Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka W drodze 06/2015 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 06/2015 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 06/2015 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

Niezwykła lekkość poniżania – tak można by dziś sparafrazować tytuł głośnej powieści Milana Kundery. Bo przecież trzeba wyrazić swoją opinię, zareagować, nie chować głowy w piasek, zwrócić uwagę, bronić swoich poglądów, nastawać w porę i nie w porę, być błyskotliwym, nie pozwolić sobie wejść na głowę, ostatecznie obśmiać i wykpić. Wszędzie: na Twitterze, Facebooku, YouTubie, blogu, podczas publicznej manifestacji, w radiowej dyskusji, w popularnym talk-show. Pozorna krytyka i uszczypliwość, które sprowadzają się do wylewania pomyj, mieszania z błotem i wdeptywania w ziemię. Dodajmy do tego atmosferę w pracy, w szkole i nasze codzienne domowe relacje. Komentarze o czyjejś beznadziejności, niedouczeniu, marnych kwalifikacjach, zachowywaniu się jak krowa czy świnia precyzyjnie odzierają z człowieczeństwa jak ze skóry. Można to wszystko zrzucić na brak dobrego wychowania, uczuciową niedojrzałość, ułomność regulacji prawnych, powierzchowność albo relatywizm, ale to chyba za mało. Problemem jest nasze ego,skupione na sobie, które próbuje odbierać świat tak, by rzucić go pod swoje stopy, dając nam poczucie bezpieczeństwa i kontroli.

Być może ratunkiem jest nieustanne wracanie do przesłania Jezusowej przypowieści o pszenicy i kąkolu. W każdym z nas drzemie pragnienie, by zobaczyć pole porośnięte samym kąkolem albo samą pszenicą, a uprawa, w której chwast miesza się ze zbożem, jest nam solą w oku. Trudno zaakceptować to, że człowiek, który w jakiejś dziedzinie życia błądzi, może równocześnie czynić coś dobrego lub myśleć całkiem rozumnie. Z tą myślą zapraszam Państwa do lektury nowego numeru „W drodze”. 

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

ŻYJĘ Z TEGO, ŻE NIC NIE MÓWIĘ

Emocje ukryte w słowach

NIEDOWARTOŚCIOWANI

W BIAŁYCH RĘKAWICZKACH

PRZYCISK ALARMOWY

Wiara i pieniądze

BÓG NA WOLNYM RYNKU

Męskie serce

LIDER I WOJOWNIK

ON CZY OFF

Władysław Bartoszewski 1922-2015

OD REDAKCJI

ŻYCIE PRZYZWOITE

Trudne karty Kościoła

ZABIĆ BISKUPA

Kiedy się modlisz

PRZYZNAĆ SIĘ DO BRAKU

Pytania w drodze

TWARDE SERCE FARAONA

Orientacje

ISLAM, OPÓR, PRZEMOC

TO NIE ICH WINA

Felietony

NIEDOBORY

MÓJ TYDZIEŃ Z BIBLIĄ

MAPA RATUNKOWA

DLACZEGO WIEPRZ? (III)

NAUKA O PIĘKNIE

Dominikanie na niedziele

MIECZ

ZAPUSZCZAJ SIERP

WŁADCA ŻYWIOŁÓW

DOBRY DOTYK

Rozmowa w drodze

ŻYJĘ Z TEGO, ŻE NIC NIE MÓWIĘ

•••

Po czterdziestce każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył. Niby żart, ale przecież nosimy w swoim ciele pewne własne doświadczenia.

Z mimem IRENEUSZEM KROSNYM rozmawiają Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP

FOT. VIPHOTO/EAST NEWS

KATARZYNA KOLSKA, ROMAN BIELECKI OP: Miło usłyszeć pana głos.

IRENEUSZ KROSNY: Dziękuję.

Dlaczego pan przemówił?

Bo mi się nazbierało. Po 23 latach milczenia doszedłem do wniosku, że czas najwyższy zrobić małe podsumowanie.

Nie ma pan poczucia, że się pan bardzo odsłonił, że coś stracił?

Nie. Zgłaszało się do mnie coraz więcej instytucji i firm z prośbą o warsztaty z zakresu mowy ciała. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że może warto wyjść z tym do szerszej publiczności w jakiejś formie humorystycznej. Merytorycznie, ale wesoło. Słowa okazały się niezbędne.

A dlaczego 23 lata temu schował się pan za ciałem?

Nie schowałem się. Dałem się uwieść pantomimie. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Kiedy był ten pierwszy raz?

Miałem 12 lat, oglądałem w telewizji film kryminalny. Pamiętam taką scenę: inspektor prowadzący śledztwo wchodzi na widownię teatru, w którym trwa spektakl pantomimy. W chwili, gdy on przepycha się między widzami, kamera pokazuje mima na scenie. I wtedy zamarłem z wrażenia. Pomyślałem, że chciałbym tak umieć. Tylko że to był amerykański film, a ja miałem 12 lat, nie mieszkałem w Warszawie i byłem pewien, że tego w Polsce nie uczą.

Dwa lata później mój starszy brat szedł ze swoją klasą do teatru na pantomimę. Gdy się o tym dowiedziałem, zapaliła mi się w głowie czerwona lampka i nie bacząc na konsekwencje, nielegalnie – bo byłem jeszcze w podstawówce – dołączyłem do kolumny wchodzących do teatru licealistów. Z treści spektaklu nic nie zrozumiałem, ale szalenie mi się to podobało. Zobaczyłem świat nieistniejących rzeczywistości, który mnie totalnie urzekł. Po spektaklu usłyszałem z głośników: Osoby zainteresowane pracą w zespole proszone są o pozostanie na widowni. Okazało się, że to był amatorski teatr, studencko-licealny. Oczywiście zostałem na widowni. Byłem najmłodszym członkiem tego zespołu.

Gdzie był ten teatr?

W Tychach. Tam, gdzie się urodziłem i gdzie mieszkam do dziś. Podczas tego spektaklu postanowiłem, że będę mimem, i tak się stało.

A rodzice nie mówili panu: Irek, co ty, dziecko, wymyśliłeś, naucz się konkretnego zawodu, idź na stolarza albo na studia, lekarzem zostań albo prawnikiem?

Oczywiście, że mówili, więc żeby ich zbytnio nie denerwować ukończyłem technikum ze specjalnością automatyk elektronik. Poza tym zostanie mimem wcale nie było takie proste. W Polsce po prostu nie ma szkół ani uczelni pantomimy, w których można się kształcić. Na początku uczyłem się w teatrze amatorskim, młodzieżowym. Uczestniczyłem też w różnych warsztatach z mimami Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Jednak oglądając ich spektakle, widziałem, że to nie było to, czego wewnętrznie pragnąłem. Spektakle Tomaszewskiego były piękne, ale pełne kostiumów, rekwizytów i scenografii. A ja marzyłem o pustej scenie, o tworzeniu wszystkiego ruchem. Stąd zrodziło się pragnienie pójścia własną drogą. I dziś, z perspektywy lat, myślę, że była to słuszna decyzja. Udało się bowiem stworzyć coś innego, oryginalnego.

Sam pan wymyśla te historie?

Czasem życie coś podpowie, ale częściej muszę po prostu siedzieć i myśleć. Z każdą kolejną premierą jest coraz trudniej: to już było, to też i to też... Ale na szczęście ciągle powstają kolejne programy, a to znaczy, że pomysły udaje się znaleźć.

Czy jest coś, czego nie da się pokazać?

Oczywiście. Każdy język ma swoje ograniczenia. Gdybyśmy chcieli w pantomimie pokazać nadmanganian potasu, to mogłoby się nie udać. Muzyka na przykład pięknie przekazuje emocje, ale nie jest dobra w konkretach, w przekazie treści. Z kolei podczas wykładu można przekazać treści, ale trudniej oddać emocje. W pantomimie, zwłaszcza solowej, pewną trudnością jest to, że na scenie znajduję się sam i widz wie o świecie wokół mnie tylko tyle, ile ja mu pokażę. Z drugiej jednak strony jest to też zaleta, ponieważ zawsze mogę widza zaskoczyć jakąś informacją. Pokazuję na przykład, że kibicuję piłkarzom. Słyszymy wrzawę stadionu, krzyczę, śpiewam, po czym patrzę na zegarek, pilotem wyłączam telewizor, na którego ekranie oglądałem mecz, i wychodzę.

Mim musi być dobrze widoczny na scenie...

Oczywiście jest to sztuka wizualna, więc pewnym ograniczeniem jest wielkość sali. Jeżeli gram dla dużej widowni, niezbędne mogą się okazać telebimy. Dla tysiąca osób można grać normalnie. Dla dwóch tysięcy trzeba już dobrać odpowiedni repertuar, potem potrzebne są telebimy. Największa publiczność, dla której grałem, liczyła osiem tysięcy osób, było to w Niemczech na SAP Arena w Monachium. To ogromna hala sportowa, więc zamontowano sześć dużych ekranów. Mimo wszystko nie jest łatwo zapanować nad takim tłumem, sprawić, by ludzie się bawili, wciągnęli, ale z drugiej strony daje to dużą satysfakcję.

Czy kusiło pana kiedyś, by pokazać sferę religijną? Ksiądz jest bardzo wdzięcznym tematem...

To prawda. Ale jest tyle niedobrego wyśmiewania się z Kościoła, że nie chcę się dołączać do tego chóru. Choć czasem, nie ukrywam, przydałoby się. Boję się jednak, że ktoś mógłby potraktować to jako atak na Kościół.

I co by pan obśmiał?

No... na przykład grzmiącego z ambony księdza, który krzycząc i grożąc, tłumaczy wiernym, że Bóg jest miłością i że powinni chodzić do kościoła, w którym przecież właśnie są...

Z takim programem mógłby pan zrobić tournée po seminariach.

Nie jestem pewien, czy miałbym wzięcie...

Przygotowując programy, spędza pan większość czasu sam ze sobą. Nie nudzi się pan?

Nie. Przyzwyczaiłem się, taki mam zawód. Pracuję w domu, gdzie mam salkę treningową: z jednej strony na ścianie są lustra niezbędne przy pracy nad spektaklem, a z drugiej strony są drabinki, ciężarki, drążki – pantomima wymaga bowiem utrzymywania pewnej sprawności fizycznej.

Czy pana śmieszy to, co pan pokazuje?

Kiedy układam scenariusz, wyobrażam sobie to w głowie. I z góry wiem, że niektóre scenki będą śmieszne, więc jestem o nie spokojny już na etapie pomysłu. Ale są i takie, które weryfikują się dopiero w zetknięciu z publicznością. Jeśli chwytają, to dobrze, jeśli nie, to z nich rezygnuję.

Myśli pan, że życie bez słów byłoby prostsze?

Nie, słowa są potrzebne. Natomiast mowa ciała jest jak najbardziej niezbędnym elementem, dlatego że każdy człowiek potrzebuje bliskości fizycznej, spojrzenia w oczy osoby, z którą rozmawia. Nie wyobrażam sobie, żeby przyjaźnić się wyłącznie przez internet. Pisanie SMS-ów to też mało. Używane tam wielokropki i emotikony to mniej niż namiastka mowy ciała.

Ale bez słów można by uniknąć kłótni, sporów, awantur...

Ciało ma swoje ograniczenia, dlatego pewne rzeczy trzeba sobie powiedzieć słowami, bo tak jest znacznie szybciej i wygodniej, ale szczególnie w kontakcie osobistym mowa ciała jest dużo ważniejsza niż słowa.

Słowa rodzą nieporozumienia. Czy mowa ciała też może rodzić nieporozumienia?

Raczej nie, gdyż mowa ciała w ogromniej mierze jest szczera. Dlatego wydaje mi się, że zawsze lepiej jest się spotkać i porozmawiać w cztery oczy, niż załatwiać jakieś trudne tematy przez telefon. Łatwiej wtedy o nieporozumienia.

Nasze ciało zawsze coś mówi?

Oczywiście. Nie da się wyłączyć mowy ciała. Tak jak w teatrze – jeśli jesteś na scenie, to grasz, choćbyś leżał nieżywy. Kiedyś był taki kawał: Grałem w Czterech pancernych. Tak, a kogo? Niemca. I co grałeś? Leżałem zabity. Niemożliwe, nie widziałem cię. Bo leżałem twarzą do ziemi.

Nasze ciało zawsze coś wyraża, coś mówi o nas, nawet gdy śpimy.

W kościele również?

Przecież modlimy się ciałem. Wstajemy, siadamy, klękamy, podnosimy ręce, skupiamy się, chowając twarz w dłoniach. I to nam pomaga. Ważne, żeby to było spontaniczne, żeby wychodziło z nas samych. Nikt przecież nie mówił Marii Magdalenie, jak ma się zachować, gdy spotkała Pana Jezusa: czy ma stanąć, czy klęknąć. Serce jej podpowiedziało. A nam tej swobody w wyrażaniu uczuć często brakuje. I nie mam tu na myśli mszy świętej, która ma swoją ustaloną dramaturgię, ale modlitwę osobistą czy wspólnotową.

Dzisiaj, podczas spotkania w teatrze mówił pan, że nasze ciała i gesty nas zdradzają.

Tak. I niech zdradzają naszą prawdziwą miłość do Pana Boga.

Ale zdradzają nas też w życiu codziennym.

I dobrze jest o tym wiedzieć. Po pierwsze dlatego, by lepiej sobie radzić w sytuacjach trudnych, stresowych, a po drugie, by nie ulegać zbyt łatwo manipulacji. Wyobraźmy sobie (Ireneusz Krosny wstaje i odgrywa scenkę – przyp. red.): Hilary Clinton jest na wiecu i właśnie dostrzega znajomego, macha do niego ręką, uśmiecha się. Co prawda w miejscu, gdzie patrzy, może być tylko sosna albo słup, ale ona wie, że dobrze pokazać, że jest się friendly, że ma się mnóstwo przyjaciół i dostrzega się ich nawet w takim tłumie. Nie ulegajmy więc tak łatwo mowie ciała polityków, patrzmy raczej na ich czyny.

Pan, znając ciało i gesty, też może manipulować.

Tak, tylko nie mam w tym żadnego celu. Nie jestem politykiem, nie zabiegam o poparcie. Robię swoją robotę i dzielę się swoją wiedzą.

A podgląda pan czasem ludzi na ulicy, w tłumie?

Zdarza mi się. Najczęściej, kiedy siedzę w restauracji i czekam na podanie obiadu. Patrzę sobie wtedy i zastanawiam się: Dlaczego ci państwo ze sobą nie rozmawiają? Co może łączyć chłopaka i dziewczynę, którzy siedzą przy sąsiednim stoliku? Hm... kelnerka i kelner chyba się lubią, a może to coś więcej? Nie słyszę ich rozmów, ale obserwuję ich twarze, gesty, zachowanie. To wiele mówi. Chwilę później widzę, jak przytulają się gdzieś za kotarką. A więc jednak dobrze zrozumiałem ich mowę ciała...

Czy osoby znane z życia publicznego są wdzięcznym materiałem do obserwacji i naśladowania?

Oczywiście, że tak.

Ma pan swoich ulubieńców?

Nie mam ulubieńców, ale zwracam uwagę na gesty wyuczone, które trzeba zastosować, gdy chce się osiągnąć zamierzony cel. Jest na przykład coś takiego jak kopułka, czyli gest kompetencji. Politycy często wykorzystują go w telewizji, bo to oznacza, że dobrze czują się w jakimś temacie. Dobrze, gdy go używają, źle, gdy go nadużywają. Lubię patrzeć też na dokumentalne filmy archiwalne. Politycy w tamtych czasach nie wiedzieli jeszcze, że swoją mowę ciała trzeba kontrolować.

Pan jednak nieczęsto odwołuje się w swoich programach do polityki.

Bo pantomima nie jest w tym dobra. Zrobiłem tylko jeden skecz polityczny, dotyczył on fałszu w przemówieniach. To się nazywało „Wybory”: człowiek przemawia z pasją, z ogromnym zaangażowaniem. Widownia entuzjastycznie reaguje. W pewnym momencie przemawiający zatrzymuje się, bo stwierdza, że jakiś gest mu nie pasuje, cofa więc brawa widowni na odtwarzaczu, powtarza gest i wtedy jest zadowolony. Widz odkrywa nagle, że wszystkie uczucia były wyreżyserowane. Niestety, podobną sztuczność niejednokrotnie sprzedaje się nam na wiecach wyborczych.

Czy pan, mając świadomość swojego ciała, ale też znajomość tych gestów, potrafi rozróżnić, kiedy ktoś jest w stosunku do pana szczery, a kiedy oszukuje?

Nie analizuję każdego gestu. Ale jest to wiedza, która czasami się przydaje. Zwłaszcza wtedy, gdy idzie się na jakieś ważne spotkanie, warto wiedzieć, jak się zachować, żeby dobrze wypaść.

I są sytuacje, kiedy zamiast słów lepiej jest spojrzeć, zrobić odpowiednią minę, gest?

Często właśnie w taki sposób można przełamać lody, poprawić atmosferę, nastrój drugiej osoby. I nie chodzi tu o jakąś manipulację czy sztuczność. Kiedyś ktoś ładnie powiedział, że po czterdziestce każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył. Oczywiście to żart, ale jest w nim ziarnko prawdy. Nosimy przecież w swoim ciele własne doświadczenia. U wielu ludzi przybitych życiowo na kilometr widać, że są przybici, i wskazuje na to nie tylko mina, ale cała sylwetka i sposób poruszania się. W związku z tym pojawia się pytanie, czy ktoś zechce się zaprzyjaźnić z taką osobą, czy zechce iść z nią na imprezę? Tymczasem wystarczy kilka drobnych zmian, prostych gestów, które sprawią, że ludzie będą nas postrzegali inaczej. To może wpłynąć nie tylko na tego smutasa, ale też na jego otoczenie, jego rodzinę, znajomych. Co ciekawe, on sam również będzie się zmieniał pod wpływem zmienionej mowy ciała. To jest udowodnione naukowo.

To może powinniśmy się tego uczyć, żebyśmy byli milszymi ludźmi?

Może tak.

I dlatego postanowił pan teraz o tym mówić?

Chcę tylko zwrócić uwagę na to, jak ważnym elementem kontaktów międzyludzkich jest mowa ciała. Od 23 lat żyję z tego, że nic nie mówię. Spektakl trwa średnio półtorej godziny, widzowie oglądają konkretne historie, przeżywają jakieś emocje, śmieją się, wzruszają, zastanawiają, niezależnie od tego, czy pokazuję ten program w Chinach, w Polsce, w Ameryce, czy gdziekolwiek indziej na świecie. Grałem już w różnych egzotycznych krajach, na przykład w Korei Południowej, i nigdy nie zmieniam swojego spektaklu. Wiem oczywiście, że trzeba uważać na gesty nabyte kulturowo – muszę się dowiedzieć, jak się w danym kraju ludzie witają, czy liczą na palcach, ale reszta pozostaje bez zmian. Wyrażanie uczuć za pomocą mimiki, mowy ciała jest wpisane w naszą ludzką naturę i wspólne nam wszystkim.

Kto jako pierwszy ogląda to, co pan wymyśli?

Wszystko jest jednoosobowe, to znaczy nikt tego nie reżyseruje, nikt tego nie recenzuje. Niektórymi pomysłami dzielę się z moją rodziną na zasadzie burzy mózgów, bo może pojawić się jakaś inspiracja od żony czy dziecka. Rzadko jest to gotowy pomysł, ale czasem któreś z nich powie coś, co spowoduje inne skojarzenie. Nie zadręczam ich jednak i nie nagabuję, by oglądali wszystko, co wymyślę.

Ale z kimś jest pan znakomicie zsynchronizowany, jeśli chodzi o dźwięki towarzyszące pana występom.

Oczywiście, od kilkunastu lat pracuję z jednym akustykiem. Przychodzę do niego z gotową rzeczą i mówię: Słuchaj, w tym momencie włączasz to, w tym to, a w tym to. Potem robimy próby, żeby on trafiał w odpowiednie momenty i ja też.

To są ułamki sekund.

Czasami tak. Dlatego trzeba być zgranym zespołem. To nie może być ktoś przypadkowy. Większość efektów dźwiękowych, które pojawiają się w moich programach – kroki, szczekanie psa, strzelanie, otwieranie drzwi, różne trzaski i pukania musi pojawić się równo z gestem.

Czy pana ciało jest czasem zmęczone?

Oczywiście. Najgorszy w moim zawodzie jest nieregularny tryb życia. Dzisiaj jestem w Poznaniu i choć jest już późna pora, zamierzam wrócić do domu, czyli będę tam po północy. Przedwczoraj byłem w Elblągu, a dwa dni wcześniej w jeszcze innym miejscu, już nawet nie pamiętam gdzie.

Dlatego, żeby nie oszaleć, trzymam się pewnej zasady: na pracę wyjazdową przeznaczam nie więcej niż 14 dni w miesiącu, żeby mieć czas na bycie mężem i ojcem.

W niektórych zawodach – zwłaszcza artystycznych – można jeździć, występować, zarabiać w nieskończoność. Tylko że potem nie wiadomo, dla kogo się to robi, bo przyjeżdża się do domu po długim czasie i mówi do nieznajomego dziecka: A, to ty jesteś moim synem. Żeby do tego nie doszło, trzeba narzucić sobie jakieś limity, ograniczenia. Dzięki temu od ponad dwudziestu lat mam jedną żonę, a moje dzieci znają mnie osobiście, a nie z telewizji.

I jeszcze ma pan czas na pisanie felietonów dla kościelnego tygodnika. Dla niektórych to zaskakujące odkrycie, że taki zabawny facet w czarnych legginsach i T-shircie, który potrafi rozbawić publiczność do łez, pisze całkiem poważne, refleksyjne komentarze do Ewangelii.

Życie człowieka to nie tylko zawód, który wykonujemy, lecz także wiele innych sfer, w których się realizujemy. Wychowałem się w rodzinie katolickiej, ale jako nastolatek, w okresie buntu i naporu, przestałem w ogóle chodzić do kościoła. Jako dorosły chłopak musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, kim dla mnie jest Pan Jezus i czy ja przypadkiem zbyt pochopnie nie wyrzuciłem Go za burtę? Pojechałem na rekolekcje i odpowiedziałem sobie bardzo konkretnie: Jezus jest Synem Bożym i Zbawicielem. Ta świadomość pociągnęła za sobą kolejne decyzje: nie tylko wróciłem do Kościoła, ale poszedłem też na studia teologiczne i zostałem magistrem teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Mim z dyplomem teologa mógłby śmiało poprowadzić warsztaty dla księży! W końcu msza to mowa ciała ze strony księdza.

Tak, chociaż gesty w liturgii są ściśle określone.

Określone? Przecież „Pan z wami” można powiedzieć na sto różnych sposobów, wykorzystując też mimikę i gesty.

Oczywiście, ale myślę, że to powinno być naturalne i wychodzić z wnętrza konkretnego księdza. Najlepiej wysyła się pozytywne sygnały, kiedy jest się pozytywną osobą, wtedy człowiek zwyczajnie nie musi nic udawać. I życie jest nie tylko prostsze, ale też dużo przyjemniejsze.

Ireneusz Krosny – ur. 1968, aktor, mim, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, od 1992 roku prowadzi Teatr Jednego Mima, swoje programy prezentował m.in. w Europie, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Chinach, Korei Południowej, zdobywca wielu nagród krajowych i zagranicznych. Mieszka w Tychach. Jest żonaty, ma trójkę dzieci.

Katarzyna Kolska – dziennikarka, redaktor miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

Emocje ukryte w słowach

NIEDOWARTOŚCIOWANI

•••

Nasze agresywne czy też pełne frustracji zachowanie jest wyraźnym sygnałem: "Nie czuję się dobrze sam ze sobą i ze swoim życiem. Proszę, porozmawiaj ze mną".

Z psychologiem i psychoterapeutą JESPEREM JUULEM rozmawia Jolanta Brózda-Wiśniewska

Meryl Streep, Julianne Nicholson i Juliette Lewis. Kadr z filmu "Sierpień w hrabstwie Osage", reż. John Wells (USA 2013) FOT. MATERIAŁY PRASOWE DYSTRYBUTORA FORUM FILM POLAND SP. Z O.O.

JOLANTA BRÓZDA-WIŚNIEWSKA: Skąd się bierze agresja?

JASPER JUUL: W tym, co nazywamy agresją, kryje się mnóstwo reakcji emocjonalnych: rozdrażnienie, frustracja, gniew, wściekłość i nienawiść. Nie są one rezultatem działania jakichś prymitywnych genetycznych pozostałości w naszym organizmie, lecz są to reakcje społeczne. Oznacza to, że agresja jest zawsze logiczna, nawet jeśli ktoś może ją uważać za zło moralne.

Co się dzieje z naszym ciałem, uczuciami i umysłem, gdy wzbiera w nas agresja?

To zależy od osobowości, wieku i płci. Mniej więcej połowa z nas kieruje agresywne emocje do wewnątrz, na samych siebie, w formie poczucia winy, wstydu i brutalniejszych autodestrukcyjnych zachowań, takich jak zaburzenia odżywiania, nadużywanie leków czy narkotyków. W takim wypadku emocje mają raczej depresyjny charakter, nie są „gorące”. Większość tej grupy stanowią kobiety, dzieci i młodzież. Pozostała połowa z nas zamienia agresję na fizyczne lub werbalne krzywdzenie innych – w ten sposób reaguje wielu mężczyzn i chłopców. Ich umysł często „się zamraża”, ciśnienie krwi wzrasta: stają się nadaktywni.

Który sposób wyrażania agresji – z punktu widzenia biologii – jest dla nas lepszy?

Najzdrowsza jest taka kombinacja komunikatów słownych i mowy ciała, która nie rani innych. Idź do lasu – krzycz i kop drzewa, a kiedy poczujesz się spokojny i fizycznie zrelaksowany, to znaczy, że dojrzałeś do lepszych relacji zarówno z innymi, jak i z samym sobą.

Kto jest bardziej agresywny: mężczyźni czy kobiety?

Z mojego doświadczenia wynika, że kobiety i mężczyźni są tak samo agresywni, ale w różny sposób przeżywają agresywne emocje. Kobiety lepiej sobie radzą z komunikacją werbalną i są mniej skłonne do fizycznej przemocy, ale te różnice są bardziej kulturowe niż biologiczne.

Czy sposób wychowania i edukacja mogą wpłynąć na to, w jaki sposób wyrażamy agresję?

Oczywiście! Dziecko potrzebuje 12–14 lat, żeby się nauczyć wyrażania agresywnych emocji bez używania przemocy. Ale nauczy się tego pod warunkiem, że jego rodzice i nauczyciele wiedzą, jak radzić sobie z własną agresją. Potrzebny jest przykład, a nie pouczanie czy prawienie kazań.

Dzieci zazwyczaj są wystawione na aktywne i pasywne formy agresji ze strony dorosłych. Rodzice i nauczyciele muszą się nauczyć nowych sposobów rozwiązywania konfliktów, opartych na dialogu. W duńskich szkołach i przedszkolach przeprowadzono badania, podczas których zadano dzieciom pytanie: „Jeśli nie wolno krytykować lub karać dzieci, jak można je skłonić do współpracy?”. Odpowiedź dzieci w wieku 3–13 lat była zawsze taka sama: „Po prostu nas słuchaj”. Dzieci miały na myśli to, że gdyby rodzice i nauczyciele obdarzali je większą uwagą, przekonaliby się, że one niczego bardziej nie pragną niż współpracy z dorosłymi.

Łatwo powiedzieć. W praktyce jest to dużo trudniejsze: codzienny kontakt zarówno z małym dzieckiem, jak i z nastolatkiem pokazuje, że ten drugi człowiek chce mieć swoje zdanie – najczęściej inne niż ma rodzic. Nietrudno wówczas o konflikty. A stąd już tylko krok do agresji.

Tak, i to do agresji z obu stron. Dorosły jest zły, bo uważa, że powinien mieć kontrolę i władzę, żeby się czuć wartościowym rodzicem lub nauczycielem. A nastolatek czuje się niedowartościowany, ponieważ zostaje poddany ścisłej kontroli. Nie ma sposobu na uniknięcie lub obejście tego rodzaju konfrontacji – w procesie dorastania i rozwijania silnych, pełnych miłości związków są one konieczne. Możemy żyć i pracować z naszymi dziećmi, szukając takich sposobów, które w czasie dojrzewania i separacji dzieci od rodziców zmniejszą poziom agresji z obu stron, jednak prawdziwa wartość rodzicielsko-dziecięcych konfrontacji tkwi w budowaniu wzajemnego szacunku, a nie w unikaniu agresji.

Czy agresja może być dobra dla tych, którzy jej doświadczają, i dla ich otoczenia?

O, tak! Bez agresji nie bylibyśmy zdolni do współzawodnictwa w sporcie, nauce i biznesie. Nie potrafilibyśmy dążyć do spełniania naszych marzeń i celów. Nie bylibyśmy też zdolni do stawiania osobistych granic w taki sposób, który miałby sens dla innych i skłaniałby ich do szacunku do nas.

Największą zaletą agresji we współżyciu z tymi, których kochamy, i w szerzej pojętym życiu społecznym (szkoła, praca) jest to, że nasze agresywne czy też pełne frustracji zachowanie jest wyraźnym sygnałem: „Nie czuję się dobrze sam ze sobą i ze swoim życiem. Proszę, porozmawiaj ze mną”.

Dlaczego jesteśmy agresywni?

Agresywni jesteśmy wtedy, kiedy mamy poczucie, że inni nas nie cenią. Nauczyciele stają się agresywni, kiedy się ich nie słucha. Uczniowie są agresywni, kiedy nie czują się dowartościowani i szanowani przez nauczycieli. Rodzice są agresywni, kiedy czują się bezradni. Emigranci są agresywni, kiedy są uważani za obywateli drugiej kategorii. Większość z nas jest agresywna, kiedy inni zagrażają naszej osobistej, religijnej czy narodowej integralności i naruszają ją.

Czy to jedyny powód agresji?

Tak, wierzę, że to zawsze leży u korzeni agresywnych zachowań. Istnieją próby wyjaśnienia i uzasadniania agresji na gruncie socjologicznym, politycznym i kulturowym, które też mogą być prawdziwe. Państwo Islamskie i Władimir Putin wydają się megalomańscy, ale ich agresywne zachowanie wzięło się z poczucia niższości. To może wynikać z przynależności do określonego narodu czy religii albo z cechy osobowości. Najprawdopodobniej w grę wchodzi i jedno, i drugie. To samo dotyczy europejskich grup rasistów czy innych ekstremistów. Uznanie jakiegoś człowieka czy grupy ludzi za złych i winnych podnosi na chwilę poczucie wartości. Nie ma żadnej różnicy między neonazistowskimi skinheadami a rozwiedzionym mężczyzną, który za wszystko obwinia eksmałżonkę. Łączy ich to, że nie chcą podjąć odpowiedzialności za samych siebie.

Czasami sami sobie wydajemy się mało wartościowi, więc kierujemy agresję w swoją stronę lub w stronę innych. Przez to, że odczuwamy agresję, możemy się uważać za winnych i przegranych i w konsekwencji czujemy jeszcze większą złość. Jak przerwać takie błędne koło?

Sami dla siebie nie możemy stanowić wartości, możemy jedynie siebie lubić lub nie. Przekonanie, że nie jesteśmy wartościowi, zawsze pochodzi od innych ludzi. Jeśli to przekonanie jest stałe, nazywamy je poczuciem niskiej wartości.Prawie zawsze przekonanie to buduje się w pierwszych pięciu latach życia i pochodzi od jednego lub obojga rodziców. Czasami zdarza się też zdrowym i zrównoważonym dorosłym. Wtedy jest efektem bardzo destrukcyjnej relacji miłosnej (np. z psychopatą). Skutkiem tego może być kliniczna depresja lub kumulacja agresji. Jedynym sposobem przerwania tego błędnego koła jest bardzo silny i zdrowy związek z drugą osobą i/lub pomoc psychoterapeuty. Ale bądźmy ostrożni, kiedy wybieramy terapeutę! To musi być ktoś, kto wie, na czym polega różnica między poczuciem własnej wartości a pewnością siebie.

Kiedy agresja może być szkodliwa dla nas samych i dla innych?

Agresja staje się niebezpieczna wtedy, kiedy wyrażamy ją w sposób, który rani innych, oraz wtedy, kiedy jest tak mocno stłumiona, że wyraża się w zachowaniach autodestrukcyjnych. Oznacza to, że rodzice i nauczyciele nie mogą pozwolić małym dzieciom na przemoc wobec innych albo na zadawanie bólu samemu sobie. Trzeba je fizycznie przed tym powstrzymać, przytulając łagodnie i stanowczo i zachęcając do wyrażenia emocji słowami.

Jak sobie radzić z naszą własną agresją? Czy możemy sobie sami pomóc?

Pierwszy krok to uświadomienie sobie, że nie zawsze nasze zachowanie jest dla nas dobre. Kolejny krok to rozmowa ze współmałżonkiem, partnerem, rodzicem czy przyjacielem, a jeśli to nie jest możliwe, z wybranym (uważnie!) psychoterapeutą lub dobrym księdzem. Jeśli zachowanie twoich dzieci wywołuje w tobie agresję, dzieci mogą ci pomóc. Jedyne, co trzeba wtedy zrobić, to przeprosić je po wybuchu agresji i poprosić je o radę: w jaki inny sposób mogę poradzić sobie z bezsilnością? Uwierz mi – dzieci będą cię za to kochać. Często też mają bardzo mądre sugestie.

To brzmi ciekawie. Może pan podać przykład takiej dziecięcej rady? Trochę się obawiam, czy to nie za duży ciężar emocjonalny dla dziecka.

To mógłby być zbyt duży ciężar dla dziecka, gdybyśmy mu powierzyli odpowiedzialność za wybawienie nas z tego stanu lub przebaczenie nam.

Wyobraźmy sobie, że daliśmy dziecku klapsa.

Rodzic: Bardzo mi przykro z powodu tego, co zrobiłem. To ja jestem za to odpowiedzialny. Ale nie wiem, jak się zachować, kiedy proszę cię o zrobienie czegoś, a ty mnie nie słuchasz. Może mi pomożesz i podpowiesz, co mogę zrobić zamiast wpadać w szał?

Dziecko: Po prostu normalnie ze mną rozmawiaj.

Rodzic: Czy tego właśnie nie robię?

Dziecko: Nie, ty mówisz jak policjant.

Rodzic: Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dziękuję. Pomyślę o tym i znów cię zapytam, jeśli będę potrzebować pomocy.

To działa tylko wtedy, kiedy rodzic na serio szuka pomocy czy inspiracji, dzieci to wyczują w dwie sekundy. Jeśli rodzic udaje, dziecko będzie milczeć albo odpowie: „Nie wiem”. Cud, który następuje w trakcie przytoczonego wyżej dialogu, jest łatwy do wytłumaczenia: dziecko, które poczuło się złe i bezwartościowe z powodu wymierzonej mu kary, może się teraz poczuć prawdziwie wartościowe dla rodzica. Powiedzenie dziecku, że je kochamy, spowoduje, że ono odwzajemni się nam miłością, ale nie sprawi, że pokocha siebie. Natomiast dialog, którego przykład podałem, wzmocni poczucie własnej wartości i u dziecka, i u rodzica, ponieważ karanie innych nigdy nie sprawia, że myślimy lepiej sami o sobie.

Jak sobie radzić z agresją innych skierowaną do nas?

Wycofać się, odejść, ale dać agresorowi do zrozumienia, że jesteśmy otwarci na rozmowę o jego frustracji i gniewie, tyle że nie w taki sposób, który narusza nasze granice.

A gdy tym agresorem jest dziecko? Coraz częściej słyszymy przecież, że dzieci są agresywne, że potrafią uderzyć nauczyciela czy rodzica, nie mówiąc już o dręczeniu rówieśników.

Emancypację dzieci można porównać do emancypacji kobiet. Ani dzieci, ani kobiety nie są dziś bardziej agresywne niż kiedyś. Korzystają po prostu z prawa do wyrażania agresji, a to jest bardzo ważny krok w kierunku poprawy stanu zdrowia psychicznego. Nauczyciele i rodzice krzywdzili dzieci fizycznie i werbalnie od pokoleń i dalej to robią. Jedyna różnica polega na tym, że dzieci dziś odpowiadają na to przemocą. Dlatego wszyscy – i dzieci, i nauczyciele, i rodzice – muszą się nauczyć na nowo różnych sposobów rozwiązywania konfliktów.

Agresja manifestowana przez dzieci i młodzież to konsekwencja stylu przywództwa dorosłych. Dlatego w niektórych szkołach i przedszkolach musimy najpierw popracować z dorosłymi nad stylem ich przywództwa. Jeśli ludzka, interpersonalna strona instytucji się poprawi, poziom agresji się obniży. Dotyczy to także rodzin. W niektórych krajach skandynawskich, zwłaszcza w Szwecji, zmarnowano miliony na programy walki z dręczeniem dzieci przez dzieci. Problem polegał na tym, że te programy były skierowane wyłącznie do dzieci.

Na czym więc polegają błędy popełniane przez dorosłych w szkołach? Klapsy zostały zakazane prawnie w wielu krajach, napiętnowano też przemoc emocjonalną, więc możemy pomyśleć, że jesteśmy dobrze przygotowani do radzenia sobie z dziecięcą agresją. Jednak wygląda na to, że daleko nam do tego, prawda?

Bardzo daleko. Musi minąć jedno, a może nawet dwa pokolenia, gdyż większość naszych metod wychowawczych i edukacyjnych nie pochodzi z intelektualnej części naszego mózgu. Wzorujemy się na tym, jak wychowywali nas rodzice. Wszystko, co robili, odbieraliśmy jako przejaw miłości rodzicielskiej. Właśnie dlatego trudno nam zmienić nasz styl wychowawczy, nasze zachowania w kontakcie z dziećmi. Najlepszym lekarstwem jest uświadomienie sobie, jak dzieci odbierają nasze zachowanie – co przekazują słowami i jak reagują ich ciała. Możemy wyrosnąć ze starych przyzwyczajeń tylko wtedy, kiedy naprawdę zobaczymy i zrozumiemy radość i ból w oczach dzieci.

Jasper Juul – ur. 1948, terapeuta rodzinny i pedagog, od 2007 roku kieruje siecią poradni wychowawczych Family-Lab International, które mają swoje placówki w kilkunastu krajach świata. Autor wielu książek na temat wychowania, m.in. "Twoje kompetentne dziecko", "Kryzys szkoły", "Nie z miłości", "Agresja - nowe tabu?" Mieszka w Danii.

Jolanta Brózda-Wiśniewska – ur. 1974, dziennikarka, publicystka, krytyk muzyczny. Absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu. W latach 2000-2008 dziennikarka działu kultury "Gazety Wyborczej" w Poznaniu. Publikowała także w "W drodze", "Uważam Rze", "Tygodniku Powszechnym", "Ruchu Muzycznym" i "Canorze". Ma męża i syna, mieszka w Anglii.