Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 175

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka W drodze 08/2015 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 08/2015 - Wydanie zbiorowe

Cytaty z ebooka W drodze 08/2015 - Wydanie zbiorowe

Warto sobie uświadomić, że największym grzechem jest pycha Szatana! Dlatego popadnięcie w ten grzech jest najgłębszym upadkiem. Jedynie pokora jest w stanie nas od tego uchronić. Kiedy na co dzień upadamy i popełniamy zwykłe grzechy, trudno się pysznić swoją wielkością. Grzechy przypominają nam o naszej słabości. Jednak kiedy człowiek osiąga pewien stopień doskonałości przez opanowanie swoich zmysłów i pożądań, odnoszących się do zwykłych potrzeb, pokusa spojrzenia na innych z góry i poczucia bycia lepszym jest ogromna. Kiedy do tego widzimy całe zło na świecie, zło innych ludzi, a jednocześnie powodzenie w ich życiu, potrzeba znaku od Boga narzuca się jako konieczność, bo bez niego, wydaje się, możemy utracić sens wiary. Tutaj dopiero dochodzi do pełnej konfrontacji naszej wiary z negatywnym doświadczeniem.

Fragment ebooka W drodze 08/2015 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

kiedy byłem uzależniony, wydawało mi się, że gdy skończę z alkoholem, wszystko się w życiu ułoży. Jakież było moje zdziwienie, kiedy będąc trzeźwym, zobaczyłem, że nałóg skutecznie przykrywał moją nieumiejętność radzenia sobie z własnymi emocjami i nawiązywaniem relacji. Ta zasłyszana kiedyś od Wiktora Osiatyńskiego myśl pobrzmiewa w tekstach, które oddajemy Państwu wraz z tym wydaniem „W drodze”.

Jak zawsze w takich wypadkach ich siłą jest osobiste świadectwo piszących – odwaga przyznania się do bezsilności i ogromna determinacja w dochodzeniu do prawdy o tym, kim się stało, uzależniając się od takich czy innych destrukcyjnych zachowań. Słuchając historii o cierpieniu, beznadziejnych stanach i odrazie do samego siebie, z zachłannością przewraca się kartki i czyta kolejne wyznania. Bo ostatecznie, choć wiem, że zabrzmi to nieco patetycznie, przebija z nich nadzieja i wiara w owocne spożytkowanie „nieszczęsnego daru wolności”, właśnie pomimo swoich słabości.

Teksty zebrane w tym numerze pokazują w gruncie rzeczy, czym jest życie chrześcijańskie. Bo jak pisze w błyskotliwym i poruszającym tekście jezuita Wojciech Ziółek: „Chcielibyśmy przeżywać nasze życie tak spokojnie, pobożnie i bez zawirowań, a nasze kryzysy niezwykle wzniośle i patetycznie. Gdy zaś odkrywamy, że tak się nie da, to chcielibyśmy o naszych grzechach natychmiast zapomnieć, wymazać je ze świadomości. Tak, jakbyśmy nie wiedzieli, że istotą chrześcijaństwa nie jest czyste konto, ale radość bycia odnalezionym i podniesionym z grzechu”.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

OD REDAKCJI

POKOLENIE KCIUKA

Oko w oko z samym sobą

TWOJA KOLEJNA PORAŻKA

ROBIĘ TO, CZEGO NIE CHCĘ

NAMIĘTNE MYŚLI

BYŁEM TAKIM FAJNYM KSIĘDZEM

ŻYCIE WARTE ŻYCIA

BAŁEM SIĘ GRAĆ W CHIŃCZYKA

Trudne karty Kościoła

OSTATNIA BITWA TEMPLARIUSZY

Kiedy się modlisz

CODZIENNOŚĆ PRZED BOGIEM

PIĘKNO TO IMIĘ BOGA

Pytania w drodze

BÓG -TAK, KOŚCIÓŁ - NIE

Orientacje

O SACRUM INACZEJ

ZAMKNIĘTE W SŁOWIE

Felietony

ŻEŃSKOKATOLICKI?

CZĄSTKI ODNALEZIONE

HISTORIE FLORENCKIE

TRZY STATKI I DWA PUDEŁKA

Dominikanie na niedziele

CHLEB

BOSKA ŁAGODNOŚĆ

BEZINTERESOWNA RADOŚĆ

JESZCZE WIĘCEJ

DO KOGÓŻ PÓJDZIEMY?

NIE BÓJ SIĘ

Rozmowa w drodze

OD REDAKCJI

•••

redakcja

FOT. YEONG-UNG YANG/CORBIS

W socjologii pokoleniem nazywa się zbiorowość osób urodzonych w tym samym lub zbliżonym czasie. Na tej podstawie próbuje się określić rodzaj więzi, która umożliwiłaby wzajemną identyfikację członków takiej grupy. Najprostszym sposobem wyróżnienia jest wskazanie daty urodzenia. Stąd mówi się o pokoleniu lat 60., 70. czy 80.

W miarę postępującego zjawiska globalizacji socjologia kultury zaczęła zwracać uwagę, że wyróżnikami w opisie generacji mogą być pomocne także inne elementy, takie jak stosunek do pracy, urządzeń technologicznych czy określony styl życia. Stąd wzięły się nazwy: pokolenie baby boomers – obejmujące osoby urodzone po II wojnie światowej, w przedziale lat 1946–1964; pokolenie X – określające ludzi, którzy przyszli na świat w latach 1965–1979; pokolenie Y, zwane także pokoleniem millenialsów, dla osób urodzonych w latach 1980–1995.

Dziś coraz częściej zwraca się uwagę na kolejną generację wchodzącą na rynek pracy i funkcjonującą w społeczeństwie. To pokolenie Z – osoby urodzone po 1995 roku. Mówi się o nich, że to pokolenie dobrobytu. W realiach polskich oznacza to, że nie pamiętają hiperinflacji, cen liczonych w dziesiątkach tysięcy złotych. Kiedy w 2004 roku Polska wchodziła do Unii Europejskiej, mieli nie więcej niż 9 lat. Kiedy przystępowaliśmy do NATO – nie więcej niż 4. Dorastali w świecie nowoczesnych technologii i dzięki temu mają wysoką zdolność funkcjonowania w wirtualnym świecie. Nieustanny i szybki dostęp do internetu jest dla nich sprawą oczywistą.

redakcja –

POKOLENIE KCIUKA

•••

Technologia jest wszystkim tym, co pojawiło się na świecie po naszym urodzeniu. Demonizujemy ją, dlatego że jej nie znamy i że jest dla nas czymś nowym. Nastolatkowie tych obaw nie mają.

Z NATALIĄ HATALSKĄ, blogerką zajmującą się alternatywnymi formami komunikacji rozmawia Roman Bielecki OP

ROMAN BIELECKI OP: Po co nam te podziały i mówienie o generacji X, Y, Z?

NATALIA HATALSKA: Bo mniej więcej raz na dziesięć lat w dorosłość wchodzi nowe pokolenie. Dlatego spekulujemy i próbujemy opisać społeczne trendy, choć tak naprawdę dopiero po czasie będziemy w stanie się pokusić o pełniejszą charakterystykę. Z „zetami” jest podobnie, ale i trochę inaczej.

Bo?

Jeśli spojrzymy na wcześniejsze pokolenia, to każde przeciwko czemuś się buntowało – była wojna w Wietnamie, była nierówność społeczna i uprzedzenia rasowe, była walka o wolność słowa albo równy dostęp do prawa. Kłóciliśmy się z naszymi rodzicami, a oni z naszymi dziadkami o światopogląd, sposób myślenia i działania.

A dziś jest inaczej. Kiedy zerkniemy na badania, to się okaże, że przeszło 90 procent młodych mówi, że dla nich najważniejsze jest rodzicielskie zaufanie a nie konfrontacja. Są przyzwyczajeni do bezpiecznego życia, w którym wszystko jest od zawsze. Zanika cecha, jaką był bunt. Jedynym wyrazem niezadowolenia była sprawa ACTA i protesty w 2012 roku. One wyrzuciły ich sprzed ekranów na ulice.

Wszystko w obronie technologii…

Dla nich internet jest życiem. To nie jest jakaś osobna wartość, ale coś naturalnego i oczywistego, co istniało od zawsze, jak powietrze. To my, dzisiejsi trzydziesto- czy czterdziestolatkowie, jesteśmy zmęczeni nowościami technicznymi i systemem, w którym żyjemy. Dla nas jest to nużąca matryca. Oni tego nie mają, żyją chwilą, tym, co jest teraz, i się nie zastanawiają, co mogliby zrobić w przyszłości, jak by to wyglądało, gdyby tego nie było. Patrzą na świat globalnie, rozumieją, że on nie ma granic i dzięki internetowi mogą się kontaktować z kimkolwiek chcą.

Tyle tylko, że to świat wirtualny, poza realnością.

Dla nich świat jest jeden. Połączenie tego, co cyfrowe, z tym, co fizyczne. Nie oddzielają online od offline. My demonizujemy technologię, czyli wszystko to, co pojawiło się po naszym urodzeniu. A to dlatego, że jej nie znamy i że dla nas jest ona czymś nowym. Ale weźmy na przykład telewizor. To, że dzieci potrafią spędzić przed nim kilka godzin, nie budzi naszego zdziwienia. Ale ten sam czas przed komputerem wydaje się już niebezpieczny. Wynika to stąd, że telewizję znaliśmy jako dzieci i zdążyliśmy ją oswoić, a internet czy urządzenia mobilne to dla nas coś nowego.

Przyznasz jednak, że technologia osłabia element kreacji. Świat widziany przez urządzenia jest już nam podany.

Rozmawiałam niedawno z psycholog, która pracuje w szpitalu z dziećmi ciężko i przewlekle chorymi. Powiedziała, że kiedyś, kiedy nie było tylu gadżetów, dzieci ciężko chore w chwili, gdy poczuły się trochę lepiej, robiły sobie żarciki, na przykład podkradały strzykawki i psikały z ukrycia w pielęgniarkę albo śledziły w dyżurce lekarza. Teraz tego nie ma, bo dzieci siedzą w sali i nawet jeśli jest ich dwoje lub troje, to każde jest zamknięte w sobie, zajęte swoim urządzeniem – tabletem, smartfonem, komputerem. Dopiero kiedy się je zmotywuje, popchnie i pokaże, co mogą zrobić, to wtedy zaczynają współdziałać.

Ale mam też inne obserwacje: W lutym byliśmy całą rodziną na nartach. Towarzyszył nam syn naszego znajomego, który ma około 17 lat. Zaczęliśmy rozmawiać o kolorze amarantowym – jaki to jest kolor. Ktoś mówił, że malinowy, ktoś inny, że różowoczerwony, a on pierwsze, co zrobił, to wpisał hasło w Google i pokazał, jak amarantowy wygląda. To potwierdza, że oni nie muszą dziś wszystkiego wiedzieć i znać na pamięć, bo każdą rzecz mogą sobie w każdej chwili sprawdzić w sieci. Jeżeli miałabym mówić o jakichkolwiek negatywnych cechach „zetów”, to rzeczywiście, ich wiedza ogólna może być mniejsza i oparta na tym, co znajdą w sieci.

Oceniasz ich jednak optymistycznie.

Zrobiłam film o pokoleniu Z, bo miałam dosyć negatywnego przekazu w mediach na temat tego, co się wydarzy w przyszłości i dlaczego od razu źle. Wszyscy wiemy, że są zagrożenia, każda technologia takie ze sobą niesie, tyle tylko, że nie można generalizować. Spędziłam z bohaterami mojego filmu dużo czasu i oni naprawdę mają wiele cech wspólnych z nami. Przyznaję, że był jeden chłopiec, który na pytanie, czy woli bawić się z kolegami z przedszkola, czy grać w gry, powiedział, że woli grać w gry. Ale wszystkie inne dzieci powiedziały, że wolą bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem.

W niezwykle interesującej książce Danah Boyd Its complicatedautorka przedstawia wyniki badań, które przeprowadziła wśród amerykańskich nastolatków. Spędziła z nimi pięć lat. Okazało się, że problemem młodych ludzi nie jest sprowadzenie relacji do ekranów komputera, ale coś, co ona nazywa kulturą strachu. Nie pozwalamy dzieciom wychodzić na podwórko, nieustannie się o nie boimy, wozimy z domu do szkoły, na zajęcia i do kina, i czasem się zastanawiamy, czy może dla pełniejszej kontroli nie warto byłoby wszczepić im czipów. W związku z tym dzieci nie mają możliwości budowania relacji społecznych w przestrzeni, która jest dla nich naturalna – na podwórku. Nie mają tego, bo my, jako rodzice, im to zabieramy, cały czas żyjąc w strachu, że ktoś dziecko porwie, skrzywdzi albo zrani. A że każdy młody człowiek ma potrzebę budowania relacji społecznych, to buduje je tam, gdzie może to zrobić i gdzie nie jest bacznie kontrolowany, to znaczy w mediach społecznościowych. Kiedy bohaterów mojego filmu pytałam o to, bez czego nie wyobrażają sobie życia, odpowiadali przede wszystkim, że bez przyjaciół i rodziny, bez bliskich. To są dla nich istotne wartości.

Przyznasz jednak, że w sieci jest sporo głupoty.

Pewnie gdyby en bloc spojrzeć na Instagrama albo Facebooka, to wiele zdjęć i komentarzy funkcjonuje tam bez świadomości, że są głupie. Ale głupoty w necie robią też trzydziesto- i czterdziestolatkowie.

I cynicznie wykorzystują nastolatków.

To znaczy?

Mam na myśli pornografię dziecięcą czy pseudorandkowe serwisy ze zdjęciami.

Gdy powstał serwis Snapchat, umożliwiający przesyłanie zdjęć, które znikają mniej więcej po 24 godzinach, mówiło się, że służy nastolatkom do sextingu i że przesyłają sobie tam nagie fotki. A z badań wynika, że takie zjawisko jak sexting oczywiście istnieje, ale najpopularniejsze jest w grupie sześćdziesięcioparolatków.

Nie można generalizować, że wszystko, co złe, dotyczy tylko młodych ludzi. Według mnie dotyczy wszystkich jednakowo, ale u młodych widzimy to wyraźniej.

Komunikatory to także większa łatwość bezkarnej wypowiedzi.

Młodzi przyznawali się do tego, że na Facebooku można powiedzieć więcej, można kogoś łatwiej i pozornie bez konsekwencji obrazić. Kiedy jedna koleżanka napisała drugiej: Głupia jesteś, to potem, gdy ta druga chciała wrócić do sprawy w przestrzeni realnej, usłyszała: Ale ja nie pamiętam, o co ci chodzi…

Może to dowód, że nie stworzymy prawdziwej przyjaźni przez Facebooka.

Nie zgodzę się z tym. Jeśli z kimś autentycznie w necie rozmawiam, to nie różni się to niczym od zwykłej rozmowy. Mam tylko inne narzędzie. Media społecznościowe nazywają się tak nie bez powodu – dają możliwość utrzymywania kontaktu z ludźmi, z którymi normalnie ze względu na odległość albo mniej formalne relacje, kontaktu nie mamy.

Ale jak mówią analitycy mediów, era Facebooka się kończy, to tylko kwestia czasu.

Raczej wchodzimy w czas unfriendingu, to znaczy zawężania znajomości. Na początku, kiedy wystartowała Nasza Klasa, i potem, kiedy pojawił się Facebook, tendencja była taka, żeby mieć ogromną liczbę znajomych. To stanowiło o twoim statusie społecznym. Im więcej miałeś znajomych, tym byłeś fajniejszy. Teraz widać kierunek zawężający kontakty do grupy bliskich znajomych. Właśnie dlatego korzysta się ze Snapchata, Tindera albo z WhatsAppa, chociaż one nie są w Polsce tak popularne, jak na zachodzie Europy.

A czy ten, kto za technologią nie nadąży, będzie z tego świata wykluczony?

Jest takie niebezpieczeństwo. Nie chodzi nawet o nadążanie, ale o dostęp. Kto go nie będzie miał, stanie się obywatelem drugiej kategorii. To jest kwestia kosztów. Jeżeli Ministerstwo Edukacji stwierdzi, że wszystkie dzieci mają mieć elektroniczne podręczniki na tabletach, to pojawi się pytanie: A skąd dzieci, których rodzice nie mają pieniędzy, wezmą tablety? To jest też kwestia dostępu do edukacji. Jeżeli nie masz dostępu do internetu czy do pewnych urządzeń, to nie jesteś się w stanie uczyć. I to rodzi pytanie, przed którym staje każdy rodzic: Czy ograniczając swojemu dziecku dostęp do nowoczesnych technologii, nie wykluczam go przypadkiem z czegoś, co mają wszyscy jego rówieśnicy?

No tak, ale czy nie o to właśnie chodzi, żeby dziecko nie spędzało zbyt dużo czasu przed ekranem, bo to nie jest dobre dla jego mózgu, który dostaje za dużo bodźców?

Dawniej też bym tak powiedziała, ale podczas realizacji filmu naszła mnie wątpliwość. Kiedy obserwowałam, w jaki sposób dzieci posługują się tabletami, smartfonami i innymi urządzeniami, to zadałam sobie pytanie, czy przypadkiem swojemu dziecku nie zabieram jakiejś umiejętności. Ono nie musi wiedzieć, jak nawleka się igłę, ono potrzebuje umiejętności posługiwania się tabletem. Jako rodzic nie chciałabym, żeby ono było inne – wykluczone przez to, że czegoś nie umie zrobić.

Zmieniły się narzędzia komunikacji, ale problemy zawsze pozostaną takie same i ostatecznie przekaz będzie taki: Ty decydujesz, możesz się włączyć, możesz wyłączyć.

Jestem mało reprezentatywnym przykładem, bo jestem uzależniona od technologii i internetu. Mam jednak zasadę, że gdy piszę jakieś duże teksty, to wyłączam wszystko, nawet telefon. I pracuję wtedy w systemie 45 na 15, czyli 45 minut skupienia na tym, co robię, a potem 15 minut przerwy, podczas której sprawdzam Facebooka, maila albo odbieram telefon. Pilnuję tego bardzo restrykcyjnie. A z drugiej strony, gdy jestem w cuglach pracowych i siedzę w czymś po kilkanaście godzin, to potem mam bardzo silną potrzebę, żeby wyjść do ogrodu i grzebać w ziemi. To mnie odpręża.

Nie jest to chyba typowa cecha dla „zetów”. Oni raczej będą cierpieć na multitasking (wielozadaniowość).

Nie jestem „zetem”. Jestem końcówką pokolenia X. W rozmowach, które prowadziłam, przygotowując się do filmu, okazywało się, że rzeczywiście nastolatkowie mają świadomość większej ilości bodźców, które do nich docierają, co utrudnia im skupienie. No ale nie przesadzajmy, w końcu dzieci zawsze mają więcej bodźców niż dorośli i jest im to potrzebne do tego, żeby się rozwijały.

Przeprowadzono kiedyś eksperyment polegający na tym, że studenci psychologii mieli spędzić cały dzień z rocznym dzieckiem i powtarzać wszystkie jego zachowania. Po dwóch godzinach byli wykończeni: liczba czynności, w które dzieci się angażowały, przerosła ich wyobrażenie.

Puentujesz swój film optymistycznym zdaniem, że pokolenie Z zmieni ten świat na lepszy.

Bo według mnie tak będzie. Mają w tej chwili narzędzia, których my nie mieliśmy. Zobaczmy na przykład, jak łatwo teraz założyć biznes. Stworzyliśmy w telefonach aplikację, dzięki której ludzie głuchoniemi mogą się komunikować ze światem. To są przykłady pierwsze z brzegu. Ponadto takie myślenie podpowiada logika: jeśli zobaczymy, jak się żyło 200 czy 500 lat temu, to trzeba uczciwie przyznać, że jakość życia zdecydowanie wzrosła. Żyjemy dłużej, jesteśmy zdrowsi. Kiedyś kobieta 38-letnia była już staruszką. A teraz kobieta 38-letnia dopiero zaczyna życie. Zdaję sobie sprawę, że technologia stwarza problemy, ale w ogólnym rozrachunku świat staje się lepszy.

A gdyby „zetom” nie wyszło, to czy grozi nam globalna frustracja?

Jak w każdym pokoleniu, także i w tym zdarzają się jednostki, które są leniwe, i takie, które są kreatywne. Mówiło się o millenialsach, czyli generacji Y, która jest trochę starsza od generacji Z, że to są lenie, egoiści i mają roszczeniowe podejście do życia. Pewnie niektórzy tak, ale to uogólnianie, bo roszczeniowe podejście do życia ma też czterdziesto- i pięćdziesięciolatek. Oczywiście zawsze pojawią się dzieci o konsumpcyjnym podejściu do życia, jak w przypadku ruchu Rich Kids of Instagram. Nie zapominajmy jednak, że to w tym pokoleniu widać wzrost aktywności i zaangażowania się w inicjatywy społeczne albo charytatywne.

A czy czegoś mu brakuje?

Czasu. Bo generalnie nie mamy go dla siebie i się spieszymy. Opowiadał mi ktoś, kto prowadzi firmę i wynajmuje pomieszczenia w biurowcu, że przez długi czas nie wiedział, czym zajmują się osoby wynajmujące sąsiednie pomieszczenia. Któregoś dnia doszło do awarii prądu, więc wszyscy wyszli na korytarz pogadać. Wniosek z tego prosty, że przerwy w dostawach internetu pomagają w budowaniu relacji.

Natalia Hatalska – absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego i Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, zajmuje się alternatywnymi formami komunikacji marketingowej, obserwacją i analizą trendów, jest wiceprezesem Polskiego Stowarzyszenia Blogerów i Vlogerów, w 2014 roku ukazała się jej książka Cząstki przyciągania. Na jej stronie internetowej hatalska.com można zobaczyć trzy odcinki cyklu poświęconego trendom społecznym na styku świata online i offline: "Generacja Z", "Poza systemem" i "Living in the moment". Mieszka w Gdańsku.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

Oko w oko z samym sobą

TWOJA KOLEJNA PORAŻKA

•••

Prawdziwe "w grzechu trwanie" to utrata ufności w Pana Jezusa i Jego miłosierdzie. Tylko ona jest porażką, tylko jej należy się obawiać, tylko ona jest grzechem nad grzechami.

Wojciech Ziółek SJ

FOT. PROFIMEDIA/CORBIS

Każdy upadek boli. Gdy jednak upadki powtarzają się bez końca, ból staje się nieznośny. Podobnie z grzechami. Wszystkie bolą i zawstydzają. Ale te ciągle powracające nie tylko bolą i zawstydzają, ale też upokarzają, doprowadzają do bezsilności, pogrążają w zniechęceniu i rozpaczy. Ileż to razy, znów rozłożeni na łopatkach, mówiliśmy do siebie samych ze smutkiem: „Niestety, to twoja kolejna porażka!”?

Nieżyjący już proboszcz mojej rodzinnej parafii w Radomiu, prowadząc drogę krzyżową, przy dziewiątej stacji zawsze powtarzał: „Powiadają, że Jezusowy trzeci upadek to upadek za grzechy nałogowe. Bo ludzką rzeczą jest grzeszyć, ale diabelską jest w grzechu trwać”. Nie czas i miejsce, by roztrząsać zasadność tego stwierdzenia. Wspominam te słowa, bo nie raz przychodziły mi na myśl w kontekście powtarzających się grzechów. Któż chciałby brać udział w „diabelskiej rzeczy”? Ale co to znaczy „w grzechu trwać”? Czy popełnianie wciąż tego samego grzechu to już jest „w grzechu trwanie”?

Nieskuteczny Odkupiciel

Nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak gorzki jest smak uporczywie powtarzającego się grzechu. Ta piekąca gorycz ma dwa składniki. Pierwszy z nich to sama świadomość upadku i bycia pogrążonym w grzechu i przez grzech. Oczywiście, dużo zależy od jego materii, lecz nie ma tu żadnej wprost proporcjonalnej zależności. Obiektywny ciężar konkretnego grzechu mogą ustalać moraliści, ale ból spowodowany tym grzechem to już kwestia bardzo subiektywna, zależna od osobistej wrażliwości, od ukształtowania sumienia, od konkretnej historii życia. Coś, co dla jednego może być przykrym i bolesnym doświadczeniem, dla kogoś innego będzie ogromnym duchowym cierpieniem. Tak czy inaczej, świadomość grzechu to poczucie bycia oszukanym, wyprowadzonym w pole, okłamanym, upokorzonym. Jeszcze większym upokorzeniem jest jednak – to drugi składnik owej goryczy – poczucie absolutnej bezradności i całkowitej przegranej. Nic tak nie boli i nie upokarza jak bezradność. Jeśli ta bezradność trwa i towarzyszy nam niczym cień przez całe lata, ból i upokorzenie stają się nieznośne. Tym bardziej że przecież bardzo byśmy chcieli z tym skończyć, że tyle już szczerych wysiłków i nieudanych prób za nami. Tym bardziej że każda kolejna porażka z jednej strony wręcz wdeptuje nas w ziemię, a z drugiej doprowadza do niemego, ale rozdzierającego krzyku: „Przecież ja tego nie chcę! Ja tego nienawidzę! Dlaczego to robię? Dlaczego znów?”. Straszny to krzyk, bo straszna jest bezradność, którą wyraża. Tym straszniejsza, że poparta faktami, czyli długoletnią, beznadziejną i całkowicie bezowocną walką. Stąd już tylko krok do rozpaczy i autodestrukcji. Obie czają się za rogiem.

No, ale przecież rozpacz i autodestrukcja to nie jest rozwiązanie godne chrześcijanina, prawda? Przecież jest Pan Jezus! Ze swoją mocą i chęcią uleczenia ran zadawanych mi przez grzech. On, który zwyciężył grzech i raz na zawsze wyzwolił mnie z niego.

Czy aby na pewno? Czy aby naprawdę? To dlaczego, do cholery (wybrałem najdelikatniejszą wersję „aktów strzelistych”, które się wtedy w człowieku budzą), nie potrafi wyzwolić mnie z tego konkretnego grzechu? Dlaczego nie potrafi, albo nie chce, pomóc mi w przezwyciężeniu grzechu, który wciąż mnie policzkuje i upokarza? Po co mi takie zwycięstwo, którego skutków nie widać w moim życiu? Po co mi takie „wirtualne” odkupienie? I po co mi taki nieskuteczny Odkupiciel? A skoro jest taki nieskuteczny, to czy w ogóle warto się do Niego zwracać? „Tyle razy już Cię prosiłem – zaczynamy wypominać – i nie ma żadnego skutku”. Chyba to boli najbardziej. To największa gorycz dla chrześcijanina, który nie radząc sobie ze swoją słabością, zwrócił się o pomoc do Pana. Bo przecież tyle było modlitw, tyle najrozmaitszych wyrzeczeń i umartwień. A ile rzewnych i bezsilnych łez…

I jeszcze tyle spowiedzi! Wszystkie szczere, wszystkie prawdziwe, wszystkie z mocnym postanowieniem poprawy i z ogromną nadzieją w sercu. Bo przecież „nadzieja zawieść nie może”, prawda? „Może i prawda” – mruczymy pod nosem. I od razu dodajemy ze smutkiem: „Szkoda, że akurat mnie zawiodła”. Szkoda. Nie to, że od razu i natychmiast. Nie. To był powolny proces. Ale kiedy kolejne spowiedzi nie przynosiły żadnego rezultatu, kiedy grzech nie tylko nie ustawał, ale wręcz się nasilał, a bolesna bezsilność była już nie do zniesienia, nadzieja po prostu umarła. Jako ostatnia, ale umarła. Bo po co się spowiadać, skoro nie przynosi to żadnych efektów? Czy, zdając sobie sprawę – a właściwie mając pewność – że do tego konkretnego grzechu znów powrócę, nie jest uczciwiej zaprzestać spowiedzi aż do momentu, kiedy moje postanowienie poprawy będzie miało jakiekolwiek realne gwarancje? Czy kolejne nic-nie-dające spowiedzi nie są swoistym świętokradztwem, na które sobie pozwalam? Czyż to nie jest grzech najcięższy – grzeszyć z ufnością w miłosierdzie Boże?

Znam bardzo dobrze wszystkie te pytania i dobrze wiem, że – mówiąc językiem ignacjańskim – nieprzyjaciel natury ludzkiej zadaje je nam z wielką natarczywością: oskarżając nas, niepokojąc nasze sumienia, strasząc niemożnością znalezienia odpowiedzi. Bo choć te pytania wydają się bardzo pobożne i dobre, to po owocach możemy poznać, że nie pochodzą od ducha dobrego. Zza pobożnie brzmiących słów wyziera ku nam gęba niezwykle inteligentnej i przebiegłej istoty, która szydząc z naszej bezradności wobec grzechu, rzuca każdemu z nas, prosto w twarz, bezlitosne słowa: „To twoja kolejna porażka!”.

Śmiertelnie niebezpieczne

Zanegowanie porażki wydaje się czymś absolutnie niemożliwym. Przecież tak właśnie jest. Znów upadłem. To prawda. Ale w chrześcijaństwie upadek to nie porażka. Bo chrześcijaństwo to nie zawody jeździeckie, które wygrywa ten, kto zaliczył bezbłędny przejazd. Chrześcijaństwo to pełna ufności, bliska, osobista relacja z Chrystusem, a skoro tak, to jedynie utrata ufności w Niego może być uznana za porażkę. O utratę tej ufności chodzi właśnie nieprzyjacielowi natury ludzkiej, a nie o nasze grzechy. One mają się stać jedynie środkiem do wyrwania z naszych serc ufności do Pana Jezusa. Bo – przypomnijmy – ludzką rzeczą jest grzeszyć. I choć diabelską rzeczą jest trwać w grzechu, to owo „w grzechu trwanie” nie polega na ponownym upadaniu. Prawdziwe „w grzechu trwanie”to utrata ufności w Pana Jezusa i Jego miłosierdzie. Tylko ona jest porażką, tylko jej się należy obawiać, tylko ona jest grzechem nad grzechami. Tylko ona może nas odłączyć od miłości Chrystusa (por. Rz 8,31–39). Nic innego! Ani co wysokie, ani co głębokie, ani co ciężkie, ani co lekkie, ani co paskudne, ani co nieczyste, ani co nałogowe, ani co sporadyczne. Nic nie zdoła nas odłączyć od Jego miłości, jeśli Mu ufamy.

Nasze grzechy nie są niebezpieczne same w sobie. Są natomiast śmiertelnie niebezpieczne ze względu na to, że mogą nas doprowadzić do prawdziwej tragedii, czyli utraty wiary i ufności. Powtarzające się grzechy są szczególnym zagrożeniem dla tej ufności. Warunkiem koniecznym do uniknięcia tego zagrożenia nie jest bycie idealnym i bezgrzesznym. To właśnie zły duch stara się nam wmówić konieczność perfekcyjności. A gdy po raz enty przekonujemy się, że owego warunku spełnić nie potrafimy, wtedy pogrąża nas jeszcze bardziej, wdeptuje w ziemię, potępia i przekonuje, że nie ma już dla nas żadnego ratunku. Aby uniknąć największego zagrożenia dla życia chrześcijańskiego, trzeba – pomimo powtarzających się grzechów i upadków – wciąż wpatrywać się w Pana Jezusa i natarczywie, z ufnością błagać o pomoc. Tak jak ślepiec Bartymeusz (Mk 10,46–52). Ileż to razy musiał się potykać i upadać z powodu swojej ślepoty? Wiedział, że sam sobie nie poradzi, więc – słysząc o przechodzącym tamtędy Jezusie – prosił i wołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Wielu go uciszało, przekonywało i tłumaczyło, że już nic nie da się zrobić, a on krzyczał tym donośniej. Gdy Pan Jezus przywrócił mu wzrok i wszystko wydawało się już doskonałe, ewangelista nie podsumował tego wydarzenia, twierdząc, że od tamtej chwili Bartymeusz był doskonały i nigdy niczego złego nie uczynił. Nie. Marek zakończył swoje opowiadanie jednym krótkim zdaniem: „I szedł za Nim drogą” (Mk 10,52).

Gdy idzie się drogą, nawet jeśli ktoś inny wytycza szlak, to nieraz się człowiek zagapi, zamyśli, zejdzie na bok, potknie się i upadnie. Nie ma wędrówki bez przygód. Również tych przykrych. Ale kto powiedział, że życie chrześcijańskie tylko wtedy jest udane i pełne, gdy nie ma w nim żadnych błędów i potknięć? Właśnie, potknięć. Jeden z moich najbliższych przyjaciół tak właśnie nazywa swoje powtarzające się grzechy i jest to bardzo trafne określenie. Potknięcie to nie tragedia. Nawet jeśli doprowadza mnie do upadku, nawet jeśli się przy tym poobijam, pozdzieram kolana i rozwalę głowę. Najważniejsze, żeby nie zgubić drogi, żeby wciąż patrzeć na Tego, który prowadzi, żeby nie spuszczać Go z oczu. A kiedy i to się przydarzy, to trzeba krzyczeć w Jego stronę ze wszystkich sił. Tak jak Bartymeusz. Jego życie przed spotkaniem z Panem Jezusem i po nim różniło się nie tym, że wcześniej potykał się częściej, a potem rzadziej, tylko tym, że teraz widział. I mimo powtarzających się potknięć (bo ludzką rzeczą jest się potykać), mógł patrzeć na Pana Jezusa i iść za Nim drogą.

Na tym polega Jezusowe zbawienie. On nie usuwa przeszkód zagradzających nam drogę, ale idzie nią jako pierwszy, a nam przywraca wzrok, byśmy mogli wpatrywać się w Niego. Nie eliminuje zagrożeń, ale sam staje się remedium na śmiercionośną truciznę braku zaufania, którą wsącza w nasze serca nieprzyjaciel natury ludzkiej. Chrystus, wywyższony na krzyżu, jest jak miedziany wąż dany na ratunek Izraelitom śmiertelnie kąsanym przez węże w czasie ich wędrówki przez pustynię (por. Lb 21,4–9). Węże nie przestały kąsać, nie zniknęły, ale kto spojrzał na węża miedzianego, pozostawał przy życiu. Tak jak Izraelitów na pustyni, Pan Bóg ratuje również nas, idących ku naszej Ziemi Obiecanej i kąsanych w czasie wędrówki przez śmiertelnie groźne grzechy.

Nie bój się nieudanego chrześcijaństwa