powrócić do ojczyzny, a nam daj serca czułe na potrzeby ubogich przybyszów”. Szalenie przejmujące.

Mam taką idée fixe, żeby w naszych kościołach raz w miesiącu taka msza była odprawiana. Bo wierzę, że to pomoże Polakom inaczej myśleć o uchodźcach i pokonać lęk, który nam wbudowano.

A zasypiasz codziennie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku?

Nie.

Jeszcze ci mało?

Mało. Tyle jeszcze można zrobić. Zawsze myślę też o ludziach, którzy są na tych niebezpiecznych misjach, czy wszystko u nich w porządku. Dlatego śpię z telefonem i nigdy go nie wyłączam. A nuż ktoś będzie w potrzebie…

***

Polska Akcja Humanitarna dotarła z pomocą do milionów osób na całym świecie.

Wierzymy, że każdy ma prawo żyć godnie. Możesz wesprzeć PAH, wpłacając pieniądze:

przelewem: Alior Bank S.A. 02 2490 0005 0000 4600 8316 8772

poprzez stronę internetową: www.pah.org.pl/wplac/

dołączając do klubu PAH SOS: www.pah.org.pl/klub-pah-sos/ i wspierając PAH comiesięczną darowizną

Janina Ochojska – założycielka i szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, absolwentka astronomii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W czasie studiów związana była z duszpasterstwem oo. jezuitów, w 1976 roku zaangażowała się w działalność opozycyjną. Mieszka w Warszawie i Krakowie.

Katarzyna Kolska – dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu.

TO NIE BYŁ MÓJ POMYSŁ

•••

Gdyby poleciał samolotem, podróż zajęłaby mu zaledwie kilka godzin. On postanowił jednak, że pójdzie pieszo. Szedł ponad trzy miesiące. Z Polski do Jerozolimy. Pielgrzymował w intencji pokoju na świecie.

Z JACKIEM JELONKIEM rozmawia Katarzyna Kolska

FOT. JACEK JELONEK

Katarzyna Kolska: Przyszedłeś pieszo?

Jacek Jelonek: Załatwiałem kilka spraw po drodze, więc przyjechałem samochodem.

Pytam o to, bo wiem, że lubisz chodzić.

Nie, nie przepadam, zwłaszcza za spacerami.

Nie lubisz chodzić?!

Pielgrzymować lubię. Jest różnica między pielgrzymką a spacerem. Moja żona bardzo nad tym ubolewa. Spaceruje się dla przyjemności, a pielgrzymuje w konkretnym celu, w jakiejś intencji. No i właśnie takie pielgrzymowanie, w którym jest cel, a po drodze może się zdarzyć przygoda, to jest właśnie to.

Kiedy zacząłeś pielgrzymować?

Pięć lat temu, idąc z Lourdes do Santiago de Compostela. Przeszedłem wtedy około tysiąca kilometrów.

Tak nagle ruszyłeś w drogę?

Zakończyłem właśnie pracę na Politechnice Poznańskiej, z którą byłem związany wiele lat. Miałem przed sobą perspektywę kilku wolnych miesięcy przed rozpoczęciem nowej pracy. Znajomy ksiądz wspomniał mi o Drodze św. Jakuba, którą ludzie pielgrzymują do Santiago de Compostela. Pomyślałem sobie: Hm… to dobry moment, żeby odbyć taką pielgrzymkę.

Przygotowywałeś się jakoś szczególnie do tej drogi?

Wtedy się nie przygotowywałem, bo nie miałem świadomości, jak wygląda kilkutygodniowe pielgrzymowanie. Czytałem natomiast różne przewodniki i poradniki, więc wiedziałem, że należy zabrać ze sobą jak najmniej rzeczy, żeby plecak nie był zbyt ciężki. Nie goniły mnie żadne terminy, więc nie planowałem, ile kilometrów będę szedł każdego dnia i gdzie będę nocował. Podczas następnych pielgrzymek wszystko miałem już szczegółowo zaplanowane.

Następnych?

To jest dość ciekawa historia. Gdy przebyłem ponad 700 kilometrów, na drodze do Santiago natknąłem się na drogowskaz, który pokazywał, jaka odległość dzieli to miejsce od różnych miast na świecie. Były tam między innymi wypisane Jerozolima i Rzym. Więc postanowiłem, że może kiedyś tam wyruszę. Santiago, Jerozolima i Rzym to trzy główne średniowieczne miejsca pielgrzymowania. Dwa lata później poszedłem do Rzymu. Akurat zbliżała się kanonizacja Jana Pawła II. Wyruszyłem w Środę Popielcową z Częstochowy – dotarłem na Wielkanoc. Przeszedłem 1500 kilometrów. Tydzień później była kanonizacja.

Tym razem wszystko miałem przemyślane. Drogę wyznaczyłem za pomocą Google Maps, co wiązało się potem z zabawnymi sytuacjami. Kiedyś na przykład poprowadziło mnie na wysokości Wiednia przez most, który okazał się mostem zwodzonym i nie wiem, czy ze względu na porę roku, czy z powodu innych okoliczności był akurat podniesiony, więc musiałem pokonać pięć kilometrów do następnego mostu, przejść przez niego, a potem wrócić te pięć kilometrów. Zaplanowałem też mniej więcej 30-kilometrowe etapy dzienne. Miałem przygotowany paszport pielgrzyma, podobny do tego, którym się legitymują idący do Santiago de Compostela. Noclegi musiałem sam sobie znajdować. W Polsce, Czechach i Austrii nie było z tym problemu. We Włoszech miałem trudniej, bo tam nie ma plebanii – księża mieszkają najczęściej w mieszkaniach poza kościołem.

Czy pomysł, żeby wyruszyć do Ziemi Świętej, zaświtał ci w głowie już pod tamtym drogowskazem, który pokazywał, ile kilometrów jest do Jerozolimy?

To było pierwsze światełko. Ale eskalacja natchnień, sytuacji i znaków wskazujących, że powinienem iść do Jerozolimy, miała miejsce w zeszłym roku.

Brzmi to dość tajemniczo.

Najpierw dostałem mail z serwisu Booking.com zatytułowany: „Już czas, ruszaj do Jerozolimy na spotkanie z przygodą”. Znaczące dla mnie było słowo „ruszaj”, nie napisano: „leć samolotem”. Potem pojawiło się jeszcze kilka podobnych sytuacji. Uczestniczyłem w rekolekcjach ignacjańskich, a jak wiadomo, podczas takich rekolekcji trzeba mieć wyłączony telefon, nie ma się więc dostępu do SMS-ów i maili. Kiedy po zakończeniu rekolekcji go włączyłem, pierwszy mail, który odczytałem, był od mojej szwagierki… Zapraszała mnie do Cafe Misja na spotkanie z dwiema osobami, które szły pieszo z Poznania do Jerozolimy.

Odczytywałeś to jako wezwanie dla siebie?

Raczej jako znak, że być może Pan Bóg chce, żebym poszedł. Kiedyś też podczas mszy, słysząc słowa Psalmu 122: „Już stoją nasze stopy w twoich bramach, Jeruzalem”, poczułem głębokie wzruszenie.

Kiedy te znaki przekułeś w decyzję, że trzeba wyruszyć?

W październiku ubiegłego roku zacząłem o tym wspominać mojej żonie Marcie. Ustawiłem też w domu skrzynkę, do której zacząłem wkładać rzeczy na pielgrzymkę – z jednej strony, żeby zacząć już przygotowania, a z drugiej, żeby Marta zaczęła się oswajać z myślą, że może mnie nie być przez trzy i pół miesiąca.

Jeśli chodzi o trasę do Jerozolimy, to wyznaczyłem dwa miejsca, które powinny się znaleźć na szlaku mojej pielgrzymki: Medjugorje oraz Efez, gdzie według Katarzyny Emmerich miało miejsce wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny.

Nikt cię nie ostrzegał, że taka wyprawa może być niebezpieczna?

Wiele osób mi to mówiło, a przede wszystkim moja żona. Ja natomiast czułem, że to nie jest mój pomysł, a skoro tak, to założyłem, że Pan Bóg dopilnuje, by nic mi się nie stało.

Ile kilometrów pokonałeś?

Pieszo przeszedłem 3200 kilometrów. Część drogi przepłynąłem promem z Pireusu na wyspę Samos, potem krótki dystans z Samos do Turcji i trzeci, ostatni prom przewiózł mnie z Turcji na Cypr. Po przejściu Cypru miałem samolot do Hajfy. Nie chciałem lecieć do Tel Awiwu, bo zależało mi, żeby przejść jak najdłuższy odcinek w Ziemi Świętej, z północy na południe. Szedłem taką drogą, której przeciętni turyści czy pielgrzymi nie mają okazji zobaczyć.

Czy wyruszając na pielgrzymkę, bierzesz pod uwagę to, że twój plan może się nie powieść?

Oczywiście. Gdy szedłem do Rzymu, w okolicach Wiednia złapałem kontuzję – zapalenie ścięgna prostownika dużego palca. Następnego dnia ledwie dokuśtykałem do pobliskiej apteki, kupiłem lekarstwa i cały dzień przeleżałem w łóżku. Pomyślałem wtedy, że może być kiepsko z dojściem do Rzymu. Ale dzięki łasce Bożej i modlitwie wielu osób następnego dnia dałem radę. Dowiedziałem się później, że po takiej kontuzji rekonwalescencja trwa zazwyczaj sześć tygodni. A ja po tygodniu praktycznie już nie czułem bólu.

Czyli teraz też zakładałeś, że może być nie tak, jak sobie zaplanowałeś?

Tak. Mógłbym się rozchorować, mógłby mnie ktoś okraść. Dla mnie kluczowe było korzystanie z komórki, dlatego że w telefonie miałem mapę wyznaczoną przez Google. Gdybym zgubił telefon albo gdyby nagle przestał działać, to na pierwszym zakręcie nie wiedziałbym, w którą stronę mam iść. I tak mi się przytrafiło. Pewnego dnia wieczorem moja komórka nagle się wyłączyła i nie mogłem jej ponownie uruchomić. Pomodliłem się do św. Judy Tadeusza i… komórka zadziałała. Jednak po chwili okazało się, że jest kolejny problem. Mimo ładowania procent stanu baterii zmniejszał się. Pomyślałem, że pewnie będę musiał kupić nowy telefon. Położyłem się spać i nagle obudziłem się w nocy z rozwiązaniem problemu – przewód łączący ładowarkę z telefonem musi mieć drobne zwarcie. Na szczęście miałem zapasowy. Podłączyłem go i rano się okazało, że telefon jest w pełni naładowany. Mogłem kontynuować drogę.

Był takie chwile, kiedy czułeś się niepewnie?

W Grecji często ostrzegano mnie przed Cyganami. I rzeczywiście któregoś dnia trafiłem na ich obozowisko. Byłem bardzo zmęczony, bo miałem już za sobą około 50 kilometrów drogi. Wyszedłem o 3 nad ranem, gdy dochodziłem na nocleg, była już 17. Na stacji benzynowej jakaś kobieta powiedziała, żebym uważał na nie-Greków, a chwilę później zatrzymał się koło mnie samochód i kierowca, niestety po grecku, zaczął mówić, żebym uważał, a najlepiej, żebym z nim podjechał. Powiedziałem, że będę ostrożny, choć za bardzo nie wiedziałem, o co chodzi. Po chwili, za zakrętem, na wzgórzu zobaczyłem obozowisko Cyganów, więc trochę przyspieszyłem kroku. Jeden z nich – półnagi – zaczął iść w moją stronę, ale był na tyle daleko, że zrezygnował. Po chwili inny z oddali krzyknął do mnie, że chce zadzwonić, ale odkrzyknąłem, że nie mam czasu i szedłem dalej. Na szczęście nic się nie stało.

A boisz się czasami?

W tej sytuacji z Cyganami czułem niepokój, ale generalnie w życiu się nie boję. I może dlatego łatwiej mi wyruszać w świat.

Nie zakładasz, że ktoś może mieć jakieś niecne zamiary względem ciebie?

Raczej nie, a jeśli nawet tak się zdarza, to jednocześnie mam przekonanie, że nic mi się nie stanie.

Co niesiesz w swoim plecaku?

Tylko to, co niezbędne. Dwie pary butów, spodnie długie i krótkie, dwa komplety bielizny, dwie pary skarpet, czapkę, karimatę, która jest nieodzowna na postojach, i lekką matę samopompującą, żeby trochę wygodniej mi się spało. Na wszelki wypadek miałem też lekki, jednoosobowy namiot, ale nigdy go nie użyłem. No i śpiwór. Do tego woda i jedzenie.

Ile się uzbierało kilogramów?

Wyjściowo było między 11 a 12, ale chwilami z wodą i jedzeniem dochodziło do 14.

Dużo. Według różnych przeliczników powinno być mniej.

Dziesięć procent masy ciała.

W twoim wypadku 10 procent masy ciała to…?

Dziewięć kilogramów. Nie udało mi się aż tak ograniczyć bagażu. Miałem ze sobą jeszcze menażkę, kuchenkę gazową i kijki do nordic walkingu. Ale do plecaka człowiek się przyzwyczaja. Natomiast może się pojawić, i to mi się zdarzyło, ból mięśnia czy ścięgna, co sprawiło, że dwa razy korzystałem z pomocy masażysty. To trudne, gdy czuje się taki dyskomfort przez dłuższy czas.

Ile dni w sumie szedłeś?

103 dni. Wyszedłem 26 kwietnia z sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Otyniu. Doszedłem do Jerozolimy w Niedzielę Przemienienia Pańskiego – 6 sierpnia.

Powiedz mi, jak ludzie reagowali, kiedy zaczynaliście rozmawiać? Pewnie każdemu mówiłeś, skąd idziesz i w jakiej intencji.

Z niedowierzaniem. Kiedy im pokazywałem swój paszport i podpisy ludzi, którzy mnie przyjmowali po drodze, mówili: „You must be kidding”. Albo: „You are crazy”.

Im dalej byłem od Polski, im dłuższy odcinek, który już przeszedłem, pokazywałem na mapie, tym bardziej wszyscy byli poruszeni. Czasami widziałem wręcz wzruszenie, łezka w oku zakręciła się niejednemu.

Przez większość dnia byłeś sam ze sobą. Nie ciążyła ci samotność?

Ja lubię siebie. Oczywiście były takie dni, kiedy nikogo nie spotykałem. Ale to się rzadko zdarzało. Co 8, 10, 12 kilometrów robiłem postój. Wtedy się zazwyczaj spotyka ludzi, rozmawia się z nimi, wchodzi w interakcje.

A czym wypełniasz sobie czas podczas wędrowania?

Każdego dnia odmawiam wszystkie tajemnice różańca. Jest czas na rozmowę z Panem Bogiem. Pojawiają się też takie zwykłe myśli – co będę jadł, gdzie będę spał. Zdarzyło mi się, że cały dzień szedłem przez las. Człowiek się wtedy cieszy przyrodą, obserwuje ją, słyszy ptaki. Szedłem tak przez Przemkowski Park Krajobrazowy. Marta się bała, bo tam podobno wilki występują, ale żadnego nie widziałem. Trzeba też pilnować drogi, planować postoje, przewidywać, gdzie coś się uda zjeść, a gdzie będzie można kupić lub zaczerpnąć wody. Taka zwykła codzienna logistyka zajmuje trochę czasu.

Ile jesteś w stanie przejść w ciągu jednego dnia?

Najdłuższy odcinek, który przeszedłem, miał 55 kilometrów. To był bardzo trudny etap, bo panował straszny upał, a po drodze, poza jednym miejscem, nie miałem gdzie kupić lub zaczerpnąć wody, nie mówiąc już o jedzeniu. Kompletna pustynia. Po takim dniu bardziej niż kiedykolwiek marzy się o prysznicu. I o łóżku. Bo chociaż łóżko nie jest mi niezbędne do szczęścia, to jednak po kilku dniach trudniejszej trasy, kiedy nocuje się pod gołym niebem, łóżko i prysznic to taki bonus.

Śledziłam twojego bloga, którego na bieżąco prowadziłeś. Spotykałeś się z ogromną życzliwością ludzi. Otwierali przed tobą drzwi swoich domów, gościli cię za darmo w hotelu, zapraszali na obiad czy kolację, a raz nawet zostałeś gościem weselnym!

To prawda. Często nocowałem u rodzin, na plebaniach, w klasztorach. Na początku czasami pojawiała się nieufność ze strony ludzi, ale kiedy pokazywałem mój paszport pielgrzyma podpisany przez biskupa, w którym było napisane, że jestem katolikiem i idę z pielgrzymką z Polski do Jerozolimy w intencji pokoju na świecie, to ich trochę ośmielało. Kiedyś pewna rodzina nie chciała mnie przyjąć, ale po chwili jeden z synów mnie dogonił i zaprosił. Najpierw zaproponowano mi nocleg w ogrodzie pod namiotem, a potem, podczas rozmowy, gospodarze tak mnie polubili, że zostałem zaproszony na noc do domu.

Nie masz problemu z tym, żeby prosić?

Nie. Nawet nie pomyślałem, że można mieć. Czasami nawet miałem żal, że nie otrzymywałem tego, o co prosiłem. Najbardziej przykro mi było, kiedy gościny odmawiali księża.

Muszę też powiedzieć kilka słów o dzieciach. Niezależnie od tego, czy była to Grecja, Turcja, czy inny kraj, one zawsze były najbardziej otwarte i chętne do pomocy. Jakby je żywcem wyjęto z Ewangelii, która mówi: Bądźcie jak dzieci. W Bośni i Hercegowinie wysprzątały mi zagracone miejsce, w którym miałem spać. I takie były przejęte. Wieczorem przychodziły co kilkanaście minut i przynosiły mi wiśnie. A młodzież zaprosiła mnie rano do szkoły, żebym na lekcji angielskiego opowiedział o swojej pielgrzymce.

Przyjmowali cię ludzie różnych wyznań.

Tak. W Turcji na przykład byli to praktycznie tylko muzułmanie, poza tym miejscem, gdzie według Katarzyny Emmerich miało miejsce wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Tam są franciszkanie, a wśród nich polscy zakonnicy. Dzięki jednemu z nich nocowałem w pobliskim miasteczku, gdzie mają dom-kościół i kilka pokoi gościnnych. Ale zdarzało się, że spałem pod gołym niebem, a dwa razy przy meczecie, bo zaprosił mnie imam. Bardzo serdecznie się mną zajął, poczęstował kolacją, a rano wziął do restauracji na śniadanie. Życzliwości doznałem od wielu ludzi, bez względu na to, czy to byli katolicy, chrześcijanie, muzułmanie czy żydzi. W Izraelu dwie noce spędziłem u rodzin żydowskich.

Spotykałeś ludzi wierzących w Boga?

Tak. Muzułmanie są bardzo pobożni, modlą się pięć razy dziennie. Wszedłem kiedyś do sklepu w czasie, kiedy jest godzina modlitwy, i zobaczyłem, że sprzedawca ma dywanik i się modli. Cierpliwie poczekałem. Modlitwa nie jest długa, więc po chwili zostałem obsłużony. Kiedy nocowałem w przedsionku meczetu, o 5 rano ludzie przychodzili i się modlili. Trudno sobie wyobrazić, że w Polsce ktoś przychodzi do kościoła przed wschodem słońca i się modli. To inna perspektywa.

Któregoś dnia siedziałem w restauracji i rozmawiałem z grupą muzułmanów. Jeden z nich nagle wstał, powiedział, że idzie się pomodlić do meczetu, a potem wrócił. Prawie wszyscy muzułmanie bardzo podkreślali, że dla nich islam jest religią pokoju i uważają, że terroryści źle rozumieją Koran i w zasadzie trudno ich nazywać muzułmanami. Okazuje się, że czytając tę samą księgę, można ją zupełnie inaczej interpretować. Rozmawiałem w Turcji oraz w Bośni i Hercegowinie z muzułmanami i mówili, że dla nich życie w pokoju jest bardzo ważne.

No właśnie, chciałam cię zapytać, czy ludzie się boją wojny? Albo może inaczej: Czy pragną pokoju?

Na pewno pragną pokoju. Kiedy pokazywałem im swoje motto: „All for peace, peace for all”, bardzo mocno się z tym identyfikowali i było dla nich ważne, że idę w tej intencji, a oni trzymali za mnie kciuki. Gorzej było w Izraelu. Żydzi nie bardzo wierzyli, że może zapanować pokój. Sytuacja jest tam jednak bardzo napięta i trudna, ludzie żywią do siebie wzajemne animozje i żale.

Wierzysz w to, że pielgrzymka jednego samotnego człowieka, który idzie z Polski do Jerozolimy, może coś zmienić?

Nie zmienię sytuacji geopolitycznej i nie sprawię, że nagle na świecie zapanuje pokój. Jestem natomiast przekonany, że modlitwa o pokój może zmieniać ludzi, ich serca. Po drodze spotkałem wiele osób, którym mówiłem o znaczeniu modlitwy, i jeśli część z nich ją podjęła, to chyba fajnie.

Pamiętasz pierwszą myśl, która przyszła ci do głowy, gdy wchodziłeś do Jerozolimy?

Kiedy wyruszałem rano, pomyślałem: Kurczę, to jest niesamowite, dzisiaj kończę pielgrzymkę. Nie mogłem wprost uwierzyć, że przez trzy i pół miesiąca nie stało się nic, co mogłoby zniweczyć albo utrudnić osiągnięcie tego celu. I spotkało mnie tyle życzliwości.

Pan Bóg tak niesamowicie działa poprzez ludzi, sytuacje, zdarzenia, zbiegi okoliczności, które nie są przypadkowe. To jest niesamowite, polecam wszystkim.

Porozmawiajmy o pieniądzach. Nie mogę nie zapytać, ile cię to kosztowało.

Czytałem książkę Dominika Włocha, który dziesięć lat temu, kiedy jeszcze nie było wojny w Syrii, szedł pieszo z Gdańska do Jerozolimy. Nie musiał więc płynąć promem ani nie leciał samolotem. Napisał w tej książce, że wyruszał z 50 dolarami w kieszeni i z 50 dolarami doszedł do Jerozolimy. Czyli droga nic go nie kosztowała. W moim wypadku było tak samo. Miałem nawet pomysł, żeby iść bez pieniędzy, ale żona nie chciała o tym słyszeć, więc ustąpiłem. Kiedy doszedłem do Jerozolimy, miałem na koncie i w kieszeni tyle samo pieniędzy, co przed wyruszeniem z domu. Było to oczywiście możliwe dzięki hojności przyjaciół oraz ludzi, którzy dawali mi pieniądze podczas drogi, gościli mnie w swoich domach, płacili za moje posiłki, nie brali pieniędzy za nocleg w hotelu. Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale może taki jest Boży plan, żeby nie myśleć za bardzo o tym trzosie, tylko iść i głosić.

Ale jest granica między roztropnością a niefrasobliwością.

Tak, ale jeśli ja odczytuję, że to wola Boża, nie mam wtedy wątpliwości, że Pan Bóg musi się zaopiekować kwestią ekonomiczną. Oczywiście zakładałem, że w czasie pielgrzymki uszczuplę oszczędności, które zgromadziłem przed wyjściem. Nie wiedziałem o ile, bo nie miałem doświadczenia tak długiej drogi.

Były przecież koszty związane z promami, samolotem…

Zapłaciłem za nie z pieniędzy, które dostałem od ludzi. I jeszcze na koniec Pan Bóg się do mnie uśmiechnął. Do Jerozolimy przyleciała moja żona. Spędziliśmy w Ziemi Świętej dwa tygodnie. Płaciliśmy za noclegi w hotelu, wypożyczyliśmy samochód, to wszystko kosztowało. Kiedy wracaliśmy do Polski, samolot miał ponadczterogodzinne opóźnienie. Zwrócono nam po 400 euro, co sumując, dało kwotę, która praktycznie pokryła koszty naszego wspólnego pobytu. To takie sympatyczne ze strony Pana Boga.

Odpocząłeś już czy czujesz jeszcze zmęczenie drogą?

Tak długa pielgrzymka to stały deficyt energetyczny. Nie byłem w stanie zjeść tyle, ile traciłem podczas marszu. Podczas drogi ubyło mi dziewięć kilogramów. Ale powoli przybieram na wadze. Poza tym już się wyspałem i odpocząłem.

I świta ci w głowie pomysł na kolejną pielgrzymkę?

Wiele osób mnie o to pyta. Ale chwilowo nie mam żadnych planów. Teoretycznie odbyłem już te trzy główne średniowieczne pielgrzymki – do Santiago, do Rzymu i do Jerozolimy, więc być może teraz Bóg ma dla mnie zupełnie inne zadanie.

Jesteś otwarty na nie?

Tak. Jeśli wezwie mnie do drogi, to pójdę, jeśli wskaże mi coś innego, też to zrobię. To wielka radość, że Pan Bóg nas do czegoś zaprasza, a my możemy na to odpowiedzieć.

No właśnie. Pan Bóg zaprasza na pielgrzymkę człowieka, który nie lubi spacerować. To ciekawe.

Ale pielgrzymka to nie spacer. To coś ekstra: przygoda, niepewność, spotkanie z innymi.

Czyli adrenalina? Na spacerze nie ma adrenaliny.

Tak jest. Chyba właśnie znalazłaś wytłumaczenie.

Jacek Jelonek – ur. 1969, absolwent Politechniki Poznańskiej i Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, informatyk, psycholog. Twórca strony internetowej all4peace.net, autor książki Do Jerozolimy, która wkrótce ukaże się w księgarni internetowej all4peace.org.

Katarzyna Kolska – dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu.