Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 176 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 11/2017 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 11/2017 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 11/2017 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

gdy ponad dwadzieścia lat temu podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes o tytuł najlepszego filmu rywalizowały Biały Krzysztofa Kieślowskiego i Pulp Fiction Quentina Tarantino, mówiono o końcu pewnej epoki, bo oto obok filozofa kamery stanął człowiek, który filmowego rzemiosła uczył się, pracując w wypożyczalni kaset wideo. Werdykt jury był mocno dyskutowany, ponieważ ostatecznie to Amerykanin został wyróżniony Złotą Palmą.

Dziś takie zestawienia nikogo nie dziwią. W internetowych kanałach z równym powodzeniem występują obok siebie profesor i kilkunastoletni bloger. A to, co na temat ekonomii czy polityki ma do powiedzenia modowa gwiazda, budzi takie samo zainteresowanie, jak zdanie niejednego eksperta w danej dziedzinie.

Można na taki stan rzeczy narzekać i mówić, że nie ma już żadnych świętości i żadnych autorytetów, albo tłumaczyć, że liczba wyświetleń i polubień jeszcze o niczym nie świadczy.

A może to tylko dowód na to, że dziś sami sobie tworzymy autorytety na naszą miarę, uciekając od rzeczy wymagających i niewygodnych? Bo ci, których oglądamy, utwierdzają nas w poczuciu świętego spokoju.

Czy w takim razie w świecie celebrytów i idoli jest jeszcze miejsce dla autorytetów? A jeśli tak, to kto miałby odgrywać taką rolę? Jak odróżniać kaznodziejów od kuglarzy? O to pytamy w najnowszym wydaniu miesięcznika „W drodze”.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

ŻEBY SYBERIA MNIE NAWRÓCIŁA

Autorytety i celebryci

IDOLE ŻYJĄ KRÓTKO

URZĄD JUŻ NIE WYSTARCZA

JAK TO SIĘ ROBI

TYLKO KOCHAJ

INKUBATOR KOŚCIELNOŚCI

WIEMY, SKĄD JESTEŚMY

Pamięć o bliskich

LEKCJA TOŻSAMOŚCI

POŻYCZKOWY INTERES

Początki chrześcijaństwa

BRAMA OTWARTA NA WSCHÓD

Orientacje

CZŁOWIEK Z WĘGLA

LEGENDY DRUGIEGO MIASTA

Felietony

EWANGELIĄ PO GŁOWIE

O SEMINARIACH I PEWNYM POŻYTKU Z KAMIENIA

JAK DZIAŁA DEMOKRACJA DOMINIKAŃSKA

PRZED ŚNIADANIEM

DOBRE WIADOMOŚCI

Pytania w drodze

MEMENTO MORI

Dominikanie na niedziele

TU CZŁOWIEK SIĘ MODLI

APOSTOŁOWIE CZASÓW OSTATECZNYCH

GRANICE MIŁOSIERDZIA

RADOŚĆ OBDAROWANEGO

WSZYSTKO

Rozmowa w drodze

ŻEBY SYBERIA MNIE NAWRÓCIŁA

•••

Od czasów nowicjatu bliskie są mi słowa, którymi Ignacy każe się modlić rekolektantowi w czasie medytacji "O wołaniu króla" z Ćwiczeń duchownych. Te słowa brzmią: "żebym nie był głuchy na Jego wołanie". To dzięki nim pracuję na Syberii.

Z jezuitą WOJCIECHEM ZIÓŁKIEM rozmawiają Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP

FOT. Z ARCHIWUM OO. JEZUITÓW

Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Syberia nie kojarzy nam się dobrze. Wciąż w naszej świadomości jest miejscem, gdzie zsyłano, niszczono, wynarodowiano. Taki koniec świata…

Wojciech Ziółek SJ: Syberia to nie jest miejsce, to jest kontynent. To jest ogrom i niewyobrażalne odległości. Kiedy przyjechałem tu w 2015 roku, w Polsce właśnie zbliżały się wybory prezydenckie i parlamentarne. Nie chcąc rezygnować z oddania swojego głosu, postanowiłem, że będę głosował w konsulacie w Irkucku. Ale okazało się, że do konsulatu jest od nas 1700 kilometrów! Albo inny fakt, równie wymowny: terytorium naszej parafii jest nieco większe od… terytorium Polski!

A przecież Irkuck i Tomsk to nie jest jeszcze cała Syberia.

Oczywiście, że nie. Nasza parafia znajduje się na terenie Syberii Zachodniej, czyli bliżej Europy – pięć tysięcy kilometrów od Polski. Jest jeszcze Syberia Środkowa, Wschodnia, no i cała północ, gdzie jest naprawdę ciężko, bo małe zaludnienie, małe nasłonecznienie i rzeczywiście zimno. Nasi parafianie opowiadają o tym, jak komuś zepsuł się samochód i ludzie zamarzli, bo nie było wtedy telefonów komórkowych, żeby wezwać pomoc. Zresztą, nawet gdyby je mieli, to i tak nic by nie pomogło, bo do tej pory na wielu tych przepastnych terytoriach nie ma zasięgu, a do najbliższego miasta czy jakiejkolwiek ludzkiej osady są dziesiątki albo i setki kilometrów.

Czy na tym olbrzymim kontynencie można jeszcze spotkać potomków tych, którzy zostali tam zesłani?

Na Syberii są ludzie, którzy mają wszystkie możliwe korzenie: polskie, niemieckie, litewskie, łotewskie, tatarskie, mongolskie, kazachskie, kałmuckie, obecnie również chińskie, południowoamerykańskie, a nawet afrykańskie…

Znaleźli się tu, bo ich bliscy zostali zesłani przez cara albo potem, w czasach komunizmu, przez Stalina i jego towarzyszy. To oczywiste, że każdy chce znać swoją przeszłość, ale nie każdy jest gotów o tym mówić. Ktoś, kto miał niemieckie korzenie, po wojnie, z obawy przed oskarżeniami o faszyzm, za nic w świecie się do tego nie przyznawał. Niektórych, niestety, zdradzało nazwisko, bo jeśli ktoś nazywał się Gerhard Rudolfowicz Stumpf, to nie dało się ukryć pochodzenia. Prześladowane były również inne narodowości. Szczególnie okrutnie postępowano z Polakami. Byli aresztowani i zabijani jako „wrogowie ludu” tylko dlatego, że byli Polakami. W ramach operacji antypolskiej przeprowadzonej przez NKWD na rozkaz Stalina w latach 1937–1938 grubo ponad sto tysięcy Polaków mieszkających w ówczesnym Związku Sowieckim zostało aresztowanych i niemal natychmiast rozstrzelanych. Następnie, poczynając od roku 1940, w wyniku czterech kolejnych masowych deportacji wywieziono w głąb Związku Sowieckiego, na Syberię, ponad 300 tysięcy Polaków.

Czy dzisiaj też ludzie trzymają w tajemnicy swoje pochodzenie?

Nie, ale ich rodzice żyli w ciągłym strachu, w związku z tym nic im nie mówili na temat babci czy dziadka. Jeśli ktoś miał rosyjskie nazwisko, a dziadek czy ojciec został aresztowany jako wróg ludu, to lepiej było o nim zapomnieć. Nie ze względów konformistycznych, tylko po prostu, żeby przeżyć. Jakiekolwiek związki z wrogiem ludu nie tylko mogły prowadzić do zguby jego bliskich i znajomych, ale najczęściej tę zgubę po prostu dekretowały.

Czy jest szansa na to, że ta dramatyczna przeszłość przestanie kiedyś kłaść się cieniem na Syberii?

To jest ciekawa sprawa… Z jednej strony mieszkańcy Syberii bardzo chcą o tym zapomnieć. A jednocześnie nie rażą ich stojące wszędzie pomniki Lenina, nie przeszkadzają im ulice Krasnoarmiejska, Dzierżyńskiego, Róży Luksemburg, zaułek Sowieckiej Szkoły Partyjnej. Nie czują zgrzytu, gdy umawiają się w kawiarni Chocolate, która się znajduje przy ulicy Lenina. W Nowosybirsku, wielkim, dwumilionowym, nowoczesnym mieście pełnym drapaczy chmur, są dwie linie metra. Jedna nazywa się Lenina, a druga Dzierżyńskiego...

Uczę się więc każdego dnia, że jeśli chcę pokochać tych ludzi, to muszę pokochać jednocześnie tę niezrozumiałą dla mnie rzeczywistość. I nie ukrywam, że sprawia mi to pewną trudność. Zdarzyło mi się kilka razy spytać kogoś: Słuchaj, a nie zgrzytałoby ci, gdybyś pojechał do Monachium i mieszkał w hotelu przy ulicy Hitlera albo Goebbelsa?. Odpowiedź zawsze była podobna: Ojcze, ale przecież to byli faszyści. Bo słowo „faszyzm” to taki wytrych, który tłumaczy wszystko. W myśl zasady: wiadomo, Stalin święty nie był, ale przyrównywać go do Hitlera to już przesada. I żeby było jasne: ja nie mam do mieszkających tu ludzi żadnych pretensji o taką postawę. Mam tylko pretensje do nieludzkiego systemu, który przez 80 lat niewyobrażalnej wprost propagandy i wielkiego terroru doprowadził do takiego wewnętrznego spustoszenia.

Co jeszcze ojca dziwi?

Żeby złożyć wniosek o pozwolenie na pobyt czasowy, musiałem zdać egzamin ze znajomości języka rosyjskiego oraz prawa i historii Rosji. Egzamin wygląda tak: jest pytanie, są cztery możliwe odpowiedzi, z których jedna jest dobra. Jednak w części dotyczącej historii były takie pytania, na które żadna z podanych odpowiedzi nie była – na mój Ziółkowy rozum i wiedzę – prawdziwa. Żeby być w zgodzie z własnym sumieniem, powiedziałem sobie, że jeśli na egzaminie trafię na któreś z tych pytań, po prostu nic nie napiszę. Nikogo nie będę do niczego przekonywał, tylko najzwyczajniej nie udzielę odpowiedzi, bo przecież mam prawo nie wiedzieć, prawda? Natomiast nie będę dawał odpowiedzi, co do których wiem, że są nieprawdziwe. Było na przykład pytanie o minusy kolektywizacji. Na czym one polegały? Na tym, że umarło dużo ludzi. Czyli, że tak się jakoś złożyło, że gdy przeprowadzano kolektywizację, to dużo ludzi wtedy umierało. Taki minus. Potem był komunizm, który bardzo uprzemysłowił kraj, a potem przyszła pierestrojka i nastąpił upadek znaczenia Związku Sowieckiego w świecie, ale obecna Rosja, poczynając od 2000 roku, znów to znaczenie odzyskała. To jest historia, którą zdają obcokrajowcy.

Dlaczego ojciec pojechał na Syberię?

Po pierwsze dlatego, że była taka potrzeba, a ja uważam – i tak nas uczono w nowicjacie – że jezuita to ma być gość, który stoi na ziemi tylko jedną nogą, a drugą ma gotową do wyruszenia w drogę. W 2013 roku, kiedy jeszcze byłem prowincjałem Prowincji Polski Południowej, prowincjał rosyjski zaprosił mnie do Rosji, abym, zobaczywszy ten kraj z bliska, przysłał tam kogoś z Polski. Prosił o to, argumentując, że biskup daje nam placówkę w Tomsku i potrzeba ludzi do pracy w niej.

Rozumiem, że jezuitów tam wtedy nie było?

Jezuici 200 lat temu zakładali tę placówkę. To była jedna z pierwszych katolickich parafii na Syberii, utworzonych w ramach tzw. misji syberyjskiej. Kiedy Towarzystwo Jezusowe zostało wskrzeszone (Towarzystwo Jezusowe zostało rozwiązane przez papieża Klemensa XIV w 1773 roku, wskrzesił je w 1814 roku papież Pius VII – przyp. red.), to w Rosji niczego nie trzeba było wskrzeszać, bo dzięki carycy Katarzynie jezuici przetrwali. Gdy bowiem Klemens XIV wydał breve kasacyjne, to Katarzyna oświadczyła, że żaden papież nie będzie jej mówił, co ona ma robić w swoim państwie, i jeśli papież chce sobie znieść jezuitów w całym Kościele, to niech sobie znosi, natomiast u niej, w Rosji, jezuici pozostaną. Nasi współbracia, chcąc być posłuszni głowie Kościoła, prosili carycę, żeby ich zlikwidowała. Ale Katarzyna powiedziała, że absolutnie nie, bo w Rosji rządzi ona. Takim to sposobem, choć nigdzie indziej nas nie było, w Rosji przetrwaliśmy od 1773 do 1814 roku. Ale sześć lat później kolejny car wygnał jezuitów z Rosji i założoną przez nas parafię przejęli bernardyni, a następnie księża diecezjalni. Kiedy wybuchła rewolucja, kościół zamknięto. NKWD trzymało w nim psy, potem zorganizowano tam skład, a w końcu obserwatorium astronomiczne. W latach 90. kościół odzyskano i powstała parafia, którą aż do 2014 roku prowadzili księża diecezjalni. Trzy lata temu biskup przekazał ją jezuitom i…

…i ojciec mógł już jechać do Tomska…