Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 162 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 12/2016 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 12/2016 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 12/2016 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

w dniu urodzin słyszymy od bliskich życzenia „Sto lat”, i jakby tego było mało, kolejna zwrotka urodzinowego toastu dodaje do stu lat ich wielokrotność. Tyle że, życząc długiego życia, nie zastanawiamy się, czy owe sto lat to może jednak dosyć i czy starając się o wydłużenie życia – nawet wspomagane biotechnologią – nie zafundujemy sobie niepotrzebnych cierpień nie tylko natury fizycznej, ale i psychicznej.

Podobnie jest z początkiem życia. Możliwości diagnostyczne są ogromne. Z jednej strony pozwalają ratować coraz mniejsze wagowo dzieci, z drugiej strony – rodzą pokusę selekcjonowania ludzi ze względu na ich ułomności wykryte na poziomie genetycznym. Pragnienie poznawania świata i rozwoju nauki jest cenne i potrzebne. Czy jednak każde przesuwanie granicy, nie tylko w medycynie, jest dobre i ma sens? O tym piszemy w najnowszym numerze miesięcznika „W drodze”.

Piszemy też o innych granicach – okrucieństwa i nienawiści, zadanych ludziom przez ludzi na Wołyniu w latach 40. ubiegłego wieku. O wspomnieniach, które bolą jak otwarta rana, o próbach mierzenia się z cierpieniem pamięci o tym, jak sąsiedzi stali się dla siebie mordercami.

Piszemy w końcu o nadchodzących świętach. Za jasełkową rubasznością, stosem potraw i prezentów, sklepową bieganiną i łamaniem się opłatkiem, kryje się też tajemnica granicy, którą Stwórca tego świata przesunął raz na zawsze, stając się jednym z nas. W imieniu redakcji życzę Państwu doświadczenia Jego bliskości, tak by w każdym z nas pod wpływem świętych dni choć odrobinę, i nie na chwilę, Słowo stało się ciałem.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

SPRAWA NADAL TRWA

Wołyń

ROK 1943

Wszystko wolno?

GRANICE SZCZĘSNE I NIESZCZĘSNE

500 GRAMÓW ŻYCIA

LUDZIE SĄ HARDZI

Adwent

NIEDOCZEKANIE

Boże Narodzenie

TRZEJ KRÓLOWIE PATRZĄ W NIEBO

TRZY PRZYJŚCIA JEZUSA

PILI-PALA SPOTYKA MISIA

Kiedy się modlisz

GENEALOGIA JEZUSA CHRYSTUSA

Orientacje

TERAZ POLSKA!

PÓŁKA Z KSIĄŻKAMI

Felietony

RADOSĆ JEŹDZI TACZKĄ

NATURA UCZY NAS POKORY

JESTEM SFRUSTROWANYM TEOLOGIEM

IDĘ SPAĆ

Pytania w drodze

"ZŁO DOBREM ZWYCIĘŻAJ"

Dominikanie na niedziele

PRAWDZIWY CHLEB

WSZYSTKO W PORZĄDKU?

REŻYSER

GDZIE JEST JEZUS?

MĘCZEŃSTWO MIŁOŚCI

Rozmowa w drodze

SPRAWA NADAL TRWA

•••

Na Wołyniu przez długi czas nie było konfliktów na tle narodowościowym. Ludzie mówili o sobie: "my tutejsi". To była ich narodowość. Kiedy zaczęła się wojna i przyszli Sowieci, nastąpiło wywrócenie stosunków społecznych.

Z KRZESIMIREM DĘBSKIM, muzykiem, kompozytorem, autorem książki Nic nie jest w porządku. Wołyń - moja rodzinna historia, rozmawia Marcin Gutowski

Marcin Gutowski: Dlaczego nic nie jest w porządku?

Krzesimir Bębski: Bo informowanie o rzezi wołyńskiej dopiero po tylu latach jest nie w porządku. Nie w porządku jest to, co Ukraińcy wiedzą o tym wydarzeniu, co się pisze w ich podręcznikach. To, że do dziś nie została rozpowszechniona wiedza o tym, kto organizował te mordy. To, że na Ukrainie gloryfikuje się zbrodniarzy, oraz to, że nikt nie czyta ich pism. To, że bije z nich żenujący poziom intelektualny, nacjonalistyczny czad i zwyczajnie małość – taką opinię sformułował zresztą ukraiński historyk, profesor Bohdan Osadczuk, który w czasie wojny był na stypendium w Berlinie, bo Ukraińcy współpracowali wtedy z Niemcami. To też jest nie w porządku.

Coś jeszcze?

Tak. Nie w porządku jest też nasz stosunek do tych Ukraińców, którzy ratowali Polaków, i brak jakiejś formy nagrodzenia ich za te heroiczne czyny. I setki innych rzeczy, jak na przykład to, że w czasach, gdy u nas nie można było głośno mówić o tych zbrodniach, upowscy ideologowie umiejscowili się w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, gdzie pisali i rozpowszechniali swoją wersję historii, fałszując ją na potęgę. Nie w porządku jest to, że nikt dziś nie mówi o tym, że Ukraińcy niejako na własne życzenie nie mieli swojego państwa po pierwszej wojnie światowej, bo chcieli je budować na idei skrajnego nacjonalizmu i nienawiści wobec obcych.

Tylko po co dziś o tym przypominać? Po co wyrywać ludzi ze strefy komfortu i mówić, że coś jest nie w porządku? Mało mamy aktualnych problemów?

Jednym z nich jest gwałtownie odradzający się nacjonalizm. Podczas gdy nasi politycy przemawiali na kijowskim Majdanie, za ich plecami ze sztandarami koloru zaschniętej krwi stali postbanderowcy, którzy narzucili całemu narodowi swój ceremoniał. Można powiedzieć, że nie są oni dominującą siłą polityczną w kraju, ale przy okazji filmu Wołyń okazało się, że podstawowe fakty historyczne potrafią negować także prezydent i premier Ukrainy. Każde tamtejsze dziecko od pacholęcia się uczy, że Stepan Bandera to bohater – wpaja się mu nacjonalistyczną ideologię.

Stąd potrzeba napisania książki?

Między innymi. Mam nadzieję, że będzie przetłumaczona. Trzeba odkłamywać historię, docierać do tych ludzi. Kiedy spotykam czołowych ukraińskich artystów i intelektualistów, to się okazuje, że nie znają prawdy, a co gorsza, gdy wypiją, śpiewają upowskie piosenki o tym, że krew będzie chlupać im w cholewach. Chodzi o polską krew, ale oni nie widzą w tym nic zdrożnego, mówią, że to pieśni ich bohaterów.

To zewnętrzne czynniki, które skłoniły pana do napisania książki. A jakie były te wewnętrzne?

To, że nie wiem, gdzie są pochowani moi dziadkowie, choć wiem, że w Kisielinie, skąd pochodzili, wiedzą.

Wierci w środku? Doskwiera? A może sprawa jest już oswojona?

Dawno oswojona.

Takie wrażenie odniosłem, gdy do pana dzwoniłem. „Chcę roz- mawiać o Wołyniu” – powiedziałem. „Gdzieś pana wcisnę” – usłyszałem w odpowiedzi od człowieka oderwanego od codziennych spraw, który rozmowę o zbrodni wciska po- między inne obowiązki.

Ojciec umarł, więc musiałem przejąć pałeczkę w opowiadaniu o tym, co się stało. Poza tym dostrzegam wiele braków w opracowaniach historycznych. Odnajdywane są kolejne źródła. Pojawiają się też nowe możliwości techniczne. IPN prowadzi ekshumacje i na podstawie danych DNA wielu osobom udało się ustalić miejsca pochówku bliskich. Do mnie też się zgłoszono. Będą szukać.

Zaczęło wiercić na nowo?

Wierci, bo może jednak chciałbym mieć grób dziadków. Rodzina mieszkała w wielu miastach i nigdzie nie mieliśmy mogił bliskich, które moglibyśmy odwiedzać. Zapalaliśmy świeczki na grobach żołnierzy niemieckich z pierwszej wojny światowej. Ludzie wyzywali nas od Niemców.

Od kiedy wierci?

Od zawsze, bo zawsze o tym słyszałem. Mój ojciec został ranny, gdy wraz z matką i innymi Polakami bronili się w kościele w Kisielinie. Nie miał nogi. Nigdy nie nosił mnie na barana. Nigdy nie zatańczył z mamą. Pod koniec życia zaczęły do niego docierać informacje o tym, że tu i ówdzie rada miasta chce uchwalić nadanie ulicom imienia Bandery. To jest wkurzające – nie w porządku. Właśnie dlatego mówię o Wołyniu. Jadę teraz znów na koncerty do Lwowa i będę tam gadał z ludźmi. Oni niczego nie wiedzą. Uświadomienie ich jest ważne dla nich samych, żeby mogli się rozliczyć z własną przeszłością. Przykład Kisielina: przecież na wsi ludzie wiedzą, kto komu ukradł kurę, a tam rzekomo nikt nie wie, kto dokonał mordu na tak olbrzymią skalę. Choć porachunki trwają po dzień dzisiejszy. Zdarza się, że nawet wnukowie, pijąc razem wódkę, wyzywają się, wypominają przeszłość. Kłócą się o podział łupów z czasów UPA i o to, kto na kogo donosił w czasach sowieckich. Dochodzi do bójek. Jedna była krwawa, gdy zaczęli zarzucać swoim babkom złe prowadzenie się w oddziałach UPA. Innym razem ktoś spadł z wieży kościelnej – tego zniszczonego kościoła, w którym doszło do walk – bo po pijaku chciał strącić krzyż. Oni mają z tym problem.

Jest pan dobrze zorientowany w tym, co się dzieje w tej miejscowości.

Bywam tam. Rozmawiam z ludźmi, choć nie zapraszają mnie do swoich domów. Kiedy oni, choćby znajomi rodziców ze szkoły, przyjeżdżali do Polski, zawsze ich gościliśmy. Nocowali u nas wiele razy. Sami jednak nie zapraszają nawet na herbatę. Być może mają w domach rzeczy po moich dziadkach. Powtórzę: oni mają wciąż ze sobą wielki problem.

A jaki był Kisielin przed rzezią?

To było całkiem dobrze zorganizowane miasteczko: półtora tysiąca mieszkańców – w większości Ukraińców, kilkanaście procent Polaków i mniej więcej tyle samo Żydów. Do tego Karaimi i Niemcy, Gruzini, Łotysze i Cyganie. W gminie były także dwie czeskie wioski. Dwadzieścia trzy sklepy, fabryczka maszyn rolniczych, apteka, straż pożarna, trzy świątynie i tyleż samo restauracji. Teraz nie ma nic. Sami starzy mieszkańcy, których tam spotykam, mówią, że to były cudowne czasy z jarmarkami, potańcówkami.

I z Polakami tak dobrze żyli?

Oczywiście. Przykład: mój dziadek miał dość duże gospodarstwo, a w nim studnię. Obok zaś mieszkała rodzina Biliczuków, która studni nie miała, bo nie chciało im się wykopać. Przez dwadzieścia lat przychodzili ze zwierzętami po wodę. Nikt nie robił im przeszkód, bo to przecież byli sąsiedzi. Wiele rodzin tak żyło. Były mieszane małżeństwa.

Pana zamordowana babcia była Ukrainką.

Zgadza się. Ludzie wtedy razem obchodzili święta katolickie i prawosławne. Na Boże Narodzenie przekazywali sobie choinki. Zapraszali się nawzajem. W towarzystwie sportowym działali Żyd, Niemiec i ukraiński syn popa. Pierwszy samochód kupili Żyd, Czech i Ukrainiec – na spółkę. Na Wołyniu przez długi czas nie było konfliktów na tle narodowościowym. Ludzie mówili o sobie: „my tutejsi”. To była ich narodowość.

Skoro było tak zgodnie, to co się stało?

Kiedy zaczęła się wojna i przyszli Sowieci, nastąpiło wywrócenie stosunków społecznych. Władzę przejęła ukraińska i żydowska biedota, a Polacy stali się pariasami. Zaczęły się wywłaszczania, kontrybucje, prześladowania i wywózki. Mój dziadek nie został zesłany, bo był lekarzem i przepłukał uszy sowieckiemu komendantowi, który myślał, że ogłuchł. Dzięki temu był przekonany o przydatności medyka. Niemniej sowiecka propaganda ogłaszała koniec „pańskiej Polszy”. Polaków opluwano i wyszydzano. W wielogodzinnych obowiązkowych szkoleniach politycznych przekonywano, jaki wspaniały jest Związek Radziecki, a jaka zła była Polska. Do tego nastąpiła straszliwa bieda. Przez całą sowiecką okupację do sklepów nie trafiało nic poza naftą, zapałkami i „Prawdą” – moskiewską gazetą. Czasem „zasłużonym” trafiały się jakieś talony, ale to tylko wzmagało podziały i frustracje wśród ludzi. Jak wynika ze wspomnień, bardziej niż głód dokuczała jednak atmosfera donosicielstwa i strachu. Potem przyszli Niemcy, których ukraińscy nacjonaliści witali z otwartymi ramionami. To oni przejęli doraźną kontrolę nad terytorium, m.in. wstępując do szkolonej przez Niemców policji. Stamtąd właśnie się wywodziła znaczna część partyzantów UPA. Kiedy Niemcy zbliżali się do Moskwy, na Wołyniu pojawili się agitatorzy z Galicji, przekonujący, że zwycięstwo Hitlera jest bliskie i trzeba się angażować, bo – po „oczyszczeniu” terytorium z obcych – może powstać ukraińskie państwo. Ich nawoływania padły na podatny grunt, tym bardziej że była bieda i Ukraińcy tym chętniej zabierali Polakom żywność, uprawy, pola i inwentarz. Obudziły się też mordercze instynkty.

Ci, którzy próbują usprawiedliwiać ukraińskich nacjonalistów, mówią, że przecież była wojna.

Te instynkty drzemały już od dawna, od pierwszej wojny światowej. Na Wołyniu wojna pozycyjna trwała półtora roku, a potem szczególnie przemarsze bolszewików spowodowały anarchizację i spowszednienie zbrodni. Niemcy podsycali je. Najpierw zaczęto mordować Żydów. Nie wywożono ich, bo brakowało dróg. W Kisielinie powstało getto. Dwóch niemieckich żandarmów piło bimber we młynie, a Ukraińcy to getto likwidowali. Mordowali w straszliwy sposób. Tak nabrali doświadczenia. Później uciekli do lasu, zaczęły powstawać bandy – jednostki UPA.

I zaczęły się mordy na Polakach.

Te zorganizowane, bo incydenty zdarzały się już wcześniej. Apogeum nastąpiło 11 lipca 1943 roku, gdy zaatakowano jednocześnie ponad sto miejscowości. Szturmowano kościoły. Tak było też w Kisielinie.

Jak ten dzień wyglądał z perspektywy pana rodziców?

Ludzie wyszli ze świątyni i większość została zamordowana. Nie wierzyli, że może im się stać krzywda. Niektórzy mówili, że zabiją tylko księdza. Grupa młodych ludzi zamknęła się i zaczęła bronić plebanii. Polegało to głównie na tym, że odrzucali granaty. Upowcy nie umieli dobrze walczyć i rzucali je za wcześnie. Nie poradzili sobie też z grubymi dębowymi drzwiami, które wytrzymały rąbanie siekierą i podpalanie. Zresztą mój ojciec wymyślił, żeby gasić je zebranym przez kobiety moczem. Po remoncie na poddaszu zostało trochę cegieł, które wraz z maszyną do szycia zrzucano na tych, którzy próbowali wejść po drabinach do okien. Przez cały dzień udało się obronić, aż zaczął padać deszcz i napastnicy odeszli. Być może uznali, że nie warto się męczyć dla niewielkiej grupki. Wymordowali wystarczająco wielu i zrabowali, ile chcieli. Najpewniej poszli do kolejnej wsi. Oni mieli rejonizację. Z zasady nie mordowali swoich, ale wymieniali się – zabijali sobie Polaków nawzajem.

W jaki sposób pana ojciec został ranny?

Odrzucał granat. Ukraińcy się zorientowali, że trzeba trochę odczekać. On myślał, że odrzuci tak, jak poprzednie, ale tym razem wybuchł mu w ręce. Stracił nogę i płuco. Miał osiem odłamków w ciele. Mama go opatrywała. Wieczorem spuścili go na prześcieradłach i wyszli z plebanii. Uratowali ich Ukraińcy, rodzina Parfeniuków. Przewieźli nieprzytomnego ojca przez upowskie posterunki, przekonując, że jest jednym z bandytów. Dojechali do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie ojciec był operowany. Amputowano mu nogę bez znieczulenia.

A dziadkowie?

Początkowo ukryli się u znajomych Ukraińców, a później wrócili, bo wciąż nie wierzyli, że stanie się im krzywda. Babcia Anisja była Ukrainką, a dziadek Leopold był tak lubiany i ceniony, że nie wyobrażali sobie, by ktoś chciał ich zabić. Przecież on leczył za darmo, odbierał tym ludziom porody. Byli przekonani, że to jakaś obca banda, a sąsiedzi przekonywali, że nic im się nie stanie. Kłamali.

Skąd ta pewność?

Niedługo później dziadkowie zostali porwani i zamordowani. Wszyscy Ukraińcy wiedzieli, co się dzieje. W tę straszliwą niedzielę 11 lipca w niektórych cerkwiach odwołano nawet nabożeństwa. Tego dnia rano moja mama z siostrą lepiły pierogi. Przyszła do nich stara Ukrainka, która zwykle przychodziła „po prośbie”. Gdy dostała jedzenie, usiadła i przysłuchiwała się, jak dziewczyny śpiewają przy pracy. W końcu zapytała, co im tak wesoło i zapewniła, że już niebawem nie będą miały się z czego cieszyć.

Czy rodzice szukali w kolejnych latach śladów po pana dziadkach?

Rozpytywali, zapraszali do Polski potomków mieszkańców z Kisielina, jeździli tam. Wielokrotnie ich i mnie zwodzono i wyłudzano od nas pieniądze, obiecując wskazanie miejsca pochówku. Do dziś jednak nie udało się go odnaleźć. Kilka lat temu dowiedzieliśmy się jednak, kto jest mordercą. Aktualne porachunki sprawiły, że rodzice zamordowanego niedawno policjanta wyjawili nam, że zabił człowiek, który podawał się za przyjaciela mojego ojca, szkolny kolega. Właśnie ten, który zwodził i obiecywał pomoc przy odnalezieniu miejsca pochówku dziadków. Co ciekawe, moja mama przez wiele miesięcy opiekowała się jego wnuczką, gdy ta przechodziła w Polsce leczenie po wypadku samochodowym.

Co pan czuje, gdy pan o tym mówi?

On zaraz potem umarł.

Nie pytam o fakty, tylko o uczucia.

To są bardzo nieskomplikowani ludzie, nie ma tam z kim rozmawiać. O czym? O winie? Karze?

Interesują mnie pana uczucia.

Widziałem twarz tego człowieka. Mógłby coś powiedzieć, bo przecież wielu rzeczy nie wiemy, ale nie chciał.

Ucieka pan, więc zapytam po raz czwarty: Co pan czuje? Smutek? Gniew? Wstręt?

Kiedy patrzę na twarz tego człowieka, a jest ona zarejestrowana na filmie, to czuję wstręt. Co gorsza, ten człowiek fałszował historię. W gazetach były wywiady z nim jako bohaterem UPA. Opowiadał, jak pięknie walczył o wolną Ukrainę, i wspominał, jak Polak Jerzy Krzywy biegał po Kisielinie z nożem i zabijał Ukraińców. Nikt o takim nazwisku tam nie mieszkał, a ten Polak to mój niepełnosprawny od urodzenia stryj, na którego wołano „Krzywy”, bo miał ogromne kłopoty z chodzeniem. Jeśli ktoś opowiada o nim takie rzeczy, to trudno z tym kimś dyskutować o czymkolwiek.

Czy to dotyczy tylko tego człowieka? Co pan myśli o Ukraińcach?

Normalni ludzie. Większość z nich niczego złego nie zrobiła. Choć czasem, kiedy niespodziewanie usłyszę ich język, wzdrygam się. Niestety. Zbrodni dopuścili się nieliczni, ale ponieważ ich potomkowie zaczynają wielbić zbrodniarzy, zdarza mi się nie zapanować nad gniewem.

Nie obawia się pan, że wpadnie w pułapkę opowiadania o złych do cna Ukraińcach i niewinnych, heroicznie miłosiernych Polakach? Przecież rzeczywistość bywa taka bardzo rzadko.

Byli Ukraińcy, którzy dużo pomagali zarówno Polakom, jak i Żydom. Były też przypadki zemsty ze strony Polaków, czasem brutalne, gdy oszalali ludzie, którzy widzieli rozszarpane dzieci, mordowali Ukraińców w ramach akcji odwetowych. Trudno jednak mówić o symetrii tych działań.

A co pan myśli, kiedy słyszy, że w AK też zdarzały się zbrodnie?

Możliwe. Podobno dwa lata w lesie zmieniają człowieka bezpowrotnie. W AK nie było jednak nigdy politycznego planu wymordowania Ukraińców czy Żydów.

Niektórzy traktują rzeź wołyńską jak incydent czasów wojny, działanie, owszem, bestialskie, ale raczej przypominające zryw rozgorzałej tłuszczy.

Właśnie tak to przedstawiają Ukraińcy. Niech poczytają archiwa i raporty, przedstawią wiarygodnych świadków, którzy odpowiedzą na zeznania Polaków.

Czy opowiada pan o tym dla siebie? Czy to próba oczyszczenia? Zrzucenia ciężaru? Rozliczenia przeszłości? Przebaczenia? A może przestroga dla innych?

Na pewno przestroga. Wystarczy spojrzeć, jak dziś, także w Polsce, ludzie głupieją pod wpływem nacjonalistycznych porywów.

Jest się czego bać?

Myślę, że tak. Jest coraz więcej chorych z nienawiści ludzi, którzy wierzą, że nacjonalizm jest receptą na cokolwiek.

Ukraińscy nacjonaliści walczą z Rosją Putina i chcą do Europy.

Próbują z trudem budować praworządny kraj. Szkoda, że reformy idą im bardzo powoli, a kult Bandery rozprzestrzenia się błyskawicznie. Powstało już kilkadziesiąt pomników.

Czy w związku z tym jest przestrzeń do dialogu, poszukiwania pojednania?

To dobre pytanie. Wyobraża sobie pan, żebyśmy zaprzeczali, że Wrocław wydał kilkunastu niemieckich noblistów? Tymczasem na Ukrainie utrzymuje się, że Lwów był zawsze ich miastem, a setki lat polskiej okupacji wyłącznie go rujnowały.

Formułuje pan kolejne zarzuty wobec Ukraińców, a ja pytam o próbę znalezienia konstruktywnego rozwiązania.

Sam się zastanawiam. Jadę teraz do Lwowa, w którym zaczyna się zawłaszczać Paderewskiego jako Ukraińca. Ignacy Łukasiewicz też był według nacjonalistów Ukraińcem. Właściwie ja też powinienem być, bo mój ojciec urodził się we Lwowie. Tylko kiedy napisałem „Dumkę na dwa serca”, oskarżyli mnie o plagiat, bo dumki mogą pisać tylko Ukraińcy. Jerzy Kulczycki, który jako jeden z pierwszych parzył kawę w Wiedniu, też ponoć był Ukraińcem. Można odnieść wrażenie, że to Kozacy odnieśli triumf w bitwie pod Wiedniem. O Janie III Sobieskim nie pamiętają. To jakaś niepojęta ciasnota intelektualna.

Czy to znaczy, że nie ma z kim ani o czym rozmawiać?

Trzeba próbować.

Jak?

Nie chcę przemawiać jak starszy brat czy nauczyciel, ale chyba pozostaje nieść kaganek oświaty. Nie ma innej drogi.

Skoro tyle mówimy o Ukrainie, niech pan powie na koniec, skąd pan jest duchem? Gdzie jest pana matecznik? Czy Ukraina to piekielna kraina z rodzinnych opowieści, czy utracony dom, za którym się tęskni?

Moi rodzice po ucieczce z Wołynia byli na Lubelszczyźnie, później w Gorzowskiem – w kilku miejscowościach. Potem trafili do Wałbrzycha, gdzie się urodziłem. Następnie mieszkaliśmy w Kielcach i Lublinie. Studiowałem w Poznaniu, a teraz żyję pod Warszawą. Nigdzie nie czuję się jak u siebie. Niby wszędzie uważają mnie za swojego, ale ja – na dobrą sprawę – jestem wszędzie, ale jakbym nie był nigdzie. Tak jest z rodzinami uchodźców.

Może tam w Kisielinie są pana korzenie? Czy nie chce pan słyszeć o tym miejscu w takim kontekście?

Dlaczego nie? Padł nawet pomysł, by zakonserwować ruiny kościoła, okryć je szkłem, zbudować salę koncertową i ośrodek pojednania polsko-ukraińskiego. Na wzór polsko-niemieckiego w Krzyżowej na Dolnym Śląsku. A osobiście może nawet chciałbym zamieszkać tam na emeryturze. Jest tam piękna przyroda, spokój.

Mimo całego strasznego bagażu, jakie niesie to miejsce?

Tak, tli się we mnie taka myśl. 

Krzesimir Dębski – ur. 1953, muzyk, kompozytor, skrzypek jazzowy,dyrygent, autor muzyki do wielu filmów, w październiku ukazała się jego książka "Nic nie jest w porządku. Wołyń - moja rodzinna historia" (Czerwone i Czarne).

Marcin Gutowski – ur. 1983, absolwent Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od 2006 roku reporter związany z Programem III Polskiego Radia. Prowadzi autorski program "Przyciasny beret". W 2015 roku wydał zbiór kilkuset rozmów i reportaży "Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny". Jest żonaty, ma dwie córki. Mieszka pod Warszawą.

Wołyń

ROK 1943

•••

Czy naprawdę nie można było uniknąć krwawego polsko-ukraińskiego konfliktu o Wołyń i Galicję Wschodnią? Co należy zrobić, by pamięć o tragicznej przeszłości nie niszczyła nas tu i teraz?

Aleksandra Hnatiuk

FOT. TOMAS BANKAUSKAS/UNSPLASH.COM

Eksterminacji ludności polskiej na Wołyniu poświęcono w ostatnich miesiącach setki publikacji, ukazało się kilkanaście książek, na ekrany wszedł film Wojciecha Smarzowskiego. Co jeszcze można powiedzieć na ten temat w krótkim z konieczności tekście? W jaki sposób skłonić czytelnika do głębszej refleksji? Apelowali o to przed laty prymas Józef Glemp, papież Jan Paweł II, arcybiskup Józef Michalik w odpowiedzi na gesty pojednania kardynała Myrosława Lubacziwskiego, metropolity Lubomyra Huzara i metropolity Światosława Szewczuka. Coraz częściej jednak mamy do czynienia z tabloidyzacją, a niekiedy wręcz z żerowaniem na tragedii, do której doszło przed ponad 70 laty. Skoro nawet głos największych autorytetów czy wybitnych osobistości nie dotarł do tych, do których powinien dotrzeć, to cóż po moich słowach?

W takich chwilach zwątpienia myślę o tych, którym przyszło działać w czasach znacznie trudniejszych, kiedy się wydawało, że nie ma już nadziei. I rozumiem, że milczenie nie jest właściwą odpowiedzią na wyzwanie, przed jakim się znaleźliśmy. Tym bardziej że właśnie przemilczanie zbrodni wołyńskiej jest najczęściej pojawiającym się zarzutem pod adresem rzeczników pojednania polsko-ukraińskiego, do których zaliczam także siebie.

Przemilczana zbrodnia?

Wbrew twierdzeniom autorów i uczestników niezliczonych dyskusji zbrodnia, do której doszło na Wołyniu w 1943 roku, nie była przemilczana. Mówili o niej i pisali przedstawiciele elity politycznej, hierarchowie kościelni, intelektualiści. Pisali i wypowiadali się publicznie historycy. Gdy tylko zniknęły ograniczenia cenzuralne, rozpoczęły się badania naukowe, najpierw w Polsce, a w drugiej połowie lat 90. także na Ukrainie. W tym samym czasie zapoczątkowano polsko-ukraiński dialog historyków. W ramach wspólnego seminarium wydano jedenaście tomów prac, a współpraca IPN i kierownictwa archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) zaowocowała publikacją dziewięciu tomów źródeł. Podjęto też działania, które miały trafić do szerszego odbiorcy. Publikowano teksty analityczne i wspomnieniowe, w szczególności w „Gazecie Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”, powstały filmy dokumentalne, audycje radiowe. IPN zainicjował wystawy, wydanie materiałów edukacyjnych, uruchomił też specjalny portal. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza losy Polaków na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej stały się głównym przedmiotem badań historyków zajmujących się okresem II wojny światowej.

W Polsce wiedza na ten temat stała się powszechna, o czym świadczą dane CBOS, zgodnie z którymi w 2013 roku 69 procent ankietowanych uważało, że wie o wydarzeniach na Wołyniu w 1943 roku. Jakość tej wiedzy pozostawiała – i nadal pozostawia – wiele do życzenia, czemu poświęcę uwagę w drugiej części tego tekstu. Najpierw jednak przedstawię porównanie wyników badań w Polsce i na Ukrainie dotyczących Wołynia 1943.

Ostatnie znane mi badanie ukraińskie przeprowadzono w 2003 roku. Porównanie z badaniem polskim z tego samego okresu pokazuje, że wiedza Ukraińców na temat istoty wydarzeń wołyńskich była mniejsza niż Polaków. Także znacznie więcej osób niż w Polsce w ogóle o tym nie słyszało. Charakterystyczne też było zróżnicowanie regionalne – w zachodnich regionach Ukrainy zdecydowana większość słyszała o wydarzeniach na Wołyniu 1943 roku. Jednak im dalej na wschód, tym mniej respondentów potrafiło udzielić odpowiedzi. W ciągu ostatnich kilkunastu lat i w Polsce, i na Ukrainie sytuacja uległa poprawie, po części wskutek działań politycznych, w szczególności upamiętnienia ofiar. Zarazem jednak pamięć o zbrodni stała się przedmiotem manipulacji politycznej, czego przykładem było forsowanie przez część ukraińskich deputowanych latem 2013 roku w Sejmie RP deklaracji, uznającej zbrodnię wołyńską za ludobójstwo (wyobraźmy sobie, że przedstawiciele partii, będącej większością w polskim Sejmie, udają się do Bundestagu i proponują przyjęcie uchwały o uznaniu wypędzenia Niemców za czystkę etniczną).

Po wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy (2014 rok) zmasowana rosyjska propaganda wykorzystała pamięć o Wołyniu do strategicznego celu, jakim jest dyskredytacja ukraińskiego państwa, któremu przypisuje się dziedzictwo faszystowskie. W jednej z takich propagandowych akcji w lipcu 2015 roku w donieckiej samozwańczej republice wziął udział były poseł na Sejm i rzecznik Samoobrony Mateusz Piskorski (aresztowany w maju tego roku przez ABW). Informacyjna wojna Rosji przeciwko Ukrainie jest ważnym kontekstem tego, jak Ukraińcy postrzegają uchwałę Sejmu RP z dnia 22 lipca 2016 roku, uznającą zbrodnie popełnione na Wołyniu za ludobójstwo.

Mity i przeinaczenia

O ile jestem przekonana, że w ciągu ostatnich lat Polacy i Ukraińcy mieli wiele możliwości, by wzbogacić wiedzę o tym, co się wydarzyło na Wołyniu w 1943 roku, o tyle mam wątpliwości co do jakości tej wiedzy. To oczywiste, że nie każdy, kto sięga po publikacje dotyczące wydarzeń II wojny światowej, ma głęboką znajomość historii. To naturalne, że „gorący temat” wzbudza zainteresowanie i że czytelnik / widz / słuchacz pragnie wyrobić sobie opinię. Nie sposób oczekiwać, by wertował dziesiątki książek czy artykułów. Sięga zatem po to, co podsuwają media. I jak ktoś, kto się porusza po słabo znanym terenie, łatwo wpada w pułapkę zastawioną przez nierzetelnych badaczy i popularyzujących ich oceny niekompetentnych dziennikarzy. Nie twierdzę, że takie publikacje czy audycje przeważają, ale jest ich na tyle dużo, że nie pozostają bez wpływu na opinię publiczną.

Nie jest to polska specyfika, co najmniej w równej mierze dotyczy to ukraińskiej przestrzeni medialnej, ale to słabe pocieszenie. Jak i to, że z podobnymi zjawiskami styka się cały zachodni świat.

Jakby tego nie było dość, polska i ukraińska wersja wydarzeń różnią się na tyle, że można odnieść wrażenie, że mowa o innych rzeczywistościach. Dotyczy to przyczyn i przebiegu wydarzeń, szacunku liczby ofiar, motywacji sprawców.

Nacjonalizm czy święty gniew?

Większość polskich autorów nie ma wątpliwości: przyczyną był nacjonalizm ukraiński, ideologia, której wyznawcy doprowadzili do unicestwienia dziesiątków tysięcy istnień ludzkich. Spora część ukraińskich autorów upatruje natomiast przyczyn nie w ideologii Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), którą wcielano w życie w trakcie wojny, lecz w przedwojennej polskiej polityce narodowościowej: dyskryminacji i poniżeniu, którego doświadczali Ukraińcy. Interpretacja wydarzeń, ujęta w ramy buntu chłopskiego, żakerii, walki o ziemię czy wojny religijnej, idealnie się wpisuje w ramy XIX-wiecznego obrazu odziedziczonego po przodkach. Wystarczy go lekko odkurzyć, odświeżyć i pasuje jak ulał do współczesnych potrzeb.

Romantyczną wizję Ukrainy, przeobrażającej się z kraju mlekiem i miodem płynącego w infernum, utrwalił Henryk Sienkiewicz. Brakuje jednak refleksji, skąd się wzięło to piekło na ziemi; zbyt powszechnie wyjaśnia się to „typowym wschodnim barbarzyństwem”, co z kolei powoduje oskarżenia o „polski kolonializm”. I pytanie o to, jak to się stało, że miliony Ukraińców poległych w trakcie wyzwalania Polski, dziesiątki tysięcy służących w Wojsku Polskim w trakcie wojny nie zasługują na pamięć i wdzięczność? Brakuje też autorefleksji: skąd ta megalomania i paternalizm, gdy chodzi o Ukraińców? Skąd pragnienie, by dowieść, że byli oni gorsi od hitlerowców i Sowietów razem wziętych? Przytoczę tu fragment przedmowy do fundamentalnego wydania Władysława i Ewy Siemaszków Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945 z 2000 roku: „Ludobójstwo ukraińskie na Polakach w okresie II wojny światowej pod względem swej bezwzględności i barbarzyństwa [...] znacznie »przewyższa« ludobójstwo niemieckie i sowieckie”.

Podobnie jak polskie, tak też ukraińskie romantyczne wzorce literackie odcisnęły piętno na współczesnym postrzeganiu relacji polsko-ukraińskich. Romantycy, zwłaszcza Taras Szewczenko i Mikołaj Gogol, jak też dziewiętnastowieczni budziciele narodu, stworzyli topos ludu-mściciela, ogarniętego sprawiedliwym gniewem i szukającego zemsty za potworne krzywdy (by przywołać budzący grozę okrzyk z Hajdamaków Szewczenki: „Kary Lacham, kary!”). W ich dziełach bunt jest usprawiedliwiony bezprawiem, którego doświadczył ciemiężony lud. I nie pada pytanie o to, jakim to prawem kieruje się Bulba, zabijając swego syna. Topos – wydaje się – pomaga ogarnąć chaos. To nie infernum, lecz dzień gniewu, dies irae.

Równie trwały okazał się inny obraz literacki z Hajdamaków Szewczenki, a mianowicie święcenie noży. Polscy autorzy wspomnień nader często wykorzystują ten motyw literacki, będąc w pełni przekonani, że istotnie miało to miejsce. Badania historyków nie potwierdzają jednak takich przypadków. Użycie tego motywu ma na celu skompromitowanie ukraińskiego duchowieństwa. Paradoksem jest, że główną winę przypisuje się duchownym greckokatolickim, których na Wołyniu praktycznie nie było. Przed wojną liczba grekokatolików mieszkających na tych ziemiach wynosiła zaledwie 11 tysięcy osób (w trakcie wojny większość z nich uciekła na teren Generalnej Guberni). Przekonanie o tym, że duchowni greckokatoliccy, na czele z metropolitą Andrejem Szeptyckim, rzekomo czynnie popierali nacjonalistów, jest tworem sowieckiej propagandy, której początek można datować bardzo precyzyjnie na 8 kwietnia 1945 roku, kiedy to w gazecie „Wolna Ukraina” ukazał się pamflet Wołodymyra Rosowycza (pseudonim komunistycznego publicysty Jarosława Hałana) Z krzyżem czy z nożem.

Niecały rok później Kościół greckokatolicki zdelegalizowano, wszystkich biskupów aresztowano, a opierających się księży zesłano na Sybir. Od tamtej pory przez ponad czterdzieści lat propaganda komunistyczna powielała kliszę: kler greckokatolicki to hitlerowscy kolaboranci i wspólnicy nacjonalistów. Ani dla propagandy komunistycznej, ani dla autorów powielających te klisze nie miało najmniejszego znaczenia, że metropolita Szeptycki jeszcze w listopadzie 1942 roku skierował list pasterski do swoich wiernych, wzywający do przestrzegania szóstego przykazania „Nie zabijaj!”, że słał listy do papieża Piusa XII, informujące o zagładzie Żydów.

Utrwalone przez dziesięciolecia XIX-wieczne literackie obrazy mają ogromny wpływ na wyobraźnię współczesnych. Bardzo niewielu historyków i publicystów analizujących przyczyny wydarzeń na Wołyniu zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo mówią Sienkiewiczem, Szewczenką czy Gogolem i jakie to pociąga za sobą skutki. Receptą na budzenie powszechnej grozy do dziś pozostał obraz święcenia noży. Ta część ukraińskich historyków i publicystów, która skłonna jest wyjaśniać przyczyny eksterminacji ludności polskiej na Wołyniu gniewem ludu i pragnieniem zemsty za wieloletnie upokorzenia, nie dopuszcza do siebie, że w myśl takiej fałszywej interpretacji wina spoczywa na wszystkich ówczesnych ukraińskich mieszkańcach Wołynia, a nie jedynie na tych, którzy rzeczywiście byli uczestnikami zbrodni. Co więcej, winę tę rozciąga na obywateli całego kraju, czy to mieszkańców Zakarpacia, czy to Ukrainy Lewobrzeżnej, którzy do niedawna o wydarzeniach na Wołyniu nie mieli bladego pojęcia. Przykładem tego jest wersja wydarzeń, jaką przedstawia przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz, twierdząc, że „UPA włączyło się do żywiołowego konfliktu między Polakami a Ukraińcami mniej więcej w kwietniu 1943 roku. Wtedy trwała już chłopska wojna, wieś szła na wieś…”.

Kolaboracja z okupantem

Powszechne jest przekonanie autorów polskich, że ukraińscy nacjonaliści ściśle współpracowali z okupantem niemieckim. Podstawą takiego myślenia są proklamowanie przez prawą rękę Stepana Bandery, Jarosława Stećkę, odnowionego państwa ukraińskiego we Lwowie 30 czerwca 1941 roku, działania niektórych członków Ukraińskiego Centralnego Komitetu, jak też ścisła współpraca wybranych działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów z administracją niemiecką na terenie Komisariatu Rzeszy Ukraina. Późniejsza zmiana frontu dokonana przez oba odłamy OUN1 dla takiego sądu nie ma znaczenia. Obraz ten przylgnął do nacjonalistycznego obozu na trwałe. Niektórzy ukraińscy autorzy odpowiadają pięknym za nadobne, posiłkując się argumentami używanymi w broszurach OUN jeszcze z okresu wojny: do eskalacji konfliktu doprowadziła postawa Polaków na Wołyniu podczas okupacji hitlerowskiej, którzy rzekomo masowo służyli w policji pomocniczej, szczególnie gorliwie wypełniając zbrodnicze niemieckie rozkazy, gdy chodziło o eksterminację ludności ukraińskiej. Eksponują oni przypadki współdziałania Polaków z radziecką partyzantką, jak też udział w podporządkowanych Berii Istriebitielnych batalionach2.Przywołam tu jeden, choć jakże znamienny przykład Edwarda Prusa, żołnierza Istriebitielnych batalionów, a w okresie PRL członka m.in. Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”, autora kilkunastu książek dyskredytujących nacjonalistów ukraińskich, metropolitę Szeptyckiego i usprawiedliwiających akcję „Wisła”, napisanych ściśle wedle sowieckiego wzorca.

Mimo że przypadki udziału Polaków w akcjach eksterminacyjnych istotnie się zdarzały, i to wcale nie tak rzadko, jak wolelibyśmy myśleć, to miały one miejsce przeważnie w latach 1944–1945, a więc po, a nie przed Wołyniem 1943. Publicyści ukraińscy, wyjaśniający w ten sposób przyczyny eksterminacji ludności polskiej na Wołyniu, mylą przyczyny ze skutkami.

Początek eksterminacji

Podobną logiką rządzi się stwierdzenie niektórych autorów ukraińskich, że przed Wołyniem była Chełmszczyzna, gdzie jeszcze w pierwszych latach okupacji rozpoczęło się planowe mordowanie ludności ukraińskiej. W tej interpretacji eksterminacja ludności polskiej na Wołyniu była jedynie zemstą za polskie zbrodnie na Chełmszczyźnie.

W rzeczywistości od początku 1942 roku Niemcy z pomocą granatowej policji przeprowadzali akcje pacyfikacyjne na obszarze Generalnej Guberni (Lubelskie) oraz Komisariatu Rzeszy (Wołyń). Dopiero w maju 1943 roku, a więc trzy miesiące po pierwszych akcjach eksterminacyjnych na ludności polskiej, na Lubelszczyźnie zaczęły się polskie akcje skierowane przeciwko Ukraińcom. Zgodnie z najnowszymi ustaleniami prof. Igora Hałagidy z gdańskiego IPN-u z rąk „nie-niemieckich” zginęło wówczas 740 osób, wcześniej zaś, tj. w latach 1941–1942, łącznie blisko 400 osób, w tym 70 „z rąk nie-niemieckich”. Niemniej jednak w broszurach OUN winą za obie zbrodnie obarczono polskie podziemie.

Powszechna wśród ukraińskich historyków wiara w taką wersję wydarzeń wynika według mnie z akcji eksterminacyjnych, prowadzonych w znacznie większej skali od 1944 roku (wg prof. Hałagidy zamordowano wówczas 3053 osoby).

Początek eksterminacji ludności polskiej miał miejsce w lutym 1943 roku w oddalonej od Chełmszczyzny i Zamojszczyzny prawie o 200 km wschodniej części Wołynia (powiat sarneński), gdzie wymordowano niemal wszystkich mieszkańców osady Parośle3. W Wielkanoc 1943 roku wymordowano ludność Janowej Doliny4. Do lata zginęło, wedle obliczeń Władysława i Ewy Siemaszków, około 9 tysięcy Polaków. Kulminacja nastąpiła 11 lipca 1943 roku, kiedy dokonano napaści – wedle obliczeń Siemaszków – na 99 miejscowości. Nawet jeśli – jak twierdzi część historyków ukraińskich – liczby te są zawyżone, nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z masową eksterminacją ludności cywilnej.

Szacunkowa ocena liczby ofiar, przeprowadzona na podstawie relacji osób, które ocalały z masakry (metoda przyjęta m.in. przez pp. Siemaszków), niewątpliwie obarczona jest ryzykiem błędu. Podobnie jak jedynie przybliżone liczby można uzyskać na podstawie analizy danych statystycznych.

Ostatni przedwojenny spis powszechny przeprowadzono w 1931 roku, a zatem nie znamy dokładnej liczby mieszkańców obszaru Wołynia w roku 1939. Lata 1939–1941 przyniosły spustoszenie wśród ludności Wołynia; masowe represje i deportacje na początku 1940 roku dotknęły co najmniej 50 tysięcy osób. Wywózki i eksterminacje stosowali nie tylko Sowieci, ale i hitlerowcy. Na Wołyniu należącym do Komisariatu Rzeszy Ukraina prowadzono wobec ludności cywilnej politykę szczególnie bezwzględną. Można w ogromnym przybliżeniu szacować, że z około 260 tysięcy Polaków zamieszkujących wsie przed wojną w 1942 roku pozostało nie więcej niż 200 tysięcy. Liczbę osób „repatriowanych” z Wołynia szacuje się na 130 tysięcy.

Większe przybliżenie można by uzyskać, gdyby precyzyjnie zanalizować dane sowieckie (transporty NKWD) oraz niemieckie. Weryfikacji danych opartych na relacjach oraz danych statystycznych dokonać można, przeprowadzając ekshumacje. Trudno jednak wyobrazić sobie ekshumacje na tak masową skalę, prowadzone poza obszarem własnego państwa. Prawdopodobnie więc dokładnej liczby Polaków zamordowanych w 1943 roku na Wołyniu nie poznamy. Ważne jednak, by zostali oni upamiętnieni z imienia i nazwiska, a tam, gdzie to możliwe, godnie pochowani.

Na zakończenie postawię dwa pytania bez odpowiedzi. Czy naprawdę nie można było uniknąć krwawego polsko-ukraińskiego konfliktu o Wołyń i Galicję Wschodnią? Co należy zrobić, by pamięć o tragicznej przeszłości nie niszczyła nas tu i teraz?

1   W 1940 roku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów podzieliła się na dwie zwalczające się frakcje, od nazwisk ich przywódców: Andrija Melnyka i Stepana Bandery nazywane odpowiednio melnykowcami (OUN-M) i banderowcami (OUN-B).

2  Oddziały NKWD przeprowadzające brutalne akcje na mieszkańcach zachodnich regionów Ukrainy.

3  Liczba ofiar szacowana jest w granicach od 149 do 173 zamordowanych Polaków.

4  Było to osiedle robotnicze przy kopalni bazaltu. W Wielki Piątek 23 kwietnia 1943 zamordowano tam ok. 600 polskich mieszkańców.

Aleksandra Hnatiuk – ukrainistka, profesor Instytutu Slawistyki PAN. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim i w Akademii Kijowsko-Mohylańskiej. Autorka m.in. "Pożegnania z imperium" (2003) oraz "Odwagi i strachu" (2015).