Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 152 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 07/2017 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 07/2017 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 07/2017 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

duński termin hygge robi na świecie niezwykłą karierę. W naszych księgarniach coraz częściej można spotkać poradniki poświęcone skandynawskiej sztuce bycia szczęśliwym. Przepis jest banalnie prosty i pewnie wielu z nas nieświadomie wprowadza go w życie: być blisko natury, cieszyć się małymi przyjemnościami, spotykać się z przyjaciółmi, wypić kieliszek dobrego wina. Słowem – szczęście na wyciągnięcie ręki. Nie podważając trafności tych życiowych rad, w lipcowym numerze „W drodze” zastanawiamy się nad tym, czy istnieje katolickie hygge i dlaczego gdy mówimy o szczęściu, chrześcijaństwo i Ewangelia nie są narzucającymi się skojarzeniami. Dlaczego nie trafia do nas prawda o Bogu, który jest szczęściem, daje nam szczęście i obietnicę ukrytą w Jego słowie: błogosławieni, bo będą pocieszeni, zostaną nasyceni i Boga oglądać będą?

Zaryzykowałbym twierdzenie, że istnieje katolicka odmiana hygge, która bardzo świadomie koryguje przekonanie, że zawsze musimy być szczęśliwi. Bo jeśli w danej chwili tacy nie jesteśmy, czy to znaczy, że szczęścia nie ma? Są takie momenty, kiedy wiemy, że Bóg jest szczęściem. Ale są i takie, kiedy jesteśmy nieszczęśliwi i koniec. Trzeba to przyjąć. Bo to też jest część życia. Wiara daje nam jednak obietnicę, że to nieszczęście możemy przeżyć z nadzieją na pocieszenie, co więcej, że tego pocieszenia doznamy. A to o wiele więcej niż tylko zaopatrzenie się w kubek ulubionej kawy lub herbaty.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

PORWANY PRZEZ BOGA

Hygge po katolicku

SZCZĘŚLIWY JAK DUŃCZYK

SPRÓBUJ SIĘ UCIESZYĆ

BÓG TAK CHCIAŁ

PLACEBO

CZŁOWIEK W STANIE SKUPIENIA

Co wolno tłumaczowi

OPERACJA NA JĘZYKU

NIECH NAS GNIECIE

Rok Brata Alberta

IDĄCY PO ŚLADACH

Początki chrześcijaństwa

ZASŁONA JUŻ NIEPOTRZEBNA

Orientacje

ZABIĆ SIĘ - ŁATWO POWIEDZIEĆ

Felietony

SPOTKANIE Z PRZYJACIÓŁMI

HERETYCY

AUTOSTRADA DO NIEBA

ZACZĘŁO SIĘ

Pytania w drodze

JAK TRAKTOWAĆ CIAŁA ZMARŁYCH

Dominikanie na niedziele

NOWA RODZINA

POKORNY ZWYCIĘZCA

JESTEM WSZYSTKIM NARAZ

NIE ZATRACI

HEUREKA!

Rozmowa w drodze

PORWANY PRZEZ BOGA

•••

Powiedziałem rodzicom, że wierzę w Boga i że Jezus jest Mesjaszem. Byli w szoku, gdy wyznałem, że chcę przyjąć chrzest. Wymogli na mnie, żebym wstrzymał się z tym dziesięć lat, a jeśli mi nie przejdzie, zaakceptują mój wybór.

Z jezuitą DAVIDEM NEUHAUSEM rozmawia Marcin Gutowski

FOT. ARCHIWUM PRYWATNE

Macin Gutowski: Musiał się ojciec bardzo natrudzić, żeby znaleźć dla mnie wolną chwilę pośród licznych obowiązków?

David Neuhaus SJ: Nie aż tak bardzo. Nie jestem żonaty, nie mam dzieci, więc zostaje trochę czasu i energii.

Za to jest ojciec wikariuszem patriarchatu Jerozolimy ds. katolików hebrajskojęzycznych w Izraelu, a także odpowiedzialnym za duszpasterstwo imigrantów, w Tel Awiwie-Jafie założył ojciec dla nich duże centrum, ostatnio uruchomił żłobek w Jerozolimie. A to dopiero początek długiej listy aktywności…

Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Trzeba by raczej zapytać tych, którzy ze mną współpracują, czy nie jest im ciężko.

A mnie się wydaje, że pogodzenie tak licznych obowiązków nie jest łatwe. Podobnie jak łączenie w jednej osobie tożsamości urodzonego w Republice Południowej Afryki niemieckiego Żyda, który został katolickim księdzem, jezuitą, a także obywatelem Izraela przez wiele lat zaangażowanym w obronę praw Palestyńczyków. Można się zgubić w tym opisie, a wcale nie jest jeszcze pełny.

To moje życie, więc nie mam kłopotu z tym, by ogarnąć wszystkie jego elementy.

Zacznijmy od początku.

Urodziłem się w Republice Południowej Afryki, choć moi przodkowie przez wieki żyli w Niemczech. Należeli do żydowskiej mniejszości, ale byli bardzo dumni ze swojej niemieckości. Gdy naziści doszli do władzy, dziadkowie z obu stron zorientowali się, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo i – dzięki Bogu – uciekli. Obie rodziny znalazły schronienie w południowej Afryce.

Co się stało z pozostałymi krewnymi?

Wszyscy, którzy zostali w Niemczech, zginęli. Na szczęście przetrwali członkowie dalszej rodziny, którzy także zdecydowali się na ucieczkę. Dlatego mam kuzynów w Anglii, Brazylii i Izraelu.

Jak wyglądała ojca młodość w Afryce?

Wychowywałem się w żydowskiej społeczności, w rodzinie, która miała dość luźny stosunek do judaizmu, ale jednocześnie posyłano mnie do religijnej szkoły. W 1977 roku, jako piętnastolatek, z grupą rówieśników pojechałem na dwa miesiące do Jerozolimy. To miała być wycieczka formacyjna, umacniająca w nas żydowską tożsamość. Niezbyt mnie to interesowało i prawdę mówiąc, pojechałem tam wbrew mojej woli. Ale podczas tego pobytu podjąłem decyzję, że w przyszłości zamieszkam właśnie w Jerozolimie.

Co się takiego stało?

Poznałem osobę, która wywarła ogromny wpływ na moje życie. Byłem wówczas zafascynowany historią carskiej Rosji i bardzo się chciałem spotkać w Jerozolimie z księżniczką z dynastii Romanowów. Staruszka mieszkała w klasztorze św. Marii Magdaleny na Górze Oliwnej, była jednak tak schorowana, że rozmowa z nią okazała się niemożliwa. Zamiast księżniczki spotkała się ze mną inna leciwa zakonnica, matka Barbara. Od pierwszej chwili uderzyła mnie w tej sparaliżowanej kobiecie niezwykła, niewypowiedziana radość, jaka z niej emanowała. Zastanawiałem się, jak to możliwe, by ktoś, kto nie ma żadnych powodów do radości, był tak szczęśliwy. Nasze rozmowy o rosyjskim imperium zaczęły zbaczać na tematy wiary. Dzięki tej kobiecie Jezus Chrystus stał się dla mnie, żydowskiego nastolatka, rzeczywistością, której nie potrafiłem zaprzeczyć.

Nawracanie Żydów na chrześcijaństwo jest zakazane w Izraelu.

Ale ona mnie nie nawracała! Była bardzo dyskretna. Odpowiadała jedynie na moje pytania. Obecność Jezusa w tym, co mówiła, była tak namacalna, że nie sposób było to zanegować.

I to był powód, by przeprowadzić się tysiące kilometrów od rodzinnego domu?

Po kilku tygodniach w Izraelu wróciłem do RPA i oświadczyłem rodzicom, że chcę mieszkać w Jerozolimie. Powiedziałem im, że wierzę w Boga i że Jezus jest Mesjaszem. Byli w szoku, gdy wyznałem, że chcę przyjąć chrzest. Wymogli na mnie, żebym wstrzymał się z tym dziesięć lat, a jeśli mi nie przejdzie, zaakceptują mój wybór. Przez następne lata nasłuchałem się od nich, a także od sąsiadów i znajomych o tym, jakim kłamstwem jest chrześcijaństwo, i że nie powinienem dołączać do tych, którzy wyrządzili Żydom tyle zła.

Kiedy przyjechał ojciec na stałe do Izraela?

Jako siedemnastolatek. Studiowałem psychologię, politologię i filozofię polityczną na Uniwersytecie Hebrajskim. Gdy skończyłem 25 lat, przypomniałem rodzicom, że uzgodniony z nimi czas minął i że zamierzam przyjąć chrzest.

Czy przez te lata miał ojciec kontakt z Kościołem?

Oczywiście, że tak. Byłem na mszy niemal codziennie, choć jako nieochrzczony nie mogłem w niej w pełni uczestniczyć. Rodzice, którzy mnie odwiedzali, wiedzieli, jaki tryb życia prowadzę, i ostatecznie zaakceptowali mój wybór. Ja dotrzymałem danego słowa i nie przyjąłem chrztu przez dziesięć lat, a oni zrozumieli, że to nie żarty. Było to w 1987 roku.

Wtedy przyjął ojciec chrzest?

Nie. Kiedy się zgłosiłem, duszpasterze oświadczyli mi, że muszę poczekać jeszcze dwa lata. Bardzo doceniam ten okres. To był czas „wychodzenia z szafy”. Wtedy też nawiązałem intensywne kontakty z jezuitami. Jeden z nich przygotowywał mnie bezpośrednio do przyjęcia sakramentu. Jego delikatność i pozostawienie mi absolutnej wolności bardzo mi zaimponowały. Przed przyjęciem sakramentu zdążyłem skończyć studia i rozwiązałem istotną życiową kwestię, jaką była służba wojskowa. W Izraelu jest ona obowiązkowa, ale ja uważam, że chrześcijanie powinni się wyrzekać wszelkiej przemocy, dlatego odmówiłem służby i spędziłem nieco czasu w wojskowym więzieniu. To był czas swoistego wyciszenia przed przyjęciem chrztu. Bardzo dużo się tam modliłem. Prawdę mówiąc, także dlatego, że nie było tam nic innego do roboty.

Jak to się stało, że ostatecznie wstąpił ojciec do Kościoła katolickiego?

To był proces migracji od prawosławia do katolicyzmu. Istotną kwestią było pytanie moich rodziców o to, jak mogę przyłączać się do tych, którzy przez wieki krzywdzili Żydów. Dostrzegłem, że katolicy mierzą się z tym tematem, a nauczanie dotyczące Żydów i sposób ich postrzegania zmienia się. To otworzyło mnie także na inne aspekty. W prawosławiu życie religijne jest jakby oderwane od codziennych spraw, a w Kościele katolickim odkryłem bardzo mocny zmysł obecności w świecie. To przejście od prawosławia do katolicyzmu przeprowadziło mnie przez arabskojęzyczny Kościół Melchicki, czyli greckokatolicki, łączący pociągające mnie idee z liturgią, którą poznałem jako pierwszą.

Kiedy się zrodziło powołanie do kapłaństwa?

Towarzyszyło mi niemal od początku. Gdy miałem 15 lat, zapisałem w pamiętniku, że przed trzydziestką zostanę mnichem. Po wielu latach pokazałem ten zapisek matce.

Udało się zrealizować ten cel?

Można powiedzieć, że tak. Zaraz po przyjęciu chrztu zgłosiłem się do jezuitów, ale oni też kazali mi czekać. Kolejne trzy lata. Zrobiłem wtedy doktorat z politologii. Na uczelni pytali wciąż o to, skąd mój pośpiech, a ja tłumaczyłem, że czekają na mnie nowe wyzwania. W listopadzie 1991 roku obroniłem doktorat, a w grudniu – na kilka miesięcy przed trzydziestymi urodzinami – rozpocząłem formalny proces wstępowania do Towarzystwa Jezusowego. Bardzo naciskałem na to, żeby wstąpić do bliskowschodniej prowincji. Jej stolicą jest Bejrut, ale Izrael pozostaje z Libanem w stanie wojny i nie wolno mi było się tam wybrać. Przełożony zgodził się spotkać ze mną w Kairze, gdzie zakłopotany oświadczył mi, że nie wie, co ze mną zrobić, bo jestem Żydem, a cała prowincja składa się z mówiących po arabsku Syryjczyków, Libańczyków i Egipcjan. Ostatecznie uznał, że to niemożliwe, bym do niej dołączył, i odesłał mnie do innej prowincji. Miałem wstąpić do Towarzystwa Jezusowego w Stanach Zjednoczonych, ale tuż przed moim wyjazdem otrzymałem list od owego przełożonego z Bejrutu, w którym wyznał, że modlił się długo w mojej sprawie i zdecydował, że jednak powinienem dołączyć do braci na Bliskim Wschodzie. Po czasie formacji w Egipcie i we Francji przełożeni uznali, że miejscem mojej posługi powinna być Jerozolima. Zapytano tutejszego patriarchę, do czego mógłby mnie potrzebować, a on odpowiedział, że przydałby się biblista. Byłem tylko politologiem, więc wysłano mnie na studia biblijne do Rzymu. To był bardzo przyjemny czas, nauka języków semickich nie stanowiła problemu, a – jako wychowany w żydowskich szkołach – wiedzę biblijną miałem na wysokim poziomie, więc ukończyłem studia w niespełna półtora roku, zajmując się jednocześnie uchodźcami. Wróciłem do Jerozolimy akurat na jubileuszową pielgrzymkę Jana Pawła II w marcu 2000 roku. Pół roku później przyjąłem święcenia kapłańskie. To był niezwykły znak, że mnie – izraelskiego Żyda – wyświęcił pierwszy palestyński patriarcha Jerozolimy, abp Michel Sabbah. Specjalnie na tę uroczystość przygotował kazanie po hebrajsku, choć głównym językiem tutejszego Kościoła jest arabski. Zrobił to ze względu na obecność moich rodziców. Musiałem mu wyjaśnić, że moi rodzice, Żydzi z diaspory, nie mówią po hebrajsku. W końcu wygłosił homilię po angielsku. Część ceremonii odbyła się jednak po hebrajsku, a część po arabsku. Do dziś dzielę czas między pracę naukową i wykłady w arabskojęzycznym seminarium a duszpasterstwo dla mówiących po hebrajsku.

Kim są hebrajskojęzyczni katolicy?

Część z nich to Żydzi, którzy wierzą w Chrystusa. Ale ta wspólnota jest bardzo zróżnicowana. Poza judeochrześcijanami można w niej spotkać potomków Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, chrześcijan, którzy przyjechali do Izraela, by tu pracować albo zawarli mieszane małżeństwa z Żydami. Dziś przeważają jednak imigranci zarobkowi i uchodźcy szukający azylu w Izraelu.

Macie nieco zmienioną liturgię nawiązującą do zwyczajów żydowskich. Na początku kobiety zapalają świece, nie klękacie, konsekrujecie inny rodzaj niekwaszonego chleba – macę…

Mamy też trochę inny kalendarz liturgiczny, również odwołujący się do judaizmu. Obchodzimy żydowskie święta, co czasami nastręcza kłopotów. Zwłaszcza gdy na przykład Pascha przypada w tym samym czasie, co Wielkanoc i trzeba wybierać pomiędzy paschalną wieczerzą z żydowską rodziną a uczestnictwem w Triduum.

Co wtedy?

Pozostawiamy ludziom wolny wybór. Ja – jako ksiądz – zawsze jestem w kościele.

Czy te zmiany i zwyczaje liturgiczne są uzgodnione z Watykanem?

Oczywiście, że tak.

Ilu jest katolików modlących się na co dzień po hebrajsku?

Około tysiąca. To zdecydowana mniejszość. Rdzenni chrześcijanie w Ziemi Świętej mówią po arabsku i są związani ze społecznością palestyńską. Takich ludzi jest w Izraelu około 120 tysięcy (a jeszcze więcej na terytoriach palestyńskich). 25 tysięcy z nich to katolicy. Najliczniejszą grupę wiernych stanowią obecnie chrześcijańscy imigranci i uchodźcy, których jest ponad 150 tysięcy, a 60 tysięcy należy do Kościoła rzymskokatolickiego.

Jesteście zatem hebrajskojęzyczną mniejszością w katolickiej mniejszości, która należy do chrześcijańskiej mniejszości…

Tak. Mało kto zdaje sobie sprawę z istnienia naszej wspólnoty. Nawet arabscy chrześcijanie najczęściej o nas nie wiedzą. Kontakty są znikome, a jeśli już ktoś się dowie o hebrajskojęzycznych współbraciach, zwykle nie dowierza i pyta, jak to możliwe, że chrześcijanie żyją wśród Żydów i mówią ich językiem, zamiast dołączyć do arabskojęzycznej wspólnoty.

Czy głębokie podziały w izraelskim społeczeństwie przekładają się na podziały wewnątrz Kościoła?

Niestety tak. Wszystko bierze się stąd, że mamy do czynienia z uprzywilejowaną żydowską większością i zaniedbywaną arabską mniejszością. Zapatrywania polityczne są zwykle odmienne, ale gdy się poznajemy, szybko się okazuje, że jesteśmy braćmi i mamy ten sam fundament – Jezusa Chrystusa.

Jak to możliwe, że tak młoda i maleńka wspólnota, funkcjonująca w niesprzyjających okolicznościach, jest tak żywa, oddana i aktywna zarówno w życiu religijnym, jak i społecznym?

To fenomen znany od wieków. Kiedy chrześcijaństwo jest dla ciebie czymś oczywistym, bo całe otoczenie jest chrześcijańskie, trudno zachować głębokie przywiązanie do Kościoła. Natomiast gdy należysz do niewielkiej wspólnoty, otoczonej przez nieprzychylną większość i mocno odczuwasz swoją odrębność, przywiązanie rodzi się w sposób naturalny, podobnie jak entuzjazm i zaangażowanie w przetrwanie i rozwój wspólnoty. Ale żeby nie było zbyt optymistycznie, muszę powiedzieć, że wiele wysiłku wkładamy w utrzymanie młodych ludzi, urodzonych w chrześcijańskich rodzinach. Oni nie chcą się wyróżniać w taki sposób, a bycie w mniejszości wcale nie napawa ich entuzjazmem.

Czy chrześcijanie w Izraelu doświadczają ostracyzmu?

O tak, każdego dnia. Zdarza się, że kiedy idę w koloratce, ludzie ostentacyjnie się odwracają, spluwają. Mamy też do czynienia z przejawami agresji – od nienawistnych graffiti na kościołach aż po podpalenia. W żydowskim społeczeństwie są ludzie fanatycznie przywiązani do ideologii zakładającej nienawiść wobec każdego, kto nie jest Żydem. A zwłaszcza wobec chrześcijan. Ale to margines.

Jak ojciec reaguje w takich sytuacjach?

Staram się rozumieć motywacje. Wielu Żydów traktuje chrześcijan jako tych, którzy krzywdzili ich przodków, wypychali ich poza nawias społeczeństwa albo wręcz fizycznie prześladowali. Nie zatrzymuję się jednak na tym, bo poczucie skrzywdzenia nie może uzasadniać odwetu.

Co ojciec wtedy czuje?

Nic szczególnego. Kiedy ktoś mi mówi: „David, jesteś gnojkiem”, to mogę się poczuć urażony, ale gdy ktoś spluwa, dlatego że noszę koloratkę, to nie przeżywam traumy. Przecież to przejaw ideologicznego radykalizmu, którego powodem są czyjeś uprzedzenia, a nie to, kim jestem.

Jak jesteście traktowani w Kościele lokalnym przez arabską większość?

Różnie. Najważniejsze to się dobrze poznać. Osobiście, od początku mojego religijnego zaangażowania, jestem zintegrowany z arabskojęzyczną większością i aktywnie uczestniczę w jej życiu. Czasem, jeśli ktoś mnie nie zna, bywa nieufny. To pokłosie straszliwego podziału w sercu tutejszego Kościoła, który wynika z różnic politycznych i etnicznych. Ale jeśli ktoś mnie pozna, posłucha tego, co mówię, przeczyta, o czym piszę, przestaje być podejrzliwy.

Ilu duchownych pracuje w waszej wspólnocie?

Mamy dwunastu doskonale przygotowanych, mówiących po hebrajsku księży. W tym kilku z Polski. Natomiast z imigrantami pracuje czterdziestoosobowy zespół. Oferujemy duszpasterstwo i pomoc socjalną dla katolików z Filipin, Indii, Sri Lanki, Etiopii, Erytrei czy Sudanu. Status tych ludzi w społeczeństwie jest bardzo zróżnicowany. Niektórzy są legalnie zatrudnieni w Izraelu, inni niekoniecznie, choć mają już tu swoje dzieci, które w pełni się integrują, znają język, chodzą do szkół – mimo że ich status formalny nie jest uregulowany. Są też tacy, którzy przybyli tu, uciekając przed wojną. Trzeba zaznaczyć, że Izrael prawie nigdy nie przyznaje azylu takim uciekinierom, zatem ich pobyt tutaj jest zazwyczaj nielegalny. Ale w Kościele nie ma przecież ludzi nielegalnych, dlatego my pomagamy wszystkim tak samo.

Przypomnijmy: takich napływowych katolików jest 60 tysięcy, czyli ponaddwukrotnie więcej niż liczy sobie tutejszy Kościół. Tak mała wspólnota ma prawo czuć się zagrożona – zwłaszcza na Bliskim Wschodzie – tymczasem to właśnie ona wykonuje ogromną pracę na rzecz przybyszów. W Polsce, gdzie ponad 90 procent obywateli deklaruje katolicyzm, większość sprzeciwia się przyjęciu nawet niewielkiej liczby uchodźców.

Katolicy nie mogą pozwolić, by ich działaniami kierował strach. Mamy zobowiązania wynikające z naszej wiary. Papież Franciszek niemal każdego dnia stawia nam pytanie: „Kim jesteśmy jako Kościół?”. Odpowiedź nie może się opierać na narodowych czy etnicznych podziałach, stereotypach, uprzedzeniach i lękach. Trudno nazywać się uczniem Chrystusa, jeśli te sprawy przesłaniają mi istotę mojej wiary. Jezus stawia sprawę dość jasno, jeśli chodzi o nasze obowiązki wobec bliźnich. Tylko to może wyznaczać zadania Kościoła i jego członków.

David Neuhaus SJ – ur. 1962 w Johannesburgu, jezuita, wikariusz Łacińskiego Patriarchatu Jerozolimy dla Katolików Hebrajskojęzycznych. Jest obywatelem państwa Izrael, doktorem nauk politycznych, absolwentem Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, Papieskiego Instytutu Biblijnego w Rzymie oraz jezuickiego Centre Sevres w Paryżu. W latach 2005-2009 był członkiem zarządu organizacji obrony praw ludności palestyńskiej B'Tselem. Wykłada w seminarium duchownym w Beit Jala oraz na Uniwersytecie w Betlejem. Aktywnie włącza się w dialog międzyreligijny w Ziemi Świętej.

Marcin Gutowski – ur. 1983, absolwent Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od 2006 roku reporter związany z Programem III Polskiego Radia. Prowadzi autorski program "Przyciasny beret". W 2015 roku wydał zbiór kilkuset rozmów i reportaży "Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny". Jest żonaty, ma dwie córki. Mieszka pod Warszawą.

Hygge po katolicku

SZCZĘŚLIWY JAK DUŃCZYK

•••

Hygge to celebrowanie chwili, cieszenie się tym, co małe, niewymagające pieniędzy. To relaks w miłej atmosferze, w dobrym nastroju. Bez pośpiechu.

Z SYLWIĄ IZABELĄ SCHAB z Katedry Skandynawistyki UAM rozmawia Piotr Świątkowski

FOT. PIXABAY.COM

Piotr Świątkowski: Kiedy wymyślono hygge?

Izabela Sylwia Schab: To zależy, o jakie rozumienie hygge pan pyta. Nie da się datować narodzin zjawiska wspólnego, przyjemnego spędzania czasu. Tego nie wymyślono w Danii. Ludzie rozmawiają przy świecach, popijając wino albo kawę, na całym świecie. Jeśli natomiast spojrzymy na hygge jako duński towar eksportowy, część brandingu państwa, to jest to zjawisko młode. Duńczycy twierdzą, że tego słowa nie da się przetłumaczyć na inne języki, ale to nieprawda. My w Polsce też mamy własne hygge, tylko inaczej skonstruowane. Polacy również potrafią miło spędzać czas w nieprzymuszony sposób.

Hygge to nowa religia?

To produkt świetnie sprzedawany na świecie. Sprawa wypłynęła w wyniku badań nad szczęściem. Od lat Duńczycy byli na pierwszym miejscu w rankingu najszczęśliwszych narodów. W tym roku akurat są drudzy, bo zostali zdetronizowani przez Norwegów, ale przez lata nie mieli sobie równych i sami siebie pytali: Dlaczego jesteśmy szczęśliwi? Jednym z elementów odpowiedzi na to pytanie, bo to nie jest cała odpowiedź, jest hygge. I nie jest to ani zjawisko nowe, ani nie ma statusu „nowej religii”.

Jak się spędza czas hyggelig?

Obowiązkowo przy świecach – niezależnie od pory dnia czy roku. Apoteozą delektowania się codziennością jest piosenka Szczęśliwy dzień Svantego z tekstem Benny’ego Andersena: „Życie nie jest najgorszym, co mamy/A za chwilę będzie gotowa kawa”. W ciągu dnia piją kawę, którą uwielbiają, a wieczorem wino lub piwo. Hygge jest dla każdego. To zjawisko niezwykłe w swej zwyczajności, jednocześnie naturalne i spontaniczne, jak i świadomie wywoływane. Co ważne, w atmosferze hygge nie ma miejsca na manifestowanie różnic. Chodzi o to, żeby się nie wywyższać, nie prezentować.

Czyli nie pochwalę się, że kupiłem właśnie dobry samochód?

W sytuacji hygge w ogóle pan o tym samochodzie nie pomyśli. Jeppe Trolle Linnet, duński badacz, zajmujący się hygge, stwierdził, że jest ono związane z miękkimi meblami. Trzeba siedzieć na miękkiej kanapie albo w fotelu, w intymnej atmosferze, przy świecach, popijając coś dobrego. Tyle.

Ale Duńczycy też muszą zarabiać pieniądze, pracować w korporacji, brać udział w wyścigu szczurów?

Oczywiście, ale Duńczykom udało się zachować równowagę między pracą a życiem prywatnym. Work-life balance. Jak ktoś ma wolne, to ma wolne. Wolne jest święte. O piętnastej w piątek żadnego Duńczyka w pracy się nie uświadczy, niektóre urzędy czynne są nawet krócej.

A co z wydajnością pracy?

Okazuje się, że pracując w takim systemie, a trzeba dodać, że Duńczycy mają trzydziestosiedmiogodzinny tydzień pracy, jest się bardzo wydajnym. Będąc w pracy, też można pójść na kawę albo celebrować przerwę na lunch. Siedzi się z innymi współpracownikami i rozmawia. Do hygge dąży się w sposób naturalny.

O czym się rozmawia? O polityce?

O lekkich sprawach, niekoniecznie związanych z pracą. I tu pana zaskoczę – o polityce też. W Danii panuje zresztą zupełnie inna kultura polityczna. Jeśli oglądałby pan duńskie debaty z udziałem polityków, nie znając języka i warstw kulturowych, przez które trzeba się przebić, toby pan nie zauważył, że oni się kłócą. Ton wypowiedzi polityków jest przyjazny. Nie obrażają się wzajemnie, nie wyzywają. Nie ma mowy, żeby ktoś komuś ręki nie podał. Poza tym oni się do siebie nieustannie uśmiechają.

Na ulicy? W tramwaju?

To jest coś, co bardzo lubię. Pozdrawiają się nieznajomi. Mówią sobie „cześć”.

Próbowała pani tego w Polsce?

Próbowałam. Gdy wracam po dłuższym pobycie w Danii, uśmiecham się do obcych ludzi na ulicy. Kiedyś ludzie myśleli, że zwariowałam. Teraz coraz częściej się uśmiechają w odpowiedzi. Coś się u nas zmienia.

Czasem uśmiechamy się, żeby przykryć problem.

Coś może być na rzeczy. Kultura duńska jest kulturą kompromisu. Tam się dyskutuje do momentu, w którym ludzie są ze sobą zgodni. I w ten sposób odpowiadam na pana pytanie. Ale abstrahując od tego, czy śmiechem zamiatamy problemy pod dywan, czy nie – z uśmiechem lepiej się żyje. W Danii jest ponadto wysoki poziom kapitału społecznego, którego głównym elementem jest zaufanie do innych członków społeczeństwa i do instytucji państwowych. Tego nam w Polsce brakuje. W Danii inaczej się rozumie państwo. W Polsce państwo to wróg, instancja, która chce nam coś zabrać, np. w formie podatków. W Danii obywatel i państwo grają w jednej drużynie.

Mówi się, że Skandynawowie są zimni.

Nie można oceniać innej kultury z perspektywy własnej. Duńczycy szanują swoją prywatność. To, że sąsiad nie zapuka do sąsiada obcokrajowca i nie zapyta, czy mu pomóc, nie musi być wcale dowodem na brak zainteresowania drugim człowiekiem. To oznaka szacunku dla prywatności, postrzegana czasem jako niechęć. Krzywdzące są opinie o Duńczykach oddających rodziców do domów opieki. Trzeba pamiętać, że wpisuje się to w model opiekuńczego państwa dobrobytu. Wielu starszych ludzi samodzielnie podejmuje decyzję o przeprowadzce do takiego domu. Państwo jest silne, rozdziela środki i opiekuje się starszymi ludźmi. W Polsce opieka zawieszona jest na rodzinie. To jest zupełnie inny model. Nie można powiedzieć, że Duńczycy się nie interesują rodzicami, że o nich zapominają. Wiele nieporozumień w postrzeganiu Duńczyków wynika z innej ekspresji kulturowej bliskości.

Z Duńczykiem można się zaprzyjaźnić?

Oczywiście. Tylko trzeba pamiętać, że dystans fizyczny między rozmówcami w Danii jest nieco większy niż w Polsce. To właśnie wynika z szacunku dla prywatności. Nie można podejść tak blisko do rozmówcy jak u nas. W Danii podaje się rękę na przywitanie, przytula się, choć ekspresja kulturowa bliskości jest nieco inna.

Można pocałować kobietę w dłoń?

Już w XIX wieku Georg Brandes, duński krytyk literacki, który kilkakrotnie odwiedził Polskę i napisał wspomnienia ze swoich podróży, oceniał polski zwyczaj całowania w rękę jako „azjatycki”. Czyli jako coś przedziwnego.

Czy Duńczycy wiedzą, że istnieje taki smutny naród ludzi, którzy cieszą się z nieszczęścia bliźnich i narzekają na wszystko, co się da?

Polacy są w Danii wrzucani do worka, który nazywa się „pracownicy ze Wschodu”. Jesteśmy w nim razem z przybyszami z innych krajów postkomunistycznych. Ale ten obraz Polaków w duńskiej świadomości powoli się urealnia. Jesteśmy największą grupą etniczną w Danii. Pracuje tam wielu polskich lekarzy. Trzeba też powiedzieć, że coraz więcej Duńczyków wybiera się na wakacje do Polski. Nie mówiąc już o turystyce stomatologicznej. Obraz się zmienia, ale w jakim tempie i kiedy się zmieni, i w którą stronę, trudno powiedzieć. Teraz duńskie media mówią dużo o „dobrej zmianie” w Polsce. Niekoniecznie pozytywnie.

Czy Duńczycy interesują się tym, co się dzieje w innych krajach?

Duńczycy generalnie interesują się najbardziej Duńczykami. Identyfikują się po pierwsze z regionem, w którym żyją, kolejno – z Danią, a jeśli chodzi o ponadnarodowe identyfikacje i zainteresowania, bo idzie to w parze, identyfikują się z państwami skandynawskimi. Identyfikacja z Europą jest słabsza.