Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 162 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 06/2017 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 06/2017 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 06/2017 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

każdy z nas ma swoich ulubionych filmowych zwierzęcych bohaterów. Kung Fu Panda,Pingwiny z Madagaskaru, Osioł ze Shreka czy stary, poczciwy Miś Uszatek od lat istnieją w naszej zbiorowej wyobraźni. Nie ma się co dziwić, przecież są tak podobni do nas – martwią się o innych, złoszczą się, cieszą i kochają. Mówimy o takich zabiegach, że to personifikacja. Ale działa to również w drugą stronę – i my porównujemy się do zwierząt: ktoś jest łagodny jak baranek, chytry jak lis, łasi się jak kot albo ma wilczy apetyt. Szukamy podobieństwa zachowań, uważamy, że pies patrzy na nas ludzkim wzrokiem, a o człowieku, który jest agresywny, powiemy, że zachowuje się jak zwierzę.

W najnowszym numerze miesięcznika „W drodze” szukamy odpowiedzi na pytanie o chrześcijański stosunek do zwierząt. Bo choć zwierzęta nie scalają życia w biograficzną całość, nie mają zdolności myślenia abstrakcyjnego i nie rozumieją różnicy między „istnieć” i „nie istnieć”, to jednak nie powinniśmy – w imię powierzchownego rozumienia biblijnego nakazu „czyńcie sobie ziemię poddaną” – traktować ich z bezmyślnością i okrucieństwem. Mówiąc wprost, znaczy to tyle, że albo postawimy na nogi żółwia, który przewrócił się na plecy i bezradnie wymachuje nóżkami, albo za chwilę znów zaskoczy nas informacja o tym, że turyści skatowali na górskim szlaku niedźwiadka. Czemu się dziwić, w końcu był tak podobny do tulonego przez nich w dzieciństwie pluszowego misia. Tylko dlaczego nie chciał się bawić?

Szanowni Państwo, zwracam się z gorącą prośbą o wypełnienie anonimowej ankiety internetowej na stronie: ankieta.wdrodze.pl. Pomoże nam to w podniesieniu jakości naszego magazynu i uwzględnieniu Państwa oczekiwań. Z góry dziękuję wszystkim, którzy zechcą poświęcić nam swój czas.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

ANKIETA

•••

redakcja

Czekamy na Twoją opinię!

Prosimy o wypełnienie krótkiej ankiety na stronie www, dzięki której będziemy mogli lepiej poznać Państwa oczekiwania. Wpisz do przeglądarki internetowej:

ankieta.wdrodze.pl

Każdą wypowiedź nagrodzimy e-bookiem!

redakcja –

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

ANKIETA

Rozmowa w drodze

MY, CZWARTY STAN KOŚCIOŁA

Co czują zwierzęta

DLACZEGO MÓJ PIES PŁACZE

STRZAŁ ETYCZNY

CZYŃCIE SOBIE ZIEMIĘ KOCHANĄ

SZKOŁA WYBACZANIA

Kościół w świeckim państwie

PATRIOTYZM W CZASACH PODZIAŁU

To jest Ciało Moje

ROBIENIE NICZEGO

WIARA RAZ DO ROKU

WCIĄGANI DO NIEBA

Początki chrześcijaństwa

CHRZEŚCIJANIE DLA LWÓW

Orientacje

SKRYTKA PEŁNA WSPOMNIEŃ

ZASKAKUJĄCO WIERNA KARYKATURA

Felietony

ZASADA JEŻA

KOŁYSANKA PRZECIWLĘKOWA

BASEN

ETACIK U PANA

SKRZYDŁA ANIOŁA

Pytania w drodze

PRZYJAŹŃ BEZ ODPOWIEDZI

Dominikanie na niedziele

ŹRÓDŁA EWANGELIZACJI

TRES VIDIT ET UNUM ADORAVIT

ŻYCIE NIE POLEGA NA POŻERANIU

IDŹCIE I WY

KONSEKWENCJE

Rozmowa w drodze

MY, CZWARTY STAN KOŚCIOŁA

•••

Nie można patrzeć na siostry w klasztorach jak na osoby, które zostały tam wciągnięte, zamknięte i przykute łańcuchami do ściany. Ślub posłuszeństwa nie jest niewolnictwem. To ja chcę podporządkować moje życie Panu Bogu.

Z siostrą JOLANTĄ OLECH, urszulanką szarą, rozmawia Katarzyna Kolska

FOT. ARTUR PAWŁOWSKI

Katarzyna Kolska: Czyją siostra jest siostrą?

s. Jolanta Olech: Na pewno jestem siostrą mojej rodzonej siostry, z którą łączą mnie więzy krwi.

Po drugie, jestem siostrą kobiet we wspólnocie, do której należę, a „zgromadziła nas tu – o czym przypominamy sobie codziennie podczas wieczornej modlitwy – miłość Chrystusa”. To jest bardzo silny rodzaj więzów.

Jestem też siostrą wielu ludzi, z którymi życie mnie w różny sposób powiązało. Oczywiście są to już inne więzy – przyjaźni, pomocy, dogadywania się w jakichś sprawach, a czasem niedogadywania się.

Czym jest wspólnota, w której siostra żyje?

Wszystkie wspólnoty życia zakonnego, nie tylko moja czy ta z sąsiedniej ulicy, powstawały po to, żeby „iść za Chrystusem drogą rad ewangelicznych” – jak mówią dokumenty Kościoła,wprowadzać w życie i przeżywać razem wartości wypływające z Ewangelii. To nie my wybieramy wspólnotę, tylko wybiera nas Pan Bóg. Ciągle przypomina nam o tym Ewangelia. „Nie wyście Mnie wybrali, ale ja was wybrałem i posłałem”. Jesteśmy tutaj, bo Pan Bóg nas powołał do swej służby i do tej konkretnej wspólnoty.

Dlaczego siostry nie mówią do siebie po imieniu tylko per siostro?

Jest to tradycja, która idzie przez wieki. W klasztorze w pewnych rzeczach jesteśmy o jakieś pokolenie do tyłu i trudno nam się rozstać z niektórymi przyzwyczajeniami. Ale w naszych zgromadzeniach już od wielu lat siostry zwracają się do siebie po imieniu.

To chyba lepsze niż taki sztuczny dystans.

Z całą pewnością. Choć do dzisiaj są wspólnoty, które mówią do siebie „wasza miłość”, bo tak ustanowił założyciel. Czy im to przeszkadza w siostrzaności? Nie wiem. To jednak pokazuje, jak trudno zmienić pewne zwyczaje.

Jak na przykład to, żeby idąc na wycieczkę w góry, pozbyć się habitu?

Z tym pozbyciem się habitu to trochę przesada. Pani jest kobietą, widzę, że elegancką. Niech pani sobie wyobrazi, że rano ma pani wystąpić w habicie, a w południe już w stroju świeckim. Dla kobiety to nie jest takie łatwe. Łatwa jest zmiana dla księdza, bo wsadzi habit czy sutannę do szafy i już może być uważany za pana, bardziej czy mniej eleganckiego. My jednak musimy zadbać czy to o włosy, czy o strój. Dochodzą do tego też względy finansowe.

Poza tym, gdy trzeba, to zdejmujemy habit. Tylko nie trąbimy o tym na prawo i lewo. Bo i po co? Nasza założycielka św. Urszula Ledóchowska w pierwszych Konstytucjach w 1923 roku zapisała możliwość chodzenia w stroju świeckim ze względów apostolskich. Dziś te powody są liczniejsze, ale czy możliwość chodzenia po świecku to koronny dowód na nowoczesność?

Nie chcę nikogo gorszyć, ale kiedy urszulanki w Pniewach kupiły posiadłość, gdzie powstał nasz pierwszy dom w Polsce, to do tej posiadłości należało jezioro, które dziś jest już własnością miasta. I siostry w latach dwudziestych XX wieku się w tym jeziorze kąpały. Wyobrażam sobie, jakie piękne były te kostiumy kąpielowe. Ale były. I nikomu nie przychodziło do głowy, żeby oskarżać siostry o to, że są niemoralne czy że są rewolucjonistkami, bo zdjęły habit i poszły się kąpać. Teraz już trudno do tego jeziora chodzić, bo po pierwsze jest potwornie brudne, a po drugie dla ludzi byłaby to sensacja. Zapewniam panią, że siostry, które chcą i potrzebują, chodzą na basen, często jeżdżą na wypoczynek nad morze i w góry.

Jadą po cywilnemu?

Oczywiście, że tak. Może są jakieś wspólnoty i zgromadzenia, które jeszcze do dzisiaj nie zdobyły się na taką „rewolucję”, ale to chyba wyjątki. Przyznam jednak, że nie mogę zrozumieć wypowiedzi pewnych osób, które uważają, że zdjęcie habitu to wielka rewolucja i podkreślają to jako znak reformy i postępu w zakonach męskich…

Z czego wynika ta niechęć do rezygnacji z pewnych tradycji?

Jesteśmy bardzo zróżnicowanymi wspólnotami, w których żyją osoby mające blisko 100 lat, i takie, które mają dwadzieścia parę. W takich wspólnotach zawsze trudniej odejść od pewnych zwyczajów na rzecz nowych, bo albo wydają się pewnym zagrożeniem, albo brakiem dobrego wychowania, albo jeszcze czymś innym.

Po drugie, we wspólnotach, które istnieją od wielu lat pewne zwyczaje regulujące życie się sprawdziły. I może to jest nasz lęk, żeby zrezygnować z tego, cośmy znały, co nam służyło, na rzecz nowości, o których nie wiemy, czy się sprawdzą. Ale życie jest silniejsze od naszych lęków i nowe pokolenia wnoszą do wspólnoty swój punkt widzenia, a często swój styl życia. I dobrze. Często mówię, że bez ryzyka nie da się twórczo przeżyć życia. Dlatego nie jestem za tym, żeby konserwować wszystko, co było, a do nowego odwracać się plecami.

A dlaczego zakonnicy sobie z tym poradzili?

A pani jest pewna, że sobie poradzili?

Zakonnice są w moim przekonaniu w Kościele dziewczynkami do bicia. Na podstawie kilku, kilkunastu, a może kilkudziesięciu złych doświadczeń uogólnia się i tworzy obraz infantylnej, niedouczonej bidulki, zastraszonej przez złe przełożone… Jest nas w Polsce dwadzieścia tysięcy. A kto i kiedy miał możliwość poznania, jakie są i jak naprawdę żyją zakonnice?

Nikt nie ma, bo siostry nie chcą o tym mówić. Trudno umówić się z siostrami na rozmowę.

Nie mamy zaufania do mediów, chyba nie bez powodów.

Czy zakony, w tym wspólnota, w której siostra żyje, przeszły jakąś reformę? Świat pędzi do przodu. To, co proponowano dziewczętom, kiedy siostra wstępowała do zakonu, wygląda już chyba inaczej.

Zacznijmy od końca. Kiedy wstępowałam do zakonu, nikt mi niczego nie proponował i niczego mi nie obiecywał. Miałam 27 lat i pracę, która bardzo mi odpowiadała. Nagle, nawet nie wiem, jak to się stało, wiedziałam, że muszę z tego zrezygnować i pójść do klasztoru. Oczywiście ilekroć mnie ktoś pyta, dlaczego wstąpiłam, odpowiadam, że nie wiem. Gdybym miała wybierać wśród różnych ludzi, kogo wciągnąć do klasztoru, to siebie bym na pewno nie wybrała. Jeżeli Pan Bóg chce kogoś mieć w klasztorze i rzeczywiście jest to autentyczne powołanie, to będzie miał. Ten autentyzm powołania sprawdza się poprzez trwanie w tym, co wybraliśmy i ślubowaliśmy Panu Bogu. Bo śluby są podporządkowaniem życia, całej egzystencji Panu Bogu. Nie przełożonym, nie współbraciom, nie mądrzejszym, nie głupszym, tylko Panu Bogu.

Co do reformy. Nieprawdą jest, że zakony żeńskie w Polsce takiej reformy nie przeszły. Przeszły i to dość solidną. Ta reforma zaczęła się już w trakcie Soboru Watykańskiego II. Chociaż kierunki i punkty dojścia były inne niż w środowiskach Europy Zachodniej i Ameryki. No i każde zgromadzenie szło pewnie swoją drogą, ale kierunki wskazane przez Kościół były takie same.

Czym więc przyciągnąć młode dziewczyny do życia w świecie, który za światem trochę nie nadąża?

A czy życie zakonne musi nadążać za światem? W czym?

Pewnie nie musi. Ale powtórzę pytanie: Czym zachęcić młode kobiety, żeby wybrały właśnie taki styl życia?

Odpowiem zdaniem, które pani uzna pewnie za frazes – ewangelicznym życiem, które mówi o tym, że Osoba Chrystusa i sprawy Boże są najważniejsze. W Dziejach Apostolskich mamy dwie syntezy mówiące o wspólnotach pierwszych chrześcijan.

Że żyli razem i wszystko mieli wspólne.

No właśnie. Jedno serce, jeden duch, jedna modlitwa. My się odwołujemy do tego jako do paradygmatu wspólnoty ewangelicznej. Jakie zdanie jest na końcu każdej z tych dwóch syntez? „A Pan Bóg przymnażał im ludzi”. Nie dlatego, że oni chcieli być atrakcyjni, tańczyć, śpiewać, opowiadać, przebierać się czy robić nadzwyczajne rzeczy. Czynili cuda, ale to miało inny wymiar. Natomiast świadectwo ich życia, autentyczność tego życia, jego dynamizm, sprawiały, że ludzie do nich przychodzili. I to nie z akcji powołaniowych, tylko pociągnięci świadectwem.

To dlaczego teraz nie przychodzą?

No właśnie. To jest pytanie, na które ja nie mam odpowiedzi, a myślę, że pani też nie.

Ale jakiejś odpowiedzi pewnie sobie udzielacie.

Staramy się. Często o tym rozmawiamy. Niestety klimat dla powołań nie jest korzystny. Tu od razu powiem rzecz, którą powinna pani napisać. Obraz zakonnicy w umysłach naszych braci księży/zakonników jest porażający. Nie dotyczy to na pewno wszystkich, sama znam wielu wspaniałych kapłanów. Ale są i tacy, którzy pracują z młodzieżą, prowadzą duszpasterstwa młodzieżowe, do których należą także dziewczęta. I nie sądzę, żeby nie dzielili się z nimi obrazem zakonnic, jaki sami mają. Nie mamy zbyt wielu sojuszników wśród księży w sprawie powołań. Nie chodzi o to, żeby za kogoś podjąć decyzję. Ale o doradzenie dziewczynie, która chciałaby żyć życiem zakonnym, powiedzenie jej: Przynajmniej spróbuj. Bardzo często jest tak, i wiemy to od sióstr, które do nas przychodziły, że słyszą: Zwariowałaś? Do zakonu? Opinia, którą nam robią tacy księża, jest trudna i bolesna dla nas. I to się też przekłada na nasze wzajemne relacje.

No właśnie. Nie najlepiej was księża traktują. Dlaczego na to pozwalacie?

Wszyscy jesteśmy wychowywani, a zakonnice w sposób szczególny, do tego, że kapłan to jest alter Christus [drugi Chrystus – przyp. red.]. Ja, idąc do spowiedzi, niosę całą swoją biedę, wszystkie moje niedojrzałości, wszystkie moje braki i rozsypane sprawy do Chrystusa. Nie do takiego czy innego księdza. Niosę je do Chrystusa, z zaufaniem i przekonaniem, że On to weźmie ode mnie i swoją łaską, jeżeli nie uzdrowi mnie od razu, to mi pomoże. Podobnie rzecz się ma, jeżeli chodzi o kierownictwo duchowe. Jeżeli decyduję się na korzystanie z kierownictwa duchowego, z takich czy z innych powodów, to też idę z całym zaufaniem do tego człowieka, wiedząc, że on ze swoją łaską kapłańską i ze swoją mądrością człowieka, który już jakiś etap przeżył w tym życiu, zechce mi pomóc. I co się potem dzieje? Ten kierownik duchowy czy spowiednik z tego, co ode mnie słyszy, czyni uogólnienia, które kompiluje i dzieli się nimi na przykład w takiej książce jak pani Marty Abramowicz [Zakonnice odchodzą po cichu – przyp. red.], w rozmowach prywatnych czy na Facebooku.

Może stoi za tym jakaś troska o was?

Jaka troska?! Przecież to jest bardzo krzywdzące uogólnienie. Bo nawet jeżeli takich przypadków, jak te, na które powołują się zakonnicy we wspomnianej książce, jest sporo, to na jakiej podstawie i w oparciu o jakie doświadczenie, o jakie badania uogólniają to na wszystkich? Znam wielu wspaniałych duchownych, ale muszę pani powiedzieć, że w moim życiu spotkałam też sporą grupę księży, głównie zakonników, których szanuję dlatego, że należy szanować kapłana, ale po ludzku wielu z nich to dorastające chłopaczki zapatrzone w siebie, w swoje potrzeby i w swoją wielkość. Tylko kto mnie upoważnia do tego, żeby pisać gdziekolwiek, że wszyscy zakonnicy/księża są tacy.