Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 1

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 177 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 07/2015 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 07/2015 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 07/2015 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

pieniądze w Kościele to temat rzeka – gdy o nich mowa, łatwo o manipulację i ideologiczne ustawienie sprawy. Wystarczy kilka tabloidowych zdjęć z parkingu przy budynku Episkopatu i już możemy oceniać zasobność portfela, pomstować na „czarnych” i ich limuzyny. Co z tego, że wielu biskupów regularnie jeździ pociągami i miejską komunikacją. O tym się raczej nie mówi.

Jest oczywiście jeszcze druga strona medalu, o której znacznie rzadziej rozmawiamy – nikt nie pyta, ile kosztują komunikanty, wino mszalne, świece, ornaty, obrusy i kwiaty do kościoła. Nikt się nie zastanawia, z czego proboszcz zapłaci rachunki za wodę, prąd, gaz i wywóz śmieci, skąd ma wziąć pieniądze na pensje dla organisty, kościelnego i innych pracowników parafii. O tym właśnie opowiada ks. Leszek Slipek, proboszcz parafii św. Andrzeja Apostoła w Warszawie, i podkreśla, że odpowiedzialność za Kościół i parafię spoczywa na nas wszystkich. Stąd nasze pytania w tym numerze miesięcznika – o to, na co idzie niedzielna taca i z czego żyje ksiądz. Pytamy nie po to, by szukać taniej sensacji, ale by uświadomić sobie, że Kościół w Polsce będzie dokładnie taki, jak o niego zadbamy – my, wierzący, a nie urzędnicy z Watykanu. I tyle będzie w Polsce kościołów, ile zapału i wiary w nas, katolikach, tyle kościelnych jadłodajni i hospicjów, ile w nas miłosierdzia, tylu księży, ile w nas potrzeb, by miał kto sprawować sakramenty.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

WIELKA PĘTLA

Skąd ksiądz ma pieniądze

MIEĆ ALBO NIE MIEĆ

NIKT NIKOMU ŁASKI NIE ROBI

Głodnych nakarmić

JA TYLKO NOSZĘ PACZKI

ŚMIETNIKI PEŁNE JEDZENIA

PORTFEL NAWRACA SIĘ OSTATNI

WIARA Z CZUBKA WIDELCA

Gustaw Herling-Grudziński 1919-2000

NA GRANICY "INNEGO ŚWIATA"

Trudne karty Kościoła

PRZEKLĘTA TRÓJCA

Kiedy się modlisz

OD REDAKCJI

PROŚCIE, A PRZYJMIECIE

Pytania w drodze

153 RYBY

Orientacje

JAK ODRODZIĆ SIĘ Z POPIOŁÓW

FUKSIARZ

Felietony

KILKA MIESIĘCY TEMU

DO MASZYN, DO MASZYN

KALKULOWANIE

DRZEWO

MÓJ TYDZIEŃ Z BIBLIĄ (II)

Dominikanie na niedziele

ZRÓBCIE MU MIEJSCE

NACIĘCIE

POSIŁEK

ZNOSIĆ JEDEN DRUGIEGO

Rozmowa w drodze

WIELKA PĘTLA

•••

W pewnym momencie Brytyjczyk Tom Simpson spadł z roweru i stracił przytomność. Na chwilę jeszcze się przebudził i powiedział: Wsadźcie mnie na rower. To były jego ostatnie słowa.

Z korespondentem Polskiego Radia we Francji MARKIEM BRZEZIŃSKIM rozmawia Dominik Jarczewski OP

Francuz Louison Bobet - trzykrotny triumfator Tour de France (1953, 1954, 1955). Na zdjęciu etap z Grenoble do Briancon, 1954 rok. FOT. UNIVERSAL/TEMPSPORT/CORBIS

DOMINIK JARCZEWSKI OP: W lipcu oczy i uszy Francuzów, ale nie tylko, zwrócone są na kolarzy, którzy zmagają się w kolejnej edycji Tour de France. To najstarszy rajd rowerowy na świecie?

MAREK BRZEZIŃSKI: Tour de France nie był pierwszy, ale rzeczywiście jest najstarszym ze współczesnych rajdów. Pomysł zrodził się w głowie Henriego Desgrange’a, redaktora naczelnego dziennika motoryzacyjno-lotniczego „L’Auto”, a jednocześnie zapalonego kolarza. Podobne rajdy wykorzystywano wówczas jako kampanię reklamową różnych gazet. Jednak żaden z nich nie dorównywał rozmachem Tour de France, który wystartował po raz pierwszy w 1903 roku. Wygrał wtedy Francuz Maurice Garin. Rok później zwyciężył 19-letni Henri Cornet, który do dziś jest najmłodszym zwycięzcą wyścigu.

Też Francuz?

Też. Ale nie wszyscy z pewnością wiedzą o tym, że w 1956 roku zwycięzcą został Roger Walkowiak – Francuz o polskich korzeniach. Był czarnym koniem. Nikt się nie spodziewał jego triumfu. Zwyciężył w klasyfikacji generalnej, chociaż nie wygrał żadnego etapu. Dlatego złośliwi komentowali, że zwycięstwo zawdzięczał zbiegowi okoliczności, bo najlepsi poodpadali. Natomiast trzecie miejsce zajął w 1993 roku Zenon Jaskuła, zaraz za Szwajcarem Tonym Romingerem i niesamowitym pięciokrotnym zwycięzcą – Hiszpanem Miguelem Indurainem. Indurain charakteryzował się tym, że miał pojemność płuc 6,5 litra, jak Indianie Keczua, którzy mieszkają w Peru na wysokości 4000 metrów (przeciętny człowiek ma pojemność płuc ok. 4 litrów – przyp. red.). Według wielu fachowców właśnie to pozwalało mu odjeżdżać od reszty. No i oczywiście wielkim wydarzeniem było zeszłoroczne zwycięstwo Rafała Majki w klasyfikacji górskiej.

W tym roku czekamy na kolejne.

Oczywiście! W tym roku startuje łącznie pięciu Polaków.

To już 103. wyścig. Wiele się musiało zmienić przez te lata…

Na przykład długość odcinków. Obecnie najdłuższy etap liczy 221 kilometrów, a wówczas etapy miały 400, a nawet 500 kilometrów. Kolarze startowali w nocy i dlatego po drodze rozstawieni byli inspektorzy z lampami, którzy sprawdzali uczciwość: czy zawodnicy nie trzymają się samochodów, czy nie korzystają z niczyjej pomocy (bo było to zabronione) i czy nie jadą na skróty. Ale za to podczas tych pierwszych wyścigów mogli się zatrzymać w oberży na jedzenie. Dziś trudno to sobie wyobrazić.

Każda sekunda jest cenna.

Przecież dzisiaj kolarze siusiają, jadąc. Tragedią jest biegunka.

Zdarza się?

Tak. Wówczas lekarz, który jedzie obok, podaje silne leki. Ale, jak mówiłem, na początku kolarze zatrzymywali się w przydrożnych gospodach, tam ich przyjmowano, dawano im wino, bo przecież trudno sobie wyobrazić we Francji posiłek bez wina. No i czasami ich podtruwano.

Konkurencja?

Nie wprost. Jeśli na przykład oberżysta kibicował rywalowi i taki kolarz miał pecha trafić do jego gospody, to mogło się to dla niego źle skończyć.

Były jakieś zgony?

Z tego powodu nie. Natomiast w trakcie wyścigu zmarło w sumie czterech kolarzy. Ostatnio w 1995 roku. Włoch Fabio Casartelli rozbił się przy zjeździe. Od tego czasu zaczęto jeździć w kaskach. Następnego dnia jego ekipa jechała ramię w ramię, a za nimi powoli ciągnął się peleton. Nagrody z tego etapu przekazano rodzinie zmarłego. Inny wypadek miał miejsce w 1967 roku w trakcie legendarnego podjazdu na Mont Ventoux, tzw. szlakiem Petrarki. W pewnym momencie Brytyjczyk Tom Simpson spadł z roweru i stracił przytomność. Na chwilę jeszcze się przebudził i powiedział: Wsadźcie mnie na rower. To były jego ostatnie słowa. Historia ta jest o tyle ważna, że po śmierci stwierdzono wysoką zawartość amfetaminy w jego krwi i był to pierwszy spektakularny przypadek zgubnych konsekwencji dopingu. Od tego czasu przeprowadza się obowiązkowe testy antydopingowe.

Skąd takie wielkie zainteresowanie rajdem? Mamy przecież Giro d’Italia i Vuelta a España, ale to Tour de France jest legendarny.

To trzy najsłynniejsze rajdy, „korona rajdów”. Ale jest jeszcze całe mnóstwo innych, fajnych wyścigów, takich jak Tour de Romandie w Szwajcarii czy Strzała Walonii. Tour de France się wyróżnia, bo nie chodzi tu tylko o naciskanie na pedały, ale jest to też tchnienie życia we wsie i miasteczka położone z dala od zgiełku, zapomniane, zapyziałe, gdzie nawet muchy wolniej latają. I nagle, raz do roku czy raz na kilka lat (bo wyścig zmienia trasę), przejeżdża przez nie peleton. Właściwie przemyka, bo zawodnicy jadą z ogromną prędkością. Oczywiście najciekawsze są etapy górskie, kiedy kolarze muszą wolno podjeżdżać, gdzie się toczy szaleńcza walka, gdzie zawęża się szpaler widzów i czasem dochodzi do niebezpiecznych sytuacji, ponieważ nie wszyscy się zachowują fair play, biegną za zawodnikami, potrącają ich. Majka otarł się o motocyklistę z kolumny, a co dopiero mówić o kibicach.

Kolarze jadą przez całą Francję, odkrywają miejsca czarowne, pełne wdzięku. Myślę, że tak jak legendarne wino z Bordeaux weszło na światowe rynki dzięki Anglikom, tak Tour de France jest legendarny dzięki Francji, dzięki romańskim zabytkom, gotyckim kościołom, ruinom zamków, pałacom, dzięki zapierającym dech w piersiach pejzażom, dzięki malowniczym, a jednocześnie drapieżnym przełomom rzek, dzięki temu, że rzeczywiście te wspinaczki na legendarne już przełęcze są pełne dramaturgii. I chyba właśnie to sprawiło, że się udało przetrwać wszystkie afery dopingowe.

No właśnie, wydaje się, że te afery są nierozerwalnie związane z historią wyścigu…

Na czele z tą najsłynniejszą, związaną z Lance’em Armstrongiem. Muszę przyznać, że bardzo mu kibicowałem i trzymałem jego stronę do końca. Zanim sam się przyznał do dopingu, nie chciałem w to wierzyć.

Bo chcemy wierzyć w takich bohaterów, dla których niemożliwe staje się możliwe?

Myślę, że chodzi o coś więcej. Nie zapominajmy, że to niesamowity człowiek: z jednej strony obserwowaliśmy jego zwycięskie zmaganie z chorobą nowotworową, a z drugiej przeżywaliśmy świństwo, jakie mu zrobiła francuska grupa Cofidis, w której wówczas jeździł. Kiedy wydawało się, że nie ma szans, żeby wygrać z chorobą, wypowiedziano mu umowę, zamiast trwać z nim solidarnie do końca. Dlatego teraz, ile razy widzę ich czerwone koszulki na trasie, ogarnia mnie złość.

Niektórzy mówią, że problem dopingu nie znika, pojawiają się tylko nowe środki, trudniejsze do wykrycia.

Przypomina to ściganie się policjantów z przestępcami. Przecież Armstrong nie był jedyny. Największe bożyszcze francuskiego kolarstwa ostatnich lat Richard Virenque, który wielokrotnie zwyciężał w klasyfikacji górskiej, został przyłapany na aferze dopingowej i przed sądem w Lille przez trzy dni zaprzeczał, a czwartego dnia się rozpłakał jak mały chłopiec i cała Francja wstrzymała oddech. No bo jak to? Wielki heros dwóch kółek płacze przed sądem? I Francja błyskawicznie mu to wybaczyła. Tak jak wybaczyła wielu innym swoim bohaterom. Nie zapomniała o Jacques’u Anquetilu, który wygrywał pięć razy i był niesfornym Piotrusiem tych zawodów. Potrafił po wyścigu Paryż-Marsylia wypić kilka butelek whisky, po czym stanąć na starcie Bordeaux-Paryż i jeszcze go wygrać. Był człowiekiem niesłychanym. Rywalizował z Raymondem Poulidorem, który jeszcze żyje i nigdy mu się nie udało wygrać. Zawsze był drugi. Kiedy Anquetil umierał na raka żołądka, napisał do Poulidora: Widzisz, stary, znowu będziesz drugi. Mnóstwo jest takich historii.

To może spróbujmy prześledzić trasę tegorocznego wyścigu, który zaczyna się…?

…w Utrechcie, pod katedrą o najwyższej wieży w Holandii. Holandia, obok Belgii i Francji, uważana jest za kolebkę kolarstwa. Ale kibice są z całego świata. Widać to najlepiej po flagach. Polska powiewała nawet wtedy, gdy w peletonie nie było Polaka. Ciekaw jestem, czy w tym roku pojawi się flaga Erytrei, bo po raz pierwszy w drużynie Afryki Południowej startuje trzech Erytrejczyków.

Mówimy o Tour de France, a jesteśmy w Holandii.

I, co więcej, jest to wielki powrót, bo pierwszym miastem poza granicami Francji, z którego startował wyścig, był Amsterdam. Później stało się to już tradycją, że wyścig udaje się poza granice kraju.

Jak na przykład w 1987 roku do Berlina…

Albo rok temu do Wielkiej Brytanii, gdzie cieszył się nieprawdopodobnym powodzeniem. Wszędzie, gdzie przejeżdżał peleton, było wielkie święto kolarstwa. Francuzi przecierali oczy ze zdumienia. Mogę dać głowę, że w tym roku w Holandii i Belgii będzie to samo. Ten pierwszy etap to jazda indywidualna na czas. To jest najkrótszy odcinek, nieco ponad 13 kilometrów.

Pierwsze etapy wydają się bardzo spokojne.

Zasadniczo tak, choć zdarza się sporo niespodzianek. Na przykład drugiego dnia, kiedy trasa wiedzie nad Morzem Północnym do Zelandii, wszystko zależy od kilku ostatnich kilometrów i tego, jak będzie wiał wiatr. Jeśli trafi się wiatr przeciwny, boczny, to może dojść do tego, że peleton będzie się rozrywał, krył przed wiatrem, jednym słowem będzie ciekawie. Z kolei na następnym etapie, na 160 kilometrze, tuż przed metą znajduje się tzw. ściana w Huy. To już nie są żarty: kąt nachylenia 20 stopni. To są ścianki, które się bardzo dają we znaki i są charakterystyczne dla wyścigów tzw. Strzały Walonii. Może się zdarzyć, że ktoś ucieknie i będzie miał jeszcze tyle pary, że nie da się złapać na ostatnim odcinku. Następny, czwarty etap jest najdłuższy, ale nie w tym tkwi haczyk: będzie siedem odcinków jazdy po bruku. Najtrudniejszy wyścig, jednoetapowy Paryż-Roubaix, słynne „Piekło Północy”, ma właśnie bardzo dużo takich odcinków, a zwycięzca dostaje kostkę brukową. Odbywa się na początku maja i wielu kolarzy z Tour de France bierze w nim udział, bo od jakiegoś czasu na tour trzeba się spodziewać bruku. Jeżeli tylko spadnie deszcz, to już lepiej przesiąść się na łyżwy, tak jest śl isko. Zatem kolarze jadą poboczem. Proszę sobie wyobrazić, te ścieżki są bardzo wąskie, to są autentyczne stare bruki, jakie były przed drugą wojną światową, a obok rowy… Taka atrakcja stosunkowo płaskiego etapu.

Wyścig trwa codziennie czy są jakieś przerwy na odpoczynek?

Drugi i trzeci poniedziałek są wolne. Wówczas kolarze wstają później, jedzą specjalnie przygotowany posiłek, jadą na krótką przejażdżkę, żeby nogi się nie odzwyczaiły od pedałowania i spędzają czas z rodzinami. To jest zawsze albo przed trudnymi etapami górskimi, albo po nich.

A zatem możemy się spodziewać, że dziesiąty etap z Tarbes do La Pierre-Saint-Martin będzie emocjonujący.

Tym bardziej że odbywa się 14 lipca, czyli w święto narodowe, a wtedy Francuzi zawsze mają wielką ambicję, żeby ktoś z nich wygrał ten etap. A jeśli wygra, to oczywiście komentatorzy pieją z radości.

A jeśli nie wygra?

Cóż, i tak się zdarzało… Tu już wjeżdżamy w Pireneje. Z Tarbes związana jest też legenda o tym, że królowa Saba miała tu uciec po zawodzie miłosnym.

To musiał być duży zawód, skoro zawędrowała aż pod Pireneje.

Ale nie przeszkadza to mieszkańcom szczycić się tym. To jest miasteczko zastygłe w początkach dwudziestego wieku. Wszystko toczy się tu wolniej. Wyjeżdżamy z niego i zaczynają się pierwsze przełęcze, a więc też pierwsze premie górskie, a tu liczymy na naszego Majkę.

No właśnie, bo w tym wyścigu jest kilka klasyfikacji.

Tak. Jest oczywiście żółta koszulka dla lidera i biała dla najlepszego kolarza do 25. roku życia. Biała w czerwone grochy za punkty w klasyfikacji górskiej i zielona dla najbardziej aktywnego kolarza – tu bierze się pod uwagę inne (niegórskie) punkty premiowe oraz ucieczki.

Trasa przechodzi przez Lourdes i pnie się w wysokie Pireneje.

I tu się już kończą żarty. To są bardzo ciężkie podjazdy ślimakami, które wyglądają, jakby ktoś malował je po spożyciu dużej ilości absyntu. Mamy tu dwa duże podjazdy, w tym Tourmalet, na które bałem się wjeżdżać samochodem. Z jednej strony skały, z drugiej hale, ale zaraz obok przepaść. I tu się okazuje, że podjazdy wcale nie są najtrudniejsze. One są najbardziej męczące, jednak to zjazd jest niesamowicie niebezpieczny i wymaga specjalnej techniki. Tu właśnie mistrzem jest Majka. Samochód wpadnie w poślizg, a co dopiero rower z cienkimi oponami, poruszający się mniej więcej 70 km/h. Nie muszę mówić, jak niebezpieczne jest w takich warunkach hamowanie.

Z Tourmalet wiąże się ciekawa historia. W 1913 roku Eugène Christophe w czasie zjazdu złamał widełki od roweru. Mówiliśmy już o tym, że początkowo nie wolno było nikomu pomagać. Wziął więc rower na plecy, wszedł kilkanaście kilometrów pod górę, zszedł do najbliższej wsi, obudził kowala, kowal rozpalił palenisko i Christophe zabrał się do roboty. Był tylko jeden problem, bo w jednej ręce trzymał widełki, w drugiej miał młot kowalski, a przecież ktoś jeszcze musiał poruszać miechem. Zrobił to pomocnik kowala. Kolarz wykuł widełki, wrócił na trasę, nie wygrał wprawdzie, ale na tyle dogonił pozostałych, że był czwarty, no i zdyskwalifikowano go, bo sam nie wykuł widełek – miał przecież pomocnika. W końcu jednak znalazł się ktoś rozsądny, kto odwołał tę dyskwalifikację, bo nikt nie ma przecież trzech rąk.

Tam wysoko też docierają kibice?

Początkowo jedynymi widzami były chyba tylko niedźwiedzie i kozice. Dziś koczują tam tłumy w przyczepach. Aż dziw, ile przyczep można tam upchnąć. I czekają kilka, kilkanaście dni na peleton, żeby mieć dobre miejsce.

Przez spokojniejszy masyw centralny docieramy do Alp.

Gdzie spoglądają na nas z góry twierdze, wszak to szlak prowadzący na południe, do Italii. Wszędzie stacje narciarskie, malutkie kościółki sabaudzkie, mnóstwo podjazdów, zakrętów. I tak już jest prawie do końca. Po drodze przejeżdżamy przez najwyższy szczyt szlaku – 2600 metrów. W Polsce nie ma tak wysokich gór. Zawodnicy wjeżdżają na szczyt, potem jest ostry zjazd i na koniec legendarny podjazd na Alpe d’Huez, serpentynę regularną jak biżuteria na szyi Masajki. Niejednokrotnie to właśnie ten podjazd decydował o tym, kto wygra cały wyścig. Potem pozostaje już tylko Paryż, na deser. Start z Sevres…

Gdzie jest przechowywany wzorzec metra.

I skąd pochodzi słynna porcelana. Na koniec przejazd przez Lasek Buloński, Łuk Triumfalny, Pola Elizejskie, no i szampan! To już jest pokaz „harcowników”.

Bo już generalnie wiadomo, kto wygrał cały wyścig?

Wiadomo, ale nie wiadomo jeszcze, kto wygra ostatni etap, a to jest oczywiście kwestia prestiżu.

Ale nie zawsze wyścig się tu kończył?

Zgadza się. Na początku, jak w większości takich wyścigów, finał był na welodromie. Spektakularny przejazd przez centrum Paryża i dziesięć okrążeń przez Pola Elizejskie wprowadzono 40 lat temu.

No to kto wygra w tym roku?

To ruletka. Faworytem jest na pewno zeszłoroczny zwycięzca Włoch Vincenzo Nibali z kazachskiej drużyny Astana. Wprawdzie nie znalazł się na podium w rozgrywanym w czerwcu ostatnim sprawdzianie przed rajdem – wyścigu Critérium du Dauphiné – ale podobno nie miał takich ambicji. Chciał się trochę rozruszać i zrzucić nadwagę przed lipcem.

Nadwagę? W przypadku kolarzy to chyba raczej anoreksja.

Choć nie tak jak w przypadku skoczków narciarskich.

Ile ekip startuje?

W tym roku 22, każda po 11 zawodników. To wbrew pozorom jest sport drużynowy. Bardzo dużo zależy od postawy w zespole. Jedzie, powiedzmy, pięciu kolarzy i się wzajemnie wyprzedzają. Od szybkości i długości tych zmian zależy, czy powiększą prowadzenie. Podobnie nagroda zwycięzcy jest dzielona pomiędzy cały zespół. Moim zdaniem sam Nibali nie dałby rady, mimo że jest bardzo dobrym kolarzem.

Poza nim mam takiego cichego faworyta, z hiszpańskiej Movistar, Kolumbijczyka Dayera Quintanę. Mieszkał w górach i jeździł do szkoły na rowerze. Jest genialnym góralem, o nieprawdopodobnych płucach i wytrzymałości. No i jeszcze Anglik Christopher Froome, z jednej z najsilniejszych ekip Team Sky. Zwyciężył w 2013 roku, wtedy kiedy wygrał również Critérium du Dauphiné. W tym roku też wygrał Dauphiné. Czy historia się powtórzy? Podobno jest w słabszej formie, ale ma silne wsparcie drużyny. Świetnie jeździ w górach i na czas, wychował się w Kenii, więc jest przyzwyczajony do upałów i wysokości. No i Alberto Contador z duńsko-rosyjskiej Tinkoff-Saxo, dwukrotny zwycięzca Tour de France oraz tegoroczny zwycięzca Giro d’Italia. Tych bym obstawiał, ale przecież historia wyścigu zna niejedno zaskakujące, spektakularne zwycięstwo. I dlatego ten wyścig jest tak ciekawy.

Marek Brzeziński – absolwent anglistyki i psychologii na Uniwersytecie Łódzkim, doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu Gdańskiego, przez 20 lat wykładał psychologię i antropologię kultury na paryskim Uniwersytecie Schillera oraz pracował w polskiej sekcji Radia France Internationale. Ukończył prestiżową akademię kulinarną Le Cordon Bleu, o czym opowiada w książce "Kulisy Kulinarnej Akademii" (2012). Korespondent Polskiego Radia we Francji, dla którego co roku przygotowuje sprawozdania z Tour de France. Autor cotygodniowych reportaży kulinarnych w "Angorze". Mąż i ojciec czworga dzieci. Mieszka w podparyskim Boissy-Saint-Léger.

Dominik Jarczewski OP – ur. 1986, dominikanin, absolwent filozofi i na Uniwersytecie Jagiellońskim i teologii na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, studiuje filozofię w paryskiej École Normale et Supérieure, współpracuje z redakcją miesięcznika "W drodze". Mieszka w Paryżu.

Skąd ksiądz ma pieniądze

MIEĆ ALBO NIE MIEĆ

•••

W ubóstwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o mieć czy nie mieć, nawet nie o sprawiedliwość w nim chodzi, ale o coś znacznie więcej, czego od Kościoła oczekują nie tylko wyznawcy, ale również ci, którzy z Kościołem nie chcą mieć nic wspólnego.

Wacław Oszajca SJ

FOT. CHAMILA KARUNARATHNE/DEMOTIX/CORBIS

„Duchowni niech nie podejmują się urzędów ani handlu o charakterze świeckim, szczególnie tych nieobyczajnych. (…) Niech nie grają w gry hazardowe ani nie biorą udziału w tego typu rozrywkach. (…) Niech noszą szaty wierzchnie zapięte, nie zwracające uwagi na siebie nadmierną krótkością ani długością. Niech nie używają sukna czerwonego ani zielonego, długich rękawic ani zdobionego haftem lub z długimi nosami obuwia, uprzęży, siodeł, pektorałów ani ostróg pozłacanych bądź inaczej nadmiernie zdobionych. (…) Kapłani i inne osoby pełniące urzędy kościelne niech nie (…) noszą klamer, zapinek zdobionych złotem czy srebrem ani pierścieni, chyba że przysługują im z racji dostojnego urzędu. (…) Wszyscy biskupi, publicznie oraz w kościele, niech używają szat z płótna lnianego, chyba że byliby mnichami, których obowiązuje habit mnisi. (…) Z bólem oznajmiamy, że nie tylko niektórzy duchowni niższego stopnia, ale także pewni przełożeni kościołów spędzają prawie połowę nocy na zbędnych hulankach i nieprzystojnych pogawędkach, nie wspominając innych rzeczy, tak że niewiele czasu pozostaje im na sen; a ledwie budzeni o porannym śpiewie ptaków, cały ranek spędzają ciągle zaspani”1. „Wszystkim duchownym zabraniamy myślistwa oraz polowań na ptaki; dlatego niech nie ważą się trzymać psów myśliwskich ani ptaków łowczych”2 – czyli nic nowego pod słońcem. Jak było na początku chrześcijaństwa, podczas czwartego soboru laterańskiego w XIII wieku, tak jest i dzisiaj, i będzie aż do skończenia świata. Każda epoka ma diabła, który robi swoje. Wydaje się jednak, że ów kłamca, na swój diabelski sposób, lubi szczególnie jedną dziedzinę ludzkich trosk, starań, marzeń – skądinąd potrzebną i szlachetną w swej istocie – troskę o jutro. Nie bez powodu i nie na wyrost Jezus ostrzega tych, którzy myśląc o przyszłości, umierają ze strachu przed dniem jutrzejszym. Ta przesadna obawa powoduje, że zachłannie rzucają się na wszystko, gdyż „jutro śmierć nam niesie. Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie (…) mówiąc: Co będziemy jedli, albo: Co będziemy pili, albo: W co się ubierzemy, bo o to wszystko zabiegają poganie. A Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Szukajcie najpierw królestwa (Bożego) i jego sprawiedliwości, a to wszystko będzie wam przydane. Nie troszczcie się zatem o jutro, bo jutro samo o siebie będzie się troszczyć. Dosyć ma dzień każdy swojej biedy” (Mt 6,25 i 31–34).

W tej Jezusowej wypowiedzi ogromnie ważne jest małe słówko – zbytnio. Ono jest kluczem do zrozumienia chrześcijańskiego stylu życia, czyli ascezy. Na czym ma polegać życie po chrześcijańsku? Czy na uwolnieniu się od świata, czy wręcz przeciwnie, na zaakceptowaniu, więcej: na umiłowaniu świata? Czy asceza ma wyniszczać nasze ciało, czy przeciwnie, przypominać, że choć nastręcza nam ono sporo kłopotów, to jednak jest dziełem Boga, jest Bożym błogosławieństwem, a nie, jak chcieliby różnego rodzaju manichejczycy, nieomal tworem szatana. Zresztą, ci niby-asceci, żyjący nadzieją potępienia wszystkich z wyjątkiem nich samych, nie zauważają, że częściej, a może nawet z zasady, jest tak, że to zapatrzona w siebie dusza sprowadza ciało na manowce, a nie odwrotnie. Jezus powiedział: „Plami człowieka to właśnie, co z niego wychodzi. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli i nieczystości, i kradzieże, i zabójstwa, i cudzołóstwa, i chciwość, i przewrotność, i podstęp, i wyuzdanie, i zazdrość, i bluźnierstwo, i pycha, i głupota. Całe to zło pochodzi z wnętrza człowieka i czyni go nieczystym” (Mk 7,21–23). A zatem ubóstwo to nie sprawa mieć czy nie mieć, posiadać dużo czy mało, to nawet nie jest wybór między być czy mieć, choćby z tego powodu, że aby dać, trzeba mieć.

Ubodzy jak Bóg

Piotr Apostoł radzi: „Nie kierujcie się dawnymi pożądliwościami, którym ulegaliście, gdy żyliście (jeszcze) w nieświadomości, lecz w całym postępowaniu stańcie się świętymi, tak jak świętym jest Ten, który was powołał. Napisane jest bowiem: »Świętymi bądźcie, bo Ja jestem Święty!«. A skoro Ojcem nazywacie Tego, który sądzi bezstronnie każdego według jego uczynków, bogobojnie przeżywajcie czas waszego pielgrzymowania” (1 P 1,14–17). Bądźcie świętymi, jak święty jest Bóg. Łatwo powiedzieć. Bóg jest święty z natury, my co prawda również, ale nasza świętość dopiero się staje. Do świętości, czyli do człowieczeństwa, wciąż dorastamy lub nie, a nawet się cofamy. W naszym dojrzewaniu do pełni człowieczeństwa, czyli do tego, co Biblia nazywa podobieństwem i obrazem Boga w nas, wciąż nam daleko. Co tym bardziej skłania nas do nieustannego pytania: W jaki sposób ta boska cecha człowieczeństwa się przejawia, jak można ją realizować? Apostoł mówi, że na drodze bogobojności, a więc przez naśladowanie tego, w jaki sposób Bóg Ojciec, Stwórca podchodzi do stworzenia. Tak też sądzi ewangelista Jan: „Bóg tak umiłował świat, że wydał swojego Syna Jednorodzonego, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg bowiem posłał Syna na świat nie po to, aby świat potępił, ale po to, aby świat był przez Niego zbawiony” (J 3,16–17). Jakiż to świat Bóg umiłował? Oczywiście każdy świat, to znaczy ten mocno odzwierciedlający Bożą doskonałość, ale jeszcze bardziej, jeśli tak można powiedzieć, ten naznaczony grzechem, gdyż to ten grzeszny wymaga od Boga specjalnej troski i starań. A że ta troska nie zna granic, świadczy o tym śmierć Jezusa na krzyżu.

Jeśli więc w Kościele ktoś ma obowiązek przypominania o tym, że asceza chrześcijańska polega na zbawianiu, a więc na ratowaniu tych, którzy własnymi rękami siebie duszą, sądząc, że siebie doskonalą, to tymi zbawicielami ratownikami w pierwszym rzędzie powinniśmy być my, starsi Kościoła – biskupi, prezbiterzy i diakoni, jak też zakonnicy. Sami, świadomi swego duchowego i cielesnego ubóstwa i grzeszności, tym gorliwiej mamy towarzyszyć braciom, widząc w nich nie grzeszników, ale cierpiących. Na czym zaś polega tak pojmowane ubóstwo? Przypomniał o tym Leszek Kołakowski, pisząc, że Bóg „strzeże tego, co stworzył, a stworzył wszystko. Wymaga, byśmy nigdy nie byli więźniami dóbr ziemskich, ale nie potępia ich, bo w przeciwnym razie musiałby potępić siebie samego”3. Jeśli tak, to my również nie możemy potępiać świata, zrażeni jego marnością. I chcąc usłyszeć i zobaczyć Boga, musimy się zajmować światem. Dobra ziemskie, według Kołakowskiego, nie zasługują na to, by je lekceważyć, poniżać, demonizować, gdyż nawet „centrum życia chrześcijańskiego, czyli Eucharystia (…) nie jest działaniem sakralnym, w którym coś czy ktoś miałby być oderwany od świata. Tym bardziej nie można uważać za sakralne osób i instytucji kościelnych, które zawsze nacechowane są również duchem świata”4. Jednym słowem, Bóg chrześcijan żyje w świecie. Z tego oczywiście nie wynika, że świat jest Bogiem, stąd ubóstwo w ujęciu chrześcijańskim wyraża się w umiejętności dostrzegania sacrum w profanum, Stwórcy w stworzeniu.

Możemy sobie pomarzyć

Przejdźmy teraz na nasze kościelne podwórko. Mówić w polskim Kościele o ubóstwie prezbiterów i biskupów, to mówić o marzeniach, które na spełnienie, miejmy nadzieję, że tylko na razie, muszą jeszcze poczekać. Owszem, my, biskupi i prezbiterzy, sporo mówimy o ubóstwie. Ten temat lubią zwłaszcza ci, którzy mają się wyśmienicie. Ale jeśli chcemy być uczciwi względem Boga i Kościoła, to najpierw powinniśmy się zająć biedą, która coraz dotkliwiej trapi wcale niemałą liczbę księży. Łatwo przychodzi nam mówić o ubóstwie i sprawiedliwości w odniesieniu do każdej innej społeczności z wyjątkiem Kościoła, a dokładnie w odniesieniu do duchownych. W przemówieniu do włoskich biskupów, zaznaczając, że odnosi się to do całego Kościoła, papież Franciszek powiedział: „W końcu zmysł eklezjalny ujawnia się konkretnie w kolegialności i w komunii między biskupami i ich kapłanami; w komunii między samymi biskupami; między diecezjami bogatymi – zarówno materialnie, jak i w powołania – i tymi, które przeżywają trudności; między peryferiami i centrum, między konferencjami episkopatów i biskupami z następcą Piotra”5. Wyrażenia „zmysł eklezjalny” czy „wrażliwość kościelna” przywodzą na pamięć znane papieżowi z Ćwiczeń duchowych Ignacego Loyoli sformułowanie sentire cum Ecclesia, co można przełożyć jako współmyślenie i współodczuwanie z Kościołem. Po prostu chodzi o troskę, o to, co Paweł Apostoł tak ujął: „Dźwigajcie jedni drugich ciężary, a w ten sposób wypełnicie prawo Chrystusa” (Ga 6,2).

Trzeba jasno powiedzieć, że w polskim Kościele coraz więcej jest biednych parafii, zwłaszcza na terenach rolniczych i popegeerowskich. Wieś się wyludnia i starzeje, tym samym kurczy się sieć szkół. Księża pracujący w takim środowisku nie mogą więc liczyć ani naiura stolae, czyli ofiary składane z racji ślubów i pogrzebów, ani na inną pomoc ze strony parafian. Nie będąc katechetami, nie mogą też liczyć na pensję i na ubezpieczenia. Opowiadał mi jeden z proboszczów, że musiał kupić za pieniądze z parafialnej kasy trumnę dla swojego parafianina, bo dzieci zmarłego nie były łaskawe pofatygować się na pogrzeb ojca. I nawet tam, gdzie jeszcze nie tak dawno budowano nowe świątynie, dzisiaj, na skutek migracji młodego pokolenia do większych miast, kościoły zaczynają świecić pustkami. Z czego więc proboszcz ma utrzymać siebie, kościół, rozwijać akcję charytatywną, wpłacać do kurii różnego rodzaju kontrybucje? Krótko mówiąc, mamy coraz więcej tak zwanych kiepskich parafii, to znaczy niedochodowych. Jednocześnie w większych miastach i na terenach podmiejskich są parafie dobre, czyli dochodowe, a nawet lukratywne. To po pierwsze.

Po drugie: los konkretnego prezbitera i to, gdzie on będzie pracował, zależy jedynie od woli ordynariusza. Owszem, na decyzję biskupa mogą wpływać legalnie i, niestety nielegalnie inni, np. pracownicy kurii, ale to on ma ostatnie słowo. W sytuacjach konfliktowych biskup może wykorzystać swoją przewagę nad prezbiterem i użyć jej jako środka dyscyplinującego. Sugerując podwładnemu, że przerzuci go na gorszą parafię, może wymuszać na nim posłuszeństwo. Tyle tylko, że tego rodzaju nacisk, a właściwie zastraszanie, demoralizuje zarówno przełożonego, jak i podwładnego. W myśl przysłowia, że „pokorne cielę dwie matki ssie”, w cenie nie będą szczerość i współpraca, ale udawanie i pochlebstwo.

Po trzecie: jeśli są lepsze i gorsze parafie, to wśród księży zamiast braterstwa zaczyna panować demon bezwzględnej konkurencji i pokusa widzenia posługi jako kariery, a co za tym idzie potrzeba awansu. No i nieszczęście gotowe. Parafia staje się warsztatem pracy, a pracujący w niej księża usługodawcami, urzędnikami, kierownikami itd. W takim systemie, jawnie nieewangelicznym, trudno o jakąkolwiek wspólnotowość, o jakiekolwiek współmyślenie z Kościołem, czyli parafianami i diecezjanami. Owszem, są księża, i jest ich niemało, którzy potrafią się uodpornić albo poświęcić dla sprawy wbrew destruktywnym warunkom, w jakich żyją. Należy ich podziwiać i na razie naśladować, ale to sprawy pożądanego ubóstwa i niepotrzebnej biedy do przodu nie posuwa. Konieczne są zmiany. Krzywda jest krzywdą, a jako starsi Kościoła nie do krzywdzenia jesteśmy powołani.

Obecna struktura Kościoła, jeśli była (a była) dziełem Boga, nie obowiązuje na wieki. Zdezaktualizowała się i zamiast sprzyjać budowaniu wspólnoty, czyni ją niemożliwą. Jeśli nie zapewnimy sobie dobrych warunków dla szczerości, wielkoduszności, hojności, natychmiast zaczną nas nękać arogancja, małostkowość, egoizm. Zacząć trzeba jednak od dołu, od sprawiedliwości w sprawach podstawowych. Papież Franciszek mówi, że pieniądz może być narzędziem, które „w pewien sposób powiększa i rozszerza możliwości ludzkiej wolności, umożliwiając jej działanie w świecie i przynoszenie owoców”, ale też „pieniądz i władza mogą być środkiem, który oddala człowieka od człowieka, spychając go za horyzont egocentryzmu i egoizmu”6.

Supermeni

Przed obecnym modelem parafii i diecezji, mocno osadzonym w świecie feudalnym, czyli w społeczeństwie o ostrych podziałach klasowych, mieliśmy parafie, w których autorytet zdobywało się przez poświęcenie dla gminy, a nie na mocy decyzji administracyjnej, czy nawet święceń. Do niedawna jeszcze autorytetu, a w chrześcijańskich społecznościach jest on budowany na zaufaniu, ani proboszcz, ani tym bardziej biskup nie musieli zdobywać, gdyż relacje między władzą kościelną i Kościołem opierały się na posłuszeństwie. Drugi sobór watykański zaproponował jednak inny model diecezji i parafii – wspólnotowy, kolegialny, a obecny papież mówi nawet o synodalności. Nie trzeba bać się synodu, twierdzi Franciszek, ale trzeba „mówić jasno i słuchać z pokorą” tego, co mówi cały Kościół, nie tylko duchowni łącznie z papieżem7. Jeśli zatem chcemy Kościoła ubogiego i ubogich starszych Kościoła, zacznijmy od usunięcia tego wszystkiego, co jest przeciwne ubóstwu. Niewydolne struktury nie dość, że nie promują uczciwości, to wystawiają świeckich i duchownych na niebezpieczeństwo przyjęcia postawy przeciwnej ubóstwu, to znaczy, mówiąc za Janem od Krzyża, popadnięcia w jeden z głównych grzechów duchowych, w nabożną pychę, która najczęściej wyraża się w arogancji. Diecezja, parafia to ja! Mam władzę i nikt mi nie będzie rozkazywał. Wszelki konflikt jest z winy podwładnych, z braku posłuszeństwa. Tymczasem chrześcijanie wolni od pychy, mówi Jan od Krzyża, „o swych sprawach niewiele wspominają. Uważają je bowiem za tak małe, że nawet przed kierownikiem duchowym wstydzą się o nich wspomnieć. Uważają, że szkoda nawet o nich mówić. Mają raczej chęć wyjawiania swych błędów i grzechów albo tego, co za nie uważają, niż wspominania o swoich cnotach. Skłaniają się więcej ku takiemu kierownikowi duchowemu, który mniej ceni je same i ich stan wewnętrzny. (…) Takie dusze oddałyby krew swego serca temu, kto służy Bogu i uczyniłyby wszystko, co możliwe, by Mu służono. Z pokorą, [pogodą] ducha i z miłością pełną bojaźni Bożej znoszą swe niedoskonałości. Całą ufność pokładają w Bogu”8.

Tymczasem w sklerykalizowanym Kościele „ludzie chcą często widzieć w biskupie kogoś idealnego. (...) Kiedy wyjdzie na jaw, że także biskup grzeszy, że także on jest słaby, często bardzo słaby – świat zaczyna się gorszyć. (…) Z jednej strony tęsknimy za jakimś ziemskim ideałem. Z drugiej strony ten, na którego te oczekiwania są kierowane, nie robi nic, żeby ludzi wyprowadzić z błędu. To według mnie spory problem – podejrzewam, że szczególnie w Polsce. Myślę, że większym skandalem jest uważanie człowieka, który jest biskupem, za ideał porównywalny z Bogiem niż odkrycie w jego życiu mniejszego czy większego braku. Bo niezależnie od tego, czy ktoś jest człowiekiem świeckim, biskupem czy papieżem – błądzi. (…) Powtórzę: wina jest z obydwu stron. Jest oczekiwanie i jest akceptacja tego oczekiwania. Te mowy wygłaszane do biskupa przed bierzmowaniem czy podczas wizytacji... Śmiejemy się z tego, ale tego nie korygujemy i tak to trwa z pokolenia na pokolenie”. Tymczasem, mówi dalej bp Piotr Jarecki: „Uznanie własnej małości i niegodności, i jednocześnie całkowite przekonanie o wszechmocy Boga”9 stanowi ten moment, od którego zaczyna się wiara. A zatem uznanie, że jest się ubogim, zabezpiecza chrześcijanina przed fałszywym przekonaniem o wywyższeniu ponad innych z racji sprawowanej w Kościele posługi.

Ubóstwo zideologizowane

Jak ze wszystkiego innego, tak i z ubóstwa bez trudu potrafimy zrobić pokarm dla wspomnianej już duchowej pychy. Takie nieszczęście przydarzyło się m.in. Judaszowi Iskariocie, gdy zobaczył, że Maria Magdalena namaszcza Jezusowi stopy niezwykle cennym olejkiem. Według Franciszka „jest to wydarzenie religijne, chwila wdzięczności, miłości. Niestety, Juda widzi sprawę inaczej. Dystansuje się i dokonuje gorzkiej krytyki: »Czemu nie sprzedano tego olejku i nie rozdano pieniędzy ubogim?«. Jest to pierwsza wzmianka, jaką znalazłem w Ewangelii o ubóstwie jako ideologii. Ideolog nie wie, co to jest miłość, bo nie potrafi dać siebie”10. I tak ubóstwo, które powinno otwierać człowieka na potrzeby i niedolę innych, zamyka nas i pogłębia nasz egoizm. Taka postawa ma fatalne skutki na każdej płaszczyźnie kościelnego życia, łącznie ze sprawami moralno-społecznymi. Na przykład księżom pracującym wśród najuboższych zarzuca się, że zamiast głosić Ewangelię służą jakiejś ideologii, najczęściej socjalistycznej. Nie bez powodu więc papież Franciszek w wywiadzie udzielonym w radiu FM 88,1, które nadaje z Bajo Flores, przypomniał, co nie tak dawno mówiono o księżach pracujących w villa miseria (miasteczkach nędzy). Oświadczył, że „nie byli komunistami”, ale „wielkimi kapłanami, którzy walczyli o życie: pracowali, aby nieść Słowo Boże spychanym na margines. Byli to kapłani, którzy słuchali ludu Bożego i walczyli o sprawiedliwość”. Dodał też, że trzeba „pozwolić, by nam pomagali inni, ponieważ potrzebujemy jedni drugich”11. A zatem w ubóstwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o mieć czy nie mieć, nawet nie o sprawiedliwość w nim chodzi, ale o coś znacznie więcej, czego od Kościoła oczekują nie tylko wyznawcy, ale również ci, którzy z Kościołem nie chcą mieć nic wspólnego. „Tym, cze­go duch świata od nas oczekuje, nie jest wca­le sprawiedliwość, ale życzliwość dla bliźnich, przy­jaźń i miłosierdzie, a więc ta­kie ja­kości, których ze sprawiedliwości niepodobna wyprowadzić. Pod tym względem, jak chrześcijańska doktryna nas uczy, do Boga się upodabniamy. Bóg bowiem najczęściej, mówią, nie według reguł sprawiedliwości z nami się obchodzi, ale bez żadnych reguł, miłością powodowany”12 – pisze Leszek Kołakowski. Nie bez powodu Franciszek zawiesił suspensę nałożoną na ks. Miguela D’Escoto Brockmanna, a na plenarnej sesji Międzynarodowego Stowarzyszenia Caritas przemawia peruwiański dominikanin Gustavo Gutiérrez (obydwaj zaliczani do twórców teologii wyzwolenia) i co najważniejsze, beatyfikowany został abp Oscar Arnulfo Romero.

Tym sposobem wróciliśmy do początku. Ubóstwo to nie sprawa posiadania lub nieposiadania, na egoizm chorują bowiem zarówno bogaci, jak i biedni, ale sprawa naśladowania Boga lub jak kto woli, myślenia i postępowania w zgodzie z Duchem Świętym, czego przykład dał nam Jezus. „Wiecie przecież, na czym polega łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa. On to będąc bogatym stał się dla was ubogim, abyście zostali wzbogaceni Jego ubóstwem” (2 Kor 8,9). Jeśli tak, to pozostaje nam jedno: co jakiś czas odczytywać, a raczej modlić się wierszem ks. Jana Twardowskiego o to, by duch ubóstwa stawał się stylem życia Kościoła.