Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 161 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 10/2016 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 10/2016 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 10/2016 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

czasami myślimy, że nasza wiara będzie trwała i niezmienna, bo skoro raz doświadczyliśmy bliskości Boga, to już wystarczy nam to na całe życie – nie zwątpimy nawet w chwili największej próby. A przecież się zdarza, że Bóg milczy, wydaje się nieobecny. W takich momentach wszystko, czego do tej pory się nauczyliśmy o modlitwie, zaufaniu i nadziei, wydaje się odległą przeszłością. Zamiast pocieszenia przychodzi rozczarowanie. To, co wcześniej uważaliśmy za szczęście, jest puste, jałowe i w żaden sposób nie pomaga. O takich ciemnych nocach wiary piszemy w tym numerze „W drodze”.

To nie są łatwe prawdy, bo przypominają nam o tym, że do naszego życia duchowego należy też kryzys, zmaganie, bolesna konfrontacja z samym sobą i zdzieranie masek – również tych, które zakładamy przed Panem Bogiem. Mamy wówczas do Niego pretensje, bo skoro jest źle, to pewnie nas za coś ukarał.

Nasi autorzy z dużą pokorą podkreślają, że niezmienna jest prawda o Bogu, który się nam objawił jako Miłość, choć jednocześnie wyraźnie zaznaczają, że udział w życiu Jezusa to nie tylko doświadczanie Jego łaski, ale także cierpień i trudności, w których On nam towarzyszy. Być może kiedy pokonamy początkową złość, dostrzeżemy, że kiedy Bóg nic nie mówi, to odsyła nas do tego, co już wcześniej nam powiedział przez swoje Słowo, przez innych ludzi czy przez sakramenty. To też Jego sposób docierania do naszych opornych serc, ale i zaproszenie do poszukiwań w wierze.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

WIDZĘ WIĘCEJ

Ciemna noc mojej wiary

PAN BÓG SIĘ TROCHĘ UKRYŁ

POKONANI PRZEZ BOGA

SĄ KIEROWCY NIEDZIELNI I RAJDOWI

KIEDY WSZYSTKO SIĘ WALI

Kościół w państwie

RYZYKO UZALEŻNIENIA

BYCIE KSIĘDZEM NIE CZYNI PROROKIEM

ALBO, ALBO

Kontrowersje

ROZEZNAWANIE NIGDY SIĘ NIE KOŃCZY

Zaginione skarby

SZUKAM EMOCJI, A NIE PIENIĘDZY

Orientacje

FILM O CZŁOWIEKU

ARCHIPELAG ZWANY POLSKĄ

Felietony

PATRZĄC NA LWY

STYL WITOLDA

JESTEM Z TOBĄ

PLAMA NIEPOKOJU

PERŁA NA PUSTYNI

Pytania w drodze

LĘK I FASCYNACJA

Dominikanie na niedziele

TWOJA WOLA

MOWA ŻYCIA

BÓG JEST W INNYCH

PROŚ O WSZYSTKO

TY JESTEŚ TYM CZŁOWIEKIEM

ZEJDŹ Z DRZEWA

Rozmowa w drodze

WIDZĘ WIĘCEJ

•••

Przypisywanie fotografom złych intencji jest czymś nowym. Nie czułem tego, gdy zaczynałem pracę. Ta zmiana nastąpiła w ostatnich latach. Nazywam ją fałszywą demokracją.

Z fotografem CHRISEM NIEDENTHALEM rozmawia Paulina Wilk

FOT. ALBERT ZAWADA / AGENCJA GAZETA

Paulina Wilk: Na co lubi pan patrzeć?

Chris Niedenthal: Na życie. Interesują mnie ludzie i to, co się dzieje wokół nich. Teraz, na starsze lata, trochę się uspokajam i zaczynam doceniać piękne miejsca, krajobrazy.

Jak pan patrzy na ludzi? Łapczywie, ciekawsko, subtelnie?

Nie wiem, czy subtelnie, ale w jakimś sensie – z ukrycia. Nie muszę być o metr czy pół metra od kogoś, by go sfotografować. Wolę być dalej, pozostać niewidzialny.

Z oddalenia widać lepiej?

Wolę taką sytuację, kiedy ktoś, kogo fotografuję, nie widzi mnie, może nawet nie jest świadomy mojej obecności. Teraz forsowane jest nowe, restrykcyjne prawo, ograniczające możliwość robienia i publikowania zdjęć. To pomysły niszczące pracę fotografa. Nie wierzę, że człowiek w miejscu publicznym ma prawo do ochrony wizerunku.

Czyli wszyscy mamy prawo do patrzenia?

I do widzenia. Nagle prawnicy – najpierw w Ameryce – powiedzieli ludziom, że fotografowanie jest wkraczaniem w prywatność. I że można zarobić na jej ochronie.

Pojawił się lęk, że patrzący może nas skrzywdzić. Choćby tym, że widzi nas takich, jacy jesteśmy.

Owszem, fotograf widzi gesty, reakcje, miny, każdy ruch. Chwyta to, co tworzy ciekawe zdjęcie. Zwraca uwagę na naturalne zachowania. Czy to źle? Uważam, że ludzie, którzy znaleźli się w moich albumach z lat 70. czy 80., powinni być zachwyceni, że zostali uwiecznieni, kiedy byli młodzi, i to w ważnych, przełomowych momentach – także własnego życia.

No właśnie, do niedawna bycie fotografowanym traktowano jak komplement.

I tak powinno być. W dostrzeżeniu kogoś, uwiecznieniu go na zdjęciu, nie ma niczego złego. Oczywiście, jeśli paparazzi naruszają prywatność, wchodzą na czyjś teren i dosłownie grzebią w brudach, to co innego. Ale to nie są fotoreporterzy, tylko ludzie, którzy umieją obsługiwać aparat i robić na tym pieniądze.

Może mylimy patrzenie z podglądaniem?

Rzeczywiście. Przypisywanie fotografom złych intencji jest czymś nowym. Nie czułem tego, gdy zaczynałem pracę. Ta zmiana nastąpiła w ostatnich latach. Nazywam ją fałszywą demokracją – niedobrym rozumieniem prawa.

To tak, jakbyśmy stracili do siebie zaufanie, zakazali patrzenia w oczy, dostrzegania siebie nawzajem.

Najbardziej czuje się to w przypadku dzieci. Szkoda, bo one są wdzięcznymi modelami. Rok temu na Malcie, tuż przed zmrokiem, obserwowałem grupkę dzieci idących przez ulicę i sfotografowałem je z przystanku autobusowego. Momentalnie podskoczyły do mnie i powiedziały, żebym ich nie fotografował i nie wrzucał zdjęć na Facebooka. Dzieciom się wpaja, że człowiek fotografujący to ktoś zły.

A zdjęcie skojarzyły z mediami społecznościowymi. Może nie wiedzą, że istnieje ktoś taki jak zawodowy fotograf?

Robienie zdjęć smartfonami i małymi aparatami fotograficznymi doprowadziło do tego, że wszystkich traktuje się jak fotografów. To ogromna zmiana. A dzieci rzeczywiście mogą mieć wrażenie, że zdjęcia robi się tylko po to, by umieścić je na Facebooku.

Zdarzyło się panu kiedyś nie opublikować zdjęcia, bo mogłoby ono kogoś zranić, sprawić mu przykrość?

Wiele razy. Robię zdjęcia, myśląc o świecie pozytywnie, a nie zastanawiając się nad tym, by komuś zaszkodzić. Jeśli się zdarza, że za bardzo wkraczam w prywatność, smutek, tragedię, to zawsze mogę się wycofać. To kwestia wyczucia. Często fotografowałem ludzi w sytuacjach religijnych. Starałem się nie robić zdjęć katolikom podczas sakramentu komunii świętej, uważałem, że to moment prywatny. Nawet w ostatni dzień strajku w Stoczni Gdańskiej, gdy ksiądz Henryk Jankowski udzielał komunii Lechowi Wałęsie, Annie Walentynowicz i innym działaczom, fotografowałem tę sytuację niechętnie, z daleka, długim obiektywem. Na tym samym zdjęciu widać moich kolegów, którzy z bliska polują na zdjęcie, niemal zaglądając im w usta. Wydaje mi się, że moje zdjęcie okazało się ciekawsze, bo ujęło też księdza, tłum, kontekst, a przy okazji to, jak my fotografujący bywamy czasami nachalni.

Czy da się sfotografować religijne uniesienie, moment duchowej przemiany?

Jednym z moich pierwszych zleceń, jeszcze w Anglii, były egzorcyzmy. Fotografowałem je w kościele. Bardziej ekspresyjny niż człowiek, nad którym odprawiano egzorcyzm, był ksiądz. Miał w sobie jakiś rodzaj szaleństwa, obłęd. U katolików rzadko się zdarzają momenty widocznej ekstazy, częściej bywałem jej świadkiem podczas obrzędów żydowskich.

Bycie fotografem prowadzi do wielu niezwykłych miejsc. Co dzięki temu pan zobaczył?

Wszystko, co udało mi się fotografować, było wielkim przeżyciem. Tyle się wtedy działo… strajk w Gdańsku, początek stanu wojennego, upadający mur w Berlinie. Mam szczęście, że trafiłem na ciekawy kawałek historii. Fotografowanie takich momentów było niesamowite, ale zawsze potem miałem problem z ich opisaniem. Wracałem do domu i nie potrafiłem powiedzieć, co robiłem, co się działo. Myślę, że wielu fotografów tak ma. Cud naszej pracy polega na tym, że jesteśmy tam, gdzie się tworzy historia.

Co się dzieje z pana okiem w takich przełomowych chwilach?

Nie ma różnicy między patrzeniem w pracy i „po godzinach”. Kiedy idę ulicą bez aparatu, kadruję i fotografuję oczami. Widzę świat w kadrach. A kiedy jestem w ważnym miejscu i czasie, moim obowiązkiem jest zarejestrowanie tego najlepiej, jak umiem.

Jakie to jest uczucie? Maksymalne skupienie, powstrzymywanie emocji?

Wpada się w trans. Jakiś polityk wygłasza płomienne przemówienie albo duchowny kazanie, a ja tylko jednym uchem rejestruję dźwięk, nie słyszę słów. W zeszłym roku fotografowałem Międzynarodowy Konkurs Chopinowski, byłem otoczony muzyką, ale nie jestem pewien, ile słyszałem. Fotograf skupia się na tym, by dojść do sedna sprawy.

Czyli?

Uchwycić coś więcej. Najważniejszy moment, wyraz twarzy, sens wydarzenia, a nie jego płaską rejestrację. Konkurs Chopinowski był dla mnie nietypowym wyzwaniem. Znalazłem dobre miejsce przy organach, z tyłu sceny, jedyne, które pozwalało mi uchwycić muzyków z widownią w tle. Chciałem, żeby było widać słuchających – to diametralnie zmienia optykę, uzmysławia, że ktoś gra dla kogoś.

Musiałem sobie poradzić w środowisku trochę niechętnym, tam panują ogromne napięcia, emocje, skupienie. Dla tych kilkudziesięciu muzyków fotograf jest intruzem.

Trudny paradoks: żeby zobaczyć, musi pan pozostać niewidzialny.

Aparat może spowodować, że ludzie zaczną coś odgrywać. Polityka, którą fotografowałem najczęściej, to w jakimś sensie fałszywy sport – mało w niej prawdy, autentyczności. To fotografom daje wolną rękę, by wypatrywać momentów nieuwagi, tych gestów i min, gdy polityk opuści gardę, przestanie się pilnować tuż przed wystąpieniem lub po nim – rzadka okazja, więc ją wykorzystujemy. Z politykami jesteśmy mniej subtelni. Nigdy nie dawałem im taryfy ulgowej.

Jako fotoreporter publikujący zdjęcia w „Time” czy „Newsweeku” pokazywał pan ludziom świat własnymi oczami. Czy mając świadomość tego, że polityka jest spektaklem, zdołał pan jednak pokazać prawdę o ludziach władzy?

Niewiele było takich okazji. Fotoreporter natrafia na pewne ograniczenia, a często znajduje się w tłumie innych fotografów. Na przykład pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski były ściśle kontrolowane, szczególnie po zamachu.

Powiedziałabym, że papież z pańskiej okładki „Newsweeka” to właśnie autentyczny Wojtyła.

Papież był świadomy mediów i swojego wizerunku, ale miał też pewien atut – bardzo miłą twarz. Dobrotliwą, inteligentną, ciepłą i ojcowską. To, że potrafił ten walor wykorzystać wobec tłumów czy dziennikarzy, świadczy tylko na jego korzyść. Na tym zdjęciu, które udało mi się zrobić w 1979 roku na Jasnej Górze, jest bardzo naturalny. Było już po mszy, wyszedł raz jeszcze, żeby zamienić kilka słów z tłumem pielgrzymów. Trzymał w rękach czerwono-białe goździki, zachowywał się swobodnie. Zawdzięczam to zdjęcie znajomemu zakonnikowi, który poradził mi, żebym nie wracał do centrum prasowego, tylko zaczekał. A potem udostępnił mi wejście na wieżę bazyliki.

Jak ważna dla wartości tego, co pan widzi i dokumentuje, jest unikatowość, wyłączność?

Najważniejsza. Choć rzadka. Przykładem są zdjęcia, które zrobiłem, gdy jako pierwszemu udało mi się wejść na teren Stoczni Gdańskiej w drugim dniu strajku. To nie są ujęcia rewelacyjne ani szczególnie kunsztowne, ale historycznie ich waga jest ogromna, bo to pierwsze zdjęcia z hali BHP. I cud, że je zrobiłem, mimo zakazu stoczniowców. Do środka wszedłem dzięki sprytowi. Namówiłem stoczniowców – z wielkim trudem – by wpuścili angielskiego dziennikarza, z którym byłem, a kiedy w końcu się zgodzili, poprosiłem, by wpuścili także mnie jako jego tłumacza. Surowo zakazali mi robienia zdjęć – bali się, że fotografie posłużą jako dowody przeciwko nim. Ja też się bałem – że zaraz po wyjściu zostanę aresztowany jako obcy szpieg. Ale nie mogłem ich nie zrobić, nie wytrzymałem – widziałem, że dzieje się coś niesamowitego. Posadzili mnie koło człowieka z wąsem, nie miałem jeszcze pojęcia, kim jest Wałęsa, ale przysłuchiwałem się jego negocjacjom z dyrektorem stoczni i od razu poczułem, że on wie, co robi. Jak tylko zarządzono przerwę na kawę, wyjąłem aparat.

Teraz, gdy pan o tym opowiada, ma pan te widoki przed oczami?

Każdą sekundę. Tamte wydarzenia zrobiły na mnie wrażenie. To był mój chrzest bojowy i moment zwrotny, bo stałem się fotografem politycznym, choć nigdy tego nie chciałem.

Ma pan pamięć fotograficzną czy epizodyczną?

Żona mówi, że mijanego na ulicy człowieka zapamiętuję w detalach – każdy pieprzyk, krzywe zęby…

Kiedy pan dostrzegł, że widzi więcej?

Gdy tylko dostałem pierwszy aparat. Od tej pory nic innego mnie nie interesowało. Jako nastolatek fotografowałem gościom stopy, buty. Rodzina się trochę oburzała, że tak szperam, ale każdy młody fotograf szuka czegoś, co może okazać się ważne.

Czy taką uważność widzenia można w sobie wykształcić?

Można ją pielęgnować, ale najpierw trzeba ją mieć. Wszyscy jakoś patrzymy na świat, ale tylko niektórzy go widzą.

A pan swoją zdolność widzenia pielęgnuje, zmienia pan pejzaże, daje oczom wypocząć?

Raczej idę przez życie i zatrzymuję się przy tym, co mnie interesuje. Ale przyznam, że po tym wszystkim, co się wydarzyło w czasie upadku komunizmu, po tych intensywnych latach pracy w Polsce, Niemczech, Czechosłowacji, Rumunii, Bułgarii i Związku Radzieckim wypaliłem się. I miałem dosyć polityki. Poczułem, że mnie znudziła. Nie wiedziałem, co dalej robić jako fotograf.

Nie było już na co patrzeć?

Normalna polityka nie miała dla mnie smaku, adrenaliny. Założyłem z przyjacielem studio, zająłem się fotografią reklamową i komercyjną. Wytrzymałem sześć lat.

Trudno było dostrzec coś fascynującego w zwykłym życiu?

Właściwie nigdy już nie poczułem takich emocji, nie przeżyłem takiego buzowania. Ale zacząłem robić zdjęcia dzieciom upośledzonym umysłowo. To mnie pochłonęło, przygotowałem kilka wystaw. Robiłem je z potrzeby serca, ale i po to, żeby w jakiś sposób odwdzięczyć się za to, że miałem ciekawe życie dzięki wsparciu wielu ludzi.

Po latach robienia zdjęć, które wszyscy chcieli zobaczyć, zajął się pan fotografowaniem chorób, na które nikt nie chce patrzeć…

Mamy w rodzinie chorego chłopca, byłem z tym problemem oswojony. Część kolegów uważała, że wziąłem łatwy temat, wyciskacz łez. Dzieci, na przykład z zespołem Downa czy zaburzeniami psychicznymi, podczas sesji zachowywały się tak samo jak zdrowe – uciekały albo pozowały. Na wernisażach po raz pierwszy były gwiazdami, w centrum zainteresowania. Wtedy czułem, że było warto.

Fotografował pan kiedyś coś, co przeraża?

Nigdy nie pracowałem na wojnie. Raz tylko – podczas krótkiej wojny słoweńsko-serbskiej – byłem świadkiem ostatnich strzałów, wycofania czołgów. Słoweńcy wygrywali. Staliśmy na wzgórzu, na pograniczu austriacko-słoweńskim. W miasteczku na dole, jak w teatrze, ostatnie walki. Zbliżyłem się do słoweńskich żołnierzy, zobaczyłem spadający z nieba szrapnel i zrozumiałem, że to nie dla mnie. Nie chciałem.

Dlaczego?

W „Time” wiedzieli, że nie jestem do tego przystosowany emocjonalnie, fizycznie ani psychicznie. Fotoreporter wojenny to inny typ człowieka. Widać gołym okiem – to są ludzie bardzo skoncentrowani, wyciszeni, trochę nerwowi. I świetni, ale czułem, że nie mam czego wśród nich szukać.

Ogląda pan teraz zdjęcia polityczne, wojenne w gazetach, w internecie i co pan widzi?

Z coraz większym trudem odczytuję pisane coraz mniejszą czcionką nazwiska autorów fotografii. Nic tak trafnie nie ilustruje tego, jak są traktowani. Widzę też, że możliwości techniczne są dziś nieporównywalne. Można śmiało fotografować w trudnych warunkach świetlnych, ostrość i szybkość są lepsze. Ale czy zdjęcia są lepsze niż kiedyś?

Czy sposób pokazywania rzeczywistości jest w jakiś istotny sposób inny?

Zdjęcia są często komputerowo przetwarzane, kiedyś były bardziej naturalne, z minimalną ingerencją. Okładki magazynów często nie są już newsowe. Nie oglądamy informacji, tylko zdjęcie kreowane przez fotografa, a potem przez grafików komputerowych. Można powiedzieć, że widzimy inny świat.

Bo realność nas mniej interesuje, potrzebujemy ulepszonej wersji?

To bardzo smutne, że prawda i naturalność są mniej istotne, że ludzie tej prawdy i naturalności się nie domagają. Kolorowe magazyny tworzą fałszywy wizerunek ludzi, przede wszystkim kobiet. Młodzi się na tym wychowują, nie rozumieją różnicy. To samo można powiedzieć o bieżących wydarzeniach w Polsce – trudno mi pojąć, dlaczego niszczone jest to, co przez ćwierć wieku z takim trudem budowano, o co toczyła się walka. Ale młodzi tego nie widzą, cieszą się, bo coś się dzieje, zmienia…

Nie ma pan odruchu, by chwycić za aparat?

Oczywiście, że mam. Chodzę na marsze KOD-u i fotografuję, teraz już jako uczestnik. Skoro przez tyle lat fotografowałem rozwijającą się historię Polski, czuję się w obowiązku robić to i teraz. Wtedy było o co walczyć, a dzisiaj podobne czasy wracają. Boli mnie to, co widzę. Dziwię się i niepokoję.

A gdyby spojrzeć na ten problem fotograficznie. Kto był, a kogo nie było na ważnych zdjęciach ostatnich 25 lat? Może zabrakło dostrzegania zwykłego życia w małych miastach, na wsiach? Pan dawniej takie zdjęcia robił.

Jest wielu polskich fotoreporterów, choćby Mariusz Forecki, którzy wytrwale dokumentują życie codzienne, społeczne, także w małych miasteczkach i wsiach. Tylko że w mediach te zdjęcia nie są już pokazywane. To jest kłopot – nie ma gdzie zaprezentować tego kawałka świata. Pozostają wystawy i albumy.

Ponieważ każdy może dziś fotografować codzienność telefonem czy małym aparatem, rejestrować swoje buty, śniadanie, widok z okna – fotoreporterzy codzienności okazują się zbędni?

Zapotrzebowanie na fotografię jest współcześnie ogromne, na fotografów niestety nie. Stali się kosztownym dodatkiem. Ale mania publikowania w mediach społecznościowych to jednak osobny rozdział. Oddanych zawodowców nie brakuje.

Przedziwna jest ta nieobecność pejzażu społecznego, bo chyba przeoczamy najciekawsze – czyli to, jak żyjemy, ubieramy się, czym jeździmy. Kiedy pan fotografował zwykłe życie w blokowiskach, ciasnych mieszkaniach, na plażach i bazarach, wiedział pan, że tworzy informacyjne archiwum?

To wszystko jest ważne dopiero teraz, po trzydziestu latach. Wtedy nie wiedziałem, że zatrzymuję czas. Byłem młody, chwytałem kadry przypadkiem albo przy okazji jakiegoś tematu. Nie byłem wówczas na tyle mądry, by wiedzieć, ile te fotografie będą kiedyś znaczyły. Teraz radzę młodym fotografom, żeby rejestrowali rzeczywistość.

Jak pan myśli, co sprawia, że bierzemy do ręki urządzenia i tak często pstrykamy?

Zachwyt nad technologią i dostępność. Dla młodych to jest trzecie oko. Wydaje mi się, że w tym zjawisku wcale nie chodzi o fotografowanie, lecz o obrazowanie – po prostu przekazujemy sobie informacje.

A fenomen selfie? To narcyzm czy kontrolowanie swojego wizerunku?

A może po prostu chęć pochwalenia się, że jest się w Tajlandii albo w greckim słońcu? Może to tylko popisy złośliwego samochwały, który chce dopiec kolegom męczącym się w biurze?

Ale skupiamy się na sobie, pozujemy, nakładamy filtry. Wykrzywiamy obraz świata?

Nie, po prostu tracimy czas, oglądając kiepskie zdjęcia. To jeszcze nie jest karalne. Tylko trochę smutne, bo świadczy o tym, że ludzi mniej interesuje to, co się dzieje wokół.

A może tworzymy zbiorowy zapis naszych czasów dla kolejnych pokoleń?

Dokumentowanie zostawiłbym jednak w rękach zawodowych fotografów. Zamiast miliardów przypadkowych zdjęć lepiej obejrzeć tysiąc zrobionych świadomie. Poza tym obawiam się, że te cyfrowe wytwory zginą. Za kilkadziesiąt lat technologia się zmieni, staną się bezużyteczne, zdjęcia zostaną w nieużywanych już twardych dyskach.

Czy fotografia zatrzymuje życie, czy jest migawką podkreślającą jego ulotność?

Chwile są ważne, trwałe dzięki temu, że się w odpowiednim momencie nacisnęło spust. O duchowe aspekty fotografowania powinna pani pytać artystów, ja tak o sobie nie myślę. W moim zawodowym słowniku duchowość nie występuje.

Co pan teraz fotografuje?

Robię to rzadziej. Nie mogę sobie znaleźć drogi w dzisiejszym świecie fotograficznym. Ciągle myślę, jak pokazać to, co się wydarza, unikając banału. Fotografuję klasycznie, nie chcę naśladować współczesnego stylu. Ale kupiłem niedawno aparat, który świetnie leży mi w dłoni. Może teraz zacznę go używać?

Chris Niedenthal – ur. 1950, fotograf. Dokumentował upadek komunizmu w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Jako pierwszy zrobił zdjęcia strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 r., fotografował także stan wojenny. Współpracował z magazynami "Newsweek", "Time" i "Forbes". W 1986 r. otrzymał nagrodę World Press Photo za portret Jánosa Kádára. Urodził się w polskiej rodzinie w Londynie, w Warszawie mieszka od 1973 roku. Pierwszy aparat dostał jako jedenastolatek, w nagrodę za zdanie egzaminu.

Paulina Wilk – ur. 1980, reportażystka, dziennikarka, eseistka. Autorka książki "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii", nominowanej do Nagrody Literackiej Nike 2012 i wyróżnionej nagrodą Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera dla najlepszej książki podróżniczej 2011 r. Specjalizuje się w problemach Azji i kulturze współczesnej. Od 2003 do 2011 roku dziennikarka "Rzeczpospolitej". Współpracuje m.in. z tygodnikiem "Uważam Rze", magazynem "Kontynenty" i TVP Kultura.

Ciemna noc mojej wiary

PAN BÓG SIĘ TROCHĘ UKRYŁ

•••

Duch, który wypędza Jezusa na pustynię, pokazuje, że do życia duchowego należy też kryzys, należy zmaganie, trudna, bolesna konfrontacja z samym sobą, taka odzierająca nas z pewnych masek, również tych pobożnych, przed Panem Bogiem.

Z MACIEJEM BISKUPEM OP rozmawia Katarzyna Kolska

FOT. UNSPLASH.COM

Katarzyna Kolska: Apostołowie mówią do Jezusa: „Panie, przymnóż nam wiary”. Obleciał ich strach, że im tej wiary zabraknie, czy był to raczej przejaw pychy?

Maciej Biskup OP: Chyba jednak strach. Widzą wiarę Jezusa i to, co się dzieje przez Jego ręce, więc kiedy On obiecuje im, że będą to czynić w Jego imię, ogarnia ich lęk, że nie podołają.

Że dopadnie ich kryzys?

Jezus pokazał, że wiara jest zawsze w kryzysie, dlatego że towarzyszy naszemu życiu, naszym przeżyciom, naszemu lękowi, dramatycznym wydarzeniom – śmierci, cierpieniu, zmaganiu się ze swoją nieporadnością.

Piotr najpierw odważnie wyznaje wiarę: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego”. Ale kiedy Jezus zapowiada, że będzie musiał umrzeć, Piotr mówi: „Panie, niech Ciebie Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”. Czyli w jego sercu rodzi się kryzys wiary, którego on jeszcze nie umie nazwać. Buntuje się wewnętrznie przeciw temu doświadczeniu, ale próbuje je złagodzić pobożnością, mówiąc: Panie Jezu, ja Ciebie obronię.

To znaczy, że nigdy nie możemy pewnie stanąć na nogi i poczuć, że wiara jest nasza, że nikt nam jej nie odbierze?

Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak zareagujemy na konkretne doświadczenia w naszym życiu, czy przypadkiem się nie zbuntujemy wobec Pana Boga. Wiara jest zawsze w drodze, a ta droga jest kręta, wyboista i nieznana. Hans Urs von Balthasar pisał w Duchu chrześcijańskim, że „człowiek wierzący wie, ku czemu pielgrzymuje, nie wie jednak, w jaki sposób przyjdzie mu iść”. Dlatego konieczne jest zaufanie, zawierzenie, że nic nas nie może odłączyć od miłości Chrystusa. To jest nasza busola – nie tyle pewność co do naszej wiary, ile zaufanie, że On nas nie zostawi. Matka Teresa z Kalkuty w swoich pamiętnikach pisała: „Panie, mój Boże, kim jestem, że mnie opuszczasz (…) Wołam, lgnę, pragnę – nie ma Nikogo”. Ale kończy to wyznanie trwania w ciemnościach słowami: „Ufam, że wszystko skończy się w Niebie z Jezusem”.

Jezus wołał z krzyża: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Czy to znaczy, że stracił wiarę?

Nie. Jezus jako Bóg był zjednoczony z Ojcem. Ale stając się człowiekiem, przeżywał tę wiarę w swoim człowieczeństwie. Jego wołanie to nie utrata wiary, tylko raczej doświadczenie ciemności.

Pastor Bonhoeffer mówił, że Bóg nie każe nam iść żadną drogą, której by sam nie przeszedł. Stąd jest wcielenie – radykalne słowo ze strony Boga, który mówi: Nie jestem tylko komentatorem twojego życia, nie jestem tylko kimś, kto wyjaśnia i daje ci rady, ale stałem się człowiekiem, żeby przejść przez twoją drogę. Czyli przejść także przez zmaganie w wierze. Widać to choćby na początku misji Jezusa, kiedy duch wypędza go na pustynię.

Ojcowie pustyni mówili, że poznać siebie, to znaczy więcej, niż wskrzeszać umarłych. Poznanie siebie w wierze może zrodzić wiele wątpliwości – człowiek widzi nagle swoje ciemności, lęki, pokusy, pragnienia, które nie zawsze wydają się tak pobożne jak wcześniej. Jezus wchodzi dokładnie w to doświadczenie konfrontacji z tym, z czym my często nie chcemy się konfrontować. Dlatego myślę, że kryzys w wierze może dotyczyć tylko tych osób, które naprawdę głęboko wierzą. Pojęcie „głęboko” jest oczywiście bardzo subiektywne, może więc należałoby powiedzieć, że kryzys dotyka tych, którzy świadomie traktują swoją wiarę.

Życie duchowe kojarzy się nam z pozytywnym przeżywaniem Boga. Tymczasem Duch, który wypędza Jezusa na pustynię, pokazuje, że do życia duchowego należy też kryzys, należy zmaganie, trudna bolesna konfrontacja z samym sobą, taka odzierająca nas z pewnych masek, również tych pobożnych przed Panem Bogiem.

To trochę deprymujące. Bo to tak, jakby iść wysoko w góry i nie mieć pewności, że dojdziemy do celu.

Ten kryzys u każdego może wyglądać trochę inaczej.

Czym w takim razie jest kryzys wiary?

Jeżeli wiara jest relacją z Panem Bogiem, to kryzys dotyczy tej relacji. Przeżywałem różne kryzysy mojej wiary, ale nigdy nie zwątpiłem w obecność Boga w moim życiu. Raczej było to bolesne konfrontowanie się ze sobą, z moimi dziecięcymi czy młodzieńczymi wyobrażeniami o sobie i o mojej wierze. Gdy byłem już księdzem, zakonnikiem, uświadomiłem sobie, że powinienem mówić do Jezusa: Odejdź ode mnie, bo jestem grzesznikiem. Ale wtedy też odkryłem, że moja pobożność nie jest kartą przetargową wobec Pana Boga, że nie przyjdę z naręczem moich cnót i modlitw i wtedy zostanę przyjęty, tylko że jestem przyjęty w całkowitej darmowości. Teresa z Lisieux mówiła, że trzeba się nauczyć stawać przed Bogiem z pustymi rękoma. My jesteśmy raczej wychowani w mentalności „coś za coś”. To znaczy, że musimy coś ze sobą przynieść. Więc deprymuje nas to, że czasami nic nie mamy.

Czy można zastosować jakąś dietę duchową, która nas uchroni przed tym kryzysem?

Przed kryzysem nic nas nie uchroni. Możemy jedynie szukać sposobów, żeby go dobrze przeżyć. To jest tak jak w małżeństwie – nie da się uniknąć kryzysów. Już samo spotkanie mężczyzny z kobietą jest sytuacją kryzysową, bo to są dwa światy, dwa sposoby odczuwania, przeżywania, widzenia. Tak też jest z Bogiem. Bóg przez wcielenie pokazał niesamowitą bliskość, ale On jest zawsze Inny, jest tajemnicą. Znaleźć Go, to szukać Go nieprzerwanie. On ciągle się wymyka z moich wyobrażeń. Święty Grzegorz z Nazjanzu pisał: „Wielką rzeczą jest o Bogu mówić, ale jeszcze większą jest oczyścić się dla Boga”. Mamy różne wyobrażenia o Bogu, ale to nie jest jeszcze sam Bóg.

Czyli nie ma prostej recepty: jeśli będę się modlił, jeśli będę żył życiem sakramentalnym, jeśli będę pielęgnował moją relację z Panem Bogiem, to mnie to wszystko ominie.

Nie ominie mnie kryzys, ale jeśli będę wierny w modlitwie, w czytaniu Pisma Świętego, w sakramentach, w praktykowaniu miłosierdzia to powinienem zachować ufność, że przejdę go pozytywnie.

A jeśli bolesne doświadczenia, które na nas spadają, są nie do udźwignięcia? Jeśli ktoś stracił nadzieję? Co wtedy?

Nie mam prostej odpowiedzi, bo takiej nie ma. Mogę najwyżej podpowiedzieć, co mi pomaga w przejściu trudnych doświadczeń. Choć jednocześnie wiem, że to, co dla mnie było łaską, nie musi nią być dla kogoś innego.

Kiedy miałem dziewięć lat, zmarła moja mama. Przychodziła do mnie w snach. Nie mogłem jej dotknąć, ale te sny dawały mi pewność, że ona jest. To moje dziecięce doświadczenie tego innego świata stało się dla mnie doświadczeniem Boga.

Nigdy się nie zbuntowałeś?

Nie.

Nie miałeś takiej myśli: Dlaczego, Panie Boże, mi coś takiego zrobiłeś?

Nie. Raczej, gdy dorosłem, miałem żal do mamy i pytałem: Dlaczego odeszłaś?

Jak patrzysz na to dziś, po wielu latach?

Widzę, jak Pan Bóg mnie w tym wszystkim prowadził. Mój tato ożenił się po raz drugi i moja druga mama była dla mnie bardzo dobra, mam z nią dobrą relację. Blisko mnie była też siostra mojej mamy, która bardzo się mną zaopiekowała. Można powiedzieć, że Pan Bóg był przy mnie w tych ludziach.

A jeśli w człowieku pojawia się bunt?

Ważne jest wtedy, by przy takich osobach być i wytrzymać ich wątpliwości. Kiedy Jezus się spóźnia i Łazarz umiera, Maria mówi do Niego: „Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Dlatego pozwólmy tym, którzy cierpią, wypowiedzieć swój bunt względem Boga. Bo to jest bardzo ludzkie i człowiek ma do tego prawo. Trzeba pozwolić komuś powiedzieć: To mnie boli, na to się nie zgadzam, zaufałem Tobie, a Ciebie nie było. Człowiek ma prawo w modlitwie to wypowiedzieć. Modlitwa jest zmaganiem. Kiedy czytamy psalmy, to widzimy, że jest to nieustanna walka – trochę z Panem Bogiem, trochę ze sobą, z otaczającym światem. A jedyne, co może dać w takiej sytuacji człowiek wierzący, jest przede wszystkim obecność, bliskość. Papież Franciszek mocno na to wskazuje, przedstawiając wymiar bliskości jako metodę duszpasterską. Brzmi to trochę technicznie, ale wiemy, o co chodzi: dzisiejszy świat nie tyle potrzebuje wielu słów o Panu Bogu, ile bliskości, która może otworzyć serca.

Bunt na modlitwie? Nie jesteśmy tego nauczeni...

Bo traktujemy niejednokrotnie modlitwę jako akademię na cześć Pana Boga. W naszej polskiej pobożności jest za dużo patosu. Przypomnijmy sobie Ewangelię o spotkaniu z Zacheuszem albo z Samarytanką. Jezus stwarza im przestrzeń akceptacji i miłości.

Ale Zacheusz wykonał jednak jakiś gest wobec Jezusa, wdrapał się na drzewo.

To pokazuje, że człowiek ma prawo do wątpliwości w stosunku do Boga, ale mając wątpliwości, ma też obowiązek szukania prawdy. Im więcej jest wątpliwości, tym bardziej powinniśmy szukać. Nieraz osoby wątpiące mają większą pasję Boga niż te, które dość powierzchownie traktują swoją wiarę. Prawdziwe wątpliwości są tam, gdzie jest jakieś poszukiwanie w wierze.

Pan Bóg szanuje naszą wolność i nie wchodzi z butami w czyjeś życie.

Osoby poszukujące, takie jak Zacheusz, Maria Magdalena, Samarytanka przez swoją otwartość i pokorę wchodzą na drogę zaufania. Natomiast faryzeusze i uczeni w Piśmie, którzy mają bardzo zdogmatyzowane życie wiary, są zamknięci na prowadzenie ich przez Pana Boga. W rozmowie z Jezusem co chwilę mówią: Daj nam jakiś dowód. A On odpowiada: Żaden dowód nie będzie wam dany poza znakiem Jonasza, który wymaga zaufania. Bóg się nie objawia w ten sposób, że mówi: Zobacz, ja mam rację. Ze Zmartwychwstałym spotykają się ci, którzy go szukają.

Ale wątpią...

Wątpią, ale szukają. Maria Magdalena też nie może rozpoznać Jezusa przy grobie. To św. Paweł mówi: Jak znaliście Jezusa według ciała, tak trzeba, żebyście poznali Go według ducha. I myślę, że to jest opis procesu, który musimy przejść w swojej wierze. Według ciała – czyli zostaliśmy nauczeni modlitwy, religijności, wszystko wydawało się takie oczywiste. Ale to musi trochę obumrzeć, żeby się narodziło z Ducha. Każda osoba, która została wychowana w wierze, musi przejść taki kryzys, żeby wiara była przez nią wybrana.

Mówimy, że wiara jest łaską. To jednym Pan Bóg tę łaskę dał, a innym nie?

Dał ją każdemu, tylko że w różny sposób. Każdy ma swój czas. Teologia mówi, że Kościół jest związany sakramentami, ale nie Chrystus – On może dotrzeć ze swoją łaską także poza strukturami sakramentalnymi. Myślę, trochę przez analogię, że kiedy Matka Teresa z Kalkuty miała poczucie nieobecności Boga, to namacalnym Chrystusem był dla niej potrzebujący człowiek. To musiało jej wystarczyć.

Wiara nie jest efektem końcowym, tylko ma nas prowadzić do miłości. Dlatego w momentach kryzysowych ważne jest to, żeby się trzymać miłości. Jeżeli nie doświadczam obecności Boga, to mogę Go widzieć w tych, którym służę, nawet nie nazywając tego, że to jest Chrystus. Przecież Jezus powiedział: „Kto poda kubek wody pragnącemu ze względu na mnie...”.

Czytałam kiedyś rozmowę z pewną niewierzącą kobietą, która mówiła: Bardzo chciałabym wierzyć, ale nie mogę. Moje życie byłoby inne.

Przywołam tutaj Leszka Kołakowskiego, który przeszedł od świadomie odrzuconej wiary do intensywnego poszukiwania Chrystusa. I Chrystus stał się dla niego jedną z najważniejszych postaci w życiu, a jednak nie mógł wyznać, że Jezus jest Bogiem. Ale jest kimś bardzo ważnym i intrygującym. Jego książka Jezus ośmieszony jest wyrazem jego intensywnego poszukiwania osoby Jezusa, a jednocześnie niemożności powiedzenia, że to jest Zbawiciel, to jest Bóg. Ostatecznie poprosił, żeby na jego pogrzebie był ksiądz, mimo że deklarował się jako niewierzący. Karl Rahner mówił o tak zwanym anonimowym chrześcijaństwie – to znaczy, że są osoby, które nigdy formalnie nie stały się chrześcijanami, ale przez swoje życie są na dobrej drodze do Chrystusa. Nie oznacza to bynajmniej zachęty do porzucania Kościoła i drogi ku Chrystusowi w sakramentach.

Czy kryzys w wierze może być budującym doświadczeniem?

Wydaje mi się, że tak. Widzę to po sobie i swoim życiu. Wydawać by się mogło, że pójście do zakonu i wybór kapłaństwa to pójście prostszą drogą wiary. Okazało się wręcz przeciwnie. Nie mając pewnych kryzysów w wierze przed zakonem, musiałem je przejść w zakonie i skonfrontować się z moimi przeżyciami, z różnymi wątpliwościami dotyczącymi wiary i Kościoła.

Dzisiaj wiem, że te kryzysy były mi potrzebne, bo dzięki nim mogłem zobaczyć siebie bardziej prawdziwego i ściągnąć różnego rodzaju maski, które miałem przed sobą, przed Bogiem, przed ludźmi. Mogę nawet powiedzieć, że dzięki tym kryzysom jestem szczęśliwszy, bo w pełniejszy sposób widzę swoje życie. Zostałem odarty z różnych uproszczeń, zakłamań na temat siebie i mojej relacji do Pana Boga. Wcześniej wiele rzeczy w mojej wierze było powinnością, a teraz wiem, że to jest moje. To nie znaczy, że przedtem byłem niewierzący, ale teraz ta wiara jest bardziej moja. Widząc różne trudności, musiałem odpowiedzieć na wezwanie Pana Jezusa, który mówił: Poznałeś siebie, czy dalej chcesz iść za mną? I nie chodzi tylko o sens powołania zakonnego, ale w ogóle o wiarę.

Nasza relacja została urealniona, kryzysy pozwoliły mi poznać Pana Boga, choć w pewnym paradoksie, bo On jeszcze bardziej jest Kimś Nieznanym, Kimś Innym niż na początku drogi, jest tajemnicą, którą chcę odkrywać.

Czy lekarstwem na kryzys jest cierpliwość?

Jeżeli przyjmiemy, że wiara jest relacją z osobą, to jest też miłością. Święty Paweł mówi: „Miłość cierpliwa jest”. To znaczy, że ja też muszę być wobec Boga cierpliwy, cierpliwy wobec tego, że nie znam odpowiedzi na każdą sytuację w moim życiu.

Trudno sobie poradzić z milczeniem Pana Boga.

Milczenie Boga pokazuje nam, że różne rzeczy są darem, który można przyjąć w zaskoczeniu. Dar nie jest oczywistością, nie jest czymś, na co można zasłużyć.

Kiedyś zastanowiło mnie to, że gdy Hiob wszystko stracił, mówił: „Dotąd znałem Cię ze słyszenia, teraz zobaczyłem Cię wzrokiem”. Oczyszczenie przynosi dar zaufania.

W Starym Testamencie powodzenie jest znakiem Bożego błogosławieństwa. Hiob jest pomostem między taką wizją Izraela, a doświadczeniem, że brak i cierpienie nie są pozbawieniem błogosławieństwa.

Wiara jest zawsze zaproszeniem do zaufania. Widać to po Abrahamie.

Aż trudno sobie wyobrazić, że można tak bezgranicznie zaufać.

To jest chyba istota zaufania. Święty Tomasz wyróżnia różne typy wiary: credo Deum, czyli że Bóg jest, credo Deo, czyli wierzę Bogu i ostatnie credo in Deum, czego na polski nie da się nawet dokładnie przetłumaczyć, a co w przybliżeniu oznacza: skryć się w Bogu, zdać się na Niego.

Kardynał Ratzinger pisał we Wprowadzeniu w chrześcijaństwo, że „Bóg nie jest tylko słowem, które możemy zrozumieć, ale jest także utajonym, niedostępnym i niezrozumiałym podłożem, które kryje się przed naszym wzrokiem. I tylko wtedy, gdy doświadczymy Jego milczenia, możemy ufać, że usłyszymy także Jego słowa, które głosi w milczeniu”. Święty Ireneusz mówi z kolei, że Słowo od Ojca wyszło w milczeniu. Myślę, że jeśli w doświadczeniu wiary mamy to słowo od Boga, słowo jakiejś obietnicy, to momenty milczenia są po to, by to słowo w nas wybrzmiało. Żydzi mówią, że najwięcej jest powiedziane w Piśmie Świętym między literami, że te puste miejsca najwięcej mówią o Bogu.

Tylko jeśli milczenie trwa 10, 20, a nawet 50 lat, jak u Matki Teresy z Kalkuty, to można stracić cierpliwość i pomyśleć, że ktoś nas ignoruje.

Jeżeli wiara jest relacją, to w relacji nikogo się nie zostawia. Jeżeli ja też kiedyś wybrałem Boga, to nie chcę Go zostawić. On za mnie umarł i zmartwychwstał. Ja w to wierzę. Trudno oczywiście powiedzieć to komuś innemu, dla kogo to, że Jezus umarł na krzyżu, nic nie znaczy. Ja mogę powiedzieć o sobie, że wierzę, że On za mnie umarł i zmartwychwstał, że ta tajemnica – chociaż wydaje się nieracjonalna w różnych momentach – dotyka mojego serca, i kiedy słyszę słowa: „Nic mnie nie może odłączyć od miłości Chrystusa”, to czuję pokój w sercu. Kiedy tęsknię za Bogiem, kiedy o Nim myślę, kiedy słyszę Jego słowo, słowo miłości skierowane do mnie, odkrywam pokój w sobie. I myślę: Bądź wierny tej relacji, bądź wierny Bogu.

Nawet gdy milczy?

Nawet gdy milczy. Bo w relacjach międzyludzkich też często jest milczenie, czekanie na drugą osobę. To jest taki paradoks jak w Księdze Wyjścia, kiedy Mojżesz na górze Horeb otrzymał mocne doświadczenie obecności Boga: „Jestem, który Jestem”, a zarazem Bóg mówi do niego: Nie podchodź blisko. Podobnie Maria Magdalena rozpoznaje Jezusa po głosie, a Jezus mówi do niej: Nie zatrzymuj mnie. To znaczy, że nie da się w wierze zatrzymać doświadczenia z przeszłości. To doświadczenie z przeszłości może dotykać naszego serca, ono może zapaść nam w pamięć, ale nie można przy tym doświadczeniu się zatrzymać i powiedzieć: To jest Bóg. Nie, Bóg nas będzie prowadził zawsze jeszcze dalej.

Maciej Biskup OP – ur. 1972, dominikanin, przeor klasztoru w Szczecinie, duszpasterz i rekolekcjonista. Autor książki "Zaskoczony wiarą. Między Jerychem a Jerozolimą".

Katarzyna Kolska – dziennikarka, redaktor miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu.