Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 182 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 04/2017 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 04/2017 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 04/2017 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

 czasami zapominamy o tym, że wiara nie sprowadza się wyłącznie do przestrzegania moralnych nakazów i zakazów, ale jest osobistą relacją z Bogiem. Wszystko inne – instytucje, urzędy, organizacje, praktyki religijne, liturgia, teologia, uniwersytety katolickie, budownictwo sakralne, majątki kościelne, działania społeczne Kościoła – jest jedynie środkiem do jej wyrażania. Środkiem, a nie celem. Być może dlatego coraz częściej spotykamy tych, którzy mówią: Wierzę, ale nie w takim Kościele – w domyśle grzesznym i oderwanym od życia. Deklarują się jako dobrzy ludzie, wyznający zbiór duchowych poglądów na temat nieokreślonego Boga. Są zmęczeni obowiązkami, które odziedziczyli po rodzicach, nie widząc zupełnie ich sensu.

Podobne wątpliwości mogą dopaść każdego z nas: dlaczego poza Kościołem nie ma zbawienia, czy wszystkie religie są sobie równe, czy nie mógłbym poukładać sobie relacji z Bogiem po swojemu, tak jak czuję, a nie tak, jak naucza Kościół? Te pytania to tylko dowód na to, że często nie wystarczają nam praktyki i zewnętrzne formy wyrazu. Szukamy duchowego sensu wiary – wyboru Jezusa jako punktu odniesienia w naszym życiu.

Mam nadzieję, że teksty, które zamieściliśmy w tym numerze miesięcznika, pomogą Państwu w tej refleksji, i życzę, by zbliżające się święta były kolejnym świadomym krokiem na drodze wiary. 

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

POST I CO DALEJ

•••

redakcja

 Koniec Wielkiego Postu skłania do duchowych podsumowań. Zastanawiamy się, czy wywiązaliśmy się ze swoich postanowień podjętych w środę popielcową – co się udało, a co nam nie wyszło, czy przez czterdzieści dni w naszym życiu znalazło się ciut więcej miejsca dla Boga i czy droga postu, modlitwy i jałmużny pomogła nam być lepszymi dla innych.

To bardzo potrzebna praktyka. Nie zapominajmy jednak, że idea kończących się 40 dni jest taka, by przygotować nas do odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych w Wigilię Paschalną, to znaczy do odkrycia w sobie siły, jaką naszemu życiu daje zmartwychwstanie Jezusa. Istnieje niebezpieczeństwo, że jeśli się skoncentrujemy wyłącznie na Wielkim Poście, to umknie nam to, co jest istotą chrześcijaństwa – doświadczenie, że Jezus jest Bogiem żywych, a nie umarłych. 

Z tą myślą do bieżącego numeru miesięcznika „W drodze” dołączamy płytę z rekolekcjami dla zabieganych, zmęczonych i tych wszystkich, którzy być może nie mieli czasu, by wybrać się na tradycyjne rekolekcje. Ich autorem jest ceniony duszpasterz i rekolekcjonista, dominikanin Paweł Krupa. Komentując wybrane fragmenty Ewangelii, próbuje podpowiedzieć, jak w codzienności przeżywać swoją wiarę, nie bojąc się jednocześnie zadawania niewygodnych pytań: dlaczego Bóg raz na zawsze nie usunie z ziemi zła, czy modlitwa jest lepsza od pracy, co robić po spowiedzi, by trwać jak najdłużej w stanie łaski uświęcającej, co to znaczy modlić się nieustannie, czy istnieją modlitwy i duchowe wysiłki niezauważone przez Boga. Rozważania ojca Pawła to świadoma próba przestawienia akcentu, przypomnienia, że Wielkanoc jest najważniejszym wydarzeniem chrześcijańskim, a pięćdziesiąt dni od Zmartwychwstania do Zesłania Ducha Świętego powinno być dla nas jednym wielkim świętem.  

Rekolekcje o. Pawła Krupy OP "Post i co dalej?" można pobrać pod adresem http://miesiecznik.wdrodze.pl/post2017.php, hasło dostępu to: iohea2017(dostęp od 1 kwietnia)

redakcja –

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

POST I CO DALEJ

Moje święta

BĘDZIEMY ZNOWU W DOMU

O TYM, JAK MATKA BOSKA SPIESZYŁA SIĘ NA OSTATNIĄ WIECZERZĘ

Rozmowa w drodze

NIE UNIKAM BYCIA ŚLEDZONYM

Całkiem nowa pobożność

NIGDY NIE BYŁO TAK DOBRZE

MÓWIŁEM BOGU: NIE

DRUGIE ŻYCIE ANIOŁA

BOSKI SMAK

ZNUDZENI RUTYNĄ

Szukając sprawiedliwości

ZBYWALNE I NIEZBYWALNE

OBRONA WINOWAJCY

BEZDUSZNI SĘDZIOWIE?

Początki chrześcijaństwa

CZY BÓG KAŻE KRAŚĆ?

Orientacje

ZA ZASŁONIĘTYMI FIRANKAMI

MISTYKA CODZIENNOŚCI

Felietony

CZYTELNIA CZASOPISM

KŁOPOTY Z METAFORĄ

REGRES KATECHEZY PARAFIALNEJ

SEKRETARZ

Pytania w drodze

SPOSÓB DZIAŁANIA BOGA

Dominikanie na niedziele

SPÓŹNIONY

SŁUCHANIE

NIEBIESKIE Z ZIEMSKIMI

ŻEBY NIKT SIĘ NIE DOWIEDZIAŁ

ŁAGODNY

TOWARZYSZ NASZEGO ŻYCIA

Moje święta

BĘDZIEMY ZNOWU W DOMU

•••

Michał Zioło OCSO

Nakładem wydawnictwa W drodze ukazała się najnowsza książka Michała Zioło OCSO "Piosenka humbaka" - klasztorny dziennik autora.

 Różnie to z Wisłą bywało koło Wielkiejnocy. Gdy święta przychodziły wcześniej, na jej brzegu dogorywały w lichym marcowym słońcu wyrzucone przez spiętrzone kry wielkie bloki lodu. Kwietniowe Zmartwychwstanie Wisła witała zielonymi wierzbami i migotliwym lustrem łach powstałych po niedawnym wylewie. Okoń podbijał lustro pyszczkiem – kręgi szły aż do porosłych faszyną niewielkich skarp. Tam przecinały się z innymi okręgami – jak na czarnej tablicy matematyka Berłowskiego. Te kręgi od brzegu rysowane były na wodnej tablicy przez wodnego szczura, który dał nurka z piaszczystego cypelka. Potem cichło wszystko.

Wisła na święta szła swoim torem. Chłopaki Stasiukowej swoim. Koło Wielkiego Poniedziałku odrywali się od łobuzerki i przymilali się do brata Zdzisława od dominikanów, żeby dał im wartę przy Grobie Pańskim. Zawsze dawał. Szli więc do składziku za zakrystią wyciągnąć hełmy strażackie ze złotym orłem C.K. Mundury pożyczali od kolejarzy i tylko potem matka ich nocą lampasik na każdej nogawce z czerwonej wstążki fastrygą kładła. Obligatoryjne halabardy grobowe znajdowali też w składziku tuż obok oblepionych woskiem lampionów. Wielki Poniedziałek schodził na czyszczeniu cesarskich orłów pastą do zębów Nivea. Nie powiem, błyszczały potem jak jasne licho. Stasiuki zasiedlały mały kantorek brata Zdzisława, a my, ministranckie szczyle, kursowaliśmy z deskami, szmatami czarnymi i pięknie podrabianymi ze styropianu kamieniami do Grobu Pańskiego. Figura Pana Jezusa złożonego do grobu z twarzy przypominała mi Staszka Domagałę z III b, ale póki co spoczywała w grobowej niszy przykryta prześcieradłem. Znaczy, że jej tam jeszcze nie było, chociaż była. W czwartek milkły organy jak nożem uciął. Organista Pędzimąż szedł do domu pod zamkiem Tarnowskich, a my czuwaliśmy przy ciemnicy aż do rana. Oczywiście na zmianę, ale deski klęcznika po kilku godzinach zdawały się być usiane gwoździami, a łokcie po kilku próbach podciągnięcia na nich umęczonego adoracją ciała paliły jak podczas wywrotki na betonie. Nie mogłem doczekać się dzwonów na szóstą, żeby wypaść z kościoła i kłusem puścić się koło biblioteki i składu meblowego do domu na gorącą kawę Turek. Mistrz piekarski Kantor wypuszczał już w niebiosa zapach okrągłego chleba z maleńką dziurką bliżej spodu.

Przez cały dzień stałem w ogonkach – a to za migdałami, a to rzucany byłem przez matkę do ogonka nadziei, który czekał na cokolwiek. Koło południa, w przerwie ogonkowej – gotowałem w ultramarynie lub czerwonym tuszu jajka na sobotę. Potem z bratem skrobaliśmy na skorupkach fikuśne wzory żyletką, którą wykręcaliśmy z maszynki ojca.

O zmierzchu znów do kościoła. Stasiuki paradowały na placu przed kościołem, odmierzając kroki i ćwicząc zwroty i przyklęki przed Najświętszym Sakramentem. Wreszcie zaciągali wartę przed grobem, zaraz po okadzeniu monstrancji. Mężczyźni przyklękali na jedno kolano, podkładając pod nie czapkę lub rękawiczkę, żeby kantów nie wybrudzić. Kobiety wykonywały głęboki dyg, kreśląc znak krzyża – jak mi się zdawało – w nieskończoność. Potem, bijąc się w piersi, przepychały się aż do pierwszej warty Stasiuków i pochylały nisko nad kwiatami strojącymi grób. Wchłaniały ten zapach i wycofywały się, dając miejsce innym.

Noc przed rezurekcją była przeplatana koszmarami. Śniłem, że oto zaspałem, a zbudził mnie huk moździerzy… A moździerze samoróbki stały już rzędem głęboko w dominikańskim sadzie – tak żeby przeor nie widział. Czekały na procesję. Wychodziła wreszcie. Pod wiatr, z feretronami, z figurką Zmartwychwstałego, ze złotą monstrancją pod baldachimem, w którą uderzały dymy kadzideł. Zaczęły więc pracować. Jeden, drugi, dwa naraz, syk niewypału i znowu załadowany prochem ten pierwszy palił z ogromnym hukiem. Dzwony spiesznie rozgrzane wygrywały swoje melodie, improwizując i nie zważając na rytmiczne pociąganie sznura. Trzy razy wokół kościoła. Następnie procesja skręcała do drzwi i wtedy organy szukały przez chwilę tonacji, a potem dołączały się po swojemu do tej porannej radości naszego miasteczka.

Stasiuki odkładały wreszcie hełmy do kantorka, grób był pusty, biegłem znów kłusem na świąteczny barszcz gotowany na czosnkowej kiełbasie i wędzonej szynce, którą cudem w tamtych latach zdobywała mama. Dziobaliśmy widelcem święcone jajo, śmiejąc się z księdza staruszka, który nazywał je owocem kurzego łona. I wreszcie czekali Zmartwychwstania – tego drugiego. Po kilku latach wpadł mi do rąk wiersz, który do tej pory jest mi pociechą w tym czekaniu.

Więc po tym życiu miałoby nas zbudzić

tylko straszliwe grzmienie surm i trąb?

Wybacz mi, Boże, lecz ja się pocieszam,

że hasło na wskrzeszenie wszystkich nas umarłych

da zwykłe pianie swojskiego koguta…

Jeszcze przez chwilę poleżymy sobie…

Pierwszym, kto wstanie, będzie mama… Usłyszymy,

jak po cichutku rozpala pod kuchnią,

jak po cichutku wodę stawia na blasze,

i jak obiecująco z szafki wydobywa młynek do kawy.

Będziemy znów w domu.

                                                       Vladimír Holan

Fragment książki Inne sprawy, W drodze 2010.

Michał Zioło OCSO – ur. 1961, drogę zakonną rozpoczął w 1980 roku, wstępując do dominikanów, święcenia kapłańskie przyjął w roku 1987, od 1995 roku w zakonie trapistów, obecnie przebywa w opactwie Notre Dame d'Aiguebelle we Francji, laureat nagrody wydawców katolickich Feniks 2009, napisał m.in. "Dziennik Galfryda", "Bobry Pana Boga", "Mamo, mamo, ile kroków mi darujesz?", "Lekarstwo życia", "Jedyne znane zdjęcie Boga", "Liście, listki, listy", "Inne sprawy". Mieszka w opactwie Notre Dame d?Aiguebelle we Francji.

O TYM, JAK MATKA BOSKA SPIESZYŁA SIĘ NA OSTATNIĄ WIECZERZĘ

•••

Jan Góra OP

To było w Wielki Czwartek. Po skończonych rekolekcjach w Warszawie wracałem do domu, do Poznania. Musiałem się spieszyć, żeby zdążyć na wieczorne obrzędy i uroczystą mszę wieczerzy Pańskiej. Tylko dlatego leciałem samolotem. W Warszawie tuż przed wyjazdem dostałem glinianą figurkę Matki Bożej Bolesnej, kopię cudownej rzeźby z Jarosławia. Nie było nawet czasu, by dobrze ją zapakować. Zawiniętą w papier pakunkowy trzymałem w rękach i uważałem bardzo, żeby jej nie uszkodzić. Nie mogłem patrzeć na cierpienia tak pięknej figurki.

Zdając bagaż, figurkę zatrzymałem przy sobie, a na pytanie milicjanta: Co pan tam wiezie?, odpowiedziałem: Matkę Boską. Spojrzał pod uchylony papier i uśmiechnął się tylko. Zawiniętą w papier pakunkowy posadziłem obok siebie, na niezajętym przez nikogo fotelu. Na kolanach trzymała zdjętego z krzyża Chrystusa.

Siedzieliśmy przy samym oknie. Doskonale widać było kręcące się śmigło i koła samolotu. I był to pierwszy cud cudownej figurki, że zdobyłem bilet w ostatniej chwili przed odlotem. Zbliżały się przecież Święta Wielkanocne.

Za oknem widok był tak piękny, że mimo ogromnego zmęczenia żyć się chciało. Najpierw rozświecona wiosennym słońcem Warszawa. Potem pokratowane płaszczyzny pól. A tego piękna było tak dużo i stale jeszcze przybywało, że w końcu nie wytrzymałem. Musiałem pokazać Matce Boskiej te cuda. Odwinąłem pakunkowy papier i przystawiłem figurkę do okna. Niech sobie popatrzy na ten nasz świat z wysoka. Lecieliśmy na wysokości czterech tysięcy metrów.

Po chwili schowałem Matkę Boską i z powrotem zawinąłem szczelnie w papier. Przechodziła bowiem stewardesa i częstowała nas cukierkami. Tak byłem zdenerwowany jej niespodziewanym nadejściem i tą niepewnością, czy nie zauważyła tego, że przez roztargnienie wziąłem dwa cukierki, chociaż należał mi się tylko jeden. Miałem jednak tę świadomość, że lecimy we dwoje. Położyłem cukierek przy zawiniętej figurce na sąsiednim fotelu i cieszyłem się przez chwilę, że stewardesa nie dostrzegła, jak pokazywałem lotnicze krajobrazy Matce Boskiej.

Gdy tylko stewardesa przeszła, odwinąłem raz jeszcze figurkę i przystawiłem do szyby. I odwijałem ją tak jeszcze kilka razy, chowając przed każdym przejściem stewardesy, której bałem się jak ognia, bo nie chciałem, żeby zabroniła patrzeć przez okno samolotu Matce Boskiej.

Tymczasem Matka Boska, korzystając z okazji, że lecieliśmy na wysokości czterech tysięcy metrów, patrzyła na świat swoim dobrym, glinianym spojrzeniem. Z gliny była to przecież figurka, tak jak z gliny jest każdy człowiek, jak Adam i Ewa. I jakże ludzkie było to spojrzenie. I tyle było w nim ciepła, ile tylko glina przechować potrafi. To nie było zimne, szklane spojrzenie. W tych oczach było ciepło zawarte.

Trapiła się Matka Boża, że tak szybko nadeszły święta i tak niespodziewanie. Trudno było cokolwiek dostać. Myślała, co też poda tym ludziom na świąteczne stoły. Zafrasowana gospodyni. Wzdrygała się przed tym, że przyjdzie jej podać ciało swego Syna, które teraz trzymała na swych kolanach. We wspomnieniu widziała ten pierwszy Wielki Czwartek, kiedy to jej Syn zaprosił swych uczniów i przyjaciół na wspólną kolację.

Jej twarz była jak twarz kobiety ze wsi, jak twarz wiejskiej gospodyni, która wszystko ma na głowie i wszystkiego musi doglądnąć. Przyglądała się więc naszej ziemi i jej zagospodarowaniu. Ileż to już lat, kiedy nasz naród wybrał ją sobie na Królową. Król nie dawał rady. Ona jedna dała. Ona, zupełnie jak wiejska kobieta, w chusteczce na głowie, o grubych rysach twarzy, przykrytych jak gdyby przypadkiem królewską koroną. Ta korona zupełnie nie pasuje i odstaje od tych grubych rysów twarzy i wieśniaczej chusty. Nic dziwnego. Niejeden raz musiała się ukrywać, niejeden raz wyganiano ją z tego kraju. Ale mimo to była Królową i martwiła się zawsze, kto ludziom tym łzy wylane powróci.

Wylądowaliśmy wreszcie na lotnisku w Poznaniu. Stewardesa kazała nam pozostać na miejscach aż do chwili wygaszenia silników. Ludzie zaczęli się ruszać i rozglądać, aż niektórzy spostrzegli, jak pokazywałem Matce Bożej przez okno płytę lotniska. Uśmiechali się porozumiewawczo i znacząco, co znaczy w sumie głupkowato. Tacy ludzie nic nie rozumieją. Oni już zapomnieli, że „dobrze widzi się tylko sercem, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Od kilku miesięcy Poznań jest moim miastem. Tutaj teraz mieszkam i pracuję. To właśnie miasto musiałem pokazać Matce Bożej.

Powoli zabrałem się do zawijania glinianej figurki w pakunkowy papier, na którym w trakcie lotu zrobiłem sobie szkic tego wspomnienia. Na dworze robiło się coraz ciemniej. Nie było już tak pięknie, jak przed godziną w Warszawie. Szarzało. Był to wieczór Ogrójca i zdrady Judasza. Tymczasem trzeba było się spieszyć. Wziąłem więc Matkę Boską pod rękę i pospiesznie skierowałem się do wyjścia. Pilno nam było razem na ostatnią wieczerzę, na którą Jej Syn Jezus zaprosił swych uczniów i przyjaciół, i podczas której chciał im powiedzieć, żeby się wzajemnie miłowali.

Niedługo cieszyłem się glinianą figurką Matki Bożej. Tylko przez święta stała na moim biurku i patrzyła na mnie. I chociaż solennie obiecywałem sobie, że nie dam jej nikomu, nie wytrwałem w tym pobożnym postanowieniu. Podarowałem figurkę dziewczynie, która musiała dopiero przyjechać do Polski, ażeby po dziesięciu latach być znowu u spowiedzi. Odnalazła Boga. Dlatego dałem jej tę figurkę na pamiątkę. Niech weźmie ją w świat daleki. I zabrała z sobą dziewczyna cudowną polską Matkę Boską, która pomogła jej odnaleźć Chrystusa. I był to jeszcze jeden z wielu cudów, na jakie patrzyłem ostatnio własnymi oczami.

MAJ 1978

Fragment książki "Mój dom. Mój  świat", W drodze 2016.

Jan Góra OP – (1948-2015) legendarny rekolekcjonista, kaznodzieja i publicysta, wieloletni duszpasterz akademicki w Poznaniu. Twórca ośrodków duszpasterskich w Hermanicach, na Jamnej i nad Lednicą; organizator spotkań "Lednica 2000", autor wielu książek.

Rozmowa w drodze

NIE UNIKAM BYCIA ŚLEDZONYM

•••

Wszystko w internecie zostawia ślad i może zostać użyte przeciwko nam. Dlatego zawsze należy zwracać uwagę na to, co udostępniamy i komu. Jest takie powiedzenie: Nie wrzucaj do internetu czegoś, czego nie pokazałbyś mamie.

Ze specjalistą ds. bezpieczeństwa informatycznego ADAMEM HAERTLEM rozmawia Marcin Gutowski

FOT. LORENZO CAFARO / PEXELS

Marcin Gutowski: Czy jesteśmy tu bezpieczni?

Adam Haertle: A jak rozumiemy nasze bezpieczeństwo?

Mam w kieszeni telefon z nieograniczonym dostępem do sieci. Możemy być spokojni o to, że nikt poza nami nie śledzi treści naszej rozmowy?

Żeby odpowiedzieć na pytanie o nasze bezpieczeństwo, musimy określić zagrożenie – kto i w jaki sposób nam zagraża i czy możemy temu jakoś przeciwdziałać. Kluczowe jest też to, czy zagrożenie jest realne. W naszej sytuacji nic na to nie wskazuje. Zwłaszcza że tę rozmowę będzie mógł przeczytać każdy, kto zechce.

Mogą się jednak pojawić wypowiedzi off the record, nie do publikacji. Rozumiem, że nie musimy się obawiać wycieku i możemy w spokoju popijać kawę.

W świecie bezpieczeństwa mawia się żartobliwie o dwóch możliwych scenariuszach zagrożeń – albo jest się celem Mosadu i wtedy się przegrało, albo się nim nie jest i wtedy jest w porządku. Dopóki jeden z nas nie jest celem Mosadu, możemy być spokojni. Poza tym z podsłuchiwaniem w kawiarni jest za dużo zachodu. Mamy co prawda warszawskie doświadczenia z lokalu gastronomicznego z sową w nazwie, ale tutaj chyba nie bywają aż tak ważne osobistości. Bardziej obawiałbym się o swoją skrzynkę mailową niż o to, że ktoś mnie podsłucha.

Dlaczego?

Podsłuchiwanie w kawiarni jest trudne, bo jest gwar, gra muzyka, nie można mieć pewności, przy którym stoliku usiądziemy itd. Tymczasem w przypadku skrzynki pocztowej nie ma wątpliwości, że należy do mnie, wiadomo, gdzie się znajduje i że zawiera dużo ciekawych informacji na mój temat z ostatnich dziesięciu lat. Dlatego, gdybym wyznaczał cele drużyny, która ma zebrać o mnie informacje, wskazałbym skrzynkę mailową. Właśnie z tego powodu zabezpieczam ją zdecydowanie bardziej niż spotkania w kawiarni.

Jak?

Mam do niej unikatowe hasło, którego nie używam nigdzie indziej, i połączyłem ją ze sprzętowym kluczem, który zawsze noszę przy sobie – by się do niej dostać, trzeba być w posiadaniu tego klucza.

Ale w tej kawiarni też zostawiamy po sobie ślady, po których ktoś może nas wyśledzić…

Ja na przykład zapłaciłem kartą, więc mój bank wie, że tu jestem, a po kwocie może odgadnąć, że nie zamówiłem kawy, ale herbatę. Na tej podstawie jest w stanie sprofilować moje upodobania i wykorzystać te dane w celu sprzedaży produktów swoich lub innych dostawców. Nasze smartfony informują sieć o naszej lokalizacji.

Nie wykręcimy się, gdybyśmy chcieli zaprzeczyć temu spotkaniu.

Ta lokalizacja nie jest aż tak precyzyjna, żeby stwierdzić, że siedzieliśmy przy jednym stoliku. Można stwierdzić, że byliśmy w tej samej okolicy w tym samym czasie. Natomiast gdyby to powiązać z połączeniami, które dziś kilkukrotnie nawiązywaliśmy, trudno byłoby nam się wytłumaczyć, gdyby na przykład jeden z nas okazał się przestępcą.

Na wszelki wypadek dopytam: Czy treść naszych rozmów telefonicznych nie była nigdzie rejestrowana?

Operator dysponuje informacją o połączeniu, ale treści rozmowy nie zna. Chyba że jeden z rozmówców był wcześniej przedmiotem zainteresowania służb, które otrzymały nakaz podsłuchu. To jednak wyjątek, domyślnie rejestrowane jest to, kto do kogo dzwonił, kiedy to nastąpiło i jak długo trwała rozmowa.

To już całkiem sporo. Do tego dochodzą inne dane. Czy to możliwe, żeby bank albo współpracujące z nim podmioty chciały wykorzystać wiedzę o tym, że pan pije herbatę, a ja kawę?

Na pewno chcą.

A mogą?

Tu trzeba się wczytać w regulamin banku. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby były banki, których regulaminy zezwalają na przetwarzanie tego typu danych. Oczywiście za zgodą klienta, który podpisał umowę, nie czytając jej. Jestem przekonany, że dane o sprzedaży produktów już niebawem będą na dużą skalę wykorzystywane przez banki. To prawdziwa kopalnia informacji.

Jak mogą być wykorzystywane?

Bank może podpisać umowę z siecią kawiarni, która poprosi o wskazanie osób, do których może wysłać kupony rabatowe, ponieważ robią zakupy u konkurencji.

Bank, którego kartą się posługuję, zna mój numer telefonu i adres mailowy, polubiłem też ich fejsbukową stronę, mogę się zatem spodziewać reklamowego ataku.

We wszystkich tych kanałach. O ile bank zadbał o to, by w regulaminie zapewnić sobie możliwość przysyłania ofert firm zewnętrznych.

Jesteśmy zatem namierzani. Czy ktokolwiek, kto korzysta z sieci, może dziś powiedzieć, że jest całkowicie anonimowy, bezpieczny, ma kontrolę nad tym, co i kto o nim wie?

Jest to możliwe, ale wymaga bardzo dużo wiedzy i wysiłku. Pełną prywatność gwarantuje nam wyłącznie wyzbycie się wszystkich urządzeń połączonych z siecią i środków płatności poza gotówką. W dobie smartfonów, kart płatniczych i domowych sprzętów rozmawiających z siecią trudno się tego wyrzec, bo takie urządzenia znacznie usprawniają życie. Nieustanny dostęp do internetu jest tak wygodny, że zagrożenia z tym związane schodzą na dalszy plan.

Czyli rzeczywiście jesteśmy bez przerwy śledzeni?

Niekoniecznie. Na pewno zostawiamy dużo śladów, a to, czy są one analizowane, to już inna sprawa. W jakimś stopniu na pewno są.

W jakim?

To wszystko zależy od rodzaju śladu i okoliczności, które towarzyszą jego pozostawieniu. Przeciętny użytkownik pozostawia po sobie różne tak zwane metadane, okruchy informacji na swój temat. My też je dziś zostawiliśmy. Wspominaliśmy już o transakcjach bezgotówkowych czy połączeniach telefonicznych. Większość z nich po jakimś czasie znika nieprzeanalizowana, ale gdyby na przykład za rogiem doszło do poważnej strzelaniny, a policja nie mogłaby znaleźć świadków, można sobie wyobrazić, że wystąpiłaby do operatora komórkowego o listę numerów zarejestrowanych w tym czasie w tej okolicy. Ale operatorzy przechowują takie dane tylko przez 12 miesięcy. Później już nimi nie dysponują.

Komu, poza służbami państwowymi, może zależeć na tym, żeby gromadzić dane na nasz temat, analizować je i wykorzystywać do swoich potrzeb?

Różnego rodzaju firmom, które chcą nam coś sprzedać. To ogromny rynek. Informacje o kliencie – zwłaszcza te pozwalające określić jego mniej lub bardziej uświadomione potrzeby – są dziś chyba najcenniejszym zasobem rynkowym, powodem gigantycznej wartości firm takich jak Google czy Facebook, ponieważ to one wiedzą o nas najwięcej i są w stanie zarządzać tymi informacjami tak, by odpowiedzieć na potrzeby firm.

Możemy się jakoś temu przeciwstawić?

Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady.

Bez tego nie da się zachować prywatności w sieci?

Wymaga to wielu zabiegów technicznych. Zawsze możemy spróbować łączyć się z internetem za pomocą sieci anonimizującej, tak zwanego VPN. W ten sposób możemy pokazywać Facebookowi, że nie jesteśmy w Warszawie, a w Paryżu albo Londynie. Można oczywiście stosować prostsze metody, jak funkcjonowanie w sieci pod zmienionym nazwiskiem czy zakładanie różnych kont w serwisach społecznościowych dla różnych grup znajomych itd. Jest to wykonalne, ale bardzo uciążliwe.

Na tyle trudne, że nie wychodzi nawet tym, którzy najbardziej się starają. Założyciel największego internetowego sklepu z narkotykami ukrywał się bardzo profesjonalnie, ale wpadł, bo w jednym z postów podał swój adres mailowy zawierający imię i nazwisko.