Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 198

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka W drodze 12/2015 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 12/2015 - Wydanie zbiorowe

Cytaty z ebooka W drodze 12/2015 - Wydanie zbiorowe

Podczas ostatniej wieczerzy Pan Jezus mówi do Judasza: „Co masz czynić, czyń prędzej”. To zdanie zawsze mnie zastanawiało. Dlaczego On go popędza? Kiedyś trafiłem na komentarz do tych słów, mówiący, że kiedy Judasz stanie na sądzie, a stanie jak każdy, Jezus jako sędzia zapyta go: Judaszu, doprowadziłeś do śmierci Syna Bożego. Dlaczego to zrobiłeś? Co powie Judasz? Bo mi kazałeś. I ten komentarz mówi, że Jezus w poganianiu Judasza bierze na siebie to, co Judasz zrobi. Wiedział, że on chce to zrobić, i go uprzedził, mówiąc: Ja ci mówię, żebyś to zrobił, bo wtedy będzie na Mnie. Tak dokonuje się esencja zbawienia. Czyli

Fragment ebooka W drodze 12/2015 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

w tytule grudniowego miesięcznika stawiamy pytanie o sens i kształt naszej wiary: Kim jest Ten, w którego wierzymy, Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek? Jak pokazują nasi autorzy, człowieczeństwo Jezusa bywa dla wielu, także chrześcijan, przeszkodą. Epizody z Ewangelii, gdzie okazuje On silne, a nawet mało atrakcyjne ludzkie emocje, mogą wytrącić z równowagi tych, którzy wolą się skupiać na Jego boskiej i duchowej naturze. Ale i ta ostatnia podawana jest nieraz w wątpliwość. Choć część tekstów Ewangelii skupia się na „niezwykłych czynach”, dokonywanych „z mocą”, to dla wielu wciąż lepiej byłoby ograniczyć się do uznawania Go jedynie za mądrego nauczyciela.

Jak więc szukać obrazu Boga, nie pomijając niewygodnych fragmentów Pisma? Jak nie tworzyć własnych projekcji Jego osoby? I w końcu, jak widzieć w Nim Pana i Zbawiciela życia? O tym piszemy w tym adwentowo-świątecznym numerze.

W imieniu całej redakcji dziękuję Wam – naszym Czytelnikom – za zaufanie, które nam okazujecie, bo grono odbiorców miesięcznika stale się powiększa. Cieszę się, że łączy nas wspólna lektura „W drodze”, nawet jeśli czytamy je nieco inaczej. My, odruchowo zauważając literówki i spierając się o teksty na okładce. Wy, wolni od zawodowego skrzywienia, skupiając się na tym, czy numer czyta się dobrze, czy źle. Cieszę się, że w ten zaskakujący sposób myślimy wzajemnie o sobie.

Życzę wszystkim odwagi i zaufania w przyjmowaniu tajemnicy Słowa, które stało się ciałem, by dzieląc się z najbliższymi wigilijnym opłatkiem, zrozumieć, że od momentu wcielenia człowieczeństwo każdego z nas jest mostem, po którym na zawsze już kroczy Bóg.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

CUDEM JEST TO, ŻE DOSZEDŁEM

DRESY I PAPIEŻ

Za kogo Mnie uważacie?

CZY JEZUS MIAŁ DŁUGIE WŁOSY

GDYBY CHRYSTUS BYŁ KOBIETĄ

NIKOGO NIE SKREŚLIŁ

NIE MYŚLĘ O NIM W CZASIE PRZESZŁYM

Uchodźcy w Europie

ICH PROBLEM STAŁ SIĘ NASZYM PROBLEMEM

Adwent

WSZYSTKIM RYŚKOM Z "KLANU"

A ŻŁÓBEK BĘDZIE?

Dominikanie znani i nieznani

STOS W MIEŚCIE KWIATÓW

Kiedy się modlisz

NIEZBĘDNIKI MODLITWY

Orientacje

DZIESIĘĆ NAJLEPSZYCH

A NUT NIE LUBIŁ

SPOWIEDŹ CZYTELNIKA

Felietony

WALIZKA Z PRZESZŁOŚCIĄ

POŻEGNANIE Z UPOJNĄ TWARZĄ

KAŁASZEM W WOLNOŚĆ

MROK SZKICOWANY ŚWIATŁEM

Z RONDLEM NA GŁOWIE

PO LEKU

Pytania w drodze

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY

Dominikanie na niedziele

EXIT

OKRZYK RADOŚCI

UKRYTE ŻYCIE

ZAWSTYDZENIE

A OJCIEC I MATKA SZUKALI GO

Rozmowa w drodze

CUDEM JEST TO, ŻE DOSZEDŁEM

•••

Człowiek postanawia przejść setki lub tysiące kilometrów, decydując się na znużenie, wyczerpanie, zwątpienie, upadki i wkroczenie w inną rzeczywistość bez racjonalnego powodu. To mnie urzekło podczas tej wyprawy.

Z podróżnikiem i przedsiębiorcą MARKIEM KAMIŃSKIM rozmawia Michał Chudoliński

FOT. CORBIS/PROFIMEDIA

Michał Chudoliński: W dobie internetu i masowej komunikacji zostawia pan wszystko i wyrusza na cztery miesiące w pieszą podróż przez Europę. To rodzaj jakiegoś manifestu?

Marek Kamiński: To nie była zwykła podróż piechotą przez Europę. Zdecydowałem się pójść drogą od Bieguna Rozumu – grobu Immanuela Kanta w Kaliningradzie – do Bieguna Wiary – grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. To nie był żaden manifest, a jedynie pomysł, który narodził się w mojej głowie, a ściślej mówiąc, to droga przywołała mnie do siebie.

Poza tym chodzenie jest bardzo zdrowe. 

Co było najtrudniejsze w tym przedsięwzięciu?

Przejście ponad 4000 kilometrów. Europa jest przystosowana do poruszania się samochodem, a nie do pieszej wędrówki. Wysiłek fizyczny okazał się jednak umiarkowanie trudny w stosunku do wysiłku psychicznego. Ciało bowiem przyzwyczaja się do pewnego rytmu, a z umysłem jest inaczej. Początkowo zakładałem, że w trakcie pielgrzymki będę medytował i wykonywał ćwiczenia duchowe. Droga okazała się jednak silniejsza niż wola i moje wyobrażenia.

Trudny był też brak obecności Boga w świecie materialnym – Europa staje się duchową pustynią.

To znaczy?

Temat rzeka… Ciężko mi teraz dokonać oceny. Kościoły stoją puste, są zabytkami architektonicznymi, które się zwiedza. Styl życia, jego tempo i dobra materialne w znacznym stopniu przysłoniły duchowość. Najważniejsza stała się konsumpcja. Rozwijający się i wciągający nas świat materialny sprawia, że rzeczywistość duchowa przestaje istnieć. Ludzie czują się zagubieni w otaczającym ich nurcie życia. Zagubienie usprawiedliwiają często sferą racjonalną: pracą, hobby, aktywnym spędzaniem czasu.

Jeśli za europejskie korzenie uznamy chrześcijaństwo, a nawet przypomnimy sobie czasy przed nim: wierzenia celtyckie, słowiańskie – bo to także był pewien rodzaj duchowości, to niewątpliwie te korzenie obumarły.

Dlaczego ludzie wyruszają w taką drogę?

Tego nie wiem. Odpowiedzi pewnie jest tyle, ilu pielgrzymów. Niektórzy mówili, że to nie była przemyślana, racjonalna decyzja. To właśnie urzekło mnie podczas tej wyprawy: człowiek postanawia przejść setki lub tysiące kilometrów, decydując się na znużenie, wyczerpanie, zwątpienie, upadki i wkroczenie w inną rzeczywistość bez racjonalnego powodu.

W którym kraju spotkał się pan z największą życzliwością?

W każdym kraju ludzie byli otwarci, ale ze względu na to, że w Hiszpanii Camino jest najbardziej powszechne i można spotkać najwięcej pielgrzymów, właśnie tam czułem się najlepiej. Podkreślę jednak, że w innych państwach: Rosji, Polsce, Belgii czy Francji ludzie również byli bardzo otwarci i serdeczni. Być może dystans był odczuwalny w Niemczech, ale trzeba rozumieć, że Europa jest różnorodna. Stosunek do ludzi może wynikać z mentalności czy historii danego kraju. To jednak wcale nie znaczy, że powinniśmy odnosić to do całego narodu. Ludzie wszędzie byli bardzo przyjaźnie nastawieni. Duch Camino polega właśnie na tym. Niektórzy w ciągu pół godziny potrafili opowiedzieć całe swoje życie.

Które spotkania zapadły panu szczególnie w pamięć?

Było ich wiele, nie chciałbym teraz wartościować i określać, które były najważniejsze. Droga nauczyła mnie, aby nie oceniać. Poza tym zrozumienie tego, co się na niej wydarzyło, to pewien proces, który trwa i być może będzie trwał jeszcze bardzo długo. Na pewno jednym z ważnych spotkań było poznanie Marka z Anglii. Mark cierpi na chorobę dwubiegunową. Już po raz drugi pokonywał Camino, jednak ze względu na swoją chorobę niewiele pamiętał z tego, co wydarzyło się podczas jego pierwszej pielgrzymki. Depresja spowodowała także pewne ograniczenia fizyczne, które utrudniały mu marsz, a jednak podjął trud po raz kolejny.

Spotkanie z Dannym, Anglikiem, który wiózł swoje rzeczy w dziecięcym wózku, również wywarło na mnie wrażenie. Danny jest, a być może był, niewierzący, a na Camino szukał Boga. Z kolei Luis, młody Niemiec z Lipska, nie został dopuszczony do matury. Zrozumiał, że nigdy wcześniej nie miał postawionego przed sobą zadania, z którego musiałby się wywiązać. Dlatego postanowił, że pierwszym celem w jego życiu będzie przejście do Santiago.

Jak odbiera pan tę drogę w sensie czysto metafizycznym, duchowym?

Myślę, że to droga do własnego serca i do samego siebie, a to najtrudniejsza i najdłuższa droga w życiu. Właśnie tę podróż uważam za najważniejszą. To także była droga do Boga i wędrówka przez duchową historię Europy.

Jeden z wolontariuszy w schronisku dla pielgrzymów – Amerykanin – podsumował mnie słowami: „Ten człowiek odkrył w życiu wszystko, oprócz siebie”. Trafił w sedno. Z kolei Francuz, któremu opowiedziałem o swojej drodze przez życie, powiedział, że moje ekstremalne wyprawy świadczą o tym, że brakuje mi wewnętrznego punktu równowagi i w ten sposób szukam go na zewnątrz. Dało mi to do myślenia.

Santiago oznacza też zmianę, ponieważ koniec drogi, koniec pielgrzymki oznacza początek nowego życia.

Jakiego?

Tego jeszcze nie wiem. Staram się żyć tu i teraz, ale przyznam, że Camino odcisnęło na mnie niezatarte znamię, które jest ukryte głęboko w mojej podświadomości i jeszcze go w pełni nie odkryłem. Dostrzegam jak przez mgłę jego kształt, ale wierzę, że powoli będzie się ujawniało w moim życiu. A życie dla mnie to przede wszystkim relacje z Bogiem i innymi ludźmi.

Czy podczas drogi zdarzył się jakiś cud?

Cudem jest to, że przeszedłem 4130 kilometrów i doszedłem do Santiago!

Cuda mają jednak to do siebie, że trudno je opisać. Podczas drogi niespodziewanie materializowały się myśli. Nie tylko moje. Przyznam, że przed wyprawą, kiedy czytałem podobne relacje, raczej w to nie wierzyłem. Tymczasem cuda zdarzały się codziennie i nie tylko ja to odczułem, ale też inni ludzie, którzy czasem szli razem ze mną. Tyle tylko, że my te niezwykłe zdarzenia nazywamy „przypadkiem”, ponieważ nie potrafimy objaśnić ich rozumem. Ja natomiast uważam, że nic nie dzieje się przypadkiem. Z Biblii wynika, że u Boga myśl staje się ciałem, a ponieważ jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, także nasze myśli mogą się materializować i nasze pragnienia znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. To jednak dzieje się w określonych warunkach, które trudno jest uchwycić rozumem. Trudno też jest wymagać od Pana Boga, żeby spełniał wszystkie nasze zachcianki, o których pomyślimy.

A może cuda zdarzają się nam wszystkim, nawet bardzo często, a my nie zdajemy sobie z tego sprawy?

Czy odczuwał pan obecność Boga w trakcie podróży?

Odczuwałem, jak najbardziej, ale to nie oznacza, że przed podróżą był nieobecny. Wierzę, że towarzyszy mi przez całe życie. Z Panem Bogiem jest tak jak z powietrzem: cały czas oddychamy, ale nie zwracamy na to uwagi. Dopiero kiedy powietrza nam brakuje, zaczynamy je dostrzegać.

Przeżywał pan gorsze, mroczniejsze chwile?

Przeszedłem przez ciemną noc duszy. Przeżywałem upadki, codziennie rano wątpiłem w to, czy uda mi się wstać z łóżka i czy pójdę dalej. Niezależnie od tego, czy w ciągu dnia przeszedłem 30, 50 czy 60 kilometrów, cel nadal był odległy o kilka tysięcy kilometrów. Po pierwszym miesiącu wiedziałem, że rozum zostawiłem w Kaliningradzie i że pomóc może mi tylko wiara, nadzieja i miłość.

Dziś inaczej zaplanowałby pan tę podróż?

Nie wiem. Nawet gdybym zaplanował inaczej, to problemy i tak by się pojawiły. W życiu jednak nie chodzi o to, żeby było perfekcyjnie, idealnie, te trudniejsze chwile też są potrzebne. Najważniejsze jest to, aby niczego nie oczekiwać i niczego nie zakładać, bo droga do Santiago jest mocniejsza niż nasza wola i wyobrażenia.

Z jakimi przemyśleniami wrócił pan do domu?

Że najtrudniejszą drogą w życiu jest droga do własnego serca i do samego siebie. Łatwo przychodzi zdobywanie i odkrywanie zewnętrznego świata, a dużo trudniejsze jest odkrywanie samego siebie.

Camino jest drogą spoza tego świata, mimo że pozornie znajduje się w świecie, który jest nam dobrze znany. Panują na niej inne reguły. Nie na darmo nazywa się ją Via Lactea, czyli drogą gwiazd, bo to tak, jakby gwiazdy spadły na ziemię i ją wyznaczyły.

Ale droga się kończy i trzeba się zmierzyć z rzeczywistością, często niełatwą.

Ta wyprawa nauczyła mnie, żeby się nie obawiać i nie lękać. Staram się żyć dniem dzisiejszym, ale wspominam dobre i złe chwile, które przytrafiły mi się nie tylko podczas pielgrzymki, ale też podczas innych wypraw, żeby rzuciły światło na dzień dzisiejszy.

Myślę, że w tym miejscu mogę przytoczyć słowa, które miałem okazję wygłosić podczas uroczystej mszy dla pielgrzymów w katedrze w Santiago de Compostela:

Święty Jakubie Apostole, W pierwszym rzędzie chciałbym powierzyć Tobie trud i intencje wszystkich pielgrzymów obecnych w tej katedrze, a także intencje, które zostały mi powierzone i te powierzone innym pielgrzymom.

Po przemierzeniu 4000 km przez Europę i jej duchową pustynię proszę Cię o wolność duszy i ciała od pokus materialnego świata i wolność od wszelkich uzależnień dla tych, którzy tego potrzebują.

Synu Zebedeusza, proszę o to, aby nasz wewnętrzny kompas pozwolił znajdować właściwy kierunek w zamęcie czasów, w których przyszło nam żyć i o to, abyś pozwolił przejść najtrudniejszą i najdłuższą drogę w życiu, drogę do własnego serca.

Na koniec proszę Cię, Apostole Jezusa, aby się spełniło przesłanie wyryte na bramie tej katedry, aby koniec naszego Camino stał się początkiem nowej drogi życia. Obdarz nas miłością i nadzieją, udziel zdrowia wszystkim pielgrzymom i ich rodzinom. Amen

Może dobry Bóg pozwoli, że te słowa będą wyznaczać moje dalsze życie.

Nie boi się pan splendoru celebryty? Pielgrzymka do Santiago to dla wielu przeżycie bardzo intymne, osobiste. Pana drodze towarzyszył rozgłos.

Dlaczego miałbym się ciągle czegoś bać? Nie jestem celebrytą, a nawet gdybym był, to cóż z tego? Było to doświadczenie indywidualne, intymne, ale z drugiej strony był to projekt społeczny 3 Biegun. Podczas wyprawy wraz z fundacją zbieraliśmy i nadal zbieramy fundusze na Obozy Zdobywców Biegunów, podczas których dzieci chore, niepełnosprawne czy żyjące w trudnej sytuacji rodzinnej lub materialnej rozwijają umiejętności odkrywania i realizacji swoich celów za pomocą Metody Biegun. Pielgrzymka była zatem dla mnie doświadczeniem bardzo intymnym, ale jednocześnie projektem społecznym, a świadomość, że idąc, mogę jednocześnie komuś pomóc, stanowiła dla mnie kolejną motywację, dzięki której udało mi się dojść do celu – do Santiago.

Jaki będzie pana kolejny biegun? Co chce pan osiągnąć?

Moim biegunem jest życie i będę się starał je przeżyć do końca.

Napisze pan książkę o Santiago?

Myślę, że tak. Może nawet kilka – jedną podróżniczą, drugą duchową, a trzecią filozoficzną. Być może powstanie też komiks, ale na to potrzeba czasu. Natomiast na początku przyszłego roku powstanie film Droga szaleńców w reżyserii Janka Czarlewskiego pokazujący najważniejsze momenty z wyprawy. Będzie to jednocześnie próba jej podsumowania i wydobycia tego, co było najistotniejsze.

Znalazł pan na tej drodze jakąś receptę na życie?

Życie jest zbyt skomplikowane, żeby dawać na nie recepty. Czasami nam się wydaje, że dobre życie to życie łatwe, pełne sukcesów. Ale z perspektywy Pana Boga może to wyglądać zupełnie inaczej i wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy dobro. Nieraz „dobre” będzie znaczyć życie pełne trudności, upadków, a nieraz może oznaczać prostą i łatwą drogę.

Dla mnie receptą na życie jest podążanie za przeznaczeniem, dokądkolwiek by ono prowadziło…

Marek Kamiński – ur. 1964, podróżnik, polarnik, przedsiębiorca; pierwszy i jedyny człowiek na świecie, który zdobył oba bieguny Ziemi w ciągu jednego roku; uczestniczył w wyprawach na Antarktydę, Grenlandię, przeszedł Pustynię Gibsona, w 2004 roku dotarł na obydwa bieguny z niepełnosprawnym chłopcem - Jaśkiem Melą. Ekspert w dziedzinie motywacji i przywództwa; założyciel Instytutu Marka Kamińskiego - firmy szkoleniowej - oraz właściciel Inveny SA, wiodącej firmy z branży grzewczej i sanitarnej; założył w 1996 roku Fundację Marka Kamińskiego zajmującą się realizowaniem dużych projektów społecznych, skierowanych do wybranych grup potrzebujących, ze szczególnym uwzględnieniem osób niepełnosprawnych. Mieszka w Gdańsku.

Michał Chudoliński – krytyk komiksowy i filmowy, autor i redaktor naczelny portalu "Gotham w deszczu". Mieszka w Warszawie.

DRESY I PAPIEŻ

•••

Luca Giani. Syn szefa żandarmerii watykańskiej odpowiedzialnego za bezpieczeństwo Ojca Świętego. 24 godziny na dobę. Siedem dni w tygodniu. Jak to jest mieszkać i wychowywać się w Watykanie?

Z LUCĄ GIANIM rozmawia Jolanta Brózda-Wiśniewska

FOT. CORBIS/PROFIMEDIA

Jolanta Brózda-Wiśniewska: Ile osób mieszka w Watykanie?

Luca Giani: Dokładnych obliczeń dokonuje się w pięknym budynku Gubernatoratu Watykańskiego. Z ostatniego spisu wynika, że Watykan ma około 600 obywateli i 200 rezydentów. Większość z nich to księża zatrudnieni w służbach dyplomatycznych, kardynałowie, biskupi i inni duchowni.

110 osób liczy Gwardia Szwajcarska. Ci wysocy rangą mieszkają w Watykanie ze swoimi rodzinami. Jak widać, tłoku tu nie ma.

Może pan opisać to miejsce?

Zdjęcia oddałyby to na pewno lepiej niż słowa, bo Watykan jest magicznym miejscem. Kiedy przekracza się jego bramy, mija się wiele budynków, ale im dalej się idzie, tym więcej jest ogrodów. Na tej niewielkiej przestrzeni, niespełna pół kilometra kwadratowego, jest około 250 fontann.

Moja rodzina mieszka przy granicy, więc kiedy wyglądam przez okno mojego dawnego pokoju, głowa jest już we Włoszech. Mieszkanie znajduje się w pobliżu bramy Świętej Anny, przy kościele pod tym samym wezwaniem. Trzeba dodać, że w Watykanie wszystkie budynki należą do państwa, nie ma tam własności prywatnej.

Nawet meble w waszym mieszkaniu?

Część kupiliśmy, ale większość jest stałym wyposażeniem apartamentów. Niektóre budynki są bardzo stare i mają historyczne meble.

Chodził pan do szkoły w Rzymie?

Tak. Watykan ma seminarium duchowne dla chłopców w wieku od 11 do 17 lat. Należy ono do diecezji rzymskiej, a jego budynek znajduje się na eksterytorialnym obszarze niedaleko Watykanu. Ja uczyłem się w szkole publicznej, do której każdego dnia dojeżdżałem rowerem.

Jak pana koledzy z klasy reagowali na to, że jest pan obywatelem Watykanu?

Oczywiście było to coś szczególnego. Urodziłem się w Toskanii i mieszkałem tam do dziesiątego roku życia. Potem wraz z mamą i siostrą ze względu na pracę mojego ojca przeprowadziliśmy się do Watykanu. Dlatego zwykle przedstawiam się jako obywatel Włoch. Oczywiście fakt, że mieszkałem przez lata w Watykanie, był wspaniałym doświadczeniem. Wpłynęło to na moją edukację, zachowanie, podejście do życia. Dorastałem w wyjątkowym miejscu. Opuściłem je dopiero, gdy zacząłem studiować.

A koledzy mogli pana odwiedzać w domu? Zostać u pana na noc?

W Watykanie obowiązują bardzo ścisłe reguły, których należy przestrzegać. Oczywiście nie ma problemu z tym, by ktoś przyszedł z wizytą, ale trzeba o tym powiadomić odpowiednie władze.

Pozwalano panu odwiedzać Ogrody Watykańskie?

Tak, ale nie zawsze. Kiedy Ojciec Święty tam odpoczywa czy spaceruje, wtedy zazwyczaj nie wolno wchodzić. Ale nigdy nie zapomnę pewnego dnia… Miałem dziesięć lat i jeździłem po ogrodach na rowerze. Nagle podbiegł do mnie mój ojciec i powiedział, że natychmiast mam się schować za drzewem. Zapytałem dlaczego, ale nie było czasu na wyjaśnienia. Schowałem rower, sam też się ukryłem i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zobaczyłem Ojca Świętego Jana Pawła II i jego sekretarza, teraz Jego Eminencję kardynała Stanisława Dziwisza. Serce biło mi bardzo szybko. Wie pani, spotykałem ich, ale w oficjalnych okolicznościach, kiedy byłem odpowiednio ubrany. Tym razem miałem na sobie T-shirt i spodnie od dresu, a oni przechodzili kilka metrów ode mnie. Kiedy już przeszli, nie wytrzymałem i wyjrzałem zza krzaków. Wtedy monsinior Dziwisz się odwrócił i mnie zobaczył. Jan Paweł II szedł dalej. Ksiądz Dziwisz powiedział: „Luca, chodź tu i przywitaj się z papieżem”. Odpowiedziałem, że nie mogę się stąd ruszyć, bo tata mi nie pozwolił. Ksiądz: „Chodź, Luca, ja ci pozwalam”. Ale się nie ruszyłem z miejsca. Kiedy mój ojciec wrócił tego wieczoru do domu, był bardzo zdenerwowany. „Luca, dlaczego nie podszedłeś? Wiesz, kto to był? Sekretarz papieża!”. Ja na to: „Ale przecież nie kazałeś mi się ruszać pod żadnym pozorem”. Często mówię, że to była moja pierwsza z wielu lekcji dyplomacji watykańskiej: naucz się, kiedy można złamać posłuszeństwo wobec ojca (śmiech).

Byłby z pana dobry żołnierz. Wiedział pan, jak wykonać rozkaz bez względu na wszystko.

Dorastanie w takim miejscu jak Watykan oznacza, że ma się do czynienia z wieloma znaczącymi osobami. Jesteśmy uczeni tego, jak się zachowywać, jak okazywać szacunek, jesteśmy świadomi potrzeb innych ludzi, zwłaszcza ubogich czy tych, którzy mogą myśleć inaczej niż my. Watykan odwiedzają turyści z całego świata. Miałem szczęście ich spotykać podczas różnych wydarzeń, przyjęć czy choćby podczas spacerów po pobliskich ulicach.

Jakie jeszcze ważne spotkania pan pamięta?

Na przykład odsłonięcie pięknej rzeźby Świętego Michała Archanioła w Ogrodach Watykańskich. Uczestniczyło w nim bardzo niewiele osób, miałem szczęście być wśród nich. Po raz pierwszy zobaczyłem wtedy dwóch papieży w jednym miejscu. Było to krótko po rozpoczęciu pontyfikatu Franciszka. Przybył też Ojciec Święty Benedykt XVI. Trudno opisać słowami, co się czuje, gdy się jest w obecności osób tworzących historię tego świata.

Pana ojciec wykonuje bardzo ważną i absorbującą pracę. Czy mimo to mieliście czas na normalne rodzinne życie?

Mój ojciec zawsze traktował swoją pracę jako służbę Kościołowi i dar Opatrzności. Kiedy zaproponowano mu pracę szefa żandarmerii watykańskiej, pracował dla służb wywiadowczych Włoch. Przyjęcie propozycji z Watykanu bardzo zmieniło życie jego i naszej rodziny. Ale to była fascynująca dla nas zmiana, bo nasza rodzina zawsze była blisko Kościoła. Moi rodzice w młodości należeli do franciszkańskiej grupy młodzieżowej. Dawali mnie i siostrze dobry przykład.

Oczywiście ojciec musi być w gotowości 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Często podróżuje. Odpowiada przecież za bezpieczeństwo Ojca Świętego. Ale życie rodzinne jest ważne dla władz watykańskich, szanują je. Kiedy chodziłem do szkoły we Włoszech, tata mnie z niej odbierał. Uczestniczył też w szkolnych imprezach i przez rok przewodniczył radzie rodziców w mojej klasie.

Zastanawiam się, jak czuje się pana mama w państwie zdominowanym przez mężczyzn.

Mama wykłada psychologię na Uniwersytecie Laterańskim. Życie w Watykanie jest na pewno dla niej czymś szczególnym. Nie może na przykład założyć krótkiej sukienki, a pewnie chciałaby taką nosić na przyjęciach. Po prostu jest inaczej niż u naszych sąsiadów, we Włoszech. Chodzimy tam codziennie, spędzamy tam większość życia. Ale kiedy wracamy do Watykanu, traktujemy go po prostu jak inny kraj, który ma odmienne zwyczaje i reguły. Dla nas to normalność. Więc mama zamiast krótkiej spódnicy zakłada dżinsy i nie przejmuje się tym.

Dużo jest przyjęć, oficjalnych spotkań?

Rodzice są bardzo zajęci i nie mają na nie zbyt wiele czasu. Ale niekiedy się zdarzają. Pamiętam piękne spotkanie, zorganizowane przez Polaka Przemysława Häusera, ambasadora Zakonu Maltańskiego i producenta filmowego. Była to premiera filmu dokumentalnego Sztuka i wiara, który powstał z okazji 500-lecia Kaplicy Sykstyńskiej. Na pokazie obecny był papież Benedykt XVI. Film wyświetlono w pięknej Auli Nervi, w której mają miejsce audiencje generalne, kiedy pada deszcz. Skromne przyjęcie odbyło się później w Muzeach Watykańskich.

Jak życie w Watykanie wpłynęło na pana podejście do Kościoła i do wiary? Pana codzienność upływała w stolicy katolicyzmu, a codzienność może sprawić, że nawet ważne i piękne sprawy powszednieją i nie dostrzega się ich piękna.

W moim wypadku stało się wręcz przeciwnie! Ważne były spotkania z kardynałami i biskupami, ale najważniejsza była bliskość świętego miejsca. Do Stolicy Apostolskiej przyjeżdżają ludzie z bardzo różnych środowisk, narodowości, a nawet religii.

Najbardziej lubię w Watykanie odwiedzać bazylikę Świętego Piotra. Idę tam w każdej wolnej chwili, żeby się odprężyć. Lubię przyglądać się ludziom, którzy wchodzą do tej świątyni, którzy czasami płaczą przy Piecie Michała Anioła czy przy grobie św. Jana Pawła II. To niezwykłe patrzeć, jak przeżywają swoją religijność. I to nigdy nie powszednieje, bo każdy dzień jest inny. Każde spotkanie może rzucić takie spojrzenie na Kościół, o którym nigdy wcześniej bym nie pomyślał. Niezwykle inspirujące jest słuchanie opowieści z życia różnych ludzi: bardzo bogatych, którzy nawrócili się na katolicyzm, lub biednych, którzy wydali wszystkie pieniądze na pielgrzymkę do bazyliki Świętego Piotra. To jest jak oglądanie wiele razy tego samego ulubionego filmu: za każdym razem odkrywa się nowe detale i uświadamia się sobie jego wartość i piękno.

Jest jak w niebie?

Jest blisko nieba, to piękne i unikatowe miejsce.

Jaka jest różnica między Gwardią Szwajcarską a żandarmerią, którą dowodzi pana ojciec?

Gwardia Szwajcarska to mała historyczna jednostka, ochraniająca granice Watykanu i mieszkanie Ojca Świętego. Żandarmeria to regularna policja, która patroluje, prowadzi śledztwa i ochrania papieża, gdy ten przebywa poza rezydencją. Zarówno gwardia, jak i żandarmeria ochraniają go w czasie publicznych spotkań i celebracji czy podróży zagranicznych. Tu dzielą się zadaniami.

Czy na terenie Watykanu jest dentysta albo fryzjer?

Jest mały szpital dla obywateli, rezydentów i pracowników. Nie ma w nim na przykład oddziału pierwszej pomocy, trzeba w tym celu jechać do Rzymu. Ale obywatele Watykanu mogą skorzystać z pomocy dentysty czy innych specjalistów. Mamy też swoją aptekę, supermarket, sklep wolnocłowy. Jest fryzjer męski, obawiam się, że damskiego nie ma...

I pewnie nie ma oddziału położniczego.

Myślę, że jest ginekolog, ale w Watykanie nie można się urodzić. Od 1929 roku, czyli od chwili powstania państwa, nie sądzę, żeby ktokolwiek się w nim urodził, ponieważ nie ma odpowiedniego do tego obiektu.

Czy w Watykanie można uprawiać jakieś sporty?

Jest siłownia, używana głównie przez gwardzistów szwajcarskich i żandarmów. Jest jednak dużo obiektów sportowych w pobliżu Watykanu, na przykład oratorium św. Piotra, do którego chodziliśmy z siostrą uprawiać różne sporty. Jako dziecko grałem z nią w Watykanie w siatkówkę na niewielkim tarasie. Monsinior Dziwisz powiedział kiedyś mojemu tacie, że Jan Paweł II widział nas grających i że było to dla niego miłe urozmaicenie.

Życie w Watykanie jest życiem pod kloszem, pod stałą kontrolą?

To nie jest życie pod kloszem, raczej życie w wyjątkowym miejscu. Tak jakby się wchodziło w inny świat. Zazwyczaj do Watykanu wchodzi się z ruchliwego i hałaśliwego Rzymu: samochody trąbią, ludzie się spieszą, wszędzie są turyści. Wreszcie przechodzisz przez bramę, mówisz gwardziście, kim jesteś, on sprawdza, czy masz uprawnienia, żeby wejść. I nagle, już 50 metrów za bramą, otacza cię cisza: niewielu ludzi, bardzo mało samochodów.

Jak się obchodzi Boże Narodzenie w Watykanie?

Nie ma lepszego miejsca do świętowania Bożego Narodzenia niż Rzym, a w szczególności Watykan. Adwent i Boże Narodzenie to przecież jeden z najważniejszych okresów w liturgii katolickiej.

W tym czasie moja mama wiesza w naszym mieszkaniu mały obrazek z rysunkiem serca i napisem: „Per Natale tutti cuori tornano a casa”, co znaczy „Na Boże Narodzenie wszystkie serca wracają do domu”. Tak jest z naszą rodziną, która zawsze wtedy zbiera się razem. Lubimy brać udział w różnych celebracjach na terenie Watykanu. Co roku inny kraj lub region przygotowuje choinkę i szopkę, które się ustawia na placu Świętego Piotra. Około 10 grudnia całą rodziną idziemy na plac i bierzemy udział w uroczystym zapaleniu lampek na choince i odsłonięciu szopki przy dźwięku śpiewanych przez chór kolęd.

Czy jest coś, co się panu w Watykanie nie podoba?

Niektórzy mnie pytają, czy zmieniłbym coś w swoim życiu. Odpowiadam, że nie byłbym tym, kim jestem, gdybym nie przeżył tego, co przeżyłem. Nie zmieniłbym więc niczego.

Oczywiście jako dziecko chciałem chodzić do przyjaciół, na różne spotkania i zostawać do późna w nocy. Ale bramy Watykanu zamykają się o północy. Zaakceptowałem to.

Czy usłyszał pan od któregoś z papieży jakieś słowa skierowane do pana osobiście?