Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 153 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 11/2016 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 11/2016 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 11/2016 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

prawie dziesięć lat temu na łamach „W drodze” poruszaliśmy temat adopcji. Zaowocował on powstaniem poruszającej książki autorstwa mojej redakcyjnej koleżanki Katarzyny Kolskiej – Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach. Jej wznowienie ukaże się niedługo nakładem naszego wydawnictwa. W tym miesiącu do tamtych historii sprzed lat dopisujemy swoisty ciąg dalszy.

Może dlatego, że dużo ostatnio mówimy o dzieciach. O tym, że rodzi się ich coraz mniej. O tym, że ponad 20 tysięcy z nich wychowuje się w placówkach opiekuńczo-wychowawczych – mówimy już ciszej i rzadziej. Do adopcji trafia każdego roku ponad trzy tysiące dzieci. Mało to i dużo. Bo jak mówi jedna z autorek: „Za wszelką cenę należy umożliwić dzieciom pozostanie z matką. Na tym powinien się skupiać nasz wysiłek”.

Niezwykle istotne są też pytania, które zadajemy na łamach tego numeru miesięcznika. Jak sobie radzić z bezpłodnością? Dlaczego Bóg doświadcza nas w taki sposób? Dlaczego inni są szczęśliwymi rodzicami, a my nie? W połączeniu z doświadczaniem własnych ograniczeń, marzeniami o zwyczajnym życiu i niepewnością otrzymujemy ledwie naszkicowany obraz rodzicielstwa adopcyjnego.

Nie zamierzamy tym numerem „W drodze” nikogo przekonywać, że adopcja jest przedsięwzięciem bezproblemowym. To z pewnością droga naznaczona trudną do wyrażenia obustronną radością, bywa jednak, że i cierpieniem związanym z pytaniami, które pojawiają się w miarę upływu lat, zarówno ze strony dzieci, jak i rodziców. Niezmienny pozostaje fakt, że jest to droga budowania bliskości, uczenia się okazywania miłości i zrozumienia tam, gdzie go wcześniej nie było. A przede wszystkim tworzenia domu, o którym być może ktoś kiedyś powie, że był mój.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

ŚWIAT NOWYCH DOGMATÓW

Szukam rodziców

SAMA MIŁOŚĆ NIE WYSTARCZY

JEZUS WIE, CZEGO NIE MAM

MAMO, CZY JA JESTEM Z KIMŚ SPOKREWNIONA?

MÓJ RACHUNEK SUMIENIA

CZEKAJĄC NA ŻYCIE

Czy można wierzyć w sny?

W OBJĘCIACH MORFEUSZA

TO JEST MÓJ SEN

Dominikanie znani i nieznani

ŻYCIE BEZUŻYTECZNE

Orientacje

KTO NAPRAWDĘ ZABIŁ?

JA, JUDASZ

MIŁOSIERDZIE BARDZO POTRZEBNE

Felietony

USPRAWIEDLIWIENI

NAWET NIE SPOJRZAŁ

BELKI I DRZAZGI

ORTOGRAFICZNE ROZTERKI ŚLĄZAKA

TESTAMENT ILARII

Pytania w drodze

POCZUCIE "NIEWYSPOWIADANIA"

Dominikanie na niedziele

SZKOŁA SZCZĘŚCIA

PODOBNY DO MNIE

Z ŻYCIA DO ŻYCIA

NIE TRWÓŻCIE SIĘ, GDY POSŁYSZYCIE O WOJNACH

ODKRYWANIE STAREGO

ŚCIEŻKA DO ZBAWIENIA

AKTYWNE CZUWANIE

Rozmowa w drodze

ŚWIAT NOWYCH DOGMATÓW

•••

W zsekularyzowanym świecie łatwiej jest żyć niezobowiązującymi tradycjami, symbolami, metaforami czy świętami w ich hucznej i pełnej symboliki otoczce, jednak pozbawionymi swej wewnętrznej religijnej treści - istoty wiary.

ks. Jacek Grzybowski, Marcin Gutowski

FOT. PIXABAY.COM

Marcin Gutowski: Siedzimy w kawiarni, ksiądz nie ma sutanny ani nawet koloratki. Czy to przejaw zsekularyzowania kleru?

ks. prof. Jacek Grzybowski: W pewnym sensie można tak powiedzieć, jednak nasze spotkanie ma charakter raczej towarzyski, a nie ściśle formalny. Ale ma pan rację: to wyraz zmiany społecznej, która dotknęła także Kościół: w pewnych przestrzeniach nie ma religijnych emblematów, nie tylko krzyży czy kapliczek, duchowni rzadziej chodzą w sutannie czy w habicie.

Czy można te zmiany nazwać sekularyzacyjnymi?

I tak, i nie. Tak, dlatego że duchowni są dziećmi swoich czasów. Nie, ponieważ nie od tego zależy istota treści religijnej. Nie wyraża się ona tylko w znaku zewnętrznym, choć jest on bardzo ważny. Natomiast Kościół – na przykład w Afryce – jest żywy nie ze względu na to, czy ksiądz chodzi w koloratce, czy w zwykłej koszuli. Jeśli ktoś przyjrzy się pracy misjonarzy, to dostrzeże, że często są to prawdziwi przewodnicy duchowi zanurzeni w tamtych środowiskach, mimo że w codzienności nie potrzebują emblematów religijnych, by z mocą głosić wiarę.

Żywego Kościoła trzeba szukać już w Afryce?

Są takie opinie, że żywy, naprawdę głęboko zaangażowany Kościół chrześcijański, nie tylko katolicki, można znaleźć w trzech miejscach: w tzw. „Bible Belt”, biblijnym pasie południowych stanów Ameryki Północnej, w krajach latynoamerykańskich i w Afryce. Katolicyzm wydaje się najmocniejszy właśnie w Afryce. Uważa się, że witalne struktury parafii są właśnie w tych pozaeuropejskich, peryferyjnych wspólnotach.

Dlaczego zatem „dzieci swoich czasów” są w odwrocie w Europie? Czy to efekt wstydu lub lęku?

Nie wydaje mi się.

Czego zatem?

Odpowiedź jest bardzo złożona. Europejskie dzieci swojego czasu to także dzieci zsekularyzowanego wieku. Wiek XXI jest na razie na Starym Kontynencie bez dwóch zdań wiekiem zsekularyzowanym, zarówno w indywidualnej obojętności na religię, jak i w oficjalnym wymiarze pewnego polityczno-społecznego projektu.

Jaka jest tego przyczyna?

To wynik bardzo złożonego procesu, który w moim przekonaniu zaczął się pięćset lat temu wraz z reformacją. To moment, w którym – jak mówił Jacques Maritain – „pękło ciało świata chrześcijańskiego w Europie”. Konsekwencją tego była ogromna konfrontacja tożsamościowa, jak i wojny religijne. Okrutne podziały i konflikty spowodowały pojawienie się tęsknoty za tym, by uwolnić się od religii po to, by przynieść spokój – wyciszyć, wyprowadzić społeczności z kleszczy sporu katolików z protestantami.

Kolejnym krokiem tego procesu była rewolucja francuska – świadomie przygotowany laicki projekt zerwania z chrześcijaństwem i budowania świata zupełnie od nowa – niejako na gołej ziemi – bez odniesień religijnych, świąt, a nawet bez chrześcijańskiego układu tygodnia. Trzeci krok to wynik dwóch poprzednich. Jest nim pogłębiająca się świadomość ateistyczna i dziewiętnastowieczne pragnienie konstruowania społeczności w oparciu o przyrodniczo-techniczne ujęcie rzeczywistości, w którym „hipoteza Boga” – jak powiedział Napoleonowi francuski astronom Pierre-Simon de Laplace – nie jest już potrzebna, by żyć, wyjaśniać i uczynić świat lepszym.

Te procesy dokonywały się oczywiście na przestrzeni wielu wieków. Pociągnęły za sobą zmiany zarówno w mentalności całych społeczeństw, jak i poszczególnych jednostek. To one doprowadziły do pojawienia się w XX wieku przekonania, że jeżeli człowiek jest zdolny do takiego bestialstwa, jakie miało miejsce podczas II wojny światowej, to jedynym ratunkiem jest sekularyzacja, rozumiana jako laicki projekt budowania dobrego świata bez Boga i bez odniesień religijnych, które różnią i konfliktują, a nie dają płaszczyzny porozumienia. XXI wiek jest właśnie czasem takiego świata, w którym religia jest sprawą prywatną, a sferę społeczną, publiczną i polityczną chcemy budować bez niej.

Czy religia jest tylko ofiarą tych procesów? Czy nie ma w nich swego udziału?

Tak, religia jest tu współwinnym, ale religia specyficznie rozumiana – jako pewna forma zdefiniowania świata. Trzeba też precyzyjnie określić, o jakiej religii mówimy. Bo jeśli patrzymy na chrześcijaństwo, to sądzę, że dziś nie ponosi ono winy. Ale, gdy spojrzymy na islam, to myślę, że obecnie ponosi on tę odpowiedzialność – niektórzy jego wyznawcy, powołując się na religijne teksty Koranu, są współwinni ostrego konfliktu, którego jesteśmy świadkami. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że pewne religie pogłębiają podziały, a inne mogą przyczynić się do dialogu i rezygnacji z konfrontacji.

Czy na pewno to, jak dziś przeżywamy swoje chrześcijaństwo, nie przyczynia się do budowania tego zsekularyzowanego świata? Brak koloratki to może drobiazg, ale podobne pytanie pada w ostatnim wywiadzie Petera Seewalda z Benedyktem XVI. Dziennikarz zapytał o to, czy jego ustąpienie nie sprowadziło papiestwa do roli urzędu, takiego jak każdy inny, który się pełni, a potem z niego odchodzi.

Nie czytałem jeszcze tej książki i nie wiem, co Benedykt XVI odpowiedział, natomiast jest to słuszna uwaga. To pytanie o radykalizm i konsekwencję religii w dzisiejszym świecie. Jeśli poważnie traktujemy naszą religię, to w pluralistycznym, wielokulturowym, wielonarodowym, wieloreligijnym, wieloetnicznym, polifonicznym społeczeństwie musimy czuć pewien dyskomfort, bo z jednej strony nakazy religijne mówią nam o ważnych treściach. Jednocześnie z drugiej jesteśmy także obywatelami społeczności, w której często obowiązują zupełnie inne narracje i wyznaje się inne wartości. To poważny kłopot, zarówno dla chrześcijaństwa, jak i dla wszystkich innych religii, które pretendują do wyrażenia się w społecznym życiu człowieka.

Tylko czy my dziś dostatecznie poważnie traktujemy naszą religię? Czy nie jest tak, że stała się ona zbiorem symboli, rytuałów, odniesień kulturowych, które są oczywiście bardzo potrzebne i warte kultywowania, ale ich istota gdzieś nam umyka?

Każdy powinien sam odpowiedzieć na to pytanie, wiedząc, czy traktuje religię jako rzeczywistą drogę do zbawienia, czy jako symboliczne uniwersum.

Te symbole i rytuały zresztą też się sekularyzują.

Tak, ale odpowiedzialności za to nie ponosi religia, tylko kultura i praktyka życia. Poważnie traktowana religia stawia konkretne wymagania. Tym niemniej w zsekularyzowanym świecie łatwiej jest żyć niezobowiązującymi tradycjami, symbolami, metaforami czy świętami w ich hucznej i pełnej symboliki otoczce, jednak pozbawionymi wewnętrznej religijnej treści – istoty wiary.

Ksiądz nazywa tę istotę „perspektywą nieredukowalności”, którą religia dawała człowiekowi przez wieki. Czy ta perspektywa jest niezbędna? Może zsekularyzowany świat jest w stanie zaproponować jakąś alternatywę?

Na ten temat od lat toczy się poważna debata. Mogę tylko rozpisać głosy w tej dyskusji. Pierwsza teza wybrzmiała bardzo wyraźnie w drugiej połowie XX i na początku XXI wieku głosami takich myślicieli jak Richard Rorty czy Jürgen Habermas. Według nich świat pluralistyczny, pełen różnorodnych narracji i opowieści trzeba budować tak, by był laicki, wolny od konfesyjnych racji, społeczny i obywatelski. Są oni przekonani, że jest to możliwe, a co więcej – uważają, że tak skonstruowana społeczność będzie lepsza od tej, w której żyjemy.

Druga teza zakłada współdziałanie osób głęboko religijnych i tych, które wyznają światopogląd ateistyczny czy agnostycki, szanujących się nawzajem i niespychających wartości religijnych na margines.

Z kolei trzecia teza głosi, że nie da się zbudować lepszego świata bez religii, bo potrzeby religijne zawsze będą w człowieku i nie mogą zostać zagłuszone. Dlatego w oparciu o rozeznanie, która religia najlepiej buduje ten świat, ludzką kulturę i cywilizację, która jest najbliższa prawom człowieka – czy, jak to się nazywa w wymiarze zsekularyzowanym: podstawowym prawom osoby i społeczeństwa – możemy na mocy racji wyznaniowych budować społeczność, w której religia jest ważnym czynnikiem życia wspólnotowego. Tutaj przywołać można ideę konstruowania cywilizacji w oparciu o trzy filary: grecką mądrość filozoficzną, rzymskie rozumienie i stanowienie prawa oraz chrześcijańską Ewangelię. W tej ostatniej propozycji religia stanowi konstytutywny pierwiastek społeczeństwa personalistycznego, nowoczesnego, technologicznego i otwartego. Ale nie zsekularyzowanego.

Czy możliwe jest szczęśliwe społeczeństwo bez tego pierwiastka – wyparcie tego, co religijne, z przestrzeni wspólnej, nagie forum publiczne?

Tacy autorzy jak André Comte-Sponville, Sam Harris, Luc Ferry, Richard Dawkins czy Alain de Botton są przekonani, że jest to możliwe. Twierdzą, że to właśnie religia jest owym „hamulcowym”, niepozwalającym osiągnąć takiego stanu, w którym racje konfesyjne są tylko prywatne, a na forum publicznym spotykamy się wyłącznie jako ludzie i obywatele, dzięki czemu żyje się nam lepiej i bezpieczniej.

Na czym miałoby się opierać to spotkanie, jeśli pozbawiamy się jednego z najbardziej więziotwórczych czynników, jakim jest religia?

Na przykład na przyjęciu pewnego minimum wartości, takich jak: wolność, tolerancja, pluralizm, racjonalność, swobody obywatelskie. To są hasła liberalizmu od ponad dwóch stuleci obecne w projekcie demoliberalnej struktury społecznej. Jednak kiedy czytam teksty współczesnych ateistów, zastanawiam się, co według nich jest tym kwantum wartości i dlaczego w jego skład wchodzą te, a nie inne idee? Liberalizm ma z tym pewien problem, bo jeśli opieramy się wyłącznie na doczesnym rozumieniu rzeczywistości, to nie ma nienegocjowalnych i nieredukowalnych prawd. I choć hasła liberalizmu są naprawdę bardzo ważne i społecznie cenne, to osobiście mam kłopot z tym, jak w konkretnych sytuacjach – choćby tych dotyczących dziś spraw obyczajowych czy bioetycznych – nie mając stałego punktu odniesienia, ostatecznie zdecydować, co można zrobić, a na co nigdy nie można pozwolić. Bez wartości uniwersalnych wszystko wydaje się relatywne, włącznie z ludzkim życiem czy międzyludzkimi relacjami. Brakuje zatem fundamentu, na który wszyscy w tym indywidualistyczno-liberalnym świecie by się zgodzili i na którym można by ten świat budować.

A może ten fundament dopiero się wyłania? Może miejsce religii tradycyjnej ma zająć „świecka religia” ze swoimi nienaruszalnymi „dogmatami”?

Takim dogmatem jest na przykład tolerancja. Osobiście sądzę jednak, że liberalizm nie ma spójnej światopoglądowej propozycji zbudowania trwałych, nieredukowalnych i nienegocjowalnych wartości.

Czy prawdziwa jest teza, że dziś sekularyzuje się religię, a uświęca się kulturę?

Tak, dostrzegalna jest taka tendencja. Pytanie, co z tego wyniknie. W moim przekonaniu może to być droga do powstania politycznej czy społecznej gnozy. Uświęcona pewnymi laickimi rytuałami kultura staje się quasi-sakramentem – widzialnym znakiem czegoś niewidzialnego. Tym „czymś niewidzialnym” nie jest jednak łaska Boga (jak w chrześcijaństwie), a wartości takie jak braterstwo, współczucie, wspólnota, poczucie odpowiedzialności, solidarność, sprzeciw. Uwidoczniają się one podczas quasi-liturgii, którymi są akcje społeczne, koncerty czy performance. Boję się jednak, że ta forma nie przynosi wolności duchowej, tylko manieruje człowieka, sprawia, że poszukując zaspokojenia tęsknot duchowych, otrzymuje on miałką odpowiedź zadowalającą sferę psychiczną, ale ostatecznie pozbawioną naprawdę głębokiej treści – siły, którą ma osobowy kontakt z Bogiem żywym, Bogiem transcendentnym i działającym.

Czyż nie jest tak, że rozbierając sukcesywnie – cegła po cegle – stary religijny świat, próbuje się budować nowy z tego samego materiału?

Tak mówią autorzy, o których wspominałem, a którzy proponują nową laicką formę życia społecznego i politycznego. Dobrze to wyraża książka, Alaina de Bottona „Religia dla ateistów”. Jest świetnie napisana ale absolutnie się z nią nie zgadzam. Ona w znakomity sposób pokazuje pozytywistyczne pragnienie wzięcia z religii tego, co najcenniejsze: mądrości, refleksyjności, ciszy, medytacji, realizacji ludzkich tęsknot, po to jednak, żeby budować laickie, wolne od religii społeczeństwo. Podobnie uważają André Comte-Sponville czy Mark Lilla, twierdząc, że jesteśmy w trakcie powolnego rozbierania starego gmachu konfesji i budowania nowego, świeckiego świata. Życzę powodzenia, ale nie wierzę w ich sukces.

Jak wygląda ta przebudowa? Czy jest to zaplanowany, systematyczny, podzielony na z góry przewidziane etapy projekt, czy raczej chaotyczna samowola budowlana?

Tego nie wiem, ale śledząc różne wypowiedzi intelektualistów, widzę to jako pewien proces realizowania tego, co wspomniany już Mark Lilla nazwał „wielką separacją”. To próba oddzielenia tego co konfesyjne od tego co publiczne, która opiera się na przekonaniu, że jeżeli religia wyemigruje do sfery prywatnej, to będziemy potrafili się ze sobą porozumieć i zbudujemy rzeczywistość pozbawioną religijnego konfliktu. Na tym właśnie polega idea tzw. pustej ściany – wolnego od symboli religijnych forum publicznego. Ten laicki projekt chce przekonać ludzi, że nie chodzi o samą negację Boga i religii, ale nadzieję, że jeśli publiczna i polityczna przestrzeń zostanie pozbawiona religijnej narracji, to tym samym, niejako z definicji, stanie się lepsza. Nie będzie generowała opresyjności i konfrontacji, wręcz przeciwnie, ujawni się jako miejsce debaty, w której mogą zostać wypracowane lepsze niż religijne rozwiązania. Nie wiem, czy można o tym mówić jako o zorganizowanym projekcie, ale na pewno jest to tendencja – pewnego rodzaju fala – wyraźnie dostrzegalna także w wielu instytucjach, szczególnie europejskich.

A może ta fala okaże się w pewnym sensie uzdrawiająca? Przecież niesie ona z sobą hasła dotyczące wyzwolenia wspólnoty od skostniałych praw, które mają odnaleźć bądź nie swoje miejsce w prywatnym życiu każdego z nas. Będziemy mieli wybór. Czyż ta idea nie ma „ewangelicznego posmaku”?

Ma. Te ateistyczne manifesty naprawdę dobrze brzmią i są dla wielu właśnie jak „dobra nowina”. Zwłaszcza rzetelnie dopracowana jest teza dotycząca owego „wyzwolenia”, o którym pan wspomniał. Jednak – poza tym, że pozbawia nas ona fundamentu (przecież jakieś wartości muszą mieć wartość) – obawiam się, że ogranicza człowieka do sfery czysto przyrodzonej, czy – jak pisał Karl Rahner – do poziomu sprytnego zwierzęcia. Moim zdaniem pozbawienie człowieka pragnienia przekroczenia samego siebie i transcendentnej relacji z Bogiem w jakiś sposób nas upadla. Ludzie tym się różnią od sprytnych zwierząt, że w pewnym sensie są zdolni do przekroczenia swojej egzystencji. Zwłaszcza w sytuacjach granicznych, takich jak cierpienie czy śmierć. Uważam, że ostatecznie jest to możliwe tylko dzięki religii. Dlatego laicki pomysł na życie społeczne nas nie uwalnia, a wręcz przeciwnie – ogranicza nas do tego, co tu i teraz.

Czy odpowiedzi na pragnienie owej nieredukowalności nie udziela dziś wyraźniej islam?

Być może, choć ja głęboko wierzę w autentycznie wierzących chrześcijan. Myślę, że ich prawdziwe i gorliwe zaangażowanie jest alternatywą dla religijnej siły islamu.

To by oznaczało, że – wbrew powszechnemu przekonaniu – falę sekularyzacji można powstrzymać. Tymczasem niedawno rozmawiałem z ważnym polskim kardynałem, który stwierdził, że takiego znaczenia jak dawniej Kościół nie będzie miał już nigdy.

Potrzeba religijna jest w człowieku tak żywa, że nie da się jej zagłuszyć. Islam nie jest jednak odpowiedzią dla Europy. To chrześcijaństwo wypracowało kompromis, który z jednej strony uwzględniał „autonomię doczesności”, jak nazywał to Jacques Maritain, a z drugiej strony ukazał niezbywalną rolę religii w życiu publicznym. Najlepszym tego przykładem jest II Sobór Watykański – mądre rozpoznanie przez Kościół, że żyjemy w pluralistycznym świecie, w którym nie wszyscy są chrześcijanami, ale – nie negując swojej tożsamości religijnej – możemy się spotkać na płaszczyźnie dobra wspólnego. Profesor Stefan Swieżawski zwykł wspominać powiedzenie Jeana Guittona, który stwierdził, że jeśli za pięćset lat ktoś będzie chciał opracować historię XX wieku – strasznego i potwornie bestialskiego – to skonstatuje, że najważniejszym wydarzeniem tego czasu był II Sobór Watykański, gdzie Kościół wypracował przestrzeń spotkania z każdym, kto szuka prawdy i pragnie wspólnego dobra.

Bo może ksiądz jako ksiądz musi wierzyć. Tylko czy to nie jest czarowanie rzeczywistości albo coś w rodzaju uporczywej terapii?

Ja wyrażam swoje nadzieje. Każdy ma do tego prawo. W mojej ocenie sprawa absolutnie nie jest przegrana. Piłka jest wciąż w grze, a ważną rolę w tej rozgrywce mają do odegrania zaangażowani wierzący świeccy.

A czy nie jest swoistym przejawem sekularyzacji to, że nie uwzględniamy w tej rozgrywce roli najważniejszego rozgrywającego?

Czyli kogo?

Boga.

On interweniuje, działa w świecie przez ludzi. Tak właśnie pracuje Kościół. Pięknie ujmują to dokumenty soborowe, które wzywają do gorliwości w wyznawaniu wiary i rozpoznawania znaków czasu. To jest ciągle aktualny przekaz o naszym współdziałaniu w świecie z Bogiem, który przy pomocy Kościoła przeprowadza swoje – jak to się dziś modnie mówi – projekty.

Skoro tak, to może sekularyzacja jest jednym z takich projektów. Słyszałem tezę, że jest ona czymś w rodzaju diety oczyszczającej – nie zawsze przyjemna, ale może wyjść na zdrowie…

To ciekawa teza i nawet fikuśna intelektualnie, ale czytając uważnie Stary i Nowy Testament, nie znajduję jej potwierdzenia. Widać tam wyraźnie, że Bóg nie chce sekularyzacji, ateizmu ani agnostycyzmu. On chce, aby jak najwięcej osób poznało prawdę o Jezusie Chrystusie i zostało w Chrystusie zbawionych. 

ks. Jacek Grzybowski – ur. 1973, święcenia kapłańskie przyjął w 1998, jest doktorem habilitowanym filozofii, profesorem UKSW gdzie wykłada filozofię kultury, filozofię polityki i historię filozofii. Autor m.in. "Myśl filozoficznie - myśl politycznie! Analiza i ocena historyczno-kulturowych racji filozofii polityki" (2013), "Byt, Tożsamość, Naród. Próba wyjaśnienia formuły tożsamość narodowa w perspektywie metafizyki" (2012). Jest rezydentem w parafii św. Łukasza Ewangelisty w Warszawie-Tarchominie.

Marcin Gutowski – ur. 1983, absolwent Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od 2006 roku reporter związany z Programem III Polskiego Radia. Prowadzi autorski program "Przyciasny beret". W 2015 roku wydał zbiór kilkuset rozmów i reportaży "Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny". Jest żonaty, ma dwie córki. Mieszka pod Warszawą.

Szukam rodziców

SAMA MIŁOŚĆ NIE WYSTARCZY

•••

Dziecko adoptowane cierpi nie dlatego, że się znalazło w szczęśliwej rodzinie, tylko dlatego, że zostało odrzucone przez inną rodzinę, tę biologiczną.

Z WIESŁAWĄ SĘDZIAK z Chrześcijańskiego Ośrodka Adopcyjnego "Pro Familia" w Poznaniu rozmawia Katarzyna Kolska

FOT. JORDAN WHITT / UNSPLASH.COM

Katarzyna Kolska: Ilu dzieciom znalazłaś rodziców?

Wiesława Sędziak: Nie odpowiem w liczbie pojedynczej, bo nasza praca jest pracą zespołową. Co roku w naszym ośrodku około dwadzieścioro dzieci trafia do adopcji. Niestety, nie każdemu dziecku jesteśmy w stanie znaleźć rodziców, mam tu na myśli głównie dzieci chore i te starsze. Czasami jednak udaje się im znaleźć rodzinę gdzieś w Polsce lub za granicą.

Spotykacie tu ludzi w jakiś sposób nieszczęśliwych, dotkniętych cierpieniem bezdzietności. Udaje się wam przejść z nimi tę drogę od nieszczęścia do szczęścia?

Tego byśmy sobie wszyscy życzyli. Ale doskonale wiemy, że adopcja to nie tylko słodycz. Rodzicielstwo samo w sobie nie jest łatwym zadaniem, a rodzicielstwo adopcyjne jest zadaniem szczególnym, i nie dla każdego. Pary, z którymi pracujemy, „żegnają się” z nami w chwili, gdy trafia do nich dziecko. Nie bagatelizując tego, co jest wcześniej – przygotowań, diagnostyki, szkolenia – ich droga zaczyna się właśnie w tym momencie. A wtedy pojawiają się różnego rodzaju trudności, rozpoczyna się życie. Chciałybyśmy, aby było ono szczęśliwe, ale wiemy, że bywają różne odcienie rodzicielstwa adopcyjnego.

Po ilu latach starań o własne biologiczne dzieci małżonkowie pukają do waszych drzwi?

Bardzo różnie to wygląda. Jeżeli para wie, że istnieją poważne trudności medyczne, które uniemożliwiają poczęcie dziecka, dość szybko podejmuje taką decyzję. Gdy diagnoza nie jest jednoznaczna albo gdy teoretycznie wszystko jest dobrze, a dzieci mimo to nie ma, małżonkowie odwlekają moment starania się o adopcję i przychodzą po pięciu, siedmiu latach. Ale znam też pary, które decyzję o adopcji podjęły dopiero po dziesięciu latach starań o dziecko biologiczne.

Także po nieudanymin vitro?

Zdarza się. Niejednokrotnie są to pary, które przed podjęciem decyzji o adopcji korzystają z wszystkich dostępnych metod medycznych.

Adopcja jest już wtedy dla nich jedyną drogą do rodzicielstwa?

Na ogół tak. Są też pary, które równolegle prowadzą te dwa procesy, chociaż myślę, że to nie jest korzystne.

Dlaczego?

Bo żeby zacząć myśleć o adopcji, małżonkowie muszą przeżyć „żałobę” po swoim nienarodzonym dziecku. I jak każdą żałobę trzeba ją przeżyć od początku do końca. Nie można iść na skróty. To bardzo ważne dla samych małżonków, ale też dla dziecka, które z nimi w przyszłości będzie. Dziecko adoptowane nie może być „zamiast” dziecka biologicznego, nie może być plastrem na ich ranę bezdzietności.

Przychodzą małżonkowie do ośrodka adopcyjnego i…?

…i najpierw staramy się poznać ich motywacje, przekonać się, że oboje pragną dziecka, że to jest ich wspólna decyzja. Że są gotowi zaakceptować inność człowieka, jego historię. Adopcja nie może być dowartościowaniem siebie. Rodzicielstwo to przecież towarzyszenie dziecku, a nie zaspokajanie własnych aspiracji. I jeśli dla kogoś na przykład strach przed samotną starością jest jedynym argumentem, by przyjąć i wychować dziecko, to można być pewnym, że taka adopcja się po prostu nie uda. Nim para zostanie zakwalifikowana i rozpocznie szkolenie przygotowujące do bycia rodzicami adopcyjnymi, spotyka się z naszym pedagogiem, z psychologiem, przeprowadzamy też wywiad w miejscu zamieszkania małżonków. A potem zapraszamy na pierwsze spotkanie.

Rodziców biologicznych nie przygotowuje się do rodzicielstwa.

A szkoda. Można by uniknąć wielu niepotrzebnych błędów w wychowaniu. Rodzice adopcyjni mają ten przywilej. Rozmawiamy z nimi między innymi o tym, czym jest adopcja i czym rodzicielstwo adopcyjne różni się od biologicznego.

Rodzicielstwo adopcyjne jest trudniejsze niż rodzicielstwo biologiczne?

Moim zdaniem tak.

Dlaczego?

W rodzicielstwie biologicznym pomaga nam natura – zarówno dziecku, jak i rodzicom.

Rodzice adopcyjni są pozbawieni tego początku, wskakują w rodzicielstwo w którymś momencie życia dziecka i potrzebują czasu, żeby je przyjąć, zaakceptować, oswoić się z nim. Przecież jest to dla nich obcy człowiek. W związku z tym muszą go poznać, muszą się bardziej zaangażować. Są ludzie, którzy nie potrafią tego przejść, bo myślą, że można pokochać tylko krew z krwi i kość z kości, nie mogą sobie poradzić z obcym zapachem dziecka, z jego tożsamością, z tym, że ma innych rodziców, że nie jest bezpośrednio z nich.

Z jakimi wyobrażeniami o swoim rodzicielstwie i o dziecku trafiają do ośrodka potencjalni rodzice?

Nie wiem, czy z wyobrażeniami. Rodzice adopcyjni czasami boją się nawet marzyć. To jest ich mechanizm obronny, żeby się brutalnie nie rozminąć z tymi wyobrażeniami. Przecież nie będą mieli wpływu na to, jak ich dziecko będzie wyglądało, tak jak rodzice biologiczni nie mają na to wpływu. Oczywiście biologia pomaga nam w tym sensie, że rodzi się dziecko podobne do mamy albo do taty. Ale nawet dzieci adopcyjne stają się podobne do swoich rodziców – w gestach, w uśmiechu, grymasach twarzy.

Mam wrażenie, że przychodzą do nas coraz bardziej świadomi ludzie i nie tworzą sobie takich obrazów jak kiedyś, że chcą adoptować małą, śliczną blondynkę z kitkami. To odchodzi do lamusa. Oczywiście zawsze w sercu jest jakieś pragnienie, jakieś wyobrażenie, bo ktoś ma w rodzinie fajne dzieci i my też chcielibyśmy takie mieć.

To znaczy, że nie musicie ich sprowadzać z nieba na ziemię?

Bardzo rzadko nam się to zdarza. Raczej w delikatny sposób urealniamy obraz ich rodzicielstwa.

Niektórzy myślą, że miłością zrobią wszystko – uzdrowią, wyleczą, poprowadzą, wychowają. A sama miłość nie wystarczy. Trzeba być wyposażonym w bardzo konkretną wiedzę. I to jest właśnie nasze zadanie. Bo rodzicielstwo adopcyjne jest rodzicielstwem terapeutycznym.

W adopcji nie ma miłości od pierwszego wejrzenia?

Pewnie się zdarza. Bo przecież ci ludzie długo czekają na dziecko, bardzo go pragną. Ci bardziej emocjonalni liczą na to, że pojawi się efekt „wow”, że będą fajerwerki przy pierwszym spotkaniu, a przecież nie musi ich być, nie jesteśmy w stanie się do tego zmusić.

Wychowanie generalnie jest po stronie rodzica, a nie po stronie dziecka. Pokochać można przecież każdego. Oczywiście wszystko zależy od tego, jak rozumiemy miłość. I to właśnie my w ośrodku powinniśmy zdiagnozować – czy ma się wyposażenie do miłości, czy ma się to coś, co sprawi, że zaakceptuje się tego drugiego człowieka takiego, jaki on jest i jaki będzie się stawał.

Kiedyś dzieci adopcyjne przywoziło się w tajemnicy z drugiego krańca Polski. Te czasy chyba już minęły, prawda?

Tak, mamy dziś na szczęście zupełnie inny stosunek do adopcji niż 20 czy 30 lat temu. Wiąże się to ze zmianami społecznymi w naszym kraju – jesteśmy bardziej otwarci na szeroko rozumianą inność, a adopcja mieści się w tej inności. Jest coraz więcej rodzin, w których wychowują się adoptowane dzieci. Dzięki temu, że adopcja przestała być tajemnicą, ludzie nie czują się tacy samotni w tym wyborze. I śmielej o tym mówią.

Czy żeby pokochać cudze dziecko, trzeba mieć większe serce?

Nie tyle większe serce, ile pewną szczególną cechę osobowości, taki X-factor. Najłatwiej jest tym osobom, które bez trudu potrafią zaakceptować drugiego człowieka, jego inność. Osoby hermetyczne, niewychodzące poza krąg własnej rodziny będą miały z tym największy problem.

Spotkania przygotowujące pary do adopcji trwają kilka miesięcy. Czy już wtedy widać, że niektórzy nie podołają rodzicielstwu adopcyjnemu?

Czasami tak. I gdybym w oparciu o lata moich doświadczeń miała stworzyć modelowy obraz rodziców adopcyjnych, powiedziałabym, że są to ludzie, którzy mają bardzo harmonijną osobowością, a szczególnie ciepłą sferę emocjonalną. Z jednej strony wspierający, ale też stawiający granice, potrafiący wymagać, ale nie restrykcyjni, bardzo plastyczni, odporni na stres. Postrzegający wychowanie jako towarzyszenie, a nie zawłaszczanie.

Czy zdarza się, że podczas spotkań przygotowujących małżonków do adopcji musicie powiedzieć jakiejś parze, że to nie jest droga dla nich?

Czasami tak się zdarza. I to jest dla nas bardzo trudny moment. Wymaga ogromnej delikatności. Robimy to jednak ze względu na ich dobro i dobro dziecka, którym mieliby się ewentualnie zająć. Zwykle dotyczy to osób, które są bardzo poranione i mają niezwykle trudne doświadczenia swojej historii życia.

Wszyscy chcą malutkie dziecko?

Dwadzieścia lat temu większość małżonków, precyzując swoje oczekiwania, mówiła, że chciałaby adoptować dziecko do trzeciego miesiąca życia. W tej chwili to jest rzadkość. Powiedziałabym nawet, że jest więcej par gotowych przyjąć trochę starsze dzieci, dwu- i trzylatki.

Czego najbardziej boją się rodzice?

Najczęściej pojawia się lęk, czy dziecko mnie pokocha, a za tym idzie pytanie, czy ja pokocham dziecko. Potem jest niepokój związany ze zdrowiem. Kandydaci na rodziców adopcyjnych są bardzo świadomi, dużo czytają w internecie, wiedzą, czym jest FAS, czyli płodowy zespół alkoholowy, który może być przyczyną różnych problemów dziecka. Boją się też obciążeń genetycznych, tego, co może się ujawnić potem, a czego nie jesteśmy w stanie stwierdzić we wczesnej diagnostyce.

Ponieważ rodzice adopcyjni nie znają rodziców biologicznych, muszą się opierać na podstawowych informacjach o rodzinie, które oczywiście im przekazujemy, ale z ich punktu widzenia to i tak jest wielka niewiadoma. W życiu najbardziej boimy się tego, czego nie znamy, ponieważ wtedy górę bierze wyobraźnia. A ona podpowiada nam niejednokrotnie czarne scenariusze.

I w tym czarnym scenariuszu jest lęk, że dziecko odnajdzie swoich biologicznych rodziców i będzie chciało do nich wrócić?

Myślę, że nawet jeśli ktoś o tym nie mówi, to bardzo się tego obawia, dlatego staramy się to urealniać. Są takie dzieci, które oczywiście pytają, ale na tym się zatrzymują i nie dążą do tego, by poznawać biologicznych rodziców. Są też takie, które będą ich poszukiwały, bo są ciekawe świata, z którego przybyły, zobaczą i powiedzą: To mi wystarczy. Tylko część, i to nieznaczna, będzie poszukiwała i nawiązywała kontakty z rodziną biologiczną. W dużej mierze wszystko zależy jednak od sposobu myślenia rodziców adopcyjnych na ten temat. To oni postawią na tym pieczątkę, a dziecko odzwierciedli ich sposób myślenia – bardzo lękowy albo odważny i konfrontujący.

Kiedy rodzice powinni powiedzieć dziecku, że jest adoptowane?

Według wszystkich fachowców świata, którzy ciągle się nad tym zastanawiają, trzeba mówić od początku, żeby oswajać z tym dziecko, tak jak z każdym trudniejszym tematem. Oczywiście musi to być dostosowane do jego wieku.

Na początku, na etapie dwu-, trzylatka, dziecko dopiero poznaje świat. Można więc mu powiedzieć, że jest adoptowane, że mama nie mogła go urodzić. Ono nie ma odniesienia, nie wie, ile dzieci jest z brzuszka, a ile z serduszka, ile jest biologicznych, a ile adoptowanych, nie wie, jak wygląda konstelacja rodzin, więc przyjmuje to wyjaśnienie i mówi: Aha. I nie rzutuje to na jego poczucie własnej wartości. Ma czas, żeby oswoić tę informację.

Jeśli dowie się o tym dopiero wtedy, gdy zacznie chodzić do szkoły, albo jeszcze później, to poczuje, że jest inne niż większość rówieśników. I pomyśli: jestem gorsze. A to się już wiąże z ogromnym cierpieniem.

Dlatego zawsze powtarzamy parom, które w naszym ośrodku przygotowują się do rodzicielstwa adopcyjnego, że trzeba iść za dzieckiem, patrzeć, na co jest gotowe, słuchać pytań, które zadaje, i w miarę dojrzewania uzupełniać jego wiedzę.

A jeśli nie pyta?

To istnieje wtedy ogromna pokusa, żeby nie mówić wcale. Rodzice myślą sobie: Powiemy mu, gdy będzie starsze, wtedy to na pewno lepiej zrozumie. I tak można odraczać w nieskończoność.

Ktoś mi powiedział: Nie chcemy powiedzieć naszej córce, że jest dzieckiem adoptowanym, bo ona jest z nami taka szczęśliwa.

Dziecko adoptowane cierpi nie dlatego, że jest w szczęśliwej rodzinie, tylko dlatego, że zostało odrzucone przez inną rodzinę, tę biologiczną. Bo jeśli ktoś wyrzucił mnie z gniazda, to boli, więc się zastanawiam, dlaczego to zrobił. A dziecko nie kombinuje, tylko myśli najprościej, jak potrafi: Byłem jakimś wybrakowanym towarem, coś ze mną jest nie tak. Takie myślenie ogromnie uderza w poczucie własnej wartości. I to jest wielki problem dzieci adopcyjnych i cierpienie na całe życie. One muszą sobie jakoś poradzić z tymi dwoma światami. Bycie porzuconym przez rodziców jest jednym z najdotkliwszych doświadczeń człowieka.

Czy rodzice adopcyjni mogą jakoś pomóc, żeby to cierpienie nie było takie wielkie?

Najważniejsza jest szczera rozmowa, stworzenie warunków na jej przeprowadzenie i umożliwienie dziecku zadawania pytań. Małżonkowie muszą wspierać także siebie, swój związek, dbać o jego temperaturę i rozwój. W moim odczuciu także o wzajemny rozwój duchowy i z tej sfery czerpać siły do wspierania dziecka.

Powinni mówić dobrze o rodzinie, z której dziecko przyszło?

Wirtualnie muszą ją zaakceptować, bo w przeciwnym razie nie pokochają dziecka, które przyjęli. To jest ogromne wyzwanie dla rodziców adopcyjnych, by przyjąć dziecko z jego rodziną pochodzenia.

Przecież nie znają tej rodziny.

Więc mogą powiedzieć tyle, ile wiedzą od nas. Nie idealizując, ale też nie dramatyzując tego przekazu.

W jaki sposób rozmawiać o tym z dzieckiem?

Odważnie, bez lęku i ogromnie wspierająco. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć prawdę i zabić. Prawda jest ważna, ale trzeba ją przekazywać delikatnie i ogromnie wesprzeć dziecko, opowiedzieć mu jego historię na pewnym poziomie ogólności. Prosimy rodziców, by podczas rozmowy z dzieckiem używali konkretnych określeń, na przykład, że rodzicie biologiczni nie potrafili się nim z różnych względów zająć, bo albo byli nieudolni, albo niepełnosprawni, albo chorzy psychicznie, albo uwikłani w nałogi. Nie potrafili to takie słowo klucz – prawdziwe, ale nie- raniące. I brzmi zupełnie inaczej niż powiedzenie komuś, że ktoś cię nie chciał albo wyrzucił. Jeśli się kogoś kocha, to chce mu się oszczędzić cierpienia i nawet najtrudniejsze rzeczy powiedzieć z delikatnością.

A jeśli dziecko dowie się o tym, że jest adoptowane, nie od swoich rodziców? Przecież może tak się zdarzyć.

Może. Bo jeżeli rodzice odraczają moment powiedzenia prawdy, to dziecko dowie się w inny sposób.

Powiedzą mu koledzy w szkole?

Albo sąsiad. To są katastrofy, ponieważ nie można budować miłości i więzi na braku zaufania. Jeżeli czegoś takiego nie powiedziało się dziecku, a to jest najważniejsza rzecz w adopcji, to ono zapyta: Czego jeszcze mi nie powiedzieliście? Będzie miało poczucie okłamania, a wtedy w sercu człowieka od razu pojawia się nieufność.

Są rodzice, którzy chcą chronić dziecko – trochę prawdziwie, a trochę fałszywie – i czekają z tą informacją, aż będzie dorosłe, bo wtedy, w ich odczuciu, łatwiej sobie z tym poradzi. No tak, ale nie ma żadnej gwarancji, że dziecko się tego nie dowie, a poza tym nie można budować swojej tożsamości przez 18 czy 20 lat, a potem nagle obnażyć siebie i budować wszystko od początku. Lepiej iść kawałeczek po kawałeczku, dzień po dniu, z cierpieniem, ale też z miłością.

Na dziecko biologiczne czeka się dziewięć miesięcy. A jak długo czeka się na dziecko adoptowane?

Od momentu rejestracji w ośrodku adopcyjnym do chwili przyjęcia dziecka mija zwykle około dwóch, trzech lat.

A każdy chciałby już?

Każdy chciałby już, ponieważ przychodzi do ośrodka nie w momencie zawarcia związku małżeńskiego, tylko po wielu, wielu próbach bycia rodzicem.

A wy każecie im czekać i pewnie dlatego macie łatkę niedobrych urzędników, którzy rzucają kłody pod nogi.

Nie mamy wyjścia. Tłumaczymy, z czego to wynika, i mam nadzieję, że wszyscy, którzy rozsądnie myślą, rozumieją to.

Czy po tylu latach pracy z rodzinami adopcyjnymi możesz śmiało powiedzieć, że rodzicielstwo adopcyjne potrafi być szczęśliwe, spełnione?

Tylko dla tych, którzy to zaakceptowali i którzy wiedzą, że dziecka adopcyjnego – podobnie jak dziecka biologicznego – nie wychowuje się dla siebie, ale dla świata. Rodzice są po to, by je w ten świat posłać – z najlepszym błogosławieństwem . 

Wiesława Sędziak – pedagog specjalny, w latach 1987-1993 wychowawca w Domu Dziecka w Poznaniu, od 1993 do chwili obecnej pedagog w Chrześcijańskim Ośrodku Adopcyjnym "Pro Familia" w Poznaniu. Prywatnie mama dwóch córek - Ani i Klary.

Katarzyna Kolska – dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu.