Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 158 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 11/2015 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 11/2015 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 11/2015 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

piszemy w tym numerze o granicach grzechu. O sytuacjach, gdy grzech wcale nie wydaje się nam taki oczywisty. Kłamstwo, kradzież, zdrada – nie mamy problemu, by zobaczyć w nich zło. Ale grzeszenie myślą i zaniedbaniem? To już pewna przesada. Nasi autorzy pod spodem swoich refleksji przypominają, że chrześcijaństwo jest religią wolności. I najgorsza rzecz, jaka może się nam zdarzyć w przypadku konfliktu lub wątpliwości sumienia, to pogodzenie się z tym, że „nic nie można zmienić i trzeba grzeszyć”, albo chowanie się za duchową bezradnością („nie wiem, nie potrafię ocenić swojego działania”). Przeciwieństwem wiary nie jest niewiara, tylko lęk i determinizm. Powiedzenie „nie da się” jest często zgrabnym samousprawiedliwieniem, żeby nic nie zmieniać, bo zaangażowanie oznaczałoby konieczność opowiedzenia się „za” lub „przeciw” w sytuacji, która jest moralnie dwuznaczna. Jak mówi ojciec Paweł Krupa OP – Boga trzeba słuchać. To prawda. Ale nie dlatego, że On ma wielką moc i przygniata mnie kolanem, tylko dlatego, że wie najlepiej, co jest dla mnie dobre, a z tym nie zawsze chcemy się zgodzić, bo w końcu… to my wiemy lepiej.

Bóg nie łamie naszego sumienia. Nie czyni z nas ludzi całkowicie od Niego zależnych, niezdolnych do podejmowania samodzielnych decyzji. To niszczyłoby naszą relację z Nim. Więc żeby jej nie zniszczyć, trzeba się wsłuchać we własne sumienie. Jak je kształtować, jak nim właściwie zarządzać i jak je szanować – o tym w listopadowym „W drodze”. 

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

HISTERIA? RACZEJ ZASKOCZENIE

NIE JESTEM GODZIEN

800-lecie dominikanów

WSZYSTKIM I WSZĘDZIE

OD GOŁĘBIA POCZTOWEGO DO INTERNETU

TYLE MAMY DO ZROBIENIE

Kiedy zaczyna się grzech?

SKĄD MAM WIEDZIEĆ, ŻE TO GŁOS BOGA?!

ŚWIADOMIE I DOBROWOLNIE

MYŚLĄ I ZANIEDBANIEM

Dźwięki muzyki

CHYBA MAM ZADATKI NA KATA

W TONACJI DUR I MOLL

Orientacje

KRUCHA RODZINA

SWING, KOBIETA I DIABEŁ

Felietony

WŁADZA I POSŁUGI

BLISKOŚĆ

MIASTO NIEODWRACALNE

SYNDROM STENDHALA

EKSTREMALNA TOLERANCJA

Pytania w drodze

AKTY HOMOSEKSUALNE

Dominikanie na niedziele

NAD KOŚĆMI

NAGŁOŚNIONY PRZYPADEK

KONIEC CZY POCZĄTEK

DAŁ ŚWIADECTWO

ADWENT I ĆWICZENIE PAMIĘCI

Rozmowa w drodze

HISTERIA? RACZEJ ZASKOCZENIE

•••

Jeśli ktoś uważa, że sędziowie lekkomyślnie będą orzekać nieważność małżeństwa, to się myli. A to właśnie wywołuje strach, bo kojarzy się z atakiem na nierozerwalność. Zupełnie niepotrzebnie.

Z ks. ADAMEM PAWLASZCZYKIEM, oficjałem Sądu Metropolitalnego w Katowicach, rozmawiają Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP

FOT. SCOTT WEBB/UNSPLASH.COM

KATARZYNA KOLSKA, ROMAN BIELECKI OP: Co to za postać na portrecie, który wisi u księdza nad biurkiem?

KS. ADAM PAWLASZCZYK: To mój mistrz, ksiądz profesor Remigiusz Sobański.

Kim był?

Najwybitniejszym polskim kanonistą, jednym z najczęściej cytowanych na świecie. Niezwykła osobowość, intelekt i geniusz. Zawsze na pierwszym miejscu stawiał człowieka. Kiedy któryś z pracowników sądu nadmiernie przetrzymywał akta sprawy, dostawał od księdza prof. Sobańskiego dość stanowcze napomnienie, w stylu: Przypominam księdzu, że za każdą z tych spraw stoją ludzie a nie papiery – proszę więc przyspieszyć działanie.

Byłoby mu po drodze z papieżem Franciszkiem i ze zmianami, które proponuje?

Profesorowi Sobańskiemu było po drodze z każdym papieżem.

W ostatnich tygodniach można było jednak odnieść wrażenie, że niektórym pracownikom sądów kościelnych z papieżem Franciszkiem nie jest po drodze. Pojawiały się bardzo emocjonalne wypowiedzi.

Rozumiem nastrój, który zapanował. Po 300 latach mamy odstąpić od pewnej ustalonej praktyki. Ci, którzy się tym zajmują zadają sobie pytanie, czy przypadkiem nie posuwamy się za daleko. Ale to jest chyba pierwsze wrażenie po lekturze papieskiego motu proprio Mitis Iudex Dominus Iesus. Kiedy człowiek wczyta się w ten dokument i spróbuje sobie wyobrazić, jak to w praktyce będzie wyglądało – bo normy wejdą w życie dopiero 8 grudnia – zobaczy, że jest to realizacja postulatu, który pojawiał się od dawna, czyli by większym zaufaniem obdarzyć strony procesowe, tzn. małżonków, którzy zawarli małżeństwo i mają prawo zaskarżyć jego ważność.

A nagłówki prasowe krzyczą: Papież ułatwia stwierdzanie nieważności małżeństw. Czy tak jest?

W tydzień po opublikowaniu dokumentu w jednym z dzienników pojawił się tytuł: „Rozwód kościelny w 45 dni? Jednak tak!”. Przypomina to pewien typ reklam operatorów sieci komórkowych: Wszystko za 9,99 – rozmowy, esemesy, internet. To prawda, ale tylko wtedy, kiedy dzwonisz o drugiej w nocy, masz na imię Marian, a twoja żona ma na imię Katarzyna, i rozmawiasz, stojąc wychylony przez okno. W tym przypadku jest podobnie: 45 dni dotyczy formuły procesu skróconego, który raczej niezbyt często będzie miał miejsce.

Czy propozycja papieża to zamach na sakrament małżeństwa?

Nie.

To skąd te emocje?

Zamach to jest pojęcie pejoratywne, które oznaczałoby zerwanie z tradycją nierozerwalności. Tak naprawdę procedura stwierdzenia zachowania małżeństwa dawała poczucie spokoju. Nie bierzemy udziału w rozwodzie kościelnym, tylko w udowodnieniu, a raczej w dojściu do przekonania, czy małżeństwo stron zostało zawarte ważnie. Obawy, związane prawdopodobnie z zarzutami i podejrzeniami z rozmaitych stron, towarzyszyły sędziom kościelnym zapewne od zawsze. I dokładnie te same emocje mają miejsce dzisiaj, kiedy okazuje się, że pewne instytucje nie są już konieczne, na przykład zatwierdzenie wyroku przez drugą instancję.

To przypomnijmy, jak jest obecnie.

Do sądu kościelnego musi trafić skarga powodowa, w której jedno z małżonków – lub oboje małżonkowie, choć to się zdarza rzadko – twierdzi, że jego małżeństwo zostało zawarte nieważnie. Warto od razu zaznaczyć, że małżonek nie skarży drugiego małżonka, tak jak w przypadku rozwodu cywilnego, podczas którego sędziowie orzekają, czy zawiniła jedna strona, czy dwie. W sądzie kościelnym mamy do czynienia z zupełnie innym myśleniem i nomenklaturą.

Co się z tą skargą dzieje?

Przewodniczący trybunału stwierdza, czy skarga spełnia wymogi formalne. Jeśli zostanie przyjęta, wyznaczany jest trybunał, składający się z trzech sędziów, obrońcy węzła małżeńskiego i notariusza.

Potem rozpoczyna się instrukcja sprawy, czyli zbieranie materiału dowodowego. Są to przesłuchania stron, ich zeznania, przesłuchania świadków i zebranie innych ewentualnych dowodów. Ponieważ ogrom spraw toczy się z przyczyn, które leżą głęboko w ludzkiej psychice, potrzebne jest też badanie biegłego psychologa. Po zebraniu materiału dowodowego i jego ocenie następuje publikacja akt. Każda ze stron ma równe prawo do tego, żeby zapoznać się z tym materiałem, przeczytać swoje własne zeznania, zeznania drugiej strony i świadków. Po zamknięciu sprawy obrońca węzła małżeńskiego analizuje całość materiału i pisze swoje wotum.

To znaczy?

Ma wytoczyć wszystkie argumenty, przemawiające za tym, że małżeństwo zostało zawarte ważnie. Funkcja obrońcy węzła małżeńskiego i jego metodologia pracy zmieniły się na przestrzeni lat. Trzeba przypomnieć, że urząd ten utworzył w 1741 roku papież Benedykt XIV. Zrobił tak z powodu wzrastającej liczby stwierdzeń nieważności, zwłaszcza w Polsce. Dlatego obrońcy zawsze mieli obowiązek za wszelką cenę i wszystkimi możliwymi argumentami przekonywać, że nieważność nie została udowodniona. Od pewnego czasu pojawiła się jednak tendencja, by trochę obrońców mitygować. Powiedziano wprost, że nie mogą tworzyć sztucznych konstrukcji i uprawiać swoistej gimnastyki na argumenty, byle tylko udowodnić, że małżeństwo było ważnie zawarte. Są przypadki tak oczywiste, że aż biją po oczach.

Po wystąpieniu obrońcy węzła małżeńskiego sędziowie spotykają się na sesji sędziowskiej, zapoznają się z całością materiału dowodowego, wotują i wydają wyrok.

Czy sędziowie ze sobą rozmawiają?

Tak. Ale każdy z nich wydaje swoje wotum zupełnie niezależnie. Jeśli w wyroku orzekli nieważność małżeństwa, wymaga on zatwierdzenia przez drugą instancję.

Sąd drugiej instancji ma podważyć wiarygodność sędziów?

Nie mówiłbym tutaj o wiarygodności. Po prostu zdarzały się rozbieżności w interpretacji zebranego materiału, który w drugiej instancji jest często poszerzany.

Pierwsza instancja wydaje orzeczenie. Sprawa trafia do drugiej instancji. Co dalej?

Jeśli druga instancja zatwierdzi wyrok, to strony są stanu wolnego i mogą zawrzeć – o ile nie załączono do wyroku zakazu – ponowne małżeństwo.

A jeśli sąd drugiej instancji orzekł odwrotnie?

To wówczas – jeśli ktoś od takiego negatywnego wyroku apelował – sprawę przejmuje sąd trzeciej instancji i proces toczy się od nowa. Werdykt takiego sądu jest ostateczny.

Jak długo to wszystko trwa?

Zgodnie z prawem proces w pierwszej instancji powinien trwać najwyżej rok, a w drugiej pół roku. Ale nie oszukujmy się, polskie realia są wyjątkowe, nie da się ich porównać do realiów w jakimkolwiek innym Kościele lokalnym.

Ile nowych spraw trafia co roku do sądu?

Do trybunału kościelnego pierwszej instancji w Katowicach trafia rocznie około 150 nowych spraw. To znaczy, tyle zostaje przyjętych do procesu. Jeśli dołączymy do tego drugą i trzecią instancję, to na bieżąco, na przestrzeni jednego roku, w katowickim sądzie toczy się około 300 spraw.

Mówi ksiądz: Tutaj rok, tutaj – pół roku. A w praktyce?

Zaryzykuję stwierdzenie, że w naszym sądzie wszystko zamyka się mniej więcej w dwóch latach.

To skąd legendy, że procesy ciągną się latami?

Przypuszczam, że powstały w odległych czasach. Procesy faktycznie były dłuższe. Teraz też się czasami przeciągają, nie tyle z powodu opieszałości sędziego, ile raczej z konieczności umożliwienia stronom zebrania materiału dowodowego oraz przede wszystkim zachowania prawa do obrony. Proszę też pamiętać, że sędzia ma obowiązek załatwiania spraw w kolejności ich zgłaszania. Kolejka jest niestety długa, więc kiedy sprawa wpłynie i zostaje przyjęta, ludzie czekają czasami pół roku na przesłuchanie.

Czy mógłby ksiądz podać przykłady takich spraw, które, jak to ksiądz stwierdził, „biły po oczach” i nie budziły żadnych wątpliwości?

Oczywiście. Ale ponieważ nie chcę przytaczać historii dosłownie, trochę na potrzeby tej rozmowy przez analogię powymyślam: Dwa dni przed ślubem narzeczony zauważa narzeczoną w objęciach swojego brata. Nie wpada w panikę, choć wydaje mu się to dziwne. Tydzień po ślubie znika zarówno nowo poślubiona małżonka, jak i jego brat. Po miesiącu okazuje się, że wylądowali za granicą, ponieważ tak naprawdę kochają siebie nawzajem.

Niedługo potem małżonkowie zgodnie chcą stwierdzenia nieważności małżeństwa z tytułu symulacji zgody małżeńskiej. Kobieta kochała jednego z braci, no ale cóż – nie tego, którego poślubiła. Cała rodzina już o tym wie. Widać wyraźne symptomy – dziwne zachowanie w przeddzień małżeństwa, rozstanie w tydzień po ślubie. Po miesiącu od ślubu kobieta jest oficjalnie w nowym związku z bratem swojego męża.

A inne oczywiste powody przemawiające za nieważnie zawartym sakramentem małżeństwa?

Nie lubię słowa „oczywiste”, ponieważ pewność moralna to nie jest oczywistość.

W takim razie niech będą jaskrawe przykłady.

Małżeństwo zostaje zawarte, ponieważ narzeczona mówi do narzeczonego, że zaszła w ciążę. Tydzień po ślubie okazuje się, że owszem, była w ciąży, ale z innym mężczyzną i wiedziała o tym doskonale, ale wiedziała też, że tamten się z nią nie ożeni, więc żeby wymusić małżeństwo, dokonała podstępnego wprowadzenia w błąd.

A gdyby nie była w ciąży? To też byłoby wprowadzenie w błąd?

Tak. Wciąż chodzi o podstęp w celu zawarcia małżeństwa.

A co z niedojrzałością psychiczną?

„Niedojrzałość” nie występuje w Kodeksie prawa kanonicznego. W kanonie 1095 Kodeksu jest mowa o niezdolności do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich. W pierwszym punkcie mamy chorobę psychiczną, w drugim brak rozeznania oceniającego, a w trzecim jest mowa o niezdolności „z przyczyn natury psychicznej”. Oczywiście, te „przyczyny natury psychicznej” to jest coś, w czym niedojrzałość może się zawierać. Sama w sobie jednak nie powoduje nieważności. Najczęściej chodzi o wady osobowości tak poważne, że człowiek nimi dotknięty nie jest w stanie zbudować pełnej wspólnoty życia i miłości, jaką jest małżeństwo wedle określenia Soboru Watykańskiego II.

Na czym polegają zmiany proponowane przez papieża Franciszka?

Są natury formalnej i nie odnoszą się do przyczyn nieważności. Zasadnicza zmiana polega na tym, że wyrok pierwszej instancji, orzekający nieważność małżeństwa, nie będzie wymagał zatwierdzenia przez instancję drugą.

Co teoretycznie powinno skrócić cały proces o pół roku.

Tak. Po drugie wprowadzono pewien nowy rodzaj procesu – tzw. proces skrócony. Jeżeli obie strony zgadzają się ze sobą i twierdzą, że ich małżeństwo zostało zawarte nieważnie, a ta nieważność wydaje się oczywista, oficjał, przyjmując skargę, decyduje, czy może zostać wprowadzona formuła procesu skróconego.

Ile będzie on trwał?

Powinien się zamknąć w 45 dniach. Jest to wyjście naprzeciw stronom procesowym – ich wiarygodności i oczywistym faktom.

To dość istotna zmiana: Papież w ten sposób akcentuje wartość ludzkiego sumienia. To chyba dobre.

Oczywiście. Trzeba być jednak ostrożnym. Każdy człowiek ma swoją wizję małżeństwa i miłości. Dziewczyna, która po 10 latach od rozpadu związku poznaje nowego mężczyznę i zaczyna go kochać, i po raz pierwszy w życiu odczuwa coś, czego nigdy wcześniej nie czuła, mówi: 15 lat temu to nie była miłość, to małżeństwo było nieważne – wiem o tym i jestem przekonana, że Bóg nie chciał tego małżeństwa. Czy w ten sposób można stwierdzać nieważność? Uważam, że byłaby to droga do tego, by każde małżeństwo, któremu się nie powiodło, uznać za nieważnie zawarte. A nie o to chodzi papieżowi.

Zastanawiam się jednak, dlaczego sumienie sędziego – no bo rozumiem, że sędzia, podejmując decyzję, oprócz materiału dowodowego, którym dysponuje, rozeznaje sprawę we własnym sumieniu – dlaczego jego sumienie ma być ważniejszą instancją niż sumienie małżonków.

Bo małżeństwo przynależy do kategorii tak zwanego dobra publicznego. Prawda o jego nierozerwalności należy do depozytu wiary w Kościele. Innymi słowy, wiążąc się węzłem sakramentalnym, człowiek podejmuje pewne zobowiązanie ze wszystkimi aspektami prawnymi, które Kościół jako wspólnota stawia wobec małżeństwa. Tym samym w ocenie swojego działania poddaje się pod osąd Kościoła. I nie może mieć w przyszłości pretensji, że zdanie Kościoła będzie ważniejsze niż jego osobiste przekonania. To konsekwencja bardzo konkretnego wyboru.

Jak ksiądz myśli, dlaczego papież upraszcza procedury w takim momencie?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Mogę powołać się jedynie na to, co zapisane jest w papieskim dokumencie. Papież mówi w nim o mgle wątpliwości czy ciemności, w której tkwią osoby co do ważności swojego małżeństwa. Od dawna mówiło się o tym, że wierny ma prawo do życia w ważnym związku małżeńskim i ma prawo do bycia świadomym ważności swojego małżeństwa. Papież wyartykułował to bardzo jasno, do tego stopnia, że zmienił 20 kanonów kodeksu kanonicznego. Na pewno miał w tym cel duszpasterski: mówi przecież, że chodzi o dusze i sumienia tych osób, które w tej ciemności i w tej mgle żyją.

Porozmawiajmy o pieniądzach. Czy procesy muszą kosztować? I czy to prawda, że są bardzo drogie?

Znów będę musiał obalić kilka mitów. Mogę powiedzieć, że koszty korespondencji sądowej w ciągu jednego miesiąca to kwota około 12 tysięcy złotych. Przewyższają koszty korespondencji wszystkich innych instytucji kurialnych i to o wiele. Wynika to z tego, że wszystkie listy nadawane są pocztą poleconą. Do tego trzeba dodać wynagrodzenia dla biegłych psychologów i tłumaczy, którzy zazwyczaj są osobami świeckimi, mają swoje rodziny i za pracę na rzecz sądu dostają wynagrodzenie. O kosztach funkcjonowania takiej instytucji jak sąd nie wspominam, a są naprawdę wysokie. Jeśli nie pokryje ich strona powodowa, która zgłasza sprawę do sądu, to musi za to zapłacić Kościół lokalny, diecezja. Chcę jednak stanowczo podkreślić, że strona zawsze ma prawo zwrócić się o umorzenie kosztów procesowych, rozłożenie ich na raty bądź ich zmniejszenie. Nie jest więc prawdą, że z powodu braku pieniędzy ktoś nie może uregulować swoich spraw małżeńskich.

To o jakich kwotach mówimy?

W pierwszej instancji sądu katowickiego koszty procesowe wynoszą 1200 zł.

Ile kosztuje druga instancja?

Około 500 zł.

Skąd więc te legendarne wielkie sumy?

Nie wiem. Z plotek? Powtarzanych w ciemno nieprawdziwych informacji? Może jednak również chodzić o wynagrodzenia dla osób, które namawiają do współpracy, ogłaszając się jako specjaliści. Słyszałem, że niektórzy biorą nawet kilka tysięcy złotych za sporządzenie pisma procesowego czy dalszą pomoc. Nie mówię tu oczywiście o adwokatach, którzy z urzędu są dopuszczeni do reprezentowania stron.

Zostańmy jeszcze chwilę przy liczbach. W ilu mniej więcej sprawach, które wpływają, sąd orzeka, że małżeństwo zostało zawarte nieważnie?

Myślę, że jest to około 60 procent.

Czy uproszczenie tych procedur przez papieża spowoduje to, że więcej osób zdecyduje się na uregulowanie swojej sytuacji?

Nie wiem. Musiałbym wróżyć.

A jako sędzia z wieloletnim doświadczeniem mógłby ksiądz ocenić, czy te zmiany są dobre?

Wprowadził je papież, czyli są dobre.

Proszę się nie zasłaniać papieżem. Pytam, co ksiądz myśli na ten temat.

Spuszczę troszeczkę z tonu i przywołam księdza profesora Sobańskiego, o którym już rozmawialiśmy. Pamiętam jego refleksje o szacunku należnym sędziom. Jeśli trzech sprawdzonych, wieloletnich pracowników sądu, prawych, wykształconych ludzi stwierdza nieważność danego małżeństwa, to być może druga instancja jest zbytecznym formalizmem? Te głosy pojawiały się już dawno. Kościół jest wspólnotą, w której zaufanie drugiej osobie jest konieczne.

Powiedział ksiądz, że skoro papież to wprowadził, to jest dobre. Nie dyskutujemy z dogmatami, ale kwestia zmiany pewnych procedur to nie dogmat. Mamy więc prawo się z tym nie zgadzać.

Owszem, ma pani prawo się nie zgadzać. Ale moja odpowiedź jest wciąż taka sama: Papież tak powiedział, więc to jest dobre.

Jednak histeria, która wybuchła, pokazała, że nie wszyscy są co do tego przekonani.

Nie używajmy słowa „histeria”.

Duże zamieszanie?

Nazwijmy to zaskoczeniem. Nie dziwmy się ludziom, którzy po latach oczywistości nagle się dowiadują, że odchodzimy od pewnych instytucji. Mają prawo być zaskoczeni. Dojrzalsi i dłużej zajmujący się procesem kościelnym wiedzieli, że emocje w końcu opadną.

I?

Każdy dojrzały sędzia, biorąc do ręki dokument papieski napisany przez zespół najlepszych znawców tematu w Kościele, powinien najpierw dziesięć razy głęboko odetchnąć, a potem pójść spać. Emocje nie są dobre w takich okolicznościach.

No to na zakończenie zadam to medialne pytanie: Będzie łatwiej czy nie?

To zależy, o jakie „łatwiej” pytamy. „Łatwiej” w znaczeniu trochę szybciej, bo procedury będą prostsze? Tak. „Łatwiej”, bo sędziowie będą lekkomyślnie orzekać nieważność małżeństwa? Nie. A to właśnie wywołuje strach, bo kojarzy się z atakiem na nierozerwalność. Zupełnie niepotrzebnie. 

ks. Adam Pawlaszczyk – ur. 1971, kapłan archidiecezji katowickiej, doktor prawa kanonicznego, oficjał katowickiego Sądu Metropolitalnego. Mieszka w Katowicach.

Katarzyna Kolska – dziennikarka, redaktor miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

NIE JESTEM GODZIEN

•••

Gdyby mi pozwolono, wówczas podszedłbym do stołu Pana na najwcześniejszej z porannych mszy, w najmniejszym z okolicznych kościołów. Wszak rozumiem wrażliwość tych, których moje życiowe decyzje zgorszyły, a może i skrzywdziły.

M.

Nigdy nie byłem godzien, abyś przyszedł do mnie. Nigdy nie będę, a nade wszystko nie jestem. Dałeś mi godność, ale pomimo to nie byłem nigdy godny, abyś do mnie przyszedł. Także, a może zwłaszcza wtedy, gdy… przychodziłeś.

Zawsze lubiłem tego setnika, za którym od wieków powtarzamy: „Panie, nie jestem godzien”. Nauczył mnie tych słów stary ksiądz prefekt na katechezie w drugiej klasie podstawówki, uczyła matka. Chyba je rozumiałem i chyba rozumiem.

Wielu rzuca mi dziś z mocą w twarz to, co sam dobrze wiem. Że nie jestem godzien przystępowania do komunii świętej, gdyż jestem rozwodnikiem i żyję w nowym związku. Nie pytałem ich, co o mnie myślą. Nikogo nie pytałem. Nie na moje pytanie odpowiadają, mówiąc, że nie jestem godny. Odpowiadają papieżowi, który, wśród wielu pytań zadanych wiernym, a zwłaszcza biskupom, poprosił również, by mu powiedzieli, co myślą o mnie… Czy tacy jak ja są godni przystępować do stołu Pana?

Jesienią 2014 roku spora grupa ludzi, w większości starszych ode mnie, a ja już młody nie jestem, zebrała się w Rzymie, by rozmawiać o tym, czy jestem godzien. Odebrałem to spotkanie jako coś niezasłużonego, coś, o co nie ośmieliłbym się nigdy prosić, a co – przez fakt, że się stało – jest dla mnie szczególnym znakiem przynależności do Kościoła. Skoro są tacy, którzy – mimo że zgrzeszyłem – spotkali się, by rozmawiać o mojej sytuacji, okazali troskę o mnie, dostrzegli mój problem, choć im o tym nie mówiłem, choć o nic ich nie prosiłem… Że też im się chciało…

Niedawno w moim parafialnym kościele w modlitwie powszechnej padło wezwanie, by ogarnąć nią również takich jak ja. Mój biskup, który skrytykował ostro idee płynące z rzymskiego synodu, rozesłał list na mój temat i też potraktował mnie jak duszpasterz.

Rozstałem się z moją żoną. Nie zamierzam o tym opowiadać. Nic nikomu do tego, jak nam było ze sobą, co każde z nas zrobiło, że naszego małżeństwa nie ma, co uczyniliśmy, by je ratować, a co zaniedbaliśmy. To nasza porażka i nasza tajemnica, ale przecież nie przed Nim. Wiem, rzecz jasna, że złamałem ważną regułę, zgrzeszyłem. Rozważałem moje rozstanie z żoną i związanie z kobietą, z którą żyję. Nie chwalę się rozwodem. Nie znalazłem innej drogi dla niej, dla siebie, dla dzieci. Dziś, po latach, bardziej nawet niż wtedy, uważam, że innej drogi nie było.

W ciszy i bez ostentacji kocham swoją kobietę i pragnę być z nią do końca. Każdej niedzieli idziemy do kościoła i wypowiadamy te słowa: „Panie, nie jestem godzien”. Od kiedy jesteśmy razem, stały się one może najważniejszymi spośród wypowiadanych podczas mszy świętych. Każdego razu po tych czterech słowach milknę, bo nie mam odwagi mówić, że wystarczy przecież jedno boskie słowo, by dusza moja była uzdrowiona. Wiem jednak, że nie jestem godzien, aby przyszedł do mnie. Pozostajemy na kolanach, patrząc na idących do komunii i wracających od stołu Pana i dziękujemy Mu, że pozwolił nam znów przyjść do świątyni, by podziękować za dobra, które z Jego przyczyny stały się naszym udziałem w ostatnim tygodniu.

Ani razu nie ośmieliłem się po rozwodzie i związaniu się z moją kobietą prosić Boga o możliwość przystąpienia do komunii. W głębi duszy myślę, że tradycyjnemu stanowisku Kościoła trudno odmówić racji w podkreślaniu świętości i nierozerwalności małżeństwa, aż po sankcję zakazu przyjmowania Najświętszego Sakramentu przez żyjących w nowych związkach. Gdybym jednak mógł dostąpić swej drugiej pierwszej komunii… po tych kilku latach… Myślę, że łatwiej byłoby mi być lepszym, a bardzo bym chciał. Miałbym więcej sił, by o to się starać.