Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 166 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 08/2017 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 08/2017 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 08/2017 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

oto wielka nieobecna naszego życia. Przykryta hałasem miast i technologiczną aktywnością. Powtarzamy jak dogmat, że inaczej nie da się funkcjonować. Dlatego wszystko komentujemy, o wszystkim mówimy i wszędzie chcemy być. Wielka nieobecna, która jest także niewygodną nieznajomą, bo im bardziej czujemy potrzebę jej obecności, tym bardziej nerwowo reagujemy w momentach, kiedy się pojawia. Chwila przerwy w celebracji mszy świętej, wyjazd do lasu, rozładowana komórka, minuta milczenia na apelu wywołują nerwowe reakcje, bo cisza aż dzwoni w uszach.

W najnowszym „W drodze” piszemy o ciszy i milczeniu, które są czymś innym niż tylko sprawnościami przyszytymi do życiowego mundurka, zdobytymi na przykład na kilkudniowych zamkniętych rekolekcjach. Nasi autorzy podkreślają, że idąc tym tropem, szybko je stracimy.

Milczenie to zaproszenie do innego stylu życia – uważności i nieprodukowania hałasu. Stylu, w którym nie trzeba ciągle być aktywnym, świadomie podważając założenie, że jeśli przestaniemy działać, to znikniemy. Stylu, który nie jest luksusem pustelników i mnichów zamkniętych w klasztorach, ale ofertą dostępną dla każdego, bez względu na jego miejsce w życiu. I choć nasza kultura natychmiastowych efektów wyśmieje takie propozycje, zachęcam, by się tym zbytnio nie przejmować, mając w pamięci prawdę, że pośpiech rujnuje zarówno świętych, jak i artystów. Przypominam sobie słowa starej piosenki: „Ona jedna prawdziwy ma smak, cisza jak ta…”.

Może uda nam się jej zakosztować.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Szukam ciszy

WIELKIE UCHO

ŚWIĘTA CISZA

NACHODZONY PRZEZ BOGA

MISTYKA ZIEMNIAKA

Życie bez tornistra

ZAWSZE BYŁEM DZIECKIEM

POPROSZĘ KILO MARCHEWKI

NIE MA EDUKACJI BEZ RELACJI

Karol Meissner OSB 1927-2017

ŚREDNIOWIECZNY POMYSŁ NA ŻYCIE

Pod niebem pełnym cudów

GŁOWA W GÓRĘ

Początki chrześcijaństwa

CZY JEDNOŚĆ MUSIAŁA PĘKNĄĆ?

Orientacje

FILM O ŻYCIU

Felietony

MIEJSCA ZHARMONIZOWANE

PANI EWA

PRZYSZŁOŚĆ PRZESZŁOŚCI

NOTATKI O PAMIĘCI

EKLEZJOLOGIA URAZOWA

Pytania w drodze

JAKI POWINIEN BYĆ BÓG

Dominikanie na niedziele

PIĘĆ CHLEBÓW I DWIE RYBY

CICHUTKIE WESTCHNIENIE

TĘSKNOTA ZA NIEBEM

PROROCZE SŁOWA

NADWYŻKA

Szukam ciszy

WIELKIE UCHO

•••

Praktyka milczenia jest wejściem na pewną drogę. Mnisi mówią, że to jest droga maratonów, a nie krótkiego dystansu. Żadne siedmiodniowe rekolekcje nie spowodują we mnie całkowitej zmiany.

Z MAKSYMILIANEM NAWARĄ OSB rozmawia Roman Bielecki OP

FOT. IAN DOOLEY / UNSPLASH.COM

Roman Bielecki OP: Nasz świat to świat słów.

Maksymilian Nawara OSB: To prawda, ale często ich nadużywamy z obawy, że to, co mówimy, niewystarczająco dokładnie wyrazi naszą myśl albo że zostanie ona odebrana niezgodnie z naszą intencją.

Dlatego lepiej milczeć?

To też jest rodzaj komunikacji. Nie zawsze trzeba mówić lub wykonywać jakieś gesty. Nie chcę przez to powiedzieć, że mówienie jest nieważne, ale zwyczajnie bywamy nim zmęczeni. Wstajemy rano i słuchamy radia, jadąc samochodem słuchamy radia, idziemy do pracy, gdzie gra radio, a po powrocie do domu włączamy telewizor albo internet. Ciągle chmura słów. Tęsknimy za ciszą.

I próbujemy milczeć, a po godzinie czy dwóch ta upragniona cisza zaczyna nas przytłaczać.

Bo nie wiemy, co z nią zrobić. Jak się zachować, gdy nie manifestuje się swojej obecności słowami. Wtedy pojawia się szansa na konfrontację z czymś, co jest dużo głębsze w naszym życiu niż działanie.

Zakonnicy mogą sobie tak mówić, bo mają warunki do tego, żeby milczeć. Ale nie każdy ma taki luksus. Jest praca, rodzina, obowiązki, mieszkanie w bloku i hałas.

Dlatego milczenie jest wyzwaniem. To uczenie się bycia z sobą. Ale milczeć to nie znaczy tylko nic nie mówić.

To co to znaczy milczeć?

Świadomie nie produkować hałasu. To po pierwsze. A po drugie, pozwolić na to, żeby cisza, która się rodzi z milczenia, objęła nas, żeby dotarł do nas jej dźwięk. Nic w tym czasie nie czytać, nie słuchać, nie surfować po internecie. Nie obciążać uwagi żadną aktywnością.

To trochę tak, jakby zastawić stół dobrymi rzeczami – tu żeberka, tu wątróbka, tu owoce, a tam ciasta i jeszcze coś z grilla, a na koniec powiedzieć komuś, że może się poczęstować tylko malutką kromką chleba.

Cisza jest bierną aktywnością, nie przychodzi automatycznie. Podobnie jak mówienie wymaga wysiłku. Zarówno w jej przeżywaniu, jak i w stworzeniu jej odpowiednich warunków.

To znaczy?

Święty Benedykt pisze na początku swojej reguły zakonnej: Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń ku nim ucho swego serca. W tradycji zakonnej nazywa się to habitare secum, czyli zamieszkać ze sobą w obliczu Najwyższego, wejść na drogę słuchania serca, żeby odkryć, kim się jest naprawdę. Tego dzisiaj kompletnie nie ma. Żyjemy pod ogromną presją aktywności – czytania, słuchania, dzwonienia, robienia. Nikt nie potrafi się zatrzymać, żeby po prostu być, bez dodatkowych impulsów z zewnątrz. Stymulacja cywilizacyjna jest tak ogromna, że w chwili, kiedy zabrakłoby bodźców, dla wielu byłby to koniec świata. Nie wyobrażam sobie, co by się stało, gdyby na dłużej wyłączyć prąd. Ludzie wpadliby w panikę, bo nie wiedzieliby, jak się zachować.

Są uzależnieni od elektryczności?

Nie, nie umieją być sami ze sobą.

No dobrze. Pobędę sobie w ciszy, pomedytuję przez kilka dni, na przykład u benedyktynów. Odpocznę i nabiorę dystansu do życia. I zaraz po powrocie do domu z nową siłą rzucę się w wir obowiązków.

Uważa się, że dla zdrowia psychicznego i higieny wewnętrznej powinniśmy co jakiś czas wyłączyć się z aktywności. W pewnym sensie jest to dobre, bo ludzie rzeczywiście czują potrzebę odpoczynku. Natomiast jeżeli mówimy o głębszym wymiarze milczenia, które ma być spotkaniem z Bogiem, to nie wystarczy wyciszać się co jakiś czas i na jakiś czas. Tu chodzi o przyjęcie pewnego stylu życia. I to wcale nie oznacza, żeby zrobić z siebie samotnika i milczka w mieście, tylko umieć mądrze funkcjonować w tym, co oferuje świat.

Mądrze, czyli jak?

Na co dzień działamy na zasadzie bodźca i reakcji. Otwieramy rano oczy i zaczyna do nas docierać mnóstwo wrażeń ze świata. Odruchowo na nie reagujemy i nie ma czasu, żeby się zastanowić, co tak naprawdę jest we mnie. Jakie mam myśli, jakie plany na dziś, co mi się śniło, czym się karmię, jakie są moje wartości i cele, czego bym chciał, a czego chcę unikać. To wszystko następuje na zasadzie odruchów i nawyków. Tak mija dzień, kończy się i zaczyna kolejny. Pęd, w którym trudno jest powiedzieć, co się jadło na obiad, nie mówiąc już o tym, jak to smakowało. Gubimy się. I nie ma innej drogi, żeby zobaczyć, kim się jest.

No kim? Jestem mężczyzną, mam 185 centymetrów wzrostu, ciemne włosy, mieszkam w Poznaniu. Taki jestem. Każdy wie, kim jest. O co jeszcze chodzi?

Wchodząc w ciszę, świadomie zatrzymujemy galopujący umysł, który produkuje milion myśli w różnych kierunkach. Bardzo trudno jest go poskromić, dlatego na co dzień szukamy różnych aktywności, bo wtedy jest łatwiej. Zajmujemy nimi swoją uwagę. Natomiast przyglądanie się własnym myślom pokazuje, co nas karmi. Czemu poświęcamy najwięcej energii w życiu. Zaczynamy mieć coraz więcej kontaktu z tym, co się pojawia nie tylko w naszych uczuciach, ale i w naszej pamięci. Widzimy życie nie jako migawkę, która jest pomiędzy jednym impulsem a kolejnym, tylko jako pewną całość i historię, którą Bóg chce pisać z nami. To jest stara zasada gnothi seauton – poznaj samego siebie, nie poprzez studia nad psychiką, tylko poprzez zatrzymanie i przyjrzenie się temu, co masz w środku.

Ale gdy ktoś wraca z pracy, gotuje obiad, robi pranie, prasuje, sprząta, zajmuje się dziećmi, to wieczorem pada ze zmęczenia i cały system się sypie.

I dobrze. Bo zamieszkanie ze sobą to nie jest kolejne zadanie pośród dotychczasowych obowiązków. Czyli – mam pracę, dzieci i teraz jeszcze muszę zagwarantować sobie taki komfort jak cisza. Moje życie to nie klasztor, nie mam żyć jak zakonnik, bo nie takiego wyboru dokonałem. To coś, co może się dokonywać zawsze i wszędzie. Pytanie dotyczy tego, czy wiem, gdzie wtedy jestem, to znaczy, czy umiem powiedzieć, co dziś jadłem na obiad albo co czytałem w porannej gazecie, albo o czym rozmawiałem rano przez telefon. To jest praktyczny wymiar zamieszkania ze sobą. Bo najczęściej jest tak, że kiedy robimy jedno, już myślimy o czterech innych rzeczach, które są do zrobienia później.

Grzegorz z Synaju – mnich żyjący w trzynastym wieku – mówił, że ponieważ umysł oddalił się od Boga, jest teraz wiedziony w tysiące kierunków jednocześnie. I nie znajdzie spokoju, dopóki się nie podda. To znaczy, nie zacznie się zajmować tylko jednym. Trochę zwolni i zrozumie, że nie musi łapczywie wszystkiego brać. A dzisiaj wygląda to tak, że im więcej, tym lepiej, im łapczywiej, tym jestem bogatszy.

I kto to rozumie?

Do takiego sposobu myślenia człowiek dochodzi dopiero po czterdziestce albo koło pięćdziesiątki. Tak wnioskuję, patrząc, kto się zgłasza na nasze kursy medytacji. Rzadko przyjeżdżają osoby w wieku 20 lat, chyba że w ich życiu zdarzyło się coś szczególnego. Trzeba mieć za sobą trochę doświadczeń, żeby dojść do autorefleksji, że to, za czym tak biegamy z wywieszonym językiem, ma dla nas mniejsze znaczenie niż to, co jest wewnątrz nas.

Czyli najpierw spełnienie zawodowe, a potem dusza?

To nie chodzi o wiek. Można mieć pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat i nie zadawać sobie takich pytań, bo nikt nie pokazał nam takiej perspektywy.

Można się tego jakoś wyuczyć?

W przedszkolu w Gostyniu od sześciu lat mamy projekt, który polega na tym, że uczymy przedszkolaki zatrzymywania się w ciszy. Tak na dwie minuty. Dzieci nie rozmawiają i siadają nieruchomo przez tę chwilę. Oczywiście są bardzo mocno przywiązane do rytuału, więc dzieje się to codziennie o godzinie 11. Taka mała medytacja w ciszy.

My to nazywamy medytacją, a dziecko powie: Przyszedł ksiądz i kazał nam siedzieć.

Ale ksiądz tam wcale nie przychodzi. Dzieci po prostu codziennie siadają. Efekt tego jest taki, że kiedy zaczęły się wakacje i dzieci zostały w domu, to o godzinie 11 mówiły do rodziców: Teraz chcemy się zatrzymać i siąść do medytacji. Rodzice przyszli po wakacjach zdezorientowani, pytając, o co chodzi, dlaczego dzieci czegoś takiego chcą. A to innymi słowy było zaproszenie do praktykowania milczenia.

W przypadku dzieci to bardziej forma niż treść.

Oczywiście, że tak, bo małe dzieci nie posiadają jeszcze zdolności abstrakcyjnego rozumienia. Ale przynajmniej ktoś im już powiedział, że coś takiego istnieje. Że można się tak zachować. Wiedzą to od małego. Tu mamy zabawę, tutaj się uczymy, tutaj leżakujemy, a tu jest całkiem coś innego – ani zabawa, ani nauka. To jest coś świętego. Zapalamy świeczkę, siadamy, modlimy się i siedzimy w ciszy. Mam nadzieję, że te dzieci, a przynajmniej niektóre z nich, w wieku kilkunastu lat będą miały poczucie, że istnieje inny sposób funkcjonowania w życiu niż tylko mówienie czy działanie.

Nie każdy chodził do przedszkola, w którym o godzinie 11 była medytacja, więc pytanie, od czego zacząć?

Nie trzeba wprowadzać jakiegoś specjalnego punktu w ciągu dnia. Że oto od dziś tata milczy od 16.15 do 16.30 i proszę mu absolutnie nie przeszkadzać. Bo kiedy sobie założę, że muszę codziennie mieć pół godziny milczenia, to najprawdopodobniej nigdy takiego czasu nie znajdę, bo zawsze wyskoczy coś nieplanowanego. Skończy się tym, że machnę ręką i powiem, że skoro nie dzisiaj, to jutro, a jeśli nie jutro, to pojutrze albo wcale. Trzeba zacząć od uświadomienia sobie, co jest dla mnie ważne i czy rzeczywiście chcę skorzystać z okazji, które pojawiają się w ciągu dnia. Jest ich mnóstwo.

Na przykład?

Mogę każdą wolną chwilę spędzić, słuchając radia albo nie, oglądając telewizję albo nie, sprawdzając nerwowo Facebooka albo nie. To są konkretne decyzje. Kiedy wracam po pracy do domu i akurat jeszcze nikogo w nim nie ma albo już nie ma, bo dzieci poszły na trening, zbiórkę czy na podwórko, to zaraz po odłożeniu torby mogę na 5–10 minut usiąść i zamknąć oczy. Wtedy poczuję i usłyszę rzeczy, które przychodzą z zewnątrz po całym dniu aktywności. Na chwilę się zatrzymam. Nic specjalnego. Takie skorzystanie z momentu, który się właśnie nadarzył. Anglicy nazywają to gap, czyli chwila nicnierobienia, jak na przykład jazda windą, zatrzymanie na światłach czy chwila czekania na zagotowanie wody w czajniku. Natomiast myślenie o ciszy i milczeniu w kategoriach zrobienia czegoś specjalnego może tylko sterroryzować naszych najbliższych.

?

No tak, bo milczenia można też używać jako środka nacisku i karania innych. Nie muszę nic mówić, bo sama moja obecność wywołuje napięcie. Z takim niemową trudno żyć. Trzeba chodzić na palcach, bo nie wiadomo, co może mu przeszkodzić w przeżywaniu ciszy, i jeszcze się domyślać, dlaczego on nic nie mówi, może jest wściekły na coś albo na kogoś?

Co nam przeszkadza milczeć?

Wcale nie hałas czy decybele na ulicy pod oknem, jak moglibyśmy przypuszczać. Można praktykować milczenie w hałaśliwym mieście. Najbardziej przeszkadzają milczeć myśli. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent naszego funkcjonowania jest w głowie. To oznacza, mówiąc językiem biblijnym, że kontakt z sercem jest mały. Człowiek skupia się na tym, co myśli, a nie na tym, co czuje, zatrzymuje się na powierzchni i nie schodzi w głąb siebie.

To może jakiejś rady ojciec udzieli.

Kiedyś podczas rekolekcji z siostrami zakonnymi jednym z elementów warsztatów, które prowadziłem, było tzw. wielkie ucho. Polegało to na tym, żeby wyjść z budynku i nastawić się wyłącznie na słuchanie. Przez trzy minuty. Tylko słuchać. A potem wrócić do środka i spisać na kartce wszystko, co było się w stanie usłyszeć.

I co?

Wiele z sióstr mówiło, że mogą nazwać tylko nieliczne głosy z tego, co usłyszały. Było mnóstwo dźwięków, których nie rozróżniały. Ponadto dużo zależało od nastawienia. Bo najpierw byliśmy w głośnym miejscu i tam nadstawialiśmy ucha, a potem w cichym. Ponieważ tak to zapowiedziałem, znakomita większość nastawiła się na to, że w głośnym miejscu będzie głośno, a w cichym cicho. A było na odwrót. Najpierw zeszliśmy do drogi, po której akurat przez trzy minuty nic nie jechało, tylko pies szczekał w oddali. A potem poszliśmy na koniec klasztornego ogrodu, gdzie powinno być cicho, a tam akurat jeździł wielki ciągnik. To wywołało zdenerwowanie.

Z powodu ciągnika?

Nie, z powodu tego, jak ma wyglądać cisza. Bo ciągnik miał prawo być w ogrodzie. My natomiast mamy mnóstwo wyobrażeń, jakie coś ma być. I jeśli jest inaczej niż w naszych wyobrażeniach, to czujemy się rozczarowani. Trzeba być otwartym na to, co przychodzi. Może się przecież zdarzyć, że przyjdę do kościoła, a tam akurat trwa przygotowanie do pierwszej komunii świętej i ktoś sprząta, a ktoś inny dekoruje ławki. Kończy się to frustracją i stwierdzeniem, że to wszystko nie ma sensu.

Też bym się zdenerwował.

Bo my chcielibyśmy mieć wszystko od razu. Tak jesteśmy nauczeni. Na nic się nie czeka. Kościół nam też w tym nie pomaga. Pomyślmy o mszy świętej, która jest coraz bardziej dynamiczna i sprawna. Nie chodzi oczywiście o to, żeby sztucznie rozwlekać celebrację, ale mam wrażenie, że w imię czegoś, co nazwałbym obsłużeniem wiernych, gubimy coś istotnego. Są przecież takie części mszy, które domagają się milczenia, jak na przykład chwila przed wyznaniem grzechów, po kazaniu albo po komunii świętej. Jakie jest nasze doświadczenie? Nie ma takich elementów albo są bardzo krótkie. Jako księża nie umiemy wytrzymać ciszy. Siadamy na chwilę po kazaniu, zatrzymujemy się i czujemy, jak w kościele rośnie napięcie, bo wierni czekają na następną akcję. I ja temu ulegam. Muszę iść dalej, żeby się nie zniechęcili.

Dlaczego tak jest?

To się bierze z pokusy, która nam wmówiła, że musimy działać. Że niedziałanie jest złe. To jest herezja. Tak myślimy o sprawowaniu sakramentów, tak myślimy o modlitwie. Ciągle trzeba pokazywać jakąś aktywność. Jeśli przestaniemy być aktywni, to Pan Bóg nas nie zauważy. Muszę działać, żeby istnieć. A to jest nieprawda, bo istnienie jest przed działaniem.

A gdy już uda się nam zrobić ten pierwszy krok w milczenie?

Praktyka milczenia jest wejściem na pewną drogę. Mnisi mówią, że to jest droga maratonów, a nie krótkiego dystansu. Żadne siedmiodniowe rekolekcje nie spowodują we mnie całkowitej zmiany, dzięki której stanę się bardzo cierpliwy. Jeżeli natomiast świadomie zwrócę uwagę na przestrzeń zamieszkania ze sobą, to na dłuższą metę może się okazać, że będę mniej trzaskał przysłowiowymi drzwiami.

Człowiek duchowy nie trzaska drzwiami?

Trzaska. Różnica polega jednak na tym, że jest świadomy tego, co zrobił. Jeśli się zdenerwował, to wie, że się zdenerwował. Święty Benedykt w Regule nie mówi, że mamy się nie kłócić i nie denerwować na siebie, tylko że jeśli się zdarzy jakaś kłótnia, to mamy się pojednać przed zachodem słońca. Zniecierpliwienie czy emocjonalność będą dawały znać o sobie do końca naszego życia, bo to wynika z naszego charakteru. Ale świadomość takich zachowań pomaga nam zrobić krok w kierunku panowania nad sobą. Jeżeli ktoś myśli o szybkich efektach związanych z praktykowaniem milczenia, to się rozczaruje. Potrzebujemy czasu, żeby cisza się pojawiła w naszym życiu. Droga duchowa to nie jest autostrada doskonałości, na której się zatrzymujemy, zaliczając kolejne punkty. To proces uczenia się siebie i zobaczenia, że nie jestem na pierwszym miejscu w świecie. Nie muszę mieć zawsze ostatniego zdania. Czasami mogę odpuścić.

Maksymilian Nawara OSB – ur. 1979, benedyktyn, doktor patrologii, mieszka w Lubiniu k. Kościana, gdzie prowadzi Ośrodek Medytacji Chrześcijańskiej. Autor książki "Oddychać Imieniem. O medytacji chrześcijańskiej", która ukazała się nakładem Wydawnictwa W drodze.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

ŚWIĘTA CISZA

•••

Do życia potrzebujemy swojskich dźwięków, a nawet hałasów. Problem pojawia się wtedy, gdy owych bodźców jest za dużo.

Stanisław Morgalla SJ

FOT. ROMAN BIELECKI OP

Tęsknię za ciszą. Nie tyle za tą zewnętrzną, zdefiniowaną jako stan, w którym nie rozlegają się żadne dźwięki, ale za ciszą wewnętrzną, za wyciszeniem serca i umysłu, za skupieniem na tym, co istotne. Zbyt często jestem męską wersją Marty, a za rzadko Marii… (por. Łk 10,38–42). I choć przez to moje życie nie jest wzorem do naśladowania, to tego jednego – tęsknoty za ciszą – nie wahałbym się innym polecać, bo wiem, że w niej się kryje ta najlepsza cząstka, która jest nam nie tylko dana, ale i zadana, by zacytować św. Jana Pawła II. Pisze on o tym w jednym ze swoich listów apostolskich: „W społeczeństwie, które żyje w coraz większym pośpiechu, niejednokrotnie ogłuszone przez hałas i rozpraszane przez sprawy ulotne, odkrycie wartości milczenia jest kwestią o znaczeniu życiowym”1.

Życie w hałasie

Kiedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że żyję w hałasie? Właściwie trudno mówić o jednym momencie. Może najbardziej wtedy, gdy zrozumiałem, że nie widzę drzewa, choć na nie patrzę. Było to w czasie moich dorocznych rekolekcji. Próbowałem odprawić je metodą ojca Franza Jalicsa, tzn. metodą modlitwy Jezusowej2. Jalics każe iść w pierwszym dniu na łono natury i patrzeć, np. na drzewo. No i poszedłem i patrzyłem. I nic. Owszem, znalazłem piękne, rozłożyste drzewo na środku malowniczej polany w Lasku Wolskim w Krakowie, ale już po kilku chwilach wydawało mi się, że zobaczyłem wszystko, przestało mnie to ciekawić. Jalics każe jednak patrzeć dalej, nalega, by uczyć się uważności. Nie rozumiałem, o co mu chodzi, ale dzięki temu ćwiczeniu przyłapałem się na własnym niepokoju, na niecierpliwym przebieraniu nogami i nerwowym poszukiwaniu nowych, atrakcyjniejszych obiektów zainteresowania. Tak naprawdę nie zobaczyłem drzewa, ale siebie, nerwowego, roztargnionego, przewijającego wewnętrzny internet w głowie… Ja, zakonnik, a żyję niczym cyfrowy tubylec! – pomyślałem z wyrzutem. – Nie mogę oderwać nosa od ekranu mojego laptopa, a jeśli już się do tego zmuszę, to zaczynam doświadczać nieomal zespołu abstynencyjnego. I wtedy zobaczyłem to drzewo: rośnie tu od kilkudziesięciu lat, dzień w dzień jest na swoim miejscu. Było tu już, gdy się urodziłem, było, gdy ogłoszono stan wojenny, gdy upadał komunizm i pewnie będzie, gdy mnie już zabraknie. Spokojne, dostojne, znalazło sens swojego istnienia: nie spieszy się i nie denerwuje, karmi i chroni tyle innych istnień, daje cień i produkuje tlen itd. Po całym dniu kontemplacji wydawało mi się nawet, że zaczynam odczuwać wewnętrzne życie tego drzewa: jak czerpie wodę i minerały z gruntu, jak w liściach dokonuje procesu fotosyntezy (tyle pamiętałem z biologii). Dziwnie to zabrzmi, ale poczułem z nim jakąś wewnętrzną więź. Prawie jak bohater Traktatu o łuskaniu fasoli zacząłem widzieć, że to drzewo jest szczęśliwe, że jest na swoim miejscu i ma jakąś tajemniczą moc uzdrawiania3. Takie zwykłe drzewo, a dało mi tak niezwykłą lekcję mądrości.

Nieuporządkowanie wewnętrzne

Nie chodzi o hałas. Hałas jest tu jedynie metaforą. Zresztą cisza fizyczna (tzw. cisza absolutna, której można doświadczyć w komorach bezechowych absorbujących 99,99 procent dźwięków) okazuje się dla nas równie zabójcza, co nadmierny hałas. Przekonują o tym nie tylko uczeni, ale także nasze własne doświadczenie. Wystarczy przypomnieć sobie, co się w nas działo, gdy mieliśmy spędzić samotnie trochę czasu w pustym, obcym mieszkaniu czy w domu na odludziu. Koszmar. Do życia potrzebujemy całej gamy swojskich dźwięków, a nawet hałasów: odgłosu krzątania się ukochanej osoby po kuchni, szumu gotującej się kawy czy gaworzenia bawiących się dzieci. Nasze środowisko życia jest i musi być pełne dźwięków i całej serii innych bodźców, bo to one powodują, że czujemy się u siebie: tworzą złożoną i bardzo subtelną matrycę nieskończonych związków i relacji, które utrzymują nas przy życiu i sprawiają, że jesteśmy sobą, istotami jedynymi i niepowtarzalnymi. Problem pojawia się wtedy, gdy owych bodźców jest za dużo, albo gdy tracimy pośród nich orientację i w efekcie poczucie bycia u siebie, a nawet sobą. Swojska matryca staje się matriksem.

Takie zagubienie jest zwykle skutkiem utraty zdolności rozeznania tego, co nam służy, a co nie, co jest konieczne do życia, a co tylko rozprasza i niepokoi. Jednak, paradoksalnie, gdy doświadczamy zagubienia, nie szukamy ciszy i skupienia, ale machinalnie zaczynamy zapełniać nasze życie dodatkowym hałasem, bezużytecznymi treściami i podniecającymi bodźcami. W gruncie rzeczy to problem natury moralnej: gdy tracimy zdolność rozeznania tego, co dobre, a co złe, co pożyteczne, a co tylko przyjemne – wtedy mamy prawdziwy problem. „Nieporządek, jeśli jest ustalony, większości wydaje się być porządkiem” – pisze w jednej ze swoich przenikliwych diagnoz chrześcijaństwa francuski jezuita Henri de Lubac. I dodaje mocne zdanie: „Najlepszymi obrońcami rozpowszechnionych nadużyć są zupełnie uczciwi ludzie”4. Jest to możliwe dlatego, że zostało uśpione nasze sumienie, czyli najtajniejszy ośrodek i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa (por. Rz 2,14–16; GS 16; KKK 1776).

Wydaje się więc, że powrót do tego, co w życiu najważniejsze, jest jedynym rozwiązaniem. To przecież zalecił Jezus zapętlonej w swym aktywizmie Marcie. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe.

Sprawy najważniejsze

Co jest w życiu najważniejsze? Jaki winien być zasadniczy cel naszego działania? – oto pytania, na które każdy pewnie ma jakieś ogólne i słuszne odpowiedzi. Problem jednak w tym, jak te „najważniejsze rzeczy” przekładają się na nasze konkretne życiowe postawy i codzienne decyzje. Może – o zgrozo! – w ogóle się nie przekładają. Mówimy, że Bóg jest na pierwszym miejscu, a w praktyce nie mamy dla Niego czasu. Deklarujemy, że rodzina – mąż, żona, dzieci – jest najważniejsza, a w codzienności większość uwagi poświęcamy pracy, karierze, urządzaniu domu, zakupom itp., a gdy znajdziemy wolną chwilę, to chcemy się odprężyć przy zasłużonej butelce piwa lub oglądając ulubiony serial. Bóg, mąż, żona, dzieci… schodzą na dalszy plan. Bezwiednie i mimochodem wszyscy uznają to za normalne, bo… takie jest życie! Paradoks? Bynajmniej, typowo ludzkie zachowanie, które co krok obnażane jest na kartach Biblii. „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie…” – słyszymy nie tylko w Starym, ale jeszcze mocniej w Nowym Testamencie (Iz 29,13; Mt 15,8).

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiada na to pytanie św. Paweł w Liście do Rzymian, gdy odsłania dramat swojego (czy aby tylko swojego?) serca: „Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. (…) łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę” (Rz 7,5.19). Tyle tylko, że św. Paweł jest jednym z nielicznych, którzy mają odwagę spojrzeć prawdzie w oczy. Większość z nas woli patrzeć, ale nie widzieć, słuchać, ale nie słyszeć, bo nasze serce stwardniało, a sumienie śpi (por. Mt 13,14–15; Iz 6,9n). I choć ten faryzeizm jest w dużej mierze nieświadomy, to nadal pozostaje faryzeizmem. Czy nie przesadzam? Ależ skąd – na potwierdzenie tej reguły mam twarde dane statystyczne, które od niemal pięćdziesięciu lat Instytut Psychologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego powtarza z nudną systematycznością: od 60 do 80 procent osób zaangażowanych w realizację powołania chrześcijańskiego (badane są głównie osoby konsekrowane i kapłani) jest „niespójnych powołaniowo”, czyli świadomie deklaruje chrześcijańskie wartości, a nieświadomie szuka zaspokojenia swoich potrzeb. Jeśli więc tak sprawy się mają z „elitą” Kościoła, która otrzymuje znacznie lepsze przygotowanie do życia chrześcijańskiego niż świeccy, to co mamy powiedzieć o tych ostatnich? Niezawiniony faryzeizm – jak nazywamy potocznie to zjawisko – ma się dobrze także w świeckim świecie i objawia się wspomnianymi wcześniej postawami: kochamy, ale nieświadomie pragniemy być kochani; dajemy, ale nieświadomie oczekujemy odpłaty; poświęcamy się, ale nieświadomie szukamy własnej „świętości” (podziwu, wdzięczności itp.). A wszystkiemu przyświeca magiczne życzenie, by „cel uświęcił środki”, w tym wydaniu może jeszcze bardziej mroczne od machiawelicznego oryginału.

Człowieku, zatrzymaj się!

By nie zwariować, to znaczy, by nie uśpić do końca sumienia lub nie doprowadzić do jego eutanazji, powinniśmy posłuchać wezwania Jezusa, by „udać się osobno na miejsce pustynne i wypocząć nieco!” (por. Mk 6,31). Zaproszenie jest serdeczne i bardzo życzliwe, ale zwykle kończy się tak samo jak w Ewangelii (por. Mk 6,34n): pojawiają się inne pilne sprawy do załatwienia. I to właśnie dlatego tak trudno nam się wyrwać spośród codziennych spraw i obowiązków. A jeśli nawet nam się to udaje zewnętrznie, to wszystkie te sprawy i tak weźmiemy ze sobą i jeszcze przez kilka pierwszych dni odosobnienia będą nas zajmować i dręczyć nasze myśli i uczucia. To norma, którą zna każdy, kto kiedyś odbywał rekolekcje.

Tęsknimy za ciszą, ale gdy już jej doświadczymy, to zaczyna nam rozsadzać bębenki. Marzymy o tym, by uciec choćby w Bieszczady, ale gdy już tam trafimy, to nerwowo poszukujemy zasięgu sieci naszego operatora czy najbliższego nadajnika wi-fi. Stworzyliśmy sobie świat, w którym coraz trudniej jest żyć, ale bez którego jeszcze trudniej nam się obejść. Dlatego pierwsze dni zawsze są trudne, ale tak się rozpoczyna przygoda z ciszą, która zanim się stanie święta, musi przejść bolesną drogę oczyszczenia. Kto jednak jej doświadczył, ten będzie już zawsze do niej tęsknił. Bo to ona jest namacalnym doświadczeniem tego najtajniejszego ośrodka i sanktuarium człowieka, w którym spotka Boga i bez którego nie jest w stanie żyć.

Prosto, choć jednocześnie tajemniczo tłumaczy to swojemu rekolektantowi ojciec Jalics: „Im bardziej wszystko, co nas normalnie zajmuje i wiąże, zostaje z tyłu, tym bardziej wysuwa się na czoło obecność, a z nią obecność zmartwychwstałego Chrystusa, który pełen dobroci wszystko przenika. Coraz bardziej jednoczysz się z obecnością Zmartwychwstałego. To dzieje się nie jako dodatek do uważności, tylko w niej. Ale przy tym nie dzieje się nic nowego. Tylko uświadamiasz sobie to, co wcześniej już było. I uświadamiasz sobie, że zawsze wszystko było. Dlatego nie potrzebujesz czekać na nic nowego, a tylko patrzeć w głąb siebie. Gdy jesteś przy Zmartwychwstałym, objawia ci się pokój trwający wiecznie w sobie i miłość odwiecznie wypływająca z siebie”5.

Przecierpieć!

Doświadczenie ciszy przypomina zawsze wyjście na pustynię i najczęściej zaczyna się od doświadczenia przykrości, pustki, smutku… W ciszy przychodzi nam zmierzyć się samemu ze sobą, ze wspomnianymi wcześniej koszmarami: lękami, troskami, zranieniami, smutkiem, nudą, brakiem wiary, nadziei i miłości. Warto się wsłuchać w trudności ludzi na modlitwie kontemplacyjnej, której uczy ojciec Jalics. Jego podręcznik w przeważającej części wypełniony jest dialogami z rekolektantami. Czego tam nie ma! Są wszystkie troski i kłopoty śmiertelników na ziemi. I wszyscy pytają o to samo: Jak się od tego uwolnić? Ojciec Jalics nie daje jednak łatwej odpowiedzi: wszystkim każe przecierpieć te sprawy. To znaczy nie tłumić ich i nie wypierać ze świadomości, ale przeciwnie, pozwolić im zaistnieć i powoli przeminąć, skupiając się jednocześnie na tajemniczej obecności Boga w naszym życiu. I to działa. Przy wytrwałym ćwiczeniu się w uważności powoli odchodzą wszelkie niepotrzebne ciężary i pozostaje doświadczenie samej obecności Boga. Jednak droga do tego stanu jest trudna i wymaga cierpliwego przecierpienia trudności.

„Co musimy przecierpieć?” – pyta ojciec Jalics i lakonicznie odpowiada: „grzech, który potrzebuje odkupienia. (…) W samotności wszystko nieodkupione budzi się i prze ku świadomości. To może być bardzo bolesne”6